Więc miałem pisać o Szopenie. Nie, nie o Szopenie. Miało być o laureacie XVIII Konkursu Chopina w Warszawie, o Kanadyjczyku Bruce Liu i moich wrażeń z jego interpretacji Koncertu Fortepianowego e-moll op.11. I od razu kłopot ‘opusowy’. Czyli to, co w wydawnictwach literackich określa się mianem ‘rok wydania’. Kolejność kompozycji oznacza się właśnie numerem opusu, tj. pierwszej publikacji kompozycji. Nawet nie pierwszej publicznej prezentacji utworu, ale właśnie publikacji kompozycji. Otóż Koncert e-moll ma opus oznaczony numerem 11, a Koncert f-moll ma numer 21, czyli późniejszy. A jest akurat odwrotnie. To ten 21 był skomponowany wcześniej i był pierwszym Koncertem Fortepianowym z orkiestrą skomponowanym przez Chopina. W związku z czym nie jest aż tak dobrze zrobiony, co kompozytorowi wytknięto. Chodziło zwłaszcza o część orkiestralną, która jest do skromnie rozbudowana i stanowi jedynie tło dla partii fortepianowej. To jest zgodne z doświadczeniem i studiami muzycznymi Chopina w Warszawie. Uczeń Józefa Elsnera nie mógł oprzeć się wpływom popisowej i salonowej manierze gry zwanej brilliant. Czasem chodziło więcej o pokaz wirtuozerii niż muzyczną architekturę, która dźwiękiem miała opowiedzieć jakąś historię, wizję, ideę. Więc jeśli pianista, to pianino właśnie ma być początkiem, środkiem i końcem kompozycji, a reszta jest tylko tłem. Zapewne chęcią wykazania, że potrafi skomponować pełny Koncert z rozbudowaną orkiestracją, która jest aktywnym współaktorem przedstawienia, skomponował w krótkim czasie Koncert e-moll, który opublikował jako pierwszy.
I faktycznie przyznać trzeba, że tenże Koncert jest perełką muzyki romantycznej. Można go słuchać bez końca i bez znudzenia. A delikatny temat muzyczny pojawiający się w każdej z trzech części jest majstersztykiem rozpoznawalnym, gdy tylko go usłyszymy gdziekolwiek i kiedykolwiek. Oczywiście, gdy mówimy ‘Chopin’ to zaraz słyszymy słynny fragment Poloneza Es-dur lub temat muzyczny Marsza Żałobnego. A dla mnie właśnie ten nostalgiczny refren z Koncertu e-moll sercu jest najbliższy.
Słuchałem więc gry Liu i Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej pod batutą Andrzeja Boreyko z olbrzymia przyjemnością.
Partie orkiestralne części pierwszej (allegro maestoso) są chwilami prawdziwie heroiczne w nastroju, tematy muzyczne podejmowane przez różne części orkiestry wspinają się i opadają na przemian, jak fale fale wiatru biegnące po łące. Brzmią echa subtelne poloneza. Te echa uwidoczni w swej części fortepian, uzupełniając je cieniami nokturnu. To właśnie ten fragment tego powracającego tematu muzycznego towarzyszyć będzie nam już do końca.
W części drugiej (romance. larghetto) i trzeciej (rondo. vivace). Wszystko to w atmosferze baśniowego rozmarzenia, nostalgii wspomnień. Ta nostalgiczność widoczna jest nawet w brawurowym rondzie vivace. Nawet tam, gdzie w wyśmienitej formie stylu brillant, pasaże na klawiaturze popędza tak, aż iskry poczną strzelać nad fortepianem. No, bo jakże by nie, jeśli w rondzie pobrzmią echa nie dostojnego dance la polonaise a skocznego krakowiaka? Ale i ten finał, przybrany niczym aria bell canta, jest podszyty słodkim wspomnieniem chwili, momentów. Uczuć.
Po wysłuchaniu Liu wiedziałem, że poruszył mnie do głębi. Sięgnął tam, gdzie artysta sięgnąć powinien. Coś mnie jednak zaniepokoiło, gdzieś jakąś pustkę odczułem i po zakończeniu nie wiedziałem już gdzie i co. Sięgnąłem po moją biblioteczkę CD i wyłuskałem nagranie z 2013 roku w Warszawie samej Akiko Ebi. Ebi w tym roku oceniała Bruce Liu, była jurorem XVIII Konkursu. A na ostatnim oglądanym ‘na żywo’ przeze mnie Konkursie w 1980, zdobyła 5 miejsce. Słuchałem więc wersji Ebi będąc wyczulony na szczegóły. Wiedziałem, że zagra dobrze (nagranie było zrobione na festiwalu ‘Chopin i jego Europa” w Studio Koncertowym Polskiego Radia). I tak zagrała. Bardzo dobrze, poprawnie. I ani razu nie odczułem wzruszenia, choć doceniłem technikę. I przez tą technikę dostrzegłem gdzie Liu, wydało mi się, zrobił błąd. Wróciłem do jego nagrania i posłuchałem raz jeszcze. Tak, część pierwsza, ‘Allegro maestoso’. Trema wzięła górę. Zmagał się z instrumentem, z orkiestrą. Kompozycja panowała nad nim a nie on nad kompozycją, parafrazując piękne słowa zmarłej miesiąc temu wielkiej śpiewaczki operowej, Guberowej.
Edita Gruberowa przygotowując się do roli Lukrecji Borgii w wieku 62 lat, roli w której bel canto jest u szczytu swego stylu, powiedziała, że od pierwszej nuty musi wiedzieć czy ta nuta ma ją, czy też ona ma tą nutę w swej kontroli. I tak właśnie słuchałem Bruce Liu, grającego w Warszawie Koncertu e-moll. Kto zapanuje? Orkiestra? Fortepian? Pianista?
I pamiętałem o słowach tak obszernie cytowanych w części I tego cyklu związanego z muzyką Chopina. Słowach Lidii Grychtołówny, że na Konkursie Chopina nie szuka się dobrych i bardzo poprawnych pianistów. To się zakłada z góry, skoro już eliminacje do Koncertu przeszli. Szuka się tych, którzy używając języka Chopina mają coś do powiedzenia. Coś nie tylko technicznego ale coś emocjonalnego, coś, co z ich duszy uniesionej skrzydłami nut kompozytora spod klawiatury wypłynie. I co nas dotknie. Czym będziemy poruszeni.
Bruce Liu nie mógł zapanować kompletnie na kawalkadą koni orkiestry ni nad swoim wierzchowcem w allegro. Nie dał się ani stratować ani w popłochu nie uciekł. Ale nie był hetmanem jazdy. Posłusznie wykonywał rozkazy, bojąc się wodza (kompozytora i dyrygenta). Dopiero w finale allegro, jakby się zbudził. Przechodząc w kłus liryczny larghetto był już wolny. Mógłby iść w cwał (co – jak należało – zrobił w rondo vivace), lub zwolnić do spaceru. Mógł puścić wodze swego wierzchowca, nad którym w pełni zapanował. Nawet wyraz jego twarzy uległ zmianie, pojawił się pewien uśmiech mówiący: ach, teraz cię mam i ty odczuwasz każde drgnienie moich mięśni, mojej woli, bieżysz tam i tak jak ja chcę. Reszta to już historia drogi Czytelniku. Cała opowieść pana Chopina, wszystkie jego wspominania ciepłe i serdeczne młodości polskiej, uczuć serdecznych, w tej muzyce granej przez Bruce Liu, w tym tańcu nutek i bemoli zobaczyć możesz. A o to chodzi. By obudzić wyobraźnię słuchającego. By zabrać ją lub jego w tą cudowna podróż. Podróż, która może się okazać niespodziewanie bardzo podobną do naszej podróży sprzed lat wielu lub kilku choćby. Bruce Liu zdecydowanie mnie w taką podróż, z maszynistą Andrzejem Boreyko, zabrał. A pani Akiko Ebi nie potrafiła, choć z przyjemnością jej słuchałem.
Fantastyczna pianistka kanadyjska, Janina Fijałkowska, na swojej stronie Facebooka przypomniała, jak kilka lat temu (2013) oceniała młodziutkiego Bruce Lee na Krajowym Konkursie w Halifaksie, który Bruce wygrał. Od tamtego czasu śledziła i brała czynny udział w rozwoju muzycznym młodego pianisty. Po wygraniu Konkursu warszawskiego pani Janina napisała : „Xiaoyu Liu potwierdził dla mnie ponownie przez wiele lat, że moja wiara w jego głęboki talent i moja adoracja tego talentu była słuszna … i teraz wygrał jeden z najważniejszych, jeśli nie NAJWAŻNIEJSZY (podkreślenie J. F.) Konkurs. Ważne jest podkreślenie, że ten młody człowiek jest też bardzo dobrym i uroczym człowiekiem, co nie jest zawsze tym samym w przypadku innych super-talentów”. (wpis z 21 października, 2021)
Co czyni oba Koncerty Fortepianowe Chopina pewnym wyjątkiem w jego twórczości? Czym różnią się od polonezów, nokturnów, mazurków? Intymnością przeżycia i silną indywidualnością kompozytora. Stworzeniem świata opartego na własnych emocjach ale jednocześnie uniwersalnego w eposie człowieka. Wydaje mi się, że zbyt różnią się od jego wczesniejszych prób orkiestralnych i zdecydowanie bardzo od nielicznych późniejszych. Jedyne podobieństwo znajduje tu w balladach. Tak, jak Koncert e-moll, podobnie zauroczyła mnie jego Ballada f-moll op 52 grana w skromnym saloniku muzycznym w Vancouverze w marcu 2018 przez ćwierćfinalistę Festiwalu Chopina w Warszawie, Łukasza Mikołajczyka. Wydobył wówczas z tego utworu całą głębię jego poetyki. Tego bardzo młodego wówczas muzyka, bez wątpienia posiadającego silny talent, poznałem ledwie kilka miesięcy przed moim wyjazdem z Vancouveru i starałem się wpłynąć na jego rozwój emocjonalny, jako muzyka. Wydaje mi się, że właśnie rozwój emocjonalny i wsparcie (czasem surowe ale zawsze szczere) jest elementem najtrudniejszym a często zapominanym wobec młodych, obiecujących artystów. Scena, publiczność, nawet poklask zbyt głośny potrafią zniszczyć młode kariery i charaktery. Bez względu na talent.
Wracajmy jednak do koncertów fortepianowych. Do tych poematów Chopina. Podróż nostalgiczna w czasie? Tak. Ale nostalgia za czym? Opis czego, jakich chwil drogich, serdecznych?
Moim kluczem do obu Koncertów Fortepianowych jest miłość. Nawet nie jakaś abstrakcyjna miłość. Jakieś marzenie o niej. Nie. Prawdziwa, młodzieńcza, niewinna być może, ale gorąca, szczera. Czyli Tytus. Tytus Woyciechowski, najpiękniejsza i najwierniejsza miłość Fryderyka Chopina. Mówienie o jakichś przelotnych i mało znaczących relacjach, nieistotnych ani dla kompozytora ani dla tych pań (Konstancja Gładkowska i Delfina Potocka), którym formalnie to dedykował (Delfina Potocka) lub o nich przelotnie wspomniał (Gładkowska) jest żałosnym wręcz kłamstwem historyków i badaczy. Zresztą trudno nawet o tej ‘formalnej’ dedykacji dla Delfiny mówić. Konserwatywni ojcowie Instytutu Chopina słowa dedykacji naciągają dość silnie i sami interpretują je tak, aby koniecznie pannę Potocką w to wcisnąć. A czytanie uważne i spokojne, bez wypieków na twarzy, korespondencji Chopina na to nie wskazuje. Czy wynika ze zwykłej homofobii czy przywiązania do mieszczańsko-katolickiej tradycji nie jest dzisiaj żadnym tłumaczeniem takiego oszustwa. Powiadają ci biedni badacze – taka była wówczas maniera pisania do przyjaciół. Drodzy panie i panowie smutni – popiardujecie cichutko a smrodek rozchodzi się po całym drobnomieszczańskim mieszkaniu. Gdy już w 1828 Fryderyk pisze do Tytusa: „Najdroższy!” to nie pisze „Drogi”; gdy podpisuje „teraz daj buzi najprzywiązańszemu” to nie pisze „pozdrawiam serdecznie”. Nawet egzaltowany Chopin nie mógł aż tak manierować. To z jednego tylko z wielu listów jakie wymieniali przez lata. To nie są listy chłopczyka 1o-cio letniego, tylko listy młodego mężczyzny. I tylko jeśli doceni się autentyczną, prawdziwą i szczerą miłość romantyczną Chopina do Woyciechowskiego, można prawdziwie ocenić i zrozumieć te dwa Koncerty. Ich głębię emocjonalną, autentyczność. A nie wypisywać bzdury o genezie utworów, które są wręcz śmieszne.
A jakież to maniery i zwyczaje panowały w XIX i przez większość XX wieku? Ano takie, jak wcześniej: młodzi mężczyźni (o kobietach nie wspomnę, bo rzadko miały możliwość jakiejkolwiek decyzji) homo lub biseksualni żenili się, by uniknąć wydziedziczenia i kompletnego ostracyzmu (w klasach powyżej biedoty miejsko-wiejskiej), ukrywali jak mogli swoje orientacje lub kończyli wcześnie i tragicznie. A już zabawne jest udawadnianie heteroseksualności Chopina jego małżeństwem z George Sand – pierwszą chłopczycą i biseksualistką Francji w tamtych czasach. Nawet jeśli łączył (na co wiele wskazuje) ich autentyczny krótkotrwały romans. Jedynym innym wyjściem dla młodych mężczyzn z ‘dobrych domów’ było pójść do klasztoru. Bo jak wiadomo: co się stało w klasztorze, pozostało w klasztorze.
Czekam z dużą niecierpliwością pierwszych nagrań Bruce (Xiaoyu) Liu już po wawrzynie Konkursu warszawskiego. Ten młody pianista ma niewątpliwie głębokie i subtelne wyczucie muzyki. I mam nadzieję nie zapomni Chopina (jaki pianista muzyki klasycznej mógłby?) i jemu właśnie poświęci swoje pierwsze nagranie.
Konkurs Szopenowski w Warszawie. Każde dziecko (polskie dziecko, naturalnie) słyszało tą nazwę. Nie dlatego, że Polacy aż tak nadzwyczajnie muzyczni, nie przesadzajmy w tym męczącym zachwycie nad sobą samymi. Nie, nie mamy się czegokolwiek krępować ni ze wstydem patrzeć w podłogę przestępując z nogi na nogę w zażenowaniu. Coś tam tej muzyce światowej ofiarowaliśmy i w ostatnich dwustu latach nie tak znowu skromnie. Tych nazwisk, od kompozytorów do muzyków odgrywających te kompozycje na wszystkich liczących się scenach świata, zajęło by mi trochę czasu i miejsca spisać. Zwłaszcza z XX wieku. Po prostu nie lubię, jak my lubimy wycierać swoje gęby wielkimi polskimi nazwiskami czy potrzeba czy kompletnie bezsensownie w danym momencie. Czasem jest to po prostu żenujące. Jeszcze nie spotkałem Niemca, który by mi w rozmowie (nawet na temat muzyki) z podnieceniem wyrokował: a wie pan, Beethoven to był Niemiec.
To na marginesie tylko, nie o tych śmiesznostkach chcę napisać parę słów.
Ale na kanwie tegoż autentycznie prestiżowego konkursu szopenowskiego i na kanwie dzieci w Polsce – ja gdy słyszę: Konkurs Szopenowski, to widzę swoje dzieciństwo. Cóż się dziwić, gdy pomyślę, że pierwszym meblem (i miejscem cudownych zabaw pod nim) jaki pamiętam z naszego mieszkania w Toruniu był … olbrzymi czarny fortepian Bechsteina. Dziadzia Emanek – sam fabrykant instrumentów muzycznych i główny ich dostawca dla Armii Polskiej – przed II wojną był we wschodniej Polsce przedstawicielem tej słynnej firmy fortepianów i pianin wirtuozów i królów.
Spacery z babcią Wandą lub, gdy nieco starszy byłem samemu albo z przyjacielem do Łazienek na niedzielne koncerty; słuchanie z babcią (która traktowała te Konkursy, jak nabożeństwo, którego pod karą piekła opuścić nie wolno było) w radio i telewizji wszystkich kolejnych Konkursów od eliminacji do finałów. Pierwszy pamiętany to był tenże w którym wygrała wspaniała Martha Argerich, Argentynka, która ‘przebudziła’ Chopina z konserwatywnej drzemki. Jakby wlała w jego muzykę trochę pasji argentyńskiej … . Rok był 1965. Babcia była nią zachwycona, a ja na opiniach babci w muzyce klasycznej się wówczas opierałem solidnie.
Ostatnim oglądanym w Polsce był ten w pamiętnym roku 1980. Argerich wróciła po piętnastu latach, ale już jako juror Konkursu. I znowu wywołała burzę! Tym razem trzaskając drzwiami za resztą zaszokowanego Jury, gdy nie dali wysokiej oceny i klasyfikowanego miejsca dla Ivo Pogorelicia. Przyznaję, że i mnie wydawało się, że zbyt dużo w jego grze było ‘wariacji Pogorelicia na temat muzyki Chopina’, a za mało Chopina. Ale grał brawurowo. Nie wiem jakbym teraz go odebrał. W wieku 20 lat byłem pod każdym chyba względem dużo bardziej konserwatywny i hołdujący kanonom niż dziś, aż śmiech bierze. Pamiętam, że z przekonaniem nie znoszącym krytyki, kolegom przy butelce wina na Starówce perorowałem, że jak dożyje (Pogorelić) wieku Horowitza będzie sobie na takie swobodne interpretacje mógł pozwolić, a teraz gęba w kubeł i grać trzeba, jak kompozytor zapisał. Słowem – zachowywałem się jak sierżant na mustrze a nie młody poeta.
Chcąc nie chcąc te letnie koncerty w Łazienkach, w różnych muszlach koncertowych starych kurortów polskich zbliżyło mnie najbardziej do stylu gry Chopina, który babcia właśnie szanowała najbardziej i główna zasługę miały tu … kobiety. Od babci poczynając, naturalnie. A dalej wspaniałe Grychtołówna, Smendzianka, Hesse-Bukowska. Te nazwiska po słowie „Chopin” lub ‘koncert fortepianowy’ szybciej wpadały do mojej łepetyny niż Małcużyński i nawet niezrównany Rubinstein. Może dlatego, że dzieci od kobiet odbierają więcej ciepła i większym je darzą zaufaniem? Hmm, ciekawe. No i ciocia Lusia, szopenistka, której tragiczna kariera muzyczna była naznaczona bykowcem bolszewickiego enkawudysty w czasie okupacji Trok przez Rosję. Troki (Trakai po litewsku) na Wileńszczyźnie były jej domem rodzinnym, gdzie jej rodzice (brat babci i jego żona), oboje lekarze, mieli dom i mały prywatny szpital. Enkawudzista kazał jej grać Skriabina, gdy w zdenerwowaniu (była wówczas bardzo młodą absolwentką Konserwatorium) robiła przerwy lub zatrzymywała się – bił ją po palcach tym bykowcem. Czy inne jeszcze formy tortury miały miejsce – nie wiem. Nikt o tym, łącznie z jej matką, ciocią Anią, mówić nie chciał. Jej ojca, tego lekarza-altruistę, absolwenta wydziału lekarskiego Uniwersytetu Moskiewskiego, Sowieci zamordowali na ulicy w Wilnie, w pierwszych dniach okupacji. Po wojnie koncertowała bardzo mało i krótko. Jeszcze uczyła w szkołach muzycznych, była zapraszana do jury różnych konkursów pianistycznych ale co raz większe braki pamięci i olbrzymie zdenerwowanie nawracającymi stanami lekowymi powodowało, że zaczęła uciekać od wszelkiego życia publicznego i zamykać się w mieszkanku z matką. Potem już tylko wspólne odwiedziny u ciotek, kuzynek i kuzynów w Toruniu, Warszawie były jej jedynym wyrwaniem z pustelni mieszkania w Szczecinie. Z tamtych lat pamiętam ją najwięcej, właśnie na tych spotkaniach rodzinnych. Pod troskliwym okiem i opieką cioci Ani, jej matki. Ta cała rodzina (ze strony mojego ojca) pochodziła z Kresów: od Wołynia po Litwę. Byli otwarci, weseli, rozmowni, serdeczni. Ona wyglądała dla mnie, jak ktoś obcy, inny od nich. Nie rozumiałem tego. A oni wszyscy traktowali ją jakby była jedną z nich, wesołych i wyrozumiałych. Prawie beztroskich. Jakbym ja był jedynym, który widział Lusię inną, niż oni. I pewnie tak było.
To te wszystkie ciotki kresowe, zdecydowanie nie wujowie, były moim oknem na świat inny niż ten, który na ulicy mnie otaczał. Dyskutowania o kulturze, o sztuce, częstowania się małymi ciasteczkami (nigdy więcej niż jedno-dwa, bo nie wypadało, o co wściekłość mnie brała, ha ha), czasem nawet jednym kieliszeczkiem ratafii, elegancko podaną herbatą (kawa nie była wśród kresowiaków popularnym napojem i odnosiłem wrażenie, że traktowano ją jako coś, no, trochę wulgarnego?). I sposobem mówienia tak eleganckim, że żal mi było potem wychodzić i słuchać języka codziennego ulicy i znajomych. W skrócie mógłbym powiedzieć, że w ich skromnych (niektórych nader skromnych) mieszkaniach w Warszawie, Ciechocinku nie istniało PRL. Drzwi wejściowe były granicą, gdzie to państwo się kończyło. Ciotki w mojej obecności nigdy ani o polityce nie mówiły ani o brakach czegokolwiek. Żyły, jakby dalej mieszkały w salonikach, dworkach. I miały takie urocze imiona, zawsze zdrobniałe: Wandzia (moja babcia) i jej siostry Zonia i Jania Fekeczówny, ich kuzynki Ircia, Nala i Zocha Lejmbachówny (córki Ludwika Lejmbacha, lekarza, brata mojej prababci Fekecz de domo Lejmbach, które już przed 1939 przeniosły sie do Warszawy. Lata jednak biegły szybko i wchodząc w wiek nastolatka więcej już czasu spędzałem poza ich towarzystwem, a ojciec i wujkowie z jego pokolenia już o polityce otwarcie ze mną mówili. Po wypiciu kilku kieliszków wódki (ratafię pili tylko w towarzystwie tych ich też cioć, ha ha) mówiąc o polityce i polskich ‘wodzach’ politycznych używali języka zdecydowanie nie salonowego. Byli mężczyznami z krwi i kości. A o przeszłości, w przeciwieństwie do tych starszych cioć, nie lubili w ogóle wspominać. Wojna zabrała im wszystkim młodość. A PRL szanse na normalne, porządne życie. Muzykę jednak wszyscy kochali i znali. Była wszędzie. Nie widziałem jeszcze instrumentu nas którym mój ojciec nie potrafiłby zagrać. Wystarczyło by pobrzdąkał na strunach kilka razy, lub dotknął dziurek lub klapek na trąbce metalowej czy drewnianej – i za parę minut grał, mniej lub bardziej swobodnie. Jego brat, mój ojciec chrzestny, był profesjonalnym muzykiem-skrzypkiem. Grał u Rachonia, Wodiczki i Roweckiego – najznaczniejszych dyrygentów w pierwszym dwudziestoleciu PRL. Potem przeniósł się do Szwecji, gdzie grał do przedwczesnej śmierci u zarania lat 80. I tenże wysokiej klasy skrzypek bez żenady przyznawał, że z nich trzech ( Jaro, Weno i Milo – Milo to mój ojciec) Milo był jedyny ze słuchem idealnym. Weno, średni brat, inżynier – przy pianinie też swobodnie się obywał. W pierwszych latach po wojnie ojciec grał na perkusji w tworzącej się Filharmonii w Bydgoszczy. Razem z przyjacielem z Wilna, Henrykiem Czyżem, później świetnym polskim dyrygentem i kompozytorem. Ale gdy orkiestra nabierała szlifu i oferowała stałe posady, dyrektor (ze zrozumiałych względów) chciał by ojciec zapisał się do konserwatorium na formalne studia. Pochodząc z domu muzycznego od urodzenia, ojciec wiedział ile pracy i czasu takie studia wymagają. I powiedział krótko – nie ma mowy, nie mam czasu, chce teraz żyć. I zajął się plastyką, sztuką wizualną. Ta zdecydowania nie wymagała od niego dyscypliny. Której nigdy nie miał. I to chyba ja po nim odziedziczyłem. Bo zdecydowanie nie idealny słuch, którego nie mam, choć muzykę kocham i znam dość dobrze.
powyżej: 1) siostrzenice mojej babci, pianistki Lusia i Hala; 2) trójka braci, mojego ojca Bogumiła (Milo, formy oficjalnej nigdy nie używał), plastyka; skrzypka (Jaro)Jarosława i inżyniera (Weno)Wacława; 3) mój pradziad Fekecz, w Słupsku (obecnie Białoruś) ok. 1905, skrzypek; 4) mój ojciec chrzestny, Jaro; od lewej: na koncercie z wielkim Yehudi Menuhinem, Warszawa, 1957; na prywatnych lekcjach kocertmistrza skrzypcowego w Brześciu n/Bugiem, ok. 1929/30; po koncercie z genialnym skrzypkiem, wieloletnim dyrygentem Filharmonii w Marsylii, Roberto Benzi; w parku z przyjacielem, kompozytorem i dyrygentem Henrykiem Czyżem i jego żoną Haliną, śpiewaczką operowa; 5) trzy siostry Fekeczówne: Janina (po meżu Kleczkowska) , Wanda (oficjalnie Jadwiga, ale tego imienia nigdy nie używała, po mężu Pacak) i Zonią (od Zofii, po mężu Buresz) – dzieciństwo w Słupsku, ok. 1911; w Woroneżu (dawne województwo witebskie przed rozbiorami) ok. 1915 i w Brześciu Litewskim w 1924
Zaczęło się od wspomnień w związku z dopiero zakończoną XVIII edycją Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. F. Chopina. I moim oczarowaniem Koncertem e-moll w wykonaniu zwycięzcy, Bruce’a Liu. I o tym słów kilka chciałem napisać. A tu moje dzieciństwo, ciotki z odeszłych epok i świata, pianistki już nie żyjące (Hesse-Bukowska i Smendzianka) lub w bardzo podeszłym wieku (Gychtołówna), Kresy i PRL. Wszystko czasy dawne lub bardzo dawne. No, ale właśnie muzyka, zwłaszcza tzw. klasyczna (jakże nie znoszę tego terminu kompletnie fałszywego i sztucznego) ma to do siebie, że światy inne otwiera, gdy jej słuchamy. Przenosi, jak jaki zaczarowany wehikuł, w dni lub miejsca odległe w czasie lub przestrzeni, czasem w oba te wymiary na raz. O Koncercie e-moll jeszcze obiecuję wrażenia opisać. Teraz zakończę właśnie słowami jednej z moich ‘nauczycielek’ muzyki z dzieciństwa. Bo jakże mądrze o Konkursie Chopinowskim napisała. I oby jej słowa charakteryzowały, co współcześni jurorzy konkursów muzycznych myślą, czego szukają w grze młody muzyków z tremą przed nimi grających.
Lidia Grychtołówna „Najważniejsza jest dla mnie atmosfera, jaką stwarza młody pianista, jego osobowość, indywidualność. Jeśli ktoś ma tę szczególną intuicję artystyczną, nigdy nie zagra przeciw Chopinowi, przeciw muzyce. A przypomnijmy, że konkursy powstały w Warszawie między innymi po to, by wyplenić z interpretacji salonowy kicz. Gdy pianista odczytuje intuicje kompozytora i potrafi przekonać do swojej koncepcji, można mu nawet wybaczyć drobne nieścisłości w traktowaniu zapisu nutowego. Słucha się z zafascynowaniem. Jeśli tego brakuje, wówczas stają się ważne szkolne kryteria poprawności, dokładności wykonania, kropka w nutach, pauza. Skupia się uwagę między innymi na takich elementach, jak wierność w stosunku do tekstu, właściwe frazowanie, pedalizacja. Zawsze jednak czekamy przede wszystkim na fascynujące osobowości”. (Cytat podaję z książki Lidii Grychtołówny „W metropoliach świata.)
Dlatego warto dzieci wszystkie, nawet z domów zupełnie nie muzycznych, zapoznawać z muzyką poważną (kolejny – po ‘klasyczna’- zły termin i w dodatku fałszywy. Owszem, bywa bardzo często poważna, ale bywa też zabawna, wesoła, taneczna). Wtedy będą ją traktować, jako coś naturalnego, znajomego. Nie bez kozery wspomniany już tu Henryk Czyż prowadził w latach 70. popularne programy w TVP pn. „Nie taki diabeł straszny”, gdzie tą muzykę popularyzował.
Prawie natychmiast po wyborach parlamentarnych w 2015, nowy Rząd RP, Prezydent i Parlament (Sejm i Senat) polski znalazły się na kursie kolizyjnym z Unią Europejską. Początkowy nie były to sprawy ani zasadnicze ani nie niespotykane w dotychczasowej historii Unii Europejskiej. Tyczyły bardziej symboliki konfliktu liberalnej (w olbrzymiej większości) polityki państw europejskich z jednej strony a głośnych nawoływań władz RP do symboliki nacjonalistycznej, tradycjonalistycznej, skrajnie prawicowej. Mówiąc jeszcze bardziej ogólnikowo, zasadzało się to na różnicy między wizją państwa tolerancyjnego z jednej strony (większość partnerów europejskich), a państwa sztywnego, homogenicznego kulturowo, etnicznie i wyznaniowo, wrogiego wobec innych wpływów, z drugiej strony (Polska).
Do pierwszego konfliktu formalnego doszło już na przełomie 2015/16 roku. Tu w grę wchodziły już sprawy zasadnicze związane z praworządnością w Polsce oparte na fundamentalnym w Unii Europejskiej i cywilizacji zachodniej systemie ścisłego rozdziału władzy i pełnej niezależności tych trzech podstawowych filarów tejże władzy: wykonawczej (rząd, prezydent/głowa państwa); ustawodawczej (parlament); sądowniczej. Konkretnie w sytuacji w Polsce chodziło o Trybunał Konstytucyjny, jego skład i sposób (gwarantowany bezpośrednio w Konstytucji i pośrednio w Ustawie o TK) obsadzania sędziów i ich kadencji. Nie będę opisywał tu szczegółów sytuacji i detali konfliktu. Proponowane zmiany i przegłosowanie nowej ustawy zostało zaskarżone do Trybunału. Trybunał, w pełnym składzie i udostępnionym publicznie procesie umożliwił każdej stronie szczegółowe i wyczerpujące argumentacje. I wydał wyrok stwierdzający, że nowa ustawa jest w sprzeczności z polską Konstytucją i nie ma w związku z tym mocy prawno-wykonawczej. Rząd (kierowany ówcześnie przez premier Beatę Szydło) zdecydował nie wypełnić obowiązującego rząd ogłoszenia wyroku w Dzienniku Ustaw (Monitorze) i tym samym zdecydował, że wyrok nie jest prawomocny. A Minister Sprawiedliwości RP nazwał proces ‘spotkaniem przy kawie grupy sedziów’, którego władze nie muszą i nie będą traktować, jako pełnoprawnego wyroku. Nota bene wyrok ten do dziś nie został opublikowany.
Spowodowało to olbrzymie protesty publiczne w Polsce i początek poważnego opory społeczeństwa. Był to też początek formalnego już, nie tylko symbolicznego, zaniepokojenia władz Unii Europejskiej i narastającego w tej Unii stanowiska podjęcia kroków zapobiegawczych. Tak zaczął się trwający ponad pięć lat mecz ping-pongowy między Brukselą a Warszawą. W sukurs Jarosławowi Kaczyńskiemu przyszły historyczne zbiegi okoliczności: najpierw ponad dwa lata trwający skomplikowany proces Brexitu (wyjścia z Unii Wielkiej Brytanii) a potem trwająca blisko dwa lata pandemia. Pewną pomocą dla Warszawy były też: 1) prezydentura Donalda Trumpa, którego (by użyć maksymalnie delikatnego określenia) niekonwencjonalna dyplomacja wobec aliantów europejskich i awanturnictwo polityczne z Północną Koreą, Rosją, Iranem pochłaniało masę czasu dyplomacji EU i stolic europejskich; 2) kryzys emigracyjny i wojna syryjska oraz wojna z terrorystycznym kalifatem ISIS. Te olbrzymie problemy pochłaniały większość czasu tak UE, jak i Berlina, Paryża, Rzymu, Madrytu i mniejszych państw unijnych. Rosła atmosfera sporu i narastał konflikt ale brakowało politycznej jedności i siły na silne starcie w Warszawą. Były żądania, groźby, wizyty, dyskusje, posiedzenia. PiS przeprowadzał ustawy wobec kolejnych organów sądowych (Sądu Najwyższego, Sądów Powszechnych), potem zmieniał te ustawy, zyskiwał czas. Robił pięć kroków do przodu (często metodą faktów dokonanych) i dwa do tyłu. Generalnie można powiedzieć, że od kilku dobrych lat prezydent, rząd i sejm są w stanie nieustannej wojny z sądami polskimi. Sukcesem (dla Polski raczej klęską) jest jednak fakt, że główne osoby głównych organów sądowych (Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego, olbrzymiej większości sądów wysokiego szczebla, a nawet najniższego) czyli ich prezesi i prezeski są nominatami rządu i mimo, że obsiadają te stanowiska w sprzeczności z prawem nie tylko konstytucyjnym ale nawet prawem ustawowym – mają wpływ na funkcjonowanie sądów, wyroki, obsady sędziowskie w procesach. Słowem władza sądowa w Polsce straciła w dużej mierze swą niezależność. Im dłużej ten proces trwa, tym trwalsze i bardziej niebezpieczne te zmiany są. Z każdym miesiącem prawie, naturalnym biegiem rzeczy, ktoś odchodzi na emeryturę, czyjaś kadencja się kończy a nowi sędziwie na ogół (dzięki tym zmianom) są blisko powiązani z partia rządzącą. Ale też wydaje się dobiegać kresu ciąg ‘szczęśliwych zbiegów wydarzeń’: pandemia się kończy, Trump przegrał kolejne wybory z kretesem; ISIS zostało rozbite, Biden wrócił do polityki pro-europejskiej, rozwód z Anglią zakończony. Zakończyła się też, wydaje się, cierpliwość polityków i władz Unii. Sprawa polskiej praworządności znalazła miejsce na wokandzie Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Padły tzw. wyroki zabezpieczające, pełny wyrok zapadnie za kilka tylko tygodni. Można powiedzieć, że sprawy w końcu stanęły na ostrzu noża. Co było do przewidzenia. Tym razem czas jednak jest mniej korzystny dla PiS i jego obozu koalicyjnego. Nie tylko ze względu na większą stanowczość i stwardnienie pozycji UE. Zmieniła się sytuacja polityczna w Polsce. Silna pozycja i popularność Rafała Trzaskowskiego i Szymona Hołowni, zjednoczenie się obozu Lewicy, powrót bardzo niedawno do Polski i aktywna rola, jaką przyjął, Donalda Tuska, bardzo silny spadek wpływów na społeczeństwo sojusznika PiS – Kościoła katolickiego – wszystko to stawia Jarosława Kaczyńskiego w pozycji osłabionej. Wybrał zbyt wielu przeciwników, wypowiedział wojnę zbyt wielu grupom społecznym. Ma też od miesięcy silne problemy wewnątrz własnej Koalicji, która wstrząsana jest stale jakimiś pałacowymi rewolucjami, groźbami, szantażami. Argument najważniejszy, jaki od 2015 roku powtarzany jest jak mantra pisowska – wygrana w wyborach powszechnych, a więc poparcie większości obywateli – traci na sile z dnia na dzień.
Trzeba zresztą pamiętać, że to kwestie wewnętrzne Polaków. Unia nie może i zdecydowanie nie chce narzucać kogo Polacy mają wybierać, nie może i nie chce narzucać jakie prawo aborcyjne lub jakie prawo małżeńskie obowiązuje w krajach członkowskich. Może prowadzić kampanie uświadamiającą, przekonywać do większej liberalizacji i tolerancji obyczajów i przez to praw – ale nie są to obszary prawa traktatowego Unii. Natomiast praworządność i ustrój urzędu sędziego – są. Bo każdy sędzia krajowy jest automatycznie sędzią Unii Europejskiej, więc prawom traktatowym Unii podlega. Jest bardzo możliwe, że Kaczyńskiemu i jego podpalaczom III Rzeczypospolitej ten szczegół uciekł uwadze. I może ich to drogo kosztować. W przenośni (politycznie) i dosłownie (w subwencjach). Nie rozumie też tego pani Przyłębska pełniąca czasowo (i niezgodnie z Ustawą) funkcję Prezesa Trybunału Konstytucyjnego RP. Ale to nie zaskakuje nikogo. Pani Przyłębska orłem nauk prawniczych nie jest. Jak wielu innych polityków Zjednoczonej Prawicy pełniących wysokie (i legalnie objęte) funkcje w państwie. Ale to już inny temat. Nie chodzi też o to czy Unia ma prawo ingerować w sposób organizacji funkcjonowania sądów polskich. To też gestia państw członkowskich a nie Unii. Są różne w różnych państwach członkowskich. Wynika to z danej, lokalnej tradycji. Tu chodzi o rzecz prostą: organizujcie, jak chcecie ale nie wolno wam w jakikolwiek sposób naruszyć niezależności indywidualnego sędziego europejskiego, a sędzia polski jest sędzią europejskim.
O tym przestrzegają w osobnych publicznych oświadczenia sędziowie w stanie spoczynku Trybunału Konstytucyjnego RP (w tym wszyscy byli Prezesi tego Trybunału) i cztery ogólno-europejskie organizacje profesjonalne sędziów i prokuratorów europejskich. Teksty tych Oświadczeń przytaczam in corpore. Sa jasne i nie ma sensu bym starał się je komentować czy tłumaczyć. Warto, by każdy obywatel je przeczytał.
Stawka jest wysoka. Może być początkiem opamiętania władz RP i przywrócenia porządku praworządności w Polsce. Może być początkiem (nawet jeśli nie formalnym) Polexitu. A tego, nawet elektorat pisowski, by chyba wolał uniknąć.
OŚWIADCZENIE SĘDZIÓW W STANIE SPOCZYNKU TK RP
„Od kilkunastu lat Trybunał Konstytucyjny, zarówno przed, jak i po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, wypowiadał się jednoznacznie i konsekwentnie o nadrzędnym miejscu Konstytucji RP w systemie obowiązujących w naszym państwie źródeł prawa. Stanowisko to łączyło się przy tym ze sformułowaniem zasady przychylności RP dla integracji europejskiej. Potwierdzona i skonkretyzowana została konstytucyjna norma, stosownie do której Rzeczpospolita Polska przestrzega wiążącego ją prawa międzynarodowego.
Stwierdzenie przez TK w wyroku z 14 lipca b.r. (P7/20) niezgodności z Konstytucją RP przepisów traktatów unijnych proklamujących zasadę lojalnej współpracy państw członkowskich oraz przyznających Trybunałowi Sprawiedliwości Unii Europejskiej kompetencje do zarządzania środków tymczasowych w rozpatrywanych sprawach oznacza nieuzasadnione odejście od dotychczasowej linii orzecznictwa.
Już niedługo, bo 3 sierpnia 2021 r. ma się odbyć przed TK w pełnym składzie rozprawa w sprawie K 3/21. Trybunał Konstytucyjny będzie rozpoznawać od początku wniosek Prezesa Rady Ministrów o stwierdzenie niezgodności z Konstytucją przepisów traktatów europejskich, które stwarzają dla instytucji unijnych podstawy traktatowe do badania, czy prawo państw członkowskich, w tym polskie, zapewnia podmiotom prawa skuteczną ochronę w dziedzinach objętych prawem Unii. W szczególności chodzi o zagwarantowanie niezależności sądów i niezawisłości sędziów.
Sędziowie TK w stanie spoczynku z głębokim niepokojem oceniają, że wydanie wyroku uwzględniającego wniosek w sprawie K 3/21 będzie równoznaczne z zakwestionowaniem mocy obowiązującej podstawowych przepisów prawa unijnego w Polsce. Wyrok ma być przy tym wydany na wniosek Prezesa Rady Ministrów, członka Rady Europejskiej, organu konstytucyjnego kierującego rządem, upoważnionego z mocy Konstytucji do prowadzenia polityki wewnętrznej i zagranicznej RP.
Sędziowie Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku stwierdzają, że nadrzędna rola Konstytucji RP nie zostaje w żadnej mierze naruszona, jeśli instytucje unijne żądają poszanowania niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Żądania te nie wykraczają poza to, co zostało im przyznane w traktatach unijnych, ratyfikowanych przez RP i których zgodność z Konstytucją została potwierdzona przez Trybunał Konstytucyjny. Kompetencje instytucji unijnych nie dotyczą bowiem ustroju sądownictwa, lecz cech jakie muszą mieć sędziowie krajowi, aby móc orzekać w sprawach europejskich. Poszanowania zaś niezależności sądów i niezawisłości sędziów wymaga także polska Konstytucja (art. 4, art. 45, art. 78, art. 173, art. 178).
Sędziowie TK w stanie spoczynku apelują zatem do Prezesa RM o wycofanie wniosku, co jest możliwe do czasu rozpoczęcia rozprawy.
Coraz częściej wypowiadane są obawy, że nasze państwo znalazło się w krytycznym punkcie najnowszej historii i że m.in. od Trybunału Konstytucyjnego zależy, czy obrana w 1989 r. roku droga rozwoju opartego na zasadzie demokratycznego państwa prawa i integracji z Europą Zachodnią nie zostanie przerwana. Zabranie przez nas głosu wynika z wierności konstytucyjnej przysiędze, jaką składaliśmy przy powołaniu do stanu sędziowskiego i z przekonania, że polska racja stanu wymaga, abyśmy obecnie nie milczeli”.
Oświadczenie podpisali sędziowie TK w stanie spoczynku:
Stanisław Biernat; Teresa Dębowska-Romanowska; Kazimierz Działocha;
Lech Garlicki; Mirosław Granat; Wojciech Hermeliński; Adam Jamróz;
Stefan Jaworski; Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska; Wojciech Łączkowski;
Ewa Łętowska; Marek Mazurkiewicz; Andrzej Mączyński; Janusz Niemcewicz;
Małgorzata Pyziak-Szafnicka; Stanisław Rymar; Ferdynand Rymarz;
Andrzej Rzepliński, były prezes TK; Jerzy Stępień, były prezes TK; Piotr Tuleja;
Bohdan Zdziennicki, były prezes TK; Andrzej Zoll, były prezes TK, były RPO
Marek Zubik
OŚWIADCZENIE ORGANIZACJI SĘDZIOW I PROKURATOROW EUROPEJSKICH
Cztery europejskie stowarzyszenia sędziów i prokuratorów z dużym niepokojem obserwują reakcję polskich władz na orzeczenia Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości z 15 lipca 2021 r. (sprawa C-791/19) oraz z 14 lipca 2021 r. w toczącej się sprawa C-204/21 dot. tzw. „ustawy kagańcowej”.
– europejscy sędziowie i prokuratorzy solidaryzują się z polskimi kolegami stojącymi na straży praworządności i opierającymi się atakom polityków, pomimo prowadzonych przeciwko nim publicznych kampanii oszczerstw, gróźb postępowań dyscyplinarnych oraz gróźb uchylenia immunitetu w sędziowskiego w obliczu fabrykowanych i politycznie motywowanych zarzutów karnych;
– europejscy sędziowie i prokuratorzy potwierdzają jednoznacznie wiążący skutek orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości zwłaszcza w odniesieniu do fundamentalnych wartości Unii Europejskiej;
– europejscy sędziowie i prokuratorzy są trwale oddani niezawisłości sądownictwa i praworządności.
Jean Monnet, jeden z architektów Unii Europejskiej, powiedział kiedyś, że „Europa będzie wykuta w swoich kryzysach”. Obecnie przeżywamy taki kryzys. Sposób, w jaki na ten kryzys zareagują obywatele i instytucje Unii Europejskiej określi jej przyszłość.
Biorąc pod uwagę niedawną decyzję Komisji Europejskiej o wyznaczeniu dla Polski terminu na zastosowanie się do orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości dotyczących polskiej Izby Dyscyplinarnej, apelujemy do Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady Europejskiej o:
i) podjęcie instytucjonalnych działań wobec polskich władz państwowych, a w szczególności rządu polskiego zmierzających do natychmiastowego przywrócenia rządów prawa w Polsce;
ii) podjęcie wszelkich niezbędnych środków i uruchomienie wszystkich instrumentów zapisanych w traktatach w celu zagwarantowania poszanowania porządku prawnego Unii Europejskiej”.
List podpisali – Edith Zeller, Prezes Stowarzyszenia Europejskich Sędziów Administracyjnych (AEAJ), – Filipe Marques, Prezes Magistrats Européens pour la Democratie et les Libertés (MEDEL), – José Igreja Matos, Prezes Europejskiego Stowarzyszenia Sędziów (EAJ), – Tamara Trotman, Prezes Stowarzyszenia „Sędziowie dla Sędziów
7 marca opublikowałem na gorąco (?) wystukiwany na klawiaturze Facebook’a wiersz ‘Parlez moi d’Amour, mon cher Paris’. Wspomnienie nie odbytego (jeszcze) spaceru paryskiego do Ogrodów Luksemburskich i długiej rozmowie o miłości. I platonicznej i zmysłowej. Ostatecznie trochę już tych krzyżyków mam na plecach, więc sporo na ten temat powiedzieć mógłbym. Tylko osobie wyjątkowo bliskiej. W obecnym stadium swojego życia dwie tylko takie osoby są. Wyjątkowo – i w wyjątkowo inny sposób – mi bliskie. A teraz wygrzebałem gdzieś stary erotyk Micińskiego „Noc majowa”:
Efemerydy,
lećcie w tan –
o kwiaty jezior, nereidy!
na multankach w dąbrowie gra Pan.
Czemu Micińskiego zapomniany jakiś wierszyk (jak i Miciński zapomniany dziś)? Ano, słuchałem dziś pana Karola Szymanowskiego I Koncert Skrzypcowy w wykonaniu Konstantego Kulki. Bajka. Zapomniałem, jakie cudowne poematy miłosne komponował Szymanowski. Właśnie takie poematy o miłości. Tenże koncert dedykował Pawłowi Kochańskiemu, genialnemu skrzypkowi tamtej epoki, który mu wiele tajników wirtuozerii skrzypcowej wyłuszczył. Potem zresztą Kochański grał ten koncert Karola Szymanowskiego w Nowym Jorku, w 1923 bodajże, z orkiestrą pod batutą samego Leopolda Stokowskiego. Szymanowski był dość kochliwym człowiekiem i młodzieńcowi żadnemu nie przepuścił. Więc gdy sam był jeszcze bardzo młody, w Zarudziu pod Zamościem, gdzie gościł we dworze Jaroszyńskiego, skomponował to cudeńko muzyczne. Wymaga delikatnego dotyku smyczka, który pieści jeno struny skrzypek. Tak, jak zrobił to Kulka na tym nagraniu, którego słuchałem. Pod bardzo dobrą dyrekcją Jerzego Maksymiuka i Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia. Ileż w tym pasji, ile tęsknoty. I ślady rozległego stepu dalekiego Podola, dzieciństwa i wczesnej młodości pana Karola i jego pełnej przygód późniejszej podróży po Północnej Afryce. Przygód i doznań, które dzielił z towarzyszem tej podróży Stefanem Spiessem, niewątpliwie jego ówczesnym kochankiem i mecenasem finansowym.
Karol Szymanowski w portrecie Witkacego (1930)
Ach, a czemu Miciński? Ponoć (nie ma pewności) pod wpływem tegoż wiersza Szymanowski ten brylancik muzyczny stworzył. Czemuż by i nie? Wieczory długie w starym dworze, może księżyc przez okno zaglądał, a w bibliotece dworskiej wykształconego przyjaciela pewnie bez problemu tomik Micińskiego ciągle jeszcze młody Szymanowski mógł znaleźć i czytać. Może i słyszał świerszcze za oknem otwartym i myślał, że to Pan na fujarce-multance gra … . Czy myślał o tym swoim wczesnym koncercie siedząc pod fontanna w Taorminie i podziwiając ciała młodych Sycylijczyków figlujących nieprzystojnie w tejże fontannie? Jak wspomina w swojej biografii Artur Rubinstein, ta wizja pięknych młodzieńców wprawiała Szymanowskiego w zachwyt.
Warto to pamiętać słuchając tegoż koncertu skrzypcowego. Kontekst i odrobina wiedzy nie szkodzą, a przeciwnie – pomagają dzieło lepiej odebrać, rozumieć. Bo sztuka prawdziwa nie jest wysiłkiem jedynie intelektu i techniki. Tenże na nic bez wielkiej emocji i bez wielkiej miłości. I tej osobistej do człowieka i tej filozoficznej do Człowieka. Pasja jest wszystkim, co czyni sztukę autentyczną. A nie znać lub ukrywać pod kluczem archiwalnym homoseksualizmu twórcy (zwłaszcza twórcy z lat dawno przeszłych) jest po prostu gwałtem i zbrodnią na tej twórczości. Ona nie powstała z niczego, nie powstała w próżni. Te dzieła tworzyli ludzie żyjący. Kochający, tęskniący, cierpiący i zwycięscy. A to wszystko miało wpływ na ich twórczość. Ot, i arabeska druga. Arabeska – płochy, nietrwały rysunek, krótki utwór literacki lub muzyczny. I nazwa arabskiej prostytutki. Hmm… . Jakby Tuwim zakończył filozoficznie: człowiek się jednak na niej rodzi i na niej umiera.
Lojaliści murzyńscy przybywają do Halifaksu po Rewolucji Amerykańskiej
W stuleciu między połową XVI i XVII wieku w Nowej Francji (Qubec i okolice) zamieszkiwało około 1000 Murzynów. Byli to głównie niewolnicy sprowadzeni z Nowej Anglii (północno-wschodnie wybrzeże dzisiejszego USA) i Zachodnich Indii. Pierwszym sprzedanym w Quebec niewolnikiem sprowadzonym bezpośrednio z Afryki był Olivier Le Juene, w 1629. Przypadki takie były bardzo odosobnione, a olbrzymia większość Murzynów znalazła się w Nowej Francji i Akadii (później – po zdobyciu Akadii przez Brytyjczyków – Nowej Szkocji) z terenów amerykańskich i z Karaibów, tzw. Zachodnich Indii. Niewolnictwo, mimo że legalne i we francuskiej i angielskiej Kanadzie, nie było ani masowe ani popularne. Częste były wypadki legalnego zrzekania się prawa własności i legalnego uwalnianie niewolników. Zwłaszcza w przypadku nowego, urodzonego już na tych terenach pokolenia. To była tzw. pierwsza fala osadnictwa murzyńskiego na tych terenach. W 1759 roku w Nowej Francji zarejestrowanych była już pokaźna liczba 3600 niewolników, z których tylko 1030 sprowadzonych bezpośrednio z Afryki. Olbrzymia większość z nich skupiona była w Montrealu i okolicach.
Wschodnie tereny dzisiejszej Kanady skolonizowane były w pierwszym okresie przez Francję pod dwoma niezależnymi jednostkami administracyjnymi: na południe i północ od zatoki i rzeki św Wawrzyńca była Nowa Francja, zaś część atlantycka tworzyła Akadię (dzisiaj Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik i Wyspa Księcia Edwarda). Po przegranej przez Francje wieloletniej kampanii wojennej w wojnie z Anglią w Europie i Ameryce Północnej, Francja podpisała układ pokojowy w Utrechcie zrzekając się suwerenności Akadii na rzecz Wielkiej Brytanii w 1713. Ale zatargi terytorialne z Francja trwały jeszcze do drugiej połowi XVIII wieku. Efektem tego była m.in. straszna deportacja ponad 10 000 Akadyjczyków przez kolonistów brytyjskich i w konsekwencji poważne wyludnienie Nowej Szkocji. Stwarzwało to potrzebę i możliwość nowego osadnictwa, niezbędnego do rozwoju ekonomicznego kolonii. Tak otworzyła się doga ku kolejnym falom osadnictwa murzyńskiego.
W ostatniej dekadzie XVIII wieku sprowadzono do Nowej Szkocji ok 800 Maronów z Jamajki. W kolejnych latach ta liczba wzrosła. Byli to wolni potomkowie niewolników na Karaibach, którzy na Jamajce stwarzali poważne kłopoty administracji brytyjskiej (a wcześniej hiszpańskiej) organizując regularne rebelie i de facto tworząc niezależne mini-państwo w terenach oddalonych od centrów portowo-politycznych. Czarnym Jamajczykom obiecano nadania ziemskie w Nowej Szkocji i pełna swobodę ekonomiczną i kulturową. Oczywiście rzeczywistość nie była tak różowa. Ziemię dostawali na ugorach, gorszą niż biali i mniej. Nowa Szkocja z ostrym klimatem i słabo rozwinięta ekonomicznie dla wielu okazała się piekłem zamiast rajem. Maroni, nie będąc niewolnikami, bardzo się przeciw temu buntowali i protestowali. Efektem tego była jedyna w tamtych czasach droga osadnictwa murzyńskiego … w odwrotna stronę. Z Halifaksu wypłynął statek z czarnymi osadnikami do … Afryki. Do właśnie powstałego Sierra Leone i Freeportu. Łącznie tą drogą emigrowało do Afryki miedzy 1792 a 1800 rokiem blisko 1700 Maronów. Ale olbrzymia część z tych, którzy przypłynęli z Karaibów do Nowej Szkocji zdecydowała, mimo trudnych warunków, tu pozostać.
Kolejną dużą falą osadnictwa murzyńskiego były wojny o niepodległość Stanów w 1812 i wojna secesyjna 1860-65.
Wojna o niepodległość USA podzieliła białych osadników na dwa obozy: tzw. Lojalistów wiernych koronie brytyjskiej i republikanów dążących do ustanowienia wolnych stanów-republik. Z wielu względów tereny północne (szczególnie obszary, które stworzyły późniejszą konfederację Kanady) kontynentu były zdecydowanie po stronie Lojalistów. Ci zaś mogli liczyć nie tylko na własne siły, ale przede wszystkim na regularną armię brytyjską. Strona republikańska mogła liczyć jedynie na zaciąg do wojska i rezerwy lokalne, z kolonii. Naturalne stało się więc zabieganie o oddziały pomocnicze i zaciąg wśród niewolniczej ludności murzyńskiej. O wiele liczniejszej na południe od Nowej Szkocji i Wielkich Jezior. Lojaliści i władze administracji królewskiej wykorzystały ten moment obiecując wolność dla tych niewolników, którzy przejdą na stronę brytyjską. Faktem nie do przecenienia były też dużo silniejsze sympatie abolicyjne w północnych koloniach i prowincjach niż w południowych.
Efektem tych dwóch fal w drugiej połowie XIX wieku na terenach atlantyckich i w Górnej Kanadzie znalazło osiedlenie ponad 40 000 Murzynów. Była to, jak na ówczesne czasy, liczba poważna.
Od samego zarania była to mieszanina ludzi wolnych i niewolników. Ale z każdym rokiem liczba osób wolnych rosła bardzo szybko. Prawa lokalne, jak i tendencje z Europy sprzyjały emancypacji ludności murzyńskiej. Bynajmniej, nie przedkładało się to na jakiekolwiek stosunki równouprawnienia w praktyce lokalnej.
Murzyni – mimo, że byli często podstawową siła roboczą przy budowie i rozbudowie miast, portów i dróg – traktowani byli, jako obywatele drugiej bądź trzeciej klasy. Mieszkali głownie na obrzeżach większych ośrodków miejskich lub poza ich granicami bez dostępu do najbardziej nawet prymitywnych usług miejskich. Po zbudowaniu linii kolejowych liczyć mogli jedynie na typowe prace porterów w tych pociągach – bez wyjątku te najniższe pozycje ofertowały im i tak zarobki jeszcze niższe od tych oferowanych białej biedocie. Nawet gdyby chcieli, nie byłoby ich stać na wynajęcie mieszkań lub ziemi na domki w miastach, zwłaszcza w Halifaksie. To odosobnienie wiązało się z brakiem wszelkiego, nawet najbardziej podstawowego, szkolnictwa dla ich dzieci. Brakło też miejsca i możliwości praktyk religijnych, kościołów. Murzyni i ich potomkowie z Południowych Stanów byli głównie baptystami – Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik zaś to albo kościoły anglikańskie lub protestacyjne z protestanckiej emigracji z Europy lub katolickie z ludności francuskiej po-akadyjskiej. Wszystko to stwarzało atmosferę jeszcze większego wyobcowania, ‘inności’ spotęgowanej odmiennym wyglądem (kolor skóry) i odmą niewolnictwa, która dla prostej ludności białej wiązała się z pewnym podczłowieczeństwem, niższą kategorią człowieka.
Ta atmosfera i wyraźna dyskryminacja przetrwała do czasów współczesnych. Dopiero ostatnie trzy, cztery dziesięciolecia zaczęły robić w tym poważny wyłom i stopniowo niwelować te podziały. Co generalnie wiązało się z nastrojami i prądami po II wojnie światowej w całej cywilizacji zachodniej i na całym świecie, które wysunęły pojęcia praw obywatelskich i praw człowieka , jako zagadnienia pierwszorzędne w organizacji społeczeństw i państw.
Ale stare przyzwyczajenie i złe nawyki nie łatwo zmienić aktem urzędowym. To wymaga lat edukacji i zmian sposobu myślenia. Zmian generacyjnych. Ciągle jest to (dyskryminacja) widoczne w sposobie załatwianie spraw i widzenia świata w podstawowych służbach państwowych: nie ulega najmniejszej kwestii, że do dziś pewne obrzydliwe nawyki sił policyjnych opanowane są zmorą dyskryminacji i nierównego traktowania obywatela białego a Murzyna lub autochtona. Dowodem tego są więzienia i wyroki sądowe, gdzie ta ludność jest obiektem wyższych kar i karceracji niż jakiekolwiek statystyki zaludnienia by na to mogły znaleźć uzasadnienie.
Bardzo dobitnym przykładem przeszkód napotykanych przez Murzynów w Nowej Szkocji jest historia osiedla/kolonii Africville.
Brytyjski port Halifaks założono w 1749. Zbudowano go u wezgłowia Zalewu Bedfordzkiego. Przy budowie miasta bardzo poważny udział mieli niewolnicy murzyńscy i wedle źródeł ich miejscem pobytu były południowe brzegi tego zalewu, tuż poza rogatkami miasta. W 1761 w tejże okolicy nadano duże parcele białym handlarzom niewolników. W 1836 zbudowano drogę łącząca te tereny z miastem. Wiadomo, że w tym samym czasie mieszkały już tam rodziny wyzwolonych Murzynów, Maronów z Jamajki i uciekinierów z czasów wojny 1812. Wkrótce tą okolice nazwano Wioską Afrykańską – Africville. Nowego życia dla tej kolonii dodało osiedlenie się tam dwóch braci pastorów Browny – duchownych Zjednoczonego Kościoła Baptystów. Zbudowali tu kościół, który stał się centrum życia religijnego, socjalnego i edukacyjnego tej społeczności. Znane były i bardzo świętowane obrzędy chrztu, gdy dorośli wchodzili w białej odzieży w wody zalewu i tam, jak w biblijnym Jordanie, odbywał się chrzest. Zbierało to tłumy, w tym białych, obserwatorów tej uroczystości.
W krótkim czasie Africville została domem dla 80 murzyńskich rodzin. Domki bardzo małe ale kolorowe, z zadbanymi obejściami, poletka warzywne i kwietne ogrody. Dla wielu białych taka bliskość dobrze zorganizowanej społeczności była solą w oku. Właściciele tych murzyńskich posesji musieli płacić podatki od nieruchomości ale w zamian miasto odmawiało im jakichkolwiek usług miejskich. Nie budowano dróg do Africville, nie założono tam elektryczności, sieci kanalizacyjnej, wodnej. W samej kolonii ani w pobliżu nie założono żadnej szkoły, do której mogłyby uczęszczać dzieci. Wkrótce wioskę przecięto, budując poprzez nią linię kolejową i w związku z tym zburzono niektóre domki eksmitując ich mieszkańców. W pobliżu wykopano olbrzymie otwarte doły dla składowania miejskich odchodów kanalizacyjno-kloacznych. Szykany rosły z roku na rok. Ale rosła też zwartość i świadomość jej mieszkańców. W 1883, po licznych petycjach udało im się w końcu otworzyć w Africville szkołę publiczną.
Tymczasem rosło znaczenie ekonomiczne tego wąskiego pasma wybrzeża i plany industrializacji tych okolic. Z biegiem lat w okolicy graniczącej z Africville budowano ośrodki , których nie chciano w jakiejkolwiek innej dzielnicy Halifaksu. Więzienie, szpital dla umysłowo chorych, szpital zakaźny, kolejne wysypiska śmieci i odpadów, dalszą rozbudowę kolei towarowej. Było jasne, że niezależna, spójna duża osada czarnoskórych była bardzo niemile widziana przez niektóre środowiska, zwłaszcza te, które trzymały władzę w swoim ręku. We wczesnych latach 50. XX wieku Africville była zewsząd otoczona brzydotą taniego przemysłu, wysypisk śmieci i najmniej pożądanych elementów społecznych. Panowała ogólna opinia, że to zapadła, brudna dziura pełna typów spod ciemnej gwiazdy.
Jakby na przekór tej opinii, Africville było centrum dumy murzyńskich mieszkańców całej Nowej Szkocji, a nawet daleko poza jej granicami. Odwiedzający Halifax światowej sławy bokser wagi ciężkiej, Joe Louis, pytał się, gdzie jest słynne Africville i poprosił o zawiezienie go tam. W Africkville mieszkali rodzice żony światowej sławy pianisty Duka Ellingtona, który ich tam odwiedzał podczas wizyty w Nowej Szkocji. Wielka śpiewaczka kanadyjska, kontralcistka Portia White, po ukończeniu Uniwersytetu Dalhousie w Halifaksie, została nauczycielką w Africville w 1930.
portret Portii White słynnego fotografa Y. Karshaorgany na których uczyła się muzyki w domu
Mimo przytłaczającego otoczenia, bardzo negatywnej opinii o osiedlu – Africville było bardzo zadbanym i kolorowym centrum życia murzyńskiego w Nowej Szkocji do lat 60. ubiegłego wieku. Ale ciągle aktywna niechęć do tej społeczności, wyrosła z czystego rasizmu i starej dyskryminacji, nie popuściła. Skutkiem knowań polityków miejskich i prowincjonalnych, wspartych finansowo przez starą kastę białych patrycjuszy haligońskich (określenie mieszkańców Halifaksu), na przełomie lat 40. i 50. XX w. odżyła koncepcja likwidacji Africville i wysiedlenia jej mieszkańców. W 1962 miasto ogłosiło plan budowy wielopasmowej arterii komunikacyjnej, która miała łączyć miasto Bedford i Sackville z Halifaksem. Losy Africville zostały przesądzone. Do końca tej dekady mieszkańców eksmitowano płacąc im minimalne odszkodowania za ‘niskowartościowy grunt’ i obiecując mieszkania i domy o dużo lepszym gatunku w Halifaksie. W końcowej fazie eksmisji właściciele domków mieli ledwie parę godzin na spakowanie się i opuszczenie budynków. W mieście nie czekały na nich żadne dobre mieszkania, a nędzne odszkodowania na ogół nie starczały nawet na zapłacenie pierwszej raty na zakup innego domu. Po kilku latach z Africville, poza ugorem, nie zostało śladu, łącznie ze znanym kościołem Baptystów. Tylko wyrównany buldożerami ugór.
Nota bene – arterii ani nawet dwupasmowej szosy nie wybudowano do dziś. I nie planuje się. Lata 80. i 90. poprzedniego wieku zmieniły polityczny i socjalny charakter kraju. Dyskryminacja rasowa, etniczna odeszła do przeszłości a jej zewnętrzne charakterystyki zostały odrzucone i potępione. Nadszedł czas przeprosin, reparacji finansowych, rządowych komisji królewskich do zbadania przykrej przeszłości. Czas uczciwego spojrzenia w lustro i przeciwstawieniu prawdy historycznej – legendom i mitom. Kanada ten czas zużytkowała bardzo owocnie i dobrze. Nikt przeszłości nie wymaże. Ale wszyscy mają teraz jawny dostęp do faktów – nie tylko tych pięknych ale i brzydkich, niegodnych. Są naturalnie tu i tam ciemne kąty społeczeństwa, gdzie rasizm i nienawiść do innych są kultywowane, są grupy którym się marzy powrót do ‘białej wyższości i czystości rasowej’. Do bycia ‘pełnym człowiekiem’, wyższym od ‘podludzi’ o innym kolorze skóry. To jednak już przypadki odosobnione patologii społecznej – a nie norma. Kraj, który jest autentyczną mieszaniną współżyjących grup etnicznych z całej kuli ziemskiej – jest krajem niemożliwym do wywyższania kogokolwiek i poniżania kogokolwiek. Są naturalnie ciągle (jak wszędzie, niestety) duże bariery dostępu do społecznych awansów, możliwości. Opierają się jednak ściśle na klasowości ekonomicznej, nie etnicznej. Zadziwia mnie często, gdy w pewnych grupach emigrantów polskich w Kanadzie, jakże łatwo ulega się pokusie ideologii haseł rasistowskich, lub ściślej mówiąc, po prostu nie lubienia kolorowej ludności kanadyjskiej. I poczucia – nie wiadomo skąd wziętej – wyższości. Szkoda, że nie spędzą trochę czasu na studiowaniu historii ich nowego kraju i nie przeczytają jak mieli się polscy osadnicy z końca XVIII i całego XIX wieku w Kanadzie. Zwłaszcza na zachodzie Kanady. Tam Murzynów było bardzo mało. To emigranci z Centralnej i Wschodniej Europy byli takimi ‘białymi murzynami’. W morzu anglosaskich urzędników państwowych i miejskich, oficerów policji, polityków, sędziów, nauczycieli w szkołach. W morzu ‘wyższej etnicznie klasy’. Nie trzeba być ‘lepszym’ – wystarczy być dobrym.
Ostanie dwadzieścia lat przyniosło odrodzenie się historycznej pamięci, a nawet pewnej czci wobec historycznych wartości Africville w Nowej Szkocji.
Jeden z mieszkańców Africville powrócił do swojego miejsca w 1970 roku z namiotem i rozpoczął protest okupacyjny, który trwał … 50 lat. Zakończył go dopiero w listopadzie 2019.
W 1996 Kanada ogłosiła Africville Miejscem Narodowej Historii. W 2010 Burmistrz miasta przeprosił za zniszczenie wioski i obiecał odbudować w historycznym miejscu replikę kościoła Baptystów. Dziś mieści on muzeum Africville i odbywają się tam doniosłe w liturgicznym kalendarzu msze. Zbudowano tam dwa parki, które służą wszystkim do spacerów i refleksji.
W styczniu tego roku wybrałem się tam na dłuższy spacer i ja. Dzień powszedni, zima – więc zbyt wielu spacerowiczów nie było. Czasem ktoś z psem. Ta cisza nastrajała i wyobrażałem sobie te kolorowe domki wokół, biegające ze śmiechem dzieci, nawoływania rodziców, podszedłem do brzegów zalewu i wyobrażałem sobie procesje wiernych do chrztu w jego zimnych wodach… . Non omnis moriam – pozostali w pamięci.
Africville dzisiaj
Kilka dni wcześniej umówiłem się na spotkanie w Centrum Kultury Murzyńskiej Nowej Szkocji w Dartmouth. Za Ciceronów tego ośrodka służyli mi bardzo uprzejmie Russell Grosse, dyrektor naczelny Centrum i Rielle Williams, menadżerka programów i kuratorka.
Propagatorem idei takiego Centrum-Muzeum był w 1972 dr. William Oliver. To głównie za jego sprawą rozpoczęto budowę ośrodka, którą zakończono w 1983. Świetnie zorganizowana skarbnica wiedzy o osadnictwie murzyńskim w całej starej Nowej Szkocji (łącznie z zachowanymi śladami akadyjskimi przed inwazją brytyjską), czyli obszaru dzisiejszej prowincji i sąsiedniego Nowego Brunszwiku. Zgromadzono tu szereg materiałów z kolekcji prywatnych i publicznych i posegregowano w działy tematyczne, zabezpieczono przed fragmentaryzacją i zagubieniem.
Pani Williams opowiedziała mi szczegóły o kolekcjach i zaserwowała projekcję bardzo dobrze przygotowanego materiału filmowego z historii Murzynów tego obszaru. Zapoznałem się nie tylko z suchymi faktami tej grupy kulturowej ale jej niezwykłą specyfiką, powiązaniami i osiągnięciami prawie w każdej dziedzinie życia – mimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności. Jest to społeczność bardzo nietypowa i zróżnicowana. Przecież nie reprezentują jednej grupy etnicznej, jak np. Szkoci, Anglicy lub Polacy. Nawet kontynentalnie nie są identyczni: nie zapominajmy, że do XX wieku prawie wszyscy osadnicy murzyńscy w Kanadzie przybyli tu nie z Afryki a ze Stanów lub Zachodnich Indii. Czasem w drugim lub trzecim pokoleniu już tam urodzonych. Dopiero wiek XX otworzył drzwi dla oryginalnej emigracji z Afryki. Ale i Afryka to przecież olbrzymi kontynent z wieloma grupami etnicznymi, rożnymi historiami i tradycjami. To właśnie przeciwności losu, niechęć lub wręcz nienawiść zewnętrznego otoczenia zmusiły ich do tworzenia kulturowej wspólnoty. Zmusiły do znalezienia istniejącego głęboko w podświadomości wspólnego centrum jednoty kulturowo-cywilizacyjnej. Kolebki człowieka i pierwszych wspólnot cywilizacyjnych.
Po powrocie z tej wizyty do domu sięgnąłem ręka na półkę i wyszukałem znaną współczesna powieść Lawrenca Hilla “The Book Of Negroes” (Księga Negrów). Ponownie przeczytałem kilka rozdziałów i zobaczyłem to nieco szerzej, nieco głębiej. Historia bieżeńców. Jakże wspólna nam wszystkim. I pokoleniowo, i cywilizacyjnie i jednostkowo. Mnie też. Też kiedyś nim byłem, niezupełnie z nieprzymuszonej woli. Byłem nawet bieżeńcem we własnym społeczeństwie: i w Polsce i w Kanadzie. Bo byłem wszak ‘inny’.
Może dlatego wszelkie dyskryminacje mnie mierżą, odrzucają. Może dlatego z tymi, którzy to przeszli – bez względu na ich pochodzenie, etniczność czy kolor skóry, łączy mnie jakaś nić serdeczna. Może. I podskórna, prawie genetyczna, łączność cywilizacyjna dużo głębsza niż łączność lokalna, etniczna. Europa, jako całość kulturowa (współczesna, nowożytna i antyczna) jest mi ważniejsza niż lokalność polska, niemiecka czy francuska. Tak, jak dla nich tą całością kulturową jest Afryka. Dumna.
z wizyty w Centrum Kultury Murzyńskiej w Dartmouth
sprowadzenia zwłok gen. W. Sikorskiego (Plymouth, 1943)
Dziwna sprawa z tymi wypadkami lotniczymi. Specjalnie tymi katastrofalnymi. I na ogół tak do końca nigdy nie wyjaśnionymi w pełni. Polska miała w tym udział dość ważny i wyjątkowo brzemienny w skutkach udział.
Wiemy, że w 1943, już po odkryciu Katynia przez Niemców i pisemnej relacji polskiej Komisji PCK pod przewodnictwem zaufanego i godnego wiary Kazimierza Skarżyńskiego (nota bene zięcia hrabiego Zamoyskiego, który był głównym kandydatem w pierwszych wyborach prezydenckich w Polsce i przegrał do Narutowicza ledwie kilkoma głosami), Sikorski i jego rząd stawali się co raz bardziej niewygodni dla Churchilla i Stanów. Pomoc kolosa militarnego stalinowskiej Rosji stawały się ważniejsze niż wierność dla najważniejszego do tej pory alianta. Sikorski wyjeżdża z Londynu na objazd jednostek polskich na Bliskim Wschodzie. Bazą wypadową jest brytyjski Gibraltar. Używa oddanego do jego dyspozycji amerykańskiego Lancastera B-24, maszyny dość dobrej i skutecznej. Samolot w 16 sekund po starcie woduje awaryjnie na morzu. Ale wodowanie nie jest kontrolowane, raczej wymuszone i nagłe. W krótkim czasie maszyna tonie. Giną wszyscy (choć do dziś nie odnaleziono ciał ani Zofii Leśniewskiej – córki Premiera – ani jego cywilnego adiutanta Kołakowskiego). Przeżył jedynie pilot, Czech, Eduard Prchal. Jedyny z załogi i pasażerów, którym miał założoną kamizelkę ratunkową. Łącznie zginęło 16 osób – w tym naturalnie Premier RP Sikorski i doradca v-ce Króla Indii , brygadier John Whiteley. To liczba najczęściej podawania i oficjalnie przyjęta.
Szybko po wypadku rozeszły się pogłoski, że był to zamach: a)polsko-brytyjski; b) akcja sowiecka – w tym samym czasie w Gibraltarze przebywał Majski, Komisarz Spraw Zagranicznych Moskwy i – co ciekawsze – wysoki oficer brytyjskiego kontrwywiadu Philby, który wiele lat po wojnie okazał się podwójnym szpiegiem moskiewskim. Odnosi się wrażenie, że nikomu tak naprawdę nie zależało na dogłębnym zbadaniu sprawy i przyczyn katastrofy samolotu i śmierci tych osób. Po dziesiątkach lat nawet polskie specjalne śledztwa przeprowadzone w latach 1993 i 2008 nie były już w stanie precyzyjnie ustalić ani powodów ani rozwiać wszystkich kontrowersji. Poza jedną – głośno było kiedyś, że Sikorskiego i jego przybocznych zamordowano już w wilii Gubernatora Gibraltaru z udziałem zabójców polskich i brytyjskich, a ciała umieszczono w samolocie i celowo spowodowano katastrofę. Sekcje zwłok dobrze zakonserwowanych szczątków Sikorskiego przeprowadzone w Polsce wykluczyły tą możliwość. Sikorski zginął/zatonął w samolocie. Losy Polski, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i znaczenie polskich władz państwowych w Londynie uległy po tym wypadku zdecydowanie pogorszeniu. Skala ustępstw wobec Stalina przechyliła się wyraźnie na stronę rosyjską. Czy stało się to efektem tragicznego, niezaplanowanego wypadku/katastrofy? Raczej nie. Nie byliśmy ani tak ważni, ani tak militarnie niezbędni – zwłaszcza od momentu załamania się ofensywy niemieckiej w Rosji. Po tym wypadku bez wątpienia było jednak wygodniej aliantom pomijać rząd polski w decyzjach najważniejszych. Niewygodny i szanowany aliant zniknął ze sceny politycznej świata. Polscy przeciwnicy polityczni Sikorskiego ( a było ich wiele, na obozie piłsudczykowskim poczynając ale wcale nie kończąc) mogli być z tego po cichu (i nie tylko) zadowoleni; Brytyjczycy odetchnęli z ulgą a Stalin mógł się szczerze uśmiechnąć i wypić toast wódki.
Czasami zastanawiałem się, jak by zachował się Sikorski, gdyby to nie Mikołajczyk a on był premierem i ciągle Naczelnym Wodzem w 1945 roku. Jaką decyzję by podjął? Niewątpliwie gdyby – podobnie jak Mikołajczyk – wrócił, jego status i pozycja tak w Kraju jak i Zagranicą by była o wiele silniejsza niż Mikołajczyka. Historii by nie zatrzymał i nie cofnął ale być może nasz system i samowładztwo PPR/PZPR by nie były tak silne. Gdybanie.
sprowadzenie ciał ofiar wypadku pod Smoleńskiem (Warszawa, 2010)
Ciągle przy Polsce pozostając. Jest 67 lat później. Samolotem TU154 MLux leci do Katynia (na małe lotnisko pod Smoleńskiem) olbrzymia delegacja Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z udziałem większości (poza stroną rządową, która oficjalną delegację przygotowała osobno i wpływu na decyzje Prezydenta i jego Kancelarii nie miała) wyższych dowódców wojskowych, senackich i ważnych gości. W jakimś niezrozumiałym pędzie do glorii i chwały na pokładzie samolotu jest zebrana duża grupa jednych z najważniejszych osób w państwie. Szaleństwo polityczne czy zwykła głupota wyższych urzędników? Też do dziś nikt na to prawdziwie i zgodnie z faktami nie odpowiedział. Można nawet pewną nic wysnuć łączącą Polski Rząd w Londynie z obecnymi władzami w Kraju – na pokładzie jest też Prezydent Kaczorowski z małżonką, ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie. 20 kwietnia tego roku (2010), o godzinie 8.41 rano samolot rozbija się w tysiące kawałków i wszyscy pasażerowie z załogą giną na miejscu.
Powstaje, jak po Gibraltarze, natychmiast szereg teorii spiskowych, obwiniających różne strony o ten tragiczny i w skali niewyobrażalny wypadek (w skali szoku dla struktur państwa). I olbrzymi konflikt miedzy stroną rządową a stroną opozycji PiS. Po miesiącach badań i latach następnych wyjawia się raczej dość zwięzły, sumienny opis wydarzeń, skutków i przyczyn. W atmosferze współoskarżeń, podejrzeń i awantur politycznych. Jest chyba (dla osób rozsądnych i logicznych) jednoznacznie dziś widoczne, że główna wina spada na stronę polską, załogę i przygotowanie lotu. Bez wątpliwości jest też fakt złego przygotowania lotniska, fatalnych warunków pogodowych i zbyt chyba mało zdecydowanej postawy rosyjskich dowódców lotniska, którzy winni kategorycznie odmówić przyjęcia samolotu, nie pozostawiając tej decyzji Polakom.
Oczywiście w Polsce bardzo szybko rośnie teoria spiskowa. Jakiś polski naukowiec ze Stanów wysuwa twierdzenia, że doszło do wybuchu na pokładzie samolotu, wybuchu, który nie był skutkiem awarii maszyny a ładunku wybuchowego umieszczonego w samolocie, bądź z pocisku/rakiety skierowanej w samolot. Jakkolwiek teoria ta (pomijając jej poważne luki dowodowe) wydaje się być absurdalna w samym założeniu (dla Rosji byłby to niewyobrażalny wręcz w skutkach międzynarodowych skandal, którego koszty by były nieporównywalnie wyższe od jakichkolwiek wątpliwych zysków politycznych). Jest to jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż teoria jakiegoś groteskowego mordu Sikorskiego na przyjęciu w Pałacu Gubernatorskim w Gibraltarze. Ale … fakty w Polsce i w polskiej debacie politycznej są tylko niewygodnym niuansem, przeszkadzają a nie pomagają. Do dziś, mimo upłynięcia blisko 10 lat od tego tragicznego wydarzenia – nie ma pełnego i kompletnego zakończenia tej sprawy, nie ma oficjalnego, końcowego i podpisanego wspólnie przez rosyjską i polską stronę Protokołu zamykającego dochodzenia. A były komisje międzynarodowe, były komisje polskie i podkomisje pana Macierewicza. Zbadano wszystkie prawie możliwe wersje, szczątki, niuanse, badania teoretyczne, naukowe, medyczne, techniczne. Nauka i wiedza w sprawie takich badań jest nieporównywalna do czasów z roku 1943.
Ten wypadek pod Smoleńskiem miał dla Polski znaczenie wielokroć większe niż przypuszczalne, ale teoretyczne jedynie, dywagacje na temat skutków katastrofy Sikorskiego. Pięć lat trwająca nieustanna praca nad rozbudowywaniem teorii spiskowych/zamachowych TU 154 MLux przyniosła nieoczekiwane efekty wiosną i latem 2015 roku i zaowocowała wielkim zwycięstwem partii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął pod Smoleńskiem. Stworzono de facto quasi religijny kult wokół tej sprawy, tzw. religię smoleńską, która wykorzystała elementy katolickie do wprzęgnięcia je w propagandę czysto polityczną. Więcej – ideologiczną. Głównym (choć nie jedynym) sprawcą i zwycięzcą upolitycznienia tej katastrofy był i jest sam bliźniaczy brat Lecha Kaczyńskiego, Jarosław. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, na wskroś makabryczne, że Jarosław Kaczyński przez tragiczną śmierć swego brata otrzymał największy prezent polityczny swej kariery publicznej. I wykorzystał go wręcz bezbłędnie.
Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle doczekamy się całkowitego i ogólnie przyjętego zamknięcia sprawy katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. I – w tych rozważaniach – nie ma to już większego znaczenia praktycznego. Cele polityczne osiągnięto. Politycznie ale też społecznie, socjologicznie. Polska anno domino 2020 jest innym krajem niż Polska anno domino 2010, roku katastrofy smoleńskiej.
Dziesięć lat temu w tym wypadku zginęło 96 osób. Bez względu na ważność tych osób w państwie jest zdumiewające, jaki kolosalny wpływ na losy państwa 40 milionowego blisko, miała śmierć mniej niż stu osób.
zestrzelony nad Ormuzem w 1988 samolot irański
Cofnijmy się znowu nieco w czasie w okolice Bliskiego Wschodu. Nie nad Gibraltar, a do cieśniny Ormuskiej. Nie polski samolot a irański. Jest rok 1988, 30 lipca. Między Iranem a USA (podobnie, jak teraz) trwa niewypowiedziana i nieoficjalna wojna podjazdowa. Z lotniska Baandar-e-Abbas startuje pasażerski samolot Airbus300 z 290 ludźmi na pokładzie. Celem lotu jest Dubaj, po drugiej stronie cieśniny. W tym samym czasie w cieśninie, na irackich wodach terytorialnych znajduje się amerykański krążownik USS Vincennes. Okręt wyposażony jest naturalnie w wyrzutnie rakietowe i nowoczesny system wykrywania i naprowadzania AEGIS.
Samolot pasażerski Iran Air startuje z 20 minutowym opóźnieniem, o godzinie 10.17. Siedem minut później z okrętu USS Vincennes odpalono w jego kierunku dwie rakiety. Rozbity na dwie części samolot spada do morza, załoga i pasażerowie giną na miejscu.
Strona amerykańska przez długi czas nie chciała się przyznać do winy określając katastrofę, jako zbieg nieszczęśliwych wypadków, okoliczności i braku doświadczenia obsługujących system AEGIS oficerów i żołnierzy. Odmawiali przyjęcia pełnej odpowiedzialności za tą tragedię samolotu Iran Air. Zgodnie ze stanowiskiem amerykańskim, dowodzący systemem naprowadzanie pomylili duży samolot pasażerski Airbus300 z myśliwcami bombowymi F14, jakie posiadali Irańczycy. Dopiero osiem lat później Amerykanie wypłacili odszkodowania dla rodzin ofiar tej katastrofy w wysokości ponad 62 milionów dolarów. Odszkodowania za samolot Iranowi nie wypłacono. Do dziś USA oficjalnie nie przyjęło odpowiedzialności i winy za tą katastrofę.
Pozostańmy w tym terenie. I przy Iraku i USA. Tym razem jest też trzeci główny podmiot: Ukraina.
Sytuacja polityczno-militarna między USA a Iranem jest podobna , jak w 2008. Zamachy, ataki polityczne, kampania międzynarodowa przeciw sobie. Budowanie koalicji, oskarżania się wzajem o najgorsze z przestępstw i najniecniejsze cele dalekosiężne w tej niewypowiedzianej wojnie podjazdowej.
zbieranie szczątków ludzkich po zestrzeleniu samolotu ukraińskiego (Teheran, 2020; agencja FARS)
Cały ten krąg geograficzny oparty jest na trójkącie trzech dużych państw: Syrii, Iraku i Iranu. Ścierają się tam też od stuleci dwa najważniejsze odłamy islamu (sunnici i szyici), a od XX wieku imperializm ekonomiczny Europy i USA wpatrzony w dostęp do ‘złotego runa’ XX wieku: ropy naftowej. Dodatkowym i bardzo aktywnym elementem jest amerykańsko-izraelski sojusz militarno-ekonomiczny wspierający terytorialną zaborczość Izraela. To tygiel niemożliwy do ciągłego kontrolowania i zabezpieczania.
Ten zarys dodałem po to tylko, by zrozumieć skomplikowane powiazania każdej akcji politycznej, ekonomicznej i militarnej każdego kraju tego trójkąta.
8 maja 2018 roku Prezydent Trump oficjalnie kończy udział Ameryki w międzynarodowym Porozumieniu Nuklearnym z Iranem. Porozumienie działało bardzo dobrze i zgodnie z międzynarodowymi obserwatorami Iran dotrzymywał umowy. Zaczyna się okres gwałtownych i wyniszczających amerykańskich sankcji ekonomicznych na Iran. Rośnie atmosfera wrogości, napięcie polityczne i militarne. Na wody cieśniny Ormuskiej wpływają jednostki marynarki wojennej USA. Dochodzi do akcji, bez wątpienia wspieranej lub bezpośrednio prowadzonej przez Iran, ataku na tankowce i kilkakrotnego zamknięcia cieśniny dla swobodnego ruchu statków handlowych. Świat stoi znowu na granicy poważnego konfliktu u wrót do Bliskiego Wschodu. Zakończyła się właśnie wieloletnia, straszna wojna z Daesem/ISIS, który przez długi czas opanował całe połacie Iraku i Syrii. Pokonanie ISIS było możliwe w dużym stopniu dzięki militarnemu wsparciu sił Iraku i paramilitarnych grup irackich szyitów przez Iran i dowodzone było głównie przez generała Sulejmaniego. Sulejmani jest też, ze strategicznego punktu widzenia i organizacji polityczno-militarnej, jednym z czołowych sojuszników prezydenta Assada w Syrii – wspieranego też bardzo wydatnie przez Rosję. To nie wysiłek militarny USA w Syrii – a decyzje Putina i Sulejmaniego umożliwiają praktyczne zakończenie wojny domowej w Syrii i umocnienie pozycja Assada.
Wszystko to jest sprzeczne z interesami Izraela i zwiększa ich presje wobec USA na ostrzejsze militarne wsparcie przeciw Iranowi, a personalnie – przeciw Sulejmaniemu. Sulejmani widziany jest w Tel Avivie, jako główny organizator i strateg nie tylko wywiadu samego Iranu ale przede wszystkim Hezbollah – największego zagrożenia dla polityki ekspansji terytorialnej Izraela. Cała ta sytuacja destabilizuje jeszcze bardziej zrujnowany Irak, który znowu staje się teatrem rozgrywek politycznych i militarnych świata arabskiego i interesów Ameryki i Europy, w tym głównie Wielkiej Brytanii, która z historycznych przyczyn kolonialnych kształtem i charakterem Bliskiego Wschodu i Mezopotamii jest najbardziej zainteresowana. Ostatecznie to Wielka Brytania ukształtowała granice i państwa arabskie i Doliny Eufratu i Tygrysu po upadku Imperium Otomańskiego. A tendencje otomańskiego panowania też na nowo ożyły w głowie obecnego prezydenta Turcji, co stwarza kolejne zagrożenie i konflikty . Uff. W głowie się kręci – a to dopiero lekki tylko i niepełny zarys sytuacji, przyczyn i skutków w tym rejonie.
27 grudnia 2019 paramilitarna grupa iracka (szyicka i współpracująca z Sulejmanim) ostrzelała bazę iracką z amerykańskimi żołnierzami. Zginęła jedna osoba (amerykański kontraktor w tej bazie) a kilka osób zostało rannych. Dwa dni później Amerykanie zbombardowali bazę Szyitów w Iraku zabijając 25 Irakijczyków i raniąc 55. Powoduje to silny wzrost nastrojów anty-amerykańskich w Iraku. Kolejne dwa dni to masowe demonstracje pod silnie ufortyfikowaną ambasadą USA w Bagdadzie, próby jej podpalenia i zdobycia. Cały personel dyplomatyczny ambasady jest ewakuowany do Kuwejtu. USA staje w obliczu pamięci dnia wstydu, kiedy parędziesiąt lat wcześniej, w 1979, Irańczycy zdobyli szturmem ambasadę amerykańską w Teheranie i uwiezienie 55 dyplomatów USA przez blisko 1.5 roku.
Parlament i rząd Iraku co raz głośniej mówią o konieczności wyproszenia z Iraku wojsk amerykańskich, które uczyniły z ich kraju poligon niekończących się starć USA z Iranem.
3 stycznia amerykański dron bombarduje i niszczy pod lotniskiem w Bagdadzie samochód z generałem Sulejmanim. Irański dowódca ginie razem z irackim przywódcą szyickim. Świat staje wobec perspektywy niechcianej i bardzo niebezpiecznej otwartej wojny amerykańsko-irańskiej.
Jeszcze jedno tło polityczno-historyczne tych wydarzeń o którym nie wolno zapominać, to sytuacja domowa prezydenta Trumpa i ajatollaha Chamenei. Prezydent Trump od ponad miesiąca uwikłany jest w największe zagrożenie jego prezydentury, które teoretycznie może (jako pierwszego w historii USA) pozbawić go prezydentury. Kongres USA (Izba Reprezentantów) oficjalnie oskarżył go o popełnienie dwóch przestępstw, które będą powodem procesu senackiego o pozbawienie go funkcji. Ajatollah Chamenei , Przywódca Iranu, stoi wobec rosnącego oburzenia i protestu Irańczyków zagrażającego jego pozycji w Iranie.
Obaj przywódcy mogą więc skorzystać z atmosfery wojennej i jednoczenia swoich narodów pod banderą wojennego zagrożenia. Nic politykom tak nie pomaga, jak atmosfera wojny i patriotycznego uniesienia …
A teraz stan obecny, powrót do tematu zasadniczego tego artykułu: zestrzelenie ukraińskiego samolotu pod Teheranem.
Samolot Boeing 737-800 ukraińskich linii UTA startuje z Teheranu 8 stycznia rano. Po godzinnym opóźnieniu wznosi się w powietrze o 6.15. Na pokładzie, łącznie z załogą jest 176 osób, głównie Irańczyków i Kanadyjczyków. Dwie minuty później spada na ziemię w niekontrolowanym upadku i rozbija się w wiele fragmentów. Jest jasne, że nikt tego nie mógł przeżyć.
To jest niecałe 5 dni po zamachu na Sulejmaniego i trwających od paru dni gróźb irańskich i amerykańskich o odwetach i zemstach niechybnych. Czy tym razem to początek wojny otwartej? Czy samolot z jakichś nieznanych przyczyn rozbija się skutkiem awarii maszyny czy też skutkiem zestrzelenia przez Irańczyków lub Amerykanów?
Ze względów polityczno-propagandowych celowe zestrzelenie samolotu przez USA lub Iran byłoby zbrodnią całkowicie absurdalną. Ale … no właśnie. Jest wojna nie tylko słów, jest wojna czynów. Nie szkodzi, że nie wypowiedziana. Giną ludzie po obu stronach. Wszyscy są napięci, w stanie ustawicznego pogotowia, zdenerwowania. Wiedzą, że sekunda w reakcji może znaczyć różnice między życiem a śmiercią. Parę godzin wcześniej z tego samego lotniska wystartowały różne samoloty i nikt ich nie ostrzelał. Tylko, że samolot ukraiński startuje z godzinnym opóźnieniem. Czy wszyscy o tym wiedzieli? Czy wiedzieli o tym dowódcy baterii przeciwlotniczych w bazie irańskiej? Może kiedyś się dowiemy. Tylko w czym ta wiedza szczegółowa pomoże?
Iran początkowa absolutnie zaprzecza możliwości zestrzelenia samolotu ukraińskiego przez irańskie rakiety. Dopiero, kiedy premier Kanady, Justin Trudeau, jako pierwszy z polityków, oficjalnie oświadcza publicznie, że ma poważne dowody na możliwość irańskiego ataku rakietowego na samolot i że już odbył odpowiednie rozmowy z szefami innych rządów na ten temat – Iran po krótkim czasie przyznaje się do tego. Bez względu pomocny mu był fragment oświadczenia Trudeau, w którym sugerował, że bardzo możliwe iż nastąpiło to skutkiem tragicznej pomyłki.
Dla mnie zastanawiające jest dlaczego nie ma międzynarodowego protokołu wymagającego niemal natychmiastowego i automatycznego kontaktu między samolotami pasażerskimi a każdą jednostką militarnej obrony powietrznej (z lądu, morza czy powietrza) zanim ktoś naciśnie przycisk „fire”? A nie ma. Mimo, że takich wypadków była już masa. I dlaczego w sytuacji tak wysokiego napięcia i gotowości bojowej najwyższego rzędu w wojskach obrony powietrznej natychmiast nie jest zamknięta przestrzeń powietrzna dla lotnictwa cywilnego w danym kraju? To powinno też być regulowane międzynarodową konwencją. A nie jest.
Odpowiedzialność prawna i kryminalna? Na pewno będzie. Iran już aresztował ileś osób mundurowych. Bez wątpienia w jakiś sposób (pomyłka, nieporozumienie, źle zrozumiany rozkaz lub pytanie, itd.) odpowiedzialnych. A wszak odpowiedzialne są dwie osoby tylko: prezydent USA Donald Trump i prezydent Islamskiej Republiki Iranu, ajatollah Chamenei. Może i oni staną przed sądem. Trump de facto symbolicznie już bardzo prędko, przed sądem Senatu USA. Ale nie będą to oskarżenia o spowodowanie tego wypadku.
Jest wszak możliwe, że ten wypadek lotniczy – podobnie, jak wypadek polskiego samolotu wojskowego z prezydentem Lechem Kaczyńskim – wpłynie bardzo poważnie na losy obu przywódców tych państw: USA i Iranu. Politycznie, nie kryminalnie. Jeśli tak się stanie, to – w odróżnieniu od Polski – ten wypadek i ofiara tych ludzi, którzy w nim zginęli nie pójdzie na marne. Dla dobra milionów ludzi. Zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Choć na pewno też w USA.
Miałem jeszcze wspomnieć o trzech innych katastrofach, które maja pewne wspólne cechy z tymi już wymienionymi. Ale już to pominę. To nie książka historyczna ani dochodzenie reporterskie.
Chodziło raczej o spojrzenie z innej, nie mechaniczno-inżynieryjnej, strony na badania przyczyn i skutków dziwnych katastrof lotniczych. Katastrof, które były całkowicie do uniknięcia i nie były spowodowane jakąś nagłą awarią całego systemu na pokładzie. Komisje lotnicze tych przyczyn innych nie są w stanie badać ani nie są do tego przygotowane profesjonalnie, merytorycznie. To pytania polityczne i etyczne.
Żołnierze irańscy (oficerowie), którzy bezpośrednio i fizycznie nacisnęli ten przycisk „fire” są bez wątpienia odpowiedzialni za niezamierzona katastrofę i śmierć załogi i pasażerów samolotu ukraińskiego. Czy są głównymi winowajcami? Wątpię by jakakolwiek Komisja badania tego wypadku potrafiła na to odpowiedzieć. Wiemy, że fizyczną przyczyną katastrofy polskiego samolotu pod Katyniem były błędy nawigacyjne i operacyjne załogi wojskowej, pilotów. Czy byli zamachowcami, których celem było zabicie pasażerów samolotu? Oczywiście, że nie. Ale ktoś wcześniej już stworzył atmosferę, że ten samolot musi lecieć i MUSI dolecieć, bez względu na trudności. Może nawet ktoś na pokładzie. Słuchając godzinami, słowo po słowie, nagrania z taśmy z „Czarnej skrzynki” z tego TU154 MLux, i te słowa i zdania po polsku i te po rosyjsku – ogarnęła mnie wówczas przerażająca świadomość, że ci piloci i ci nieświadomi pasażerowie nie mieli jakiejkolwiek szansy. Chyba, że jakimś cudem samolot by się bezpiecznie wzniósł jeszcze z niemożliwej wysokości poniżej pasa lądowania, że nie rosłaby tam jakaś brzoza ani inne drzewo, że … Cuda się jednak w lotnictwie nie zdarzają a fizyka ma swoje prawa.
Powinna je mieć też polityka i polityczna odpowiedzialność. Tylko ten sąd może się odbyć tylko w mózgach i sercach obywateli danego kraju. Tutaj sędziowie praw kryminalnych, administracyjnych, konstytucyjnych nie pomogą. Nie pomogą opinie rzeczoznawców od aerodynamiki, od siły stali, stopów, naprężenie powietrza, ciśnienia wewnątrz i zewnątrz, zaworów, otworów. Jak politycy nawalą ekonomicznie i ludzi bardzo uderzy to po kieszeni – to wybierają innych. Jak zginie parędziesiąt lub paręset ludzi skutkiem aroganckiej gry politycznej ale potem rozegrają to umiejętnie na instrumentach emocji wyborców – często zostają nagrodzeni. A przecież zginęli ludzie. Czasem prezydenci, czasem murarze, lekarze, nauczyciele, uczniowie szkól, staruszkowie, młodzi. Ile to kosztuje? Jak obliczyć cenę za życie? Lub za etykę i moralność?
Więc o sentymencie na chwilę. Na chwilę tylko, bo sentyment, to taka przelotna chimerka lub aniołek smutny, momentem jedynie ulotnym na ramieniu twoim siadający. Zadumany z lekka, czasem nawet uśmiechnięty, choć tak smutno trochę, ironicznie jakby. A po prawdzie, nie skłamawszy – to całkiem poważnie. Tyle, że bez chęci walki czy protestacji jakichś. Nie, pogodzony z losem, z tą rzeką płynącą bez przerwy, byś nigdy do wód tych samych wejść nie mógł.
Ta życiowa pantarejskość dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego, starczego nawet. Spoglądanie przez ramię wstecz czasu, bez możliwości powrotu. A to zapach skądś znajomy trawy, kwiatu, zioła, skóry kogoś bliskiego, skrzyp złamanego patyka na leśnej drodze, fragment arii operowej – naturalnie dramatycznej, wręcz tragicznej w niskich tonach głosu – i pasażu jakiegoś koncertu fortepianowego, może wiolonczeli szlochającej… . Tak. Znasz to. Przychodzi w chwilach nieoczekiwanych. Ta chimerka właśnie, ten aniołek szeptający: pamiętasz? Pamiętasz, naturalnie. Jakże mógłbyś wyprzeć się tej myśli gorzko-słodkiej, że można było trochę inaczej, można było zatrzymać, podtrzymać, uratować od zwiędnięcia w oceanie czasu upływającego. I przestrzeni, przestrzeni odległości wzrastającej, zacierającej kontury, wyciszającej dźwięki. Tyle rzeczy można było zrobić lub spróbować, słów tyle więcej powiedzieć… . Non omnis moriam, mówią. Nie prawda. Odchodzisz cały, nic nie pozostanie. Omnino moriatum – to chimerka ci syczy do ucha.
Więc sentyment
nie jest pamięcią szczegółu, faktu – to pamięć sytuacji, pamięć uczuć jakie ten
fakt, ren szczegół stworzył. Nie ścieżki znajomej jaką kiedyś szedłeś ale o
czym lub o kim, po niej idąc myślałeś; nie dźwięk sam instrumentu, melodii, tonu głosu a obrazy,
jakie ta muzyka ci w duszy wymalowała; nie pompa inscenizacji operowej a
nastrój ulicy do Opery prowadzącej, kształt kolumnad z parteru wiodących
schodami do lóż balkonowych, jak on lub ona byli tego wieczora ubrani i jak
muzyka jednako sączyła się w was przez szpary w skórze twarzy, rąk. Nie jak dźwięki
wydawał instrument ale jaką manierą dramatyczną unosił dłonie pianista, jak
oczy zamykał bądź błyskał wzrokiem uniesionym, wyraz jego twarzy. Potem to wino
lub piwo nawet w barze lub kawiarni wieczornej. Lub ognisko w lesie po spacerze
czy na plaży po wieczornej kąpieli. I ten stały lęk, który też pamiętasz. Ten
lęk, że to zaraz minie, że się rozpłynie w tym czasie i przestrzeni i nie
potrafisz tego zatrzymać. A to właśnie
on, ten lęk świadomy, w tym momencie budował fundamenty sentymentu tej chwili,
tego miejsca, tego spotkania. Dawał narodziny tej chimerki, tego aniołka. To on
obiecywał te non omnis, tą obietnicę przetrwania. Ale obietnicę pamięci i powrotu
na jej skrzydłach tej chwili, nie życia jakiegoś. Momentu. Chwili życia a nie nieśmiertelności.
Więc z zasady i natury swej sentyment nie jest sentymentalny, a przeciwnie – bezwzględny
i okrutny w przypominaniu o kresie wszystkiego. Powstaje tylko wtedy, gdy coś się
zbliża ku końcowi lub kończy w tym momencie. Coś, co było bliskie i drogie. Pąk
kwiatu, który nie rozkwitnął. Jest
wspomnieniem tego, co było czy też tego, co być mogło?
To już jednak
osobna opowieść. A świeczka się właśnie dopala. Czy pozostanie po niej
sentyment?
W poprzednim tekście usiłowałem zarysować co to jest tzw. społeczność LGBTQ2+ . I co się de facto pod tymi literkami ukrywa. Z licznych komentarzy, jakie dostałem z Kanady i Polski wynika, że w dużym stopniu tekst był przyjęty dobrze (choć zastrzegałem, że to szkic bardzo skrótowy i w wielu odcieniach historii i współczesności LGBTQ2+ wręcz pobieżny). Za dobre słowa dziękuję. Tutaj chce podjąć temat kampanii nienawiści wobec LGBTQ2+, która rozpętano w Polsce. Gdy mówimy o ‘nienawiści’ naturalnie rośnie atmosfera polemiki, oskarżeń i ważkość argumentów. Ale nie o to mi chodzi. Tak, argumentuję, że autorzy i konstruktorzy tej kampanii-nagonki zasługują na pełne i całkowite potępienie, że są osobami niegodnymi. Wszak mowy nie może być o tego typu kampanii bez użycia aparatu propagandy. Propaganda to ma do siebie, że ludzi temat mało znających ogłupia, stwarza wrażenie zagrożenia i konieczność obrony. Jest bardzo możliwe, że wiele z tych osób bez tejże propagandy uniknęłoby wydawania sądów fałszywych lub szkodliwych. Bo to zawsze opiera się na końcu o wydawania właśnie własnego osądu tematu, poszukiwaniu tego, co – zdaniem naszym – jest sprawiedliwe lub dobre.
A to już zagadnienia etyczne i moralne. Więc – z pewnym
lękiem, że tekst i tak już długi, wydłużę bardziej jeszcze – dam wyjaśnienia tych
pojęć od Nauczycieli najpoważniejszych prawdy, fałszu, dobra i zła. Zacznę od
Sokratesa, potem jego ucznia Platona, dalej ucznia Platona – Arystotelesa (tenże
potem był nauczycielem jednego z najsłynniejszych gejów ludzkości, Aleksandra
Wielkiego). Nie bez znaczenia jest fakt, że Platon był źródłem rozmyślań i pism
uważającego się za jego ucznia św. Tomasza z Akwinu. Ojca Kościoła Katolickiego
i twórcy ram teologii i filozofii chrześcijańskiej. To ułatwia zrozumienie, jak
wszystko w historii się łączy a kolejne warstwy wiedzy i mądrości korzystają z doświadczeń
i wiedzy przeszłej.
W „Fajdrosie” Platona, Sokrates prowadzi z tymże Fajdrosem dyskusję o mowie i piśmie sugerując, że aby dobre być mogły ich autor winien znać temat i prawdę o tym temacie. Na wątpliwości Fajdrosa czy to najistotniejsze odpowiada mu przypowiastką: gdyby on ani Sokrates nigdy w życiu nie widzieli konia, a zaszłaby potrzeba zakupienia takowegoż na potrzeby wyprawy wojennej Fajdrosa, Sokrates z własnych wyobrażeń, jakie dobry koń przymioty mieć winien poradziłby, by zakupił … osła. Fajdros sam o koniu więcej nie wiedząc posłuchałby rad Sokratesa, jako mówcy znanego i dobrego i osła by kupił, będąc przekonany, że to koń. Tak i mówca dobry potrafi mową zręcznie sformułowaną przekonać słuchaczy do rzeczy fałszywych i złych jeśli słuchacze wiedzy o temacie rozmowy nie mają.
Uczeń Platona zaś, Arystoteles, w traktacie „Polityka”, w rozdziale o sprawiedliwości w społeczeństwach, tak wnioskuje: „Wszyscy opowiadają się za jakąś sprawiedliwością, ale nie przekraczają pewnego punktu, nie mówią o pełnej sprawiedliwości w jej znaczeniu suwerennym. W związku z tym myślicie, że sprawiedliwość jest równością; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich osób, tylko dla tych, którzy są sobie równi. Nierówność jest postrzegana, jako sprawiedliwa; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich, tylko dla tych, którzy nie są równi. Popełniamy duży błąd, jeżeli omijamy pytanie ‘dla kogo’, kiedy decydujemy, co jest sprawiedliwe. Powodem tego jest fakt, że wydajemy własny sąd a ludzie są generalnie złymi sędziami, kiedy ich własny interes jest z osądem związany” (tł. własne BPG z :Aristotle „The Politics”, Penguin Classics, 1981, s.195)
I stąd, w moim osądzie, większość heteroseksualna często nie potrafi zrozumieć, że nierówność wobec mniejszości homoseksualnej i inno-płciowej jest niesprawiedliwa. A, jak pisał św. Tomasz: co niesprawiedliwe jest złe.
„Sprawa Polska’
to pojęcie związane z losami naszego kraju
głośne od czasów rozbiorowych. Czy chodziło o Napoleona, czy o Kongres
Wiedeński, losy Królestwa Polskiego pod berłem carskim, w końcu stanowiska
państw zaborczych w I wojnie światowej, a na końcu Traktat Wersalski z 1919
stale się tym zajmowały. Jak i sami Polacy – od Insurekcji Kościuszkowskiej
poczynając, na Legionach Piłsudskiego kończąc. Te hasło-zagadnienia raz jeszcze
odżyło w czasie konferencji jałtańskiej, teherańskiej i poczdamskiej w latach
1944-1945.
Otóż ,sprawa polska’ odżyła ponownie – w większym jeszcze, bo egzystencjalnym charakterze – w związku z aktywnością polskiej społeczności LGBTQ z jednej strony a stanowiskami naczelnych władz Polski i głównych hierarchów polskiego Kościoła Katolickiego z drugiej. Dzięki podżeganemu przez diecezje białostocką, z jej biskupami na czele, obrzydliwemu atakowi na Marsz Równości w Białymstoku, ten proces rozlał się na masową skalę. Tak w kraju, jak i poza jego granicami. Głos zabrali najwyżsi dostojnicy państwa i Kościoła: poseł Jarosław Kaczyński, prezes PiS i arcybiskup-metropolita krakowski Jędraszewski. Mówiąc w olbrzymim skrócie ich wystąpienia można zreasumować konkluzją, że wedle tych dostojników chodzi wręcz nie o samo istnienie niezależnej Polski ale o jej ‘ducha’, jej charakter narodowy. Słowem o to, co nazywamy potocznie ‘polskością’. Tejże, najdroższej wszystkim Polakom, polskości zagraża … LGBT i jego ideologia! Podobnych słów w innym okresie i sąsiedzkim państwie w latach 30tych używał Hitler i jego najbliżsi współpracownicy. Też w okresie konsolidacji pełnej i nieograniczonej władzy i przed wprowadzeniem jawnej dyktatury NSDAP pod osobowością Fὕrera. W momencie wczesnego kształtowania się dyktatury prawie zawsze niezbędny jest wróg tak zewnętrzny, jak przede wszystkim wewnętrzny. To umożliwia sterowanie i kontrolę nad nastrojami społecznymi, jak i postawienie wyraźnej cezury ‘my-wy’. Gdzie ‘wy’ jest zagrożeniem jedności, zagrożeniem narodowego charakteru, wynaturzeniem. Nie wolno zapominać, że niemieccy homoseksualiści byli jednymi z pierwszych ofiar zbrodniczego hitleryzmu, w dodatku ofiarami bezbronnymi, bo niezorganizowanymi i bez poparcia społecznego, bez jakichkolwiek praw. Fakt, że socjalnie wesołe lata Republiki Weimarskiej, głównie w Berlinie i wielkich metropoliach, wzbudziły fałszywie rozumianą szeroką akceptację ‘inności’, spowodował upublicznienie się wielu homoseksualistów – później następujące represje i aresztowanie ułatwił i przyspieszył. Pomogło to też Hitlerowi na likwidację zagrożenia ze strony SA – jego brunatnych sojuszników. Ktoś powie, że to absurdalne porównanie – arcybiskup metropolita krakowski i Hitler? Kaczyński i Goebels? Nie wiem czemu miałoby ono być absurdalne. Dla mnie jest bardzo logiczne. Fakty i historia oparta na nich nie kłamią. Przytoczę słowa dostojnika: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to co oni robią jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksualne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy przeżycia narodu. /../ Naród z dużą ilością dzieci może zawładnąć światem. Naród czysty rasowo z niewielką ilością dzieci stoi już jedną nogą w grobie, za pięćdziesiąt lub sto lat nie będzie już istniał. Dlatego też wszyscy musimy zrozumieć, że nie możemy tej chorobie pozwolić rozwijać się … i musimy ją zwalczać…”. Który dostojnik to powiedział? Czy w 2019 w Krakowie czy wcześniej? Wcześniej. W 1937. Heinrich Himmler.
Jakiś cymbał w Łodzi, profesor Zbigniew Rau kandydujący na wojewodę z ramienia PiS, napisał na swojej stronie wyborczej komentarz ze znamiennym tytułem: „Stop Ideologii LGBT! Stop cywilizacji śmierci!”. Tak, profesor. Nie, nie wiem czy to wynik uwiądu starczego (facet nie najmłodszy, choć nie starzec jeszcze), zwykła chciwość na pieniądze i władzę na funduszami (to dotyka wszystkich w Polsce – i nie tylko – niestety), czy po prostu zawsze był cymbałem ale wykuł się w swojej dziedzinie w latach studenckich, a potem całował pupy władz uczelnianych by tam mógł pracować i powoli a skutecznie tytułu się doskrobał. Nie ważne – byli, są i będą i tacy ‘akademicy pożal się boże’. Fakt jest faktem, że pod tym się podpisał (więc podaje się za autora) ergo jest cymbałem.
Ta hasło ‘ideologii LGBT” pojawia się nad wyraz często, w zasadzie nagminnie teraz w gadzinówkach reżymowych i na ambonach kościelnych. Jest takim zawołaniem do boju, wiciami rozsyłanymi do gminu i gromkim do kupy mośćpanowie, na koń i szable w dłoń! Można by się z tego śmiać w kułak, satyrycy mieli by temat wspaniały i niewyczerpany do swoich skeczy, psychiatrzy roboty po uszy … .
Człowiek o tyle o ile zorientowany w terminologiach, słownictwie polskim wie, że takie zwierzę, jak „ideologia LGBT’ po prostu nie istnieje. To pojęcie mieści się może w kategoriach faunów i skrzatów leśnych, syren morskich i lewiatanów, smoków wawelskich (może stąd te wystąpienia metropolity krakowskiego – może to od wyziewów smoczych spode Skarpy Wiślanej pod Katedrą wawelską coś mu faktycznie zaszkodziło, bo wierzyć się nie chce, by arcybiskup, wzorem profesora łódzkiego, mógł też być po prostu cymbałem!?). Liczni księża i zakonnicy byli wystąpieniem arcybiskupa oburzeni, apelowali wręcz by sam podał się do dymisji lub by Episkopat zwiesił go w czynnościach. Na próżno. Sami dostali ‘po łapkach’ od Episkopatu.
Znajoma działaczka polonijna, mogę szczerze powiedzieć, że od wielu lat moja bardzo bliska znajoma, z którą więcej niż często różniliśmy się poglądami ale mieliśmy wobec siebie szacunek i wspólny cel służenia polskiej kulturze w Polonii – wpadła w te tryby propagandy anty-LGBTQ2 nie rozumiejąc, że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością ani nawet nie jest faktycznym obrazem jakiegokolwiek poczucia zagrożenia środowisk arcy-prawicowych i środowisk kościelno-katolickich. Nie. To zwykły wulgarny i bardzo prosty chwyt propagandy politycznej. Służyć ma przede wszystkim zapewnieniu zwycięstwa w wyborach poprzez skinięcie głową w kierunku twardego elektoratu PiS, który, jest najmniej wykształcony, najbardziej pazerny na prezenty od władzy i ziejący nienawiścią wręcz kipiącą wobec wszystkich, którzy są nieco od nich inni. Dla Kościoła (mam na myśli oczywiście instytucję prawną a nie Kościół, jako ośrodek wiary i zgromadzenie wiernych), który otrzymuje od państwa niespotykane od czasów bodaj średniowiecznych darowizny i przywileje, jest to nie tylko udzielenie politycznego wsparcia dla PiS w akcji wyborczej – to jednocześnie odwrócenie uwagi społeczeństwa i wiernych od groźnego problemu pedofilii i przestępstw seksualnych w Kościele polskim. Zawołaniem: Łapaj złodzieja! nie jeden złodziej z potrzasku się wykaraskał.
Moja znajoma, Krystyna P. napisała więc w swoich regularnych wiadomościach polonijnych wysyłanych do wielu osób, krótki tekst w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu w Warszawie. Nie szczędziła w nim ostrych słów partii rządzącej (PiS) za ich afery i zaniedbania. Co jest cenne, bo oznacza, że osoba o poglądach konserwatywnych potrafi dostrzec błędy i wady nawet w środowisku o poglądach zbliżonych. Zresztą niezależność wobec wszystkich kolejnych władz polskich K.P. wykazywała zawsze, co pamiętam świetnie z szeregu wspólnych wizyt w Konsulacie Generalnym RP. I znowu – nie we wszystkim się zgadzaliśmy ale to w niej ceniłem. Krystyna sugeruje, że jest zwolennikiem (w wyborach) Konfederacji, tj. ugrupowania na prawo od prawej strony polskiej sceny politycznej. Jednym z czołowych reprezentantów tego ugrupowania jest Janusz Korwin-Mikke – postać wręcz groteskowo legendarna w polskiej polityce. Legendarna nie z tych cech, które dla polityka winny być chwalebne. Dla mnie osobiście Janusz Korwin-Mikke to pani poseł Pawłowicz – tyle, że błyskotliwsza w mowie, szczupła i ubrana w nienaganny smoking. Ale są tam naturalnie też inne ugrupowania ultraprawicowe, których nazw nie w pełni pamiętam czy uważam, że sens jest starać się spamiętać. To autentyczny i daleki nawias sceny politycznej. Zwolennicy państwa i społeczeństwa obywatelskiego na nich nigdy nie zagłosują, a elektorat PiSu nie pozwoli sobie na ryzyko przegranej PiSu i poprze tylko koalicję parti z PiSem związanych bezpośrednio. Nie chodzi mi jednak o polemikę polityczną. K.P. ma absolutne prawo i przywilej popierać takie partie, jakie uważa za właściwe. I to winno być prawo niewzruszone.
Chodzi mi o aspekt etyczny i moralny tekstu K.P, w tym momencie, gdzie porusza sprawy LGBTQ2. I nie chodzi o to czy lubi czy nie lubi LGBTQ2. Ostatecznie w jakimś sensie mieszczę się w tym skrótowcu a mimo to mogę śmiało powiedzieć, że się lubimy. I lubi się z moim mężem. Być może mimo wszystko nie łączy mnie ze społecznością LGBTQ. A jestem jej częścią nieodłączną. Zawsze byłem. To, kulturowo rzecz ujmując – moja ‘etniczność’. Czy jestem zagrożeniem dla ‘wolności polskiego narodu’? Być może – ale tylko wówczas, gdy mówimy o jakiejś innej ‘wolności’, jakiegoś innego ‘narodu’. Kiedy zakładałem „Solidarność’ w przedsiębiorstwie, gdzie pracowałem w Warszawie, byłem jej pierwszym Przewodniczącym tamże, roznosiłem ulotki, w czasie Pogotowia Strajkowego chodziłem ulicami Mokotowa z biało-czerwoną opaską (i wówczas też zdarzało mi się usłyszeć syk w tramwaju od jakiejś pani : ‘przestańcie już znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam znowu chodzi’ itd. – jestem przekonany, że te panie należą dziś do twardego elektoratu PiS) – to wiem doskonale o jaką ‘wolność’ zabiegałem. Też o moją własną. Osoby LGBTQ. Mimo, że taka nazwa wówczas jeszcze nie istniała powszechnie i sam bym pewnie nie wiedział, co oznacza. I o wolność wszystkich Polek i Polaków LGBTQ2. Na równi z wszystkimi obywatelami. Bez wolności osób LGBTQ2 nie ma mowy o wolnej Polsce. Będzie tylko atrapą i udawaniem wolności.
Tekst o którym mówię brzmi:
Rozpowszechniły
się marsze tęczowych, którzy twierdzą, że walczą o wolność. Zaczynają oni
natarczywie wkraczać do polskich miast, pod szczelną ochroną policji i wojska,
wywołując natychmiast stan wojenny i prowokując do nienawiści jednych przeciw
drugim. Polacy wiedzą co to jest wolność, zbyt długo o nią walczyli i nie mogą
pogodzić się z mieszaniem słowa „wolność”
z błotem. Nie zgadzają się również z wprowadzanym na siłę i bez zgody
społeczeństwa programem LGBT do szkół polskich, który grozi wykrzywieniem seksualnym,
moralnym i psychicznym naszych dzieci i młodzieży. Śpij sobie z kim chcesz i
jak chcesz, ale jeżeli wychodzisz na ulicę ze swoją odmiennością seksualną i
starasz się zmienić wychowanie młodych, w tak niemoralny sposób, to jesteś
zwykłym draniem i śmieciem, i nie ma to
nic wspólnego z wolnością.
Jak do tej pory
rząd PIS-u nie powstrzymał tej zgubnej propagandy LGBT. (tylko we fragmencie
związanym z tematem LGBTQ – przyp. moje, BPG)
(teraz przytoczę fragmenty nadesłanej mi odpowiedzi
do K.P. innych szanowanych osób z tego środowiska polonijnego, które tak
zareagowały na ten tekst powyżej.)
/…/ Do informacji dotarł do nas poniższy
materiał, a konkretnie “wiadomości z kraju” i Pani opinie na temat LGBT. Pani nomenklatura i prymitywne skwitowanie
tematu zwalają z nóg. Przez lata
tworzyła sobie Pani wizerunek osoby kulturalnej. Uzurpowanie sobie tutejszej roli “ambasadora
kulturalnego” wiąże się jednak z pewna doza odpowiedzialności. Pani toksyczne słowa są kompletnie
przeciwieństwem roli jaką Pani sobie obrała.
Są okrutne, ohydne, zamierzone do wywoływania nienawiści, i kompletnie
pozbawione sensu. /…/
Można nie
zgadzać się politycznie lub światopoglądowo z pewnymi ideami. Pani jednak wybiera i powiela opinie z
ciemnogrodu, który nie dopuszcza do rozwoju intelektualnego ani
uczuciowego. Czasy się zmieniają, ludzie
się zmieniają, opinie się zmieniają, w oparciu o rozwój nauk humanistycznych,
społecznych, przyrodniczych, I przede wszystkim, zmiany związane z wolnością i
otwartością słowa i myśli. Nawet idee
cytowanego przez Panią św. Jana Bosko (“Wychowanie jest sprawa serca”, cytat,
który obrała sobie Pani jako motto tego biuletynu), wyewoluowały w praktyce
Salezjanów, którzy kontynuują jego założenia, ale zaadaptowali je pod katem
czasów i miejsca, gdzie szkoły salezjańskie funkcjonują.
Pani prawa
(człowieka, kobiety, emigranta etc) zostały przez ostatni wieki wywalczone przez
ludzi, którzy mieli wizje i przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi. Teraz pora na edukacje, na otwartość i
tolerancję dotyczące sfery ludzi LGBT+. Edukacja w szkołach i otwarta dyskusja są
niezbędne!
Mieszkając w
Kanadzie, jest chyba Pani w stanie spostrzec, że ludzie innych orientacji
seksualnych są normalną częścią społeczeństwa, ani gorsza ani lepszą, ani nawet
specjalnie różną. Orientacji seksualnej
nie wybiera się. Na szczęście w Kanadzie
jest to kompletnie zrozumiały oczywisty fakt, przynajmniej w sferach ludzi
rozumnych i wrażliwych, czyli po prostu większości. W Polsce, do zrozumienia,
pełnej tolerancji i akceptacji jeszcze długa droga…
Pani opinie i
szerzenie nietolerancji rezonują w tutejszym środowisku polskim. Jesteśmy przekonani, że prędzej czy później
wydostaną się też poza środowisko polskojęzyczne. Mamy nadzieje, ze przemyśli pani swoje
przyszłe słowa wysłane w przestrzeń publiczną.
Ale bardziej niż to, mamy nadzieje, ze Pani otworzy się choć trochę i
uwrażliwi na prawa ludzi innych od siebie.
Lena Ch. i
Wiktor Ch.
Prawo kogoś do publicznego bycia sobą nie jest ‘błotem’. Tak, Polacy wiedzą, co to jest wolność. Ja jestem Polakiem, więc wiem. Wiem jaką cenę za nią płacił mój ojciec, żołnierz AK i jeniec w obozie w Rosji, mój dziad – żołnierz Września, wujowie i ciotki z ruchów czynnego oporu i PSZ na Zachodzie, ciotka z Powstania warszawskiego, która 25 lat wcześniej była działaczka POW na Kresach, kiedy Narodowcy Dmowskiego chcieli się układać z carem. Coś z tych nauk wynieść musiałem. Jako Polak i jako Polak-LGBTQ2. Tak, bo LGBTQ2 to nie jest jakakolwiek ‘ideologia’ – to ludzie. Szybciej można by starać się argumentować (zbędnie i niepotrzebnie ale argumenty logiczne znaleźć można), że narodowość lub wyznanie religijne są konstruktem ideologicznym nabytym a nie wrodzonym. Są LGBQ2 komuniści i ultrakatolicy, liberałowie i konserwatyści, są tacy, którzy w nosie mają wszelkie partie i ideologie, są ateiści i głęboko wierzący. Nie łączy nas nic, prócz podobnych doświadczeń ukrywania kim jesteśmy lub odważnego i bardzo ryzykownego stanięcia przeciw potężnemu murowi obcości, wrogości, w najlepszym wypadku oziębłej obojętności. Jak ta od tej pani w tramwaju, która (czując się na pewno i dobrą katoliczką i dobrą Polką) syknęła ‘przestańcie znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam chodzi?’. I to jest właśnie geneza tych marszów i parad. To są ich ‘prowokacje’, to jest ‘o co nam chodzi’ i ‘co chcemy’. Równych praw, jakie się nam, obywatelom należą. Prowokacją (świadomą) jest czasem udział w nich owych ‘przebierańców’, na ogół transwestytów, wobec których cała społeczność LGBTQ2 ma olbrzymi dług wdzięczności. To nikt inny, nie porządni gejowie-urzędnicy lub politycy, gejowie działacze kultury i politycy, gejowie chodzący regularnie na msze do kościołów różnych wyznań – tylko właśnie oni, przebierańcy, artyści kabaretów w tanich spelunkach, chłopcy i dziewczyny, którzy przebierając się za drugą płeć w sposób ostentacyjny dawali sobie pozwolenie na chęć bycia poderwanym, zaproszonym na randkę przez zastraszonego, ukrywającego się geja czy lesbijkę. To był kawałek ich wolności, która sami sobie dali, wbrew społeczeństwu, które im tego odmówiło. A w 1969 roku, na Manhattanie wyszli w tych wysokich obcasach, z karykaturalnymi makijażami, porwanych pończochach na ulicę by dać czadu policji nowojorskiej, która systematycznie na te bary napadała w celu zastraszenia, wyłudzenia okupu. I dali czadu. Dokopali swoim oprawcom i okupantom. Tak, okupantom. Bo jeśli osoba LBTQ2 jest w swoim kraju prześladowana a nie chroniona przed prześladowaniem, to oznacza, że jest to kraj okupacyjny. Nie kraj wolny. Ilu znałem z widzenia, niektórych z imienia, młodych chłopców, podrostków wręcz, którzy po ucieczce z jakiegoś małego miasta w Polsce, gdzie byli maltretowani przez rodziców i otoczenie uciekali do wielkiego miasta Warszawy. Jedyne miejsce jakie im stolica ofiarowywała to były perony i poczekalnie Dworca Centralnego – zwłaszcza w okolicach toalet męskich. Tam spotykali starszych, zastraszonych, ukrywających się gejów, często panów z poważnymi stanowiskami, z żonami czekającymi w domu – ci panowie (jeśli zamożniejsi i kulturalni) brali ich na parę godzin do hotelu lub wolnego mieszkania na szybki seks, możliwość kąpieli lub prysznicu, czasem nawet kolację w restauracji i pewnie parę groszy. Tak, prostytucja męska, często nieletnia. Tak, jak tanie prostytutki dziewczyn z przedmieść lub wiosek okolicznych. Tylko te mogły robić to w mniej upokarzających warunkach. Raz-dwa razy w tygodniu przyjeżdżały na dworzec Nysy milicyjne i chłopaków wyłapywano. Nie, nie do aresztu na komendzie. Do przejażdżki Nysą, gdzie po kolei milicjanci sobie chłopców używali. Ci nie płacili chłopakom za usługę. Czasami musieli trochę pobić, zwłaszcza nowych, nie znających zasad i savoir vivre stołecznego. Udało mi się czasem z niektórymi z nich porozmawiać, wysłuchać opowieści. Niektóre fragmenty zapisywałem potem. By nie zapomnieć. Dziś już tych notesów prawie nie mam, pogubiły miedzy kontynentami, krajami, miastami. I czasami, które się zmieniały. Kiedyś u znajomego dziennikarza poznałem bardzo ładnego chłopaka z Domu Dziecka lub poprawczaka (już tego szczegółu nie pamiętam) z Łodzi. Dziennikarz był tam robić wywiad o chłopcami i pracownikami ośrodka. Chłopak był autentycznie ładny, inteligentny – choć nawet bez szkoły średniej, co nie dziwiło zważywszy, gdzie dzieciństwo/młodość wczesną spędził), a dziennikarz był gejem. Więc chłopaka poderwał. Po wyjściu z tego ośrodka (miał już osiemnaście lat) zamieszkał u tego dziennikarza. Ten jednak okazał się draniem, chłopakiem się pobawił aż się znudził i po prostu wyrzucił na klatkę schodową. Zobaczyłem go na tymże dworcu Centralnym (bywałem tam regularnie co najmniej dwa razy dziennie, bo tu dojeżdżałem WKD z domu do centrum) krążącym wobec tych niesławnych toalet. Podszedłem się przywitać. Powiedział, co się stało i wtedy zauważyłem tą zmianę w nim – kompletny brak szczerego, wesołego uśmiechu, pewną zaciętość pod warstwą sztucznego uśmiechu. Znowu go oszukano. Dostał kolejnego kopniaka. Najpierw od instytucji, która miała mu zapewnić opiekę, potem od mężczyzny, który udawał szczere zaangażowanie uczuciowe. Polski chłopak. I po prawdzie właśnie na takiego typowego polskiego chłopaka wyglądał: szare oczy, płowa gęsta czupryna, ciemne brwi, nieco zalotnej i psotliwej zadziorności. Spotkałem się z nim jeszcze kilka razy, chodziliśmy do barów mlecznych, gdzie mu zamawiałem porządne, gorące obiady. Opowiedział ciekawą historię. Gdy się zorientowano lub powzięto podejrzenie w ośrodku, że może jest ‘pedziem’ bito go nieźle, poniewierano, a wieczorami inni chłopcy go regularnie gwałcili. Nie skarżył się, bo wiedział, że by było jeszcze gorzej. Ale inny usłużny ‘kablowy’ z roku (młodzież dzielono wedle wieku w ośrodku) doniósł wychowawcom. Od tamtego czasu nie wolno mu było iść do wspólnych pryszniców, łaźni. Naturalnie, by go ‘przykrości’ większe nie spotkały. Oddziałowy sam go do łaźni prowadził później. I po prysznicu sam go do usług seksualnych zmuszał. Dobry był chłop… . Przynajmniej sam jeden tylko. Straciłem z tym chłopakiem wszelki kontakt potem. Zniknął. Czasy przed telefonami komórkowymi. Nie widywałem go nawet na Centralnym, mimo, że starałem się szukać i dopytywać. Może wyjechał do innego dużego miasta, może kogoś dobrego spotkał, może popełnił samobójstwo lub ktoś go zamordował? Nie wiem. Zresztą takich „Janków” i „Staszków”, „Johnów’ i „Stevów” było setki na każdym dużym dworcu kolejowym w Polsce i całej Europie. Ale podejrzewam, że jeśli przeżył to na jakimś z tych Marszów Równości na pewno był. I na pewno by nie maszerował w nim z wdzięcznością wobec większości społeczeństwa swego kraju. Bo ta Polska by go znowu oszukała. Jak już tyle razy wcześniej. Może na złość by szedł w dużych, wysokich czarnych szpilkach z olbrzymim pawim piórem w tyłku? Mówiąc tym – oto gdzie mam waszą ohydną, zakłamaną moralność. Wątpię by był piewcą całej ‘pięknej polskiej tradycji’. Zbyt silnie mu ta ‘tradycja’ dokopała i ukradła dzieciństwo i najpiękniejszą, pierwszą młodość.
autor waz mężem w historycznym barze Stonewall Inn na Manhattanie
Więc po tych słynnych zamieszkach w Stonewall w Nowym Jorku obudziła się wśród gejów i lesbijek pewna solidarność polityczna, środowiskowa. Nie tylko w Stanach, na całym świecie. Naturalnie głównie tzw. zachodnim. Poszło to jak błyskawica. W przeciągu ledwie 50 lat zaszły zmiany, jakie przedtem trwałyby wieki całe. Narodziła się autentyczna zbiorowość i społeczność. W tej społeczności znaleźli miejsce (lub sobie sami je wywalczyli) wszyscy, których seksualność była inna od tej typowej, heteroseksualnej. Naturalnie gejowie i lesbijki. Zaraz potem biseksualiści. Ci, co lubili wolne związki i ci, którzy chcieli trwałych. Nagle otworzył się cały, najbardziej skryty i najbardziej cierpiący niezrozumienie i wrogość świat osób transpłciowych. Okazało się, że jest nas miliony. I że nie, nie mamy najmniejszego zamiaru zadawalać się skrawkami z ‘pańskiego stołu’. Ten stół też jest naszym stołem. Myśmy go też wspólnie zbijali i malowali, my płacimy też za każde danie na nim serwowane i żadnym odpadkiem się nie zadowolimy. Chcemy mieć i swoje przy nim krzesło i swoje nakrycie. Ani mniejsze ani większe. Jeżeli wymaga to maszerowania-protestu w Polsce – to nie ma najmniejszej wątpliwości, że dzisiejsze pokolenie LGBTQ2 będzie maszerować i protestować. Do skutku. Choćby się arcybiskupi Jędraszewscy zapluwali z wściekłości na ambonach. I mimo różnicy poglądów politycznych i ideologicznych między nami – będziemy wspierać i głosować na te partie, które nam te prawa należne wszystkim obiecają zwrócić. Bo przy stanowieniu tych praw w czasach dawniejszych społeczeństwo ogólne nam te prawa skradło. I żądamy zwrotu zawłaszczonego mienia politycznego. Ni mniej ni więcej. To jest ta idea, która osoby LGBTQ2 łączy – idea wolności obywatelskiej. Bycia obywatelem a nie obywatelkiem. Nie mamy najmniejszego zamiaru przepraszać kogokolwiek za to, że jesteśmy.
Kiedy szedłem w tym roku po raz pierwszy w tym mieście z Paradą Godności w Halifaksie, przechodząc obok niezliczonych, radosnych tłumów oblegających chodniki tego miasta na trasie parady, uderzyła mnie realizacja, że przecież te tłumy to w większości ludzie heteroseksualni. Rodzice z dziećmi w wózkach, trzymanymi za ręce lub na rękach, spotkałem bacie z wnuczkami, starsze pary emerytów. W paradzie widziałem duchownych i parafian większości wyznań chrześcijańskich. I zrozumiałem, że to nie jest już marsz-protest. To autentycznie parada godności. Wszystkich. Bez względu na orientacje seksualną czy płeć kulturową. To najpiękniejsze święto, majówka prawdziwa, całego społeczeństwa. Równego w prawach, obowiązkach i przywilejach. Że gdzieś się pojawi grupka chłopaków z pół-gołymi pupami i podkoszulkami z czarnej koronki? No to co? Komu to w sumie przeszkadza, że młodość się chce wyszumieć, krzyknąć: świat należy do mnie! Jakaż szkoda, że ten chłopak z Centralnego nie mógł w takiej paradzie być, nawet w skórzanych obcisłych slipach i z pejczem w ręku. Ileż by to było lepsze, weselsze i zdrowsze niż pikiety przy toalecie dworcowej. Nawet jeśli żyje gdzieś, to tego już mu nikt nie zwróci i nie odda. Tego momentu radosnej, nieokiełznanej młodości, gdy świat należy do nas.
A artykuły oburzone ‘nieobyczajowością’ Marszów, straszące jakaś wymyśloną i do głębi fałszywą ‘ideologią LGBT’, przestrzegające przed ‘szkolnymi programami LGBTQ’ są ostatnimi dzwonami konającego świata złej a nie dobrej tradycji. Nie całej tradycji ale jej części. Tej chorobliwej, zastraszonej. Nie zupełnie wolnej. Zawsze zagrożonej ‘innym’, z zewnątrz, obcym, nieznanym. Ten film już się skończył, ta książka była już przeczytana. Wzruszamy się czytając Reja i Kochanowskiego, balladami Mickiewicza, wierszykami popularnych poetów XIX i początków XX wieku, z łezką słuchamy piosenek Fogga, Smosarskiej i Ordonki. Ale gdyby ktoś spróbował tak komponować, aranżować i tą manierą śpiewać dziś, to by nawet na poziomie powiatowym kariery nie zrobił. Ani używać w wierszach poetyki Or Ota. I ten tramwaj odjechał. I całe szczęście. Był użyteczny w czasach tramwajów konnych. Dziś niemożliwy w komunikacji miejskiej. Chyba, że w skansenie. A czy naprawdę chcemy by Polska była skansenem tylko? Wiecznym, niekończącym się jarmarkiem łowickim?
To od strony polemiki tekstu, który staram się zrozumieć, wytłumaczyć jakąś genezą, bazą błędną bez wątpliwości ale nie skażoną ideą zła, namawianiem do zbrodni. Nie łatwo czasem stare przyzwyczajenia, stare tradycje czy nawyki zmienić. To nie jest proces łatwy i go rozumiem. Świat dziś pędzi niesamowicie. Trudno nadążyć. Ale trzeba się starać. Czasami – choć jest to przykre – po prostu się pogodzić z tym nowym czasem. Dla mamy mojej piękniejsza strofa od mickiewiczowskiej istnieć nie mogła ani poetyka czystsza, doskonalsza. Dla jej teściowej, mojej babci, nie istniała muzyka czystsza niż szopenowska. Muzykę dzieliła na niedoskonałą przed Fryderykiem i staczająca się w dół po Fryderyku. Ale babcia urodziła się w wieku , w którym Chopin żył. Więc była dzieckiem tego wieku. Tak, jak ja jestem dzieckiem XX. I olbrzymia większość moich przyjaciół i znajomych. Na szczęście zawsze pasjonowało mnie inne, nieznane, obce, spoza i zza. I poznawanie tego było najwspanialszym uniwersytetem mojego życia. Szczerze takie studia polecam. Nie trzeba egzaminów wstępnych ani czesnego płacić. Największą z nauk tego ‘uniwersytetu’ była realizacja, że jest kompletnym fałszem teza, że darowanie komukolwiek godności musi ograniczyć godność moją; że przyznanie pełnej wolności innemu automatycznie zmniejsza moją, bo zakres wolności jest wszak ograniczony. Nie. Wolność jest pojęciem nieograniczonym. Im więcej jej dla wszystkich, tym większe obszary dla każdego indywidualnie.
Tyle na temat
tekstu z informacji polonijnych mojej znajomej z Vancouveru.
Ale jest temat dużo ważniejszy, autentycznie niebezpieczny i bez najmniejszych wątpliwości amoralny, zły do samych głębi zła permanentnego. To nie wymyślona, nie skonstruowana przez jakichś ‘magów LGBTQ’ czy inżynierów dusz ale autentyczna kampania nienawiści sponsorowana przez hierarchię dzisiejszego Kościoła Katolickiego w Polsce i najwyższych władz politycznych kraju. Nienawiści wobec społeczności LGBTQ2.
Można zrozumieć, że z jakichś błędnych i mylnych rozumień teologicznych część duchowieństwa potępia lub nie chce się zgodzić z zaistnieniem w rzeczywistości polskiej społeczności LGBTQ2. Że w swej niewiedzy lub wiedzy błędnie rozumianej uznaje to za dewiację. Że może w związku z tym odmawiać sakramentów dla takich osób, ganić ich zachowanie lub odmawiać udzielania ślubów kościelnych. Uważam to za błąd. I jest wielu myślicieli chrześcijańskich i teologów nawet katolickich, którzy polemizują z takim stanowiskiem Kościoła polskiego. Ale to są wewnętrzne problemy tej Instytucji religijnej i nie mam tu zamiaru wchodzić zbyt głęboko w tego typu dyskusję. To sprawa wewnętrzna i prywatna wyboru i wiary osób LGBTQ2, czy chcą do takiego Kościoła należeć. Ale gdy Kościół, jakakolwiek religia, chce siłowo narzucić swoje prawa dla wszystkich obywateli – to już inna sprawa. Nawet w kraju, gdzie taka religia jest w większości. Wówczas pewne zazębianie się spraw religijnych i politycznych jest czasem nie do uniknięcia. Tyle, że Kościół musi wówczas stosować się do prymatu prawa państwowego jeśli występuje politycznie. I szanować wolności obywateli, którzy nie są poddanymi a wolnymi obywatelami. Jeżeli ktoś wykorzystuje swoją bardzo wysoką funkcję w Kościele i dopuszcza się siania nienawiści – ten stanąć musi pod pręgierzem odpowiedzialności jeśli nie karnej, to bez wątpienia moralnej. Jeżeli ktoś rzuci w kogoś kamieniem i tą osobę zrani lub zabije – to drugą ręką która ten kamień cisnęła będzie ręka tego dostojnika kościelnego. Jeżeli ktoś gdzieś do kogoś na ulicy strzeli z tego powodu – to jest właściwym oskarżenie tego dostojnika o załadowanie naboju do tego pistoletu.
Jeśli w takiej
kampanii biorą udział politycy u steru władzy – to jest zbrodnia i zdrada
interesu narodowego. To sprzeniewierzenie się przysiędze i obietnicy
szczerzenia i obrony obywateli przed samosądem, przed gwałtem.
W Białymstoku
ani w Szczecinie, ni w Warszawie nie było jakiejkolwiek zgrai rozwydrzonych gejów, lesbijek i osób trzeciej płci, którzy
sterroryzowali i napadli na wystraszone zgromadzenie rozmodlonych parafian
obrzucając ich kamieniami, przekleństwami i okładając pięściami i kopniakami. Ani
na bogu ducha winnych przechodniów. To bandy szowinistycznych chuliganów,
wspomagane jakimiś oszołomami babć z różańcami i zaciśniętymi pięściami napadły
na osoby LGBTQ2. To nie propaganda – to fakty z licznych zdjęć, filmów, zeznań
uczestników i przypadkowych przechodniów, gapiów. Że takie męty społeczne są
nie tylko w Polsce – wiemy. Ale w Polsce
dano im przyzwolenie, zachętę wręcz do takich napaści. Mówiąc jasno i prosto:
władze polityczne i kościelne poszczuły na osoby LGBTQ2 stada dzikich psów.
Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a. Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.
Plac Zbawiciela, Warszawa
To po prostu
kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z
cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu
‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu
zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej
prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory
artystycznych i kulturowych prądów sztuki).
Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).
Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku – wszyscy żółci. Pisząc to i widząc te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości – zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić. W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy. Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci. Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.
A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką. Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).
Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie. Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).
Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu. Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.
Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości). Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety. Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy. Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem, geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą. Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką) postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości. Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.
A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako: żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)
W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!
Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna, emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku … bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas. Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości. Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki: osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.
Co powyżej, mimo
że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy
używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie
jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany
blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo.
Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich.
Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’. Jak i procesów zmian socjalnych i
politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To
ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika. I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość,
wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma
nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z
uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a
zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż
szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia i długich cieni pokoleń wcześniejszych.
Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich
samych.
post scriptum – tekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.