6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

Bardzo dawno temu, bodaj w 2018 byłem z moim Johnem na koncercie Akademii Muzycznej[i].  w ‘Orpheum’ w Vancouverze Pamiętam świetnie, bo grali nie takie łatwe ‘Requiem”[ii]. W Akademii tej często wówczas gościłem i znałem wielu z młodych studentów z całego świata, wielu wykładowców. Wykładała tam wówczas (wykłada w dalszym ciągu w tej samej uczelni) dobra znajoma, pianistka polska Krystyna Tucka. I naturalnie zacny Kim Sun Lee, z którym prowadziłem często długie rozmowy.

Z przyjemnością więc poszedłem do tej naszej filharmonii posłuchać, jak się ci znajomi studenci na formalnym koncercie zachowają, czy nie ulegną zbyt dużej tremie. A nie ulegli, koncert był bardzo udany.

Minęło osiem lat i 1 marca 2026 w tymże samym Orpheum jestem znowu, by słuchać tegorocznych studentów Akademii Muzycznej. Tym razem program jeszcze trudniejszy, obejmujący różne style i epoki muzyki. I, naturalnie to jest już też następna generacja młodych muzyków.

Miejsce, swoim zwyczajem, zająłem na pierwszym balkonie w pierwszym rzędzie, na ostatnim fotelu. Stary zwyczaj, bo i widok całej sceny dobry i siedzą z boku mam możliwość robienia w trakcie swoich notatek, co później ułatwia spisanie wrażeń koncertowych.

Dodatkową miłą atrakcją była część pierwsza z pianistą Forestem Bensonem[iii]. Słyszałem o nim już coś, ale nigdy nie słyszałem jego gry.

Benson grał uroczą uwerturę z Magicznego Fletu Mozarta; Koncert Fortepianowy Nr5 F-dur, Op.103 Saint-Saensa.

Początek Uwertury Mozarta był zbyt delikatny, zbyt nieśmiały. Ale pianista szybko poczuł ducha tej radosnej muzyki, nadał jej właściwy nastrój i tempo.

Muzyka Saint-Saensa nie jest łatwa, to przedział epok muzycznych, przechodzenie z jednej do drugiej. Pełny koncert pianistyczny, więc z całą orkiestrą. I robi to bardzo dobrze. Nie stara się być gwiazdą, a raczej częścią tej muzyki, wespół z orkiestrą. Co mnie trochę zaskoczyło, to prawie niewidoczny kontakt dyrygenta (Ian Parker, ntb. z bardzo dobrym i cenionym życiorysem prowadzenia orkiestr) z pianistą. Oczywiście, że są obok: pianista słyszy orkiestrę, dyrygent słyszy pianistę. Tylko czasem warto ten kontakt wzrokowy ułamkiem sekundy utrzymać, wzrokiem dać znać kiedy i jaki akcent podkreślić. Gdy się jest kapitanem okrętu nie należy zakładać, że Pierwszy Oficer czyta w myślach kapitana … .  Nie mogę powiedzieć, że wykonanie by było lepsze, gdyby ten kontakt był zauważalny. Po prostu nie wiem, bo nie istniał przez większość gry. Może to moje stare przyzwyczajenia jedynie. Na usprawiedliwienie dyrygenta należy jednak przypomnieć, że pianista – choć młody – już z pewnym uznanym dorobkiem, zaś cała orkiestra to … młodzież muzyczna i na pewno więcej kontroli i opieki wymagała niż fortepian. Z sekcji orkiestrowych zdecydowanie należało pochwalić waltornie i oboje, dobre były skrzypce i altówki, na właściwym poziomie wiole i kontrabasy. Szczególnie duże uznanie oddaje młodemu muzykowi za bębnami – świetnie operował młoteczkami i jego ‘divertissementa-kanonady’ były majstersztykiem.

         To było małe, urocze tête-à-tête przed daniem gównym, małe soirée zanim otworzą się wielkie drzwi do bogatego salonu jadalnego. Dziś serwują 6 Symfonię h-moll Czajkowskiego. Symfonię, nomen-omen, nazwaną ‘Patetyczną’. Kompozytor nie wiedział jeszcze, że będzie ona ostatnią większą kompozycją. Na jego niebie zbierały się już czarne chmury spisku potężnych przyjaciół samego kompozytora, ale i przyjaciół dworu carskiego. Romantyczna miłość do syna potężnego arystokraty rosyjskiego zakończyła się sfingowanym pojedynkiem, w którym Czajkowski zgodził się być zastrzelonym[iv]. Nie nawiązując do romantyczno-tragicznych przyczyn śmierci Czajkowskiego, Ian Parker bardzo ładnie w słowie wstępnym wyjaśnił, że nazwa ‘patetyczna’ w języku rosyjskim ma nieco inne brzmienie, bardziej smutne i tragiczne niż w rozumieniu popularnym, et winno być odczytane, jako wielka, wspaniała, podniosła. Chyba wystarczyło takie objaśnienie.

Pierwsze adagio –Allegro non troppo. Dobrze bardzo zagrane. Zwłaszcza solo klarnetu przejmujące; kotły utrzymują i poniekąd narzucają bardzo dobre tempo. Dobra synchronizacja całej orkiestry, zapomina się, że to orkiestra młodych studentów – to po prostu muzycznie dojrzała orkiestra. Równe granie jednej sekcji instrumentalnej udziela się pozostałym sekcjom instrumentalnym. Odnosi się wrażenie, że sami to doceniają i słyszą, dodaje im to skrzydeł, pewności lotu. Przez moment tylko odnosi się wrażenie, że trąbki i tuba opowiadają jakby inna historię, LOL. Ale to moment tylko.

         Allegro con grazia trochę słabsze, brak ‘łagodności’, czułości tej muzyki, choć nie jest zagrane nagannie. Może pomieszały się szyki kto i kiedy dźwiękowi pozwala, jak ptaku ulecieć? Na szczęście nadchodzi moment uroczego walca, który – jak to walc –  który wszystkie instrumenty łagodnie i tanecznie po sali balowej, niczym wodzirej elegancko prowadzi.

Przychodzi finał. Adagio lamentoso. Jak w każdej szanującej się symfonii te ostatnie allegro musi nawiązać muzycznie do części pierwszej, podjąć główny temat muzyczny.

Odniosłem wrażenie, że ta krótka pauza między molto vivace a adagio lamentoso zbyt była krótka. Nie można z walca radosnego ot tak, przeskoczyć do lamentu. To dwa odległe świata emocjonalne, dwa kosmosy uczuć. Być może niezbyt wyraźnie odczytali ruch ręki dyrygenta, pospieszyli się? Gdy jedna sekcja zacznie, wszyscy muszą kontynuować. To tylko drobna uwaga, bom bardzo wyczulony był na ten utwór i jego całą otoczkę historyczną. Przy tym adagiu-lamencie powróciła myśl o młodym Czajkowkim, jego tragicznym romansie… .

Wracajmy do muzyki wszak. Ten finał grany był bardzo dobrze. To była jakby zapowiedź, przepowiednia tragedii, która zawisła nad życiem kompozytora. Fatum płynące, jak jęk, płacz w cieniu kanonady rewolwerowej.

Młodszy brat Piotra, Modest Czajkowski miał powiedzieć, że ta symfonia była ‘elegią po zabitym kochanku’. O tym właśnie myślałem smutno, gdy słuchałem ostatnich taktów tej symfonii w Orpheum.

Czy tak było naprawdę? Teorie jedynie, pół-słowa, szczątki wspomnień rozsiane po carskich i sowieckich archiwach, tak, jak pół-słowa i pół-prawdy o kochanym Fryderyku i jego miłościach i miłostkach …  

Na samym końcu pozostaje muzyka: piękna, szlachetna, smutna i radosna, porywająca i powalająca. Ot, sztuka.

Po koncercie spacer sobie zrobiłem w kierunku naszej Galerii Sztuki. Muzyka musiała się wlec za mną, niczym rozwiana peleryna romantycznego kompozytora. Bo tu nagle inna kultura, inna cywilizacja i inna muzyka grana na elektrycznych organach. Japońska artystka, i to w kimono klasycznym, grała przeuroczo przed Galerią. Posłuchałem, podziękowałem grzecznie, grosik wdowca do puszeczki wrzuciłem i poszedłem dalej stukając kijkiem po chodniku.


[i]Vancouver Academy of Music

[ii]„Messa de Requiem:; G. Verdi; 1874

[iii] Forest Benson, piano

[iv] Historia i kultura: Piotr Czajkowski (1840-1893)

Koncert w Vancouver laureata ostatniego Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 2025.

Koncert w Vancouver laureata ostatniego Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 2025.

Kiedy w 2025 roku Eric Lu wygrał słynny Warszawski Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, strasznie chciałem usłyszeć go ‘na żywo’. Nic, jakiekolwiek idealne i wyczyszczone nagranie studyjne nie zastąpi bycia na koncercie. To atmosfera i przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Słuchacz staje się, bezwiednie poniekąd, ‘częścią’ tego wydarzenia, tej muzycznej epopei.

Ale słuchając jego gry z nagrań właśnie, bardzo mnie zainteresował. Kogokolwiek i cokolwiek nie grał – grał trochę jakby inaczej, były rysy delikatne specyficznego rodzaju interpretacji utworów. Trudno nazwać takiego pianistę ‘dobrym’. Ktoś, kto doszedł już do ćwierćfinału tego Konkursu dobrym być musi. Koniec, kropka – inaczej w ćwierćfinale nie będzie.  O finale nie mówmy, tutaj pojęcie ‘dobry’ brzmi śmiesznie i nie adekwatnie. W finale pianista-interpretator musi uchylić rąbka i ukazać kawałek przynajmniej duszy artysty.

Na I Konkursie w 1927 nie przyznano V i VI miejsca; na XII w 1990 nie przyznano I (!) i powtórzyła się identyczna sytuacja na kolejnym w 1995; w 2005 na XV Konkursie odmówiono przyznania II i V miejsca; w 2010 nie przyznano VI miejsca. W kolejnych trzech Konkursach przyznano wszystkie czołowe nagrody.  I chyba słusznie. Ta ‘tradycja’ nie przyznawania trochę mi się nie podoba. Jeszcze I miejsce mogę zrozumieć – nikt ponad wszystkich się nie wyróżnił, nie był Primus inter pares.   Ale z tej kilkuosobowej grupy, którzy kolejne eliminacje przeszli nie wyłonić kolejnych szczebli finalistów wygląda bardziej na braki porozumienia wśród jurorów, a nie braki muzyczne uczestników. To raczej braki jurorów, które bywają często efektem zbyt nadmuchanego własnego ego.

Natomiast bardzo dobrą tradycją Konkursu jest dobieranie Jury spośród wybitnych światowych pianistów (w olbrzymiej większości), a nie muzykologów i akademików. Bardzo często są to byli finaliści poprzednich konkursów szopenowskich. O ile w latach wcześniejszych w samym składzie sędziowskim (głównie, jako Przewodniczący) zasiadali dyrygenci, teoretycy, muzykolodzy, o tyle od 1985 funkcje te pełnią wyłącznie znani pianiści, na ogół zawsze też finaliści tegoż Konkursu z lat wcześniejszych. Przewodniczącym jest zawsze polski pianista. Poza właśnie tym ostatnim XIX Konkursem, gdy Przewodniczącym był amerykański pianista Garrick Ohlsson. Ohlssona pamiętam do dziś z jego porywającej gry w 1970, a byłem wówczas ledwie początkującym nastolatkiem, smarkaczem w krótkich spodniach, LOL.

Innym wyjątkowym wydarzeniem z prac jury Konkursu, które świetnie pamiętam, był wielki skandal jurorów X Konkursu (1980), którzy usunęli (!) z finału Konkursu świetnego chorwackiego pianistę Ivo Pogorelića. Zwycięzcą tego Konkursu był znany wietnamski pianista Đặng Thái Sơn. Na znak protestu z Jury wycofała się wówczas argentyńska pianistka i wcześniejsza laureatka, wielka Martha Argerich. Lokalną ciekawostką jest, że tenże laureat X Konkursu, Dang Thai Son, mieszka obecnie u nas, w Kanadzie. A Pogorelić zrobił świetną karierę pianistyczną, w czym nagłośnienie tego skandalu X Konkursu niewątpliwie mu pomogło, LOL. Od siebie dodam, że bardzo mi się wówczas te jego interpretacje Chopina podobały. Tak jak masom melomanów wtedy w Polsce (otrzymał specjalną Nagrodę Publiczności).

Ale muzykę miałem wokół siebie w zasadzie od urodzenia. Olbrzymie pianino Steinway’a mieliśmy w głównym pokoju w Toruniu i jako berbeć uwielbiałem się pod nim bawić. Nie mam pojęcia, jak to mojemu dziadkowi Emanuelowi się udało, ale w czasie repatriacji z Wilna fortepian udało się załadować na jedną z furmanek i Sowieci pozwolili go zabrać, choć futra i widoczne kosztowności kradli, jak szaleńcy… .

A dziś koncertowy Steinway, to więcej niż 100 000 dolarów kanadyjskich i biedne Towarzystwo Chopina w Vancouverze[i] prowadzi zbiórkę na zakup własnego, bo w Orpheum[ii] w Vancouverze muszą wypożyczać ich instrument. No, dosyć wspomnień sprzed wielu, wielu laty z Filharmonii Warszawskiej lub sprzed czarno-białego telewizora, przed którym siedzieliśmy z babcią zapisując na karteczkach własne oceny poszczególnych pianistów.

Wracamy do starego Orpheum. Pogoda była podła, a kolejka do wejścia ciągnęła się spory kawałek (teatr przy głównym wejściu ma strasznie małe foyer i dostać się do środka zabiera sporo czasu) – ale warto było każdej zmarzniętej i zmokniętej chwili.  Jednocześnie umożliwiało to spotkane kilku znajomych, czasem chwilkę rozmowy: niezastąpiony Prezes Towarzystwa Chopinowskiego Patrick May, którego zawsze z radością spotykam, Iko Bylicki – menadżer tego Towarzystwa, jakże dla kultury muzycznej Vancouveru zasłużonego. Rozmowa z nimi krótka bardzo, bo jako organizatorzy koncertu naturalnie szalenie są zajęci. Wielką przyjemnością było spotkać starego dobrego znajomego, wychowawcy wielu pokoleń muzyków w Vancouverze, profesora Lee Kum Sing – Pamiętam szereg długich rozmów w korytarzach tej Akademii z tym zacnym pedagogiem młodych muzyków. Teraz właśnie słucham jego nagrania Largo z 3 Koncertu Beethovena i wydaje mi się, że odnajduję podobną subtelność gry, jaką wykazał się młody Eric Lu. Chyba sam się nieco starzeję, bo wolę dziś słuchać ‘muskania’ klawiszy niż puszczenie na klawiaturę tabunu koni …

Ale czas siąść. Czas słuchać muzyki, która zaraz popłynie ze sceny. Właśnie wychodzi na nią młodziutki, szczupły pianista, kłania się publiczności, my go witamy brawami, on siada za fortepianem. Otwiera nieco innymi utworami niż się spodziewałem: dwa nokturny Schuberta, nr 1 f-moll, opus 142 i nr 2 As-dur , opus 142.  Nokturn w f-moll smutny, nostalgiczny – jakby adekwatny do deszczowego spaceru na ten koncert. Ten nokturn ukazuje jasno, jak grać będzie. On te klawisze pieści, muska – one mu czule odpowiadają dźwiękiem. Trochę zaskoczony, że pianista siada na krześle, nie na typowej ławeczce fortepianowej, która zdecydowanie nieco ułatwia używanie wszystkich mięśni, w tym tych wokół kręgosłupa, swobody ramion. Jako, że po nokturnach ławeczkę przystawiono do instrumentu, zachodzi podejrzenie, że zwyczajnie nie mogli jej zwyczajnie za kotarami znaleźć … To głupstwo jednak nieistotne.

Po nokturnach Lu gra jeden z wczesnych polonezów (fis moll, op.44) Fryderyka, skomponowany jeszcze w czasie studiowania w Warszawie. Brzmi w nim nieco modny wówczas styl brillant[iii], który w dojrzalszym okresie paryskim Chopin odrzucił.

Uczta zaczyna się jednak po nokturnach i polonezie – przepiękna, romantyczna Ballada nr.4, f-moll, op.52. To już romantyzm bez ogródek – au revoir barok i klasycyzm. Lu zaczął grać pięknie, delikatnie, dźwięki wyważone, pełne. W całkowitej unii z nogami lekko tylko muskającymi pedały. Nie było tu żadnego wbijania tych pedałów, maksymalnego przedłużania lub wyciszania dźwięku. Muzyka płynęła, jak strumień po łące nad ranem lub o zmierzchu. To ballada dość trudna: wiele tematów muzycznych, zmian tempa. Tą balladą kupił już mnie kompletnie. Słuchaj i to wszystko! Nie wypatruj czy gdzieś zauważalny błąd, zgubienie czegoś – słuchaj sercem a nie rozumem. Więc posłuchałem tej rady na szczęście. Po to w końcu na ten koncert poszedłem – słuchać, marzyć i śnić sen muzyki, a nie po to by ten tekścik pisać. Ale nie napisać nic nie mogłem. Nie mogłem, bo Eric Lu mnie oczarował swym stylem delikatnym, ale nie kruchym, nie słabym. To pianista, który na pewno jeszcze jest u początku swej drogi muzycznej. Wszak artysta, który zdecydowanie ma coś do powiedzenia, coś do przekazania słuchaczom. Nie jest zdecydowanie jednym z wielu dobrych pianistów. Słowo ‘dobry’ w ogóle tu nie pasuje. To artysta, który muzykę kocha, czuje. I to się udziela słuchaczowi. Tego typu spotkania muzyczne wykonawcy i odbiorcy, są zawsze wyjątkowe, są przeżyciem emocjonalnym.

W drugiej części grał jeszcze jednego Poloneza (op.71, nr 2) i Nokturn nr1, op.27. Jednak perłą najczystszej bieli była jego Sonata h-moll, op.58, tworzona z przerwami w Nohant w posiadłości George Sand. Iwaszkiewicz opisał ten moment jego życia przeuroczo w swej znanej sztuce[iv], wielokroć wystawianej i filmowanej.

ad endum:

drodzy i mili rodacy w Vancouverze – wspomóżcie zacne i zasłużone bardzo Towarzystwo Chopina w ich marzeniu zakupu koncertowego fortepianu godnego najlepszych pianistów. Po tylu latach ich pracy, tylu koncertach – warto ten prezent im dać w podzięce. Jeśli ktoś może 10 000 tysięcy – fantastycznie; jeśli ktoś może tylko 10 lub 100 – też fantastycznie. Pamiętacie starą średniowieczną bajkę/legendę polską o wdowim grosiku? Czasem te skromne 10 talarków bardziej wartościowe niż te 1000, bo dane z serca i potrzeby ducha. Lubimy tradycję, lubimy historię polską: więc powtórze za Janem Czarnoleskim w jego „Pieśni o spustoszeniu Podola”: dajmy, a najprzód dajmy! Poniżej podaję link do tej zbiórki. Jest tam oryginalna propozycja ‘kupienia’ jednego (lub więcej) klawiszy tego konkretnego fortepianu. Cena klawisza nie jest olbrzymia, ale nie jest też skromna. Dla skromniejszych darczyńców podaję, że można wpłacić każdy ‘wdowi grosik’ bez używając tych klawiszy a robiąc tradycyjną dotację (zwykły przelew lub czek) – kliknij tutaj : Support | The Vancouver Chopin Society. Dla oryginalnej propozycji zakupu ‘klawisza’ (tu donacja jest ustalona specyficzna ceną) link tutaj: Homepage – The Vancouver Chopin Society


[i] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

[ii] siedziba vankuwerskiej Orkiestry Symfonicznej w stylu ‘północno-amerykańskiego baroku’ – uroczy teatr muzyczny przypominający mi trochę ‘bombonierkę’ toruńskiego Teatru im. W. Horzycy

[iii] Styl brillant – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iv] „Lato w Nohant”, Jarosław Iwaszkiewicz, napisana w roku 1935/36

Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

How do you begin to write your notes about a concert that three days later you still can’t shake off the emotions you were subjected to? Almost physical blows and assaults of the music onto your soul. A music you know so well and heard numerous times! At least you thought you did … Blows delivered not by some enormous pianist, internationally acclaimed, for many years on best stages of the universe … but by a … boy pianist (of course he is an adult, but only just by a thickness of the paper a musical score is printed on)?! I still struggle to find the right ones to describe to you the experience.

Sufficient to say, it proves that there is no musical score or concert that you can just take your seat among the audience and wait for familiar, soothing experience. For bourgeoisie vanity and eloquence. And thank gods for that.

Sunday, 26 of October in Vancouver Playhouse (Queen Elizabeth Theater) concert of Tony Siqi Yun with music of Johannes Brahms (Theme and Variations in D minor, Op.18b); Robert Schumann (Theme and Variations in E-flat major, Wo0 24 or Ghost Variations); by same composer Symphonic Etudes Op.13; Ludwig van Beethoven (Sonata “Appassionata” No.23 in F minor Op. 57); and Ferruccio Busoni (Berceuse from Elegies BV 249) – of the last composer and music I will not write beyond that point. Because … in was beyond the point to have this music played in that concert, sufficient to say in my arrogant opinion. Obviously not shared by the enormously talented pianist, Tony Siqi Yun.

Thanks to YouTube portal I was able to find Tony playing exactly the same Schumann’s Etudes Op.13. That was recorded from earlier concert elsewhere. You can see the physicality and the energy – trust me, but in in Vancouver it erupted like a volcano.

Did he made any mistakes, omissions? How would I know?! There was not a single second one could pay attention to the score – the pianist consumed you wholly, not letting go for a second.

I remember only once such a wonderful confusion while listening to a pianist. That was very, very long time ago. The year 1980, X International Chopin Festival, biggest piano competition in the world. The pianist was Ivo Pogorelić from Yugoslavia (today Serbia). He was so different than other pianista that the (at that time to the extreme) very conservative Jury did not awarded him any prize (the public did). I remember being taken by Pogorelić very much. Of course a bit jealous, too, LOL – he was exactly my age! But was very glad that great pianist (former finalist of that Competition) Martha Argerich felt the same. To the chagrin of the ultra-orthodox Jan Ekiert, who like many of his generation, saw Chopin more as a monument and Polish patriotic antiquity than the true romantic boy and young man, who had nothing to do with the official portrait/gorset assigned to him.

https://ivopogorelich.com/portfolio/home/: Brahms, Schumann and Beethoven in Vancouver

Lonsdale Avenue przy Quay w Północnym Vancouverze i Polski Festiwal

Lonsdale Avenue przy Quay w Północnym Vancouverze i Polski Festiwal

Od jedenastu już lat w prominentnym miejscu Północnego Vancouveru, u początków Lonsdale Avenue na nadbrzeżnych tarasach widokowych, organizowany jest Polski Festiwal. Od samego zarania robi to organizacja polonijna „Belweder” pod kierownictwem pani Urszuli Sulińskiej[i]. W latach ostatnich wspomaga ją w organizacji tego Festiwalu pani Iza Sobieska. Udział biorą też zacne członkinie Federacji Polek, Grupa Taneczna „Polonez”, organizacja „Barka” o charakterze pomocowym dla osób z uzależnieniami. Spotkałem z radością Patrika May – Kanadyjczyka o ‘polskim sercu’, wielkiego admiratora muzyki Szopena i organizatora Vancouver Chopin Society[ii].

Bardzo udanym było włączenie do występów świetnego bułgarskiego zespołu tanecznego, który scenę ożywił w sposób znacząco lepszy niż zespól polonijny „Polonez”. Jeśli radzić mogę, to bym sugerował, aby „Polonez” nie zawsze i nie na każdej scenie tańczył … poloneza. Ten prosty z pozoru tylko taniec jest w sumie bardzo trudny dla małych scen i traci wówczas swoje dostojeństwo i powagę. O wiele lepiej by wypadł mazur, kujawiak czy nawet krakowiak. Każdy z tych tańców mógłby być tańczony nawet w kontuszach, jakie użyto dla niefortunnego poloneza.

Wśród zaproszonych gości na scenie przemawiali Mayor North Vancouver i pani Konsul Generalna RP. Potem wystąpił miły młody prezes Kongresu Polonii Kanadyjskiej oddziału BC. Na końcu kilka słów powiedziałem i ja w skrócie przypominając o znaczących osiągnięciach twórców i artystów polskich zamieszkałych w ostatnich dziesięcioleciach w Greater Vancouver i ich wkładzie dla Polski i Kanady.

A to włąśnie rzeżba ‘Raphsody of the North’ Ryszarda Wojciechowskiego wykonana na zamówienie Rady Miejskiej North Vancouver. Stała kiedyś tuż nad miejscem, gdzie był Festiwal. Potem przeniesiono ją nieco dalej do budynku teatru na Lonsdale -przeszedłem całą tą ulicę i rzeźby już nigdzie nie widziałem.

A był znaczny, w każdej bodaj dziedzinie: kompozytorzy (Ryszard Wrzaskała), rzeźbiarze (Ryszard Wojciechowski); poeci (Grażyna Zambrzycka, Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, piszący te słowa Bogumił Pacak-Gamalski, Tomasz Michalak, Karolina Piotrowska, Ryszard Tylman, w mniejszej może skali Piotr Siedlanowski, Leszek Buczyłko, Ryszard Kryłowski, Edward Dornia, świetny tłumacz współczesnej literatury irlandzkiej Roman Sabo-Walsh; teatr (aktorzy i reżyserzy –  Jerzy Kopczewski, Anna Gradowska, Elbieta Kozłowska, Anna Ślązkiewicz, Julia Siedlanowska, Jerzy Koplinger, a zdecydowanie największe zasługi dla polskiej sceny teatralnej w Vancouverze należą się panu Czumie, aktorowi z bardzo popularnego serialu telewizyjnego „Beachcombers”, który przejął prowadzenia teatru, nota bene synowi bohaterskiego dowódcy obrony Warszawy w 1939, gen. Waleriana Czumy; malarze (Andrzej Brakoniecki, Dariusz Bebel, Ryszard Kiełb, Wiesław Repnicki; wydawnictwa: Rocznik Twórczości „Strumień” i piszącego te słowa redaktora naczelnego tego rocznika, tygodniki Andrzeja Jara, Elżbiety Kozar, Andrzeja Manowskiego.

Anna Gradowska była nade wszystko znawcą historii sztuki (była założycielką Wydziału Sztuk Pięknych na Uniwerytecie w Caracas w Wenezueli) i publikowała na łamach „Strumienia” cykl esejów o sztukach wizualnych.  Nie wolno też pominąć pracy i wydanych opracowań historycznych profesor Marri Jarochowskiej. Olbrzymią w tym temacie propagowania i rozwijania polskiej kultury miała organizacja ‘Pod skrzydłami Pegaza’ prowadzona przez Krystynę Połubińską; oraz powstała trochę później i równolegle z późniejszą działalnością grupy pegazowskiej działalność pani Ireny Gostomskiej i jej Grupy „Epizod”.  Dużą pomoc i wsparcie w prowadzenie wówczas tej całej działalności i aktywności kulturowej mieliśmy zawsze od kolejnych Konsuli Generalnych RP. W tym miejscu składam im wszystkim podziękowanie. Bliski współpracownik redakcji “Strumienia” z niezastąpiona edytorką, Ireną – jeden z ojców polskiego dezajnu (design), były rektor ASP w Warszawie – Andrzej Wróblewski. Tobie i Irence składam osobne i wielkie podziękowanie za rady, wspaniałomyślność i cierpliwość.

Mógłbym wyciągnąć ze szpargałów mojego własnego archiwum wiele jeszcze nazwisk i wydarzeń. Osób i grup, które utkały bardzo bogatą tkaninę kultury polskiej i jej osiągnięć w tym pięknym mieście nad Pacyfikiem. To by już poza oryginalne ramy tego tekstu zbytnio się rozlało. A i czasu już dla tych tematów kronikarskich nie mam. Pewnie ostatni raz na te tematy piszę. Ale warto wiedzieć skąd przyszliśmy i co zrobiliśmy.  Bo wbrew pozorom to nie spiże, nie stan kont bankowych i ilość nieruchomości tworzy najtrwalsze fundamenty historii człowieka i grup ludzkich – tworzy je Kultura, ta wyższa, z dużej litery.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                   


[i] Home | belweder

[ii] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

Vancouver Chopin Society concert at VSO School for Young Musicians

Vancouver Chopin Society concert at VSO School for Young Musicians

What an interesting concert it was. Not often do I go listening to very young (I mean – kids, not even late teens) pupils of a musical school. Sometime maybe to very young prodigy – such was the case of Jan Lisiecki[i] (Jas – as I still call him, despite his international stardom), but not to entire group of really young kids. Remember going to recitals in an old Warsaw Conservatory of Music on Oczko Street or Vancouver Conservatory of Music – but they were young students in their late teens or early twenties, not kids by any means.

Truth being told, I was looking mostly to the second part with Zbigniew Raubo, whom I didn’t listen to for a long time. I mean in person, on stage, not from electronic recording.

But it was a very nice and happy surprise. They all sort of knew what they were doing by the keyboard, LOL. I’m sure they had to overcome a huge anxiety being in front of relatively big audience full of their teachers, parents, and some famous piano players. Part of their studies is certainly guidance for avoiding stage fright, but still – stage fright is a powerful foe.

The School concert hall (on the back of the proper VSO “Orpheum” building) is very nicely designed. It is more long then wide and instead of acoustic paneling it plays on the original shape of the room. To assist the travelling of the sound and avoid echo (horror!) large wooden beams on the old masonry walls were attached aiding not only the harmony of sound, but also a pleasant visual effect. I would think of modest seating capacity circa 150 seats, maybe with added rows of chairs up to 200.

Of course it would be wrong to write a typical review and trying to be smart by pointing to minor mistakes, imperfections of the young students playing, especially if all of them were well prepared. Therefore these are just going to be general notes of what they played and overall impression how they did it. After all, music is just another way of writing a story. It just uses different alphabet, instead of letters it writes in notes; instead of grammar rules and signs, it uses its own grammar: crescenda, flats (skewed letter of ‘b’ ha ha), sharps (#), and on top of that there is different annotating for major and minor scale. Not to mention that composers sometime make their own personal written advice how a piece should be played. But enough of that, It is not a beginners course of music.

Sophie Meng was very first to perform, a diminutive frame of very young girl, perhaps the youngest of them all. The huge Steinway piano looked like a black mountain in front of her light figure – impenetrable and towering. I observed her hands as their traversed the keyboard and was wondering how much she has to stretched them to cover an octave! That observation leads to another: small-frame pianists play with their hands on the keyboard, full-sized (what a terrible description, LOL) use their fingers, which must be less exhausting and tiring. In more grueling concerts you will sometime find pianist submerging their swollen hands in icy water to remedy their muscle and joint stress.

She played very pleasant a Mazurka in C Major, Op.24. I let myself follow her play into the dream: like she was not playing – she was running on some green field with young Frycek (diminutive of Frederic).  That was a nice vision a young Chopin would certainly approve of. What was particularly worth noticing, was the way she kept a perfect harmony by keeping the main musical theme of the composition always in the background, always present. Even if not played at that moment – it still lingered in your memory.

Charlotte Deng played Scherzo in B-flat minor, Op. 31. Herself looking like a cherub, she easily displayed a maturity that surprised me, perhaps a dose of self confidence? These could be uplifting or dangerous emotions for a very young player.

Her physical control of the instrument was visible, as was her aura of confidence. At times maybe the music came a tiny bit too strong, too forte? I smiled – an ‘old hand’ in a body of a youngster. Her posture at the piano, the way she used physically her arms and hands on th keyboard again emanated maturity. Just that the ‘maturity/ was perhaps more a stage performance, not an inner feeling since at moments the music was overplayed on forte. Naturally the true poetic soul[ii] of the music returned fully with the arpeggios. The finale naturally goes back to first section, and was played very well with an elegant coda.

Stephanie Yueyou Liu presented the audience with Waltz in A-flat Major, Op. 34. Her keyboard skills were excellent. At times I thought I am loosing the smoothness of the waltz melody though, as the keyboard skill muted a bit the soul, yet – she re-paid in a very wonderful finale.

Brain Sun played Ballade in G minor, Op. 23.  I felt that he thought very deeply of the structure and meaning of the music he was going to play. Would like to listen to his interpretation once more, as for some reasons his intervals and use of pedals seemed a bit odd – and the full impression escaped me. Fackt that I nonetheless wanted to hear  him again simply meant that I liked it, That’s  easy – and at the very end that is all that matters.

Joshua Kwan played Barcarolle in F-sharp Major, Op.60. His play quickly established very strict control of the instrument, of timing. No rushing, no ‘elongation’ of notes. Smiling to myself, I thought that this guy does not need a metronome on the piano.

Brian Lee in Etude A minor, Op.25.  He would let his right hand in quick passages to overtake, or silenced his left hand leading the subject and tempo. It is a difficult composition for a young player. It provokes almost to fly too high, to shine in it’s sounds. Perhaps in its bravado-like finale it is hard to stress the last notes, as you mind is still overflowing with melodies of previous section. He played with full bravado. I must say that one must admire the guts of very young player (or teacher, who tells him to play it, LOL) choosing it. It is just about the most difficult technically etude Chopin composed. Frederic contemporaries in Paris didn’t like it that much exactly for that reason – for being technically challenging to play.

Thus ended the student’s part. After the intermission we were served full musical dinner with three very different and very popular dishes. Maestro Zbigniew Raubo, s’il vous plait.

               Zbigniew Raubo, although dedicated very much to his teaching of music, is an accomplished concert pianist himself, known to many of the best stages of the world both as a pianist and with an orchestras. He finished Katowice’s[iii] Karol Szymanowski’s Academy of Music, where he later become a pedagogue himself. During his career he took part and received top prizes and distinctions in many European music festivals.

Currently he teaches at the Vancouver Chopin Society associated with VSO School of Music. His partner in the teaching staff there is another great acclaimed Polish pianist Wojciech Świtała and last but not least by any means – young Polish-Swedish[iv] pianist, Carl Petersson.

I will not write a typical review of maestro Raubo concert in 2nd part of that evening. Would be unfair to the young participants – his and his colleagues’ pupils – to even try to draw any comparisons. That was an evening for the young ones. The ‘master class’ of Zbigniew Raubo was a glass of champagne to the audience for showing up to celebrate his students achievements.  Just a list of Chopin’s compositions he presented: Polonaise C-sharp minor, Op.26; Mazurka A-flat Major, Op. 50; Mazurka  C-sharp minor, Op. 50; Nocturne D-flat Major, Op. 27; Waltz A-flat Major, Op. 34, and Polonaise A-flat Major, Op. 53.

Yet, one distinction I must make. Chopin’s music and perhaps hundreds of concerts of his music I have listened to is in a way almost like some familiar songs you sing sometimes to yourself without even noticing it. It become sort of part of your nature, grows on you. Especially if it was a normal part of your very early childhood, when you don’t treat it with reverence, but as something normal, part of the routine. The reverence and deeper understanding of it comes later, as you grow up. It makes it a bit like a emotional but also intellectual luggage, not always very convenient. There are (very rare indeed, thank god) concerts you wish you didn’t buy the tickets for. There are (even more rare, phew!) concerts you just wait for the intermission to … leave and go home such is the disappointment. Because you know so many of the compositions, you heard them so many times. But I still find (not as often as many years ago) musician, who just takes my breath away. It has nothing to do with brilliant playing born out of amazing skills. On some level you expect it, too. No, it is the other part, one beyond the skill of playing. It is capturing the essence of the poetry of particular composition, the emotional part of it. The soul (yes, maybe not all humans have souls – but true art always does, without exemption).

Zbigniew Raubo did it to me with his interpretation of Chopin’s Nocturn in D-flat Major. I can’t remember when, was the last time I was touched by that composition so strongly. Music, like a poem, has a story to tell. At times it is not even the story the composer intended or thought of. No, it is your story, story getting life form as you listen to that music. I heard it that evening, intertwined between notes, phrases, and letters and words. Can’t remember the exact text of the story –  but remember hearing very clearly, as the music was played. Thank you, Zbigniew Raubo.

from top left:

pic. 04 -Patrick May one of the top organizer of Van. Chopin Society; pic. 06 – prof. Wojciech Świtała, famous Polish pianist; last picture – Board of Directors of Van. Chopin Society and from left: W. Świtała, Zbigniew Raubo and last Polish-Swedish pianist Carl Petersson.


[i] Jan Lisiecki – Classical Pianist

[ii] Robert Schumann compared it to ‘Byronic poem’

[iii] the capital of Silesia region in Poland

[iv] born In Lund, Sweden – his parents are Swedish (father) and Polish (mother). Graduated from Danish Royal Academy of Music.

When Drag Queens Celebrate – they do so in style

When Drag Queens Celebrate – they do so in style

Few days ago in an old mining town of Squamish was a very unusual concert/happening. On the 14 of June Entire group of drag queens descended on that little town. Pandemonium! Out of all the places they choose … an abandoned, old ore mine that used to be the back bone of the community way back when. And it was glorious idea – spooky, very acoustic, with entire walls, where the ore was actually excavated, surrounded us on all sites. I am talking few stores high above the gathering platform for guests and artists. Strategically placed lights shown the intricate colours of the rocks – from most abundant copper, to nickel and even gold. As years gone by, resources dwindled and the mine was closed. Most of you know the town by the characteristic vertical massive mountain-rock used by hiking adeventure-seekers. Most would pass the the town on the way to Whistler. I used to do some hiking in this neighborhood toward the mouth of How Sound.

Definitely I was not wearing high heels during these hikes, LOL. Would have fort hat concert – but my injured leg would not allow me. Found a fun way to stress the drag tradition, LOL. Nothing like an old red Chinese woman dress. I am sure I will find some use for it later, too.

Here is some pictures and some short videos from my YouTube channel.

Mikhail Voskresensky – concert in Vancouver

Mikhail Voskresensky – concert in Vancouver

Mikhail Voskrsensky played on May 30th at the Christ Church Cathedral in Vancouver. The venerable venue has seen many wonderful concerts and pianists over the years from all over the globe.

I have seen and listen myself to quite a few there. That was a particularly important one. Voskresensky is a pianist and musical pedagogue of particular pedigree – form the old and venerable shelf of top Russian musical tradition and school of playing. That school and tradition brought an amazing array of composers and performers that graced the world stages in the past two hundred years. The Tsars are gone, the Bolsheviks are gone – but the music survived, did not perished.

Voskresensky himself was a guardian of that tradition for many years, being not only a graduate of Moscow’s Conservatory but, at the end, a Chair of the Piano department there, himself being a student of no one other that Lev Oborin – Laureate of the very first International Piano Chopin Competition in Warsaw, Poland – undisputable top piano competition in the world. That school of playing is characterized by soft and very melodic flow of notes. Could I say: romantic, Slavic, like the blades of grass on Ukrainian steppes … .  But don’t be surprised if you hear a thunder from the distance.

That past and a bit of history is important because of a very poignant present circumstances of the pianist. After the Russian invasion of Ukraine, Voskresensky decided to flee Russia, his homeland. To flee as form of protest against the brutality of this war and of Russia being the aggressor. Knowing that Putin’s Russia very much resembles Stalin’s way of strict control and protests against the government are met with harsh penalties.

Iko Bylicki z autorem

               And now he is here, playing in Vancouver. Vancouver Chopin Society, by the gracious actions of their main architects, Iko Bylicki and Patrick May gave me the privilege to enter the empty nave of the Cathedral and listen to Voskresenski’s rehearsal, take pictures as many as I want. Of course – thank you gentlemen.

The sounds and the bars, nothing else, not even using the pedals of the piano. Pure music dictated by the natural length of the sound and controlled by pressing another key. Right away I am taken by immense attachment to the musicality by stressing the melody of the phrases.

Naturally, it is only rehearsal, warming up. An attempt to get to know the particular instrument (and it is my personal favored – the beautiful Steinway). it’s acoustics, and finally the warming up and physical exercise of your fingers – they will do a lot of heavy lifting later. I am always admiring the physical strength of pianists and feel sorry for their swollen finger joints after a concert …

The moment comes that Voskresenski leaves the piano and disappears before the formal concert.. The main doors are opened and the seats are slowly filling up. But I already know that they are for a very pleasurable evening.  Not a show, not only bravado and lot’s of musical delights and deserts. What awaits them is candlelight supper rejoicing in the love of music.. That love will hopefully conquer us all, who came to listen to it.

There was one change of program (I hate when it happens, but it is not that unusual, sadly) – originally there were two Poems of Scriabin, at the lat moment it changed to much better known Tchaikovsky.

I was looking very much so to Edward Grieg. When I think of musical Scandinavia it is always either Grieg or Finland’s sweet Sibelius.

/last picture shows two main culprits of the event (and many more musical happenings in Vancouver): Iko Bylicki and Patric May/

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

Cathedrals, Operas, Magic Houses and Beaches

I have few passions in my life. No, I will not write fifty pages blog post, don’t panic, LOL. But generally speaking I wear my emotions on my sleeve and if I like something and enjoy it – I usually use terms ‘I loved it’ instead of ‘I liked it’. Be it a dance, or a kiss, a poem or an operatic aria. Yet, also a … long walk on a beach, in the forest, through bustling streets of big cities.

I do the walks much more often the operas – it is much more affordable. The trails and streets do not need to be re-done completely with new sidewalks, shops, and cafes.  In opera – they do. A piano concert very often does not need even an orchestra – just one instrument and one player. In an opera, whoa! A lot: en entire orchestra, most of the time a choir, many actors-singers, and sometime even ballet parts; new set for the stage. None of it comes cheap. So, you pay for the tickets.

But I go to operas much less than to other musical events. There is also a much larger chance that it might be disappointing. Not because a composer was bad, but it could (and often is) that the singers are very un-even in their talent and ability. It could drive you crazy listening to beautiful aria being murdered- I prefer when the dying are the operatic characters, not the delivery of a song LOL.

In the past two days I did both – long walks and an opera. It started with a long and tiring walk in Downtown Vancouver. I enjoyed it – but still suffering (when will it end, brrrr?) from an bad accident a month ago, it was a challenge. By the time I got the Queen Elizabeth Theater[i] I was already a bit exhausted, especially if you add to it a visit to the Holy Rosary Cathedral for a beautiful Latin Mass for late Pope Francis. It wasn’t the Old Rite Latin Mass, just the language of the Liturgy and songs by the choir were in Latin. I thought very appropriately. The pews were full.

From there, a walk to the theater. And my seat was in the second last row of the balcony. I almost compared it to the religious experience from the church and thought of (how inappropriately, LOL!) – Calvary. I sat on the, edge (for that I’m grateful), right by the stairs. Never noticed that the seats are so small and leg space is almost non-existent! I’m sure my neighbor didn’t appreciated my constant attempts to shift my body and relive my screaming left leg.

Madama Butterfly offers one of the most enduring and sad arias for soprano sung by the greatest: Montserat Caballe[ii], Maria Callas and many other great divas. I must say truly that the soprano at this performance was superb. Yasko Sato was extraordinary in her rendition of both the joy (first part) and incomprehensible sadness in the second part of the opera. Actually, the entire ensemble was very good … except the tenor singing the part of Butterfly husband – Pinkerton. Sad. Why doesn’t he seek engagement in the choir perhaps, or some local pubs offering pop songs for jolly clientele? Just about every other male voice in that ensemble was better than his. Ej wej… I will not mention his name. No need. Orchestra performed very well, thank you Maestro Lacombe.

Very poignant and interesting change was the historical setting of the opera – the director moved it to Nagasaki in … 1945. I thought that it has added some deeper sense of tragedy to the story.

               Alas, the next day came. The other passion, emotions: the walks. And what could be better on a nice walk if not the company of dear friend? Nothing, indeed. Wawa and I went to very dear for me paths of Crescent Beach in South Surrey[iii].  So many dear memories: with John, with my Mom, who loved it here, with my Damian. The days I was truly happy.  Not much has changed there, thanks heavens. As they say: if it ain’t broken – don’t fix it. Although the local business owners (same business, as in my times) were telling us with horror of some plans by local city politicians of idiotic plans for new parking restrictions. That might kill these businesses right out.

I even took my socks off and it was such a wonderful sensation to feel the rocks under my soles, the broken shells, and water! You have no idea how beautiful sensation it gives you, unless like me you were denied that for long weeks now because of the accident. I felt as free as being on Wreck Beach almost, LOL[iv]. Simply by … removing socks, ha ha ha.

Wawa, that old soul wonderful guy, was a company par excellence. There was not a single word uttered, that was forced, or unnecessary; likewise there was not a single moment of silence that felt uncomfortable. Yet, a lot of words were said and there were moments of silence.

We looked at Point Roberts, at Tsawwassen and its Centennial Beach. I was telling him what it was then; he told me what has changed.

What has changed? I don’t know. The colour of your dress, of his pants, oh her hair, of their car? Maybe. But if they were your friends – nothing really changed. They didn’t, you didn’t, and we stayed true to ourselves. Remember – that’s what made us friends at the beginning.

Yeah – it was a nice walk. Earlier, before Crescent Beach, I went for breakfast to Wawa’s magic house – all the overgrown greenery, the abundance of spring lowers, petals on the trail, on the porch, the friendly parrot. Later to peaceful Ocean View Cemetery in Sapperton and there rows upon rows of flowering cherry trees. His friend was just waking her lovely and friendly blind dog there. We had nice chat.

Yeah – it was a nice walk with a friend.


[i] Queen Elizabeth Theatre – Vancouver Civic Theatres – Vancouver Civic Theatres

[ii] Madama Butterfly (1995 Remastered Version): Un bel dì vedremo (Act II) – YouTube Music

[iii] Crescent Beach | City of Surrey

[iv] Wreck Beach is a famous Vancouver’s nudist beach

Szkice z tamtego brzegu. cz.2

Nota edytorska: wstęp drukowany mniejsza czcionką jest powtórzeniem wstępu do cz. 1 szkicu, poświęconej powieści Douglasa Couplanda “Hey Nostradamus!”. Czytelnik, który czytał tamten szkic, będzie więc z tym wstępem zaznajomiony i nie musi czytać ponownie.

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale później wytłumaczę dlaczego jego jednak wymieniam.

            Zaczniemy od Sedarisa Let’s Explore Diabetes with Owls.[i]Powieść? Reportaż literacki? Zapiski z podróży?

Powieść jednak. Ale pisana chwilami, jak reportaż z podóży. Czy jak u Kapuścińskiego, mistrza reportażu literackiego? Niezupełnie. Sedaris to jednak fikcja literacka. Wsparta bardzo silnie elementem fotoreporterskim, ale powieść mimo wszystko. Są nawet duże fragmenty, które by można określić, jako zapiski z podróży autora i jego męża, a wiec też elementy pamiętnikarskie, biograficzne. To po prostu pisarz uciekający od ustalonych szablonów, w jakie w XIX wieku powieść wciśnięto. Myślę, że XXI wiek dał w końcu pisarzom carte blanche, jak chcą swój talent używać.

Od razu, bez pretensjonalności i skomplikowanych śrubokrętów myślowych, ale i bez jakiejkolwiek zarozumiałości (typu: Jestem gejem i noszę na sobie ciężar setek lat prześladowania przez społeczeństwa heteroseksualne!) robi rzecz widoczną sytuacyjnie i bez cienia wątpliwości, że opisuje podróże i perypetie typowe dla podróżujących lub mieszkających czasowo w innych krajach, a tymi podróżującymi jest para: on, David Sedaris i jego życiowy partner, Hugh.

Jest przezabawne (lub strasznie smutne) jak ‘powieści’ tego quasi reporterskiego stylu potrafią odzwierciedlać rzeczywistość ich czasów w kontekście rzeczywistości bieżącej czytelnika. Jak niemal groteskowo tą rzeczywistość faktyczną szkicują. Niczym profesor Zin węglem na tablicy (żyją jeszcze mam nadzieje ludzie, którzy pamiętają telewizyjne programy krakowskiego sympatycznego historyka-rysownika). Ot tak, bez moralizowania. Lub moralizując z tej strony niespodziewanej, przeciwnej widzeniu świata przez racjonalnych i etycznych ludzi.

Czytając ‘Think Differenter[ii] nagle znajdujemy się w republice MAGA dzisiejszego pana Trumpa (przecież jest to wszak prezydent żywcem wycięty z popularnych niegdyś komiksów horroru, powiedzmy z Gotham City – Trump to Black Mask wypisz-wymaluj) doby obecnej. Mężczyzna życiowo przegrany kompletnie i nienawidzący nowego, otaczającego go świata empatii i zrozumienia – swoimi niepowodzeniami obarcza kobiety (zwłaszcza swoje byłe żony, które porzucił), tych nowych ‘niby mężczyzn’, wszystkich wokół. Tylko nie siebie. I nagle przenosi się do stanu amerykańskiego (nie wymienia nazwy tego stanu, by broń Boże ‘ci nowi’ nie pozmieniali wszystkiego na nowa modę), gdzie stare zasady ciągle są norma. Zacytuję obszerny fragment końcowy tego rozdziału:

Nie powiem wam, gdzie to jest, bo chce by pozostało to niezepsute. Po prostu jeden z nielicznych stanów, gdzie chorzy psychicznie mają prawo nosić broń. Kiedyś to odnosiło się tylko do muszkietów, teraz mogą nawet ją nosić i mogą ją ukrywać pod kurtką lub płaszczem, jak każdy inny normalny mężczyzna. Jeżeli uważasz, że pacjent szpitala psychiatrycznego nie ma prawa przynieść dwururki z obciętymi krócej lufami do kościoła, gdzie jego była dziewczyna właśnie wychodzi za mąż, to ty jesteś częścią tego problemu. Prawda jest taka, że wariaci – którzy są faktycznie normalnymi ludźmi ale bardziej nierozumianymi – mają tyle samo praw do własnej obrony, jak my.  Żyj wolnością, a twoja imaginacja poszybuje wysoko. (….) tł. wł

Czy rzeczywiście nie przypomina ci to pewnych wystąpień, pewnej kampanii prezydenckiej kilka ledwie tygodni temu? Literatura to takie dziwne zwierze – snuje dzieje z przeszłości, a maluje tymi słowami teraźniejszość.

Wracając do jego powieści, tych elementów reportażu literackiego, polecam zabawny rozdział ‘Easy, Tiger’[iii]. Perypetie autora i jego partnera Hugha w poruszaniu się i porozumiewaniu używając popularnych wówczas kieszonkowych słowniczków. Pamiętam tą modę i te ‘bedekery’ doskonale. A opisują to na przykładzie Niemiec właśnie i Japonii. Przezabawne, ale i interesujące bardzo ich uwagi na temat wymowy i gramatyki niemieckiej. Jak ta twardość jezyka, jego pewna słuchowa interpretacja przypomina  … stukot butów niemieckiego żołnierza krzyczącego ‘Heil Hitler’. I ja w pierwszych wizytach w Hamburgu i Frankfurcie takie wrażenia miałem. Póki z językiem się nie osłuchałem. Na szczęście moje wizyty w Berlinie, który uwielbiam, bywały już po tym ‘osłuchaniu się’.

Z Berlina przenoszą nas w świat Dalekiego Wschodu – do Japonii. Dalej z tym słowniczkiem w kieszeni. Tam słowniczek bierze pod uwagę specyfikę Japonii dla turystów. I w zasadzie zaraz przenosi cię w świat gejsz, masaży i ewentualnego seksu. Naturalnie heteroseksualnego (to były jeszcze czasy, kiedy bez względu na prawa bardziej czy mniej postępowe – generalnie znały tylko jedną orientację: heteroseksualną naturalnie). Ale cały rozdział jest przezabawny. I jakże przestrzegający przed tymi kieszonkowymi słowniczkami. Zaprawdę dużo łatwiej jest po prostu spytać: czy pan/pani rozumie po angielsku. Łatwiej uniknąć niefortunnych nieporozumień. Przyznają w końcu, że te słowniczki to trochę typowy przykład zarozumiałości i infantylizmu turysty amerykańskiego.

Przenieśmy się w czasie i przestrzeni – jest okres lat 2012-2013. USA zezwala na związki cywilne, jednocześnie uznaje zawarte poza USA związki małżeńskie osób tej samej płci (pełna równość małżeńska nastąpiła w 2015 2w USA, już po napisaniu i wydaniu tej powieści-reportażu) a Sedaris z Hughiem przenieśli się z powrotem do USA.

Gdzieś, w jakimś ‘God’s fearing’ stanie wiele osób nie może tego pojąc. Sodoma i Gomora! Ich świat się wali, a bramy piekieł stoją otworem. Można znieść zniewieściałego fryzjera lub barmana w drogim klubie – ale małżeństwa?! To znaczy, że całe życie tego bogobojnego Amerykanina straciło jakąkolwiek wartość! A przecież nie było łatwe – nie rozwiódł się, znosił swoją gadatliwą i stale wydającą jego ciężko zarobione pieniądze żonę. Nie, nie dlatego, że ją kochał. Nienawidził jej. Ale była jego żoną, w kościele brali ślub i świat tak był ułożony. Albo jego córka- nieudacznicka, po latach i dwóch rozwodach wróciła do domu. Wstrętne, niewdzięczne stworzenie.  Ale jest znowu szansa, że wyjdzie za mąż ponownie i wyniesie się znowu z jego domu. A tu słyszy w telewizji, że ci zwyrodnialcy mogą teraz zawierać związki cywilne, mają prawie takie same prawa jak on! On! Bo ‘ich miłość jest równie ważna jak miłość między mężczyzną a kobietą’. Jaka miłość, co za miłość ma cokolwiek wspólnego z małżeństwem? Małżeństwo, to po prostu obowiązek. Pan Bóg tak przykazał, że trzeba mieć babę i płodzić dzieci. Więc siedzi w fotelu i patrzy, jak ten jego, jego przodków świat się wali. Bo każdy ma prawo do wyboru, wolności i szczęścia. Więc nie musi się więcej męczyć, nie musi patrzeć na tą podstarzała babę, która stale marnuje jego ciężko zarobione pieniądze, nie musi modlić się do Boga, by ta głupia córka znalazła jakiegoś kolejnego frajera i wyniosła się w końcu z jego domu, nie musi codziennie słuchać narzekania tej starej głupiej teściowej, która od niedawna zamieszkała w zamienionym z garażu pokoju. I rodzi się w nim postanowienie, że on z tej wolności skorzysta. Z tego ich ‘prawa do szczęścia’.

Przetłumaczę fragment i tej części, z rozdziału ‘I break for traditional marriage’:[iv]

‘Bonita,’ zawołałem ‘chodź tu’.

To leniwy babsztyl, moja córka, i w czasie zanim podniosła się w końcu z sofy i wdrapała po tych siedmiu schodach do kuchni, byłem już zupełnie gotowy.

‘Do cholery, tato, właśnie zaczynałam …’ i zanim skończyła, przestrzeliłem jej głowę. Ci ważniacy w Nowy Jorku zrobili śmieć z mojego małżeństwa, więc logicznie owoc tego małżeństwa był śmieciem też. To była przynajmniej jedna dobra strona tej ich decyzji.

Hałas wystrzału ściągnął z sypialni moja żonę. ‘Jezus Maria, co zrobiłeś naszej córce?’ spytała. I strzeliłem w jej głowę też tak, jak chciałem każdego dnia przez ostatnie trzydzieści dziewięć lat.

To może brzmieć niewytłumaczalnie, ale jeśli homoseksualizm nie jest więcej grzechem, to kto może powiedzieć, że nie jest nim morderstwo? Jeśli to daje ci przyjemność – rób to – ci legislatorzy, to zdają się mówić. Kogo może obchodzić, co myślą porządni ludzie?

Po zastrzeleniu żony i córki, wziąłem nóż do rąbania lodu i poszedłem w kierunku garażu. /…./

 Tegoż garażu, gdzie mieszkała jego schorowana teściowa. Naturalnie, że ją nienawidził. Tak, użył tego noża, a ciało teściowej wyciągnął na tyły posesji. Sedaris absolutnie nie narzuca tu jakiejkolwiek narracji autorskiej. Opisuje po reportersku reakcje wielu ‘bogobojnych’ ludzi. Czy akurat ten jeden przypadek miał gdzieś faktycznie miejsce? Nie mam pojęcia i nie chce mi się robić dokładnych poszukiwań. To bez znaczenia. Doskonale wiemy ile było w dziesięcioleciach powolnej emancypacji gejów i lesbijek morderstw, okrutnych pobić, tortur, gwałtów. Pamiętamy ‘bogobojną’ Anitę Bryant z Kalifornii i jej nawoływania, formowania omal szturmowych oddziałów przeciw ‘zarazie zboczeńców’.[v]

W kolejnych rozdziałach wraca do pamiętnikarsko-reportażowego opisu jego życia prywatnego z Hugho. To fragmenty ciepłe, urocze. Jego zażyłość z siostrą, jego starzejącym się ojcem.

Czytając tą reporterską, autobiograficzną powieść – bo powieścią jednak jest –  czytelnik darzy autentyczna sympatia bohaterów tej opowieści. Ich losy SA takie ludzkie, maja słabości i zalety. Ale w sumie są mądrzy i bardzo ludzcy. Chcielibyśmy mieć takich kolegów lub sąsiadów. Spotkać się z nimi na kawie i uciąć pogawędkę.

Formalnie, sam Sedaris nazwał to zbiorem esejów, a nie powieścią. Ale ponieważ ma to dość systematyczny i ściśle powiązany temat opowieści biograficzno-reporterskiej, z wyraźnymi fragmentami fikcji literackiej – powieścią jednak jest. Po prostu jej bohaterami jest autor i jego partner, siostra, ojciec. Powieść oparta na autobiografii? Można i tak. Ja wole to nazwać powieścia reporterską. Bohaterowie mogliby bez najmniejszej szkody nazywać się Joe i Bill.

Całośc kończy uroczym wierszykiem troche w stylu ‘zwyczajnej’ poezji Szymborskiej. Ot, takie taki tam zapis dnia lub życia. Na przykładzie piesków i ich właścicieli. Nader sympatyczny.

Bardzo polecam lekturę.


[i] “Let’s Explore Diabetes with Owls”, D. Sedaris, wyd. Little, Brown and Company, Nowy Jork, 2013; s. 275; ISBN 978 0 316 15469 7

[ii] ibid, s.21

[iii] ibid, s.77

[iv] ibid, s.167-173

[v] Save Our Children – Wikipedia