Na spotkanie z falami nadchodzącego Lee pojechałem na kamienistą plażę w Lawrencetown. Potem przez noc i dwa dni trzymałem szyby w domu, by nie poleciały, jak liście z sąsiednich drzew (niektóre leciały razem z gałęziami, LOL).
Ale, jak tylko gałęzie przestały fruwać pojechałem zobaczyć zniszczenia na moich ukochanych plażach. Tym razem dalej, szosą nr.10 do bajecznie długiej, piaszczystej plaży Martinique. Nie , nie na Martynice karaibskiej. Na tej w Nowej Szkocji. Koło Musquodoboit Harbour. Wiatry nie szalały, ale fale i ocean – tak. Z pływaniem było podobnie, jak w Lawrencetown: krótkie momenty nurkowania w nadchodzącą spienioną scianę wody i to wszystko. Za to często. Spacerowiczów po plaży było sporo, chyba głównie lokalnych, którzy przyjechali zobaczyc, jak wygląda po tym sztormie. Kilka osób wchodziło do pól-łydki na spacer. Ale poza mną nikt nie pływał. Chyba mądrze (mądrzejsi widać ode mnie, co nie jest zbyt wielkim osiągnięciem). Natomiast i tym razem była grupka surferów w kombinezonach, z deskami. Ci baraszkowali w tej pianie nieźle.
Wjazd był zamknięty (Martinique Beach jest bardzo duża i ma szereg parkingów) ze wzgledu na zniszczenia miejsc parkingowych, więc parkowałem na drodze dojazdowej, a reszta per pedes. Od razu widziałem poważne szkody. Kamienie, które ciężko by było podnieść, zawaliły ścieżki, drogi, na obrzeżach lasku za plażą. Wszędzie, gdzie woda i fale kilkunastometrowe znalazły dojście. A znalazły wszędzie. Sama plaża poszerzyła się o dobrych kilka metrów – kosztem spustoszenia, jakie fale zrobiły wydmom. Przypuszczam, że 3-4 metry wydm znikneło. Zabierze lata by może coś odzyskały. Zmiany klimatyczne raczej nie rokują takiej możliwości kilkuletniego spokoju. Wszystkie drewniane pomosty z plaży przez wydmy do parkingów – rozniesione lub poważnie uszkodzone.
I had a pleasure meeting Jason Gorber, a prominent Toroto-based movie critic, at the Green Border screening on Tuesday. Today, I have read his comment:
“A masterpiece from an underappreciated master of both big and small screen, Agnieszka Holland’s searing look at the refugee crisis on the border between Belarus and her native Poland is as profound as it is provocative.
The performances are astounding, the narrative horrifying, resulting in a story that’s deeply unsettling and emotionally raw.”
(below a Polish language version)
We wtorek, na projekcji Zielonej Granicy, miałem przyjemność poznać znanego krytyka filmowego z Toronto, Jasona Gorbera. Dziś przeczytałem jego komentarz:
“Arcydzieło niedocenianej mistrzyni dużego i małego ekranu Agnieszki Holland, jej wnikliwe spojrzenie na kryzys uchodźczy na granicy Białorusi z jej rodzinną Polską, jest tyleż głębokie, co prowokacyjne.
Gra aktorska wprawia w oslupienie, a narracja poraża, co skutkuje historią głęboko niepokojącą i emocjonalnie surową.
Wybrałem się wczoraj po południu w stronę kamienistej plaży w Lawrencetown oferującej otwarte, nie skryte w zatokach, wejście do oceanu. Zdecydowałem zrobić to dziś niż ryzykować jazdę szosą, która wije się bez przerwy wzdłuż wybrzeża i dziś może być miejscami zalana. Dodatkowym i pewnie pewniejszym ryzykiem może być niefortunne ‘spotkanie’ z fruwającą gałęzią lub konarem drzewa, a szosa 207 prowadzi bez przerwy wzdłuż ściany lasu. Huraganowe fale są zawsze dużo wcześniej, posuwając się szybciej niż skłębiona masa prądów powietrza.
Na plaży było raczej pusto, ale na drewnianych schodach prowadzącej do niej stały grupki ludzi obserwujące szalony taniec morza. Zszedłem powoli ze swoim plecakiem i statywem na brzeg. Nie było silnego wiatru, temperatura powietrza dość niska, tylko 15 Celsjusza. Ale niesamowita, gęsta wilgotność nie była zimna, a raczej, jak ciepła kołderka. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, ustawiłem statyw mocując go dość solidnie w ciężkim piasku kilkanaście metrów od linii, gdzie widać było wyraźnie ostatnia linię fale. Nikt się nie kąpał, ale spostrzegłem niedaleko dwóch surferów w swoich czarnych kombinezonach szykujących się z deskami do tańca z oceanem. Więc cóż robić? Morze i pływanie kocham. ‘Na oko’ fale nie były wieksze niż 7 do może 12-15 metrów niektóre. Zdecydowanie nie była to jakaś masywna wielka ściana wody. W tak dużym sztormie jeszcze nie pływałem chyba. Więc siup. Z ostrożnościa i szacunkiem wobec oceanu. Zabrało trochę czasu z orientowaniem się jaką stroną ciała mam się do fal ustawiać. Odniosłem wrażenie, że najbezpieczniej wybrać głębokość gdzieś do połowy ciała (normalnie nawet w dużych – ale nie takich jak dziś – nie zaczynam pływać póki woda nie sięga przynajmniej klatki piersiowej). Na zbyt płytkiej nie chciałem, bo zauważyłem, że uderzające mnie po nogach kamienie pędzone przez wracające fale nie były kamykami. Miały wielkość dobrej pięści i wolałem głową się z nimi nie spotykać. Ważne było by utrzymać pozycję stojącą i o ile możliwe zawsze bokiem, by opór ciała był minimalny. Inaczej i fale nadpływająca i powracająca zwalały cię z nóg. No i mogłaby zanieść za daleko, a nie wierzyłem sobie, że miałbym wystarczającą umiejetność i siłę by dać radę przebić się z powrotem do płytkiej wody. Udało mi się kilkanaście razy ,dosiąść’ samotnej wiekszej fali i na jej spienionym białą pianą grzbiecie przepłynąć z nią kilka -kilkanaście (?) metrów. O innym pływaniu mowy być nie mogło. Ale te sprawiło mi wielka radość. I porzyjemność. Naturalnie woda miała temperaturę tropikalną, przyjemną. W zimnej do szpiku kości topić bym się nie chciał. Nie lubię niewygód i jestem trochę sabarytą, LOL.
Wracając do brzegu widziałem z daleka coś wołająca do mnie parę. Naturalnie w huku fal ani słowa nie słyszałem. Stali przy moim plecaku. Poczekali aż wygramoliłem się na brzeg i wyjaśnili, że jedna z fal wypłyneła dużo dalej i zabrała plecak i statyw. Byli bardzo blisko więc podbiegli wyciągnąć z wody i odnieśli na kamienie. Podziękowałem serdecznie – bo w plecaku naturalnie były moje kluczyki do samochodu, LOL. Plecak miałem zamkniety na suwaki i materał jest dość solidnie nieprzemakalny. Więc nic w nim nia zamokło i Iphone też był suchy. Kamera jednak znaku życia dać nie chciała. Ciagle leży teraz na łożku cała otwarta i może wilgoć z niej wyjdzie. Ale zdaje się biedaczka wyzionęła ducha. Szkoda, bo służyła mi nieźle. No, ale co widziała, to widziała. Więc życie miała ciekawe. Od Pacyfiku, jego zachodów i wschodów słońca, wysepek, przez Góry Skaliste , ich doliny i szczyty, po podróż przez całą Kanade, aż do wybrzeża atlantyckiego i tutejszych tras.
A tych dwóch facetów z deskami większego szczęścia na dłuższe szybowanie na falach też nie miało, LOL. Co udało im się biedakom stanąć na desce, to jeszcze szybciej byli z niej zwalani. Podejrzewam, że nie tyle z braku umijętności ile z faktu, że fale pędziły bardzo gęsto jedna za drugą i ‘przewalały się’ w bardzo różnych odległościach od brzegu. No i ten bardzo silny prąd od brzegu też pewnie im to utrudniał. Ale na pewno mieli też radość i uciechę. Zaskoczony byłem jak silnie przebijało się słońce mimo bardzo gęstej powłoki chmur. Gdy wyjeżdżałem nie było jeszcze bardzo późno. Ale młodzi strażnicy już nikogo na parking nie wpuszczali i zamykali szlabany na kłódkę. Pewnie rozsądnie.
Ciągle, nieustannie. Cóż słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?
Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.
Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie. A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?
Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.
Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.
Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne. Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych. Z dopiskiem odręcznym: ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.
Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się. Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam. Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.
Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.
Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy. Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie. Tym Twoim uśmiechem czystej, bezbronnej miłości.
Wracam do samochodu. Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku. Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem. Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły bryły szpitala. Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać. Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie. Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.
Wszystko to było nieopisanie piękną i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką. Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego. Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’. Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.
Wielogodzinna trasa biorąca początek od łagodnej ścieżki wzdłuż plaż Crystal Crescent. Przy ostatniej z tych plaż (naturalistów) wchodzi stromo w górę na wysokie skały wybrzeża atlantyckiego. Cały półwysep od Sambro do Tanner’s Point wymaga niezłej zaprawy i umiejętności poruszania się po głazach, kamieniach i bardzo wąskiej ścieżki często skrytej w gęstej roślinności. W dni po deszczach ścieżka zamienia się w błotny strumień i śliską maź. Taka była tego dnia, więc starałem się iść skałami. Jako, że głazy są spore, warto sprawdzić stopą czy nie jest ruchomy, bo i skręcić nogę łatwo lub i gorzej. A tam prócz helikoptera, inaczej medyk się nie dostanie. Wybierałem głazy nie mniejsze niż na oko 200-300 kilogramów. Wydają się solidniejsze.
Z Tanners Point rozlega się szeroka panorama na kolejne zatoki, wybrzeże i wyspy: od West Pennant, do Terrence Bay i dalej w kierunku Peggy’s Cove. Rzadkością jest w ostatnich 2-3 kilometrach spotkać kogokolwiek innego i być przygotowanym na 6-7 godzinną (licząc powrót) wycieczkę. I dobre obuwie.
Niebo i ziemia. Szlachetność arystokratyczna i szlachetność przedmieść. Wszystko niczym nić Ariadny połączone, nanizane na długi sznur radości młodzieńczej i tęsknoty starości. Mgły i kropelki mgielnego niby-deszczu okrywającego zatokę, porty, mosty. Mosty znikąd do nigdzie. Jak straszny krzyk żalu, jak jęknięcie nadziei. Niespodziewane oczarowania życiem. I zmęczenie nim, rezygnacja.
Przeszłość, jak kotwica nie pozwalająca ci wyruszyć żaglówką ku przygodom otwartego oceanu. I kotwica przeżarta rdzą, z wyłamanymi ramionami, znaleziona na jakiejś dzikiej plaży – niepotrzebna, bezużyteczna. Jak kotwice Leonarda Cohena, którego polsko-litewskie pochodzenie do niczego – prócz solidnego osadzenia w tradycji żydowskiej – nie przywiązywało, wpływu na życie i twórczość nie miało.
Dziad z Wilna, matka z Wołkowyska. Matka , która jeszcze śpiewała w Montrealu zapamiętane z dzieciństwa piosenki w jidysz i po rosyjsku. Ale po rosyjsku, nie po polsku. A przecież Wołkowysk od prastarych czasów w granicach Rzeczpospolitej… . Owszem, Cohen przeżył pewien moment wzruszenia i szeptu przeszłości podczas wizyty w Polsce w 1980. Zasłaniając się ‘apolitycznością’ odmówił jednak spotkania na scenie z Wałęsą [i]. Cohen, który lubował się w szokowaniu słuchacza i czytelnika nagą erotyką graniczącą czasami z pornografią. ‘Apolityczność’ wielkiego barda ballady kanadyjskiej zależała jednak widać od miejsca pobytu, wywiadu, koncertu. Szlachetność przedmieść? Nie zwróciłbym na to żadnej uwagi, gdyby nie fakt, że w krótkim czasie po turze europejskiej, z daleka od łapki sowieckiej, na koncercie w Bostonie zadedykował swój utwór „The Partisan” Solidarności w Polsce. I wilk syty i mysz cała? Moja ulubiona riposta na to znane powiedzenie brzmi: wilk i owszem – syty, ale po myszy ślad zaginął. Wielkość miesza się z małością. Humanum est … .
To tylko akapit, cień człowieka i jego kruchości. Bo mój Cohen jest wspaniały i uwielbiany. Mój Cohen tańczący mnie i moja duszę do utraty tchu. Do końca. Jest też człowiekiem – kruchym wbrew noszonym zbrojom. Hallelu-u-u-uja! Panie mój, Panie Zielonooki – każdemu po trochu, i kurwie i Bogu. I Cohen przyklaszcze i Villon radośnie zapłacze. Żadnej piosenki-wiersza nie pisał tak długo. Stale nowe wersje, nowe ujęcie. I uniesienie religijne w żydowskim mistycyzmie i chuć natrętna starzejącego się mężczyzny. Prawie zawsze do kobiet wiele lat młodszych, często dekad. Czy ta chuć była obrzydliwa? Dlaczego? Dla kogo? Czy ze wstrętem się oddawały rozkoszom sławy, pieniędzy czy też w głębokim oddechu, wygiętym niczym kark napiętego łuku biblijnego myśliwego, wyrzucały przez zęby: halleluja?!
Dlaczego Janis Joplin, tragiczna muza schyłku lat hippisowskich, weszła nad ranem do tej samej windy hotelu cyganerii artystycznej Nowego Jorku, w której był już Cohen? Chelsea Hotel. Więc tam się spotkali, w tej windzie. Nie znali się. Z windy poszli prosto do pokoju 424 i wiedzieli, że resztę nocy spędzą nie dyskutując o muzyce ani poezji. Rok był 1968. Cohen miał 33 lata. A w przeciwieństwie do Balzakowskiego Paryża – hippisowska mantra nie pozwalała ufać nikomu (zwłaszcza mężczyźnie) powyżej lat 30. Joplin miała 25 lat. Więc Cohen powinien być dla niej dinozaurem. Dwa lata później Janis zmarła w Hollywood skutkiem silnego przedawkowania narkotycznego. A Leonard wykorzystał noc do skomponowania utworu ‘Chelsea Hotel No 2”[ii].
Dwie dekady wstecz. Czas epoki innej. Może zaściankowo-purytańskiej? Literatura zaś wielka. Czas na kurwy i na chłopaków lat Witold Gombrowicza. I zapisuje je skrzętnie, wszystkie prawie zapamiętane przygody w ‘Kronosie’[iii], najdziwniejszym chyba dzienniku-pamiętniku światowej literatury. Bawiło mnie i męczyło jednocześnie strasznie czytanie tych zapisków. Podrywanie chłopców argentyńskich w dzielnicach portowych, przedmieściach szemranych. Obok pisanych eleganckich i bardzo par excellence literackich„Dziennikach”. Jakby gwizdał na to wszystko i śmiał się: no tak – Focault i Nobel i Paryż i Berlin intelektualne. Ale dupcie argentyńskich żulików to dopiero cymes! Ale nie gwizdał na ten blichtr światka literackiego i sławy jednak. Przeciwnie – bardzo o niego zabiegał, walczył. Gombrowicz był seksualistą doskonałym. Nie określałbym bym go nawet biseksualistą, ani homo, ani hetero. Po prostu lubił tą ‘robotę. Z kimkolwiek. Żywemu nie przepuścił. Miał szczęście chyba urodzić się w swojej epoce. Mężczyzna czterdziesto i pięćdziesięcioletni zdecydowanie wówczas należał jeszcze do kategorii ‘balzakowskiej’: król i lew salonu i ulicy. I łoża (lub barłogu). Jeżeli ktoś się mógł gorszyć, to nie różnicą wieku, a faktem, że partnerem był chłopiec a nie dziewczynka. O tempora, o mores … . LOL.
Więc zaglądam w swój notatnik (nie kronosowy bynajmniej, ale nagi w szczerości). 26 lipca, 2023. Powrót z trasy olbrzymich głazów i gęstej kosodrzewiny w okolicach West Pennant. Trasa kończy się na uroczej, ostatniej plaży, która jest jednocześnie plażą nudystów. A plaże nudystów uwielbiam. Kocham pływać nago, wydaje mi się to jedynym sposobem współżycia z żywiołem wody. Czy kto widział kraby lub delfiny w strojach kąpielowych?! Rybki w majtkach lub stanikach?!
No i naturalnie scena w jakimś nocnym klubie w Londynie – Judy Garland śpiewa: C’mon, get happy, shout halleluja! Tyle, że Londyn prawie dwadzieścia lat później, jakiś klub na Soho, nie pamiętam nazwy. Imienia chłopca też nie, ale pamiętam, że się z nim całowałem.
Za(piski) z notatnika
26.07.2023. Skały w Sambro Creek i West Pennant.
Wynurzeni, jak Atena z białej piany morskich fal ukazują się nago na skale, tuż na przeciw mnie. Trzech zgrabnych książąt, dorodnych i z rodów szlachetnych. Z nonszalancją, która przez ich pochodzenie i czar młodości nie jest przykra ani natrętna. Każdy członek ich ciał równie powabny, jak śmiejące się oczy pod łukami nieskazitelnie czarnych brwi, chłodzonych powiewem wachlarzy rzęs. Naturalnie w zbroi, akcentowanej dwoma łuskami brązowo-czerwonych sutek.
26.08.2023. Shannon Park w Dartmouth.
We mgle
Mgła, siatka drobnego deszczu otula
wilgotniejący dzień, ubranie, skórę.
Parasol zbyteczny, to prawie nie deszcz.
To mgła tańcząca scenę zbiorową
łabędzi z baletu Czajkowskiego.
*
Wirują piruety sceny świata.
Może to nie deszcz a topniejący wdech
zamierającego lata, westchnięcie
nadchodzącej chyłkiem lasami i
łąką jesieni – nieśmiało, cicho.
**
W przedpokoju spakowane walizki:
kurtki i kapelusze na dni słotne,
komplety bielizny i skarpetek też,
letnie koszule na dni słoneczne,
buty i sandały na spacery.
***
Brzęczy telefon, wysłana wiadomość:
ze względu na gęstą mgłę wszystkie loty
odwołane i lotniska zamknięte.
Pana podróż też zlikwidowana.
[i] „I’m your man. The Life of Leonard Cohen”; by Sylvie Simmons; wyd. McClelland&Stewart, 2012; s.345
[ii] magazyn ‘Rolling Stone’, 14 listopad, 2016; “How Leonard Cohen Met Janis Joplin: Inside Legendary Chelsea Hotel Encounter”, Jordan Runtagh
[iii] „Kronos”, Wyd. Literackie, Kraków, 2013, ISBN 9788308050781
Jeżdżę i szukam Cię po dzikich plażach. Nasłuchuję okrzyków fal, poszumu wiatru.
Początkowo jeździłem na plaże i do miejsc, gdzie jeździliśmy razem. Rozmawiałem z Tobą, spacerowaliśmy trzymając się za ręce. W domu piłem ranną kawę z Tobą. Jeszcze byłeś, choć co raz bardziej milczący, co raz mniej wyraźny. Aż stałeś się cieniem, który jest blisko ale niemożliwy do dotknięcia, przytulenia.
Zacząłem więc jeździć w miejsca dzikie, nieznane. Z dala od ludzi.
Na dzikiej plaży, oddalonej od świata, mozolnie zbierałem kolorowe kamienie. Pisałem nimi list do Ciebie, mój krzyk. Ułożyłem z nich słowo ‘Miłość’. Czy spłynąłeś poświatą księżyca przed świtem by go znaleźć, odczytać, przycisnąć do piersi?
Wróciłem znowu tu, na to miejsce
po dwu dniach. Kamienie znalazłem,
poznałem kształty i kolor – przypływ
zebrał je w gromadę. Został tylko
wykrzyknik, głos zawieszony wysoko
nad piaskiem, nad wodą, niebytem.
Czy jesteś jeszcze ze mną,
czy jesteś tylko krzykiem
bólu, pustki, rozpaczy?
Podszeptują: trzeba żyć. Trudno. Koleje jego tak właśnie ustawione.; tak było na początku i tak będzie na końcu.
A nikt nie pyta: ale czy można żyć? Więc bez pytania nie może być odpowiedzi. A życie to droga ku czemuś, do celu, ku jakiejś przyszłości. Ja jej nie mam. Nie chcę mieć. Jest mi zbyteczna. Ani na plażach wypełnionych śmiechem i krzykiem plażowiczów, ani na dzikich ostojach bezludnych. Została tylko ona – Miłość. Samotna, bez dotyku, bez drżenia, bez pocałunku.
FUGA
Jak cię nazwać falo wodna?
Jak słowami namalować
byś ożyła, nie zamarła
milczeniem ziarenek piasku?
Czy z kipieli wyjdzie
szereg młodych bogów
w srebrnych łuskach boskiej
zbroi, czy też jeden –
nagi, lśniący słońcem
malującym złote
floresy na jego
mokrej, gładkiej skórze?
Nie bóg. Kruchy człowiek.
Na krętej i białej
jak alabaster muszli
zagra fugę boską
spisaną gwiazdami
nocnego nieba
zawieszonego nad
srebrnym płaszczem morza.
B. Pacak-Gamalski, 08.08.23
Wiemy, lub wydaje nam sie, że wiemy czym jest kanon. To czegoś podstawa, konstrukcja bardzo sciśle określona. Wzór. Otóż fuga jest kanonu matką. W muzyce zasada fugi jest bardzo prosta: prowadzenie co najmniej dwóch polifonicznych tematów muzycznych i ich imitacje. Niepodważalnym autorytetem fugi był naturalnie Jan Sebastian Bach. W literaturze odpowiednikiem poniekąd tego wzorca jest sonet. I tu by trzeba było cofnąć się (w poszukiwaniu rodzica) albo do Szekspira albo wcześniej jeszcze, do samej boskiej poezji Petrarki. Wydaje mi się to zbyt szerokie porównanie i niezupełnie zgodne z prawdą. Jest kilka klasycznych przykładów sonetów (np. włoski lub francuski), których konstrukcje różnią się dość istotnie. Inne języki mają jeszcze inne zmiany i wersje ze względu na swoje specyfiki. Wiąże się to z prawami gramatycznymi, które przypisane są każdemu językowi. Podczas, gdy fuga przypisana jest jedynie muzyce – innego języka nie używa.
Wracam więc do fugi, do kanonu autentycznego, niezmiennego. W wierszu prezentowanym użyłem własnie zasadu dualności dwóch ‘tematów’: morza i nieba, a ich imitacją jest dualizm: bóstwo contra człowiek. Stąd fuga. Sonet by to wszystko pochrzanił. Język nie wypowiedziałby, co pomyslała głowa, a efektem by były dyrdymały.
Plaże i lato. Pierwsze bez Ciebie. Tak, wiem. Nie byłeś ani plażowiczem ani amatorem opalania się i pływania. Jeżeli już to w basenie, a nie w miejscach z żywymi stworzeniami. Mimo to jeździłeś ze mną. Bo wiedziałeś, że to dla mnie ważne. Kocham morze i pływanie w nim. A ty kochałeś mnie. Braliśmy więc jakieś parasole i ochraniacze dla Ciebie, nigdy (prawie nigdy, LOL) nie namawiałem Cię do kąpieli. Ale czasem i to robiłeś kiedy woda była spokojna, przejrzysta i mogłeś widzieć, czy coś w niej nie pływa, nie czyha na Ciebie. I pod groźbą zabójstwa kategorycznie zabraniałeś robić mi zdjęć w tych momentach. Ale czasem zapominałeś się i spacerowaliśmy razem po pas w wodzie chodząc długo wzdłuż brzegu, zwłaszcza gdy nie było obok świadków tego przestępstwa. Kochałem te Twoje dziwactwa. Wobec moich występków były zaiste urocze. Ale kochałem jeszcze bardziej, gdy rzeczy robiliśmy razem: spacery, podróże, i tak – czasem nawet kąpiele w morzu razem. Bo gdy robiliśmy rzeczy razem było nam najlepiej, były najpiękniejsze, najciekawsze.
22 lipca byłem na plaży w Taylor’s Head Provincial Park. Skreśliłem siedząc na piasku kilka słów:
Tak, poznaję twój słony zapach, poznaje głęboki błękit wody, mieniące się niczym otwarta szkatuła dno twojej zatoki. Puszyste pierzynki chmur zawieszone nad skałami twych brzegów. Poznaję. Kiwam głową na przywitanie. Ze wszystkich moich miejsc tutejszej ziemi byłeś chyba mi najbliższe, najserdeczniejsze. Zawsze dawałeś spokój i ukojenie.
Tu zatrzymaliśmy się na odpoczynek wiosną w 22 roku. W czasie naszej ostatniej już długiej podróży z Halifaksu do uroczego Antigonish i potem szosą przez środek półwyspu, do Sheet Harbour. Nie wiem czy bardziej cieszyły mnie nowe widoki i miejsca, czy sam fakt długiej podróży z Tobą. Bo podróżowanie z Tobą było jedną z największych przyjemności mojego życia.
Więc tu, w Taylor’s Head Park, zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Nie było już nikogo na plaży. Tylko my, ja i Ty. I ona – woda wieczna, woda śpiewająca pieśń głębin. Dzięki Ci za to.
23 lipca pojechałem na Martynique Beach. Spisałem i tam myśli o Tobie.
Piękna , długa plaża. Chodzę po niej i raduje się wodą nadzwyczajnie w tym roku ciepłą. Fale przynoszą błogi chłód nagrzanej od słońca skórze. Kradnę radość życia.
Kradnę, bo wszystko we mnie krzyczy, że nie mam prawa. Że skoro nie ma Ciebie tu ze mną, nie powinienem. Bo chodziliśmy tu razem. Że kładąc się na ręczniku tak starałem się ułożyć, by dotykać Twojego ramienia. Taka śmieszna, dziecięco-szczenięca potrzeba dotyku ciała osoby bliskiej. która czyni świat bezpiecznym, znajomym, dobrym. A teraz nie mogę się do Ciebie przytulić, wiec świat nie może być dla mnie bezpieczny, znajomy.
Myślę często też (co mnie zaskakuje, że ku temu myśli biegną w czasach smutno-złych) o życiu ogólnie. Długie już dla mnie było, więc coś tam można wydedukować, zrozumieć. Szedłem onegdaj tymi wysokimi skałami koło Penant, tam gdzie trasa zaczyna się łagodnie od Crescent Beach, a potem idzie stromo w górę na głazy-olbrzymy i wąskie, zarośnięte ścieżki w kosodrzewinie. Gdzieś, na jakimś zakręcie-wykrocie potknąłem się. Agnieszka, która była ze mną, obsztorcowała mnie zaniepokojona: uważaj, patrz pod nogi, bo się potkniesz! No to się potknę, może nawet się wywrócę, i co z tego moja droga? To prawda, że patrząc stale pod nogi, w dół, idzie się bezpieczniej. Ale nie zauważysz nieba i pędzących po nim marzeniach. Więc warto iść z zadartą do góry głową, biec za marzeniami. Nawet kosztem stłuczonego kolana i siniaka na czole.
Kilka dni temu robiłem notatki z wyjazdu na Conrad Beach 2 sierpnia.
Przyjechałem sam. Wyjątkowo dziś trudno było w domu. Wszystko i wszędzie mi przeszkadzało, upokarzało złośliwością mebli, podłóg, przedmiotów. Nie mogłem sam z sobą rozmawiać, nie mogłem, rozmawiać z Tobą.
Zostałem tu z tysiącem papierów, dokumentów, które mnie świadomie oskarżały o to, że jestem, że przetrwałem. O to, że … żyję. Najdokuczliwsze w tym było uczucie masochistycznej satysfakcji: tak! Powinieneś źle się czuć. Powinieneś żałować, że nie poruszyłeś wszystkiego, co możliwe i nawet tego, co było niemożliwe, by nie dopuścić tej śmierci!
Mój dom stał się dziś więzieniem całej mojej beznadziejnej egzystencji. Celą skazanego na życie bez Ciebie. Życie, którego nie uratowałem.
Uciekłem więc na moją ulubioną plaże. Było już późne popołudnie, bez tłumów. Cała jej zachodnia część była pusta, bez ręczników, bez namiotów i parasoli. Rytmiczny huk fal rozbijających się na piaszczystym brzegu wyciszył wszystkie niepokoje. Mogłem z Toba spokojnie rozmawiać.
Czy pamiętasz te śmieszne uczucie, gdy idziesz boso brzegiem morza i nadpływające fale wypłukują spod twych stóp piasek? Jakbyś spacerował po jakiejś pustyni z ruchomymi piaskami, które mogą cię pochłonąć. Tak dziś się czułem. Ziemia usuwała mi się spod nóg. Miałem nawet cichą nadzieję, że mnie pochłonie. Oczywiście – nie pochłonęła. Ale miałem nadzieję. A nadzieja to takie miłe uczucie. Takie, jakie się ma stojąc na peronie oczekując na kogoś. Spodziewając się, że ten ktoś za chwile wysiądzie i rzuci ci się na szyję. Chciałbym pojechać na taką stację, chodzić po takim peronie wypatrując w dali czy pociąg już nie nadjeżdża…
Są dni, że bycie samemu w naszym domu jest jak puchar ambrozji w gorące popołudnie. Słyszę i widzę Cię wszędzie. Wszystko mi Ciebie przypomina. Każda szklanka ma odciski Twoich palców. Poduszki ciągle pachną Twoja skórą. W pudełeczku dziesiątki karteluszek z Twoimi zapisami różnych przepisów kulinarnych. Staram się tak rzeczy uprane, wymyte, wyprasowane lub odkurzone układać i ustawiać, jak Ty je ustawiałeś i układałeś. Uśmiechasz się do mnie ciepło, gdy to robię. W takie dni nie lubię ani telefonów, ani odwiedzin, ani wychodzenia na spacery. Ledwo mogę ścierpieć wtedy te codzienne jeszcze moje wizyty w szpitalu. Chce być wtedy w domu, który jest w te dni ciągle naszym Domem.
I są dni, gdy te same ściany, te same przedmioty zieją pustką, wrogością, obcością. Gdy mnie duszą ciszą nie do zniesienia. Wtedy nasza sypialnia to cela, a mieszkanie – więzieniem.
Od młodości wczesnej miałem dziwne zauroczenie śmiercią. Jakieś romantyczne, poetyckie wizje Starszej Dobrej Pani, która sen przynosi znużonym, lub pięknego Skrzydlatego Anioła otulającego muskularnym skrzydłem znużonego.
Dziś nią gardzę. Jest nieczuła i obojętna wobec nas. Jej żniwo nie ma nic z troski i dbania. Nie oczekuje jej ale i jest mi też zupełnie obojętnie kiedy stanie przy moim oknie. Może przyjść jutro i nie zrobi na mnie żadnego wrażenia. Teraz, gdy zabrała mi prawie wszystko – fakt że pozostawiła mnie jest jakimś makabrycznym żartem pijanej ladacznicy, która drwi z napotkanych o zmroku przechodniów.
W swoim słynnym tomiku „Pan Cogito” Herbert w wierszu ’Matka’ kończy go samotnym wersem:
Wyciągnięte ręce świecą w ciemności jak stare miasto.