Chopin, Konkurs, Ciotki i dzieciństwo

cz. I

Konkurs Szopenowski w Warszawie. Każde dziecko (polskie dziecko, naturalnie) słyszało tą nazwę. Nie dlatego, że Polacy aż tak nadzwyczajnie muzyczni, nie przesadzajmy w tym męczącym zachwycie nad sobą samymi. Nie, nie mamy się czegokolwiek krępować ni ze wstydem patrzeć w podłogę przestępując z nogi na nogę w zażenowaniu. Coś tam tej muzyce światowej ofiarowaliśmy i w ostatnich dwustu latach nie tak znowu skromnie. Tych nazwisk, od kompozytorów do muzyków odgrywających te kompozycje na wszystkich liczących się scenach świata, zajęło by mi trochę czasu i miejsca spisać. Zwłaszcza z XX wieku. Po prostu nie lubię, jak my lubimy wycierać swoje gęby wielkimi polskimi nazwiskami czy potrzeba czy kompletnie bezsensownie w danym momencie. Czasem jest to po prostu żenujące.  Jeszcze nie spotkałem Niemca, który by mi w rozmowie (nawet na temat muzyki) z podnieceniem wyrokował: a wie pan, Beethoven to był Niemiec.

To na marginesie tylko, nie o tych śmiesznostkach chcę napisać parę słów.

Ale na kanwie tegoż autentycznie prestiżowego konkursu szopenowskiego i na kanwie dzieci w Polsce – ja gdy słyszę: Konkurs Szopenowski, to widzę swoje dzieciństwo. Cóż się dziwić, gdy pomyślę, że pierwszym meblem (i miejscem cudownych zabaw pod nim) jaki pamiętam z naszego mieszkania w Toruniu był … olbrzymi czarny fortepian Bechsteina. Dziadzia Emanek – sam fabrykant instrumentów muzycznych i główny ich dostawca dla Armii Polskiej – przed II wojną był we wschodniej Polsce przedstawicielem tej słynnej firmy fortepianów i pianin wirtuozów i królów.

Spacery z babcią Wandą lub, gdy nieco starszy byłem samemu albo z przyjacielem do Łazienek na niedzielne koncerty; słuchanie z babcią (która traktowała te Konkursy, jak nabożeństwo, którego pod karą piekła opuścić nie wolno było) w radio i telewizji wszystkich kolejnych Konkursów od eliminacji do finałów. Pierwszy pamiętany to był tenże w którym wygrała wspaniała Martha Argerich, Argentynka, która ‘przebudziła’ Chopina z konserwatywnej drzemki. Jakby wlała w jego muzykę trochę pasji argentyńskiej … . Rok był 1965.  Babcia była nią zachwycona, a ja na opiniach babci w muzyce klasycznej się wówczas opierałem solidnie.

Ostatnim oglądanym w Polsce był ten w pamiętnym roku 1980. Argerich wróciła po piętnastu latach, ale już jako juror Konkursu. I znowu wywołała burzę! Tym razem trzaskając drzwiami za resztą zaszokowanego  Jury, gdy nie dali wysokiej oceny i klasyfikowanego miejsca dla Ivo Pogorelicia. Przyznaję, że i mnie wydawało się, że zbyt dużo w jego grze było ‘wariacji Pogorelicia na temat muzyki Chopina’, a za mało Chopina. Ale grał brawurowo. Nie wiem jakbym teraz go odebrał. W wieku 20 lat byłem pod każdym chyba względem dużo bardziej konserwatywny i hołdujący kanonom niż dziś, aż śmiech bierze. Pamiętam, że z przekonaniem nie znoszącym krytyki, kolegom przy butelce wina na Starówce  perorowałem, że jak dożyje (Pogorelić) wieku Horowitza będzie sobie na takie swobodne interpretacje mógł pozwolić, a teraz gęba w kubeł i grać trzeba, jak kompozytor zapisał. Słowem – zachowywałem się jak sierżant na mustrze a nie młody poeta.

Chcąc nie chcąc te letnie koncerty w Łazienkach, w różnych muszlach koncertowych starych kurortów polskich zbliżyło mnie najbardziej do stylu gry Chopina, który babcia właśnie szanowała najbardziej i główna zasługę miały tu … kobiety. Od babci poczynając, naturalnie. A dalej wspaniałe Grychtołówna, Smendzianka, Hesse-Bukowska. Te nazwiska po słowie „Chopin” lub ‘koncert fortepianowy’ szybciej wpadały do mojej łepetyny niż Małcużyński i nawet niezrównany Rubinstein. Może dlatego, że dzieci od kobiet odbierają więcej ciepła i większym je darzą zaufaniem? Hmm, ciekawe. No i ciocia Lusia, szopenistka, której tragiczna kariera muzyczna była naznaczona bykowcem bolszewickiego enkawudysty w czasie okupacji Trok przez Rosję. Troki (Trakai po litewsku) na Wileńszczyźnie były jej domem rodzinnym, gdzie jej rodzice (brat babci i jego żona), oboje lekarze, mieli dom i mały prywatny szpital. Enkawudzista kazał jej grać Skriabina, gdy w zdenerwowaniu (była wówczas bardzo młodą absolwentką Konserwatorium) robiła przerwy lub zatrzymywała się – bił ją po palcach tym bykowcem. Czy inne jeszcze formy tortury miały miejsce – nie wiem. Nikt o tym, łącznie z jej matką, ciocią Anią, mówić nie chciał. Jej ojca, tego lekarza-altruistę, absolwenta wydziału lekarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego, Sowieci zamordowali na ulicy w Wilnie, w pierwszych dniach okupacji. Po wojnie koncertowała bardzo mało i krótko. Jeszcze uczyła w szkołach muzycznych, była zapraszana do jury różnych konkursów pianistycznych ale co raz większe braki pamięci i olbrzymie zdenerwowanie nawracającymi stanami lekowymi powodowało, że zaczęła uciekać od wszelkiego życia publicznego i zamykać się w mieszkanku z matką. Potem już tylko wspólne odwiedziny u ciotek, kuzynek i kuzynów w Toruniu, Warszawie były jej jedynym wyrwaniem z pustelni mieszkania w Szczecinie. Z tamtych lat pamiętam ją najwięcej, właśnie na tych spotkaniach rodzinnych. Pod troskliwym okiem i opieką cioci Ani, jej matki. Ta cała rodzina (ze strony mojego ojca) pochodziła z Kresów: od Wołynia po Litwę. Byli otwarci, weseli, rozmowni, serdeczni. Ona wyglądała dla mnie, jak ktoś obcy, inny od nich. Nie rozumiałem tego. A oni wszyscy traktowali ją jakby była jedną z nich, wesołych i wyrozumiałych. Prawie beztroskich. Jakbym ja był jedynym, który widział Lusię inną, niż oni. I pewnie tak było.

To te wszystkie ciotki kresowe, zdecydowanie nie wujowie, były moim oknem na świat inny niż ten, który na ulicy mnie otaczał. Dyskutowania o kulturze, o sztuce, częstowania się małymi ciasteczkami (nigdy więcej niż jedno-dwa, bo nie wypadało, o co wściekłość mnie brała, ha ha), czasem nawet jednym kieliszeczkiem ratafii, elegancko podaną herbatą (kawa nie była wśród kresowiaków popularnym napojem i odnosiłem wrażenie, że traktowano ją jako coś, no, trochę wulgarnego?). I sposobem mówienia tak eleganckim, że żal mi było potem wychodzić i słuchać języka codziennego ulicy i znajomych. W skrócie mógłbym powiedzieć, że w ich skromnych (niektórych nader skromnych) mieszkaniach w Warszawie, Ciechocinku nie istniało PRL. Drzwi wejściowe były granicą, gdzie to państwo się kończyło. Ciotki w mojej obecności nigdy ani o polityce nie mówiły ani o brakach czegokolwiek. Żyły, jakby dalej mieszkały w salonikach, dworkach. I miały takie urocze imiona, zawsze zdrobniałe: Wandzia (moja babcia) i jej siostry Zonia i Jania Fekeczówny, ich kuzynki Ircia, Nala i Zocha Lejmbachówny (córki Ludwika Lejmbacha, lekarza, brata mojej prababci Fekecz de domo Lejmbach, które już przed 1939 przeniosły sie do Warszawy.  Lata jednak biegły szybko i wchodząc w wiek nastolatka więcej już czasu spędzałem poza ich towarzystwem, a ojciec i wujkowie z jego pokolenia już o polityce otwarcie ze mną mówili. Po wypiciu kilku kieliszków wódki (ratafię pili tylko w towarzystwie tych ich też cioć, ha ha) mówiąc o polityce i polskich ‘wodzach’ politycznych używali języka zdecydowanie nie salonowego. Byli mężczyznami z krwi i kości. A o przeszłości, w przeciwieństwie do tych starszych cioć, nie lubili w ogóle wspominać. Wojna zabrała im wszystkim młodość. A PRL szanse na normalne, porządne życie. Muzykę jednak wszyscy kochali i znali. Była wszędzie. Nie widziałem jeszcze instrumentu nas którym mój ojciec nie potrafiłby zagrać. Wystarczyło by pobrzdąkał na strunach kilka razy, lub dotknął dziurek lub klapek na trąbce metalowej czy drewnianej – i za parę minut grał, mniej lub bardziej swobodnie. Jego brat, mój ojciec chrzestny, był profesjonalnym muzykiem-skrzypkiem. Grał u Rachonia, Wodiczki i Roweckiego – najznaczniejszych dyrygentów w pierwszym dwudziestoleciu PRL. Potem przeniósł się do Szwecji, gdzie grał do przedwczesnej śmierci  u zarania lat 80. I tenże wysokiej klasy skrzypek bez żenady przyznawał, że z nich trzech ( Jaro, Weno i Milo – Milo to mój ojciec) Milo był jedyny ze słuchem idealnym.  Weno, średni brat, inżynier – przy pianinie też swobodnie się obywał. W pierwszych latach po wojnie ojciec grał na perkusji w tworzącej się Filharmonii w Bydgoszczy. Razem z przyjacielem z Wilna, Henrykiem Czyżem, później świetnym polskim dyrygentem i kompozytorem. Ale gdy orkiestra nabierała szlifu i oferowała stałe posady, dyrektor (ze zrozumiałych względów) chciał by ojciec zapisał się do konserwatorium na formalne studia. Pochodząc z domu muzycznego od urodzenia, ojciec wiedział ile pracy i czasu takie studia wymagają. I powiedział krótko – nie ma mowy, nie mam czasu, chce teraz żyć. I zajął się plastyką, sztuką wizualną. Ta zdecydowania nie wymagała od niego dyscypliny. Której nigdy nie miał. I to chyba ja po nim odziedziczyłem. Bo zdecydowanie nie idealny słuch, którego nie mam, choć muzykę kocham i znam dość dobrze.

powyżej: 1) siostrzenice mojej babci, pianistki Lusia i Hala; 2) trójka braci, mojego ojca Bogumiła (Milo, formy oficjalnej nigdy nie używał), plastyka; skrzypka (Jaro)Jarosława i inżyniera (Weno)Wacława; 3) mój pradziad Fekecz, w Słupsku (obecnie Białoruś) ok. 1905, skrzypek; 4) mój ojciec chrzestny, Jaro; od lewej: na koncercie z wielkim Yehudi Menuhinem, Warszawa, 1957; na prywatnych lekcjach kocertmistrza skrzypcowego w Brześciu n/Bugiem, ok. 1929/30; po koncercie z genialnym skrzypkiem, wieloletnim dyrygentem Filharmonii w Marsylii, Roberto Benzi; w parku z przyjacielem, kompozytorem i dyrygentem Henrykiem Czyżem i jego żoną Haliną, śpiewaczką operowa; 5) trzy siostry Fekeczówne: Janina (po meżu Kleczkowska) , Wanda (oficjalnie Jadwiga, ale tego imienia nigdy nie używała, po mężu Pacak) i Zonią (od Zofii, po mężu Buresz) – dzieciństwo w Słupsku, ok. 1911; w Woroneżu (dawne województwo witebskie przed rozbiorami) ok. 1915 i w Brześciu Litewskim w 1924

Zaczęło się od wspomnień w związku z dopiero zakończoną XVIII edycją Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina. I moim oczarowaniem Koncertem e-moll w wykonaniu zwycięzcy, Bruce’a Liu. I o tym słów kilka chciałem napisać. A tu moje dzieciństwo, ciotki z odeszłych epok i świata, pianistki już nie żyjące (Hesse-Bukowska i Smendzianka) lub w bardzo podeszłym wieku (Gychtołówna), Kresy i PRL. Wszystko czasy dawne lub bardzo dawne. No, ale właśnie muzyka, zwłaszcza tzw. klasyczna (jakże nie znoszę tego terminu kompletnie fałszywego i sztucznego) ma to do siebie, że światy inne otwiera, gdy jej słuchamy. Przenosi, jak jaki zaczarowany wehikuł,  w dni lub miejsca odległe w czasie lub przestrzeni, czasem w oba te wymiary na raz. O Koncercie e-moll jeszcze obiecuję wrażenia opisać. Teraz zakończę właśnie słowami jednej z moich ‘nauczycielek’ muzyki z dzieciństwa. Bo jakże mądrze o Konkursie Chopinowskim napisała. I oby jej słowa charakteryzowały, co współcześni jurorzy konkursów muzycznych myślą, czego szukają w grze młody muzyków z tremą przed nimi grających.   

 Lidia Grychtołówna „Najważniejsza jest dla mnie atmosfera, jaką stwarza młody pianista, jego osobowość, indywidualność. Jeśli ktoś ma tę szczególną intuicję artystyczną, nigdy nie zagra przeciw Chopinowi, przeciw muzyce. A przypomnijmy, że konkursy powstały w Warszawie między innymi po to, by wyplenić z interpretacji salonowy kicz. Gdy pianista odczytuje intuicje kompozytora i potrafi przekonać do swojej koncepcji, można mu nawet wybaczyć drobne nieścisłości w traktowaniu zapisu nutowego. Słucha się z zafascynowaniem. Jeśli tego brakuje, wówczas stają się ważne szkolne kryteria poprawności, dokładności wykonania, kropka w nutach, pauza. Skupia się uwagę między innymi na takich elementach, jak wierność w stosunku do tekstu, właściwe frazowanie, pedalizacja. Zawsze jednak czekamy przede wszystkim na fascynujące osobowości”. (Cytat podaję z książki Lidii Grychtołówny „W metropoliach świata.)

Dlatego warto dzieci wszystkie, nawet z domów zupełnie nie muzycznych, zapoznawać z muzyką poważną (kolejny – po ‘klasyczna’- zły termin i w dodatku fałszywy. Owszem, bywa bardzo często poważna, ale bywa też zabawna, wesoła, taneczna). Wtedy będą ją traktować, jako coś naturalnego, znajomego. Nie bez kozery wspomniany już tu Henryk Czyż prowadził w latach 70. popularne programy w TVP pn. „Nie taki diabeł straszny”, gdzie tą muzykę popularyzował.

Paloma Negra

Piosenka ulicy, przedmieść. Folklor muzyczny w miastach i miasteczkach. Ten nurt miał olbrzymi wpływ na kształtowanie się popularnej muzyki estradowej, kariery muzycznej znanych wykonawców ‘od zawsze’ chyba. Najbardziej znanymi rodzajami muzyki popularnej, która z mrocznych barów i podejrzanych chodników przedmieść weszła na eleganckie estrady, do wytwórni płyt, do telewizji i radia były:

1) na kontynencie północno-amerykańskim: amerykańska muzyka murzyńska: jazzowa i negro spiritual. To wywołało prawdziwą rewolucję w sztuce i przemyśle muzycznym USA, a w krótkim czasie podbiło cały świat. Drugim takim elementem była muzyka country (tutaj wpływ najsilniejszy nie miały ośrodki miejskie, a przeciwnie – życie farmersko-kowbojskie i powstałe w jego tle ballady), której stolicą do dziś pozostało Nashville (tak jak ojczyzną jazzu jest New Orlean). Ostatnim wielkim (i po muzyce murzyńskiej – najbardziej kontrowersyjnym) wpływem na charakter muzyki popularnej w USA był styl rap – piosenka przedmieść kryminalnych, gangsterskich, często wulgarnych i mizoginistycznych. Z czasem te prądy muzyczne ulegały stylizacji artystycznej, oszlifowaniu. Nigdy nie zapominając o swych korzeniach i zachowując specyficzną symbolikę, charakter muzyczny i tekstowy.

2) w Europie muzyka folkloru wiejskiego raczej nie odniosła silnego wpływu na twórczość muzyki pop. Miała silny na muzykę klasyczną ale dość nikły na popularną. Odwrotnie było z folklorem miejskich przedmieść. Przykładem ‘domowym’ jest ‘ferajna warszawska’ – muzyka grajków, muzykantów podwórkowych, głównie lat 20-lecia. Przetrwała nie tylko okres wojny ale w formie już bardziej stylizowanej dalej odnosiła silny wpływ na piosenkarzy i kompozytorów profesjonalnych przez całe dziesięciolecia po 1945. Dwa zwłaszcza nurty były tu najsilniejsze: ballada przedmieść praskich i kapele (popularna Orkiestra z Chmielnej) Śródmieścia zawierające w sobie fragmenty żydowskiego folkloru zza Żelaznej Bramy. Silny wpływ na muzykę estradowo-popularną miała też tradycja batiarów lwowskich. Zwłaszcza dzięki popularnym stacjom radiowym  miedzy 1918 a 1939. Jakkolwiek podtrzymywana przez szereg lat po 45 przez środowiska emigracyjne – skutkiem odłączenia Lwowa od Polski, z biegiem lat pozostała tylko w formie pamiątkowo-wspomnieniowej. Ciekawie o tym bardzo pisała jedna z pracownic tych rozgłośni radiowych Włada Majewska, w wydanych w Polsce wspomnieniach w 2006 „”Z Lwowskiej Fali do Wolnej Europy”.  Chyba można, bez popełnienia wielkiego błędu, przyznać, że jedyna częścią Europy, gdzie muzyka folkloru miejskiego ale i wiejskiego miała silny wpływ na rozwój muzyki pop były kraje południowe: Grecja, Włochy i Hiszpania. Przykładami jest zdecydowania muzyka andaluzyjska i flamenco; we Włoszech folklor neapolitański. Folklor miejski (tych przedmieść właśnie) to głownie Paryż, akordeon paryskiego łobuziaka znad Sekwany lub przedmieść Montrmartu nieodmiennie związany z tragiczną miłością, pasją, zdradą. I naturalnie wielką Edith Piaf, która na tych przedmieściach i w tych tanich barach zaczynała swoją oszałamiającą karierę.

3) Zupełnie inna kategorie stanowią państwa Ameryki Południowej, Karaibów i jedyne państwo Ameryki Północnej, które w ten krąg kulturowy się wpisało, Meksyk. Folklor miejski, podmiejski – to oczywiście samba i nieco już stylizowana bossa nova w Brazylii. Ale najbardziej specyficzną odmianą, popularną od Jamajki, przez Kubę aż po Meksyk, jest folklor murzyńsko-hiszpańsko-indiański. Dziwna mieszanina negro spiritual, flamenco i ech Andaluzji. Z tych moim najbardziej ulubionym (poza stylem kubańskim) jest meksykańska odmiana canción ranchera – piosenki ranczerskiej. To rodzaj protest song biedoty przedmieść, która mówi o swoim życiu, pasjach i bólu odrzucając sztuczny, stylizowany na europejskiej i hollywoodzkiej wersji snobistycznej warstwy bogatych śródmieść i palatynowych ranch wielkich posiadaczy ziemskich. Jedną z mniej może znanych, a największych przedstawicielek tej muzyki była zmarła w 2012 Chavela Vargas. Postać nietuzinkowa, niezwykle oryginalna i silna w przekazie artystycznym. Vargas, z jej charakterystycznym, chropowatym głosem, męskim ubraniu (a sięgamy do czasów od końca lat 30. do początków XXI wieku) odrzucała heteronormatywność, ubierała się nie tylko po męsku – śpiewała wchodząc w rolę ‘mężczyzny-macho’. Jej kochanką we wczesnym okresie była kultowa malarka Frida Kahlo (zmarła w 1954) i wydaje się, że była to największa miłość jej życia. Później miała też romans z popularną aktorką Hollywood, Avą Gardner.

Frida Kahlo i Chavela Vargas

Ostatnim wielkim koncertem Chaveli był występ w Carnegie Hall w Nowym Jorku, w wieku 83 lat, w 2003. Był to jej debiut na tej scenie. Zakończony olbrzymim sukcesem.

Jedną z jej najbardziej znanych i przejmujących do samego środka duszy piosenką była „Paloma Negra”.  Kilka dni temu słuchałem w nocy jej interpretacji tej piosenki w wersji, sprzed wielu, wielu lat i w wersji właśnie z Carnegie Hall. Dziwne – ale ta druga wersja, kobiety ponad 80-letniej, kobiety, która przeszła nie tylko długie ale i trudne fizycznie życie (cygara, papierosy, alkohol, narkotyki) – wydała mi się piękniejsza. Głębsza. Muzycznie naturalnie gorsza, jej narzędzia głosowe były już w dużo gorszym stanie. Ale ‘narzędzia’ duszy jakby spotężniały, nabrały pełniejszego wymiaru. Tejże samej nocy napisałem wiersz o tej piosence i o Chaveli. Może wam to przybliży jej sens, treść.

osiemdziesięcioletnia Chavela Vargas

śpiewa Paloma Negra.

Wszystko pamięta, każde wzruszenie,

każde dotknięcie, dreszcz.

Słyszy przyspieszone bicie serca

Czarnego Gołębia sprzed lat.

Nie widzi sceny ni rzędów

krzeseł i siedzących w nich

słuchaczy nowojorskiej

socjety. Słyszy tylko gitarę

i słyszy szept: bądź moja.

Tej zabawy, tej nocy,

w tym tańcu i przez

ten pocałunek los negra.

Usta i dłonie Chaveli drżą,

tak jak drży jej głos.

Nie tylko wiekiem,

nie tylko wzruszniem.

Drżą smakiem głodnych,

gwałtownych ust Paloma Negra.

(3 październik, 2021, B.P.G)

Piosenka, ballada folkloru przedmieść. Paloma negra znaczy czarny gołąb. Czarny, bo artyści canción ranchera, ich kochanki i kochankowie mieli ciemne skóry. W Paryżu był szary wróbel czyli po francusku: piaf. Nie nazywano ich ani nie nazywali siebie pięknymi pawiami, kolorowymi papugami czy dostojnymi orłami. Gołąb, wróbel – szary ptak ulicy. Jej część nieodłączna. Od pozostałych mieszkańców tej ulicy różnili się tym, że mieli skrzydła, byli wolni i mogli wznieść się ku obłokom.

Dziwna noc majowa

Zakończyły się ledwie obchody, dziwne trochę już od kilku lat, rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Bo niby i wieńce, i gromadne spotkania ludzi. Ostatni już, bardzo nieliczni, weterani Powstania, przedstawiciele władz państwa i miasta, reprezentanci wojska, organizacji kombatanckich i społecznych. Jest i zaduma głęboka.

A obok zadumy zaraz jest też obok zadyma petardowo-pochodniowa jakichś dziwnych typów, które łatwiej porównać do żołnierzy i weteranów rosyjskiej dywizji SS RONA Bronisława Kamińskiego, którzy w walkach warszawskich też udział brały – tylko naturalnie po stronie niemieckiej. Ale nie o polskich durniach narodowo-faszystowskich lub zwykłych ‘patriotycznych’ kibolach i durniach tu chcę wspominać.

Kiedy myślę o Powstaniu nachodzą mnie myśli zawsze o młodych, romantycznych, marzycielskich chłopcach i dziewczynach. O tych, którzy winni chodzić wieczorami sierpniowymi, trzymając się za ręce po alejkach warszawskich parków, nad brzegami Wisły. O młodych poetach, którzy przy kawiarnianym stoliku z wypiekami na twarzy czytają przyjaciołom właśnie napisany na papierowej serwetce wiersz. Widzę Janka Bytnara i Tadeusza Zawadzkiego (Rudego i Zośkę) odprowadzających się z Powiśla w Aleję Niepodległości i z powrotem. Widzę ich kolegę z Gimnazjum Batorego, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego prowadzącego jakaś literacką sprzeczkę z Tadeuszem Gajcym. I Gajcy odpowiadał mu z przejęciem:

T. Gajcy

 …Ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii trzeba w śnie —

Nie wiem, ja i ty nie wiesz

i nikt wiedzieć nie może,

ile rąk, ile spojrzeń

ile melodii —

kto wie?

szeptem zrezygnowanym kończąc: ‘Przecież nikt wiedzieć nie może,

a ty byś chciał ?’ ( „Wiersz o szukaniu”, fragment)

Między 15 a 20 rokiem życia postać Baczyńskiego, jego poezje, były mi szczególnie bliskie. Nikt chyba takiego na mnie wówczas wpływu nie miał, jak jego spuścizna literacka. I jego tragiczna śmierć czwartego dnia Powstania. Nigdy już o dzień się nie zestarzał, o godzinę nie zwiększył swej powagi wieku. Więc w 1977 był ledwie kilka lat starszym ode mnie rówieśnikiem. A przekleństwo przytłaczającej rzeczywistości zsowietyzowanego PRL jeszcze bardziej mnie z nim wiązało. Czekamy na ciebie, czerwona zarazo – powtarzałem myśląc o jego śmierci jakże tragicznej w wymiarze osobowym ale i większym, jako niepowetowana strata kultury polskiej geniuszu poetyckiego pierwszej wielkości.  I patrząc na otaczający, podły świat, to hamletowskie życzenie barda Powstania, Józefa Szczepańskiego z jego ostatniego, słynnego wiersza „Czerwona zaraza” (rówieśnika Baczyńskiego, który zginął we wrześniu 1944), samo przychodziło na usta:

J. Szczepański

Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco, 

jakiej ci śmierci życzymy w podzięce

i jak bezsilnie zaciskamy ręce, 

pomocy prosząc, podstępny oprawco.

3 maja 1977 roku, w dzień Konstytucji, byłem z moim przyjacielem, Stefciem na Starówce. Łaziliśmy, gadaliśmy dużo. O Konstytucji, o zdradzie targowickiej, o kolejnych zrywach powstańczych, które nieodmiennie kończyły się klęskami i strasznej cenie tych tłumionych powstań, które zawsze pożerały kwiat młodej inteligencji polskiej i zawsze kraj pozbawiały przyszłych elit kulturalnych i politycznych. Późnym już bardzo wieczorem lub wczesną nocą doszliśmy Podwalem do zaułka Koziej. Obok, u Hopfera drzwi były jeszcze otwarte. Zdążyliśmy na ostatnią butelczynę wina. I przy butelce Egri Bikaver, jak przy flaszce starego węgrzyna, młody, z piękną czupryną hrabicz Stefciu (faktycznie był w prostej linii herbowym hrabią, choć nigdy o tym ani nie mówił ani ja się do niego tak nie zwracałem, chyba, że w formie ‘obelgi’ w trakcie filozoficznej kłótni – a na te tematy kłócić się lubiliśmy strasznie i ostro) rzucił mi wyzwanie: ja zacznę jakiś wers a ty musisz skończyć.  I zaczął od Baczyńskiego właśnie. A ja kończyłem. Wiersz i butelczynę. Do winiarni weszła starsza pani z resztkami bukietów tulipanów. Nie najświeżej już wyglądały, w dodatku zniknęły już dawno ostatnie pary i kwiaciarka zrezygnowana i smutna  spojrzała na nas proszącym wzrokiem pytając : a może tulipana dla szanownego młodego pana? Już chciałem powiedzieć: nie, dziękujemy, gdy Stefcio wyciągnął dwadzieścia złotych mówiąc – naturalnie, muszę kupić przyjacielowi, by wygrał test poetycki. Kobiecina się ucieszyła i sięgnęła po bukiecik z koszyka. Wybrałem jednego a resztę bukieciku oddałem z powrotem. Po czym zdecydowaliśmy, że idziemy prosto pod tablicę Krzysztofa Kamila u zbiegu Senatorskiej i Moliera.

K.K. Baczyński

I poszliśmy kompletnie już pustymi uliczkami. Pod tablica położyliśmy tego tulipana. Nie chciało się już nic mówić, ani mądro-głupich dowcipów ani recytować wierszy, tym bardziej jakichś tromtadrackich, patriotycznych sloganów. Milczeliśmy. Stefcio pociągnął mnie w końcu za łokieć i powiedział cicho: dosyć. Idziemy, nic przecież nie zmienisz.

Miał racje, nic zmienić nie można było. On już więcej nic nie napisze. Zginął ponad dekadę zanim ja się urodziłem. Poszliśmy prze Ogród Saski w kierunku Marszałkowskiej. W Ogrodzie siadłem na chwilkę na ławce pod jakimś słabym żółtym światłem latarni i zacząłem pisać wiersz. Inny niż typowy wiersz, bo pełen cytatów Baczyńskiego. Dziwny. Jak ten cały wieczór. Moja rozmowa ze Stefciem i rozmowa z Krzysztofem Kamilem. Prawie dziesięć lat później ten wiersz opublikowałem w Kanadzie, w wydawanym wówczas w Edmonton kwartalniku „Dialogi” (t.1, nr 4). Poniżej zdjęcia ze stron kwartalnika z tym wierszem.  

O literaturach polskich poza Polską

Przez pokolenia istniał w polskiej przestrzeni literackiej obszar zwany ‘literatura emigracyjną’. Odzyskanie przez Polskę suwerenności na przełomie 1989/90 i nowe sytuacje socjo-polityczne, nowe koncepcje indywidualizmu i niezależności twórczej mogą czasem utrudniać zrozumienie tegoż konceptu (lit. emigracyjnej) i jej miejsca w w szeroko rozumianej literaturze polskiej. Wydajac przez szereg lat rocznik twórczości polskiej w Kanadzie (“Strumień”) właśnie w przełomowej dla tego zagadnienia dekadzie, często tym tematem się zajmowałem. W 2012 wydaliśmy numer specyficznie temu poświęcony. Jakkolwiek było to związane siłą rzeczy z konkretami literackiej twórczości polskiej w Kanadzie, można śmiało powiedzieć, że poruszane w tym numerze problemy, nolens volens, można przenieść na cały obszar globalny tego ewenementu. Tekst poniżej jest całością artykułu wstępnego (edytorialu), który wówczas napisałem.

obwoluta “Strumienia”, nr 8, 2012

Zmieniają się sposoby nie tylko widzenia świata, zmienia się sposób patrzenia nań. Andrzej J Wróblewski pisał w nr 4 Strumienia o tym w eseju „Sztuka widzenia”. Z dużym zainteresowaniem oczekuję na ukazanie się jego książki na ten temat. W olbrzymim skrócie myślowym sztuka ta (lub umiejętność), to uwarunkowania kulturowe, psychologiczne i emocjonalne pa-trzącego z jednej strony, a stan fizyczny, materialny przedmiotu lub zdarzenia oglądanego z drugiej.
Można chyba zupełnie bezpiecznie przenieść tą koncepcję uwarunkowań na obszar o wiele szerszy, na obszar obserwacji nie tylko rzeczy i zjawisk fizycznych, ale i sztuki percepcji świata i umieszczonego w nim człowieka. Coś, co było najważniejsze kiedyś i co kształtowało naszą wizję postrzegania i rozumienia świata otaczającego (a więc nasze zachowania, naszą twórczość) dziś stać się mogło mniej istotne lub jedną (a nie jedyną) z opcji tłumaczenia człowieka i świata. Może więc to być wolność wyboru. Może to być zmiana obiektywna, niezależna od własnej woli lub chęci. Co nie jest możliwe, lub raczej, co jest ograniczaniem siebie do przestrzeni zamkniętej i kurczącej się, to jest trwanie w tym samym punkcie obserwacyjnym. Dostrzeganie tych samych wartości i rzeczy w tym samym świetle etycznym i estetycznym. Bez względu na porę dnia, roku i życia.
W ostatnim wydaniu Strumienia (nr 7) Anna Gradowska w obszernym eseju poruszyła zagadnienie symboliki, ikonografii używanej na przestrzeni dziejów przez myślicieli i twórców. Symboliki, która umożliwiała czytelność abs-trakcyjnych pojęć społeczno-kulturowych, wręcz cywilizacyjnych, szerokim rzeszom odbiorców, tj. społeczeństwu. I jak, skutkiem właśnie zachodzących powoli acz systematycznie i nieodwołalnie zmian, cechy i zewnętrzna opisowość tej symboliki były dostosowywane do nowych sytuacji. Do nowego sposobu widzenia.
Zbieżnością obu tekstów dla mnie, piszącego ten ósmy już ‘wstępniak’ rocznika, jest możliwość dostrzeżenia płynności i niestałości odniesień formalnych dla opisu twórczości polskiej poza granicami kraju.
Od czasów de facto końca XVIII wieku istniał (zwłaszcza w literaturze polskiej) fenomen literatury emigracyjnej. Twórczości wygnańców lub uciekinierów. Twórczości trwania i przetrwania. Świadków, obrońców, strażników. Niekoniecznie wyłącznie w kontekście wspomnieniowo-sentymentalnym. Była to często twórczość najwyższego rzędu artystycznego, tak pod względem formalno-estetycznym, jak i filozoficzno-etycznym. Wydaje mi się, że można ryzykować stwierdzenie, że nie zniknęła ona nawet w Dwudziestoleciu międzywojennym. Ostatecznie wojna 1920 w psyche polskiej nie zakończyła się Bitwą nad Niemnem, a Traktatem Ryskim dopiero w 1921. Skutkiem tego fatalnego Traktatu setki tysięcy obywateli polskich znalazło się ponownie poza granicami nowego państwa. Podobnie, jak dwadzieścia pięć lat później skutkiem układów jałtańsko-poczdamskich. Repatrianci byli wszak też swego rodzaju uchodźcami, uciekinierami w pomorskich i mazurskich „amerykach” i „kanadach”. To dopiero rok 1989 przyniósł sy-tuację nową, odmienną. Po raz pierwszy nie uległy zmianom granice państwa, nie nastąpiła kolejna wędrówka ludów. Wbrew podobieństwom (a są takie bezsprzecznie w sferze symboliki historiozoficznej) istnieją bardzo zasadnicze i widoczne różnice nawet między eposami Solidarności z jednej strony, a eposami powstań narodowych, Legionów, Września i AK z dru-giej.
Wszystko to zadecydowało, że o polskiej literaturze ( i polskiej twórczości szerzej) emigracyjnej po roku 1989 mówić nie można. Zmienił się punkt widzenia. Należy dopisać nowy system ikonograficzny, nowy sposób opisu.

Ciekawym spojrzeniem na ten temat w kontekście historycznym (Maria Jarochowska de Kosko) i współczesnym (Mark Węgierski) są dwa zamieszczone w tym wydaniu Strumienia teksty: Podglądani zza między. O polskich poetach w Nowym Jorku (M. Jarochowska de Kosko) oraz Is there a distinctive English-language Polish-Canadian writing? In search of a fragmentary tradition (M. Węgierski).

Jarochowska pisze o powstawaniu nowego rozdziału epopei Emigracja Polska, tym razem nad brzegami Hudson, w latach 40 ub. wieku. Porównuje też różnice adaptacyjne i życiowe do podobnej fali emigranckiej w Kanadzie. Świat nam znany, narzędzia badawcze też, punkty odniesienia, wyznaczniki sukcesu lub porażki zrozumiałe. Świat kultury emigracyjnej: uchodźcy, uciekiniera, ale i strażnika, bojownika, świadka krzywdy narodowej. Polskiego inteligenta, intelektualisty – wyspianskiewiczowskiego Pana Poety .

Węgierskiego interesuje zgoła inne zagadnienie. I owszem, Pan Poeta polski, Pan Pisarz. Ale co dalej? Jaki ślad zostawił w kraju osiedlenia? Jaki przykład, oparcie, wzór dla Kanadyjczyków polskiego pochodzenia? Nie dla przejezdnych – dla stałych i świadomych tej stałości mieszkańców tego kraju. Pytania trudne, proponowane odpowiedzi nie zawsze miłe oku i sercu.

Stąd i w formie językowej w wydaniu tym odbiegam od przyjętych wcześniej założeń. Dużo materiału w tym numerze jest tylko w języku angielskim. Wielokrotnie sam i w gronie współpracowników nad tym zagadnieniem się zastanawialiśmy. Czy tylko po polsku; czy mieszane teksty, czy z tłumaczeniami, czy z krótkim streszczeniem tekstu oryginalnego? Lata temu, współpracując z profesorem Edwardem Możejko, wybitnym znawcą literatur wschodnioeuro-pejskich, przy kwartalniku „Dialogi”, (którego był redaktorem naczelnym) z niechęcią patrzyłem na podawane tam krótkie streszczenia polskiej eseistyki w języku angielskim. Nie tworzyło to, zdaniem moim, nawet namiastki dwujęzyczności, a dla czytającego dawało jakąś dziwną, quasi-encyklopedyczną ‘ściągawkę’ studencką. A ‘streszczane’ teksty w oryginale polskim były bardzo ciekawe i dobre. Z drugiej strony, w podtytule redagowanego przeze mnie Strumienia jest wszak napisane wyraźnie: rocznik twórczości polskiej, a więc po polsku. Pomny jednak, o czym pisałem wyżej, owej zmienności i płynności postrzegania i rozumienia zjawisk – robię tu wyjątek. Nie pierwszy raz, wszak pierwszy tak obszerny i w samej eseistyce.

Rozumiem też zaniepokojenie Marka Węgierskiego milczeniem lub szeptem ledwie słyszalnym polskich ech w literaturze kanadyjskiej. Język jest tu na pewno barierą wielką. Chyba jednak nie jest barierą nie do przebicia, a na pewno nie jedyną.

Być może główny jej powód jest zgoła poza lingwistyczny. Być może sednem tegoż jest hermetyczność właśnie tej starszej formuły twórczości emigracyjnej. Twórczości wygnańca, uciekiniera, który przez ten fakt nie może być do końca wolny. Nie jestem przekonany, że jest to możliwe dla mojego pokolenia. Ostatniego, które opuściło kraj w sytuacji zniewolenia. Ale jest to już widoczne wśród tych, którzy wyjechali, jako małe dzieci. A będzie nową normą dla tych, którzy wyjechali z kraju po 1989. Stąd i mój ukłon dla polskich Kanadyjczyków, których narzędziem tak twórczym, jak i poznawczym jest język angielski.

Natomiast bardzo pozytywnie i z wielka radością można zauważyć rosnące zainteresowanie badawcze nad twórczością polską w Kanadzie w ośrodkach naukowych w Kraju. Zwłaszcza wyjątkowo skuteczne i ciekawe prace podejmowane w Rzeszowie i Katowicach. Co dawniej było dość wyjątkową domeną nielicznych pism literackich („Fraza” i Akcenty”) stało się w ostatnich latach przedmiotem szerszych badań i opracowań. Duże zasługi położyli tu badacze literatury: Bożena Szałasta-Rogowska, Magdalena Rabizo-Birek i Janusz Pasterski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Kwesta o miłość dla Fayeza Afzaala

Napięta, jak łuk wiatrem  z oceanu, flaga

kanadyjska faluje, unosi się i drży.

W pół masztu. Znowu w pół, jakby bała się szczytu.

Miała być dumna,  jest  smutna, zawstydzona cicho.

Obok, w płytkiej wodzie, po piaszczystym dnie biegają wesołe dzieci. Chlapią, tupią, nawołują się wzajem okrzykami,gestami, wiecznie niecierpliwe. Ale Fayez Afzaal nie biega z nimi. A tak bym chciał by tupał o dno, by krzyczał na całe gardło: tata! no chodź tu, patrz! Znalazłem muszlę! Mama, powiedz tacie, żeby przyszedł!

Wiatr na chwile milknie, znika, flaga na maszcie zwisa zmęczona, jakby oklapła z tego rwetesu. Nie lubię tych flag, które stale trzeba spuszczać do połowy. Tak, jakby maszt był za wysoki, jakby dziurawił chmury swym szczytem.

Chciałbym Fayeza otulić ramionami i sercem, jak szeroką peleryną. Przekonać, że go kocham i że kocha go świat i miliony ludzi. I że nigdy nie będzie sam, że nigdy więcej już … . I milknę pamiętając ilekroć już mówiliśmy: nigdy więcej.

Zbiegną się ludzie z sąsiedztwa, z regionów, ze świata na czuwanie i będą szli w marszach, protestach, będą zapalać świeczki w oknach i na skrzyżowaniach pełnych wiązanek kwiatów, pocztówek, manifestów. Mamy powiedzą dzieciom, by położyły obok tych kwiatów swoje pluszowe misie, swoje lalki. Dzieci zrobią to niechętnie, z pewnym żalem za ukochanym pluszaczkiem. No bo niby co zawiniły w tym ich zabawki?  Zostawią je tam jednak posłusznie, bezradne w tym strasznym dniu.

Potem ktoś rzuci kamieniem słowo: Rodezja;

ktoś oskarży innych o gwałt na Palestynie;

ktoś lament podniesie o Holokauście. Ściana

Płaczu zaszlocha, trąby zabrzmią pod Jerycho.

Przypomni się słoneczna Langwedocja, która spłynie niewinną krwią katarów, albigensów. Morduje się wszak  nie tylko obcych. Jeszcze krwawiej tępi się własnych, na ich nieszczęście nieco innych. Są jak ziarnka piasku w trzewiku. Niby nie zagrażające życiu ale jakże niewygodne, uparcie uwierające.

Satanael, spoglądając zza murów swego zamczyska na szczycie Arafatu, ściśnie w dłoniach wodze Eufratu i Tygrysu, łypnie okiem na zielone szczyty gór Küre i pomyśli: póki te lasy nie podejdą pod moje bramy, nic mi z waszych bratobójczych mordów. Cóż obchodzić mnie może nieszczęście jednego chłopca lub całych narodów? Nic. Łzy wasze  spuszczam z Anatolii warkoczem Eufratu, a wasz ślinotok klątw strumieniem Tygrysa. Ślę je ku wodom Perskiej zatoki. Namawiać was do niczego nie muszę ni chcę.  Sami usłaliście swe łoża, które nie są moim, a waszym przekleństwem.

Tak myślał Satanael zawarowany w boskiej twierdzy Araratu. Podobnie, jak królobójczy król Makbet w twierdzy na wzgórzu Dunsinane w Szkocji. Póki u bram jego twierdzy nie pojawił się rząd drzew z lasu Birnam.

I mnie was już nie żal. Ale żal mi tego chłopca. Dziewięcioletniego Fayeza. Z pięknymi, smutnymi oczami. Czy ten smutek też kiedyś zastąpicie nienawiścią?

Bogumił Pacak-Gamalski

Anioł Śmierci, Pomnik Zbrodni Katyńskiej
we Wrocławiu

od autora: ten krótki utwór pisałem przez kilka dni, zaczynając drugiego dnia po strasznym morderstwie w London, mieście prowincji Ontario w Kanadzie. Tego dnia młody, dwudziestoletni biały chłopak, powodowany nienawiścią w stosunku do mahometan, świadomie i celowo wjechał w spacerująca chodnikiem rodzinę Afzaal, rozpoznając w nich po ubiorze, ich wyznanie religijne. Na miejscu zginęli: babcia, małżeństwo Afzaal i ich dwie córki. Najmłodszy syn, dziewięcioletni Fayez, bardzo ciężko ranny, został zabrany do szpitala, gdzie lekarze uratowali go przed śmiercią. Jedyny, który pozostał z tej rodziny. Z całą Kanadą przeżywałem ten szok, poruszony do głębi okrucieństwem tego zamachu, a jednocześnie jego niezwykłą absurdalnością w objawieniu zła doskonałego. Ale nic mnie tak nie zasmuciło, jak wizja tego chłopca, Fayeza. Ci, którzy giną wydają się czasem (w porównaniu być może okrutnym) wybrańcami losu – ich już ból żaden nie sięgnie, żadna zbrodnia nie dotknie. Ci, którzy zbrodnie przeżyją, śmierci umkną – skazani są na cierpienia wielokrotne, na przeżywanie tej zbrodni, tego momentu setki, tysiące może razy. A cóż dopiero, gdy mówimy o dziecku? Dziecku wystarczajaco dorosłym, by mieć za sobą całe bogactwo ( w tym wypadku te bogactwo stać się może ciężarem niemożliwym do udźwignięcia) pamięci najbliższych i pamięci momentu zbrodni.

Niesamowity patos, tragedia na skalę mitologiczną omal, postaci tego chłopca i tej zbrodni stały się dla mnie syntezą zbrodni nienawiści człowieka w całym ciągu naszej wspólnej historii. Niemożliwym do opisania językiem innym niż język poezji. Ale każda forma tradycyjna wiersza też kłóciła się ze współczesnym spsobem opisu i odczuwania tragedii. Zgrzytała pod ołówkiem kreślącym litery na papierze. W sukurs (mam nadzieję) przyszła proza poetycka, z dwoma tylko ustępami trzynastozgłoskowca. Ten utwór, jak zreszta jasno wskazuje tytuł, jest niczym innym jak moją jałmużną kwestą o dar miłości dla Fayeza. Tylko ten jeden dar może chłopca i nas uratować.

Palestyna. O tym jak słuchać poetów, nie polityków; filozofów, nie ideologów; płaczu i śmiechu dzieci, nie okrzyków demagogów. Lamentu a nie hasła.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Pierwszy raz z niechęcia dość sporą spoglądam na Prezydenta Bidena.  Ze względu na jego – delikatnie rzecz nazywając – powściągliwość wobec obecnego, krwawego i bezwzględnego konfliktu izraelsko-palestyńskiego.  Po raz kolejny amerykański prezydent zajmuje te samo stanowisko, jak wszyscy jego poprzednicy, będąc jedynym i państwem i jedynym mocarstwem uniemożliwiającym Radzie Bezpieczeństwa ONZ wydanie jedynego moralnie i etycznie możliwego stanowiska. Ze smutkiem stwierdzić trzeba, że w temacie ponad 60letniego konfliktu izraelsko-palestyńskiego USA w Radzie Bezpieczeństwa zachowuje się tak, jak Rosja Sowiecka w latach Zimnej Wojny. Obstrukcja lub veto. Co czyni samą Rade bezsilną ze względu na wymaganą w jej orzeczeniach jednomyślność.  Podczas gdy dzieci, kobiety, starcy, generalnie ludność cywilna – ginie.

Wielokroć na temat tego konfliktu i praw Palestyńczyków i Izraelczyków pisałem. Nie będę więc nad tym samym się rozwodzić.  Tak, jak apartheid Rodezji a potem Afryki Południowej był oskarżeniem świata i mocarstw światowych, tak był i jest nim problem wolnej, suwerennej i niezależnej Palestyny.  I nie ma on nic wspólnego z semityzmem czy antysemityzmem, z islamofobią czy islamofilią. Tak, jak wyraźny podział i niezależność trzech władz (wykonawczej, legislacyjnej i sądowej) jest papierkiem lakmusowym demokracji, tak prawo międzynarodowe i jego nadrzędność musi być respektowane i przestrzegane i egzekwowane. Bez względu na polityczne alianse. W sprawach zasadniczych nie ma niuansów. Nie ma ‘może’, ‘tak, ale’ i podobnych uników. Obowiązuje odwieczna zasada: nie można być trochę w ciąży.

Od wczesnej młodości ten temat mnie interesował, podłoża i konsekwencje tego permanentnego konfliktu. Uważam, że moja zawsze jasna i nieskrywana, publiczna i prywatna sympatia i szczere uczucia wobec  Żydów, wśród których mam szereg szczerych przyjaźni i sympatii, mój wręcz naturalny i automatyczny sprzeciw i niechęć wobec wszelkich odmian antysemityzmu nie jest i nie musi być tłumaczony ni wyjaśniany. Jest częścią mojego ‘ja’, tak jak niezwykle cenne i drogie jest mi wspólne dziedzictwo kulturowe żydostwa światowego, a już w sposób szczególny polskiego.

Z naturalnych też przyczyn bardzo egzotyczny i mało mi znany był temat eposu i mitologii Palestyńczyków. W sukurs przyszła mi tu sztuka i pasje literackie. I dwa szczególnie nazwiska: Jean Genet i Edward Said. W trakcie przygotowywania 8 wydania rocznika „Strumień” w 2012 dużo zgłębiałem się w biografie świetnego poety Andrzeja Buszy. Edward Said,  wychowanek najlepszych uczelni Zachodu i później tychże uczelni znany profesor i pisarz, młodość i dzieciństwo spędził w Jerozolimie w latach, kiedy przebywał tam generacyjnie mu bliźniaczy Andrzej Busza.

Jerozolima lat 40. przed powstaniem Izraela, miasto wielokulturowe, wielowyznaniowe. Miasto przed olbrzymim, trwającym już całe dziesięciolecia, konfliktem palestyńsko-izraelskim. Miasto, które bez wątpienia wywarło bardzo silny wpływ na kształtowanie się osobowości ludzi wrażliwych, myślących.

Said, z którego piśmiennictwem przed laty nieco się zapoznałem, uciekł mi z biegiem tychże lat z horyzontów pamięciowych. Kompletnie nie znałem jakichkolwiek ‘uwikłań’ Saida z tematyką polską. Stąd ta mała perełka mojej długiej rozmowy-wywiadu z  Buszą o Saidzie wielką mi radość przyniosła. Otóż obaj intelektualiści znali się, kolegowali. Prowadzili rozmowy.  Ten watek biografii Buszy zainteresował mnie szczególnie ze względu na Geneta i to, co pisał o Genecie  w biografii „The last of Genet” Hadrien Laroche. Wszystkie te ‘odkrycia’ literacko-biograficzne i rozmowy z Buszem o Jerozolimie i o Saidzie nakładały się w czasie z pierwszym polskim wydaniem „Zakochanego jeńca” Geneta (wyd. W.A.B, 2012, tł. J. Giszczaka). „Zakochany jeniec” był ostatnim dziełem Geneta i jakby kluczem do fascynacji Geneta sprawą palestyńską.  Jednocześnie umożliwił mu samoanalizę własnej ewolucji i poszukiwań artystycznych i politycznych w latach 40. i 50. Ujął to pięknie w Przedmowie do „Zakochanego jeńca” Ahdaf Soueif, edytor wydania:

„… jeśli Palestyńczycy znaleźli w osobie pisarza wiernego przyjaciela i wnikliwego obserwatora, on sam odnalazł w nich temat, który pozwolił mu powrócić do kluczowych zagadnień przenikających jego dzieła z lat 40. i 50.: bohaterstwa ludzi wyjętych spod prawa, piękna niezłomnej postawy, świadomych prób obalenia ustalonego porządku, przemiany erotyzmu w niewinność, mocy życia duchowego niezwiązanego z religią, nieważkości śmierci, trwania uczucia poza życiem jednostki oraz twórczej i elastycznej relacji miedzy obrazem a rzeczywistością.”

Edward Said to kosmopolityczny erudyta i ceniony filozof, a jednocześnie (podobnie, jak Genet) zaangażowany emocjonalnie i intelektualnie w dyskurs polityczny w konflikcie izraelsko-palestyńskim. Był też znanym i cenionym muzykiem i krytykiem dzieła muzycznego. Jako ciekawostkę ( a jednocześnie zbieżny punkt zainteresowań i badań z Andrzejem Buszą) warto przypomnieć, że pierwszą książką Saida była wydana w 1966 „Joseph Conrad and the fiction of Autbiography”. W wydanej przez Uniwersytet Cambridge w 2010 pracy zbiorowej „The Cambridge Introduction to Edward Said”, badacz A Hussein posunął się nawet do stwierdzenia, że „Jądro ciemności” Conrada leży u podstaw całej kariery i działalności Edwarda Saida.

W jego jednej z ostatnich książek, przepięknej biografii  „Out of Place” Said wraca do miejsc i idei kształtowanych przez te miejsca. Miejsc dzieciństwa i młodości: od Jerozolimy lat 40., przez Kair, Damaszek, aż po młodość studencką i naukowa w USA. Zwłaszcza czasy Palestyny i jej centrum – Jerozolimy (lata tuż przed powstaniem Izraela) są tu szczególnie ważne. Nic tak, jak ta książka, nie zbliżyło mi klimatu i emocjonalnej architektury tego miejsca zakotwiczonego w bardzo konkretnym czasie historycznym. Czasie gdzie prastara przeszłość historyczna zetknęła się z tektonicznymi zmianami epoki i miejsc.  

Stare, rozgałęzione i znane rody palestyńskie, tych których szanowano w Jerozolimie, Damaszku, Kairze i Watykanie. Stare, pamietające czasy Krzyżowców kamienice jerozolimskie i domki letniego odpoczynku, gdzieś na prowincji, miedzy światem upartej zieleni i światem pustyni. Starsi ciągle emocjonalnie związani tytułami i obowiązkami z dworem istambulskim i jego wyszukaną, wręcz dziecinną formalnością, ci w wieku średnim już nawykli do protektoratu brytyjskiego i nieudolności egipskiego tronu Fauduka. A wszystko w tyglu wielkich zmian, żołnierzy i ich rodzin mówiących po angielsku, po francusku, po polsku. I jakimś dziwnym języku, który mimo pewnych podobieństw – nie był językiem niemieckim.  Jidysz. Żydzi a nie mówili, jak Żydzi, którzy w Palestynie ‘od zawsze’ byli. Dziwny ten świat.

Czytając ta książkę, napisana pięknym, eleganckim angielskim, chcąc nie chcąc łapałem się na własnych pauzach z tej lektury przenosząc wyobraźnie, gdzieś na Kresy polskie. Na czasy, powiedzmy pierwszego dwudziestolecia XX wieku. Na domy imperialne austriackie i rosyjskie, na rody starożytne, rycerskie, jeszcze związane tytułami i szarżami honorowymi nie tylko imperialnymi ale ciągle żywymi nieistniejącego już przecież ponad 100 lat królestwa Rzeczypospolitej.  Na języki żywe i wszędzie słyszalne: na bitych uliczkach miasteczek kresowych, pod kościółkiem parafialnym, pod cerkwią, pod zborem ewangelickim, pod bożnicą: polski, różne dialekty ruskie (ukraiński, poleski, białoruski), rosyjski, niemiecki i jidysz. Wszyscy tu się znali od pokoleń. Zmieniali się królowie w Warszawie, imperatorzy w Moskwie i Widniu. A miejscowi pozostawali miejscowi.  W ciągu następnych 25 lat cały ten świat uległ zagładzie.  Zabrało to kolejne 70 lat, by ukształtował się nowy ład i porządek polityczny. Ten, który znamy dzisiaj.

Genet zmarł w 1986, Said w 2003. Nie ma tamtej Jerozolimy, tamtej Palestyny. Sułtanów, króli i emperatorów. Nie ma ładu wersalskiego, ładu jałtańskiego. Nie ma Habsburgów, Romanowych i Hohenzollernów. Ale jest i Polska, i Ukraina, i Białoruś i Litwa.

Odwiedzając litewskie Wilno kilka lat temu czułem się świetnie, na nowo odżyła miłość do tego pięknego grodu. Kiedy byłem poprzednio, jeszcze w czasach ładu jałtańskiego, obcy, sowiecki but, był dla mnie butem okupanta. Nie czułem nic takiego w 2018 kiedy zanurzyłem się z rozkoszą w nurty Wilii. W europejskiej rodzinie litewskie Wilno jest czymś naturalnym.

W starej Palestynie zasłużenie i sprawiedliwie zrealizowały się marzenia pokoleń tułaczy żydowskich. Maja swój dom, są u siebie. Ale nowy , powstały na bazie ONZ ład światowy nie zrealizował tego, co zapowiadał i co do dziś jest bazą prawa międzynarodowego – w starej Palestynie, obok Izraela, nie powstała nowa, niezależna i sprawiedliwie do nich należąca nowa Palestyna: dom Palestyńczyków. Bezpieczny, wolny, niezależny.

Dom izraelski, za kłębami drutów kolczastych, za lufami uzbrojonej po zęby potężnej armii, nigdy nie może być nazwany wolnym i wolny de facto nie będzie bez prawdziwie wolnego i bezpiecznego tego drugiego – palestyńskiego.

Jeden jeszcze cytat, zamykający ten wywód. Któż był ‘winny’ mojej przygody z Saidem? Kto, jako chłopak biegał ulicami starego Jeruzalem? No właśnie, mój drogi i serdeczny poeta, który z chaosu porządku jałtańskiego wypłynął, niczym stary list w butelce z rozbitego żaglowca, u brzegów Stanley Park w Vancouverze. Tak, tenże Andrzej Busza. I był w „Kohelecie’ (jego najbardziej bodaj znany poemat) napisał:

„(…) ja Eklezjastes byłem królem

izraelskim w Jeruzalem

i umyśliłem w sercu swoim

szukać i dowiadywać się

mądrze o wszystkim

i widziałem pod słońcem

na miejscu sądu bezbożność

a na miejscu sprawiedliwości bezprawie

i ujrzałem uściski i łzy niewinnych

a żadnego pocieszyciela

i chwaliłem więcej umarłych niźli żywych

a za szczęśliwego uważałem tego

który się jeszcze nie narodził

i nie widziałem złego

które się dzieje pod słońcem „

(z tomiku „Atol”, wyd. PFW, Toronto i „Fraza” Rzeszów, 2016)

Arabeska nr 2 – Karol Szymanowski

7 marca opublikowałem na gorąco (?) wystukiwany na klawiaturze Facebook’a wiersz  ‘Parlez moi d’Amour, mon cher Paris’.  Wspomnienie nie odbytego (jeszcze) spaceru paryskiego do Ogrodów Luksemburskich i długiej rozmowie o miłości. I platonicznej i zmysłowej. Ostatecznie trochę już tych krzyżyków mam na plecach, więc sporo na ten temat powiedzieć mógłbym. Tylko osobie wyjątkowo bliskiej.  W obecnym stadium swojego życia dwie tylko takie osoby są. Wyjątkowo – i w wyjątkowo inny sposób – mi bliskie. A teraz wygrzebałem gdzieś stary erotyk Micińskiego „Noc majowa”:

Efemerydy,

lećcie w tan –

o kwiaty jezior, nereidy!

na multankach w dąbrowie gra Pan.

Czemu Micińskiego zapomniany jakiś wierszyk (jak i Miciński zapomniany dziś)? Ano, słuchałem dziś pana Karola Szymanowskiego I Koncert Skrzypcowy w wykonaniu Konstantego Kulki. Bajka. Zapomniałem, jakie cudowne poematy miłosne komponował Szymanowski. Właśnie takie poematy o miłości. Tenże koncert dedykował Pawłowi Kochańskiemu, genialnemu skrzypkowi tamtej epoki, który mu wiele tajników wirtuozerii skrzypcowej wyłuszczył. Potem zresztą Kochański grał ten koncert Karola Szymanowskiego w Nowym Jorku, w 1923 bodajże, z orkiestrą pod batutą samego Leopolda Stokowskiego. Szymanowski był dość kochliwym człowiekiem i młodzieńcowi żadnemu nie przepuścił. Więc gdy sam był jeszcze bardzo młody, w Zarudziu pod Zamościem, gdzie gościł we dworze Jaroszyńskiego, skomponował to cudeńko muzyczne. Wymaga delikatnego dotyku smyczka, który pieści jeno struny skrzypek. Tak, jak zrobił to Kulka na tym nagraniu, którego słuchałem. Pod bardzo dobrą dyrekcją Jerzego Maksymiuka i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Ileż w tym pasji, ile tęsknoty. I ślady rozległego stepu dalekiego Podola, dzieciństwa i wczesnej młodości pana Karola i jego pełnej przygód późniejszej podróży po Północnej Afryce. Przygód i doznań, które dzielił z towarzyszem tej podróży Stefanem Spiessem, niewątpliwie jego ówczesnym kochankiem i mecenasem finansowym.

Karol Szymanowski w portrecie Witkacego (1930)

Ach, a czemu Miciński? Ponoć (nie ma pewności) pod wpływem tegoż wiersza Szymanowski ten brylancik muzyczny stworzył. Czemuż by i nie? Wieczory długie w starym dworze, może księżyc przez okno zaglądał, a w bibliotece dworskiej wykształconego przyjaciela pewnie bez problemu tomik Micińskiego ciągle jeszcze młody Szymanowski mógł znaleźć i czytać. Może i słyszał świerszcze za oknem otwartym i myślał, że to Pan na fujarce-multance gra … . Czy myślał o tym swoim wczesnym koncercie siedząc pod fontanna w Taorminie i podziwiając ciała młodych Sycylijczyków figlujących nieprzystojnie w tejże fontannie? Jak wspomina w swojej biografii Artur Rubinstein, ta wizja pięknych młodzieńców wprawiała Szymanowskiego w zachwyt.

Warto to pamiętać słuchając tegoż koncertu skrzypcowego.  Kontekst i odrobina wiedzy nie szkodzą, a przeciwnie – pomagają dzieło lepiej odebrać, rozumieć. Bo sztuka prawdziwa nie jest wysiłkiem jedynie intelektu i techniki. Tenże na nic bez wielkiej emocji i bez wielkiej miłości. I tej osobistej do człowieka i tej filozoficznej do Człowieka. Pasja jest wszystkim, co czyni sztukę autentyczną.  A nie znać lub ukrywać pod kluczem archiwalnym homoseksualizmu twórcy (zwłaszcza twórcy z lat dawno przeszłych)  jest po prostu gwałtem i zbrodnią na tej twórczości. Ona nie powstała z niczego, nie powstała w próżni. Te dzieła tworzyli ludzie żyjący. Kochający, tęskniący, cierpiący i zwycięscy.  A to wszystko miało wpływ na ich twórczość.  Ot, i arabeska druga. Arabeska – płochy, nietrwały rysunek, krótki utwór literacki lub muzyczny. I nazwa arabskiej prostytutki. Hmm… .  Jakby Tuwim zakończył filozoficznie: człowiek się jednak na niej rodzi i na niej umiera.

Inni czy swoi? Na pograniczach kultur i tradycji

B. Pacak-Gamalski

Sztuka. Artysta. Najwyższa kwintesencja człowieczeństwa. Bzdurą kompletną jest stawianie tegoż w opozycji do wiedzy. Wiedza jest częścią sztuki, jest bramą, która umożliwia artyście twórczość. Poniekąd służy sztuce. I odwrotnie – sztuka budzi głód wiedzy, zadaje pytania, na które wiedza stara się odpowiedzieć i otworzyć tym drogi do nowej twórczości.  Wiec Art i Logos, wiedza obiektywna, zewnętrzna i sztuka, jako wiedza wewnętrzna, emocjonalna, subiektywna. Wzajem się uzupełniające i wspierające.  Myślałem o tym jadąc kilka dni temu samochodem i słuchając w radio uroczej kompozycji ‘Da geht ein Bach’. Nie znałem wcześniej tego utworu.  I kto skomponował? Ano, kawaler Fryderyk Nietzsche. Tenże sam, filozoficzny król (lub ojciec) współczesności, modernizmu. No OK, może bardziej adekwatnie by było nazwać go Ojcem Chrzestnym.  Tak, tym ze słynnego amerykańskiego filmu Coppoli.

Chodzi mi o taką właśnie kombinację, te złączenie artysty i filozofa. Jeśli genialny Wittgenstein zadał śmierć filozofii (tak, jak Nietzsche uśmiercił Boga), to Nietzsche był ostatnim królem-filozofem, filozofem-alchemikiem duszy. Tym, który Boga szuka, a po odnalezieniu zabija go. A więc twórcą jednak, nie naukowcem, badaczem. Bo któż zabić Boga potrafi, jeśli sam nie jest też twórcą, sprawcą stwarzania?

Ot, takie myśli nachodziły, gdym słuchał tej doprawdy uroczej, lekkiej a jednocześnie bardzo kunsztownej muzycznie kompozycji. Polecam serdecznie pianistom, zwłaszcza młodym (choć młodość dla artysty jest pojęciem bardzo elastycznym) grać to. Nie, nie dla ćwiczeń. Najlepiej na koncertach, jako miłą popisówkę na bis. Gwarantuję, że bardzo publiczności (nawet tej nadętej, bo jakże by mogli achów i ochów nie pokazać wobec samego wielkiego Fryderyka Nietzsche?!) się spodoba.

Do tematu wracam jednak. Ustaliliśmy, że Arte to kwintesencja człowieczeństwa. Artysta więc zostaje poniekąd demiurgiem. Trzeba go nie tylko poznać ale i wyczuć, lub wczuć się w jego przesłanie, utwór, natchnienie. Tak, jak muzyka właśnie – musi w nas grać. Inaczej szkoda czasu chodzić na koncerty. A artyści są tacy różni, tacy inni. Jest w nich cały wszechświat. Nie jakieś schematy, jakieś uproszczenia, sprowadzanie do wspólnego mianownika lub mierzenie jedną miarką.  Nie chodzi tylko o to, co jest. Chodzi w mierze równie ważnej o to, co być może, a także co być mogło. Co się skrywa czasem za półsłowem, krótkim spojrzeniem, gestem z pozoru od niechcenia. Nawet jeśli boisz się wyjść na ulice, to przynajmniej otwórz okno i popatrz na świat zewnątrz, spoza własnych czterech zdań. Tak, jak Zofia Nałkowska, gdy w dobie okupacji pisząc „Dzienniki” otwierała okno dodawała reflektując zaraz : ‘i znowu zaszła zmiana w polu mojego widzenia’.

Gdy pisałem  w poprzednim felietoniku-bajeczce o Baczyńskim i Kocie-Jeleńskim, o Baczyńskim i Jerzym Andrzejewskim i o „Zośce’ i „Burym” (naturalnie, że celowo – choć nie bez podstaw – wybrałem  tak symbolicznie brzemienne postacie), to wszak o tym pisałem. O tych możliwościach, o tych półcieniach i innych kolorach tej samej rzeczywistości.  O drzewie, które żyje a nie o drewnie. O bogactwie inności.

Ciekawym papierkiem wszelkiej inności w tym kontekście twórczym, jest literacka twórczość  (ta zwłaszcza, bo najbardziej prosto rozpoznawalna, czytelna – w przeciwieństwie np. do muzyki lub sztuk plastycznych, które wymagają większej znajomości z arkanami sobie specyficznymi, z ikonografią gatunku) bieżeńców wszechczasów:  Żydów.

Teraz natknąłem się na tą tematykę dzięki wydanej właśnie monografii (?), zbioru eseistyki, badań, biografii związanej z mało u nas znanym terminem ‘maran’.  A to odsyła bezpośrednio do wielkiej diaspory żydowskiej na Półwyspie Iberyjskim w wiekach średnich, pierwszego poważnego pogromu i ucieczki Żydów. Ale, co z tym – choć nie tylko z pogromem i nieszczęściem – się wiąże, to z właśnie z ludźmi-twórcami, którzy wtopili się w nowa kulturę, nowy język, czasem nową wiarę (w Polsce popularne było pojęcie ‘przechrzty’, na ogół o pejoratywnym zabarwieniu). Ale coś z tej starej, ojczystej żydowszczyzny w nich zostało.  I jak to na ich twórczość wpływało?  Jak wpływało na kształt literatury i kultury szeroko rozumianej tych nowych obszarów etnicznych, kulturowych? Podróż w obie strony jednocześnie.

Z samą tematyką (w formie beletrystycznej, z elementami kryminału) maranów zetknąłem się przed wielu laty czytając świetną powieść Richarda Zimlera „The last kabbalist of Lisbon”.  Teraz z niecierpliwością czekam, gdy wpadnie w moje ręce to wydanie „Maranów” – dzieło wielu badaczy i znawców tematyki skupionych wokół Uniwersytetu Muri im Franza Kafki (sam uniwersytet jest znowu ciekawostką niemałą i rzeczą tyleż symboliczno-legendarną, co mityczną, ale to temat osobny). Wydawcą jest krakowska ‘Austeria’.

Tak, jak do wspomnianego już tu poprzedniego tekstu-arabeski o Baczyńskim i jego przyjaciołach wracających z Gimnazjum Batorego, tak i do tej książki skłonił mnie kontakt z Piotrem Sadzikiem, literaturoznawcą z Instytutu Lit. Polskiej UW, bo z pracą nad „Maranami” związany był de facto organicznie. Do pewnego stopnia jest to też mały fragment mojej własnej pracy nad przygotowywaną książką o plemiennym (wręcz szczepowym) ‘genie’ społeczności LBTQ+. Genetyka kulturowa versus genetyka etniczna.

Siadając więc nad notatnikiem, z kawą i ciastkiem obok, w ulubionej kawiarence-antykwariacie w Halifaksie pisałem kolejny fragmen/t/cik do tejże książki.:

… przypomina mi się kultowy balladysta studenterii lat 70. i 80. ub. wieku, Marek Grechuta. Trubadur zbliżony do wyobrażeń mistrala, poety-śpiewaka-aktora wieków średnich, antycznych i pewnie archaicznych. Powtarza w balladzie młodzieńcze zwrotki polskiego wieszcza Adama Mickiewicza. Adam Mickiewicz – cóż bardziej polsko-patriotycznego być może? A cóż młodzieńczy (czy w jakimkolwiek wieku biologicznym) Mickiewicz może mieć wspólnego ze szczepową społecznością LGBTQ ? Nic. Ale młody Adam ma te same emocje, pytania , pasje, jak każdy Adam, gej czy straight. Więc Grechuta śpiewa te pytanie „I znowu sobie zadaje pytanie, czy to jest przyjaźń, czy to jest kochanie?”.  Naturalnie ani autor, ani trubadur, ani też czytelnik i słuchacz nie ma najmniejszej wątpliwości z wyborem odpowiedzi.  Jest jasny i prosty. Nie być pewnym może być tylko ktoś, kto nie kochał. Czy obiektem był przyjaciel, który jeszcze kochankiem nie był, czy świadomy romantycznego kontekstu obiekt adoracji.  Konsumpcja tej adoracji lub jej brak nie mają tu jakiegokolwiek znaczenia. Zadawanie sobie tego pytania jest już odpowiedzią na nie. Ale to pytanie uległo dziwnej rekonstrukcji w całej prawie współczesności, gdy homofobia stała się modna. Gdy rycerz-bohater nie miał prawa być gejem. Nawet jeżeli był. A w rzeczy samej jest wszak kompletnie bez znaczenia czy faktycznie był.  Dla takiej konstrukcji samo przypuszczenie, sam argument takiej możliwości (że rycerz-bohater, owszem mógł być) odrzucane są z zacietrzewieniem i emocją wartymi lepszej sprawy. Na jakąś ‘platoniczną miłość przyjacielską’ jeszcze ze zgrzytem zgodzić się mogą. O kochaniu mowy być nie może. Skąd ta idiotyczna argumentacja i te dantejskie argumentowanie contra – nadziwić się nie mogę. Tebańscy wojownicy by pewnie nie mogli pojąć też, a młody Aleksander Macedoński spytałby się Arystotelesa, zanosząc się śmiechem,  o co tu w ogóle chodzi?

Arabeska w tutu

obraz Ine Veen przedstawiający Annę Pawłową w jej legendarnej roli z Jeziora Łabędziego (ze zbiorów Wikimedia Commons)

Nie wiem już nawet który jest rok dokładnie. Lata są 30. ubiegłego wieku. Warszawka. Paryż Północy. Kocik Jeleński, młodziutki, szczupły z charakterystycznym noskiem, idzie pod rękę z Krzysztofem Kamilem, też młodziutkim, romantycznym. Śmieją się jak typowi gimnazjaliści w tym wieku. Za nimi mała grupka przyjaciół wśród których są i „Zośka” (Tadeusz Zawadzki) i „Rudy” (Jan Bytnar). Potem zasiadają razem w szkolnych ławkach Gimnazjum Batorego. 

W klasie siedzą też inni koledzy szkolni.  Bractwo na ogół inteligenckie. Na przerwie ktoś rozpoczyna popularne wówczas wśród młodzieży nacjonalistycznej przepychanki i głupie antyżydowskie dowcipy i obelgi wobec chłopców wyznania mojżeszowego.

Twarz Krzysia Baczyńskiego oblewa się szkarłatem gniewu. Krzyczy żeby się zamknęli. Od słowa do słowa dochodzi do przepychanek.  Gimnazjum, chłopcy, temperamenty. Ale Krzysiu nie jest przykładem chłopca-osiłka i Kocik, pomny swego rycerskiego pochodzenia, pierwszy wymierza ostry cios pięścią w podbródek jakiegoś patrioty-antysemity.  Reszta wiadomo – popchnięcia, bijatyka szkolna, komuś pękła warga, komuś poleciało czerwonką z nosa … .   Woźny podbiegł z dzwonkiem w ręku, zrobił głośny raban, przyszedł nauczyciel i chłopców rozdzielono.

Po szkole wracają do domu zwartą paczką. Na wszelki wypadek, gdyby rozjuszeni dbaniem o etniczną czystość koledzy-patrioci, chcieli im spuścić odwetowe lanie.  

Kamil wkłada swoje ramię pod ramię Kocika, a „Zośka” śmiejąc się obejmuje ramieniem „Rudego”. Rozchodzą się na wysokości Alei Ujazdowskich. „Rudy” odchodząc woła do Kamila ze śmiechem: ‘uważaj żeby cię Konstanty nie uwiódł, bo bronił cię, jak lew!’. Krzyś rumieni się i sam siebie zaskakując odpowiada: ‘wiesz, że nie lubię, jak go nazywasz Konstanty, mów do niego Kot’. “Zośka” z zalotnym, filuternym uśmiechem wtrąca jeszcze na odchodnym: ‘no, Kot to taki mały lew, niby się łasi ale ma pazurki, uważaj’. Wszyscy wybuchają śmiechem i się rozstają. Jeleński i Baczyński idą jeszcze, przed pożegnaniem, na spacer  alejkami Parku Ujazdowskiego.

Siadają na ławce blisko pomnika ‘Gladiatora’ Welonskiego.  Kocik mówi niby do siebie, niby do nikogo ale bacznie obserwuje reakcję przyjaciela: ‘lubię patrzeć na tą rzeźbę, Welonski świetnie ujął w niej proporcje i piękno ciała męskiego’.  Młody Baczyński nie odpowiada, zapada milczenie. Ale po chwili jego głowa spocznie na ramieniu Kota. Nic nie powiedzą do siebie. Będzie im miło i dobrze ale będą się bać ten moment zepsuć jakimkolwiek słowem lub ruchem zbytecznym lub zbyt natarczywym.

Kilka lat później Baczyński będzie o tym momencie myślał, gdy tym samym gestem oprze swą głowę na ramieniu przystojnego, o kilka lat dojrzalszego od niego, Jurka Andrzejewskiego. Czy jeszcze kilka lat później wspomni ten moment Konstanty Jeleński składając swoją głowę w objęcia szczupłego i chłopięcego, jak jego szkolny przyjaciel, Stanislao Lepri?

Kto to wie. I czy tak było? Kto to wie? Sam pewnie o tym właśnie nie myślałem, gdy którejś nocy letniej, tuż przed świtem,  w 1978, poszedłem z przyjacielem złożyć kwiaty pod tablicą u wylotu ulicy Miodowej. Miejscu, gdzie Krzysztof Kamil zginął.  Byłem chłopakiem ledwie. Kochałem jego wiersze, więc kochałem jego. Wydawało mi się, że dostrzegałem go spoza tej tablicy cementowej, spoza tej zbroi kutej w spiżu polskiego patriotyzmu.  Ale czy to wszystko mogłem zrozumieć? Czy tylko przeczuwałem?

Czytałem tygodniowe zapiski “Dziennika” Andrzejewskiego w „Literaturze” Putramenta. Ale przecież mimo, że wolno mu było dziecinny prawie spór o ‘wielkość” z Miłoszem prowadzić – nie wolno mu było odbrązawiać tego nacjonalistycznego puklerza Baczyńskiego z Powstania Warszawskiego.

A pisał o tych sprawach mądrze bardzo młody badacz literatury onegdaj, wczoraj ledwie, w sierpniu 2019, Piotr Sadzik na łamach polskiego Newsweeka. Odłożyłem ten jego artykuł, by kiedyś wrócić. Ten jego tekst mi o tym przypomniał. Więc wodze fantazji spuściłem lekko, i dałem się samemu na ten spacer warszawski wybrać. W czasie i przestrzeni.

W latach 80. byłem w gościnie u Kota Jeleńskiego, mieliśmy długie rozmowy. Ale nie o Baczyńskim. To były lata 80. przecież. Tyle się działo w naszym, polskim świecie.  Tyle tematów bieżących. Trwała też właśnie wielka wystawa retrospektywna Leonor Fini, jego żony.  Były rzeczy ważniejsze. Jak zawsze w życiu. Wkrótce po moim wyjeździe z Paryża, Konstanty Jeleński zmarł. Już z nim nie porozmawiam. I czy jest mi to potrzebne i czy on więcej wiedział? Chyba tak.

Te hufce narodowe, te sztandary, te puklerze ciągle kładą się cieniem długim na pamięć i znajomość osobowości twórców kultury polskiej. Nie osobowości twórczej (te łatwiej badać w oderwaniu od rzeczywistości) ale twórcy właśnie.

Przecież i mnie, bezwiednie i bez trudu prawie, te puklerze, te napierstniki nacjonalizmu nałożono. Tez zatruto nimi moją młodość. Tak, jakby słowo patria musiało się łączyć ze słowem oszustwo lub milczenie.

Więc na moją, prywatna potrzebę, taką sobie arabeskę stworzę, skomponuję. Z rzeczy i spraw, których fragmenty znamy i rzeczy i spraw, które przeczuwamy jedynie. Będą w strojach baletowych tańczyć w tejże arabesce-choreografii i młodzi Baczyńscy i Jeleńscy, i „Zośki” z „’Rudym”, będzie wirować z wiankiem na głowie Narcyza Żmichowska, a nawet Marysia Konopnicka, będzie Andrzejewski z Gombrowiczem i jeszcze Białoszewski podpity. Za nimi cały zespól taneczny prowadzony przez Stasia Szymańskiego i Wacka Niżyńskiego.  Wszyscy będą młodzi, chłopcy ledwie. Muzykę napisze oczywiście dwudziestoletni Chopin. Czy przejdą korowodem roztańczonym, roześmianym z Opery Narodowej do Parku Ujazdowskiego?  Naturalnie! W końcu to moja arabeska. Kobiety będą w spodniach tańczyć i kapeluszach z wielkim rondem, a młodzi mężczyźni w tutu romantycznych, z tiulu białego.

Niech tych innych chłopców, tych narodowych, aryjskich, czystych, krew zaleje, gdy na ten kolorowy korowód patrzeć będą. Oni się już przez wieki  napili wystarczająco dużo cykuty zapomnienia, oszukania, zakrywania, fałszowania. I nas nią poili. Czas na tutu. Czas na spacer z Batorego do Parku Ujazdowskiego. Tym razem już nawet nie pod pomnik Gladiatora, a prosto pod kształtną figurę ‘Perseusza’ Gruyera. Niech się niewinne przyjaźnie i romanse platoniczne rumienią bez kolczugi kłamstwa.