Kamienie są twarde, są zimne. Kamienie to mur odgradzający, zabraniający wstępu. Mur między życiem i śmiercią. Nad murem unosi się w powietrzu przedwieczny, czarnoskrzydły Uriel. Dobry. Mądry. Spolegliwy. Anioł Śmierci, która jest życiem.
Tak, jak ty jesteś moim życiem. Ty jeden będziesz towarzyszem Uriela, gdy stanę przed murem kamiennym, a on, jednym skrzydłem uniesie mnie ponad te kamienie.
OLYMPUS DIGITAL CAMERA
Uriel
Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,
nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.
Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,
dotyk zimny a czuły jednocześnie.
Blisko, mimo że tak często, tak długo
nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.
Najczulszy kochanek ze wszystkich, których
miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,
powstrzymującym dech w piersiach, pędzące
w galopie pospiesznym serce i myśli
skołatane, gdzieś, ku krawędzi stromej
nad Doliną Ciszy i Spokoju w
dole rozpostartą. Witaj Urielu,
smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.
Drżałem, a tyś mnie uspokoił.
Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,
a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.
Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty
nie odmawiaj członkom znużonym.
Nieskazitelnym alabastrem skóry
twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej
piętnem czasu, pokrytej bliznami
miłości zwycięskich i miłości przegranych.
Ostatnią krople pasji niedopełnionej spij.
I zamknij nieba nade mną, pokryj mgła gęstą
szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.
Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę
twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.[1]
I obyś nie zapomniał, obyś nie odmówił Aniołowi Śmierci pomocnego ramienia w przeniesieniu mnie poza ten mur. Tam, do naszego nowego Domu. Tam, gdzie już mnie nigdy nie opuścisz. Gdzie na moment w żadną wycieczkę, żadną podróż bez Ciebie ja już nie wyruszę.
Bo nie ma śmierci pełnej, całkowitej, póki jest pamięć. Śmierć kompletna nastąpić może jedynie, gdy nie będzie nikogo z żywych. Gdy nie będzie życia. Gdzie wszystko będzie na dzień przed primodialnym bagnem[2], oczekującym na iskrę bytności. Więc przed tą iskrą, jest tylko dymiące trującymi oparami bagno, jest chmura niekształtna pyłu kosmicznego pędzącego w otchłań Czarnej Dziury. A możliwe są tylko dwa wykluczające się rezultaty: Nic, które jest śmiercią kompletną lub Supernowa budząca tę iskrę. Gdy już zaistnieje – nie ma odrębnych bytów życia i śmierci. Jest podwójne zaistnienie złączone obrączką pamięci, gdy wszystkim się zdaje, że on gra jeszcze, choćby echo grało tylko[3]. Więc nie ma śmierci, póki jest pamięć życia. Póki jesteśmy w czyjejś pamięci.
Kamienie tęż są żywe. Przyłóż do ucha, wsłuchaj się w bicie ich jąder, ich pędzących elektronów, protonów. Tam skryta jest też pamięć genezy, zaistnienia, iskry. Uriel nie stoi z mieczem płomiennym, jak okrutny Michał na skraju bagna primodialnego.
Wszystko to zresztą, Babycake, może być moja imaginacją. Może nie m nawet Uriela, który ostatecznie Staremu też pomagał w gnębieniu człowieka przy wypędzeniu z Raju. I razem potem odlecieli ku jakiejś nebuli wypełnionej pyłem śmieci kosmicznych. Może moje spotkania były ze szlachetnym i pięknym Saatanelem, jedynym aniołem Życia i Śmierci. Jedynym przyjacielem Człowieka. Wiernym. Tym, który niecność Starego poznał i odwrócił się od niego. A ty we mnie jesteś. Nie wydaje mi się to, nie jestem w malignie. Nawet nasze pasje są żywe w mojej pamięci. Poznaje smak gorącego pocałunku, jaki składałem na twych ustach, gdy trzymałem cię w objęciach w dzikich ostojach Sibald Flats[4], u podnóża Kanaskis. Pamięć jest przechowalnią życia. Nie jest życia cmentarzem.
Mosty dzielą. Tu jesteśmy my – tam są oni. Przez długie wieki budowaliśmy mosty zwodzone na zakolach rzek. Te dzieliły najlepiej. Gdy oni chcieli przyjść nieproszeni i liczni – podnosiliśmy most i nie mogli bez ryzyka najgroźniejszego.
Mosty łącza brzegi i ludzi. Poznajemy się, odwiedzamy. . Czasem zakochujemy się w chłopcu lub dziewczynie z drugiego brzegu. Wówczas często spotykamy się na moście, na ‘ziemi niczyjej’, pomiędzy brzegami. Wówczas te brzegi należą jednako do nas obojga lub obu.
Mosty są chyba są chyba największym osiągnięciem cywilizacji archaicznej.
Apollinaire pisał pięknie o moście na Sekwanie w „Moście Mirabeau”.
Po pożarze katedry Notre Dame w 2019 napisałem własna przeróbkę tych dwóch pierwszych stanc zachowując semantyczną specyfikę jego wiersza robiąc tym ukłon wobec świetnego poety epoki odległej i wobec symboliki Notre Dame dla kultury europejskiej „Pont Neuff i Apollinaire na Pont Mirabeau”
Mosty. Kamienne, drewniane, wiszące. Mosty prowadzące do miasta i mosty wewnątrz miasta. Z nazwami i bezimienne. Mosty z posągami, jak most Karola w Pradze, ponad piękną Wełtawą. Mosty złocone prowadzące do złoconej kopuły Inwalidów w Paryżu. Lubiłem chodzić właśnie przez Pont Neuf do Ogrodów Luksemburskich, tam posiedzieć na ławce, wypić może butelkę wina i zagryźć bagietką z serem i potem dalej do Inwalidów. Których nie specjalnie lubiłem przez te potęgi i splendor. No cóz, Francja do skromnych nie należała. Naturalnie Poniatowszczak w Warszawie. Jeżeli czasu trochę było (czyli prawie nigdy lub tylko kawałek per pedes, a potem wskoczyć w tramwaj) piękny trakt ze Śródmieścia na Rondo Waszyngtona i potem we Francuską. Lub bardziej prozaicznie lub poetycko kulinarnie do małego sklepiku z … koniną, tuż przy wiadukcie kolejowym prowadzącym na dworzec Wschodni. Kiełbasa z koniny podsuszona to był rarytas. Choć większość kręciła gębami, którymi nie kręcili, gdy pili wokół Stadionu 10-lecia śmierdzącą i ciepłą wódkę z butelki. Nie żeby mi się to nigdy nie przytrafiło (ale nie pod Stadionem, mam swoje zasady!) ale na kiełbasę z koniny mlaskałem.
Lions Gate Bridge, VancouverMacKay Bridge, HalifaxMcDonald Bridge, HalifaxMc Donals Bridge, HalifaxWiszacy Most, Lynn Park, North Vancouver
Mosty zawsze lubiłem. I mostki, kładki prawie. Bajeczny most wiszący w Vancouverze, gdy czasem mgła szła z czeluści Burard Inlet poniżej i most unosił się w powietrzu ponad tą mgłą. Zjawisko wcale nie rzadkie a zawsze zachwycające. Lions Gate Bridge (tak się nazywa) zbudowany był przez tego samego architekta, który postawił dość podobny most w Halifaksie, który dziś widzę codziennie z okien i spacerów. I czasem też ginący we mgle, tym razem atlantyckiej. Bardzo lubię most-groblę prowadzącą do Pictou w Nowej Szkocji. Rozlega się stamtąd przepiękna panorama całego miasteczka. Dużo ładniejsza niż te miasteczko w rzeczywistości, które stale się remontuje ale swojej świetności już odzyskać nie jest w stanie.
Nie zapomnę nigdy małego mostku na rzeczce Volturno w środkowej Italii, przez który biegłem zdyszany do starożytnej Capuii wykupić gazety z wielkimi tytułami na pierwszej stronie: La guerra in Polonia. Był 13 grudzień 1981. Czas się zatrzymał.
A anioły? Aniołe to dziwne stworzenia. Tak ważne, tak głośne, były ich zastępy – a z nazw nie znamy prawie żadnego. Gabriel, Satanel, Michał. Były w wyraźnej hierarchii, jedno i wieloskrzydłowi, niektórzy ponoć aż ośmio. Którzy nas bronią, kuszą i prowadzą na tamten świat. Ci, którzy posłuchali Starego i wypędzili nas z Raju. Rozmawiam z nimi czasem. Lubię ich. Są autentycznie przepiękni – nawet Ci potępieni. Zresztą może ci potępieni byli właśnie najprawdziwsi, najwierniejsi nam. Ci, co zostali przy Starym chyba nas nienawidzą. Bo przez wszechczasy byli Jego kompanią, a potem zachciało mu się jakieś eksperymenty robić. Stworzył pięknych w sylwetce ale nieporadnych strasznie. Przykutych do ziemi. A potem się naturalnie rozczarował i kazał tylko aniołom pilnować by czegoś zbyt niegodziwego nie zrobili. A jeśli zrobili to maja ci aniołowie ich ukarać. Na ogół śmiercią. Zostali więc w większości Aniołami Śmierci. W tej roli ich lubię, wyszlachetnieli. Śmierć ma to do siebie, że uszlachetnia. Jakby zapłata za cierpienia.
W wyborze wierszy poetów polskich zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżem Pacyfiku (od Seattle do Vancouveru) wśród moich wierszy jest „Objawienie”. Jedno z moich spotkań z tymi aniołami.
W tym samym tomiku na s56 pisałem już o stalowym objęciu, zimnym a czułym jednocześnie, tego formalnego Anioła Śmierci, Uriela. Ten nie uciekł. I gdy przyjdzie, to nie zdradzi, nie zapomni. Ale to już inna historia.
[1] „Apollinaire”, PIW, 1968; s 33 (tłumaczenie i pod redakcją A. Ważyka)
Aha, opowiem Ci też o powrotnej trasie znad Dollar Lake. Wtedy byłeś już zbyt zmęczony tym dniem, tą wyprawą, bo dla Ciebie to była wyprawa a nie zwykła, kolejna wycieczka. Wracać dużo dłuższą, wijącą się boczna drogą. Tak, wiem, że mogłem Cię namówić, że byś uległ moim prośbą. Ale wiem też i wiedziałem wówczas bardzo dobrze, że czas na tego typu namowy – którym na ogół ulegałeś i byłeś z tego zadowolony na końcu – już minął. Że robisz i tak więcej niż pewnie możesz i wysiłkiem bardzo dużym. Że robisz to dla mnie. Ale sprawiało Ci też to własną wielką radość , radość, że raz jeszcze gdzieś razem jedziemy, razem mamy czas jeszcze jednej przygody. Jak wtedy, gdy jechaliśmy na kilkudniowy biwak z Twoimi braćmi w Albercie, w widłach rozgałęzionej górskiej Old Man River. Mogliśmy jechać do Calgary jak zwykle krótką, 1000-kilometrowa ‘jedynką’. Zasugerowałem, że może tym razem ‘trójką’, starym szlakiem południowej BC, wzdłuż granicy z USA. Tylko 500-600 kilometrów dłużej. Wyciągnęliśmy mapy. A może pierwszy odcinek przez stan Washington (dużo tańsza benzyna) i potem z Washington wjechać przez Osoyoos do 3-ki. Może 700-800 km dłużej, nie więcej. Jeszcze trochę myślenia. Wybraliśmy wariant przez USA. Tylko … o ponad dwa tysiące kilometrów dłuższy. Przez Washington, Idaho i Montanę. I kilka noclegów. Czas i zwiedzanie mieliśmy cudowny. Tak jak, późniejszy kilkudniowy biwak nad Old Man River w Albercie.
Więc cóż żałować, że króciutkiego, może 100-120-kilometrowego odcinka tamtego dnia nad Dollar Lake nie przejechaliśmy? Ale wiesz co, ja teraz wracając znad tego jeziora pojadę właśnie tą drugą, boczną trasą. I zabiorę Cię ze sobą. Będę Ci opowiadał, gdzie jedziemy, co widzimy. Skręciłem więc nie w lewo, w kierunku lotniska i nr 2, a w prawo, w Old Guysborough Road. Po krótkim odcinku Old Guysborough dojeżdża do ‘widełek’ i sama skręca w lewo aż do New Glasgow, przez samo serce Doliny. Ale my skręcimy w prawo w szosę 365 kierując się na Musqoboit Harbour. Tak, ten z tą lubianą przez Ciebie plażą Martinique, starą, nieczynna stacją kolejową zamienioną w muzeum, lodziarnią, piekarnią.
Szosa 365 wije się wąż pośród lasów, farm, a potem wzgórz zielonych. Najpiękniej jest jednak, gdy zbliża się do koryta i dalej razem, obok siebie, kierują się do Musqoboit. Ty byłeś moją ‘rzeką’, która obok mnie, ze mną, wiła się przez nasze życie. Wije się dalej, bo przecież rzeki płynące przez lasy, wzgórza też nie zawsze są widoczne. Czasem kryją się w gęstwinie zarośli, czasem chowają się po drugiej stronie wzgórza. Ale wiemy, że jest, że płynie.
Do miasteczka droga wjeżdża właśnie tuż przy tej stacyjce. Lubiłeś tam ze mną jeździć szosą #7 z Dartmouth. Lubiłeś tą plażę, te kościółki drewniane ustawione rzędem, jeden obok drugiego. Każdy innego wyznania a obok siebie, bez waśni. Cóż to za różnica, czy kapłan nazywał się ksiądz, pastor czy padre? I czy był mężczyzną czy kobietą? Może dla ich przodków we Francji lub Szkocji to miało znaczenie. Ale nie dla nich. Kwestia tylko przyzwyczajenia i nawyku. Lubiłeś przy końcu tej długiej drogi, przy wjeździe na plażę, ten wielki Dom Noclegowy z wielka tęczowa flagą.[1] No widzisz? To teraz już wiesz dokąd prowadzi Old Guysborouh Road i szosa 365.
Pamiętam naszą pierwsza tam wycieczke z Dartmouth szosą 107. Wczesną wiosną w 2019. Wszystko było przykryte jeszcze śniegiem, jeziora i rzeczki grubą warstwą lodu. W Head of Chezzetcook, koło białego kościółka, łaziliśmy po starym cmentarzyku. I zastanawialiśmy się, jak wymawiać tą nazwę: Head of Chezzetcook? Mieszanina staro-francuskiego z lokalnym językiem autochtonów używającym odmiany bardzo starego języka L’nu – plemion zamieszkujących olbrzymie tereny od wschodnich ziem dzisiejszego Quebec po Nową Fundlandię.
Ta nasza rozmowa, ta wycieczka-powrót nad Dollar Lake pomogła mi, Babycake. Strasznie mi tych rozmów brakowało. Ale nie pytaj zbyt wiele o teraz, proszę. Nie pytaj za dużo. Nie chce Cię smucić, bo dobrze nie jest. Jest źle. Pod wieloma względami. Ale nie martw się. Gdzieś przystań znajdę. Jakiś brzeg, jakieś trasy do łazikowania. Nauczę się może myśleć kategroriami ‘ja’. Ale nie chcę by moje ‘ja’ nie zawierało Twojego ‘ja’. Musisz być ze mną. Już chyba do końca. Bo po cóż mi szlaki, po co trasy, jeśli miałbym je przemierzać samotnie, bez Ciebie? Ale obiecuję, że dam sobie radę. Więc już się nie martw. Nie smuć.
Pod wieczór już późny zebrała mi się ochota upieczenia chleba. Przypomniałem sobie sprzed wielu dziesiątek lat wakacje na rodzinnych resztówkach w Szwajcarii Kaszubskiej, nad jeziorem Łapalickim. Prócz skromnej chatki wuja z Sopot, którą razem stawialiśmy poprzedniego lata – nie było tam żadnych wówczas jeszcze innych zabudowań letniskowych. Wzgórze z lasem za nami też jeszcze do rodziny należało i stamtąd przytaszczyliśmy dwa piękne modrzewie, które posłużyły, jako dwie kolumienki trzymające ganek. Jak na dworek szlachecki wypadało. Tyle, ze prócz tych modrzewiowych kolumn nic dworskiego w budyneczku nie było – paździerzowe płyty, dykty jakieś, co się dało i udało. Jak to w kraju ‘demokracji ludowej’ bywało ze wszystkim: kolumnada na fasadę a reszta to dykta, klej i styropian. Ale dla nas, młodych to był raj. Za wzgórzem, spory kawał na piechotę, mieszkało stare małżeństwo Kaszubów. Tych prawdziwych. Daleko do wsi, tyle co do kościoła w niedzielę furmanką się wybierali do ‘wielkiego’ Chmielna, które może i z pięć tysięcy duszyczek miało. Po polsku prawie nie mówili, choć rozumieli dobrze. Gadali tylko po kaszebsku, po swojemu. To się do nich przez tą górkę i łąki chodziło raz w tygodniu po chleb. Pani Cymanowa, wysoka i prosta w postawie gospodyni, raz w tygodniu piekła na podwórzu w wielkim murowanym piecu chleby. Skłoniłem się w pas, jak przed dumną włościanką należało, pozdrowiłem jedynym pozdrowieniem, jakie uznawali za przyzwoite ,Beże pomagi’ (odpowiednik polskiego, na wsiach jeszcze za mojego dzieciństwa powszechnie stosowanego: ‘szczęść Boże’) a ona zadowolona wyciągała najpiękniejszy chleb kartoflany, jaki w życiu jadłem i widziałem. Bochen był olbrzymi, prostokątny, wierzch spieczony, bardzo ciemny a środek solidny i bialutki, jak śnieg omal. Ciasto nie było puszyste i lekkie, a gęste. Smakował – nie do opisania! I przez kilka dni zachowywał świeżość bez lodówek ani innych cudaków miejskich.
Takem se właśnie panią Cymanową przypomniał i ten jej chleb. No, to kartoflany zebrałem się piec. Zanim skończyłem zagniatanie i czekanie aż urośnie pod kocem, jedenasta w nocy nadeszła. No i do piekarnika włożyłem. I polazłem na krótki spacer nad morze na moje Kamienie. A na Kamieniach zawsze czas płynie inaczej. Zwłaszcza, gdy cicho, ni żywej duszy. O tej porze jeśli już to właśnie chyba tylko dusza jakaś by się ukazała. Przypomniałem sobie o chlebie i pędem (mój pęd teraz – tuż przed operacją – jest dość naciąganym zwrotem literackim) do domu. Drzwi tylko otworzyłem i zapach najpiękniejszy wprost mnie w twarz uderzył. Zapach pieczonego chleba. Naturalnie, byłem troszkę za długo i chleb ciut przerósł i jakby w środku, rosnąc, nieco boki swe rozpruł . Ale już próbowałem i smak ma dobry. A ten zapach zaraz większą jeszcze masę wspomnień odległych przyniósł. Światów, konstelacji, po których ślad zniknął. Prócz tego w pamięci.
Przypomniałem dzieżę chlebową babci. Nie pamiętam, by kiedykolwiek ją używała. Ale miała zawsze. Nie wiem skąd oryginalnie: czy ze Słucka, z Woroneża czy już z Wilna? W Wilnie była bardzo zamożną panią, żoną znanego producenta instrumentów muzycznych (od 1935 główny dostawca instrumentów dla Polskiej Armii). Repatrianci z Kresów całego dobytku przecież wywieźć nie mogli na Ziemie Odzyskane. Zapewne brali wiec rzeczy najbardziej wartościowe na tą nieznaną i niechcianą wędrówkę ludów. A ona wzięła. Dziadek o te praktyczniejsze i wielokroć droższe manele zadbał – z tego, co Rosjanie nie rozkradli, a rozkradali lub niszczyli, co tylko im w ręce wpadło.
Więc ta dzieża była dla babci symbolem, że bez względu na rewolucje i wojny (przeżyła je wszystkie) żeby przeżyć trzeba jeść. Ziarno się zawsze gdzieś jakieś znajdzie, więc będzie mąka, jak będzie mąka to i zaczyn można zrobić, jak będzie zaczyn, to na dzieży można ciasto zagnieść. Proste. Po śmierci dziadka w 1965, babcia przeniosła się z Torunia do Warszawy. Do powojennych bloków na Mokotowie. I dzieża leżała tam pod … wanną. Bo nijak takiej wielkiej dechy wyżłobionej z jednego pnia nigdzie nie można było zmieścić. Mieszkanie warszawskie było dość ciasne, ze ślepą kuchnią. Zostało po najstarszym synu babci, muzyku, który dostał posadę w Filharmonii w Szwecji i aby go nie stracić (mieszkania) przyjechała babcia. Jedyne co mogła z naszego wielkiego mieszkania w Toruniu przewieźć to był piękny kredens gdański, samowar i … tą drewnianą dzieżę. Gdy losy zmuszają nas do wielkich przenosin – zabieramy tylko to, co najważniejsze. Dzieża chlebowa była dla babci właśnie takim ważnym przedmiotem. Choć nie pamiętam, by go kiedykolwiek używała, a spędzałem z babcią bardzo dużo czasu. Po śmieci babci zawartość mieszkania na Mokotowie przeszła w ręce starszego kuzyna, babci najstarszego wnuka. Jego zaś największym błędem życia był związek z młodą warszawską dziewczyną o zupełnie innych obyczajach i tradycjach. Kuzyn był bon vivantem nie przykładającym uwagi do spraw praktycznych. Kiedy ta warszawska dziewczyna z dzieckiem się gdzieś przy nim znalazła i powiedziała mu: zostaniesz moim mężem – nie zastanawiając się nad konsekwencjami i nie lubiąc sporów o jakieś ‘drobiazgi’, odpowiedział: no skoro tak uważasz to dobrze, jest mi obojętnie. I został. Dzieża wylądowała, gdzieś na śmietniku. Po latach zniknął i kredens gdański i samowar. Czasami jedne złe małżeństwo potrafi być bardziej zabójcze niż wojna lub rewolucja … .
Synopsis in English: this is my Talk with my husband, who took off to the stars last November. As it touches to the core of my emotions, my soul, it is in Polish. The language of my most inner, most basic, child-like essence. Language of my childhood. An age, when we do not know proper expression of emotions. When we show them as they appear to us, not to the outside world.
I remember (with a warm smile) that sometime, while having long talks with John, he would interrupt me suddenly and said laughingly: you do realize that you just started speaking in Polish, don’t you? In short the ‘Talk’ is a copy of my actual talk with him a week or so ago, while I went to visit Dollar Lake Park. Place we went together on our lat longer travel, while he was already very sick and weak. I re-traced all the spots we stopped there, where we were sitting, what we were doing. What were we saying. Thus a strange letter-conversation started. First as my plea of help in finding myself in the empty world without him. Later, as I continued that talk at home, it lead me to deeper memories, to explaining, who he was; how we become to be. That lead to difficult times, sad times, and happy times. I will probably continue that talk some more, at another time. Maybe than, I will find the answer to my original question: what should I do? How should I live without his physical presence? It also explains his personal uneasy relations with our new home in Nova Scotia. Home that never become a home, despite the fact that it is the ancestral home of his family. The answer in many ways, as I see it now, is buried in the memory of his mother, Leona, and her untimely death here many years ago. An event that very much left a permanent scare in his heart.
BB
Maj 27. Dzień okrutny[1]. Więc pojechałem tam. Na naszą ostatnią wycieczkę daleko poza miasto. Gdzieś w Dolinę[2]. Starą, wąską szosą Old Guysborough Road przy południowym końcu pasa startowego lotniska, wijącą się dalej wśród lasów, małych osad, farm. Do zagubionego w tych lasach uroczego Dollar Lake.
Tym razem nie zgubiłem zakrętu jak wówczas, kiedy musieliśmy nadrabiać blisko 30 kilometrów. Słonecznie, prawie upalnie, jak wtedy. Woda jeszcze mimo to zimna. Cóż – teraz jest maj, a wtedy był koniec lata, wszystko było rozgrzane. Pewnie bym popływał mimo to, gdyby nie ta przeklęta ułomność, którą mają mi za dwa tygodnie zlepić-zszyć. Tak, tak. Ta sama. Wtedy był dopiero początek tego. Jeszcze przecież pływałem, drapałem się po skałach. Teraz nici z tego. Nie martw się, nie szkodzi – zreperują w końcu. A i tak brodziłem po brzegu, wlazłem aż poza kolana.
Siadłem na każdym kamieniu, zatrzymałem się przy każdym miejscu, gdzie siedzieliśmy razem. Pojęcia nie masz, jak brak mi Ciebie. Dniami, nocami, rankiem … . Ale na nic bym tej naszej ponad trzydziestoletniej drogi nie zamienił. Mieliśmy, Najmilszy, przygodę, która nielicznym wygranym się zdarza. Łut szczęścia? Ręka boska? Nie wiem. Byłem szczęśliwy. Czasem nawet i bosko się czułem. Wiec może. Pojęcia nie mam, co knują na tym Parnasie i na Synaju ci bogowie. Ty nawet nie chciałeś się nad tym zastanawiać. Moje wieloletnie walki z tym, męczarnie intelektualne i emocjonalne – dla Ciebie były krótką konstatacją: jeśli jest lub są, no to są. Jeśli ich nie ma – to nie ma i koniec. O czym tu myśleć?
Byliśmy tak różni. I to było fantastyczne. Co dla mnie było godzinnymi dyskusjami, sięganiem po długie traktaty filozoficzne i jeszcze dłuższe korytarze literackich analogii – dla Ciebie było krótkim potwierdzeniem rzeczywistości: jak jest zimno, to trzeba się ciepło ubrać. Ci, którzy uważają, że rzeczywistość jest tylko filozoficznym konstruktem mogą ubierać się zimą w krótkie spodenki i podkoszulek.
Uczyliśmy się od siebie. Wielu rzeczy. Ja Kanady i country music z Patsy Cline i jej przebojem „Crazy” , kanadyjskich Joni Mitchell i Gordona Lightfoot; Ty ode mnie Europy i moich miłości estrady: Edith Piaf, Aznavoura, Demarczyk.
Było nam dobrze. Nawet wtedy, gdy bywało źle. Może właśnie to, że było nam dobrze, było najważniejsze wtedy, gdy było źle. Bo gdy jeż źle kiedy jesteś sam, wtedy jest najgorzej.
Uśmiechasz się, że widzisz, że znowu ‘filozofuję’, bo to przecież takie proste, że nie trzeba wyjaśniać. Ale ja teraz potrzebuję sobie sprawy proste wyjaśniać . Teraz, gdy nic nie jest proste … .
Pomogła mi, Babycake, ta wycieczka dziś. Pomogła mi nasza rozmowa. Łatwiej będzie te następne kilka trudnych dni przetrwać. Dni brzemiennych w daty, rocznice … . Musze to robić częściej, rozmawiać z Tobą. Co byś chciał abym robił? Zawsze to ja wiedziałem. A teraz już nie. Musisz mi, Kochanie, trochę pomóc. Coś mi w tym moim kompasie, w tej mojej niezawodnej orientacji w kierunkach się zepsuło, przestało działać. Zgubiłem swój azymut.
Kiedyś, gdy okazało się, że wyjazd do Nowej Szkocji był błędem i rozważaliśmy opcje jeszcze jednej przeprowadzki, zasugerowałem miejsca, gdzie moglibyśmy pojechać. Pytałem, które byś wybrał, gdzie byś czuł się najlepiej. I dałeś tą rozbrajającą w swej prostocie odpowiedź: tam, gdzie będziesz ty, będzie zawsze mój dom. Myślałem o trzech miejscach, gdzie moglibyśmy zacząć od nowa: Polsce lub Półwyspie Iberyjskim (może na Balearach) lub w Ekwadorze o umiarkowanym klimacie. Zacząłem rozczytywać się w opisach geografii, warunków społecznych, opiece zdrowotnej tych miejsc. I przyszła ta cholerna pandemia. Okazało się, że świat i ludzie nagle przestali być mobilni. Odwieczna wędrówka ludów zamarła w bezruchu. Gdyby nie pandemiczny bezruch, czy bym zrealizował te plany? Nie wiem, ale myślałem o tym intensywnie, poważnie. Chyba tak, bo dobijała mnie świadomość, że Domu tu, w Nowej Szkocji nie znalazłeś. Co było moją dość zaskakującą obserwacją. Pierwszy raz kompletnie źle Cię odczytałem. Sądziłem, że Nowa Szkocja będzie Twoim Domem niejako automatycznie, w sposób naturalny. Dużo szybciej niż stanie się moim. Nigdy się nie stała. Dziś widzę bardzo jasno, Babycake, że jedynym Twoim domem tu, było … nasze mieszkanie. Innego nie znalazłeś. To ja tu się w dużej części zadomowiłem. Lubiłem objeżdżać wszystkie dzielnice, hrabstwa tej prowincji. Odkrywać jej historię, historie jej mieszkańców. Zwłaszcza trudną, a jakże pasjonującą historię Akadyjczyków i Murzynów (najstarszą w całej Kanadzie i ciągle bardzo żywą, aktualną, liczną)[3].
Innym bardzo dziwnym – wówczas – zaskoczeniem był brak Twojego zainteresowania siedliskiem Twoich przodków. Może słowo ‘zainteresowanie’ nie jest tu najwłaściwsze. Może była to pewna niechęć dotykania przeszłości, lęk przed pamięcią? Byłeś w zasadzie jedynym z Twojego rodzeństwa, którego z Nową Szkocją nie łączyły wspomnienia dzieciństwa. Nawet nie urodziłeś się tu, jak oni. Nigdy nie przyjeżdżałeś tu na wakacje. Z praktycznego i naturalnego punktu widzenia byłeś kalgaryjczykiem. Calgary i jego okolice w Albercie, to był Twój dom, dzieciństwo, dojrzewanie, szkoły, pierwsza praca. Tam poznaliśmy się my i zakochaliśmy z całą dziką pasją wielkiej miłości. A Vancouver i BC były od pierwszego dnia już tylko naszym domem. Nasz dom. Przez długie bardzo lata. Całe dojrzałe, aktywne życie spędziliśmy tam. Tam już ze świadomego wyboru zawieraliśmy przyjaźnie, które przetrwały dziesięciolecia.
Ale nasz wyjazd z Calgary wiązał się też z decyzją Twoich rodziców powrotu do Nowej Szkocji. Do ich młodości, rodzinnej ziemi. Byłeś ‘ostatnim ptakiem’, który z rodzinnego gniazda pod Calgary wyfrunął. W dużym, starym domu na farmie u podnóża gór Kananaskis zrobiło się pusto. Nie było już dla nich sensu ten duży dom utrzymywać. Nawet tradycyjne niedzielne wielkie rodzinne obiady tam – po naszym wyjeździe – już nie były te same. Zdążyli jeszcze przyjechać przez Góry Skaliste, by się upewnić, że jesteś bezpieczny, że wszystko jest dobrze. I wyjechali nad Atlantyk. Rodziców kochałeś bardzo ale z Mamą łączyła Cię nić wyjątkowa, specjalna. Rozumiałem i czułem to doskonale, bo taka sama łączyła mnie z moją. I stała się tragedia, która pozostała długim cieniem reszty Twojego życia. Tego bólu nie mogłem Ci osłodzić ani zatamować. Na pewno pomogło, że bardzo kochałem Twoja Mamę też. Leona była dla mnie wyjątkowo bliską i specjalną osobą. Śmiesznie przyznać ale miałem chwilami dziwne uczucie, że zrobiłem jej szkodę niezamierzoną wykradając Ciebie spod jej skrzydeł. Dużo z niej – widziałem w Tobie. Nie często o tym bólu mówiliśmy. Ale wiedzieliśmy, że jest. Bezustanny. Wkrótce po ich wyjeździe Leona ciężko zachorowała. Na bezlitosną i bezwzględną chorobę. Śmiertelną. Wiedziałem, że musisz tam pojechać. To nie ulegało najmniejszej kwestii. Nowa praca jeszcze nie na stałe, nowe życie – musiałeś wszystko odłożyć i jechać do mamy. Zrobiłem wszystko, co mogłem byś przez chwile nawet nie myślał, że może ten wyjazd nie jest w tym momencie naszego życia najważniejszy. Bo był najważniejszy. Nie mógł nie być. I poleciałeś pierwszy raz w swoim życiu do Nowej Szkocji. Do Pictou, tego rodowego gniazda waszego klanu. Byliście jedną z tych rodzin, która przybyła tu pierwszym żaglowcem ze Starego Kontynentu, ze Szkocji[4]. Następne kilka miesięcy żyłeś w zasadzie w małym szpitalu w pobliskim New Glasgow. Do domu w Pictou wracałeś na noc, czasem zgodziłeś się pojechać na obiad. Czasem zostawałeś w szpitalu na noc. Sytuacja nie polepszała się a pogarszała. W pewnym momencie mama straciła mowę, nie reagowała na kontakt z nikim. Bałem się o Ciebie. Nie, nie przyszło mi przez moment do głowy namawiać Cię do powrotu. Musiałeś tam być. Ale bałem się o Ciebie. W tym samym czasie do Vancouveru przyjechała z Polski moja mama. Na stałe. Była jeszcze trochę zagubiona, z mniej niż podstawowym angielskim. Ale musiałem do Ciebie pojechać. Bałem się, że nie znajdziesz tyle siły w sobie. Wytłumaczyłem swojej, że muszę tam pojechać. I tak znalazłem się po raz w pierwszy w Nowej Szkocji. Przyjechałeś po mnie samochodem z Pictou. Pierwszego wieczora ‘wypędziłem’ Cię ze szpitala zmuszając żebyś pojechał do domu na obiad. Ja zostałem z Leoną. Miałem jej sporo do opowiedzenia. Patrzyła w sufit, nie reagowała. Siadłem tuż przy jej głowie i długo jej wiele rzeczy mówiłem. Powoli, wyraźnie. Zakończyłem przyrzeczeniem żeby się nigdy nie martwiła o Ciebie, że nigdy nie będziesz sam. Do mojego ostatniego tchu. Pierwszy raz spojrzała na mnie z uwagą, jakby zmuszała się do poznania mnie. Poznała. Starała się coś powiedzieć, lekko ścisnęła mi rękę. Nie mogłem zrozumieć słów, bo były bardzo niewyraźne, urywane, chropowate. Następnego dnia miała wielu gości, rodzinę i przyjaciół. Z trudem ale mogła już się z nimi porozumieć. Nigdy nie będę wiedział czy było to skutkiem mojej rozmowy i przyrzeczenia, jakie jej dałem, czy też po prostu nastąpiła poprawa i okres regeneracji. Po kilku dniach przywieźliście ją z tatą do domu, dostaliście specjalne łózko, gdzie mogła spać. Była u siebie. W gronie kochanych, u siebie. I stałe wizyty siostry, brata, kuzynek i kuzynów. Wróciłem do Vancouveru.
Byłem o Ciebie spokojniejszy. Nawet wówczas, gdy – mimo niespodziewanej poprawy – straszna choroba upomniała się bezwzględnie o cenę tej chwilowej poprawy. Kiedy Leona odeszła.
Tamten czas nałożył ten długi cień na Twoje życie. Myślę, że właśnie dlatego wizyty nasze w Pictou, z ostatnich lat już tutaj, nie były dla Ciebie przyjemne. Że te miasteczko nie kojarzyło Ci się z niczym innym tak silnie, jak z tamtym strasznym czasem. Nie znajdowałeś tam uliczek dzieciństwa, znajdowałeś uliczki smutku i bólu, jaki wtedy tam odczułeś. Czasu straty.
Nie chciałem i tego wszystkiego w tej rozmowie poruszać. Miało być o naszych podróżach. Naszym szczęściu bycia razem. Ale to była tak ważna część Twojego – a przez to i mojego – życia, że jakże pominąć ją milczeniem? Wszak za to, że byłeś taki właśnie a nie inny też Cię kocham. I kiedy myślę o Twoim smutku, to mniej ważny wydaje mi się mój. Rodzi się znowu potrzeba troski o Ciebie. Objęcia ramieniem, przytulenia, ukojenia Twojego smutku. Moje sine qua non.
[2] Dolina (Musquodoboit Valley) – tak określa się w środkowej Nowej Szkocji obszerne tereny lesisto-farmerskie na północ od Halifaksu, między Eastern Coast (Wschodnie Wybrzeże) a szosą Nr 2
[4] na statku ‘Hector’ w 1773 przybyły tutaj 23 rodziny i 25 niezamężnych mężczyzn ze szkockich Highlands – tylko jedna osoba mówiła po angielsku, reszta posługiwała się jedynie gaelickim. Tak powstało miasteczko Pictou.
Czy kolebką antysemityzmu jest religia chrześcijańska czy też … religia żydowska? Otóż religia ma tu znaczenie ale nie w sensie jej istoty teologicznej ( wiara w jakiego boga/bogów, obrządków religijnych itd.). Religia w jej zewnętrznych, wizualnych aspektach. U samego rdzenia, podstaw antysemityzmu leży pojęcie ‘innego’, ‘obcego’. Ale to tylko połowa tego atawistycznego uczucia. Ten ‘inny’ musi mieszkać pośród nas. Lub, jeszcze bardziej ściśle: u nas. Tego lęku nie miał Polak w Chinach, Włoch w Japonii czy Francuz w Imperium Otomańskim. Inny musi w odpowiedniej masie osiedlić się wśród Nas i musi być wyraźnie wizualnie rozpoznawalny. Musi też reprezentować pewną krytyczną masę. Wówczas na miejsce uczucia pewnej ciekawostki, kuriozalności rodzi się potwór zagrożenia. Otóż wydaje się, że specyfika judaizmu (zaskakująca jest realizacja, że w istocie swej geneza chrześcijaństwa to nic innego, jak jedna z kolejnych sekt, odmian tłumaczenia Tory i judaizmu powstałe na tych samych mechanizmach, jak siedemnaście wieków później ruch chasydzki) polegała na uniknięciu asymilacji w czym niezwykle pomocna była właśnie religia i jej kanony nie tylko obrzędowe i socjalne. W odróżnieniu jednak od chrześcijaństwa czy muzułmaństwa – żydzi nie byli aktywni w nawracaniu innych. To z kolei skutkowało uniknięcia uniwersalizmu, który pomaga w asymilacji.
Przypominam sobie powieść Richarda Zimlera „The Last Kabbalist of Lisbon” (The Overlook Press, New York, 1998). Lata największego pogromu Żydów aż do czasów II wojny i idei kompletnej zagłady. Portugalia przełomu wieku XV i XVI. Antysemityzm, gdzie chęć rabunku (diaspora żydowska w Portugali i Hiszpanii była bardzo wpływowa i bogata) i katolicka dewocja monarchów iberyjskich dały bodaj narodziny masowego antysemityzmu europejskiego. Pierwsze też przykłady urzędowego masowego nawracania na ‘prawdziwą’ wiarę (katolicką). Przerzucam kartki tej książki, odczytuje fragmenty, które tak mnie poruszyły ponad dwadzieścia lat temu, gdy czytałem ją pierwszy raz. Ciekawe, że powieść, rzecz z natury swej oparta na fikcji, na sytuacjach i bohaterach wymyślonych – ożywia historię, nadaje jej rumieńców życia. Żydzi sefardyjscy doświadczyli na Półwyspie Iberyjskim prześladowań niewyobrażalnych, które trwały setki lat. I tysiące morderstw, grabieży, gwałtów. Byli ulubioną (i bardzo intratną finansowo) ofiarą katolickich monarchów Hiszpanii i Portugalii.
I zaraz, w perspektywie już szerszej, prawie uniwersalnej, wracam do prac badacza literatury Piotra Sadzika z Uniwersytetu Warszawskiego na tematy maranizmu, inności, ukrywania i poszukiwania tożsamości. Maranami nazywano w Hiszpanii i Portugalii właśnie żydowskich konwertytów na chrześcijaństwo. Małe grupy tych maranów dotarły nawet aż do Polski osiedlając się w Zamościu, Lwowie i Krakowie. I wracam jednocześnie do przypomnienia polskiego pogardliwego określenia żydów, którzy przeszli na katolicyzm: przechrzta. ‘Przechrzta’ kryje w sobie jakby pewne oszustwo, szalbierstwo, nieszczerość. W domyśle można powiedzieć, że nie ufano im bardziej chyba niż Żydom, którzy trwali w judaizmie. Jest tu dość adekwatne (nie tylko do tej konkretnej sytuacji) angielskie powiedzenie: damned if you do and damned if you don’t . Czyż nie jest to specyficzna, polska odmiana maranizmu? Sadzik idzie dalej – właśnie przez podkreślenia wartości uniwersalnej współczesnego maranizmu: każdej inności, każdej odrębności od normy. To już temat inny jednak, wykraczający poza, sensu stricto, antysemityzm polski.
Ostatnim – wszak niezwykle ważnym – tematem jest sprawa rządowego, nakazowego i instytucjonalnego antysemityzmu. Sterowania niechęci, fobii narodowych i religijnych przez władze polityczne.
To nie przez jakieś specyficzne cechy Polaków i Rusinów, Polska Kazimierza Wielkiego i kolejnych monarchów Rzeczypospolitej była krajem do którego uciekali przed prześladowaniami Żydzi z Zachodniej Europy. To właśnie dzięki świadomej polityce tych monarchów ten kraj był postrzegany, jako tolerancyjny.
Niestety, siły polityczne, które władały II Rzeczpospolitą od samego zarania w 1918 po straszny rok 1939 – do tolerancyjnych i światłych nie należały. Nawet sympatycznie i przyjacielsko nastawiony wobec Żydów Marszałek Piłsudski nie potrafił poskromić skrajnie antysemickich nastrojów społeczeństwa i elit politycznych. A największa polityczna siła nowego państwa – Endecja Dmowskiego – marzyła tylko o jednym: o pozbyciu się elementu żydowskiego z Polski na zawsze. Jedni oskarżali ich o agenturalność wobec Niemiec, drudzy o sympatie pro-sowieckie. Jedna z warszawskich gazet publikowanych po hebrajsku tak pisała o latach 1918-19: „w tej godzinie, godzinie odrodzenia i ponownego zjednoczenia Polski, (…) my, Żydzi, siedzimy i opłakujemy nasze ofiary” ( M. Mirowski ‘Kwestia żydowska w II Rzeczypospolitej’; „Rzeczpospolita”,wydanie z 17 06 2017).
W latach wielkiej wojny z Sowietami w 1919-20, żołnierzy i oficerów polskich pochodzenia żydowskiego (w tym byłych legionistów, sic!) rozkazem Dowództwa Armii Polskiej internowano, obawiając się z ich strony dywersji na rzecz Sowietów.
Pisałem już o niesprawiedliwej ocenie pewnych historyków o Armii Krajowej, jako elementu antysemickiego. Tego zdania nie zmienię i uważam je za szkalujące. Ale i tu faktycznie znaleźć można wypadek szokujący: mord Żydów polskich w Lesie Siekierzyńskim pod Skarżysko-Kamiennym. Tymi lasami przebijał się idący na pomoc powstańcom warszawskim duży oddział AK „Barwy Białe’ pod dowództwem por. Kazimierza Olchowika (przyd. Zawisza). Natknęli się w lesie na grupę ok. 40-50 Żydów, uciekinierów z pobliskiego obozu pracy. Olchowik sformował oddział specjalny i wydał im rozkaz rozstrzelania wszystkich bez wyjątku. Rozkaz wykonano. Okolicznych chłopów zmuszono do pochowania ciał na okolicznych bagnach. Po wojnie, w latach stalinowskich, miał miejsce proces wykonawców tego mordu. Oskarżeni nie potrafili podać przyczyny rozkazu. Sugerowano, że Olchowik prawdopodobnie myślał, że taka duża grupa uciekinierów musi spowodować pościg Niemców, a tym samym śmiertelne zagrożenie dla oddziału AK. Nawet gdyby tak myślał, to czy podjąłby taką samą decyzję, gdyby uciekinierami byli więźniowie-Polacy? (dane z: J. Mazurek w Holocaust Studies and materials, wyd. 2013).
Ten wątek ‘antysemickiej postawy’ AK, jako organizacji zbrojnej reprezentującej na terenach okupowanych polskie władze polityczne i wojskowe jest dla mnie niezrozumiały i szkodliwy. Stoi w sprzeczności z wszystkimi (jeśli chodzi o oficjalne stanowisko Dowództwa Krajowego AK, Rządu Polskiego w Londynie i Naczelnego Wodza) wytycznymi, postawą i rozkazami wyższych dowódców AK. Nic tego tak nie symbolizuje, jak akcja i organizacja znana jako Żegota.
Z wielu poważnych opracowań historyków na temat tej organizacji, wybiorę może najmniej (poza Kanadą) i nie przez zawodowego historyka-akademika pisaną. Cóż, te refleksje – moje – też aspiracji akademickich nie mają, o czym wspominałem. Wydawnictwo miało prosty tytuł: „Żegota. The Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45” ( Irene Tomaszewski, Tecia Werbowski, wyd. Price-Patterson Ltd.; Montreal. 1994-1999). Naturalnie, w tamtych latach na temat Żegoty wiedziano już w Polsce bardzo dużo. Nie tylko wśród historyków ale i w powszechnej, społecznej wiedzy. Niestety, nic prawie o tym nie wiedziano na kontynencie północno-amerykańskim. Teraz, w dużej mierze dzięki tej publikacji właśnie ci, co chcą i którzy powinni – wiedzą lub wiedzieć powinni. Ja tą ksiązkę otrzymałem od Autorki w Vancouverze, w roku 2006. Wiele lat później nawiązaliśmy kontakt ponownie. I pozwolę sobie (za jej zgodą) przytoczyć pewne fragmenty jej listu do mnie (korespondencja była głównie po angielsku, więc będą to tylko moje tłumaczenia).
… w skrócie, Żydzi nie byli dla mnie kimś obcym ani my dla nich. Lubiliśmy, że jemy żytni chleb i marynowane śledzie i wszyscy myśleliśmy, że kanadyjskie jedzenie i rozmowy są nudne i nijakie.
Ale coś się później wydarzyło. Byłam zajęta małżeństwem, dziećmi, przeprowadzkami, rozwodem i znowu przenoszeniem się. Wróciłam na uniwersytet, żeby zrobić magisterkę i byłam słuchaczką na wykładzie profesora, który poinformował nas, że Rosja nie napadła na Polskę (w 1939 – przyp. moje), nigdy nie organizowała zsyłek Polaków (no, może kilku faszystów), a w rzeczywistości wyzwoliła Europę. Aha, a’propos: Polacy kolaborowali z Niemcami. /… …/
Podobnie, jak Anglo-Protestanci i Żydzi, odwrotnie do Polaków, jestem pragmatyczna. ‘Komitet Dialogu’ jaki założyłam nie miał zmieniać świata, ale podjąć kroki ku wzajemnej edukacji. Ten komitet zorganizował pierwsze spotkanie polskich i żydowskich studentów uniwersyteckich w Montrealu. Bezposrednim skutkiem tego było zaproszenie polskich studentów do wspólnej wycieczki do Muzeum Pamięci Holocaustu w Waszyngtonie. Po powrocie wzięli udział w dyskusji prowadzonej przez urodzoną w Polsce Krysię Starker, dyrektorkę Centrum Holocaustu w Montrealu. Urządziłam serię wykładów Jana Karskiego w Montrealu na McGill; dla szkoły średniej w Żydowskiej Bibliotece; dla studentów uniwersyteckich. Byłam też w Zarządzie ,Polish Jewish Heritage Foundation’. /… …/
Czy miałam poparcie ‘Polonii’? Myślę, że byłam trochę dziwolągiem. Wielu sądziło, że jestem Żydówką, niektórzy dalej tak myślą. Ale publikowałam pozytywne artykuły w ‘Globe &Mail’, ‘Montreal Gazette’, ‘Toronto Star’, za które byli wdzięczni i które … czyniły mnie jeszcze bardziej podejrzaną.
Po prawdzie, niektórzy z moich żydowskich kolegów też myślało, że jestem Żydówką i pytali się mnie czy jestem jedną z tych skrytych Żydówek, niechętnych do przyznawania się do tego. Kiedy Tecia (Tecia Werbowski – współautorka „Żegoty” – przyp. moje) i ja byłyśmy zapraszane na spotkania w Chicago lub Filadelfii, po odczycie słuchacze grawitowali do nas: Żydzi do mnie, Polacy do Teci. To było interesujące, ale miłe.
Fragmenty tego biograficznego listu Tomaszewskiej – lepiej niż ja mógłbym – kreślą drogę autorki do napisania tej książki.
Skąd wzięła się Żegota, kto ją finansował, wspierał, jakie było jej przywództwo? To dość zasadnicze pytania. Dają najkrótszą odpowiedź (choć nie wyczerpującą całego zagadnienia) o stosunku ludności i Państwa Polskiego do polskich Żydów w okresie Zagłady. Spiritus movement powstania tej organizacji były dwie znane kobiety: pisarka o bardzo konserwatywnych, katolickich przekonaniach, Zofia Kossak i Wanda Krahelska, znana katolicka działaczka socjalistyczna blisko związana z Armia Krajową. I tu odwołam się do obszernego cytatu z tej książki Tomaszewskiej i Werbowskiej. Zorientowały się szybko, że indywidualne, acz heroiczne, akcje ratunkowe wobec Żydów w Getcie Warszawskim mogą pomóc tylko bardzo nielicznym. Skutkiem tego było założenie organizacji, która mogła być wspierana przez dobrze zorganizowaną Armię Krajową reprezentującą zbrojne ramię Rządu Polskiego na terenach okupowanych, uznanie i finansowe wsparcie tej organizacji bezpośrednio przez sam Rząd Polski w Londynie. Bardzo znamienne był skład pierwszych i najważniejszych działaczy Żegoty – to przekrój polskiego społeczeństwa i polskich ruchów politycznych wielokrotnie wzajemnie się zwalczających w okresie niepodległości państwowej RP. Adolf Berman (brat znanego działacza komunistycznego Jakuba Bermana, w latach stalinowskich niesławną Szarą Eminencję aparatu terroru, katorg więziennych i przemocy komunistycznej po 1945, aż do czasu Odwilży), działacz żydowskiej organizacji socjal-demokratycznej Poalej-Syjon Lewica; Leon Feiner, działacz Bundu, żydowskiej antysyjonistycznej partii socjaldemokratycznej; Julian Grobelny, z Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS); Tadeusz Rek ze Stronnictwa Ludowego; Ferdynand Arczyński ze Stronnictwa Demokratycznego (później Stronnictwo Polskiej Demokracji, którego był Sekretarzem Generalnym); Władysław Bartoszewski i Witold Bieńkowski reprezentujący katolicki Front Odrodzenia Polski. Czemu ten skład i polityczne związki partyjne są tak niezmiernie istotne? Dlatego, że jest to parasol politycznie tak szeroki, że można bez najmniejszej wątpliwości uznać go za reprezentatywny dla II Rzeczypospolitej Polskiej i dla Polskiego Państwa Podziemnego w latach 1939-45. Poza jedną siła polityczną. W tej grupie założycielskiej nie zbrakło komunistów i prawicowych katolików, konserwatystów i socjalistów, reprezentacji polskiej wsi i przedwojennej elity intelektualnej. Ale nie było oficjalnej reprezentacji … najliczniejszej siły politycznej (jeśli by każdą partię i stronnictwo polityczne rozpatrywać indywidualnie, a nie w koalicjach lub czasowych porozumieniach) II RP – zabrakło polskiej Endecji. Takie kolosalne pomyłki historyczne nie zaliczają się do przypadku. Nie są anomalią, a odwrotnie – są regułą.
Wzbraniam się przed napisaniem kolejnego zdania. Boję się, że to hiperbola niebezpieczna, może bardzo niesprawiedliwa dla wielu szarych zwolenników Narodowej Demokracji. Ale logiczne myślenie zmusza mnie do napisania tegoż. Więc zanotuje to nie w formie zdania twierdzącego, a w formie pytania: czyżby szatańska filozofia faszyzmu hitlerowskiego była formą przysługi Poncjusza Piłata dla polskiej Endecji? Czy jest możliwe, że może nie rodzaj metod ale efekt był odpowiedzią na pragnienia Endecji rozwiązania ‘problemu żydostwa’ w Polsce?
Wszelkie prześladowania jakiejkolwiek identyfikowalnej mniejszości są zawsze prawie szyte grubą nicią politycznych machinacji. Używanie parawanów flag religijnych, narodowych, to tylko scenariusz budzenia lęku, fobii, strachu. „Jak nie my ich – to oni nas”. A jeszcze, jak się zasugeruje, że ‘ich’ domy, liczne (naturalnie!) bogactwa rozda się ‘naszym’ , to wystarczy już tylko czekać na odpowiedni dzień, by drągi, siekiery poszły w ruch. I wtedy nie trzeba już nawet junty wojskowej organizować, nie trzeba ryzykować fałszowania wyborów. Wybory mogą się odbyć , jak trzeba. Demokratycznie. Zadowolony, bezkształtny tłum zagłosuje z wdzięcznością i bez przymusu. Trzeba jeszcze (strzeżonego pan Bóg strzeże …) tylko umiejętnie opublikować ‘przypadkowo odkryte’ listy, manifesty, programy ‘ich’ na plany naszego zniewolenia, przejęcia władzy, narzucenia ich religii (sic!), przejęcia wszystkich banków. Od czasów upadku Starożytności – ten scenariusz powtarzał się wielokrotnie. To dziwne, gdy się pomyśli, że pierwsze wielkie państwa-imperia przez kilka tysięcy lat nie stosowały tej metody. Przeciwnie! Może dlatego, że było nas (nas, jako ludzi ogólnie, globalnie) tak mało i każda para rąk lub mądra głowa na karku były bogactwem niezastąpionym, niezbędnym?
Współczesny antysemityzm, w tym antysemityzm polski, są wypadkową dwóch trajektorii: wyssaną z ‘mlekiem matki’ tradycją silnie wspartą przez prostą, nieskomplikowaną i powierzchowną wiarę chrześcijańską – najsilniej występującą w formie rzymskokatolickiej i bizantyjsko-ortodoksyjną. To nie katolicyzm teologów i filozofów katolickich, a płytka i prosta wiara przekazywana przez wiejskich i podmiejskich plebanów i manipulacjami władzy politycznej. Manipulacjami opartymi głównie na chęci utrzymania tej władzy. Za wszelka cenę. Uniknięcia rewolucji lub buntu. A w XXI wieku nawet zwykłym procesem demokratycznych wyborów.
Fakt, że Polska i ziemie polskie w wieku XIX i XX posiadały najliczniejszą diasporę żydowską, że na terenach polskich w latach 1939-45 hitlerowskie Niemcy dopuściły się największej zbrodni Holocaustu – na zawsze symbolicznie powiązał słowa „Polska’ i „Polacy’ z tym terminem. Łatwo do tego dodać jeszcze akcje szmalcowników polskich ( z samej zasady i de iure zdrajców państwa i społeczeństwa polskiego), którzy z tych właśnie powodów obiektywnych (ilość Żydów polskich) swoje obrzydliwe plony zbierali najobficiej ( ich ofiarami byli przecież i etniczni Polacy, ci zwłaszcza, którzy z narażeniem życia Żydom pomagali, bo tak – w Polsce za pomoc Żydom groziła prawie zawsze śmierć a nie więzienie czy obóz) – a mamy scenariusz okrutny.
Co jest najobrzydliwsze w tym wszystkim, to fakt, że Żydzi po tej okrutnej Zagładzie, po 1945 traktowani byli w Polsce instrumentalnie, jak przykrywka dla ukrycia własnych niepowodzeń. A przecież nie mogli już i nie stanowili żadnej siły politycznej ani nawet gospodarczej – stąd stworzono ten nowy, straszny mit ‘światowego żyda’, międzynarodowego spisku syjonistycznego, ‘Rothschildów’ decydujących o wszystkich globalnych finansach. No i ten lęk dzieci, wnuków i prawnuków, że ktoś może zechce domagać się zwrotu posesji, które ich ojcowie, dziadkowie lub pradziadkowie zajęli po tym 45 … .
Dobiegłem w tych refleksjach końca. Jaki jest polski antysemityzm? Konkluzja?
Nie wiem. Ale napiszę, co myślę.
Czy polski antysemityzm jest jednym z najgorszych, najgroźniejszych? Nie. Nie w moim widzeniu świata. Opiera się na tych samych, jak wszędzie filarach: lęku przed ‘innym’, chęcią rabunku (przejmowanie mienia żydowskiego), ciemnotą religijną zbliżoną do zabobonu (‘no, jednak Żydzi zamordowali Chrystusa …’ ). I sprytnym, bandyckim politykiem – Władcą.
‘Władca’ (Rząd) ma tu rolę jednak absolutnie najważniejszą. Być może we współczesnym, XXI wieku. istotniejszą nawet od religii, wyznań, Kościołów. To władza Legislacyjna, Rządowa i Sądowa decydują o polityce społecznej, mniejszościowej. Przede wszystkim o edukacji od lat najwcześniejszych, po szkoły wyższe. Bo dobra edukacja to dużo więcej niż tabliczka mnożenia i oprogramowania komputerowe. Dobra edukacja to budowanie silnej, pożytecznej konstrukcji o nazwie Człowiek. Człowiek myślący. Myślący krytycznie i samodzielnie.
Nie Polak, nie Żyd, nie Kanadyjczyk, Niemiec czy Francuz – Człowiek.
Obiecałem ten cykl wielu już artykułów na ten temat, zamknąć ostatnim, który ma zawierać moje osobiste refleksje nt. antysemityzmu polskiego. Refleksje widziane w perspektywie historii ale i w perspektywie szerszej, europejskiej (w tej europejskiej tradycji poczytuję też nowe kraje, wyrosłe na gruncie europejskiego ekspansjonizmu: Australię, Nowa Zelandię, USA i Kanadę).
Niestety, dobre intencje natrafiają na równie dobre przeszkody. Zasada: im dalej w las, tym więcej drzew sprawdza się i tym razem. Co raz znajduję lub z zakamarków pamięci wydobywam nowy szczegół, nową perspektywę, która wydaje się ważna, ba – czasem wręcz niezbędna w zrozumieniu zagadnienia. I nie mogę ośmielić się bez tych fragmentów zasugerować odpowiedzi na kwestie jakim jest polski antysemityzm. Ze względów więc objętościowych tekstu muszę go podzielić na dwie części osobno opublikowane. Dziś ta pierwsza część .
Jak – w tej perspektywie – jawie się polski antysemityzm? Jest czymś wyjątkowym czy czymś porównywalnym do tych pozostałych krajów?
Trzeba będzie wszak osobno podkreślić i osobno, krótko opisać nie tylko zjawisko antysemityzmu w szerokich rzeszach ludności głównie chrześcijańskiej ale i też specyficzną cechę antysemityzmu rządowego, państwowego. Poniekąd urzędowego, z nakazu.
Czy niespotykany monstrualny i morderczy antysemityzm III Rzeszy Niemieckiej był prostą pochodną monstrualnego antysemityzmu Niemców, jako narodu, w latach 1938-45? Czy Crystal Nacht było odosobnioną akcją szturmówek NSDAP, przyjętą z oburzeniem i pogardą przez większość Niemców?
Nie mogę dać na to jednoznacznej odpowiedzi. Wydaje mi się, że Niemców znam dobrze. Odwiedzałem ten kraj wielokrotnie. Znam bardzo dobrze i blisko Hamburg, dobrze Berlin, Frankfurt nad Menem uwielbiam, to jedno z moich ukochanych miast Europy. Ale nie znam na to pytanie odpowiedzi. I nie ośmieliłbym się jej formułować.
Jakiś czas temu na Facebooku ukazał się wstrząsający post pana Piotra Osęki, którego obszerne fragmenty tu zacytuję:
Hitler jaki jest, taki jest, ale po wojnie należy mu się w Warszawie pomnik” – rajcowały sąsiadki moich dziadków, obserwując łunę nad płonącym gettem. Na ulicy dzieci bawiły się w „gonienie Żyda”, triumfalnie demaskując uciekinierów. A była to tzw. dobra kamienica na Starej Ochocie, urzędniczo-inteligencka, zamieszkiwana głównie przez żony polskich oficerów, których mężowie siedzieli w oflagu. Na sąsiadów-antysemitów trzeba było uważać, bowiem od jesieni 1942 w mieszkaniu dziadków ukrywały się dwie żydowskie dziewczynki, Hania i Sabinka, jedyne ocalałe z wielodzietnej rodziny. Siedmioletnia Hania, rówieśniczka mojej mamy, była co prawda blondynką z niebieskimi oczami, ale potrafiła mówić tylko żargonem, mieszaniną polskiego i jidysz. Nastoletnia Sabinka z kolei posługiwała się literacką polszczyzną, jednak miała – tu straszny okupacyjny zwrot – „zły wygląd”. Chociaż w kamienicy ani w pobliskich domach nie było ani jednego Niemca, dziewczynki trzeba było wciąż upominać, żeby nie hałasowały, mówiły szeptem, trzymały się z dala od okien. Sabinka lepiej rozumiała grozę sytuacji, za to Hania okazała się żywym dzieckiem i kiedy odzyskała poczucie bezpieczeństwa, chciała bawić się i dokazywać. Wreszcie stało się to, co nieuniknione. Dzwonek do drzwi. Dozorca. „Pani Piotrowska, sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo”. Dzięki ostrzeżeniu katastrofy udało się uniknąć. Tej samej nocy Hani i Sabince znaleziono inne schronienie; obie przeżyły wojnę i jako młode dziewczyny wyjechały do Izraela. Moja mama i Sabinka przez wiele lat pisywały do siebie listy. (post z 21.04.2023)
Post, jak z dalszej treści wynika, był spowodowany nagonką na znaną historyczkę i badaczkę historii Żydów polskich, Barbarę Engelking. Nagonka, jak wiele takich, była zorganizowana przez środowisko PiSowskie, naturalnie.
Opisywana przez pana Osękę historia, którą zna dobrze dzięki swojej mamie, ma dwojaki efekt. Tak, opisuje prześladowanie Żydów, donosicielstwo, ale opisuje też uratowanie żydowskich dziewczynek. Uratowanie przez Polaków (rodzina pana Osęki) i przez dozorcę kamienicy. Może nawet w pewnym stopniu przez sąsiadów-Polaków, bo wszak mimo iż byli tym wystraszeni (‘sąsiedzi mówią, że pani tu Żydówki chowa. I że albo ja coś z tym zrobię, albo oni pójdą na gestapo’ ) to jednak ani oni ani dozorca na gestapo nie donieśli. I dzięki temu – groźnemu ale ostrzeżeniu – udało się je przenieść w inne, mniej gęsto zamieszkane i bezpieczniejsze miejsce.
Jest w tym tekście też inna refleksja. Wyjątkowa, bolesna. Opisująca piękne świadectwo tysięcy ‘polskich’ drzewek w Yad Vashem w Izraelu. Jakże smutnie i boleśnie zakończona: ‘Siedem tysięcy drzewek w Jerozolimie to wspaniałe świadectwo, ale gdyby drzewa posadzić też antysemitom i donosicielom – strach pomyśleć, dokąd sięgałby ten las’. Tylko, że to już tylko nasza tęsknota za szlachetnością, za człowieczeństwem nie zawsze w złych czasach dorastającym do naszych pragnień … . Raz jeszcze przytoczę pasujące tu wyjątkowo motto pierwszej powieści o Zagładzie autorstwa Zofii Nałkowskiej „ludzie ludziom zgotowali ten los”
W innym miejscu tego fejsbukowego postu autor przytacza też nie zawsze szlachetne lub wręcz haniebne postępowanie niektórych oddziałów AK, a zwłaszcza w latach po drugiej sowieckiej okupacji Polski w 1944-47. Tutaj się z takimi uproszczeniami zgodzić nie mogę. Dowództwo Naczelne tak w kraju, jak i rządu polskiego w Londynie kategorycznie potępiało i zabraniało prześladowania polskiej ludności żydowskiej. Czy istniały przypadki (może nawet częste) postępowania poszczególnych oddziałów AK w sposób niegodny munduru polskiego? Nie wątpię. I są na to zapewne dowody. Partyzantka, nawet najlepiej zorganizowana, to jednak nie regularne oddziały wojskowe, gdzie dyscyplinę i karność można wymusić. Przez większość czasu trwania okupacji niemieckiej w Polsce Ruch Oporu nie był w stanie nigdzie prawie zorganizować nawet namiastek ani wymiaru sprawiedliwości, ani kontroli administracyjno-policyjnej. Zupełnie inna sytuacja była na Kresach. I w dwóch innych okresach wyznaczających dwie różne okupacje sowieckie: tę pierwszą, efekt Paktu Ribbentrop-Mołotow i drugą w 1944. Problemy polsko-żydowskie w czasie tych sowieckich okupacji były bardzo różne od stosunków polsko-żydowskich na terenach okupowanych przez Niemców. W obszernym t.1 archiwum Rządu Polskiego w Paryżu i następnie w Londynie znajduję raporty z kraju (gen. Tokarzewskiego i płk. Roweckiego) do gen. Sosnkowskiego z pierwszych miesięcy obu okupacji: sowieckiej i hitlerowskiej. Spisywane suchym językiem zdyscyplinowanych wysokich oficerów są tam informacje na temat sytuacji Żydów polskich w Generalnej Guberni i na Wileńszczyźnie, Wołyniu i Podolu. Pamiętać należy, że to tylko miesiące po przegranej kampanii wrześniowej 39. Hitlerowskie mordercze polowanie na Żydów dalekie jeszcze było od tego, co miało nadejść wkrótce. Pierwsza jest nota płk. Roweckiego o pieniądzach polskich przekazanych w Paryżu do posła chilijskiego, Żyda polskiego Salomona Mikicińskiego. Mikiciński jechał z Paryża do Warszawy, jako poseł Chile by zlikwidować tam Konsulat Chile w Polsce. Minister SW RP, Stanisław Kot przekazał mu 6.5 miliona złotych do przekazania znanym mu zaufanym wysokim urzędnikom państwowym lub wysokim oficerom polskim. Z tej sumy do Roweckiego miało dotrzeć tylko poniżej 2 mln. Resztę pobrał za swoje koszta lub rozdał komu uznał za stosowne (cele charytatywne, jak to określił) sam Mikiciński.
Drugim dokumentem jest raport nr 17 z 8 lutego 1940 (Płk. Rowecki do Gen. Sosnkowskiego w Paryżu). To już szerszy raport wywiadowczo-sytuacyjny z obszaru obu okupacji (niemieckiej i sowieckiej, przyp. moje). Ciekawe (w kontekście tematu moich artykułów) są tu spostrzeżenia stosunków społecznych na terenach Wileńszczyzny i Polesia. Rowecki konkluduje, że szczególnie nasiliło się w masach chłopskich i drobnomieszczańskich (polskich i białoruskich) uczucie nienawiści do Żydów, ze względu na sympatie do okupanta sowieckiego oraz liczny udział Żydów miejscowych w administracji i milicji bolszewickiej. Zauważa jednak, że ta kolaboracja żydowsko-sowiecka spotyka się ze sprzeciwem żydowskich działaczy syjonistycznych i tych z Bundu (socjaliści żydowscy). („Armia Krajowa w Dokumentach 1939-1945” t.1 ‘Wrzesień 1939 – Czerwiec 1941’. wyd. Studium Polski Podziemnej, Londyn, 1970, wyd. Gryf, Wlk. Brytania)
Okres drugiej okupacji sowieckiej (w 1944) sytuację i stosunki polsko-żydowskie pogorszył na skalę niespotykaną.
Na Wileńszczyźnie, Ziemi Nowogrodzkiej, na Polesiu zapanował nieopisany terror lokalnej partyzantki sowieckiej, wspieranej przez regularne oddziały wkraczających wojsk sowieckich. Ludność etnicznie polską mordowano masowo w wielu miejscowościach. W miastach, miasteczkach i osadach wymordowano tysiące Polaków. To nie dotyczyło obywateli polskich innej etniczności. To było zaplanowane ludobójstwo elementu etnicznie polskiego. W głąb Rosji wywieziono z Wileńszczyzny ponad 80 tysięcy Polaków miedzy 1944-45. Tysiące wywieziono z Białostocczyzny, Grodzieńszczyzny. Tak wywieziono mojego ojca i jego brata w obławie pod Miednikami – blisko dwadzieścia tysięcy żołnierzy V Wileńskiej Brygady AK. Terror, jaki tam zapanował (w stosunkowo krótkim, kilkumiesięcznym czasie) był nie do opisania. Co to ma wspólnego z tematem? Ma, niestety. Pomijając zsyłki w głąb Rosji (naturalnie te były organizowane i przeprowadzane przez regularne oddziały wojska sowieckiego i NKWD) – ta akcja miała bardzo często (sterowany przez Sowietów i ich agentów na Kresach) charakter lokalnej czystki przeprowadzanej rękoma lokalnych partyzantów sterowanych przez sowietów, składających się z lokalnej ludności nie-polskiej. Najliczniejszym (poza etnicznie polskim) elementem zamieszkującym Wileńszczyznę była ludność żydowska. Element litewski na tych terenach był bardzo znikomy statystycznie, znaczenie mogła mieć jeszcze ludność białoruska. Czasem w niektórych opracowaniach te oddziały partyzanckie napadające na ludność polską określano, jako oddziały żydowskie. Tu trzeba jasno powiedzieć, że to niezgodne z wiedzą historyczną. W tych oddziałach było bardzo dużo partyzantów pochodzenia żydowskiego – ale dowodzenie było ściśle sowieckie i przez Rosjan kontrolowane. To dało też początek popularnego w latach 1944-55 (ale obecnego w popularnym żargonie polityczno-mitycznym jeszcze długie dziesięciolecia później) określenia ‘żydokomuna’.
Łatwiej pewniej Polakom było zachować uczucie ‘niewinności’ wobec ogromu terroru i zbrodni popełnianej przez nowe polskie władze polityczne widząc wszędzie polskiego Żyda-komunistę. I znowu – niuanse, niestety … . Tak, w nowych władzach politycznych i Urzędu Bezpieczeństwa (Bezpieka polska) było sporo osób pochodzenia żydowskiego. Ale doprawdy nie trzeba robić mozolnych badań historycznych, by ten mit obalić. Kto, będąc osobą myślącą przypuszczać może, że po latach niemieckiego terroru, po Zagładzie, cały polski aparat terroru stalinowskiego był zdominowany przez Żydów? Czyżby jakaś nowa fala emigracyjna Żydów z Kosmosu? A przecież po licznych i wąskich uliczkach dzielnic żydowskich w polskich miastach nie chodziły tłumy komunistycznych i antypolskich agitatorów. Nie, chodziły tam tłumy żydów. Wyznawców i członków żydowskiej religii. Pejsy, specyficzne czarne lub futrzane kapelusze u mężczyzn i specjalne peruki na głowach kobiet to nie był symbol Kominternu a starożytnego wyznania religijnego. Czy byli znani i bardzo aktywni działacze polityczni, agitatorzy komunizmu? Oczywiście. Któż nie słyszał o Róży-Luksemburg, o Alfredzie Lampe? Przeciwnikach niepodległości w 1918. Tak, ich celem była komunistyczna Europa, a na przeszkodzie tego stanęła ta nowa Polska. Ale czy postacie np. Juliana Marchlewskiego lub wręcz samego Feliksa Dzierżyńskiego świadczą o istnieniu ‘polonokomuny’? No, bo gdybyśmy byli logicznie konsekwentni, to jeśli ‘żydokomuna’, to jednak i ‘polonokomuna’ … .
Mówiąc o Wileńszczyźnie i skomplikowanej sytuacji etnicznej tam, nie sposób nie wspomnieć opanowania Wilna w 1919 przez oddziały płk. Beliny-Prażmowskiego (nie mylić z ponownym zajęciem Wilna w 1920 przez gen. Żeligowskiego). Nikt inny, jak tenże skądinąd autentyczny bohater legionowy, Belina-Prażmowski, dopuścił się wówczas w Wilnie pogromu na wileńskich Żydach w wyniku którego zginęło ponad 50 Żydów, wielu było pobitych, zniszczono stoiska i jatki handlowe, zdewastowano cmentarze żydowskie.
Wojny, zwłaszcza wojny na terenach skomplikowanych etnicznie, niosą ze sobą spustoszenia i zbrodnie popełniane na ludności cywilnej. Popełniane nie tylko przez najeźdźców. Często są to stare, nawarstwione żale i porachunki wobec różnych grup etnicznych, religijnych.
Wszystko się w tej duszącej mazi antysemityzmu miesza. Wszystkie historyczne, odwieczne fobie, polityczne intrygi, mity i legendy prawdziwe i sfałszowane.
Żydzi w Dęblinie witają Marszałka w 1920
Jako ciekawostkę dodać warto, że właśnie Julian Marchlewski wydał bardzo inteligentną dysertację w 1920 w Lublinie „Antysemityzm a robotnicy”. Ta ciekawa praca historyczna opisująca dzieje antysemityzmu w części wstępnej sięga historii tego przekleństwa Europy na przestrzeni ponad 2000 lat. Nie będę tu się rozwodził nad zasadniczym tematem (antysemityzm a robotnicy) ale przytoczę specyficzny akapit ze s. 9. Chodzi tu o opis budzenia się antysemityzmu w Rzymie w latach po wygnaniu Żydów z Palestyny. Budzenia się, lub adekwatniej: sterowania przez cesarzy gniewu Rzymian w kierunku odróżniającej się od pozostałych mieszkańców Rzymu grupy etniczno-religijnej: Żydów. Marchlewski pisze: ‘Ten tłum zaś często burzył się, gdy go obdzierał cezar, gdy drożyzna panowała, gdy żołdactwo nazbyt swawoliło. Wtedy dobrze mieć kozła ofiarnego, na którym tłum swarliwy, używszy sobie, zaniecha innych celów swego niezadowolenia. W ten sposób Nerony, Kalligule, Tyberiusze nabrali wprawy w urządzaniu pogromów. Wszczął się pożar – bito żydów, drożyzna – bito żydów, pomór – bito żydów’.
Brzmi znajomo, prawda? Mało tego – wyprzedza to o sporo lat antysemityzm zbudowany na płaszczyźnie wiary katolickiej, synodów chrześcijańskich i Listów Pasterskich papieży i biskupów Rzymu i Konstantynopola.
W istocie zaczyna się rodzić dziwne uczucie. To jaki w końcu jest ten antysemityzm? Dlaczego? Co leży u jego zarania? Czym polski się różni od francuskiego, włoskiego a nawet rzymskiego z czasów Cesarstwa?
Zakończył się okres Paschy żydowskiej i chrześcijańskiej Wielkanocy, która faktycznie jest niczym innym, jak ostatnią celebracją Paschy żydowskiej przez Jezusa z Nazaretu. Więc czas do powrotu do mojego cyklu o antysemityzmie polskim. Chciałbym już na ten temat w przyszłości nie pisać. Ale bym mógł nie pisać w przyszłości – muszę teraz starać się moje myśli na ten temat ułożyć.
Z notatek spisywanych w marcu tego roku wynika, że nurtowało mnie to bardzo. Właśnie te pytanie: Czy kiedyś napiszę ostateczną, końcową wersję tej historii? Mojej, polskiej. I ich, żydowskiej, a wszak też polskiej.
I przyznaję, że jest to emocjonalnie wyczerpujące. Nie wiem, może profesjonalny historyk (podobnie, jak lekarz) potrafi okryć się pancerzem obojętnego obiektywizmu, szkiełka i oka. Mnie trudno. Więc wolałbym jednak na tym cyklu pozostać, zamknąć moje szperanie w ciemnych zakamarkach duszy polskiej. Z całą stanowczością jednak muszę podkreślić moją niewzruszoną pewność (a przez to jeszcze bardziej przykrą i nieznośną), że antysemityzm polski nie był/nie jest wyspą odosobnioną. To nie wyspa a olbrzymi kontynent religijnych waśni i nienawiści wszystkich religii Abrahamowych. Ale to już zupełnie osobny i inny temat.
Nikogo prawie już nie ma kto pamięta, kto widział, kto słyszał; był aktorem-ofiarą dramatu. Pozostaną dokumenty, archiwa. Martwe. Dokumenty nie mają etyki, nie płaczą, nie krzyczą. Nie mają też nienawiści, pogardy. Nie są nawet chciwe. To martwe formularze, kartki papieru. Z biegiem lat wyblaknie z ich stron człowiek. Pozostanie tylko suchy fakt jakiegoś czynu, jakiegoś miejsca, może kilka nic nie mówiących nazwisk, które stracą swą łączność z tym człowiekiem, z jakimkolwiek człowiekiem.
Czy zdążę pojąć co i dlaczego się stało nim ten czas – w tym i mój czas kurczący się – nadejdzie? Wątpię. Ale będę się starać pojąc głębiej, zrozumieć, co do zrozumienia jest możliwe.
Przyszedłem na świat około dekadę od ostatniego pogromu i około dekadę przed ostatnią nagonką. Tą, która de facto unicestwiła marne resztki świata polskich Żydów istniejące na ziemiach, które zamieszkiwali od setek lat. Wielu rzeczy, osób, miejsc, które były mi kulturowo bliskie emocjonalnie nigdy nie zobaczyłem, nie poznałem, nie dotknąłem. Spóźniłem się o epokę. Pamiętam smutek młodego chłopaka, kiedy przechodziłem zakrętem małej uliczki przez Plac Grzybowski i mieszczący się tam budynek Teatru Żydowskiego. Zawsze chciałem zobaczyć wielką Idę Kamińską na scenie tego teatru. Nie zobaczyłem. Kamińska dobrowolnie wyjechała z Polski po nagonce w 1968. Teraz nie ma nawet w tym miejscu śladu po tym teatrze. Tym razem już z przyczyny decyzji samej warszawskiej Gminy Żydowskiej, która ten historyczny budynek sprzedała. Bardzo niefortunnej i złej decyzji. To było miejsce specjalne, o wartości historycznej. Za dukata czy miedziaka nie wszystko można kupić. I nie wszystko powinno się sprzedawać … .
Pogranicze, to takie dziwne terytorium ‘ni tu ni tam’, ‘naszych i ich’. Kimkolwiek ci ‘nasi’ i ci ‘tamci’ są. Cechą zasadniczą pogranicza jest biegnąca w jego środku niewidzialna linia granicy: przedziału, podziału.
Świat pogranicza, który nigdy nie wróci. Wielusetletnie pogranicze polsko-żydowskie, które wycisnęło się trwałą i niezniszczalną pieczęcią na historii Polaków i Żydów. Historii Polski. Polskiej i żydowskiej. Bez wątpienia ta historia ma swoją kontynuację (nie zawsze całkowicie świadomą) daleko poza Polską. W Izraelu, w Nowym Jorku, w Montrealu. Wszędzie, gdzie istnieje żydowska diaspora i gdzie istnieje świadoma swej historii diaspora polska.
W dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej tereny były rozległe, olbrzymie. Więc i pogranicze – zwłaszcza kresowe, stepowe – było szerokie, jak owe niekończące się stepy. Na pograniczu wąskim, gęsto zaludnionym, ta biegnąca gdzieś nić graniczna zamazuje się. ‘Nasi’ i ‘tamci’ stają się coraz mniej różni, upodabniają się, asymilują. Tak bywało w Polsce zachodniej, nawet centralnej, północnej. Na Podolu, w województwie Bracławskim i dalej, ku Dnieprowi – przestrzeń była szeroka, mało zaludniona a miasteczka nieliczne i w zasadzie pozbawione specyficznej klasy mieszczaństwa.
Czas tam biegł inaczej. Dramatyczny okres ostatnich dwustu lat istnienia I Rzeczypospolitej wiązał się i z osiągnieciem przez nią potęgi na skalę olbrzymią i początku jej wewnętrznego i zewnętrznego rozpadu. Na dalekich kresach południowo-wschodnich był to też czas nie kończących się wojen i wojenek z Kozaczyzną, z Tatarami, z Turcją. Stabilne więzy administracji państwowej, rozwoju gospodarczego i politycznego rozpadały się, jak wywrócony kosz połatanej przędzy. Był to czas bardzo nieprzychylny dla osad i zbiorowisk biedoty żydowskiej, drobnych rzemieślników i drobnych handlarzy. Czas głodu, lęku. Tak zrodził się mesjanistyczny ruch chasydzki. Ludzi, których określić można ruchem mesjanistycznym, zanurzonym nie w uczonych i przestrzeganych przez rabinów Rzeczypospolitej zapisach Talmudu, a w Kabale izraelskiej i we fragmentach często niezrozumiałej Tory. Przypominali nieco średniowiecznych mnichów chrześcijańskich wędrujących po grodach i leśnych trakach ówczesnej Europy. Trochę też muzułmańskich derwiszów spod skrzydeł Rumiego i jego oblubieńca, Szamsa z Tabrizu. Niewykształceni, pozbawieni opieki spirytualnej i prawnej, przemieszczali się od osady do osady, jako owi średniowieczni trubadurzy, jak grupy tańczących Derwiszy śpiewając znane im nieliczne hymny Tory i własne hymny radości życia i zespolenia z Jahwe. Ich Pana, który tak, jak z niewoli egipskiej i ich do krainy szczęścia wywiedzie. Dostawali od innych żydowskich biedaków w napotkanych osadach pożywienie, napitek. Ich mesjanizm był ratunkiem przed skrajną depresją, przed codziennością, która ich przerastała ogromem wezwań. Ruch ten w sposób omal nadzwyczajny rozrósł się do nieoczekiwanej popularności i masowości. Niektórych z nich widziano, jako osoby nawiedzone łaska bożą, świętych. Niektórzy z nich zaczęli siebie tak widzieć. Typowe procesy ruchu mesjanistycznego. Początkowo, gdy ich sława i mir, dotarły do szanowanych i znanych rodów rabinackich Rzeczypospolitej, ci świętobliwi adepci Talmudu, który stale tłumaczyli i uwspółcześniali nowymi komentarzami – oburzyli się na takie występki nieuczonych w piśmie, na jakieś tańce i śpiewy niczym w szynku a nie w domu pobożnego żyda. Ostrzegano przed nimi, grożono, a samych chasydzkich ‘odszczepieńców’ nawoływano do zarzucenia tych bezecności. Ale było już za późno. Ruch obrósł w siłę i popularność. Znani i szanowani rabinowie musieli się z faktem pogodzić, nawiązać kontakty. Z czasem powstała funkcja cadyka, a nieco później ta funkcja cadyka – podobnie jak tytuł rabinowski – stały się dziedziczne. Powstały rody i grody cadyków.
Mauzoleum Lewi Izaaka, słynnego cadyka z Berdyczowa (XVIII-XIX w) (fot. by By Shybetsky – Own work, Wkipedia Commons)
Odnoszę wrażenie, że ruch chasydzki doprowadził do większego wyobcowania, szerszej alienacji Żydów chasydzkich z więzów obywatelskich, państwowych. Z więzów emocjonalnych z samą instytucją państwa, w jakim mieszkali. To do siebie ma wszelki ‘mesjanizm’ – nie tylko religijny ale i polityczny, narodowościowy, filozoficzny. Gdy nadeszły czasy walk o niepodległość Polski – te żydowskie miasteczka, osady, które wyrosły na gruncie chasydzkim nie wybuchły patriotycznym uniesieniem rezurekcji tej ukochanej Rzeczypospolitej. W dodatku na ziemiach polskich rozszumiał się głośną zawieją inny mesjanizm – polski, etnicznie polski. Nie, nie ten z czasów Wielkiej Emigracji Hotelu Lambert. Mesjanizm pana Dmowskiego i Narodowej Demokracji i jej bękarta – faszystowskiej Falangi. Te faszystowskie bękarty stały się zresztą modne w całej Europie. Nieszczęściem Żydów polskich był fakt, że w Polsce ich, Żydów, … było najwięcej. Nie bez znaczenia był tradycyjny antysemityzm większości polskich hierarchów i zwłaszcza szerokiej rzeszy zwykłych księży katolickich.
Przy tym wyobcowaniu, wzajemnej nieufności, lęku z żydowskiej i agresywności z etnicznie polskiej strony – te sąsiedztwo w granicach jednego państwa nie było łatwe.
A były szanse na lepsze sąsiedztwo. Intelektualna i finansowo-gospodarcza elita Żydów polskich była z kulturą polską i państwem polskim emocjonalnie i intelektualnie silnie związana. Nie tylko Żydzi, którzy ulegli pełnej, dobrowolnej polonizacji i uważali się za ‘Polaków żydowskiego pochodzenia’. Również Żydzi ortodoksyjni świadomi swej odrębności kulturowo-etnicznej i chcący tą odrębność zachować czuli się z Polską silnie związani. Czuli się jej pełnymi obywatelami.
Były szanse. Bladły jednak wobec przeszkód. Już podczas Konferencji w Paryżu (gdzie Polskę reprezentował Dmowski i jego Stronnictwo Narodowe) tzw. problem mniejszości żydowskiej napotykał na ostre sprzeciwy strony polskiej. Podpisano co prawda tzw. ‘mały traktat’ dotyczący specyficznie ludności żydowskiej – ale Polacy nawet nie ukrywali, że nie mają zamiaru większości z jego zapisów realizować, podobnie, jak nie zrealizowaliśmy nigdy ustaleń Konferencji Państw Reprezentujących byłe mocarstwa, które przestały istnieć – Austro-Węgierskiego i Cesarstwa Rosyjskiego w sprawie Ukraińców. Polska przyjęła w zasadzie opcję tzw. faktów dokonanych. Problemy były też obiektywne. Żydzi nie byli w jakimkolwiek sposób jakąś jednolitą społecznością z tzw. tradycyjnego rozumienia mniejszości etnicznej. Co miałoby o należeniu do takiej ‘mniejszości’ decydować? Wiara? Etniczność? Język (hebrajski? aramejski? czy jidysz? byli obywatele pochodzenia żydowskiego, którzy mówili tylko po polsku)? Nie zamieszkiwali jakiegokolwiek specyficznego terytorium administracyjnego. Ba, zamieszkiwali na terenach historycznie należących do innych mniejszości Rzeczypospolitej (Podole, Wołyń, Białoruś, Wileńszczyzna). Polska zgodziła się na prowadzenie przez Gminy Żydowskie szkół. Istniały zasadniczo (w zależności od wielkości i zamożności Gminy ) szkoły o charakterze religijnym (tzn. wykładano w nich religię mojżeszową i nauczyciele byli wyznania żydowskiego oraz szkoły generalnie świeckie. Najczęściej były to szkoły powszechne i gimnazjalne (do 7 klasy), były też szkoły gimnazjalno-licealne (do 9 klasy). Wykładowym były języki: hebrajski, jidysz i polski. W zależności od oferowanego programu i stopnia przygotowania zawodowego nauczycieli szkoły, ich świadectwa były formalnie uznawane na tej samej zasadzie, jak szkoły państwowe. Ale nie były opłacane i nie otrzymywały dotacji z budżetu miejskiego (państwowego) i były szkołami prywatnymi. Stąd poziom ich był bardzo ścisłe związany z zamożnością danej Gminy i danego sąsiedztwa żydowskiego. Warte odnotowania jest, że podobnie jak szereg polskich szkół państwowych, tak i żydowskie kontynuowały tajne komplety i naukę nawet w czasie okupacji hitlerowskiej. Ostatni tajny egzamin maturalny z Liceum Spójnia miał miejsce w getcie warszawskim w lipcu 1942. Tylko w samej Warszawie wszelkiego typu i charakteru szkól żydowskich było ponad dwieście. Szkolnictwo wyższe było wyłącznie domeną państwową. I tu spotykamy od razu poważne wyłomy w demokratycznym , ogólnym dostępie do nauki opartym jedynie na wiedzy kandydata. Wszystkie chyba wyższe Uczelnie w Polsce praktykowały większy lub mniejszy rodzaj rasizmu lub antysemityzmu. I nie mówię tu o wyczynach i akcjach studentów skupionych w szowinistycznych Korporacjach studenckich, zwłaszcza w tych tzw. ‘młodych’, czyli powstałych w latach Dwudziestych. Mówię o formalnym, uczelnianym antysemityzmie. Przypominam sobie mała książeczkę kupioną przed wieloma laty, wspomnienia dr. Jana Gellera, polskiego Żyda.
Geller młodość spędził w Krakowie w inteligenckiej rodzinie żydowskiej. W 1924 po zdanej maturze złożył aplikację na Uniwersytecie Jagiellońskim na Wydział Medyczny. Aplikacje odrzucony na podstawie ‘numerus clasus’: na 100 otwartych miejsc tylko 10 przeznaczono dla kandydatów żydowskich. Wyniki maturalne, listy polecające nie miały znaczenia. Tak, jak znaczenia nie miało obywatelstwo polskie. Dzięki uporowi i listowi polecającemu od byłego premiera Polski, przyjęto go na UJ w następnym roku.
W 32 ukończył bakałarz medycyny, w 1934 obronił prace doktorską. Po wiadomości, że zdał doktorat pośpieszył na swoją uczelnie odebrać papiery w Collegium Novum UJ. Niestety, nieświadomie wybrał niefortunny dzień. Dzień, w którym studenci i absolwenci żydowskiego pochodzenia mieli zakaz przychodzenia do najstarszego polskiego uniwersytetu. Co mu dość zdecydowanie wyjaśnili szybko studenci-Polacy … . („Through Darkness to Dawn” by dr. John Geller, Veritas Found. Publication Centre, London, 1989).
Cóż więcej dodać? Może stronę tytułową popularnej gazety tego zacnego grodu Piastów i Jagiellonów. Z tego samego mniej więcej czasu, co przytoczone wyżej wydarzenia Jana Gellera.