For the past few days, I have been struggling with bad flu. You know the story, don’t you? A man and the flu do not mix well. Women over the centuries have learned that flu is but a nuisance yet the homework still needs to be done. Men on the other hand view it as a biblical plaque. They thought that it is the end of the world. I am somewhat a modern man and I do live alone – so the chores reluctantly were done. But venturing beyond home was for most of the time beyond my strength. Today was a first day much better. On the mend, so to speak. Cold but absolutely, stunningly beautiful. I knew the sunset is going to be spectacular and I ached to go and see my sea. Not only the Channel in front of my home, but the actual open ocean: to hear its song, to marvel at its might.
In 2020 I wrote poem to the Ocean. At the end of it, the ocean invites me and says:
I will offer you a lazurite scale armor,
a long shawl in dark green,
as my wedding gift.
Went to the very end of the road past Fisherman’s Cove, right in front off the aptly named Devil’s Island. There is nowhere to go from there but to marvel. Last time I went there was sometime in December last year with my Damian, who came from Poland to stay with me after John’s passing. I don’t remember much about that December. If not for this good soul, who came to look after me … well, I have no idea how I would have survived. But one cold, wintery day I took him there, to that spot. We watched the furry of the ocean that tossed huge rocks like pebbles on the road.
Today was the orgy of red, orange fires between the sea and the sky. Almost kitsch, almost vulgar. Almost – but Nature never cared much about our delicate bourgeois sensibilities.
Dni straszne nadchodzą. Dni zderzenia się z ciągle odrzucaną rzeczywistością odejścia, rozłąki. Niebytu. Ciebie. Mnie bez Ciebie. Czasu, który na zawsze rozdzielił moje życie na przed i po. Pojechałem tam, gdzie byłem w tych dniach niemożliwych do zrozumienia z Damianem, który przyjechał z Polski ze mną być. Młody człowiek, któremu ja miałem być opoką niewzruszoną, który nie mógł wiedzieć, co w chwilach takich robić należy. Ale był. A nikt nie wie. Ani młody, ani stary. Wiedzą tylko poeci i wariaci. Nikt wtedy też poetów nie czyta, a wariatów nie słucha. Tak nas uczono przez setki lat. Zagryź wargę i idź. Idź gdzie? Wszystkie drogi prowadzą wówczas do nikąd.
Więc pojechałem tą samą drogą, tym samym samochodem, jak tamtego dnia z moim chłopcem z Polski, w dokładnie to samo miejsce. Patrzeć na ocean. Słuchać oceanu. Przy brzegu Diabelskiej Wyspy. Ocean rozumie. Jest wszechpotężny. Wycisza wszystko. Jak w w moim wierszu napisanym wiele lat wcześniej, w 2020. Bardzo mi to dziś pomogło.
OceanPatrzę na ciebie, żywa wodo nasza
w wiecznym ruchu, nigdy nie uśpiona.
I tak czasem bywa, że ty, jak tafla
jesteś, jak wielka szyba okna Ziemi.
Jak śpiąca Afrodyta rozmarzona.
Ale ty nawet wówczas drżysz, wznosisz się,
twój oddech jest wilgotny, gdy tuli brzeg.
Gdy budzisz się w czas, muskularna, naga,
grzywacze w rydwanie gnasz przez zatoki,
cieśniny, zdobywasz fiordy, usta rzek.
Mierzysz się z czasem, chcesz go cofnąć, wrócić,
pokryć ciężkim, lepkim płaszczem doliny, góry,
które były pałacem pełnym krużganków,
obszernych komnat z tańcami, muzyką głębi,
odbijających słońce, gwiazdy, księżyc, chmury.
Zawsze gdy wchodzę w twe podwoje, zanurzam się
w tym życiodajnym płynie macierzyńskiego łona.
Otulasz mnie czule, mruczysz bezsłownie: wnijdź,
nie bój się, mam tyle przestrzeni wolnej, twojej.
Podaruję ci płaszcz z łuski niebieskiej,
utkam długi szal zielony,
jak welon weselny.
Kto czeka?Gdy idę sobie ulicą i stukam
obcasem w głuche płyty chodnika,
to myślę, że nie czas jeszcze chyba
na zapomnienie, odjazd w gęsty las.
Gdzie wiolonczela łka,
piszczałka drewniana
piszczy, śpiewa łąka.
Są jeszcze książki nie przeczytane,
filharmonie z symfoniami nowymi.
Są jeszcze groby, które chce odnaleźć.
Gdzieś przyjaciel może ma mnie spotkać?
Może miasto i rzeka?
Vancouver, Warszawa,
Wilno i Lwów czeka?
Kiedyś, przed wielu laty, malowałem trochę. Portret przyjaciela, portret polskiego baletmistrza tańczącego ‘Harnasi’ Szymanowskiego, portret Julisza Osterwy grającego na wileńskiej Pohulance rolę Księcia, portret mojej wielkiej improbable Edith Piaf. Wszystko w oleju. A! i jedną martwą naturę, nawet dość udaną. I na tym się chyba skończyło. Wszystko w Polsce jeszcze. Tylko tą martwą naturę jedną jedyną już w Kanadzie. Bo chciałem namalować jakąś akwarelę. Tata robił piękne akwarelki. A ja nie potrafiłem. A akwarela to poezja malarstwa. Olej to wiecie – można przerabiać, poprawiać, wracać po miesiącu. Tak samo, jak w powieści i opowiadaniach – edycji może być bez końca. A wiersz przepracowany nadaje się do kosza. To samo akwarelka. Więc, gdy mi akwarelki nie wychodziły – to ogólnie pędzle poszły do kosza też i wszelkie malowanie zarzuciłem. Pewnie z zyskiem dla sztuki malarskiej.
Po latach dopiero bardzo wielu w sukurs przyszły mi techniki manipulacji fotograficznej. Do palety i tubek farb nie wróciłem ale zdjęcia ‘akwarelowe’ zrobić mi się udało. Jak te ostatnio –
Te moje oleje wiszą gdzieś na ścianach w Polsce, a ja tylko mam nie najlepsze ich zdjęcia.
My previous biking took me across the salt marshes from Colle Harbour toward Lawrencetown. Today I continued it starting from West Lawrenscetown. It is called Atlantic View Trail. But it is also a part of a national bikeway through the entire country, starting on Vancouver Island in BC. Having drove from one coast to the other, now I can say that I also biked through both ends of the Trail: in Vancouver Island and Lower Mainland of BC and now in Nova Scotia.
That was a very strange night. I watched some TV, and couldn’t watch any more news, as the stories from Gaza were just so depressing. Watched some Netflix movie about some Argentinian young fashion megastar. It was tiring just by the speed of the movie-documentary, him being like high on something nonstop, all the time. Somehow I started talking to You. Was sad and happy at the same time. Sad for obvious reasons, happy because we talked. Told you that life is like that now, like this movie on speed. I rush to do things, and have to be busy all the time. Just to avoid life. The reality. Sort of: not now, please. I’m busy. Will talk about it later. I have to finish this, that; have to run, have to drive somewhere.
Avoiding. Not being irrational but not willing to deal with reality, either.
Went to bed about midnight saying that I had to get up about 5 am to drive to a bike trail in the middle of a forest near West Lawrencetown to catch with my camera the sunrise over the ocean. But the night was strangely hot, couldn’t fall asleep even with a wide-open window. Then a train started going back and forth near my building with a terrible noise of the train breaking and smashing of the train cars as they moved and stopped. Went back to the living room, switched the TV back on, and watched some more of something. You were nowhere to be seen or heard and couldn’t continue our conversation. Made a decision to drive to that spot in the forest about 6 AM. Finally felt tired and sleepy. Before I knew I was asleep. And didn’t get up till 8 AM! Sunrise was gone an hour earlier. But did go for the bike ride anyway. Remembering the night I dressed warmly but very lightly. Took even a towel and an extra pair of underwear in case I decided to take a swim. Started biking at about 10 AM. And instantly knew that I wasn’t dressed as I should. It was freezing! And icy wind that went through my clothing. Swimming in the waves was out of the question when I got to the beach. If I drove by car I probably would – and warm in the car after swimming. But getting on the bike and biking back easily 10-15 km to where I parked would probably turn me into an icicle, LOL.
Rozmawiałem z Tobą cały wieczór i potem pół nocy chyba. A miałem plany wycieczki rowerowej wzdłuż jezior i brzegu oceanu wczesnym rankiem by uchwycić wschodzące słońce nad Atlantykiem. Ze wschodu wyszły nici. Gdy w końcu dwu lub trzygodzinną drzemkę złapałem – obudziłem się już o ósmej rano. Dawno po wschodzie. Mimo to pojechałem w las, do tej trasy. Noc była nadzwyczajnie ciepłą, jak na tę porę roku. Ale dzień odwrotnie – więc ubrałem się bardzo nie odpowiednio, zbyt lekko. Mimo marznięcia – trasę rowerowa, tak jak zaplanowałem, tak przejechałem. Widoki piękne, surowe, zimowe już (choć bez śniegu) mają też swój specyficzny urok surowego piękna. Lato to barok natury, a zima to styl romański północnej Europy.
Czy ta wycieczka była moją ucieczką od rozmów z Tobą? Od zajęcia się rzeczywistością? Nie wiem, Kochanie. Wydaje mi się, że tym razem nie masz racji mówiąc, że życie trwa nadal i powinienem zacząć znowu starać się żyć. Wrócić do świata realnego. Może te życie, które prowadzę, te nasze rozmowy, moje poszukiwania Ciebie na plażach oceanu, jezior – to właśnie moja nowa realność, rzeczywistość? Nie jakaś dziwna ucieczka od niej, a przeciwnie – akceptacja jej. Widzisz, kiedy jestem wśród ludzi, rozmawiam z nimi, dyskutuję – Ty w tym tłumie , pośród nich znikasz, przestajesz być. Ale gdy wędruję po plażach, nawet po ulicach ale samotnie, gdy łażę po skałach – Ty jesteś obok. Przy mnie. A ja lubię mieć Cię przy sobie. Ty chyba też lubisz, gdy jestem obok.
Pojechałem do Ciebie, do nas – na nasz ostatni przystanek ostatniej wycieczki za miasto. Do słonych bagnisk Cole Harbour. Widzę Twoją twarz, Twój zmęczony uśmiech. Twój skrywany żal. Bo Ty już wiedziałeś lepiej niż ja, jak krótki czas przed nami. Wszystko bym dał, życie z radością, by jeszcze dotknąć Twojej twarzy, jeszcze palce we włosy Twoje włożyć, przytulić na moment. Ten moment byłby warty wszystko właśnie, każdy dzień kolejny i każdy rok samotności.
The words of love
are difficult
they escape description
of dictionaries
of synonyms
of thesauruses
Her language
are smells,
touches, syllables.
They are screams
of grief,
they are exclamations
of tears.
They avoid punctuation marks,
because they lack
a moment to stop,
to rest.
Love is a movement,
a hurried run.
She is aggressive,
demanding,
or submissive impatiently.
Even when she sleeps –
Her breathing is
expecting you.
That is why when I call you –
I scream or I cry.
And most often when I call you –
I am silent.
Tak i dzisiejsza, późnym popołudniem w dzień pochmurny, wycieczka rowerowa, zabrała mnie na trasę groblą przez te bagniska hen, aż do Lawrencetown. Miałem czas na nasze bezsłowne rozmowy. Na fotograficzny zapis tych urokliwych jakimś smutnym urokiem, miejsc. Rozlewiska słonej wody oceanu mają inną florę i faunę niż jeziora słodkowodne. Mają zdecydowanie inny zapach.
I went today to meet you at our last drive outside the city boundaries. I saw your face again, your sad smile. I recognized your attempt to cover from me your sorrow. Your sorrow because you knew already better than me the shortness of time remained for us. And I screamed in silence, I cried. Wanted to touch your face, feel your hair between my fingers, caress you…. Nothing, nothing ever can be truly joyful and fully happy in my life. My future seems to be like a life wasted, effort unnecessary.
And today’s bike ride on the dyke, through the marshes to Lawrencetown was somehow close to my thoughts. The colours, smells, even the fauna and flora of salt marshes are very different from those of fresh water lakes. Everything is dimmed somehow, austere. So was the time of day – late afternoon, greyish, cool weather.
Blisko trzysta lat temu Vivaldi skomponował Koncert na skrzypce i fortepian „Cztery pory roku”. Wielokroć (ku zgorszeniu wielu, LOL) już pisałem, że muzyka baroku często a gęsto mnie nuży. Nie znoszę ‘od kropki do kropki’ w jakimkolwiek gatunku sztuki. Ale i w baroku są perełki czystej urody. Ten właśnie Koncert Vivaldiego zawsze lubiłem słuchać. Ba, by się staremu nadwornemu kompozytorowi przypodobać napisałem kiedyś (dedykując jemu) cykl czterech wierszyków „Sezony”. Vivaldiemu zmarło się jednak 270 lat wcześniej i pociechy z mojego gestu wiele mieć nie mógł. Ale niech tam, w sztambuchu ‘ku pamięci’.
Z tego cyklu więc, stosownie do pory roku, wierszem o jesieni zapis dzisiejszy chcę zacząć. Całość była oczywiście o czterech porach roku, a opisałem je za pomocą zachowań i używania języka, jego funkcji, przymiotów – od liter poczynając, na pełnych zdaniach kończąc. Całość pewnie ukazuje wykonanie pomysłu najlepiej ale tu ten o jesieni musi wystarczyć.
Wiersz jesienny
Elegancja zwrotek kunsztownie nizanych,
samogłosek dojrzałych, pełnych, dźwięcznych.
Jak garnitur trzyczęściowy, z goździkiem w butonierce.
Kropki i przecinki w zdaniach sensem związanych,
siedzą na werandzie trzymając się za ręce.
Jeszcze ciepło, pięknie choć już smutno,
za ogrodem zmierzch, noc. Może jutro?
(01.12.2011)
Więc październik już. Jadę z Tobą na plażę mało uczęszczaną, mało znana, a przepiękną. W East Chezzetcook. Tak, tą samą od której zacząłem moje poszukiwania Ciebie i nas odkąd rana na tyle się zagoiła, że mogłem chodzić. O pływaniu jeszcze mowy nie było, ale brodzenia do kolan któż mógłby mi zabronić? Byłem tam wówczas chyba więcej niż dwukrotnie. Pisałem kolorowymi kamieniami mój poemat o nas. Jedno słowo, ale aż cztery litery. Cztery tylko, bo po angielsku, aby lokalne ptactwo wodne mogło przelatując odczytać. Następnego dnia fale zebrały moje kamyki w jeden kłębek. Może próbowały czytać a potem nie potrafiły w kolejność ułożyć? Nie wiem. Fakt, że palców fale nie mają. To już tak zostawiłem. Jeździłem z moim krzesłem plażowym, więc mogłem odpoczywać, pisać inne, dłuższe listy do Ciebie.
Potem szukałem Cię na innych plażach, piaszczystych i kamienistych. Mogłem już w końcu pływać. Nie pamiętam kiedy (mógłbym sprawdzić, bo zapisywałem nasze rozmowy), ale w końcu zrozumiałem Twoją niecierpliwość moich poszukiwań i przypomniałem sobie o obietnicy, jaką Ci złożyłem w te dni ostatnie, dni najgorsze. Że nie będziesz nigdy sam, że będę Twoim Domem. Do końca. Odtąd i ja przestałem jeździć sam. Zaczęliśmy znowu jeździć razem. I dzisiaj, na tą plażę właśnie w East Chezzetcook, środku nowoszkockiej Akadii, pojechaliśmy razem. Pokazałem Ci w końcu, jak ona wygląda. Przed tym Okrutnym Dniem razem na niej nigdy nie byliśmy. Ani ja sam jej nie znałem.
Chwilkę, cofnijmy się nieco w czasie. Byliśmy przecież obok. Jedna z pierwszych naszych wycieczek, pierwszej zimy w Nowej Szkocji, zawiodła nas do West Chezzetcook. Pamiętasz ten maleńki drewniany kościółek i ten uroczy cmentarzyk wiejski przed kościółkiem? Tą zamarzniętą, jak lodowisko łąkę, po której szliśmy trzymając się za ręce, by się nie wywrócić? A wszystko przez Twoją Ciotkę Teresę. To przecież ona, dystyngowana dama poprzedniej epoki, Theresa Cormier z Isles de la Madeleine podarowała mi ten poemat Longfellowa „Evengeline” o wygnaniu i wędrówce powrotnej francuskich Akadyjczyków z Nowej Szkocji do Luizjany. Szukałem więc śladów Evangeliny. Osad akadyjskich. To taki romantyczny poemat! Longfellow miał się trochę wzorować na Mickiewiczu, którego poezją był zafascynowany.
Opisuje tragiczny dzień aresztowań francuskich Akadyjczyków. Żołdacy brytyjscy przyjeżdżają do Gran-Pre. Biedni farmerzy i rybacy muszą oddać ziemię, dobytek. Sami, aresztowani, będą zesłani do Luizjany. Evangelina biegnie do tłumu zebranych wypatrując ukochanego Gabriela. Nie zważa na ostrzeżenia ojca. Znajduje ukochanego, podbiega do niego, tuli głowę w jego ramię, gładzi twarz i szepcze przez łzy: ‘Gabierlu! Bądż dobrej nadziei! bo jeśli kochamy się wzajem nic zaprawdę nie może nam zaszkodzić , jakiekolwiek nieszczęścia by naszły![i]
Natomiast Ty sam podarowałeś mi już w pierwszych tygodniach naszej miłości kopię „The Ryme of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a. Przepiękny poemat i talent poety o niebo lepszy niż Longfellow’a. Choć nie łatwo było mi go czytać. Ten cudowny a tak zupełnie inny od współczesnego (!) angielski nie jest aż tak prosty, LOL. To, zdaniem moim, jedno z arcydzieł literatury angielskiej. Bohater poematu za zbrodnię zabicia albatrosa ukarany jest śmiercią załogi i wędrówką statku pchanego tam, gdzie niosły go fale morza, głodem i pragnieniem nieustannym (‘woda, woda wszędzie, a ni kropli do wypicia’). Gdy w końcu, u kresu życia, uratowany jest przez napotkany port – karą za jego zbrodnię jest wędrówka przez świat nieustanna i opowiadanie o tej zbrodni.
Literatura, poezja zwłaszcza – wbrew temu, że często o poetach się wyrażam ironicznie, jako narcyzach literatury – jest moim towarzyszem nieustannym. Nie zawsze chcianym i lubianym. Zdecydowanie nie ‘dodaje mi skrzydeł’, LOL. Jeżeli już, to czasem ciężki powróz. Bo wszystko już powiedziano, przed wszystkim ostrzeżono. I nic. Jakichkolwiek rezultatów pozytywno-edukacyjnych. Może faktycznie jesteśmy, jako gatunek, tępi po prostu. Ale coś robić trzeba, więc niektórzy piszą.
Nowa Szkocja to wszędzie morze. Obojętnie gdzie i jak będziesz wędrować – prędzej czy później nad morzem wylądujesz. Kochana moja, nieżyjąca od lat Irenka Kropińska primo voto Pasławska, zacna krzewicielka kultury (zwłaszcza muzyki i literatury) i w Polsce i w Kanadzie, dała mi kiedyś tomik poezji swego przyjaciela z Polski, Lecha Jakóba, z napomnieniem bym koniecznie z nim w kontakt wszedł. Ale czasy się pomieszały bardzo szybko. Odeszła Irenka (do dni ostatnich przy niej byłem), potem Mama moja ciężko się rozchorowała. Zapomniałem o poecie z Koszalina, panu Jakóbie. I tak już zostało. Przeglądem teraz jego tom „Zielony Promień’. No tak, w poezji – jeśli szukasz – wszystko możesz znaleźć. I znalazłem. Ot, ten fragment wiersza ‘Morze inaczej’[ii]:
morze jest twoje zupełnie
gdy potrafisz o nim powiedzieć „ja”
ja jestem
lub też lepiej:
ja jestem morze
po którym pływają wszystkie
kutry świata
Wszystkie? No chyba jednak tak. Tylko takie znamy. Na moim też pływają wszystkie kutry świata. Tego świata i tego morza, które znam. Mojego świata. Słyszałem, ba! – wiem, że są inne. Ale cóż mi po nich i po kutrach, które na nich pływają?
Piaszczysta wąska wydma, która zawiodła mnie w East Chezzetcook dalej niż kiedykolwiek przedtem (był właśnie odpływ) powoli rozlała się w strumień, potem rzeczkę, w końcu płytką zatoczkę. Zebrałem wszystko w plecak, który ręką trzymałem powyżej pasa i znalazłem łachę piaskową otoczona zewsząd morskimi stawami połączonymi wartka morska rzeką z matką-oceanem. Te ‘stawy’ to takie zbiorniki słonej wody, które w przypływie łączą się bardzo prędkimi i głębokimi ‘rzekami’ z Atlantykiem, a w odpływie zamieniają się w spokojne słone jeziora. Masa w nich krabów. I woda w nich nieco cieplejsza niż na otwartym oceanie. Moja łacha piaskowa była dość wysoko położona i zalanie mi nie groziło przez kilka najbliższych godzin. Ale znalazłem się nagle na wyspie – z plecakiem, z notesem, telefonem, LOL. Plecak silny jednak, dobry zamek i dość nieprzemakalny brezent. Wiedziałem, że w jakimś węższym miejscu przepłynę bez większej szkody dla zawartości. O kamerę ze stojakiem martwić się nie musiałem. Od czasu, gdy porwały ją fale huraganu Lee, mimo mojej pieszczotliwej opieki, suszenia i czyszczenia – pomarło się bidulce na amen. Trochę żal, bo służyła mi dobrze.
John siedział obok cicho. Nie chciał nic mówić widać. Mogłem się tylko domyślać, co by powiedział, gdyby był tu fizycznie, poza byciem ze mną we mnie. Uśmiechnąłem się słodko, jak potrafiłem i rzekłem: przepraszam, ale nie martw się, ja sobie z Tobą i plecakiem poradzę. No wiesz, że ja lubię takie niespodzianki, przecież nie jesteśmy na jakiejś tratwie kilometry od brzegu. Uśmiechnął się tą swoja rozbrajającą dobrocią i tylko westchnął: eh, ty zawsze musisz jakąś przygodę wyszukać i cieszy cię to. Przyzwyczaiłem się do tego, no i lubię jak ciebie to cieszy. No i jak tego chłopaka nie kochać? Nie sposób.
Świetny poeta amerykański, Paul Monette wydał blisko dwadzieścia lat temu zbiór poezji „West Of Yesterday. East Of Summer”. To było monumentalne dzieło poezji odpowiadające na tragedię iście grecką, jaka spotkała środowisko LGB (bo o tym w tej materii i czasach tylko mówimy) w dobie kryzysu AIDSa. Ta tragedia dotknęła jego też, stracił partnera, kochanka. Znany i głośny wówczas dramatopisarz, Larry Kramer napisał w recenzji: ‘to są przepiękne, druzgocące serce krzyki – takie piękno z takiego bólu i straty i agonii – i ja chcę aby każdy je usłyszał, każdy tchórzliwy bastard w Waszyngtonie, kto pomógł nam umierać, każdy na świecie, kto nie wie, że mężczyźni kochają mężczyzn majestatycznie, pięknie, heroicznie.’[iii]
W innej zupełnie sytuacji, bez tego strasznego tła, jakie nas przytłaczało w okrutnej dobie AIDS’a – ale jakże ten okrzyk bólu rozumiem po Stracie. Jak nic dać pocieszenia ani wytchnienia nie może. Mój świat uległ podziałowi na dwie epoki: przed i po. Może nasza miłość (w porównaniu z tamtym okresem) nie sięgała poziomu heroizmu, ale była i majestatyczna i piękna.
Z tegoż tomu przetłumaczyłem fragment wiersza ‘Przypisując pamięci’ (ze strony 3)[iv]:
Jeśli pływaliśmy to płynęliśmy
głęboko w dół koralowych wież, gdzie
lawa miesza się z atramentem, aż dach
rafy stał się początkiem Atlantydy,
delfiny uwodząc zalotnie tańczyły.
A ja ciągle mojego wiersza nie potrafiłem skończyć. Bałem się, byłem tchórzliwy. Nie miałem odwagi przed jej – miłości – potęgą, majestatem. Nie brakło mi tej siły w pierwszych miesiącach po stracie. Czarna rozpacz była silniejsza od tchórzliwości wierszoklety. Słowa się przed nią uginały w pół, niczym szeregi wyzłoconych kamerdynerów, gdy przechadzał się przed nimi wersalskimi kolumnadami Król-Słońce. Były moimi służkami tak się układającymi na kartce, jak tylko chciałem. Bez zajęknięcia, bez oporu. Potęga rozpaczy jest niepokonalna. Teraz, gdy Cię odnalazłem na nowo wewnątrz siebie, gdym się do tej nowej niebytnej bytności przyzwyczaiłem – powrócił lek przed potęga słów. Buntują się, jak gawiedź paryska, gdy wprowadzono na szafot Obywatela Kapeta – stryjecznego praprawnuka Króla Słońce i prawnuka Króla Stanisława Leszczyńskiego. Więc poezja demokracji nie znosi. Tylko władza absolutna ma panowanie nad językiem. A rozpacz jest absolutna.
Pojechałem tam dziś ponownie. Ni żywej duszy wokół. Tym razem nawet krzesło składane zabrałem. Wszystko na kark i głowę przymocowałem i między falami odnalazłem przejście, gdzie bez płynięcia mogłem na łachę-wyspę dojść. W te samo miejsce. Litery mego kamiennego napisu przetrwały, nie rozsypane tym razem, przez dwie noce i dzień. Na nowo w notesie do walki ze słowami uparcie siadłem. Nie poddawałem się. Wydałem wojnę Naturze i Czasowi . Tej wojny nikt wygrać nie może. Ale są sytuacje, gdy wiedząc o klęsce niechybnej – wojnę wydać trzeba. Może to jednak ten heroizm miłości mężczyzn do mężczyzn, o jakim pisał Kramer? I nie wiem czy napisałem wiersz dobry, czy miłość w nim potrafiłem nazwać, opisać. Ale minął lęk przed słowami o naszej Miłości. Mój opis będzie najprawdziwszy, jedynie możliwym. Nawet Rozpacz zmuszona będzie do ugięcia kolan.
Bogdan Czaykowski był popularnym poetą polskim w Vancouverze. Miał niesamowitą i obfitą łatwość pisania. Wiersz był jego chlebem powszednim. Nie wiem, czy go to nie męczyło czasem, ale z rozmów jakie z nim prowadziłem wynikało, że raczej odwrotnie. Pewnie tak było z Broniewskim, z Tuwimem, z Gałczyńskim. Byli poetami, wszystko inne było drugorzędne, drugoplanowe. W jednym z wierszy napisał [v]:
Gdy myśl przedsłowna przejdzie próbę słów,
wtedy nasłuchuj, co ci mówi myśl
posłowna.
I taką myślą otwórz oczy poza zmysł.
Zaniemów.
Wiec może jednak zaufać mocy własnych słów? Może ta obróbka słów na poetyckiej tokarce lub szlifierce czyni je prawomocnymi? Odpowiednimi. Prawdziwymi?
A może te cztery litery kamiennego słowa na piaskowej wydmie-wyspie są całym poematem? Skończonym w swej doskonałości. Ta myśl też mnie nie opuszczała. Wiec gdyby były – taszczyłem z drobnicy kamiennej większe głazy i zbudowałem mur obronny przed falami chroniące napis. Nic wieczności oceanu nie przetrwa, wiem. Ale chwilę choć. A chwila to moje całe życie, o więcej nie dbam w swym wierszowaniu.
Cóż jest miłość więc,
jaka recepta, jaka droga,
sonata ją pisze czy wiersz?
Słońce gorące czy wodna zorza?
U schyłku czy o świcie dnia
zawoła, ramię ci poda?
Bezsilna czy potężna będzie?
Czy ją rozpoznasz, gdy przyjdzie?
Młodość się pyta natarczywa,
niepewna i niecierpliwa.
(B. P-G, 01.10.23)
Jak mam opisać naszą miłość
by ją nie zmniejszyć tanią egzaltacją?
By słowa klękały przed nią ciche,
skromne, zleknione jej mocą.
Tu – na dzikiej plaży, z hukiem fal
oceanu wzburzonego jej pychą:
cóż im jej wielkość, gdy tak krucha?
Byliśmy, gdy ciebie tu nie było,
będziemy długo, gdy ślad twój
z piasku zniknie bezpowrotnie!
(B.P-G, 03.10.23)
[i] „The Song of Hiawatha and Other Poems”, H. W. Longfellow; wyd. Readers Digest Assoc, Montreal,1989 (s. 197)
[ii] „Zielony Promień. Wiersze wybrane.” Lech M. Jakób; Wyd. Aula (2003), Podkowa Leśna; s. 232
[iii] na obwolucie tomu poezji Paula Monette „West of Yesterday. East of Summer.” wyd. St. Martin’s Press, Nowy Jork, 1974
Jesień. Więcej chyba jej w poezji i sztuce ogólnie niż innych sezonów. Jest coś i ciepłego i smutnego jednocześnie w niej. Jest świadomość przemijania, odchodzenia, umierania. Jest chwilą na wspomnienia szałów wiosny i osiągnięć lata. Ma kolorów, cieni i blasków więcej niż pozostałe okresy roku.
Otwiera bramy do skończoności, do nietrwałości wszystkiego, co ludzkie, co naturalne, co fizyczne. Co żywe. I ta realizacja, to pogodzenie się z nieugiętym prawem nietrwałości, tymczasowości, nadaje jej jakiś specjalny charakter transcendentnego smutku, smutku z lekkim uśmiechem na ustach. Nie śmiechu, a uśmiechu właśnie.
Był taki onegdaj poeta niegłośny a dobry, Stefan Gołębiowski. Dziś mało kto go pewnie pamięta. A ja lubiłem jego wiersze: krótkie formy, najczęściej dziesięciozgłoskowe, czasem 5-cio. Były ciepłe w dotyku, nie hałaśliwe. Coś stwierdzały, coś opisywały, ale bez wyroku, bez oceny. Mało w nich było zachwytu nad własną erudycją, tak strasznie popularnego wśród polskich poetów ostatnich chyba 100 lat. Trochę był w tym podobny do pisania Szymborskiej. Zdecydowanie był odwrotnością, zaprzeczeniem poetyki Barańczaka – poety kunsztem od niego o niebo wyższym, aliści przesiąkniętym takim parnasizmem i samozachwytem, e faktycznie w czołówce tych poetów polskich się znalazł.
Wiec tenże ‘mój’ skromny Gołębiowski tak sympatycznie ten rodzaj uśmiechu zarysował we fragmencie wiersza „Uśmiech”[i]:
Straciła nogi w powietrzu toczone
straciła dłoni światło różanopalce
——–\\——–
w konchach uszu sen zaprzepaścił świadomość
więc nic nie ocalało zapytał zgubiony uśmiech
morze westchnęło z niepamięci dobyty powstał
obłoczek piany i z konchy wychynął mięczak.
Więc rowerowo się na spotkanie z kolorami i widokami jesieni wybrałem. W miejsca, gdzie dawno już nie byłem. A gdzie z Johnem wspólnie chodzić lubiliśmy.
Ah, Fall … the mystique of the delicate fabric of fog rising from little lakes, and meadows. Sad but in a resigned and almost sweet type of sadness. The sad smile of accepting fate. The vigor of Spring is gone, although still strong in our memory; the mundane and mature things of Summer are gone, too. Thank god for that. Adulthood of summer of our life is too calculated, too measured. Too much of: but what if … . What if life happens?
Let it happen, then. Let it happen, enjoy the risks, the rewards, and the bitter failings.
Fall is so much more mature, so much more accepting and forgiving. C’est la vie, mon cheri. The timid smile of understanding, perhaps even resignation. Melancholic. Invisible John slightly squeezing my arm, my bike – we walked.
Mona Lisa’s smile of da Vinci? Or the smile Canadian Indigenous poet, Sarain Stump put on one of her short poems[ii]:
Gotta be the best
at the ball game
and hunt something
——–//——–
put together a few wise words
in front of the elder ones
all because she smiled at me
and her father said
he ain’t gonna give her
to who’s not a man
[i] Utwory poetyckie” Stefan Gołębiowski; wyd. LSW, Warszawa, 1975
[ii] “There is my people sleeping” Sarain Stump, pub. Gray’s Publishing, Sidney, BC, 1974
I have started the ‘Talks with John’ soon after His passing. Last place we went to, on our numerous journeys, was a little, tranquil lake called ‘Dollar’, in the midst of deep forest, half way between Highways No.102 and 107. I was the first place I returned to, after He was gone. It seems fitting it was a place I went to few days ago, closing that period of my search of Him. Here is the final letter. First part in Polish, second in English. Just a note to the Reader: both parts are a continuation of the entire text, not a translation. I could have write the entire piece in both languages – but that would not be honest to the emotional process of writing it down. My talkes with Him were bilingual and I want to preserve that aspect of it. The authenticity of the emotions. —– Polska i angielska część moich Rozmów z Johnem nie są po prostu tłumaczeniem jednej wersji na drugą. To osobne fragmenty jednego całego tekstu. Świadomie w takiej formie chce je pozostawić, gdyż taką formę rozmowy dwujęzycznej z Nim prowadziłem. Przepraszam jeśli komuś sprawi to kłopot w rozumieniu i znajomości obu języków. Ale takie są prawa oryginału.
Posłuchaj raz jeszcze, wytłumaczę Ci moje zmagania. I moje klęski emocjonalne, moją słabość. To, że zapomniałem, że jestem Twoim Domem. Naszym Domem, że Ci to obiecałem i że tego ode mnie oczekiwałeś. Gdzieś tą pewność zagubiłem, gdzieś schyliłem plecy w jakimś bezgłośnym szlochu. Jeździłem po miejscach znajomych i nieznanych przedtem i szukałem Ciebie, wołałem Twoje imię. Tak, jakbyś odszedł. Wszędzie zabierałem ze sobą swój notes i te walki wewnętrzne opisałem.
Czas bym Ci złożył z nich sprawozdanie, bym te strony notesu otworzył. I obietnicę na nowo podjął, w pełni zrozumiał. Czas na powrót do Domu z podróżowania. Domu, którym jestem ja i w którym Ty mieszkasz. Na zawsze.
(Conrad Beach, 21.09.23) – Wszystko to jeden przeciągły krzyk. Jedno nieustanne wołanie, jak nieustanny szum fal. Jak ich huk, gdy rozbijają się o brzeg, gdy załamują się pod własnym ciężarem w dzikiej kipieli białej piany. Może dlatego do tych opustoszałych o tej porze roku plaż jeżdżę. By z nimi krzyczeć, by niosły ten krzyk daleko, topiły w swych głębinach i zamykały go w leżącej na dnie ciężkiej kryształowej szkatule.
Piszę do Ciebie na mokrym piasku list-poemat w archaicznym języku, którego sam nie znam, ale przeczuwam. Nadchodząca fala zbiera każdą literę, każdy znak runiczny i zabiera ten list. Zbiera delikatnie każde ziarnku piasku z każdej runy i niesie do swoich głębin. Może tam, w tej głębi największych rowów oceanów, na wielkich perlistych konchach siedzą wszyscy kochankowie i kochanki oczekujące na te listy.
(Dollar Lake, 22.09.23) – Więc przyjechałem tu znowu w pogoni za Tobą. Tu zaczynałem moje poszukiwania Ciebie, moje ucieczki z domu. Ucieczki do nas, w nas. Za naszymi śladami, szczątkami rozmów, słów, uśmiechów, dotknięć. Miejsca ostatnie dłuższej wspólnej wycieczki kończącej nasza wielką podróż życia.
our first visit to the lake
Las za plecami jest pełen swoich rozmów. Jakiś ptak z uporem coś zrzuca z gałęzi, coś rozdłubuje. Szuka pożywienia pod korą? Na budowanie gniazd wszak już za późno. Nadeszła jesień. Woda jest chłodna ale przyjemna. Gładka jak powierzchnia lustra. Po grzywaczach szalonych fal oceanu dziwnie się jakoś pływa po takiej lustrzanej tafli.
Możliwe, że i ta podróż tu, nad to jezioro, jest moja ostatnią. Tamta pierwsza, odbyta wspólnie, istnieje tylko w moim sercu, w mej pamięci. Czas oddać te jezioro, ten las, tę szosę do niego prowadzącą, innym kochankom. Ich marzeniom, ich pocałunkom. Jest piękna cisza, jesienne słońce chyli się ku zachodniej ścianie lasu, nawet lekki wiaterek ustał. Jakby nie chcieli mi przeszkadzać, jakby umówili się: dajmy mu jeszcze chwilę, trochę czasu by się tych wspomnień nałykał.
my first return to the lake, in May, 2023
Czasu na odwiedziny i czasu na pożegnanie. Niech nastanie już ta cisza.
To think of it, You were my Canada. My entire life here. My love for this country was my love for You. I went to Halifax today for this last recorded on-paper talk with You. At my favored spot in this city at the beginning of Coburg Street. In front of my favored church – St. Andrews United Church.
There are many reasons to like this spot: it is, in a way, an invisible border separating bustling and noisy Halifax of tourists and business from Halifax the quiet, the reflective. But it is also the church I have visited many times for musical concerts organized there. But above that there is one more thing, a small detail that I noticed and just love it. The administrative annex of the church is a very busy and noisy some sort of school/childcare facility. There are always many kids coming and going, laughing, joking, saying hi and goodbye. The entrance to this school is always adorned with some rainbow symbols of the LGBTQ+ community. What a most splendid idea! Remember? I showed it to You and You agreed. Introducing the kids to the reality, that love has no boundaries, that all are welcome and included. Just that visual effect is stronger and better than lectures could ever be.
That is why I came here to finish this letter to You. About our Canada, Canada You gave to me. Or Canada that made us.
Canada now is with me all the time. Your gift to me and Her gift to us. Wherever I go, She will go with me. She is part of me, like our love and You.
I will stop searching for You on the vast beaches in the majestic bosom of waves crashing on the shore. Stop looking for You on the tranquil trail and beach of Dollar Lake lost in the middle of an old forest. It is true – memories of us being there, are still there. But they are also inside my soul, imprinted there till the day I die.
I didn’t need to call Your name, You are not hiding in any of these places. You are within me. You are us, and I am us.
You once said: ‘wherever you are, there is my home’. I remembered it at the beginning of my immense grief. Over time that grief became so heavy, so strong, it started to overpower me. And I run to these places calling Your name, begging You to answer, to reveal Yourself.
But now it all came back. You are everywhere I go. At home, on my travels, my walks. You are my Canada. My true heimat. I can take it with me across any mountains and oceans. The entire world is that – our Canada. You have come back where You always belonged – to me. Let’s walk together the rest of the Journey, wherever it takes us.
from my last visit to the lake in late September 2023
Song of Love
1
The waves are calling –
blue sky caressing white foam
of the sea, embracing the shape
of clouds taking bath in it.
Like you – your hips, your hand
in mine, your touch on my chest,
my fingers in your hair learning
the shape of the lobe of your ear.
The air is moist, fragrant,
the air is still around us.
And whispers, words quivering
with anticipation, expecting.
Longing anchored in our sight,
begging, trembling impatiently.
Eyes searching, touching, embracing.
The air dancing, pirouetting, flirting.
2
Memory. Your years of boyish youth.
Fear of rejection, of not finding
the answer you dreamt of. The torture of
that fear. The air is suffocating, dense.
Imperious impatience asking urgently:
is it? our love? Hey, boy! You promised
to find it – our love. You promised
that I will be in love. Our pact for life.
I! I! I must know how it feels! The air!
Must feel it myself: impatience, hungering.
Not tomorrow, not in some future. Now!
My youth not wanting innocence anymore.
I want to be guilty of stolen nights,
of jumping through the window
to magical streets leading to forbidden
dark pathways in dense parks.
Finding other eyes, other fingers
searching for me in the pantomime
parade of shadowy silent silhouettes.
In the dense air breathing heavy.
3
Finding you waiting for me.
You finding me. We will know,
when our eyes will meet. We.
Not me, not you. We – lovers.
I had a pleasure meeting Jason Gorber, a prominent Toroto-based movie critic, at the Green Border screening on Tuesday. Today, I have read his comment:
“A masterpiece from an underappreciated master of both big and small screen, Agnieszka Holland’s searing look at the refugee crisis on the border between Belarus and her native Poland is as profound as it is provocative.
The performances are astounding, the narrative horrifying, resulting in a story that’s deeply unsettling and emotionally raw.”
(below a Polish language version)
We wtorek, na projekcji Zielonej Granicy, miałem przyjemność poznać znanego krytyka filmowego z Toronto, Jasona Gorbera. Dziś przeczytałem jego komentarz:
“Arcydzieło niedocenianej mistrzyni dużego i małego ekranu Agnieszki Holland, jej wnikliwe spojrzenie na kryzys uchodźczy na granicy Białorusi z jej rodzinną Polską, jest tyleż głębokie, co prowokacyjne.
Gra aktorska wprawia w oslupienie, a narracja poraża, co skutkuje historią głęboko niepokojącą i emocjonalnie surową.