Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.

Bogumił Pacak-Gamalski

Nazwę ‘Współczesność’ generalnie utożsamiamy (w Polsce) z kierunkiem literackim lat 60. ubiegłego wieku. Więc nie będę tego określenia tu używał, gdyż chodzi mi o modernizm. Wielki, potężny ocean wielu stylów artystycznych, estetycznych i filozoficznych, który definitywnie zamykał stare kanony przekazu i zapisu artystycznego, etycznego, filozoficznego.

Można bardzo ogólnie założyć, że rodzicami myśli modernistycznej byli  Artur Schopenhauer i Friederich Nietzsche, a w literaturze za prekursorów uznaje się Baudelaire’a i Rimbauda.  W sztuce polskiej początki modernizmu łączone są z prądem Młodej Polski.

Naturalnie, tego typu wielkie zmiany są ramą bardzo szeroką, nie powstają i nie kończą się jakimkolwiek manifestem,  a wszelkie daty maja charakter symboliczno-ogólnikowy. Można by to  porównać do terminologii geologicznej lub archeologicznej (np. archaizm, klasyka, klasycyzm, współczesność, itd.). To proces długotrwały, wieloletni i często liczony dekadami. Czas, gdy ‘stare’ trwa jeszcze solidnie i współistnieje równorzędnie (zwłaszcza w Sztuce) z ‘nowym’ przez wiele lat. W pewnym sensie można powiedzieć, że i dziś modernizm ciągle trwa, mimo iż od dziesięcioleci zadomowiła się epoka postmodernistyczna.

Ogólniki w tego typu tematach są niezbędne, zwłaszcza w traktowaniu tematu w sposób zrozumiały dla czytelnika, który nie specjalizuje się w teoriach i badaniach akademickich. Więc tak właśnie szeroko to traktując, można powiedzieć, że modernizm to Konstrukcja, a postmodernizm jest Dekonstrukcją.

Sam modernizm bez następującego po nim postmodernizmu nigdy nie osiągnąłby takiej wagi, jaką (zasłużenie) ma w rozwoju myśli i twórczości ludzkiej.  To właśnie ich zderzenie i walka zadecydowały (i decydują) o jego wadze. Można znowu wrócić do porównań geologicznych i określić to ruchami tektonicznymi skorupy ziemskiej. Ruchami, które zmieniają granice i kształt kontynentów i oceanów.

Tak, jak gigantami-ojcami modernizmu byli Nietzsche i Schopenhauer, tak gigantami postmodernizmu byli Foucault i Derrida.

Ten wstęp był mi niezbędny do pewnych skojarzeń i myśli związanych z rozumieniem pojęcia ‘kresu Czasu’ lub ‘kresu Historii’, występującego u najwybitniejszego chyba modernisty anglojęzycznego, Eliota. Czytając niedawno ponownie Eliota „Dry Salvages”[1] zwróciłem uwagę na podobieństwo idei, koncepcji ‘końca czasów’, pewien katastrofizm dziejowy, jaki przewodził moim emocjom w wierszu sprzed wielu lat. Ten koncept jest jakby jedną z podstaw modernizmu.

Wiersz pisałem w roku 2000 (może miało to znaczenie – dziś nie pamiętam). Czy myślałem w jakikolwiek sposób o Eliocie wtedy? Też nie wiem już dziś. Pewne jest, że Eliot, poeta dość ważny i z solidnym wkładem w historię literatury, gdzieś zostawił ślady w mej poetyckiej, emocjonalnej i intelektualnej pamięci. Stał się częścią mnie. Jednocześnie będąc – chcąc-nie chcąc – dzieckiem epoki postmodernizmu rozbijałem całość katastroficznego wywodu krótkimi dystychami sugerującymi kompletną beztroskę autora wobec  tych epokowych kataklizmów lub zaskakujące wtrącenia.

W pewnym sensie jest to zetkniecie Konstrukcji  wiersza modernistycznego (Eliot) z Dekonstrukcją mojego.

Piszę o poemacie Eliota, nie tylko dlatego, że występuje podobieństwo wizji ‘końca Historii’. W tym wywodzie jednak równie ważne jest, że Eliot zwraca bardzo silną uwagę na formalizm konstrukcji, na przestrzeganie staranne w doborze zgłosek, akcentów, kolejności wersów. Choć napisany świetnie, przez ten nadmierny szacunek wobec formy jest dla mnie dość męczący. To był dziwny zwyczaj (bardzo przestrzegany przez modernistów) zważywszy, że modernizm miał być zerwaniem  z zastanym porządkiem literackim, tradycją. Trochę inaczej rzecz miała się z symbolizmem (choć też zaliczany jest do oceanu modernizmu) – bo symboliści, a już szczególnie król językowej magii słowotwórczej (neologizmy), Bolesław Leśmian, wracał często do ‘niesamowitości’ i używany język czarował własną wizją i przymuszał do poetyckiego chciejstwa autora. Pozostał bardzo bliski filozofii Bergsona.

Czytając Leśmiana lub Błoka odczuwam wrażenie, że czytam dokładnie to, co własną pamięcią zmysłową znali i chcieli przekazać.  Słowem, że wiersz powstawał niemal intuicyjnie, samowolnie. Czytając Eliota widzę poetę zapracowanego, który pilnuje każdej kropki, każdego słowa i używa często gumki (bibuły). Strofa jest pięknie zbudowana, nawet myśl nader głęboka – ale czy to poezja czy poetycki esej? Budował konstrukt filozoficzny czy pisał wiersz dla czytelnika? Jednego. Tylko jednego. Właśnie tego, który będzie czytał. Bo w poezji tylko ten jeden, konkretny czytelnik ma znaczenie.  To nie dramat sceniczny. To rozmowa dwóch tylko osób: autora i czytelnika. Wszystko inne jest zbędną manipulacją. Popisem, który łechce próżność poety i zachwyca miliony, którym ‘mądre osoby’ powiedziały, że tak wyglądać ma wiersz. A to wierutna bzdura.

Co polecam bardzo młodym adeptom, to używanie notesu (papierowego lub elektronicznego) zawsze i wszędzie. Bo nie zawsze jest czas i możliwość na napisanie wiersza. Ale wszędzie spotkać możemy zjawisko, które poruszy nami do głębi. Wtedy należy robić krótkie notki-klucze, które pozwolą ożywić pamięć zmysłową, gdy wiersz będziemy chcieli napisać.  W wierszu lirycznym pamięć zmysłowa jest niezbędna. Nie wyobrażać sobie, jak pachnie mokra ziemia z wieczora, a pamiętać dokładnie, jak pachniała w tym właśnie momencie. Przywoływanie zwykłej pamięci intelektualnej jest fałszerstwem, gdyż jest ona zawsze skontaminowana tysiącami innych ‘pamięci’. I naszych z innych miejsc, i literackich, kiedyś gdzieś poznanych.

Oto mój wiersz z roku 2000. Podkreślam datę (styczeń 2000) nie mogąc uczciwie powiedzieć, że wiązał się on w jakikolwiek sposób z początkiem roku, który miał być końcem wielu rzeczy (świata, Internetu, itd.). Możliwe i prawdopodobne. Ale po prostu nie wiem i chyba już nigdy wiedzieć nie będę.

NOWE CZASY

Zamkową szedłem ulicą,

szerokim Wielkim Traktem Książęcym,

ku Ostrej Bramie i dalej,

w ciszy skupienie na Rossie,

w zamyślenie głębokie, refleksje.

Przez Warszawy, Londyny, Paryże,

poprzez zimny Pacyfik Północy,

wielkie Góry Skaliste, wąwozy.

Ni litewskie, ni polskie zaułki

wiły ścieżek mi mapę zawiłą.

Pomniki łotrów i bohaterów wciągano na cokoły,

tłumy pędzono na zagładę, narody przesiedlano.

            A ja pływałem w Wiśle toruńskiej,

            włóczyłem się po Łazienkach Warszawskich.

Wojny szły nową pożogą,

płonęły nieba czerwoną smugą

od wschodu po zachód,

tatarskie pułki mieszały się

z zimnym pancerzem teutońskiej stali.

Poeci gnili w więzieniach bernardyńskich

wzywając Boga w szranki turnieju Historii.

Zwycięzcom rozdawano miasta i rzeki,

a przegranych pędzono w otchłań przeznaczenia

z tobołkami przeszłości na schylonych plecach.

            Słonce różowieje mokrym świtem

            dzikiej plaży Pacyfiku.

Najpierw płonęły kościoły,

potem wnoszono na dymiące ołtarze

imiona nowych Świętych,

Proroków nowej Obietnicy.

A świat wstydliwie zasłaniał oczy.

Rodziła się Nowa Historia

spod płodnych piór gorliwych historyków.

Im gorliwsi – tym lepsza, bardziej lśniąca.

Nowyje Wremia, New Times, Nues Ziteung.

Umarłych nikt nie pytał o sprawiedliwość.

            Tym, którzy mogliby protestować

            skrzętnie wypełniono usta cementem.

Wszyscy kupowali coraz droższe samochody

a im więcej kupowali, tym szybciej produkowano lepsze.

Arbeit macht frei!  Business is business! Time is money!

Kto miał czas grzebać w leśnych mogiłkach,

do których nie prowadziły czarne nitki autostrad?

            Rzym plonie.

            Wizygoci i Barbarzyńcy maszerują Via Appia.

            Wiatr Historii

            roznosi białe togi senatorów

            po pustych salach Kwirynału,

            gdzie mieszają się z purpurą kamaryli kardynalskiej

            i biskupich fioletów.

            Pax Romana panuje tylko w ruinach Herkulanum.

            Przeszłość nie tworzy Historii.

            Historię tworzą dzisiejsi zdobywcy.

            Tłumy Odyseuszów dawno już

            zapomniały po co i dokąd płyną,

            a oszołomieni śpiewem syren

            znajdują Itakę w każdym napotkanym porcie.

01.14. 2000

Poniżej krótki fragment Eliota ‘Dry savages’, który utkwił mi w pamięci najbardziej i jest zaiste bardzo możliwe, że w jakiś sposób miał wpływ na mój wiersz.

(——-//——)

Gdyż naszą przeszłość pokrywa strumień ruchu

Lecz cierpienie innych pozostaje przeżyciem

Niesprecyzowanym, nie startym późniejszą skruchą.

Człowiek zmienia się i uśmiecha: pozostaje udręką.

Czas niszczyciel zachowuje

Jak rzeka, ładunek martwych Murzynów, krów, kojców z kurczętami,

Cierpkie jabłka i nadgryzione jabłka.

(—-//—-)

Czasem rozmyślam czy o tym rozważał Kriszna –

Między innymi – czy jako o jedynym sposobie przedstawienia tej samej sprawy:

Że przyszłość jest omdlałą pieśnią, Różą Królewską, lawendy gałązką.

Smutnym ubolewaniem nad tymi, których jeszcze nie ma co opłakiwać,

Gdyż są wciśnięci między zżółkłe karty nigdy nie otwartej książki.[2]

A droga wzwyż jest drogą w dół, droga przed siebie drogą wstecz.

Nie możesz patrzeć na to bez drgnienia, ale to pewne

Czas nie jest lekarzem: pacjenta już tutaj nie ma.

Cóż, w zakończeniu wypada mi jedynie powtórzyć za wielkim filozofem: tako rzecze Zaratustra.[3]


[1] Thomas Stearns Eliot, Poezje; wyd. WL Kraków; 1978; s.201-213 (w oryginale i w tłumaczeniu M. Sprusińskiego)

[2] ten jeden wers z tłumaczenia Sprusińskiego zmuszony byłem przetłumaczyć sam. Albo M. Sprusiński przetłumaczył go błędnie, albo błąd w składaniu tomu spowodował, że wersja w tym tomie kompletnie zagubiła sens wypowiedzi Eliota w angielskim oryginale.

[3] „Thus Spake Zarathustra”; F. Nietzsche; 1883


poniżej link do tekstu wyjaśniajacego temat:

https://kanadyjskimonitor.blog/2023/07/11/ty-i-on-poezja-i-wiersz-poeta-i-czytelnik/: Moderniści i burzyciele. Stylizacje a szczerość. Czyli o poezji i poecie.

Dziurawy brzuch. Mosty. I Trzaskowski.

Bogumił Pacak-Gamalski

Wywlokłem dziś swe zwłoki na Moje Kamienie. Napatroszony niczym przepiórka na świątecznym stole. OK, nie przepiórka a świąteczny indyk. Niech już będzie – stary indor. Napatroszyli mnie niezbyt atrakcyjnie, muszę powiedzieć. Nie kolorowymi jabłkami, śliwkami z żurawiną, a metrami jakiejś białej tasiemki. Zostałem więc tasiemcem. Lekarze w lokalnym szpitalu zamienili się w kucharzy. Kiepskich niestety w sztuce kulinarnej. Kręcili mi w brzuchu tak długo, aż wykręcili dziurę. Potem na ratunek zawołali jakieś Pogotowie Kulinarne i powiększyli dziurę tak, by można było włożyć tam ręce. Wypatroszyli mnie i wpakowali, co się dało.  Teraz – widać już po świętach – pakują tam zwykłe tasiemki. I obiecują solennie mi to robić przez kilka następnych miesięcy. Codziennie. Pytam nieśmiało: to po co tą dziurę drążyliście, skoro tyle pracy sobie tym nadaliście?  Naturalnie, zbywają to wzruszeniem ramion i porozumiewawczym mruknięciem oka – amator! Więc co potem, nie wiem. Może się znudzą?  Brzuch zaszyją? Albo powiedzą: o! pan pisarz, Pan Poeta! To może pan używać dziurę, jako portfela obszernego lub torby. Karteluszki różne, zapiski i zeszyciki może tam wygodnie zmieścić. No, niby jakaś logika w tym jest, trzeba przyznać.  Jak ma być miesiące, to trzeba się przystosować. Nie mogę tak po prostu obijać się o meble w mieszkaniu. Ostatecznie brzuch można zakryć gaciami kolorowymi, jedną ręką go przycisnąć, w drugą wcisnąć kijek-włóczykijek i na Kamienie, w trasy. Albo na most i siup!  Zwłaszcza, że mosty mam aż dwa pod ręką, zamykają niczym bramy granice Moich Kamieni. Ale na most zawsze zdążę  A powłóczyć się i patykiem poszperać jeszcze chce się. Więc na przekór wszelkim konowałom – Lato, lato, lato czeka, razem z latem czeka rzeka! Do widzenia wam canto cantare.

Dosyć macie o mnie? Nie dziwię się, ja też.

Pogadajmy więc o kim innym, o Rafale Trzaskowskim. Lubię tego faceta. Jest jakiś taki, no, jakby to powiedzieć – nie polski na polskich polityków patrząc. Chyba właśnie tak. Dlatego mi się podoba. Bez siermięgi, bez kosy, ba! nawet bez karabeli! Taki no, europejski, co? Jakby uosobieniem wszystkiego, czego, jako naród nie lubimy, prawda? Dlatego go lubię.  Pierwszego polskiego polityka od – bo ja wiem – chyba osiemdziesięciu laty, który mi się podoba.  Na skalę właśnie europejskiego państwa. Nie na europejskiej miedzy, ale solidnie wewnątrz.  Nie trochę tu-trochę tam. Niby Biedroń mógł kiedyś taki być. Miał zadatki. W Słupsku, jako młody prezydent miasta radził sobie nieźle. Będąc otwartym gejem, o zgrozo! Niestety, okazało się, że Słupska na cały kraj przerobić się nie da. To jednak tylko mała kaszubska mieścina. Może gdyby Wrocław, lub Gdański? Może Warszawa … . Ano właśnie – Warszawa. Stolica kraju. I prezydentuje jej nie kto inny, jak właśnie pan Rafał. I okazuje się, że nawet nie musi być gejem, jest zwykłym straightem, z żoną i dziećmi. Czyli można być straight  bez bycia tumanem. Chodzenia w Paradach LGBTQ bez uszczerbku dla tzw. tradycyjnej męskości. Ci, co zgrzytają na to zębami, coś dziwnie kruchą tą swoją orientację heteroseksualną mają… . Tak tylko myślę.  I wcale nie o to chodzi. Poboczny tylko to komentarz podkreślający jego inność.  Czyli zwykłą normalność europejską.

Gdybym miał  (dla przykładu tylko tą uwagę piszę) głosować na Tuska lub na Trzaskowskiego – bez najmniejszego zawahania się nawet głosowałbym na Trzaskowskiego.  Nie, no proszę sobie żartów nie stroić. Kogóż bym innego, miał jako przykład podać? Pana Andrzeja Dudę? Ja mówię o stosunkowo normalnych kandydatach i ludziach, którzy mają i kompetencje i szacunek wobec Konstytucji, wobec trójpodziału władzy, niezależnego sądownictwa. Zwykłe takie abecadło demokracji, rzeczy podstawowe. A wy mi tu o panu Dudzie. Dajcie spokój. Wiem, że Donald Tusk nie będzie kandydował na prezydenta – ale to jedyny obok Trzaskowskiego obecnie polityk, który mógłby.  Tylko Tusk to wczoraj, a Trzaskowski to jutro. Jutro Polski. Wczorajszych bitew się na nowo nie wywalczy. A nowa wielka się szykuje. Bez czołgów i bez samolotów.

Podział społeczeństwa jest już przerażająco widoczny. Jeszcze rok, dwa a może sami sobie zgotujemy nowy dobrowolny podział na Kongresówkę i Polskę północno-zachodnią?  W jednej będzie samodzierżawie i pleban, w drugiej jakiś Komitet Obywatelski? Granice jak wtedy, gdzieś nad małą rzeczką w okolicach Aleksandrowa Kujawskiego. Niemożliwe?  Historia uczy, że tak. Rów między nami już coraz głębszy. Niedługo ziemi nie starczy by go zakopać. A nawet jak zakopiecie, to będziecie dalej sypać, aż wyrośnie wysoki wał.

A może po prostu wybierzcie jednak Rafała Trzaskowskiego. Nic nie ma do stracenia. Za kosy i pałki zawsze możecie chwycić. A jak go wybierzecie, to może nie będzie trzeba. Spróbujcie. Dajcie sobie szansę. Słowo honoru wydaje mi się, że to facet normalny. Normalny facet w nie normalnych czasach. To się nieczęsto zdarza.

Pomyślcie. A ja międzyczasie pójdę dalej patykiem grzebać w różnych zakamarkach między kamieniami. Nie, nie tych na szańce. Zwykłych kamieniach na brzegach rzek i mórz, na polach i łąkach.  Trzymając się ręką za dziurawy brzuch. Mostów, póki co, będę unikał. Ale wy, jak je znajdziecie – to nie palcie. Mogą się przydać.

Ty i On. Poezja i wiersz. Poeta i czytelnik.

Bogumil Pacak-Gamalski

Ad hoc

Tak więc przyszło dziś niebo.

To znaczy nie przyszło, ale

zawiesiło się nad brwiami.

Widać je było wyraźnie

zadartymi górnie oczami.

I te dzienne, niebieskie

z barankami, i te nocne,

granatoczerniejące nad

miastem i łąkami traw.

Pachnące, dusznochcące.

Po epoce dymów i mgieł,

gdy nie było ni gwiazd ni

słońca, a cienie schowały

się za pniami drzew, poeta

znowu pisał wiersz nieśmiały.

(B. Pacak-Gamalski)

Młody Czesław Miłosz kończąc swój okres wileński – choć w sobie specyficzny sposób Miłosz do końca poetą wileńskim pozostał i ten atrybut prowincjusza bardzo mu pomógł nie zatonąć wielkim światem, w którym przyszło mu żyć – pisał w eseju ’Radość i Poezja’ : Źródła poezji ulegają skażeniu, na równi ze źródłami wszelkiej działalności ludzkiej, i łatwo podszepty diabelskie brać za głos aniołów. Teoria nowej poezji stała się rzeczą najnudniejszą pod słońcem, bo tworzy recepty na zdobycie dobrych wyników, daje rady jak sporządzać poetyckie preparaty, ale nie pomaga odróżnić, czy w dziełach tych krąży krew, czy woda, czy też trucicielski napój, rozdymający elephantiasis formy. [1]

Dwadzieścia pięć lat później sztyletem ugodzi śmiertelnie w wierszu z tomiku ‘Miasto bez imienia’:

A książek tośmy cała bibliotekę napisali.

A krain tośmy co niemiara zjeździli.

Bitew dużośmy, dużo wydali.

Aż i nie ma, ni nas ni Maryli. [2]

                Kryje się w tym stary banał (skryty świadomie czy podświadomie – jest rzeczą obojętną), że poetą się bywa, a nie jest. Wiersze dobre się zdarzają, ale w tłumie wierszy zbytecznych. Niekoniecznie złych lub słabych – ale zdecydowanie niczego nie mówiących, bo pisanych intelektem a nie duchem, emocją. Od zawsze mówiłem, że szczerość absolutna poety jest jedyną miarą uczciwości poetyckiej. Wszystko inne to zabawy literackie.  Rymowanki, składanki, tercyny i tercety, alegorie i antrakty to ćwiczenia poetyckie a nie tworzenie wiersza.  Jeśli ośmielasz się mówić szeptem w rozmowie intymnej z czytelnikiem – musisz być nagi i pozbawiony piórek, nawet tych w dupie, jakkolwiek atrakcyjne ci by się wydawały. Można (kompletnie odrzucić nie sposób) zapożyczać i z krwotoku-baroku, z Sumeru aż, z oceanu burz romantyczności, z przybyszewszczyzny i turpizmu – ale tylko na tyle na ile to jest część twojej własnej, indywidualnej pamięci. Jest fragmentem twojego ego. Samo tylko popisywanie się znajomością formy czy aluzji jest gadatliwością a nie rozmową z przyjacielem. Bo czytelnika za przyjaciela uważać należy. Takim, który cię zna i przed którym sztuczek pokazywać nie musisz. Możesz być sobą. I nie musisz niczego tłumaczyć. Po prostu mów, co czujesz. Najkrótsza droga. I najtrudniejsza.

Leżą na moich półkach dziesiątki różnych tomików wielu poetów. Bardzo dobrych, dobrych i słabych. Nazbierało się przez lata. Kupione, otrzymane w prezencie od autorów lub bliskich. Czytałem wszystkie – a przyznać muszę, że powieści, które na moich półkach leżą nie czytałem wszystkich. Z biegiem lat co raz mniej. Wszystkie zaczynałem i sporo po iluś tam kartach odkładałem. Z westchnieniem:  no tak, ale ja to znam, już kiedyś u kogoś innego to czytałem. Inne imiona bohaterów i anty-bohaterów, inne tło antropologiczno-kulturalne, ale historia ta sama. „Przeminęło z wiatrem” można oglądać na ekranie więcej niż raz, ale nie częściej niż raz na dziesięć lat. Przeminęło z wiatrem, no właśnie.  A tomiki wierszy czytałem wszystkie. I patrzę teraz na grzbiety tych tomików (cieniutkich lub pokaźnych) i z wielu nie mogę przypomnieć ani jednego konkretnego wiersza. Czasem nazwisko oszukuje pamięć i krzyczy – no, to ja, ten właśnie wiersz! A okazuje się, że nie, akurat w tym tomiku tego wiersza nie było, autor wydał go w innym.

Harold Bloom, amerykański teoretyk literatury i krytyk, w swoim  dziele życia poniekąd „The Western Canon. The Books and School of the Ages” omawiając Beatricze Dantego pisze, że ‘Boska Komedia’, jako historia Beatricze jest w tym samym rzędzie prawie , co ‘J’[3] opisujący Jahwe lub Ewangelia wg św. Marka o Chrystusie; że sam Dante stawiał się w rzędzie największego psalmisty,  króla Davida, protoplasty Chrystusa. Więc Dante uznał się za poetę boskiego, a Beatricze, Włoszka z Florencji, została zrównana  z początkiem powstania człowieka. Sugeruje, że sama Beatricze była reinkarnacją Racheli, żony patriarchy Jakuba. [4] Co się więc tu dzieje, co sugeruje międzynarodowej sławy krytyk i filolog? Otóż nic innego, jak tworzenie postaci poety-kapłana. A treść jego zapisu (wiersza) staje się głosem boga. Uściślijmy, odsuńmy pokłady ezoteryczne, co praktycznie w moim opisie roli poety i wiersza może to oznaczać? Oznacza kapłaństwo. Zakon.

Od samego zarania zresztą. Najstarszy dokument zapisany na glinianych tabliczkach, dokument literacki, poetycki „Gilgamesz” – najpierwszy spisany przez pisarzy sumeryjskich z legend i opowieści znanych jeszcze wcześniej, zapewne przed 34 stuleciem p.n.e. .[5] Przez długi okres utrzymywał się błąd, że autorem był jakiś pisarz-naukowiec z Ur w dobie babilońskiej w języku akadyjskim. Aliści – był spisał, ale była to tylko kopia tekstów dużo starszych, sumeryjskich.  Wszystko, co wiemy to spisane fragmenty z rożnych okresów przez kopistów. Z treści samej jasne zresztą staje się zaraz, że dzieje Gilgamesza i jego dzikiego męża Enkidu są autorstwa w dużej części samych bogów. Zwłaszcza matki Gilgamesza, która dla niego stworzyła Enkidu, by Gilgamesz zajął się sprawami godnymi syna bogini, a nie rozpustnym życiem erotycznym  wywołującym zgorszenie i przerażenie czcigodnych mieszkańców tego grodu. Sama Isztar – bogini Ur, małżeństwo ukochanego Gilgamesza z Enkidu zasądziła. Jak typowa matka od zawsze i do końca pewnie myśląc: wyjdziesz za mąż, to się uspokoisz, ustatkujesz. Wiec mamy, jak w przypadku Dantego, starszą od izraelickiej (czas archeologiczno-historycznie licząc, a nie magicznym liczydłem Tory i Biblii) Świętą Księgę autorstwa nie J, ale bogów starszych.  A jak bogowie – to kapłani. Rzecz naturalna. Bez kapłaństwa życie bogów jest niebytem.  Kapłan to pośrednik między Niebiosami a Ziemią. Taki kurier-Hermes. Zanosisz modlitwę do boga lub bogini, żalisz się, opowiadasz swoje występki prawo boskie łamiące, żałujesz za nie i błagasz o wybaczenie.  Robisz to oczywiście przez pośrednika, czyli kapłana. Bo niby jakim sposobem ty, nieborak, sam do bogów możesz się zwracać? A więc spowiednik. Przyjaciel. Możesz mu mówić szczerze, bez udawania.

Nic tylko togę powiewna a ciemną przybrać, kostur w rękę i na bulwary sekwańskie z rozwianym włosem i błyskiem w oku pędzić. Pędzić tak długo  … ‘aż i nie ma, ni nas ni Marlyli’.

Poeta, jako kapłan jest bliski, równoznaczny z innym konceptem twórców poezji.  Równie wielkim, jak porównanie z bogiem – causa sui. Ja tworzę wiersz tylko z siebie! Ergo – moja twórczość jest boska.  No tak, ale od Gilgamesza minęło parę tysięcy lat, od Dantego siedemset. W międzyczasie przyszedł Nietzsche i uśmiercił Boga w „Tako rzecze Zarathustra”.  Ale po cichu napisał zaraz rzecz inną nieco, dużo mniejszą i stosunkowo mało znaną, „Poza Dobrem i Złem. Wstęp do Filozofii Przyszłości”. Tamże, w rozdziale o uprzedzeniach (przesądach?) filozofów pisze wprost:  causa sui jest najlepszą sprzecznością, jaka była do tej pory wymyślona, jest swego rodzaju gwałtem i perwersją logiki, ale ekstrawagancka duma człowieka umożliwiła mu uwikłanie się w ten splot nonsensu głęboko i straszliwie. (tł. własne)[6]

Więc czarna jednak rozpacz! Już nie szukać Maryli, a rzucić się prosto z bulwarów w nurty Sekwany.

Aliści ratunek jest. Chodzi wszak o poetów w sporze o samo zaistnienie, a nie o wiersz sam w sobie. Jeden. Konkretny. OK, poeta kapłanem-spowiednikiem być nie może. Lub nie powinien, nie wypada.

Na szczęście poeta sam z siebie uśmiać się potrafi. Ważne by to umiał.  Dawniej poeci byli kanonikami. Współcześnie (bardzo współcześnie) prawie wszyscy są akademikami.  Może dlatego tak poważnie się traktują. Zbyt poważnie. Okazuje się, że nie piórko w dupce im zawadza a dziekańska długa listwa, którą połknęli. Aliści, liści drodzy humaniści z wysokości Wieży z Kości Słoniowej dopatrzyć się na bruku nie sposób. Już chyba lepsze te piórko … .

Współczesność. I czasowa i prąd literacki. Jak zauważył słusznie Konwicki w swoim świetnym tomie „Agonia i Nadzieja” [7] polskie prądy w literaturze nie wynikały z nowych kierunków estetycznych lub filozoficznych, a z dat przemian politycznych. Przez dziesięciolecia długie. Taki dziwny kraj jesteśmy. Nam filozofowie nie będą dyktować, że świat i człowieka trzeba opisywać inaczej. Nam szaleńcy nie będą Manifestów pisać (no, chyba, że Lipcowe … ). Nam dyktować będą wydarzenia polityczne o zmianie ducha poezji. Jak Manifest Lipcowy w 1944 właśnie (ostatecznie i moja ukochana i największa bodaj czarodziejka słów prostych – Wisława Szymborska) lub mowa Chruszczowa grzebiąca stalinizm w Polsce na lutowym Zjeździe PZPR w 1956, co dało narodziny w tymże roku pierwszego nowego ‘pokolenia’ poetyckiego od czasów Międzywojnia – pokolenia Współczesności. W sumie były to pokolenia a nie pokolenie. Generacje całe. Jedyną wspólną poetyką Współczesności było – poszukiwania nowych sposobów opisywania rzeczywistości. Byli tam i poeci starsi , wyznawcy Skamandra, i poeci spod znaku Awangardy Przybosia, jak i liczna grupa młodych, z których jeden chyba tylko własny, specyficzny styl poetycki wypracował – Stanisław Grochowiak. Ale owa kakofonia dźwięków stworzyła miejsce dla wielu bardzo ciekawych indywidualnych instrumentów poetyckich. I w tym chyba Współczesności największa zasługa. Zdecydowanie zrezygnowali ze stanowiska kanonika-kapłana. Raczej chcieli być kumplami podrzucającymi rano pod drzwi czytelnika świeże wiersze. I chwała Poecie.

By odczarować te wszystkie mgły wałęsające się po moczarach dziejów Człowieka i Bogów, ich zmagań ze sobą i między sobą, wrócę na moment do wspomnianej książki Kuncewicza o Poezji Polskiej od 1956. Sami poeci tamtego czasu (autorem był Bogusław Choiński), czasu wychodzenia z pomroków cmentarzyska stalinizmu, w świetnej parodii rozprawili się i z poetyką heroiczną i poetyką Majakowskich:

– Ogłaszam alarm dla miasta Warszawy

Niech ma.

Ktoś biegnie po schodach łubudu łoboda

Piii – skrzypnęły gdzieś drzwi…

Zeppellin. Zeppelin nad mostem Kierbedzia!

( …. …. ….)

C-E-P-E-L-I-A… C-E-P-E-L-I-A… C-E-P-E-L-I-A

(… … …)

Hej , lewa i tywa. Marsz, naprzód, psiajucha

– Zasuwaj w gazomierz – pourqua voila

ten straszny abażur na niebie się pcha?

(… … …)

Na grandę. Na grandę. Granada maja…

Gdzie dechy teatru cokolwiek są zdrowsze

– stańcuje je w drzazgi śpiewając Mazowsze.

W ten sposób się kiedyś do trumien dobrali

i szkielet praojców z piszczela wypalił.

I z wyciem Syrena tarzała się w szkłach.

Uj, Lope de Vega. Estrada maja.

Ojczyzna zalana. I kręci się łza, jej!

Na „Ładzie” i „Składzie” łka Polska jak Rachel.

(… … …)


[8]

Naturalnie, wierszy nie można tylko pisać do odurzonej butelczyną wolności studenterii w klubie studenckim „Stodoła”. Pisze się je zawsze – identycznie, jak listy – do czytelnika jednego. Tylko jednego. Bacz więc na słowa pierwej niż baczyć będziesz na stelaż stancy. Nie martw się zbytnio, gdy ściana jedna nieco krótsza od drugiej, że gdzieś cegła lud dachówka odpadła. Stare domy rodzinne mają czasem takie ubytki. Życie ich, jak ich mieszkańców, nieco naruszyło, przygarbiło. Ale nie mają ochoty z tych domów do szklanych się przeprowadzić. Bo w szklanych domach jest zimno, ściany milczą. Nowe są przy szerokich, ruchliwych arteriach. Gdy starasz się w oknie powiedzieć chłopakowi lub dziewczynie, że ich kochasz – huk pędzących poniżej samochodów zagłusza twe wyznanie. A stare, stare przycupły, gdzieś przy małych skwerach, w starych uliczkach, gdzie na podwórkach przez lata wyrosły gęste i wysokie drzewa. Gdzie na ławce, ot tak, ad hoc, możesz zwykły wiersz napisać. O tym, ze słońce pod dniach powodzi spotkałeś, że dymy opadły. Mimochodem tylko myśl rzucisz, która zapląta się na sekundę, z echem pamięci początku, genezy życia. Na sekundę, bo wiesz, że życie jest takie krótkie, tak ulotne.

Czy wiersz jest sztuką? Doprawdy nie wiem. Zapewne. Ale po cichu myślę, że prawdziwy wiersz jest zapisem dziecka, więc skoro filolog ma go rozbierać i ubierać niechże będzie takim estetycznym dadaizmem. Bo ma być szczery przede wszystkim. Piszesz go do jednego człowieka. Nie dbaj o cokoły. Tyle ich już wzniesiono i tyle potem obalono. Niektórych wręcz na nie nie wznoszono a żywcem nabijano niczym na tatarskie pale. Ten kłopot zostaw potomności. Nie martwiąc się , czy do niej trafisz. Martw sie o tego jednego czytelnika teraz. Twojego przyjaciela, którego imienia nawet nie znasz. A jest. Bez niego byś tych wierszy nie pisał.


[1] Cz. Miłosz, Poszukiwania; Wyd. CDN, Warszawa 1985; s. 16

[2] ibid, s. 122

[3] litera J sugeruje, że fragmenty Pięcioksięgu Tory są autorstwa samego Jahwe, czyli J=Bóg

[4] „The Western Canon. The Books and School of the Ages”, Harold Bloom’ wyd. Harcourt Brace & Comp., 1994; s. 77-87

[5] „The Epic of Gilgamesh”, tłumaczenie i wstęp’ Andrew George; wyd. Penguin Books, 2003

[6] “Beyond Good and Evil. Prelude to a Philosophy of the Future” trans. and Commentary by Walter Kaufmann; by Random House, 1966; s.28

[7] „Agonia i Nadzieja. Poezja Polska od 1956. T.3” Piotr Kuncewicz; Polska Oficyna Wydawnicza BGW, Warszawa, 1993;

[8] ibid, s.17

Polska i Kanada. Polska i Polacy.

by Bogumił Pacak-Gamalski

Polska to dziwny kraj, zaiste. Piękny geograficznie i sentymentalnie. Ta piękność geograficzna naturalnie ma się nijak do oszałamiającego piękna Kanady, mojego obecnego kraju – ale Kanada ma niewiele więcej niż 2.5 miliona mieszkańców od Polski, a powierzchnia Kanady jest większa o … 9671000 km kwadratowych. Bagatelka. Tylko 30 razy większa. Więc na jedno ładne jezioro – w Kanadzie jest 100 takich ładnych. Na jeden szczyt – w Kanadzie jest pięćset takich, na kawałek brzegu małego morza – w Kanadzie są tysiące kilometrów wybrzeża trzech … oceanów (gdy ma się trzy oceany, kto sobie będzie głowę zawracał morzami? LOL).

Ale sentyment właśnie nie patrzy na ilość i wielkość: rzeczkę znajomą w Polsce mogę tylko do jednej rzeczki w Kanadzie porównać, Orlą Perć tylko do tych szczytów i grzbietów, którymi w Kordylierach kanadyjskich  ponad czterdzieści lat temu łaziłem (głównie w ich paśmie Gór Skalistych). Prawda mimo to trochę to bogactwo (jak w banku wspomnień) pod uwagę brać musi. Wiec tego piękna geograficznego jest w Polsce sporo mniej niż w Kanadzie.

Piękno sentymentalne? Poza pięknem dzieciństwa i kilkoma laty ledwie wczesnej młodości, które są niepowtarzalne jakiekolwiek by nie były (a były) trudne – i tu Kanada pierwszeństwo bierze. Cóż, kochani – całe życie dorosłe, dość już długie, w Kanadzie przeżyłem. Większość przyjaźni wspaniałych, miłość mego życia i małżeństwo wieloletnie, szczęśliwe z tym mężczyzną. Ano właśnie – z mężczyzną. Gdybym był pozostał w Polsce i gdybym wygrał loterię życia po raz drugi i znalazł w niej miłość mojego życia – o jakim małżeństwie moglibyśmy mówić? O żadnym. Nie istnieje coś takiego w Polsce. Więc tak czy inaczej z tej Polski musiałbym schrzaniać do jakiejś Francji, czy Hiszpanii, do jakiegokolwiek normalnego kraju. Bojownikiem o Sprawę trudno być całe życie. Bo obok jest życie normalne właśnie, które biegnie dość szybko, mija. Namaszerowałem się i pobiłem o co trzeba w końcówce lat 70  i pierwszych kilku tych znamiennych osiemdziesiątych. W 1990 okazało się, że większość rodaków, która ze mną maszerowała – biła się o inną Polskę. Moją mieli w dupie.

A jednak. Mimo wszystko. Tak, przyznaję – mam do tego małego kraju nadwiślańskiego serdeczne uczucia. Gdyby tylko tak trochę wymieszać, trochę tamtych gdzieś przenieść, trochę tych tam zawieźć … . Ech, leży chłopak na łące w leniwe popołudnie, w gębie żuje jakiś kwiat mleczu lub chabru i gapi się w obłoki i marzy. Wypisz-wymaluj, jak u Chełmońskiego. I tyle z tego.

Może jednak wrócę, tak na pół tu – pół tam. Może. I znowu trzeba będzie tumanom w jakimś Urzędzie tłumaczyć, że nie, nie mam ‘stanu wolnego’, że jestem wdowcem. Nie, nie po żonie a po mężu. I tak w koło Macieju. Ale raz już im kilka lat temu w Urzędzie Wojewódzkim tłumaczyłem, wykład zrobiłem. To mnie nawet trochę bawi, gdy trzeba oczywistą rzeczywistość biedakom tłumaczyć: nie, Słońce nie kręci się wokół Ziemi, proszę pana.  Trzeba tylko pomyśleć, niech pan spróbuje, to tylko na początku wydaje się straszne.  

Więc jaka jest lub niedługo jaka będzie ta Polska, do której mógłbym się ewentualnie częściowo przenieść? Ano popatrzmy, zbadajmy.

Pamiętacie ledwie wczoraj ten wspaniały Marsz w Warszawie zwołany na prośbę Donalda Tuska,  te falujące tłumy uśmiechniętych twarzy od Ogrodu Botanicznego aż do Placu Zamkowego? Naturalnie, że pamiętacie. A przecież za kilka miesięcy, tuż-tuż, będą wybory parlamentarne. Notowania PO i Tuska wzrosły, notowania ‘ciemniaków, spadły. Niewiele, ale spadły w końcu. Polska 2050 (tak, tej grupy nazwanej przez warszawiaków – od nazwiska założyciela *ujownią …) w zasadzie poza poprzeczką wyborczą,  tzn. raczej bez jednego nawet mandatu. Nawet PSL podobnie – partia chłopska w Polsce, kraju chłopów! Witos się chyba w grobie przewraca. Cóż – lokalny klecha wiejski ważniejszy niż polityczny zmysł dumy włościanina-chłopa.  Okazało się, ze ten chłop nie taki dumny. Za to chytry i przekupny. Oj, pozmieniał ludzi ten PRL. A te ‘chłopstwo’ dzisiejsze to nikt inny, jak dzieci chłopów PRL.

Lewica swoja działkę (poniżej 10 mandatów) dostanie. Więc wedle badan ostatnich PiS ma autentycznie szansę … przegrać! O włos ledwie lub na równi z PO. Ale wtedy Lewica bez wątpienia poprze PO i zrobią rząd koalicyjny. Demokracja to demokracja. Pan Duda (oby tylko nie robił żartów po angielsku …) będzie musiał zaprzysiąc. Wola parlamentu. Prawda? Guzik.

Tusk (choć nie z winy Tuska, LOL) rządu nie powoła, premierem nie będzie. Jak? Skąd? Dlaczego?! Popatrzcie na sondaże. Jednej partii dotąd nie wymieniłem. A ta partia ma wyraźna szansę na ponad 20 mandatów. Której? Naprawdę nie wiecie, czy rżniecie durnia? Faszystów. Tak, Konfederację Wolność i Niepodległość. Ta od Falangi, od Młodzieży Wszechpolskiej, od Korwin-Mikkiego, od Bosaka (ten, jak był młodszy zawsze przypominał mi czysto aryjskiego chłopca, gdzieś w Bawarii w mundurku harcerskim Hitlerjugend …). Otóż ta partia, w Polsce (sic!) ma poważne szanse zebrać dobrze ponad 20 mandatów, może i trzydzieści kilka. Jak sądzicie – będą niezależni w Sejmie czy wejdą w koalicję z PiSem? Albo inaczej – pozwolą Lewicy (sic?) współrządzić z PO czy też natychmiast wejdą w układ koalicyjny z Kurduplem?  Tajemnica niezbadana … nie. Równanie bardzo proste. Cuda są może na koncie bankowym księdza Rydzyka – w polityce cudów nie ma. Nawet w polityce partii bardzo katolickich. W polityce są układy i długie noże (szczerzonego pan bóg szczerze).

Le Pen nie udało się we Francji, Konfederacji udać się może w Polsce. I w Polsce może być gorzej, bo demokracja francuska jest dość stara i zakorzeniona. I nawet wygrana pani Le Pen, by tego nie potrafiła zmienić. A na ile Kaczyński w takiej ewentualnej koalicji pozwoli liderom Konfederacji? Na bardzo dużo. Bo Kaczyński szczerze, od serca, serdecznie nienawidzi Tuska. Polaków chyba też (ale nie aż tak silnie), bo nigdy mu serca i miłości na jaką zasłużył nie okazali. A przecież on mógłby był tyle dla Polski zrobić! A nie zrobił, bo mu niewdzięczni rodacy nie zaufali. Wiec niech teraz maja Korwina i Bosaka, zasłużyli na to.

To tyle mili moi na dziś. Powodzenia życzę. Tak tylko, mimochodem jedynie podszepnę: to przewidywania. Bardzo realne, ale przewidywania. Sondaże to ciągle nie wybory. Na kartce sondażowej (lub przez telefon) można różne dawać odpowiedzi. To nic nie kosztuje. Dopóki karta wyborcza nie wpadnie do skrzynki wyborczej. O ile wszyscy będziecie głosować (w tym najmniej elektoralnie czynne a największe środowisko ludzi w wieku 18-30 lat) to nawet jest szansa zniwelować ilość głosów na Konfederacje i jednak rząd PO i Lewicy wprowadzić. Ale musielibyście rzeczywiście stanąć na wysokości zadania. Wszyscy. Czy potraficie? Nie wiem, historia współczesna udowadnia, że nie potraficie, że macie to wszystko w dupie. Miejcie, OK. Ale wierzcie mi, że jest zasada od jakiej do tej pory nikomu się uciec nie udało – jeśli masz w dupie polityków i na nikogo głosować nie będziesz, to ci politycy rządząc będą ciebie mieli w dupie też. A ten, który rządzi ma dużo większe możliwości spieprzyć ci życie, niż ty jemu.

Czy to wszystko i czy ci wszyscy się mylili? Po co to było, jeśli tego nie obronimy, nie odbudujemy?

Mateuszek, Justin, Putin, Polska i Ukraina

Bogumił Pacak-Gamalski

Kilka tygodni temu, na zaproszenie rządu kanadyjskiego, przybył do Ottawy premier Polski, Mateusz Morawiecki. Naturalnie, tematem zasadniczym była sytuacja na Ukrainie, obronność wschodniej flanki NATO i Europy (Poland), pomoc Ukrainie. Może to niesmacznie lub dwuznacznie (może jedno i drugie) napisać … ale napiszę: agresja Rosji na Ukrainę spadła PiSowi, jak prezent od Mikołaja na Gwiazdkę.  Nagle reżym PiSowski z czarnej owcy europejskiej zamienił się hinduską Świętą Krowę, której nie wypada krytykować. Przeciwnie – należy wspierać zbrojnie, politycznie, finansowo. Co wiele krajów (zwłaszcza USA i Kanada, tj. kraje, które aż tak nie są zaangażowane w szczegóły problemów Unii Europejskiej) czyni skwapliwie. I ta pomoc bezwzględnie jest Polsce bardzo potrzebna. Ale jeszcze bardziej PiSowi. Niestety, znaleźliśmy się w sytuacji patowej, gdzie zmuszeni jesteśmy wybrać mniejsze zło. A Kaczyński bezwzględnie  jest złem o wiele mniejszym niż bandzior Putin.  Nie tylko mniejszy, ponieważ jest kurduplem, bo i Putin do zbyt wysokich nie należy, ale przede wszystkim Kaczor i PiS władzę dostali z rąk społeczeństwa polskiego. Z rąk wyborców w wyborach generalnie rzecz biorąc wolnych i nie fałszowanych. Czyli Polacy w Kraju mają rząd taki, na jaki zasłużyli.

To nie znaczy jednak, że mamy wszyscy kłamać. Od kłamania jest premier Mateuszek. Jednym z pytań zadanych premierowi Trudeau na konferencji prasowej z Mateuszkiem, było pytanie o sytuację osób LGBTQ w Polsce – w kontekście pytania zawisła oczywista wiedza, że ta sytuacja do najlepszych nie należy.  

Tu trzeba nieco światła rzucić o postawie Justina Trudeau wobec społeczności LGBTQ. Nie tylko  jego rząd (poprzednie od wielu już lat i każdego koloru ideologicznego – konserwatystów i liberałów, socjaldemokracji i Zielonych) uznawany jest za czempionów pełnego równouprawnienia wszystkich obywateli Kanada bez względu na orientację seksualną. Ale szczególnie młody Trudeau sam wykreował z siebie postać sztandarowego przyjaciela i sojusznika gejów, lesbijek i osób transpłciowych.  Nie ma parady Pride w której każdego roku by nie szedł w czołówce: jeśli nie w Ottawie to w Montrealu, nie w Montrealu to w Toronto, nie w Toronto to w Vancouverze. A od kilku lat w miesiącu Pride (tak, w Kanadzie mamy cały miesiąc, w którym odbywa się tysiące takich marszy, spotkań, wystaw, projekcji filmowych i teatralnych) w otoczeniu innych ministrów Gabinetu, przed Parlamentem w Ottawie wciąga na maszt wielką Tęczową Flagę, obok flagi kanadyjskiej. Jeśli dodać jeszcze, że jest przystojnym i stosunkowo młodym mężczyzną ubierającym się i zachowującym z dość dużym sex appeal’em, to jawi się postać prawie pocztówkowa całego LGBTQ. Co mu kompletnie nie przeszkadza, a podejrzewam, że łechce to jego męską próżność faceta świadomego swej atrakcyjności.

Pan Trudeau odpowiedział, że spytał się o to swego rozmówcę.  A rozmówca – Mateuszek – dodał, że w Polsce absolutnie nie ma polityki prześladowania osób LGBTQ, wszyscy obywatele są równi wobec prawa. Ale skwapliwie dodał, że jego rząd prowadzi aktywną politykę pro-rodzinną i pro-wielodzietną. Nie, nie zająknął się ani razu, ani nie wybuchł histerycznym śmiechem. I to był koniec tego tematu na Konferencji. Trochę mi szczęka opadła, przyznaję. Rozumiem, że Mateuszek nie może konkurować z Justinem o ochy i achy gejów kanadyjskich – ani polskich – a jego sex appeal jest zbliżony do nieheblowanej dechy sosnowej ale … . Mateuszku biedny, jak możesz chrzanić o polityce pro-rodzinnej wykluczając z tego rodziny LGBTQ w Polsce, jak możesz pieprzyć (lub solić) zupę o dzieciach wyłączając z tych przypraw dzieci LGBTQ lub rodziców gejów i lesbijki z dziećmi? I spodziewałem się, że Justin-przystojniak doda kilka słów po durnej odpowiedzi Mateuszka. A nie dodał. Bał się, że co? Że Polska zamknie swoje terytorium dla dostaw broni dla Ukrainy? Że sojusznika się  nie krytykuje? Perfuma francuska ci do głowy przesiąkła, Justin?! Gejowie i lesbijki (‘+’ naturalnie też) nie mają w Polsce żadnych praw. Żadnych. Podstawowe obywatelskie – tak (głosowanie, płacenie podatków, służba w wojsku, dostęp do szkół średnich i wyższych, itd). Ale aby stworzyć system dwóch kategorii obywateli  – równych i równiejszych – trzeba by było kolosalnych zmian konstytucyjnych i kolosalnych hałasów i finansowych kar z Brukseli. Wiec obywatel jest jeden, z równymi prawami. I jest bezpłciowy. Czyli bez jaj i bez pochwy, wykastrowany. To, Justin, powinieneś powiedzieć. Nie musiałeś obrażać, wystarczył język dyplomatyczny ale jednoznaczny. A nie powiedziałeś. Nosisz dalej obcisłe, seksowne spodnie i dbasz o fryzurę, masz seksowny swagger w chodzeniu – ale ja cię z mojego różańca gejowskiego odczepiłem. Równouprawnienie i jednakie wszystkim prawa człowieka są dla mnie ważniejsze niż układność sojusznicza.  I pamiętaj, że prawdziwym sojusznikiem Kanady jest Polska, kraj, nie –obecny rząd quasi-faszystowski.  

Wracając do agresji rosyjskiej na Ukrainę i pozycji Polski. W świetle mojego zwrotu, że to prezent gwiazdkowy dla PiS. Nie dla Polski ale dla PiS. Po upadku Trumpa rząd PiSowski stracił prawie wszystkich sojuszników zachodnich. Nie formalnie naturalnie – Polska jest i w NATO i w UE. Ale, jako bliskich przyjaciół, z którymi w przyjacielskiej i życzliwej atmosferze ubija się ekonomiczne interesy, korzystne dla obu stron.  Którzy w kłopotliwych sytuacjach (w jakich każdy, nawet najzacniejszy kraj, czasami się znajdzie) poprą, podadzą dłoń. Macierewicz (ten od fruwającej sosny i bomb barycznych) ośmieszył i publicznie upokorzył całe dowództwo polskich Sił Zbrojnych.  I ta Armia była chyba w gorszej sytuacji niż Armia polska w 1939. Nie, nie żartuję. Proszę spojrzeć do Googla i spytać, jak długo broniły się kraje Beneluxu i kiedy Francja pocałowała Hitlera w dupę. I nie zapominać, że u ich granic nie stanęły z przeciwnej strony armie sowieckie. Tak tylko przypominam.

Więc ta Armia Macierewicza i Błaszczaka wyglądała marnie. Pewnie, że mogli liczyć (w razie czego) na pełne wsparcie NATO. Nie sądzę, że NATO mogło liczyć na znaczące wsparcie Polaków w jakiejkolwiek wojnie w Europie. A nasz udział wcześniej w walkach w zrujnowanym przez Amerykanów i Brytyjczyków Iraku uważam za hańbę i wstyd – nie za chwałę oręża polskiego.  Czym by niby NATO mieli wesprzeć, sowieckimi czołgami i samolotami? Wystawiliby kilka dywizji Rosomaków (niezła samobieżna haubica rodzimej produkcji)? Nie bardzo, z zamówień i mocy produkcyjnej jedną by było trudno wyposażyć wtedy. Co za okazja z tą nieszczęsna Ukrainą, przecież Ukraińcom te samoloty i czołgi tak by się przydały! I z taką skwapliwością, nim Amerykanie i Niemcy zrozumieli, że ta pomoc w sprzęcie jest Ukrainie niezbędną, forsowaliśmy i oferowaliśmy te czołgi i samoloty. Wyglądaliśmy na bohaterów, niezłomnych przyjaciół Ukrainy. I wiedzieliśmy, że będąc krajem NATO i UE o najdłuższej i najgorętszej granicy wschodnio-centralnych flank NATO – nasi formalnie sojusznicy zrobią wszystko, by Polską Armię uzupełnić o nowoczesne środki bojowe. Co zrobili. A Ukrainie te samoloty i te czołgi T50 też się przydały. Nam też by się przydały w 39 francuskie tankietki i angielskie samoloty. Darowanemu koniowi nikt w zęby nie zagląda.

Czołgi i samoloty, rodziny heteronormatywne i rodziny LGBTQ, co to ma wszystko wspólnego ze sobą? Wszystko. Wojna na Ukrainie nie powinna fałszować obrazu sytuacji politycznej w Polsce – ani w Europie ani w Ameryce Północnej. Jakikolwiek będzie rezultat tej wojny. Nie wyobrażam sobie, by Ukraina tę wojnę kompletnie przegrała. Mam też – i smuci mnie to bardzo i mam nadzieję, że się mylę – obawy, że nie wygra jej kompletnie. Zasoby ludzkie Ukrainy są wielokroć mniejsze niż Rosji. Początkowe klęski Rosjan były efektem wprost dziecinnych błędów taktycznych wojsk rosyjskich. Może faktycznie wyobrażali sobie, że to będzie wręcz spacer i będą witani z kwiatami? Zima na froncie południowym należała do Rosjan. W dodatku Rosjanie prowadzą wojnę totalną – wojnę, w której nie ma różnicy między walką przeciwnych armii  a ludnością cywilną. Bombardowanie i ogień artyleryjsko-rakietowy wobec miast i obiektów cywilnych jest nieustanny. Jak i stałe i systematyczne zamienianie w gruzy infrastruktury przemysłowo-gospodarczej. Miliony Ukraińców (w tym bardzo dużo mężczyzn w wieku, w którym w wojsku mogliby służyć) opuściło Ukrainę. Jak sądzicie – ilu z nich teraz, gdy rozpoczęła się ofensywa ukraińska wróciło do Ukrainy? Batalion udałoby się wystawić? Nie wiem. Nie sądzę by wielu. To ludzkie i naturalne zachowanie. Ale i o tym trzeba myśleć, rozumieć. Ci wszyscy uchodźcy, którzy w wielu krajach – w samej Kanadzie już chyba blisko 200 tysięcy – znaleźli schronienie, to wielka strata dla Ukrainy. Oni nie siedzą w jakichś obozach dla uchodźców. Są normalnymi emigrantami, pracują, chodzą do szkoły, rodzą na emigracji dzieci. Wrastają w nowy kraj. Ilu z nas, Polaków, wróciło po 1982? A chcieliśmy, myśleliśmy. I wrośliśmy w nowy kraj. Założyliśmy rodziny, nasze dzieci pokończyły tu szkoły. Tak, trochę nas wróciło, ale bardzo mało. Teraz, po 40 latach wraca więcej. Bo są już emerytami z kanadyjskimi emeryturami. Będą żyć w Polsce nie z ZUSu a z Canada Pension Plan. Dostatnie i wygodnie. Do działalności gospodarczej nie wrócą, nie muszą. Kupią ładne mieszkania lub domki i będą czekać na miejsce na rodzinnym cmentarzu … . Życie. Polska na tym straciła bardzo przez te aktywne lata po 1990. Ile straci Ukraina? Obawiam się, że podobnie.

Fabiusz Makismus ‘Kunktator’

Tak oczekiwana ofensywa ukraińska na południu w zasadzie ugrzęzła w wojnie pozycyjnej. Rosjanie mieli czas i okopali się bardzo silnie.  Zachód też prowadził cały czas niezrozumiałą i kunktatorską politykę. Oby to kunktatorstwo nie było celową i konsekwentną strategią Fabiusza Maksimusa, użytą w wojnie punickiej z Hannibalem (to Fabiusz wprowadził wówczas to określenie cunctari, jako taktykę). Każdy nowy i niezbędny rodzaj broni dla Ukraińców był najpierw odrzucany, aby po miesiącu lub dwu jednak przyznać to im. Na wojnie miesiąc czasu to wieki. Zwłaszcza współczesnej, bardzo mobilnej wojnie. I te bezsensowne zakazy używania jakiejkolwiek broni na terenach przygranicznych Rosji właściwej. Rosjanie stamtąd mogą wysyłać samoloty bombardujące szpitale i szkoły ukraińskie. Ukraińcom nie wolno ostrzelać kolumn wojskowych lub lotnisk rosyjskich po drugiej stronie granicy z Ukrainą. Bezsens. Wobec przeciwnika, który łamie wszystkie międzynarodowe normy prowadzenia działań wojennych. Jest de facto i de iure wojennym przestępcą.

Wracając do PiS i Polski. Te dwie sprawy: wojnę na Ukrainie i łamanie praworządności w Polsce, brak (ciągnący się od zawsze, a więc i od czasów Platformy Obywatelskiej i nawet rządów socjaldemokratycznych) ochrony praw mniejszości LGBTQ+ nie wolno łączyć. Jakikolwiek rząd w Polsce będzie dalej sojusznikiem Zachodu w walce o pokonanie rosyjskiej inwazji na Ukrainie. Wolna i niezależna Ukraina to sine qua non każdej formacji politycznej w Europie Wschodnio-Centralnej.  Oczywiście, nawet i te stwierdzenie nie ma mocy niepodważalnej. Ostatecznie Węgry też są w Europie Centralnej. Czy Orban by płakał, gdyby Putin wygrał? Pytanie retoryczne?

Wystarczy na jeden dzień. Może za kilka dni poobrażam innych. Albo skłonię do myślenia niezależnego, wyjętego z ramek wygodnych szablonów. Nigdy nic nie wiadomo – to wiemy. Zwłaszcza wtedy, kiedy wiadomo.  

Kamienie i Ty. Anioły i Ty.

Bogumił Pacak-Gamalski

Kamienie są twarde, są zimne. Kamienie to mur odgradzający, zabraniający wstępu. Mur między życiem i śmiercią. Nad murem unosi się w powietrzu przedwieczny, czarnoskrzydły Uriel. Dobry. Mądry. Spolegliwy. Anioł Śmierci, która jest życiem.

Tak, jak ty jesteś moim życiem. Ty jeden będziesz towarzyszem Uriela, gdy stanę przed murem kamiennym, a on, jednym skrzydłem uniesie mnie ponad te kamienie.

Uriel

Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Blisko, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek ze wszystkich, których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pospiesznym serce i myśli

skołatane, gdzieś, ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartą. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią krople pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgła gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.[1]

                I obyś nie zapomniał, obyś nie odmówił Aniołowi Śmierci pomocnego ramienia w przeniesieniu mnie poza ten mur. Tam, do naszego nowego Domu. Tam, gdzie już mnie nigdy nie opuścisz. Gdzie na moment w żadną wycieczkę, żadną podróż bez Ciebie ja już nie wyruszę.

Bo nie ma śmierci pełnej, całkowitej, póki jest pamięć. Śmierć kompletna nastąpić może jedynie, gdy nie będzie nikogo z żywych. Gdy nie będzie życia. Gdzie wszystko będzie na dzień przed primodialnym bagnem[2], oczekującym na iskrę bytności. Więc przed tą iskrą, jest tylko dymiące trującymi oparami bagno, jest chmura niekształtna pyłu kosmicznego pędzącego w otchłań Czarnej Dziury. A możliwe są tylko dwa wykluczające się rezultaty: Nic, które jest śmiercią kompletną lub Supernowa budząca tę iskrę. Gdy już zaistnieje – nie ma odrębnych bytów życia i śmierci. Jest podwójne zaistnienie złączone obrączką pamięci, gdy wszystkim się zdaje, że on gra jeszcze, choćby echo grało tylko[3]. Więc nie ma śmierci, póki jest pamięć życia. Póki jesteśmy w czyjejś pamięci.

Kamienie tęż są żywe. Przyłóż do ucha, wsłuchaj się w bicie ich jąder, ich pędzących elektronów, protonów. Tam skryta jest też pamięć genezy, zaistnienia, iskry. Uriel nie stoi z mieczem płomiennym, jak okrutny Michał na skraju bagna primodialnego.

Wszystko to zresztą, Babycake, może być moja imaginacją. Może nie m nawet Uriela, który ostatecznie Staremu też pomagał w gnębieniu człowieka przy wypędzeniu z Raju. I razem potem odlecieli ku jakiejś nebuli wypełnionej pyłem  śmieci kosmicznych. Może moje spotkania były ze szlachetnym i pięknym Saatanelem, jedynym aniołem Życia i Śmierci. Jedynym przyjacielem Człowieka. Wiernym. Tym, który niecność Starego poznał i odwrócił się od niego. A ty we mnie jesteś. Nie wydaje mi się to, nie jestem w malignie. Nawet nasze pasje są żywe w mojej pamięci. Poznaje smak gorącego pocałunku, jaki składałem na twych ustach, gdy trzymałem cię w objęciach w dzikich ostojach Sibald Flats[4], u podnóża Kanaskis. Pamięć jest przechowalnią życia. Nie jest życia cmentarzem.


[1] „Wiatry – Wybór wierszy”, Vancouver, Cambridge Press, 2015. ISBN 978-0-9940986-03; s56

[2] ang. primodial soup; pol. zupa pierwotna – archaiczny okres geologiczny, który dał początek materii organicznej – życiu

[3] parafraza z Księgi IV „Pana Tadeusza” A. Mickiewicza (gra Wojskiego na rogu)

[4] gęsto zalesione, dzikie tereny między szosą #1 (Trans Canada) i Elbow River w Albercie

Mosty i Anioły

Bogumił Pacak-Gamalski

Mosty dzielą. Tu jesteśmy my – tam są oni. Przez długie wieki budowaliśmy mosty zwodzone na zakolach rzek. Te dzieliły najlepiej. Gdy oni chcieli przyjść nieproszeni i liczni – podnosiliśmy most i nie mogli bez ryzyka najgroźniejszego.

Mosty łącza brzegi i ludzi. Poznajemy się, odwiedzamy. . Czasem zakochujemy się w chłopcu lub dziewczynie z drugiego brzegu. Wówczas często spotykamy się na moście, na ‘ziemi niczyjej’, pomiędzy brzegami. Wówczas te brzegi należą jednako do nas obojga lub obu.

Mosty są chyba są chyba największym osiągnięciem cywilizacji archaicznej.

Apollinaire pisał  pięknie o moście na Sekwanie w „Moście Mirabeau”.

Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana

                I nie jedna miłość

Czy nie dość wspomniana

Po bólu zawsze radość niespodziana.

                Zegar niech dzwoni noc niech nastaje

Dni ulatują ja pozostaję[1]

Po pożarze katedry Notre Dame w 2019 napisałem własna przeróbkę tych dwóch pierwszych stanc zachowując semantyczną specyfikę jego wiersza robiąc tym ukłon wobec świetnego poety epoki odległej i wobec symboliki Notre Dame dla kultury europejskiej „Pont Neuff i Apollinaire na Pont Mirabeau”

Pod mostem rzeki w sercu Europy

                Moknie cień Notre Dame

Wieże, absyda, ja sam

Płoną przez historie i potopy

                Dzwon się rozhuczał ogniem kołysze

                A ja jak kamień zapadam w ciszę[2]

Mosty. Kamienne, drewniane, wiszące. Mosty prowadzące do miasta i mosty wewnątrz miasta. Z nazwami i bezimienne. Mosty z posągami, jak most Karola w Pradze, ponad piękną Wełtawą. Mosty złocone prowadzące do złoconej kopuły Inwalidów w Paryżu. Lubiłem chodzić właśnie przez Pont Neuf do Ogrodów Luksemburskich, tam posiedzieć na ławce, wypić może butelkę wina i zagryźć bagietką z serem i potem dalej do Inwalidów. Których nie specjalnie lubiłem przez te potęgi i splendor. No cóz, Francja do skromnych nie należała. Naturalnie Poniatowszczak w Warszawie. Jeżeli czasu trochę było (czyli prawie nigdy lub tylko kawałek per pedes, a potem wskoczyć w tramwaj) piękny trakt ze Śródmieścia na Rondo Waszyngtona i potem we Francuską. Lub bardziej prozaicznie lub poetycko kulinarnie do małego sklepiku z … koniną, tuż przy wiadukcie kolejowym prowadzącym na dworzec Wschodni. Kiełbasa z koniny podsuszona to był rarytas. Choć większość kręciła gębami, którymi nie kręcili, gdy pili wokół Stadionu 10-lecia śmierdzącą i ciepłą wódkę z butelki. Nie żeby mi się to nigdy nie przytrafiło (ale nie pod Stadionem, mam swoje zasady!) ale na kiełbasę z koniny mlaskałem.

Mosty zawsze lubiłem. I mostki, kładki prawie. Bajeczny most wiszący w Vancouverze, gdy czasem mgła szła z czeluści Burard Inlet poniżej i most unosił się w powietrzu ponad tą mgłą. Zjawisko wcale nie rzadkie a zawsze zachwycające. Lions Gate Bridge (tak się nazywa) zbudowany był przez tego samego architekta, który postawił dość podobny most w Halifaksie, który dziś widzę codziennie z okien i spacerów. I czasem też ginący we mgle, tym razem atlantyckiej. Bardzo lubię most-groblę prowadzącą do Pictou w Nowej Szkocji. Rozlega się stamtąd przepiękna panorama całego miasteczka. Dużo ładniejsza niż te miasteczko w rzeczywistości, które stale się remontuje ale swojej świetności już odzyskać nie jest w stanie.

Nie zapomnę nigdy małego mostku na rzeczce Volturno w środkowej Italii, przez który biegłem zdyszany do starożytnej Capuii  wykupić gazety z wielkimi tytułami na pierwszej stronie: La guerra in Polonia. Był 13 grudzień 1981. Czas się zatrzymał.

A anioły? Aniołe to dziwne stworzenia. Tak ważne, tak głośne, były ich zastępy – a z nazw nie znamy prawie żadnego. Gabriel, Satanel, Michał. Były w wyraźnej hierarchii, jedno i wieloskrzydłowi, niektórzy ponoć aż ośmio. Którzy nas bronią, kuszą i prowadzą na tamten świat. Ci, którzy posłuchali Starego i wypędzili nas z Raju. Rozmawiam z nimi czasem. Lubię ich. Są autentycznie przepiękni – nawet Ci potępieni. Zresztą może ci potępieni byli właśnie najprawdziwsi, najwierniejsi nam. Ci, co zostali przy Starym chyba nas nienawidzą. Bo przez wszechczasy byli Jego kompanią, a potem zachciało mu się jakieś eksperymenty robić. Stworzył pięknych w sylwetce ale nieporadnych strasznie. Przykutych do ziemi. A potem się naturalnie rozczarował i kazał tylko aniołom pilnować by czegoś zbyt niegodziwego nie zrobili. A jeśli zrobili to maja ci aniołowie ich ukarać. Na ogół śmiercią. Zostali więc w  większości Aniołami Śmierci.  W tej roli ich lubię, wyszlachetnieli. Śmierć ma to do siebie, że uszlachetnia. Jakby zapłata za cierpienia.

W wyborze wierszy poetów polskich zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżem Pacyfiku (od Seattle do Vancouveru) wśród moich wierszy jest „Objawienie”. Jedno z moich spotkań z tymi aniołami.

Anioł w Hyde Parku w Nowym Jorku

Oto objawił mi się Anioł i za rękę

prowadził długą leśna przesieką,

aż na wzgórze, skąd rozlegał się

szeroki widok na nizinę i rozsiadłe

w niej uśpione, stare miasteczko.

W zagrodach na obrzeżach miasta

słychać było ujadanie psów, które

przeczuwały nozdrzami psiej duszy

obecność niewidocznego Anioła.

A był piękny, przystojny i władczy,

ani szorstki, ni butnie zarozumiały.

Jego silne ramię, w pewnym objęciu,

było jednocześnie tkliwe i troskliwe.

… // …

W skrzydlatym otuleniu, które było

ciepłe niczym puchowa pierzynka,

czułem się bezpieczny i wniebowzięty.

To było jednak tylko uczucie –pragnienie,

gdyż wniebowzięty był oczywiście

jedynie Anioł, ja zaś, jako człowiek,

byłem ziemiowzięty na zawsze.

Czego wówczas jeszcze nie wiedziałem.

… // …

Anioł wzniósł się, rozprostował skrzydła

i powiedział: nie lękaj się, zaraz wrócę.

Po czym poszybował ku niebu.

… // …

… // …

I tyle go widziałem. Nie wrócił.

Zdarzało to się tysiące lat temu

i powtarzało regularnie

w każdym pokoleniu. Czy wracał

nieświadom czasu ludzkiego? Czy kłamał?

(fragmenty)[3]

W tym samym tomiku na s56 pisałem już o stalowym objęciu, zimnym a czułym jednocześnie, tego formalnego Anioła Śmierci, Uriela. Ten nie uciekł. I gdy przyjdzie, to nie zdradzi, nie zapomni. Ale to już inna historia.


[1] „Apollinaire”, PIW, 1968; s 33 (tłumaczenie i pod redakcją A. Ważyka)

[2] B. Pacak-Gamalski,  https://kanadyjskimonitor.blog/2019/04/16/nasza-notre-dame/

[3] „Wiatry” wybór wierszy, Strumien Pub. , Vancouver, Kanada, s 46-47 (https://www.worldcat.org/title/1036201589)

Rozmowa z Tobą – część druga

Bogumił Pacak-Gamalski

Aha, opowiem Ci też o powrotnej trasie znad Dollar Lake. Wtedy byłeś już zbyt zmęczony tym dniem, tą wyprawą, bo dla Ciebie to była wyprawa a nie zwykła, kolejna wycieczka. Wracać dużo dłuższą, wijącą się boczna drogą. Tak, wiem, że mogłem Cię namówić, że byś uległ moim prośbą. Ale wiem też i wiedziałem wówczas bardzo dobrze, że czas na tego typu namowy – którym na ogół ulegałeś i byłeś z tego zadowolony na końcu – już minął. Że robisz i tak więcej niż pewnie możesz i wysiłkiem bardzo dużym. Że robisz to dla mnie. Ale sprawiało Ci też to własną wielką radość , radość, że raz jeszcze gdzieś razem jedziemy, razem mamy czas jeszcze jednej przygody. Jak wtedy, gdy jechaliśmy na kilkudniowy biwak z Twoimi braćmi w Albercie, w widłach rozgałęzionej górskiej Old Man River. Mogliśmy jechać do Calgary jak zwykle krótką, 1000-kilometrowa ‘jedynką’.  Zasugerowałem, że może tym razem ‘trójką’, starym szlakiem południowej BC, wzdłuż granicy z USA. Tylko 500-600 kilometrów dłużej. Wyciągnęliśmy mapy. A może pierwszy odcinek przez stan Washington (dużo tańsza benzyna) i potem z Washington wjechać przez Osoyoos do 3-ki. Może 700-800 km dłużej, nie więcej. Jeszcze trochę myślenia. Wybraliśmy wariant przez USA. Tylko … o ponad dwa tysiące kilometrów dłuższy. Przez Washington, Idaho i Montanę. I kilka noclegów. Czas i zwiedzanie mieliśmy cudowny. Tak jak, późniejszy kilkudniowy biwak nad Old Man River w Albercie.

Więc cóż żałować, że króciutkiego, może 100-120-kilometrowego odcinka tamtego dnia nad Dollar Lake nie przejechaliśmy? Ale wiesz co, ja teraz wracając znad tego jeziora pojadę właśnie tą drugą, boczną trasą. I zabiorę Cię ze sobą.  Będę Ci opowiadał, gdzie jedziemy, co widzimy. Skręciłem więc nie w lewo, w kierunku lotniska i nr 2, a w prawo, w  Old Guysborough Road. Po krótkim odcinku Old Guysborough dojeżdża do ‘widełek’ i sama skręca w lewo aż do New Glasgow, przez samo serce Doliny. Ale my skręcimy w prawo w szosę 365 kierując się na Musqoboit Harbour. Tak, ten z tą lubianą przez Ciebie plażą Martinique, starą, nieczynna stacją kolejową zamienioną w muzeum, lodziarnią, piekarnią.

Szosa 365 wije się wąż pośród lasów, farm, a potem wzgórz zielonych. Najpiękniej jest jednak, gdy zbliża się do koryta i dalej razem, obok siebie, kierują się do Musqoboit. Ty byłeś moją ‘rzeką’, która obok mnie, ze mną, wiła się przez nasze życie. Wije się dalej, bo przecież rzeki płynące przez lasy, wzgórza też nie zawsze są widoczne. Czasem kryją się w gęstwinie zarośli, czasem chowają się po drugiej stronie wzgórza. Ale wiemy, że jest, że płynie.

Do miasteczka droga wjeżdża właśnie tuż przy tej stacyjce. Lubiłeś tam ze mną jeździć szosą #7 z Dartmouth. Lubiłeś tą plażę, te kościółki drewniane ustawione rzędem, jeden obok drugiego. Każdy innego wyznania a obok siebie, bez waśni. Cóż to za różnica, czy kapłan nazywał się ksiądz, pastor czy padre?  I czy był mężczyzną czy kobietą? Może dla ich przodków we Francji lub Szkocji to miało znaczenie. Ale nie dla nich. Kwestia tylko przyzwyczajenia i nawyku. Lubiłeś przy końcu tej długiej drogi, przy wjeździe na plażę, ten wielki Dom Noclegowy z wielka tęczowa flagą.[1] No widzisz? To teraz już wiesz dokąd prowadzi Old Guysborouh Road i szosa 365.

Pamiętam naszą pierwsza tam wycieczke z Dartmouth szosą 107. Wczesną wiosną w 2019. Wszystko było przykryte jeszcze śniegiem, jeziora i rzeczki grubą warstwą lodu. W Head of Chezzetcook, koło białego kościółka, łaziliśmy po starym cmentarzyku. I zastanawialiśmy się, jak wymawiać tą nazwę: Head of Chezzetcook?  Mieszanina staro-francuskiego z lokalnym językiem autochtonów używającym odmiany bardzo starego języka L’nu – plemion zamieszkujących olbrzymie tereny od wschodnich ziem dzisiejszego Quebec po Nową Fundlandię.

Ta nasza rozmowa, ta wycieczka-powrót nad Dollar Lake pomogła mi, Babycake. Strasznie mi tych rozmów brakowało. Ale nie pytaj zbyt wiele o teraz, proszę. Nie pytaj za dużo. Nie chce Cię smucić, bo dobrze nie jest. Jest źle. Pod wieloma względami. Ale nie martw się. Gdzieś przystań znajdę. Jakiś brzeg, jakieś trasy do łazikowania. Nauczę się może myśleć kategroriami ‘ja’. Ale nie chcę by moje ‘ja’ nie zawierało Twojego ‘ja’. Musisz być ze mną. Już chyba do końca. Bo po cóż mi szlaki, po co trasy, jeśli miałbym je przemierzać samotnie, bez Ciebie? Ale obiecuję, że dam sobie radę. Więc już się nie martw. Nie smuć.


[1] o plażach, kościółkach i osadach Wschodniego Wybrzeża pisałem tutaj: https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/15/of-clouds-water-and-land-travels-with-camera-on-east-coast-of-nova-scotia/

Chleb i złe małżeństwa

Pod wieczór już późny zebrała mi się ochota upieczenia chleba. Przypomniałem sobie sprzed wielu dziesiątek lat wakacje na rodzinnych resztówkach w Szwajcarii Kaszubskiej, nad jeziorem Łapalickim. Prócz skromnej chatki wuja z Sopot, którą razem stawialiśmy poprzedniego lata – nie było tam żadnych wówczas jeszcze innych zabudowań letniskowych. Wzgórze z lasem za nami też jeszcze do rodziny należało i stamtąd przytaszczyliśmy dwa piękne modrzewie, które posłużyły, jako dwie kolumienki trzymające ganek. Jak na dworek szlachecki wypadało. Tyle, ze prócz tych modrzewiowych kolumn nic dworskiego w budyneczku nie było – paździerzowe płyty, dykty jakieś, co się dało i udało. Jak to w kraju ‘demokracji ludowej’ bywało ze wszystkim: kolumnada na fasadę a reszta to dykta, klej i styropian. Ale dla nas, młodych to był raj. Za wzgórzem, spory kawał na piechotę, mieszkało stare małżeństwo Kaszubów. Tych prawdziwych. Daleko do wsi, tyle co do kościoła w niedzielę furmanką się wybierali do ‘wielkiego’ Chmielna, które może i z pięć tysięcy duszyczek miało. Po polsku prawie nie mówili, choć rozumieli dobrze. Gadali tylko po kaszebsku, po swojemu. To się do nich przez tą górkę i łąki chodziło raz w tygodniu po chleb. Pani Cymanowa, wysoka i prosta w postawie gospodyni, raz w tygodniu piekła na podwórzu w wielkim murowanym piecu chleby. Skłoniłem się w pas, jak przed dumną włościanką należało, pozdrowiłem jedynym pozdrowieniem, jakie uznawali za przyzwoite ,Beże pomagi’ (odpowiednik polskiego, na wsiach jeszcze za mojego dzieciństwa powszechnie stosowanego: ‘szczęść Boże’) a ona zadowolona wyciągała najpiękniejszy chleb kartoflany, jaki w życiu jadłem i widziałem. Bochen był olbrzymi, prostokątny, wierzch spieczony, bardzo ciemny a środek solidny i bialutki, jak śnieg omal. Ciasto nie było puszyste i lekkie, a gęste. Smakował – nie do opisania! I przez kilka dni zachowywał świeżość bez lodówek ani innych cudaków miejskich.

Takem se właśnie panią Cymanową przypomniał i ten jej chleb. No, to kartoflany zebrałem się piec. Zanim skończyłem zagniatanie i czekanie aż urośnie pod kocem, jedenasta w nocy nadeszła. No i do piekarnika włożyłem. I polazłem na krótki spacer nad morze na moje Kamienie. A na Kamieniach zawsze czas płynie inaczej. Zwłaszcza, gdy cicho, ni żywej duszy. O tej porze jeśli już to właśnie chyba tylko dusza jakaś by się ukazała. Przypomniałem sobie o chlebie i pędem (mój pęd teraz – tuż przed operacją – jest  dość naciąganym zwrotem literackim) do domu. Drzwi tylko otworzyłem i zapach najpiękniejszy wprost mnie w twarz uderzył. Zapach pieczonego chleba. Naturalnie, byłem troszkę za długo i chleb ciut przerósł i jakby w środku, rosnąc, nieco boki swe rozpruł . Ale już próbowałem i smak ma dobry. A ten zapach zaraz większą jeszcze masę wspomnień odległych przyniósł. Światów, konstelacji, po których ślad zniknął. Prócz tego w pamięci.

Przypomniałem dzieżę chlebową babci. Nie pamiętam, by kiedykolwiek ją używała. Ale miała zawsze. Nie wiem skąd oryginalnie: czy ze Słucka, z Woroneża czy już z Wilna? W Wilnie była bardzo zamożną panią, żoną znanego producenta instrumentów muzycznych (od 1935 główny dostawca instrumentów dla Polskiej Armii). Repatrianci z Kresów całego dobytku przecież wywieźć nie mogli na Ziemie Odzyskane. Zapewne brali wiec rzeczy najbardziej wartościowe na tą nieznaną i niechcianą wędrówkę ludów. A ona wzięła. Dziadek o te praktyczniejsze i wielokroć droższe manele zadbał – z tego, co Rosjanie nie rozkradli, a rozkradali lub niszczyli, co tylko im w ręce wpadło.

Więc ta dzieża była dla babci symbolem, że bez względu na rewolucje i wojny (przeżyła je wszystkie) żeby przeżyć trzeba jeść. Ziarno się zawsze gdzieś jakieś znajdzie, więc będzie mąka, jak będzie mąka to i zaczyn można zrobić, jak będzie zaczyn, to na dzieży można ciasto zagnieść. Proste. Po śmierci dziadka w 1965, babcia przeniosła się z Torunia do Warszawy. Do powojennych bloków na Mokotowie. I dzieża leżała tam pod … wanną. Bo nijak takiej wielkiej dechy wyżłobionej z jednego pnia nigdzie nie można było zmieścić. Mieszkanie warszawskie było dość ciasne, ze ślepą kuchnią. Zostało po najstarszym synu babci, muzyku, który dostał posadę w Filharmonii w Szwecji i aby go nie stracić (mieszkania) przyjechała babcia. Jedyne co mogła z naszego wielkiego mieszkania w Toruniu przewieźć to był piękny kredens gdański, samowar i  … tą drewnianą dzieżę. Gdy losy zmuszają nas do wielkich przenosin – zabieramy tylko to, co najważniejsze. Dzieża chlebowa była dla babci właśnie takim ważnym przedmiotem. Choć nie pamiętam, by go kiedykolwiek używała, a spędzałem z babcią bardzo dużo czasu. Po śmieci babci zawartość mieszkania na Mokotowie przeszła w ręce starszego kuzyna, babci najstarszego wnuka.  Jego zaś największym błędem życia był związek z młodą warszawską dziewczyną o zupełnie innych obyczajach i tradycjach. Kuzyn był bon vivantem nie przykładającym uwagi do spraw praktycznych. Kiedy ta warszawska dziewczyna z dzieckiem się gdzieś przy nim znalazła i powiedziała mu: zostaniesz moim mężem – nie zastanawiając się nad konsekwencjami i nie lubiąc sporów o jakieś ‘drobiazgi’, odpowiedział: no skoro tak uważasz to dobrze, jest mi obojętnie. I został. Dzieża wylądowała, gdzieś na śmietniku. Po latach zniknął i kredens gdański i samowar. Czasami jedne złe małżeństwo potrafi być bardziej zabójcze niż wojna lub rewolucja … .