Pytanie do poety

Pytanie

Drogi Panie

Andrzeju

Poeto doctus

Czy jest łatwiej pisać

w młodości dociekliwej,

z torbą wypchaną tomami

wiedzy i mądrości wieków

przerastającej wiek własny?

Czy w późnym wieku,

kiedy się wie ile się nie wie?


A może zwyczajnie,

po prostu,

wie się tylko tyle,

ile można unieść w sercu?


Czy pamięć wieków

ważniejsza jest

od pamięci chwili?

(B. Pacak-Gamalski, 2024)


Pisanie wierszy, bycie poetą – co to w zasadzie znaczy? Skąd bierze się ta potrzeba, ta siła, która pcha cię do pióra? Są poeci, którzy piszą dużo, bardzo dużo. Mają zastępy czytelników, którzy na nich czekają, rzędy recenzentów, którzy dzięki nim istnieją, żyją. Ba – tacy, którzy uważają, że dana im była misja opisu losu człowieka, jego fatum, sensus vitae.

I są poeci, którzy nie piszą często, czasem tylko publikują. Wiersz jest dla nich rozmową intymną z jednym czytelnikiem. Tak, jak przyjaciel rozmawia z przyjacielem przy herbacie, koniaku czy kawie.

Takim poetą wydaje mi się jest Andrzej Busza – wybitny mistrz strofy i i błyskotliwy znawca literatury. Ktoś, kto pewnie byłby doskonałym filozofem, bądź historykiem filozofii. Karierę (słowo to brzmi – przyznaję – bardzo niestosownie i brzydko w tym temacie) zaczynał w Londynie w tamecznym kręgu emigracyjnym, w miesięczniku „Kontynenty” i „Merkuriuszu” w latach 1947-1965. Obok swego serdecznego przyjaciela, Bogdana Czaykowskiego, z którym wspólnie po 1965 emigrowali do Kanady i w konsekwencji osiedlili się na stałe w Vancouverze nad Pacyfikiem. Obaj otrzymali posady na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej. Busza obronił tam pracę doktorska i był przez długie lata profesorem literatury angielskiej i cenionym znawcą Conrada oraz komparatystą.

Przeglądam i czytam teraz maleńki zeszyt poetycki Buszy wydany w 2013 nakładem Polskiego Funduszu Wydawniczego w Toronto – „Niepewność”[i]. Wiersze w tym zbiorku Busza dedykował zmarłemu w 2007 Bogdanowi Czaykowskiemu.

Poza ‘Zabawą w metafizykę’, który autor napisał po polsku, pozostałe wiersze powstały w jęz. angielskim, a tłumaczyli je Roman Sabo i Beata Tarnowska. Wiąże się to z jego decyzją zaprzestania twórczości w języku polskim. Decyzją, która konsekwentnie oddaje i jego skromność, ale i dążenie do doskonałości. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jego znajomość polszczyzny zubaża się i pozostaje odcięta od żywego języka i jego zmian w Polsce. Nigdy tej jego decyzji nie uznałem za ani konieczną ani właściwą i kiedyś mu przed wielu laty o tym mówiłem. Naturalnie opinia moja nie ma tu znaczenia, chciałbym jedynie podkreślić, iż była bardziej jego dążeniem do doskonałości językowej niż do domniemanych braków. Jak moi czytelnicy wiedzą wyznaję zasadę ‘poetyckiego udomowienia’ języka używanego we własnej twórczości. Naturalnie to wątek poboczny i z tekstem tym mający niewiele wspólnego.

„Niepewność” Busza zaczyna wierszem idealnie nadającym się do zbioru dedykowanego Czaykowskiemu. Któż lepiej niż autor „Okanagańskich Sadów”[ii] by ten wiersz pochwalił a może nawet z przekorą by spytał: Andrzeju –  czy przypadkiem nie napisałeś jednego z moich wierszy?

Ten wiersz to wypisz-wymaluj styl poetyki właśnie Bogdana Czaykowskiego – przyjaciela Buszy, któremu ten tomik Busza dedykuje. Mógłby to być wiersz narodzony w szuwarach jezior okanagańskich, mógłby być nawet gdzieś z rozlewającej się szeroko delty rzeki Fraser za New Westminster, pod Vancouverem. A nie jest – jest zapowiedzią podróży erudyty kunsztownie zapowiadającego wejście w światy Kosmosu, ciemności i jasności. Światy, gdzie nieprawdopodobne jest możliwe. Cały ten fragment zapisany jest w stancy przedostatniej:

W załomie skały wbity kawał marmuru – na nim wyrzeźbiony

Znak: mały wąż i dwie linie proste połączone poziomo.

Kiedy zwierz mija popękany kamień, na lśniącą wodę pada czarny cień.

(…)[iii]

Ten wiersz jest a’la rebusem, ale może też być odczytany, jak echo powieści „À rebours”[iv] – westchnienie estety do świata idei, sztuki, Złotego Wieku piękna. Skąd, dlaczego?

Ano, już drugi wiersz pt. ‘Ósmy dzień’ tłumaczy tu wszystko. Bo prawda, że pierwszy był miły, prosty, łatwo (?) czytelny. Z pozoru. Bo tu nagle i palimpsest, i Paradox Olbersa.

A współczesny czytelnik nie musi rozumieć dlaczego Oscar (w domyśle: Wilde) jest porównywalny do palimpsestu kulturowego (zakładając, pewnie zbyt naiwnie, że wie iż ‘palimpsest’ to zapisywanie nowego tekstu na już istniejących oryginałach/kopiach). Może się mylę.

 Ale Paradox Olbersa? Mimo, że o tym astrofizycznym wyjątku pisał i tłumaczył go sam Edgar Alan Poe w prozie poetyckiej „Eureki”. No, bo faktycznie niby czemu jest ciemno nocą, przy milionach gwiazd potężniejszych od naszego słońca, które emitują światło non-stop?

Więc czy Busza jest trudnym poetą w tym zbiorze wierszy? Może chwilami jest. Ale te chwile warte są głębszego zastanowienia, może nawet poszperania w źródłach. Może i u niego zdarza się, że wiersz jest rozmową indywidualną z pojedynczym czytelnikiem? Czytelnikiem, któremu się zawierza, że metafory odczyta? A przede wszystkim, że wiersz zrozumie. I wydaje mi się, że jest możliwym – choć to przypuszczenie obrazoburcze – zrozumienie wiersza bez konieczności zrozumienia każdego odniesienia kulturowo-filozoficznego.

Całość jest zresztą wkomponowania właśnie w tą rozmowę i odpłynięcie w świat cienia jego bardzo bliskiego przyjaciela, któremu ten cykl wierszy poświęca.

Busza potrafi. Mimo, że nie jest, zdaniem moim, parnasistą. Rozumie skalę siły prostego słowa, które ma moc i jędrność bezpośrednią. Jak w wierszu ‘Zabawa w metafizykę’. Zrywa, jak zakochany młodzieniec, stokrotkę i robi znaną wyliczankę z odrywanymi kolejno płatkami. Ale tu chodzi o metafizykę, więc wyliczanka ma charakter metafizyczny:

 Bóg jest

Boga nie ma

(…)[v]

I kończy smutną, człowieczą konstatacją:

W palcach

została łodyżka

i okwiat ogołocony

Bodaj najpiękniejszym, najczulszym i bardzo personalnym, więc i bolesnym utworem jest ‘Letnia elegia druga’.[vi]

Druga zwrotka to zaś wręcz zimny skalpel szpitalnego krajobrazu. Opis ostatniego momentu, ostatniego ‘kęsu powietrza’. Ale zaraz dodaje, by uniknąć pułapki turpizmu:

a przecież zawsze oddający hołd yoni świata

czule jak Keats[vii]

Czwarta, średnicowa zwrotka jest powrotem do lirycznej poetyki Czaykowskiego:

Wiersze jego rosły jak liście na drzewach

oczarowane miłością i pięknem

(…)

Z takim epilogiem:

Reszta to ani spokój

ani milczenie

Wiatr zrywa się

niesie popiół

w lasach pełno ech[viii]

Dwa kolejne wiersze (‘Podróż’ i tytułowy ‘Niepewność’[ix]) są rozwiązaniem odniesienia do Paradoksu Olbersa – alegoryczności kosmologii wędrówki duszy ludzkiej; z jasności do cienia i mroku, który jest też światłem.

Podsumowaniem tomu jest wiersz ostatni. Bolesny, bez szansy na pomyłkę, że może to sen, może to nieprawda, może przyjaciel zadzwoni jutro …. I zadzwonił w wierszu ‘Łazarz’. Wierszu tragicznym, ale bez sztywnych wzorów tragedii greckiej. Przeciwnie, wiersz jest chwilami prawie krotochwilny, szelmowski omal. Przyjaciel dzwoni z opowieścią o dziwnym zdarzeniu[x], jakie go spotkało po wcześniejszym wspólnym spotkaniu na piwie. To historia umierania zamknięta w kapsule skróconego czasu. Ale nie jest to historia bólu, przerażenia, żalu, tęsknoty bolesnej. Nie – to historia ciekawości poznania co niepoznawalne. Co jest wtedy i tam, po tej drugiej stronie życia. Jakby potknął się o kamień, upadł i zaczął obserwować, niezauważalny z pozycji pionowej, świat maleńkich istot w trawie. A jest, jak zapowiadano we wszystkich ważniejszych księgach Religi Bliskiego Wschodu, wesoło, jest napitek, jest Marta i Maria i ‘radosne okrzyki La Chaim i Mazel Tov’[xi]. Ale przyjaciel czuje się w tym zgiełku nieswojo:

Im radośniejszy taniec

Weselsze śpiewy

Tym bardziej czuję się nieswojo

Wymykam na dwór

Czarne jak smoła niebo

Usiane gwiazdami

Rozkręca się

(….)[xii]






[i] Z serii bibliofilskiej PFW, wydano 75 autoryzowanych egzemplarzy. Mój egzemplarz ma numer 47.

[ii] ‘Okanagańskie Sady’, B. Czaykowski; Wyd. Dolnośląskie, Wrocław, 1988; ISBN 83-7023-633-2

[iii] Pierwszy wiersz Zeszytu: „Sielanka”, s.5

[iv] „A rebours”, Joris-Karls Huysmans

[v] s. 8 „Niepewności”

[vi] s. 9, ibid

[vii] ibid, l. 7 i 8

[viii] ibid

[ix] s.11 i 13

[x] W dwudziestu dwóch linijkach opowiada historię długich tygodni choroby i własnej śmierci ściśniętą do jednego jakby dnia (s.17)

[xi] ibid; s.18, l.14 i 15

[xii] ibid

Kelowna the Queen of Okanagan Valley – Kelowna – Królowa Doliny Okanagan

Bogumił Pacak-Gamalski

(po polsku)

W zasadzie nie cała Kelowna, która (jak wiele kanadyjskich i amerykańskich miast) jest bardzo rozciągnięta olbrzymimi przedmieściami ciągnącymi się przez wiele kilometrów ale jej historyczne centrum – Downtown.

Historycznie ziemie te zasiedlone były narodami Silix lub inaczej Okinagan od blisko 10 000 lat. Europejscy osadnicy pokazali się tu bardzo późno, bo dopiero w drugiej połowie XIX wieku, a miasto inkorporowane ledwie w 1905 z 600 mieszkańcami. Współczesna Kelowna liczy ponad 140 tysięcy mieszkańców, a jej naturalne granice tworzą od północy jezioro Okanagan, od południa wzgórze Toovie i pasmo Black Mountains a od wschodu historyczne miasteczko Vernon, od zachodu rozległe farmy winorośli, jabłek i brzoskwiń.

Byłem tu wielokrotnie poczynając od połowy lat 80. ub. wieku, kiedy przyleciałem tu samolotem z Calgary na narty do resortu Black Mountain. Od l994 dość regularnie dojeżdżałem tu z Vancouveru. Obecna wizyta jest pierwsza od 2018 i zmiany są olbrzymie. Poza bardzo nielicznymi miejscami w Centrum – miasto uległo olbrzymim przeobrażeniom: w Centrum i bliskich dzielnicach gęstość zaludnienia, wieżowce kompletnie zmieniły jego charakter i widok. Musiałem się na nowo uczyć po tym centrum chodzić, bo poza ścisłym Nadbrzeżem – wszystko uległo zmianie. Zdjęcia poniżej właśnie z tego miejsca, a te powyżej to widok ze Wzgórz Toovie.

(in English)

In fact pictures here (except for the top showing showing entire city, as seen from Toovie Hills) are only from Downtown, historic center of Kelowna. It was established as a city in 1905 with 600 hundred inhabitants. Prior to that this land was inhabited for close to 10 000 years the the nations of Silix people (called also Okinagan people). Today’s Kelowna has undergone a major expansion and architectural face-lift in the last ten years. It hardly resembles a city I used to visit often a decade ago or so. High-rises and multitude of hotels, restaurants, vibrant cultural zone – changed the Downton core definitively. Here are some of the vistas.

Kayaking on Oyama Lake – kajakiem przez jez. Oyama

Kayaking on Oyama Lake – kajakiem przez jez. Oyama

(English) Traveling from Kelowna toward Vernon you will pass two wonderful lakes connected by a bridge: Kalamalka and Wood. Despite the fact that both of them are almost connected (at high water they definitely are) – both own a distinct and different hue. Years ago, on my visits to Kelowna, I used to swim in Kalamalka. If you go across that little bridge separating these lakes and turn left going up a gravel road full of turns and potholes – you would eventually end up on the shores of hidden gem – Oyama.

For kayakers and boaters it is truly wonderful experience, dotted with numerous little islands – some with easy access by kayak – there you can have a lunch or dinner as some have a firepits. Please be very mindful, though – in this type of total wilderness and remoteness fire could be a catastrophe of unthinkable consequences. From Oyama Lake I strongly recommend paddling to the left through an amazing channel covered with lilies, reed and acorus. That path offers amazing solitude and meandering for long time through narrow water channels. Eventualy you will enter anoter lake – Streak.

(Polish) W Kolumbii Brytyjskiej jadąc szosą 97 na wschód od Kelowny dojedziesz do dwóch bardzo charakterystycznych jezior: Kalamalka i Wood. Nie ma wątpliwości, że kiedyś był to jeden obszar wodny a i dziś w sezonach wyjątkowo deszczowych (co nie jest tu częste) jeziora się łączą starym kanałem. Mimo to, patrząc na nie ze wzgórz jedno ma charakterystyczny kolor zielonkawy a drugie zdecydowane stalowo-szary. Jakie są tego powody geologiczno-morfologiczne nie mam pojęcia, ale jakieś być muszą. Obecnie dzieli je mały mostek-grobla. Przejeżdżając ten mostek i skręcając ostro w górę na prawo od mostku wjeżdżasz w świat dziki i piękny. Bita, wąska i pełna wybojów droga zaprowadzi cię do klejnotu natury – jeziora Oyama z dziesiątkami mniejszych i większych wysp, a dla wioślarzy raj długiego, meandrującego pośród wodnych lilii i trzcin kanału. Ten wielokilometrowy kanał doprowadzi cię do jeziora Streak. Kanałem należy wiosłować ostrożnie by nie wbić się w błotnisty brzeg lub nie nadziać za szybko na zapadłe po wodą konary i pnie zatopionych drzew. Wszystko to jednak warte wrażeń widokowych. Wracając zatrzymaliśmy się na jednej z większych wysp na Oyamie i na istniejącym już palenisku zrobiliśmy wyśmienity lunch/obiad. Po prawdzie ‘zrobiliśmy’ to eufemizm, bo zrobił przyjaciel mojej kuzynki, Mike. Nie zabrakło kiełbasek na patyku ale były i krewetki, i cudownie przygotowana w grubych plastrach lekko zarumieniona cebula, duszone plsterki kartofelków. No i coś do popicia, naturalnie. Nie, nie była to woda jeziorna, LOL.

Garść poezji …

Mama moja odchodziła od nas bardzo długo. Nie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu ale rok po roku. Straszna choroba tracenia pamięci, która w okresie późnym zabiera też pamięć poruszania się, swobodnego mówienia jest i dla chorego i dla bliskich okrutnym doświadczeniem. W 2017 Mama była już w tym późniejszym stadium choroby ale jeszcze były dni lepsze. Nie mogła już chodzić samodzielnie, spacery dłuższe, nawet w wózku inwalidzkim, uciekły nam w przeszłość. A chodziliśmy na te spacery po łąkach i parkach codziennie bodaj. I gdy Mama zbliżała się do końca tej największej wędrówki jaką jest nasze życie – wybrałem się z Nią na jeden jeszcze spacer: wyimaginowany ale jakże naturalny jednocześnie. Spacer poetycki. Bardzo mi pomógł.

Więc idziemy trzymając się za ręce.

Most jest strasznie długi,

pełen zakrętów, jak rozłożony

między jaskiniami płaski ogon smoka.

Po obu stronach płoną złotem i brązami

jesienne gałęzie ubrane w barwne

 rękawy brokatowej bluzki z czereśni.

Gdzieniegdzie lśnią karminem

ciężkie korale jesionów i dębów,

gdzie indziej – złote girlandy brzóz.

Mama mówi: ach, jak tu pięknie.

Nie idź za szybko, zwolnij i patrz.

Odpowiadam: mamo, most bardzo długi,

jest jeszcze daleko, noc zapadnie,

będzie zimno, możemy się zgubić.

A ona odpowiada: nie bój się,

nie zgubimy się. Popatrz, tam na skałce

kamień płaski cały obrośnięty mchem,

jak poduszka, obok kępki borówek czerwonych

i fioletowy wrzos pachnie tak uroczo.

Położymy się, odpoczniemy, niebo

będzie gwiazd pełne. Kołysankę ci zanucę.

I rankiem dalej pójdziemy.


I kilka z tygodni/dni ostatnich.

Szeregami idą żółte drzewa

nad nimi chmury zielonego nieba

z niej tasiemkami spływa rzeka

nad nią papierowa tęcza z mleka

W tym świecie z papier-mâché

w kapeluszach z wycinanek

chodzą ludzie ulicami miast

i wiosek konstelacji Origami

Tam ptaszki czarne i białe

bardzo wielkie i całkiem małe

wesoło podskakują jak gumki

śpiewając arie Verdiego i dumki

Miły bardzo jest ten świat Origami

chętnie bym zamieszkał tam

gdybym do bram jego klucz miał

igły klej i nożyczki spakowane już

Uśmiech tylko wyszminkować

oczy trochę podmalować

i rumieńce zazielenić jak trawa

jakaż będzie radość i zabawa

Ognisko z wolna dogasa. Strzelają jeszcze

bierwiona językami pomarańczowego ognia,

żar bije ze złotych brył utleniających się

fragmentów kosmicznych meteorów.

Jestem, ciągle jeszcze jestem.

Nie prosiłem o to – ale stało się.

Może tak być miało, więc jestem.

O czym mam świadczyć,

czy mam jakąś misję,

której celu mi nie ujawniono?

Nie wiem, ale wiem, że jestem

choć wolałbym już nie być.

Ciemne korony potężnych świerków

odbijają się w srebrno-zielonkawej

wodzie jeziora Dee, gdzieś w górach

nad doliną Okanagan w Kanadzie.

Jest zimno mimo słońca.

Żółtymi piórami wioseł

chłostam zielonkawo-szarą wodę.

Więc jestem.

Ogień w ognisku,

kajak w wodzie,

słońce w górze,

– więc jestem.

Każdy wiersz ma swoje ograniczenia formy, nawet wiersz wolny, któremu te ramki autor sam majstruje. Gdy nijak przyciąć do foremki go nie można – w sukurs przychodzi proza poetycka.

Kayaking on chain of lakes in wilderness above Okanagan Valley – kajakiem przez jeziora w puszczy wysoko ponad doliną Okanagan

Kayaking on chain of lakes in wilderness above Okanagan Valley – kajakiem przez jeziora w puszczy wysoko ponad doliną Okanagan

Ze wschodniego końca Kelowny wyjeżdżamy w utwardzoną szosę Beaver Lake. Jadąc bez przerwy w górę mijamy malownicze pastwiska dla ranczerów dla ich bydła. Krówki i byczki spacerują leniwie lub po prostu leżą w słońcu. W dole rozległy widok na miasto i jezioro Okanagan. Kolory jesieni przepyszne. Co jakiś czas droga przecięta jest tzw. Texas Gate, czy li metalowymi rurami, które mają uniemożliwiać bydlęciu przechodzeniu na inne pastwiska lub w lasy. Nie zawsze się to widac udaje, bo wjeżdżając w te lasy spotkaliśmy kilka krówek spacerujących po obrzeżach kręcącej sie drogi. Teraz już tylko lasami do ośrodka nad jeziorem Dee, gdzie wynajmujemy drewniana daczę i odnosimy kajaki na brzeg. Od Dee naturalne wodne kanały łącza nas do kolejnych jezior: jeziora Island (faktycznie ma wyspę na środku), następnie Deer Lake, Crooked Lake – przy Crooked Lake robimy pełny lunch na naturalnej tamie-grobli, która oddziela go od jeziora Bobra (Beaver Lake). Zbieramy też troche maślaków które rosną na obrzeżach puszczy. Po lunchu powrót tymi samymi jeziorami do jeziora Dee i naszego noclegu. Inny świat wokół – rozległe puszcze, pełna cisza, ryby skaczące przy brzegu. Wielogodzinne wiosłowanie przy takiej pogodzie to przyjemność ogromna.

Zdjęcia poniżej własne i mojej kuzynki Luli (która w naszej daczy z tych maślaczków zrobiła świetne danie, a potem smażyliśmy kiełbaski na patykach nad ogniskiem).

Góry Skaliste w Kanadzie – Rocky Mountains

Góry Skaliste w Kanadzie – Rocky Mountains

Wyjeżdżając w kierunku zachodnim z Calgary w prowincji Alberta otwiera się natychmiast widok na jedne z najpiękniejszych na świecie pasm górskich – Rocky Mountains, lub po polsku Góry Skaliste. Potęga, masywność tego pasma jest oszałamiająca.

Od pierwszego mojego spotkania z tymi górami zimą 1982 roku byłem pod ich wielkim wrażeniem. Pamiętam jak dziś spacer doliną rzeki Pipestone pod Lake Louise i pierwsze widziane w życiu ślady potężnych łap niedźwiedzia – widać miał kłopoty ze spaniem, bo śniegu było sporo i winien już chrapać w swojej norze, LOL.

Wspinaczki trudne i łatwe, dziesiątki długich szlaków turystycznych – bardzo polecam fantastyczną trasę od brzegów Lake Louise do brzegów jeziora Moraine prowadzącą przez Dolinę Rajską (Paradise Valley) i nie bez kozery – to trasa raju górskiego dla kochających góry – a zimą białe szaleństwo narciarskie. Wszystko to zaczyna się ariergardą Gór Skalistych – pasmem Kananaskis z wielkimi jeziorami i niesamowicie malowniczą trasą. W samym Kananaskis jest obecnie bodaj trzy ośrodki narciarskie i niezliczone trasy dla miłośników narciarstwa biegowego. A nieco dalej, we właściwych Górach Skalistych, resorty narciarskie zaczynają się już u wjazdu do nich, u podnóża kanadyjskiego Zakopanego – miasteczka Banff. A za nim oszałamiające trasy i widoki w ośrodku Sunshine Village, niecałą godzinkę dalej rozległe tereny ośrodka Lake Louise. Każde z nich oferuje dziesiątki tras zjazdowych: od bardzo łagodnych do najbardziej skomplikowanych. Mogą bez problemu konkurować o palmę pierwszeństwa z najlepszymi ośrodkami świata.

Przejeżdżałem tą całą trasę wzdłuż tych szczytów i dolin dziesiątki razy w ostatnich kilkudziesięciu latach i za każdym razem widoki po obu stronach szosy nr. 1 (Trans-Canada Highway) – podobnie było w tym miesiącu: zachwyt, jak za pierwszym razem. Natura w swym dzikim pięknie jest oszałamiająca.

Journey across Canada – Wielka podróż kontynentalna

Journey across Canada – Wielka podróż kontynentalna
Edmundston, New Brunswick

Another big journey. Fitting in as it was, as it allows me to say slowly a goodbye to my country – Canada. Would have been most likely My Country to the very end, but Fates wanted otherwise. I will be eventually going to the country of my childhood and youth.  That is another story though, and a reader who follows my Blog – knows it.

The Story today is Canada, it’s nature and huge expanse. It started by driving from Halifax in Nova Scotia, through New Brunswick, and finally to grand old Montreal. A city built at the mouth of powerful St. Lawrence, surrounded by smaller rivers and water channels. The proper old Montreal was itself an island of land (not a very large one) constricted from all sides by flowing faster or slower water. Hence the grand city is very dense, streets are narrow. It reminds me a bit of an old Paris, an island around Notre Dame, and on the other side closed by the old medieval Royal Seat of Louvre as it was, long before becoming one of the most famous museum and gallery.

From Montreal the highway took me through the capital, Ottawa. It has changed tremendously since I have been here about seven years ago. Not that long ago – but it did. A maze of new skyscrapers.

Pass Ottawa and Petawawa (a city of storied military history) the highway takes us through Ontario’s Cottage Country and numerous small towns and settlements. A glorious Fall colours od forest and Laurential Mountains.

But nature’s through splendor awaits us a bit further, the road will lead us through enormous in size Northern Ontario, alongside the shores of enormous Lake Superior. And a visit to an old Polish settlement of Wawa – in shortened version it simply means ‘Warszawa’ – the capital of Poland. We will finish in the prairies of Manitoba and Saskatchewan.

(in Polish / po polsku)

Gdy ma się dwie ojczyzny, dwa domy rodzinne, odjazdy z jednego z nich z nich bywają trudne, bolesne. Zwłaszcza, gdy oddzielone są olbrzymią przestrzenią oceanów i pasm górskich.

Tym razem wracam do tej pierwszej ojczyzny dzieciństwa i młodości. Za mną zostaje całe dorosłe – długie już – życie w tej drugiej, w Kanadzie. Więc i pożegnalna wielka podróż przez Kanadę. A podróż przez ten wielki kraj, to podróż kontynentalna dosłownie: od jednego oceanu do drugiego; przez pasma wielkich i mniejszych masywów górskich; olbrzymie rzeki, wzdłuż jezior, które łatwo by nazwać bez zbytniej przesady morzami; przez puszcze niekończące się, prerie wielkich łanów pszenicy, kukurydzy. I prerie białe od potasu i odkrywkowych kopalń. Naturalnie nie sposób takiej podróży odbyć w dwa lub trzy dni. Jest wielodniowa, a powinna być wielotygodniowa. Drugi raz taką tu odbywam. Od Halifaksu do Vancouveru.

Zdjęcia załączone obejmują trasę od Halifaksu, przez Nowy Brunszwik, Montreal i Quebec, rejon Ottawy, Północne Ontario, trasę wzdłuż wybrzeży jeziora Superior, założone w XIX wieku przez polskich osadników urocze miasteczko … Wawa. Tak, Wawa od Warszawy. Z Wawy zjazd w dół kręta szosą wśród skał i niekończących się małych jeziorek (słowo ‘małych’ w kontekście Kanady jest właściwe, ale małymi de facto nie są) aż do Kenory. A potem Manitobą i w Sakatchewan – otwarta, płaska niekończąca się preryjna przestrzeń. I wiatrach (częstych) te morza pól wzbijają tumany kurzu i tumany białej soli potasowej. Inny świat.

Montreal

Northern Ontario, Wawa and Lake Superior

Prairies / Prerie

Pożegnanie z Księżycem

Pożegnanie z Księżycem

KSIĘŻYC

Grudko skalna zawieszona

na sznurku z pyłu gwiezdnego –

świecisz jak ogarek Oriona

w kurzu Gościńca Mlecznego.

Ten sam a inny każdej nocy.

Raz w nowiu, raz w pełni – czego?

Bezsilny czy pełny mocy?

Kandelabru smutku czystego.

Możeś inny w każdym niebie:

tu pochlipiesz, tam się cieszysz –

i uciekasz, kiedy dnieje.

Tutaj wolno, tam się śpieszysz.

Którym będziesz dla mnie jutro,

gdy pod innym będę niebem?

Z twarzą zimną, hardą, butną,

czy też ciepłym, świeżym chlebem?

(B. Pacak-Gamalski, 13.09.24)

Wielkie podróże życia

Sa podróże epokowe w życiu człowieka. I prawdziwie epokowe są przeprowadzki-podróże przez wielkie puszcze, nad wielkimi jeziorami, przez wysokie góry i przez płaskie prerie. Od oceanu do oceanu. Kłopot człowieka, który zamieszkał w takim kraju, który ma aż trzy oceany i część najdłuższego pasma gór: Kordylierów. Ba, jedna z pasji mojego życia to podróżowanie, więc – voila! Drugim nieodłącznym elementem wielkich podróży są pożegnania. Te mogą być bolesne. I w tym pomaga wiek i doświadczenie, które łagodzą te wstrząsy. Te też, niestety, już mam.

Pisałem bardzo niedawno na tych łamach o książce. Naturalnie o książce literackiej lub szerzej nieco, o książce ze świata kultury i wiedzy. Literatura bez wiedzy by istnieć nie mogła, ale jest też sprzężenie zwrotne: po cóż wiedza, jeśli do świata kultury (wiec literatury, sztuki ogólnie) nie prowadzi? Te dwie córy umysłu ludzkiego są poniekąd bliźniaczkami syjamskimi.

Więc związane z moją życiowa przeprowadzką przez epoki i kontynenty problemy pakowania i eliminowanie są okrutne. Ofiary jakieś być musiały. Pierwszymi były książki współczesnej literatury dużych nazwisk literatury polskiej. Ale znowu jest pewna cezura, dziś już zarzucona (i słusznie) literatury krajowej i emigracyjnej. Tu jest wiele niebezpieczeństw i zaskoczeń dla niektórych. W kraju czytelnik (i wydawnictwa) pamiętał tylko o tych, których znał z lat do (powiedzmy umownie) 1945. Tych którzy przed tym 45 już zaistnieli. A kurtyna komunistyczna była mimo wszystko dość szczelna i zawisła na kilka dziesięcioleci. Masa wspaniałych poetów i pisarzy polskich dorosła do ‘bycia’ poetą i pisarzem już poza granicami PRL. Tych nigdy na nowo przywrócić literaturze krajowej nie potrafiono. Może było to niemożliwe. Próbowano niektórych – głównie w sferach akademickich, badawczych. Aby żyć w świadomości czytelnika trzeba pisać, tworzyć i żyć ‘po sąsiedzku’, na następnej ulicy, przy kawiarnianym stoliku obok. Prowadzić aktualną rozmowę z tym czytelnikiem na temat pogody na ulicy, na temat miłości, wiary, patriotyzmu i ceny bochenka chleba w sklepie.  Tak – były „Zeszyty Literackie” Barbary Toruńczyk, ale dla wielu już za późno, dla innych trochę zbyt oddalone rożnymi progami. A i w Polsce „Zeszyty Literackie” nie były „Życiem Literackim”[i] i większość ich trwania była wydawana poza Polską. Podobnie miało się z moim Rocznikiem Artystycznym „Strumień” wydawanym w Kanadzie w latach 1999-2012 – istniał w bibliotekach uniwersyteckich w Polsce, w archiwach literackich, ale nie ‘na ulicy’ miast polskich, gdzie spacerował krajowy czytelnik[ii]. Gorzej jeszcze było z wydawnictwami i autorami mniej znanymi a rozsianymi w różnych ośrodkach polonijno-emigracyjnych po całym Zachodnim świecie. Prawie każdy polski tygodnik wydawany w Londynie, Toronto czy Nowym Jorku prowadził też własne wydawnictwa poetów i pisarzy w tych krajach mieszkających. Mało kto z żyjących pamięta te wydawnictwa i tych autorów.

Więc tych zapomnianych i te zapomniane tytuły biorę. Ocalić od zapomnienia …

Dużo więcej będzie tytułów angielskich, które wyjątkowe dla mnie mają znaczenie literackie lub literaturoznawcze. Wśród z nich wyjątkowe ma gigant literatury Colm Toibin. Moim zdaniem jeden z najlepszych pisarzy kultury Zachodniej końca XX i początku XXI wieku. Genialny i jako pisarz i jako literaturoznawca.

I (bo koszula ciału bliższa i wiedzę na ten temat mam dobrą) biblioteczkę badań literacko-kulturowych społeczności LGBTQ+.

To książki tylko. A co z dugą pasją, z muzyką?! Nigdy w życiu nie myślałem, że dyskietki i DVD’s tyle ważą! Taka jedna płytka, to piórko. Dwadzieścia już waży – a 50 waży ho,ho. Jaką selekcję robić? Jakbym się ośmielił wyrzucić Callas czy Pavarottiego, Mozarta lub Beethovena, Madonnę (tu kłamstwo – akurat wielkim fanem Madonny nie byłem i nie jestem) lub Piaf, Ewę Demarczyk czy Marka Grechutę? A wyrzuciłem, całą masę. Odwrotnie od książek – współczesne systemy odbioru muzyki internetowo-elektronicznie są wielokroć lepsze niż te z dawnych CD. Więc tak długo, jak będę miał dostęp do Internetu i jakiś laptop – nie muszę mieć na licznych stojakach stojących pod ścianą z setkami tych dyskietek. Z nielicznymi wyjątkami: zachowam te od tych muzyków, którzy sami mi podarowali ze specjalna dedykacją. A szczęście miałem współpracować, czasem się przyjaźnić, z wieloma wspaniałymi muzykami. Czort wie czemu głównie z arystokracją muzyków-wykonawców: pianistami, LOL. Nie, no wiem przecież, bo jak tu porównać sceniczną widoczność pianisty ze swoim instrumencikiem a skrzypka ze skrzypeczkami?! Size matters, LOL.

Prócz tych wezmę specjalne edycje zrobione na wielu dyskietkach z okazji jakiejś wyjątkowej, niepowtarzalne i artystycznie – majstersztyk.

Nie zostaje nic innego, jak wyrzucić kolejne kilka worków własnych ubrań. Bo mimo wszystko książka jest przecież ważniejsza od gaci i spodni. A samochód, którym przez kontynent to będę wiózł – choć spory – za nic się nie rozciągnie. Przyczep żadnych przez puszcze i góry ciągnąć za sobą nie będę. Karawan ciągnąłem jadąc ponad sześć lat temu w tą stronę: od Pacyfiku do Atlantyku. Ale wtedy jechało nas dwóch: ja i mój John. Teraz wracam sam i pora roku dużo późniejsza. Dalej, z Zachodniego Wybrzeża, za kilka dobrych miesięcy powiezie to już statek. Po co ciągnąć to do Vancouveru, skoro z Halifaksu tyle bliżej, przez jedno tylko duże jezioro? Ano, to już inna para kaloszy, inna historia. Inny wiersz i powieść inna. Vancouver to mój Dom. Moja miłość i najpiękniejszy okres mojego życia, który już nie ma szans się powtórzyć. Jakbym mógłbym nie pojechać, uściskać go i podziękować za to, co mi dał? Z jednego miasta, które kochałem – Warszawę – wyjechałem blisko pół wieku temu nie żegnając się, bo nie przypuszczałem, że nie wrócę. Tym razem tego powtórzyć nie mogę, bo teraz wiem.


[i] Zeszyty Literackie – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia