Palestyna. Ziemia Obiecana. Ziemia Święta.

Zachodnia Azja, Azja Mniejsza, Bliski Wschód. Różnie to w różnych okresach nazywano. Ale najdłużej pewnie, bo od czasów faraonów nazywano ten teren, hen, aż po Afrykę Północną – Palestyna. Kiedy nikogo jeszcze nie nazywano Palestyńczykami. Ale były to naturalnie tereny zamieszkałe. Przez różne ludy zbliżone jezykowo, genetycznie do siebie. Spokrewnione. Cały wszak ten obszar of Mezopotamii po Afrykę Północną, to kolebka najstarszych rozwiniętych cywilizacji ludzkości: Sumer, Akadia, Egipt, Babilon, Asyria. Między tymi imperiami, na tej ziemi palestyńskiej błakały się też, zamieszkiwały je plemiona semickie, które w późniejszym czasie dały początek narodom żydowskiemu i palestyńskiemu. Nie w tym samym dokładnie czasie i nie tą sama drogą. Żydowskie państewka jak Kanan, Judea powstały dużo wcześniej. Czy Fenicję można zaliczyć do wczesnego państwa palestyńskiego (jeśli tak, to do tej pory jedynego jakie by mieli) nie ma ciągle zgody historyków. I nie ma to większego znaczenia. Wiemy, że na tym terenie, podobnie, jak Izraelici, byli. I nie przybyli z Kosmosu ani Chin. Pod każdym względem mają jedni i drudzy prawo do tych ziem. Prawo nie wykluczające się wzajemnie. Z czasem, zwłaszcza gdy wplątały się w to późniejsze imperia konstantynopolskie, rzymskie i osmańskie sprawy poczęły się komplikować. A już największym zagmatwaniem były kwestie religijne.

W pewneym okresie czasu, poprzedzającym jeszcze potęgę rzymską, plemiona żydowskie wykrystalizowały monoteistyczną religię (wcześniej te same plemiona hołdowały, jak wiekszość ówczesnego świata wierzeniom w wielu bogów). Monoteizm żydowski był początkiem olbrzymich różnic wobec innych. Powodował ‘inność’. W czasie dużo późniejszym plemiona sąsiednie, te palestyńskie, zaadaptowały inną wersje tego samego monoteizmu – islam. Ale zanim to nastapiło pierwszą odmianą tej wiary plemion żydowskich było chrześcijaństwo. Mniej liczni pośród Palestyńczyków przyjęli też i tą nowa odmiane judaizmu.

Chrześcijaństwo prawie od zarania uznało, że swoją wersję judaizmu będą szerzyć usilnie we wszystkich napotkanych ludach i krajach. Co różniło ich bardzo od klasycznego judaizmu żydowskiego, który nie dbal o szerzenie wiary wśród innych ludów. Naturalnie nie można zaprzeczyć, że chrześcijaństwo jest produktem Żydów i przez żydów właśnie było rozpowszechnione w Grecji i Syrii dwa tysiące lat temu przez uczniów niejakiego Jezusa z Nazaretu. Kilkaset lat póżniej narodził się wspomniany Islam. I tym sposobem religia plemion żydowskich w trzech różnych wersjach stała się na kolejne dwa tysiące lat prawie panująca na całym świecie. I przez dłuższy okres tego czasu te jej trzy wersje zwalczały się w krawy i bezwględny sposób. Jak wiemy nic tak narodów i państw, a nawet rodzin i sasiadów, nie różni, jak religia. Zwłaszcza wiara w tego samego boga ale widzianego z innej perspektywy. Awantury w rodzinie często bywaja bardzej niszczące i tworzące głębsze podziały niż awantury wsród ludzi obcych sobie.

Zdaniem moim, właśnie religia jest materiałem napędowym całego współczesnego konfliktu dzisiejszych Żydów i Palesteńczyków, A w wiekach średnich prób bardzo długich i krwawych zajęcia tzw. Ziemii Świętej przez papieży i królów chrześcijańskich.

Poniżej spisałem moje refleksje na ten temat. Używałem naturalnie innego, swoistego języka odległego od języka Akademii. Ale generalnie opierałem się na faktach. A styl wybrałem taki a nie inny, bo trudno z teologiami i scholastykami człowiekowi racjonalnemu w XXI wieku poważnie dyskutować. Wiara zakłada, że w coś się wierzy, a nie że coś się wie. Tym te wyjaśnienia, bez zbędnego wywodu, zakończę.

Walk through cemeteries in Halifax. Remembering and reflections.

Walk through cemeteries in Halifax. Remembering and reflections.

About the year 741, Pope Gregory III decided that the 1st of November would be the day of special prayer and observance of all good Christians, who died and were admitted to Heaven. It is the Day of All Saints. Earlier that ritual was observed around the Good Friday prayers. The ancient and still existing Chaldean Church still does it at that time. 

In Poland, over the centuries this observance became a very important and popular movement. Still is. I remember it very well and rather fondly when as a child I would accompany my parents on these pilgrimages to cemeteries, where anyone from our family was buried. The cemeteries at these two days (2 of November is actually the day to remember all good Christians, who – after death – were admitted to heaven. The first of November is reserved only for the remembrance of the Saints of the Church) are still as busy as sports stadiums during important events. There are special buses and extra trains to take thousands of people to the gates of the cemetery. Going by car could be risky as nobody knows where you will find a spot to park. It is also a huge business. Visitors have to buy flower arrangements,  special candles, and other paraphernalia appropriate for that occasion.

I have never known that it is actually only for dead Christians. Would not be surprised if most Poles did not know that. It became a part of our national folklore.  I always remember that day even in Canada. For more than forty years. Always at least a moment of somber thought, of remembering. With age – I too have lost people in Canada, who were close: friends, with time family members.  Since we came to Nova Scotia I used to go every November 1st to Pictou, to light a candle and lay some flowers at the grave of my parents-in-law, Leona and Doug.  I left the Church a long time ago but that observance is still important to me. It is paying respect to those you have loved or respected. In one form or another Fall was always part of such remembering for many nations and people well before Christianization. It is somehow part of our humanity. From time immemorial.

Will not be able to go tomorrow, as I work (in Poland it is a National Holiday, after all, you could have more than one cemetery to visit, often in different cities) but I will be going there at least once in the last week of November. Within one year I have buried there, on my parents-in-low plot, two people. First, something I still have not come to terms with – I laid to rest the ashes of my Love, my Life, my Air to breathe, my dear husband, John. At the grave site, I stood with his siblings: a sister and two brothers, who came from Calgary. Now, almost a year later I stood there again, next to my sister-in-law and only one brother-in-law. The other one we were saying our last goodbye to. The sadness is hard to describe.

Today in Halifax was a nice day. Rather cold but sunny weather.  Decided to visit special places in this city. Places full of someone’s memories, full of sad but often beautiful memories, of love that was, friendship that flourished. Very important people, perhaps national heroes, maybe well-known personalities, and a lot of ordinary people, some gone a long time ago, some with no family left, who would visit them. Our cemeteries. Went to the famous one with Titanic’s small graves (Fairview Lawn Cemetery) and the huge cemetery downtown, next to the Public Gardens (Camp Hill Cemetery).

And one more cemetery, a special one for me. In my Old Country, there are a lot of empty old cemeteries. There are full of old graves, some with strange lettering on tombstones. But almost never any people walking, visiting. You see, for about seven hundred years Poland was home to the largest Jewish community in all of Europe. They escaped persecution in other European countries and settled in the old Polish Kingdom. For seven hundred years. That’s a long time. Until the 2nd world war and Hitler. And they disappear. The living ones – the cemeteries remained. On my numerous visits from Canada to Poland, I always liked to go to these cemeteries. There was such a sad silence in them. But that silence spoke to me loudly. That silence begged to remember. Reminded me of the powerful ‘Never again” wish that humanity had after that war. I remembered that next to Fairview Cemetery there was a small old Jewish cemetery. Still is. Fenced and the gate closed. And empty like the ones in Poland. No one visiting. I went there. Found a spot on the embankment where the fence was missing and went there.

Somehow it felt familiar, it felt good to be there. The same Hebrew alphabet on, familiar names (in Latin). The familiar way of putting stones on the top of the grave (I don’t know the origins or meaning of it, but they do it the same way as we put flowers on our graves).  I am glad I did.

But the ‘never again’ did not last, sadly. Wars and killings, even massacres continue. Even as I write these words. Humans are such strange creatures. Capable of goodness and sacrifice beyond belief, of love great and soaring. Capable of evil incarnate and hate incomprehensible.

Here is a story of Halifax, the story of Nova Scotia, and a story of Canada that is written on these cemeteries. As you read the names (although in the old cemeteries in Nova Scotia majority is of Scottish descent) precisely because it is Canada – the story of the world.

Izrael i Palestyna

Zacząć od czego? Od krzyku matki nad ciałem zabitego na jej oczach dziecka na gruzach tego, co było Gazą? Od odruchu zemsty Izraelczyków za mord Hamasu w izraelskim kibucu ( możliwe, że ten kibuc jest zbudowany na nielegalnie zagrabionej od Palestyńczyków ziemi – poza legalnymi, miedyznarodowo uznanymi granicami Izraela)? Od państwa uzbrojonego po zęby w potężną armię, z bronią nuklearną, visa a vis partyzantów palestyńskich uzbrojonych w pistolety i karabiny i dość prymitywne ale skuteczne,  wystrzeliwane z ukrytych stanowisk, pociski rakietowe? Zacząć może więc od Palestyny poszarpanej terytorialnie na liczne, nie połączone ze sobą miasta, osiedla? Czy zacząć jednak od tych kibuców Be’eri i Kfar Aza, gdzie ten mord dokonany przez bojowników Hamasu miał miejsce? Lub cofnąć się nieco w czasie, do roku 1920, gdy wojska brytyjskie decyzją lorda Balfoura zajęły wybudowaną przez Palestyńczyków Haifę i wprowadziły sprowadzonych osadników żydowskich do domów Palestyńczyków, którym powiedziano, że nie maja prawa powrotu do tych domów. Nigdy. Zwyczajnie. Do dziś nikt im tych domów nie zwrócił, nie zapłacił za nie pełnego odszkodowania. Później to samo stało się w Jerozolimie. I wielu innych miejscach.  

Jako, że lord Balfour nie chciał by otwarcie Anglii zarzucano, że w ten sposób chce się pozbyć problemu ludności żydowskiej w Europie ( a chciała, to był faktycznie zasadniczy powód Balfoura) skontaktował się z baronem Rothschildem wyjaśniając swoje stanowisko. Dziś już nie, świat się zbyt zmienił, ale wówczas pan Rothschild był faktycznie centrum światowych finansów. By uzyskać poparcie Rothschilda, wcześniej porozumiał się z europejskim ruchem syjonistycznym. W tych kontaktach i w narodzeniu się idei osadnictwa żydowskiego w Palestynie był mu niezmiernie pomocny nie kto inny, jak pan Lewis Bernstein Namier – obywatel brytyjski polsko-żydowskiego pochodzenia, urodzony we Lwowie a wykształcony w Krakowie. Jego właściwe nazwisko brzmiało Niemirowski.  Wuj matki pani senator PiS, Anny Kurskiej. A więc stryjeczny pradziad szefa Telewizji Polskiej Jacka Kurskiego oraz naczelnego „Gazety Wyborczej”  Jarosława Kurskiego. Jaki ten świat mały, prawda?

Tylko dla samej ciekawostki i  – mimo wszystko – znajomości faktów historycznych a nie mitów przytoczę dwa międzynarodowe dokumenty, które określały sprawę całej Palestyny (w tym państwa żydowskiego) w dwóch różnych okresach: 1. w czasie tzw. Mandatu Brytyjskiego od 1920 do 1947 i 2. od 1947 do dziś.

1.

Ministerstwo Spraw Zagranicznych

2 listopada 1917 r.

Drogi Lordzie Rothschild,

w imieniu Rządu Jego Królewskiej Mości z przyjemnością przekazuję Panu następującą deklarację sympatii z dążeniami żydowskich syjonistów, jaka została przedstawiona i przyjęta przez Gabinet.

Rząd Jego Królewskiej Mości przychylnie zapatruje się na ustanowienie w Palestynie narodowego domu dla narodu żydowskiego i dołoży wszelkich starań, aby umożliwić osiągnięcie tego celu, przy czym jest rzeczą zupełnie zrozumiałą, że nie uczyni on nic, co mogłoby zaszkodzić obywatelskim czy religijnym prawom istniejących w Palestynie społeczności nieżydowskich oraz prawom i statusowi politycznemu, z jakich Żydzi korzystają w każdym innym kraju.

Byłbym wdzięczny, gdyby zechciał Pan zapoznać z tą deklaracją Federację Syjonistów.

Arthur James Balfour

2.

29 listopada 1947 Zgromadzenie Ogólne ONZ przyjęło rezolucję nr 181. Wyniki głosowania były następujące:

  • 33 państwa poparły projekt rezolucji (58%): Australia, Belgia, Boliwia, Brazylia, Białoruska SRR, Kanada, Kostaryka, Czechosłowacja, Dania, Dominikana, Ekwador, Filipiny, Francja, Gwatemala, Haiti, Islandia, Liberia, Luksemburg, Holandia, Nowa Zelandia, Nikaragua, Norwegia, Panama, Paragwaj, Peru, Polska, Szwecja, RPA, Ukraińska SRR USA, ZSRR, Urugwaj, Wenezuela.
  • 13 państw głosowało przeciwko (23%): Afganistan, Arabia Saudyjska, Egipt, Grecja, Indie, Iran, Irak, Jemen, Kuba, Liban, Pakistan, Syria, Turcja.
  • 10 państw wstrzymało się (17%): Argentyna, Chile, Chiny, Etiopia, Honduras, Jugosławia, Kolumbia, Meksyk, Salwador, Wielka Brytania.
  • 1 państwo było nieobecne (2%): Tajlandia

Na mocy przyjętej rezolucji miały powstać dwa państwa oraz mała międzynarodowa strefa obejmująca Jerozolimę. Strefa międzynarodowa miała pozostawać poza granicami obu państw i być zarządzana przez Narody Zjednoczone, które stawały się gwarantem bezpieczeństwa wszystkich świętych miejsc chrześcijaństwa, islamu i judaizmu w obu miastach. Utworzenie nowych niezależnych państw miało nastąpić do dnia 1 października 1948.

Oba państwa, żydowskie (14 257 km²   powierzchni) i arabskie (11 664 km²), miały składać się z trzech głównych części, które były połączone eksterytorialnymi skrzyżowaniami.

Od 1 października minęło 75 lat. Izrael, jako potężne państwo istnieje. Palestyny jednej, scalonej, niepodległej i suwerennej – nie ma. To tyle na temat tzw. sprawiedliwości Historii. Lub poszanowania prawa międzynarodowego.

            Ale ten tekst nie jest o niesprawiedliwej historii, o niedotrzymanych obietnicach, o kalkulacjach mocarstw, w których mniejsi i słabsi są tylko pionkami w grze. Ten tekst jest o zbrodniach wojennych popełnianych teraz, na oczach całego świata. O tym, jak uzbrojony po zęby w najlepsza możliwą broń, wspierany aktywnie nie tylko dyplomatycznie ale i zbrojnie (dwie potężne Grupy Bitewne floty amerykańskiej biorą aktywny udział w tej masakrze Palestyńczyków) kraj popełnia wszelkie zbrodnie łamiąc wszystkie istniejące konwencje prawa wojennego, humanitarnego. Straciłem już ilość wymordowanej ludności cywilnej. Dwa dni temu było chyba 7 tysięcy, w tym 2 tysiące dzieci palestyńskich. Bombardowanie szpitali. Zamienianie całego miasta w widok, jaki miała Warszawa w 1945. I w tłumy podobne do tych, jakie hitlerowcy wypędzili z Warszawy w kierunku obozów przejściowych w Pruszkowie. Też szli z dziećmi, z tobołkami na plecach. Ze spuszczonymi głowami. Może by trzeba było teraz Niemcom podziękować, że nie puściły eskadr lotniczych by bombardowały te tłumy uchodźców?  Porównanie brzmi okrutnie? Spytaj matki palestyńskiej niosącej w omdlewających ramionach bezwładne ciało jej dziecka. Życie ludzkie jest jedno i te same, bez względu na narodowość.  

Dlaczego? Dlatego, że jeden szowinistyczny malwersant finansowy, manipulator zamieniony w ‘obrońcę świętej Ziemi Izraelskiej’ pozwolił by taki masowy mord i porwanie tylu zakładników żydowskich nastąpił? Że na jednej z najbardziej strzeżonej i pilnowanej granicy między Izraelem a Gazą setki uzbrojonych żołnierzy Hamasu bez problemu przez kilka godzin mogło bezkarnie robić, co chcą? Mordować i porywać. Jak to było mozliwe? To się w głowie nie mieści. I nagle ten malwersant, ten oszust który jeszcze wczoraj ukrywał się przed tysiącami demonstrujących obywateli swojego państwa – staje się bohaterem? Nie ma, takich cudów ani w Talmudzie ani w Biblii nie ma, ani w Koranie. Nie ma takich też w granicach zdrowego rozsądku.

Oto moja opinia drodzy Przyjaciele Żydzi – Netanjahu to wasz wróg i zdrajca. To on stoi na przeszkodzie rozejmu, a w końcu niemożliwego do uniknięcia pokoju miedzy Wami a Palestyńczykami. Pokoju, jaki jest wam niezbędny. I jest kwestią życia i śmierci dla Palestyńczyków. Ile lat jeszcze chcecie mieszkać w osiedlach i miastach pod strachem ataków rakietowych, zamachów? Ile lat (mimo olbrzymiego wsparcia polityczno-materialnego USA) chcecie być pariasem światowej opinii publicznej? Doprawdy mało kto, jak wy wiedzieć powiniście, że świat jest nieco większy niż państwa demokracji zachodnich. Ostatnia rezolucja Zgromadzenia Ogólnego ONZ winna wam to dobrze uświadomić. Tak, tego ONZ, który mimo wszystko jest strażnikiem i orędownikiem praw międzynarodowych, praw ludzkich. Praw narodów. W tym praw waszego narodu i państwa. Tego ONZ w którym wasz ambasador w ONZ domagał się odwołania Sekretarza Generalnego – wybranego przez to właśnie Zgromadzenie Ogólne. Trzeba mieć tupet i arogancję by takie żądanie zgłosić.  Natomiast w waszym własnym Domu, w waszym państwie wy właśnie macie moc, siłe i prawo moralne powiedzieć mu : won z Knesettu zdrajco i malwersancie. Szefem rządu Izraela nigdy nie powinien byc zbrodniarz wojenny. A on takim zbrodniarzem jest. Izrael zasłużył na godnego premiera.  

One more day before winter. Jeszcze jeden dzień przed śniegiem.

One more day before winter. Jeszcze jeden dzień przed śniegiem.

Couldn’t help myself. The wind is already rather cold – but the sunshine in full splendor. Camera and a folding chair in hand and off we go to Conrad Beach. Few people thought the same, fact that it was Saturday helped them to avail themselves of the orgy of colours, light, sea, and sky. Don’t forget the smells so different away from the city! None of them indeed ventured for a swim as the waves were wilder today and the wind almost chilling. But try to take me to a beach on a sunny day and tell me I can’t either! No chance, LOL. Actually, I think that exactly because the air was chilly – the water didn’t feel like a shock to the body. The crushing waves did not charge any extra fee for a wonderful back and chest massage! It truly was invirogating. On the way back a short trip to meadows and glory of fall.

Kiedy już wydawało się, że moje plażowanie tegoroczne się zakończyło – jeszcze jeden prezent od jesiennego słońca i kolejna wycieczka na plażę. Słońce, woda, piasek pod nogami, huk rozbijajaczych się bałwanów morskich, w dali za naturalnym skalistym falochronem, kolorowe żagle surferów. Jak nie pobiec w ten żywioł, nie pływać w tych grzywaczach? Niby nikt inny tego nie robił, ale też nikt palcem mnie nie wytykał i w czoło się nie stukał, LOL. Ostatecznie – wolny kraj, LOL. Spotkałem też konkurenta fotografowania tych cudów Natury. Jak na porządnego zawodowca przystało był porządnie ubrany w buty z cholewami, długie spodnie i ciepłą kurtkę. Ubogiego amatora jak mnie, na takie luksusy nie stać.

The Weather folks say it will snow in two day’s time. I like white beaches. But I do mean white sand beaches, snow I prefer on skiing slopes.

Chasing the sunset on My Rock

Chasing the sunset on My Rock

My Rocks, as my regular Readers would know, is a stretch of rocky shore alongside the Bedford Basin. The Basin and the Channel leading to it separate Dartmouth and Halifax. As I live almost on that shore – it is a place of my many walks, writings, picture-taking. But most of it – it is my Garden Of Sanity, where I seek peace, solace. In the world but outside of the world at the same time. You would occasionally meet one or two other people wandering there, but most of the time it is just me.

Uciekłem na Moje Kamienie. Miejsce szukania wyciszenia, spokoju. Często początku zapisywanych w kajecie wierszy, felietonów, esejów. Nade wszystko jednak ucieczki przed światem. Lub ściślej – światem ludzi. Niewyobrażalna, na mityczną skalę tragedia palestyńska w Gazie – efekt morderczego i niewyobrażalnego mordu terrorystycznej grupy Hamas na mieszkańcach kibucu graniczącego z palestyńską Gazą – obudziła w wielu niezrozumiałe dla mnie uczucia i emocje, których zrozumieć nie mogę.

Po tym morderczym napadzie, Izrael wydał totalną wojne Palestyńczykom w Gazie. W tej totalnej wojnie (de facto to nie wojna a masowe oblężenie i pełny nieustanny ostrzał artyleryjski, powietrzny i rakietowy, pełne odcięcie od wody, od lekarstw, od żywności) Izraelczycy odrzucili wszelkie międzynarodowe konwencje wojenne. Straty ludności cywilnej są wielokrotnie wyższe niż w tym ohydnym mordzie i rosną z dnia na dzień. Nie o tym będę jednak pisał. Co mnie zdumiewa (i powód ucieczki z domu i czytania prasy, oglądania telewizji) to niezrozumiała w jakikowiek sposób postawa wielu osób, które znam i cenię nawet: odmawianie pełnego człowieczeństwa ginącym Palestyńczykom. Był moment, gdy sam w momencie kompletnej utraty racjonalnego myślenia, zadałem w jednej z rozmów pytanie: w takim razie prosze mi powiedzieć ile dzieci palestyńskich winno być zabitych za jedno zamordowane dziecko żydowskie? Nie potrafiłem znaleźć jakichś wspólnych filarów tej samej etyki i tej samej moralności, która wydawało mi się jeszcze do wczoraj istniała. Więc musiałem zadać takie brutalne pytanie sądząc, że szok tego pytania ludzi obudzi z jakiegos koszmaru biblijnych zemst, odwetów, religijnych mordów. Pomyślałem, że może faktycznie cała Palestyna (więc i państwo izraelskie) to jakaś Przeklęta Ziemia szaleńczych dzieci Abrahama, którzy w imię tego samego Boga, zgodnie z moderczymi zapisami w tych starych księgach Tory, Koranu i Biblii muszą się wzajem mordować aż do ostatniego człowieka. Że Morze Czerwone ma właśnie tym być – czerwonym od krwi. Może i Homer by tej tragedii człowieczeństwa nie potrafił opisać? Może zrobili to lepiej właśnie Prorocy żydowscy i muzułmańscy i Ojcowie Kościoła Chrześcijaństwa? Dostawałem słowem obłędu. Uciekłem od tego wszystkiego do świata natury, nad mój kanał morski, na moje kamienie, pod moje zachodzące słońce w którego zamierających promieniach ukazał się nocny Księżyc. I miasto ludzi obok ale daleko, więc milczące od tych okrzyków zemst i pogromów. I w tej naturze, gdzie wszystko bezkrwawo codziennie umiera nocą – jest pewność, że dnia następnego odrodzi się znowu cudownym wschodem. Bo ta noc to nie smierć przecież, to tylko sen. Sen, w którym nawet koszmary odchodzą z nadejściem świtu. Ach, niechże ten świt nadejdzie już! A jak pieknie ta reinkarnacja świata wyglada – w zdjęciach poniżej.

A history and future, youth and tradition – Dalhousie University in Halifax

A history and future, youth and tradition – Dalhousie University in Halifax

I have written here ( https://kanadyjskimonitor.blog/2023/07/28/dalhousie-university-in-halifax-an-overlooked-tourist-destination) once before about Dalhousie University. But it wasn’t until today that I really went for a long stroll through the sprawling campus of it. Immerse myself in its atmosphere, history, and future. And the vibrant feeling of youth among the throngs of young people laughing, running, walking. Some very serious in that almost funny seriousness of young age that is impertinent, arrogant, furious, determined. Others – worry-free. Glorious age. Hmm …. At times, I almost forgotten myself and felt like them for a moment. Not long enough to make a fool of myself, LOL. Age has its advantages that I always remember: aloofness and stiff upper lip. Like Lady Dowager Grantham from Dawnton Abbey – shrug your arms and march on.

Esej o miłości. Jej nazwaniu i trwaniu.

Esej o miłości. Jej nazwaniu i trwaniu.

Blisko trzysta lat temu Vivaldi skomponował Koncert  na skrzypce i fortepian „Cztery pory roku”.  Wielokroć (ku zgorszeniu wielu, LOL) już pisałem, że muzyka baroku często a gęsto mnie nuży. Nie znoszę ‘od kropki do kropki’ w jakimkolwiek gatunku sztuki. Ale i w baroku są perełki czystej urody. Ten właśnie Koncert Vivaldiego zawsze lubiłem słuchać.  Ba, by się staremu nadwornemu kompozytorowi przypodobać napisałem kiedyś (dedykując jemu) cykl czterech wierszyków „Sezony”. Vivaldiemu zmarło się jednak  270 lat wcześniej i pociechy z mojego gestu wiele mieć nie mógł. Ale niech tam, w sztambuchu ‘ku pamięci’.

Z tego cyklu więc, stosownie do pory roku, wierszem o jesieni zapis dzisiejszy chcę zacząć. Całość była oczywiście o czterech porach roku, a opisałem je za pomocą zachowań i używania języka, jego funkcji, przymiotów – od liter poczynając, na pełnych zdaniach kończąc.  Całość pewnie ukazuje wykonanie pomysłu najlepiej ale tu ten o jesieni  musi wystarczyć.

Wiersz jesienny

Elegancja zwrotek kunsztownie nizanych,

samogłosek dojrzałych, pełnych, dźwięcznych.

Jak garnitur trzyczęściowy, z goździkiem w butonierce.

Kropki i przecinki w zdaniach sensem związanych,

siedzą na werandzie trzymając się za ręce.

Jeszcze ciepło, pięknie choć już smutno,

za ogrodem zmierzch, noc. Może jutro?

(01.12.2011)

Więc październik już. Jadę z Tobą na plażę mało uczęszczaną, mało znana, a przepiękną. W East Chezzetcook. Tak, tą samą od której zacząłem moje poszukiwania Ciebie i nas odkąd rana na tyle się zagoiła, że mogłem chodzić. O pływaniu jeszcze mowy nie było, ale brodzenia do kolan któż mógłby mi zabronić? Byłem tam wówczas chyba więcej niż dwukrotnie. Pisałem kolorowymi kamieniami mój poemat o nas. Jedno słowo, ale aż cztery litery. Cztery tylko, bo po angielsku, aby lokalne ptactwo wodne mogło przelatując odczytać. Następnego dnia fale zebrały moje kamyki w jeden kłębek. Może próbowały czytać a potem nie potrafiły w kolejność ułożyć? Nie wiem. Fakt, że palców fale nie mają.  To już tak zostawiłem. Jeździłem z moim krzesłem plażowym, więc mogłem odpoczywać, pisać inne, dłuższe listy do Ciebie.

Potem szukałem Cię na innych plażach, piaszczystych i kamienistych. Mogłem już w końcu pływać.  Nie pamiętam kiedy (mógłbym sprawdzić, bo zapisywałem nasze rozmowy), ale w końcu zrozumiałem Twoją niecierpliwość moich poszukiwań i przypomniałem sobie o obietnicy, jaką Ci złożyłem w te dni ostatnie, dni najgorsze. Że nie będziesz nigdy sam, że będę Twoim Domem. Do końca. Odtąd i ja przestałem jeździć sam.  Zaczęliśmy znowu jeździć razem.  I dzisiaj, na tą plażę właśnie w East Chezzetcook, środku nowoszkockiej Akadii, pojechaliśmy razem.  Pokazałem Ci w końcu, jak ona wygląda. Przed tym Okrutnym Dniem razem na niej nigdy nie byliśmy. Ani ja sam jej nie znałem.

Chwilkę, cofnijmy się nieco w czasie. Byliśmy  przecież obok. Jedna z pierwszych naszych wycieczek, pierwszej zimy w Nowej Szkocji, zawiodła nas do West Chezzetcook. Pamiętasz ten maleńki drewniany kościółek i ten uroczy cmentarzyk wiejski przed kościółkiem? Tą zamarzniętą, jak lodowisko łąkę, po której szliśmy trzymając się za ręce, by się nie wywrócić? A wszystko przez Twoją Ciotkę Teresę. To przecież ona, dystyngowana dama poprzedniej epoki, Theresa Cormier z Isles de la Madeleine podarowała mi ten poemat Longfellowa „Evengeline” o wygnaniu i wędrówce powrotnej francuskich Akadyjczyków z Nowej Szkocji do Luizjany.  Szukałem więc śladów Evangeliny. Osad akadyjskich.  To taki romantyczny poemat! Longfellow miał się trochę wzorować na Mickiewiczu, którego poezją był zafascynowany.  

Opisuje tragiczny dzień aresztowań francuskich Akadyjczyków.  Żołdacy brytyjscy przyjeżdżają do Gran-Pre.  Biedni farmerzy i rybacy muszą oddać ziemię, dobytek. Sami, aresztowani, będą zesłani do Luizjany. Evangelina biegnie do tłumu zebranych wypatrując ukochanego Gabriela. Nie zważa na ostrzeżenia ojca. Znajduje ukochanego, podbiega do niego, tuli głowę w jego ramię, gładzi twarz i szepcze przez łzy: ‘Gabierlu! Bądż dobrej nadziei! bo jeśli kochamy się wzajem nic zaprawdę nie może nam zaszkodzić , jakiekolwiek nieszczęścia by naszły![i]

Natomiast Ty sam podarowałeś mi już w pierwszych tygodniach naszej miłości kopię „The Ryme of the Ancient Mariner” S.T. Coleridge’a. Przepiękny poemat i talent poety o niebo lepszy niż Longfellow’a. Choć nie łatwo było mi go czytać. Ten cudowny a tak zupełnie inny od współczesnego (!) angielski nie jest aż tak prosty, LOL. To, zdaniem moim,  jedno z arcydzieł literatury angielskiej. Bohater poematu za zbrodnię zabicia albatrosa ukarany jest śmiercią załogi i wędrówką statku pchanego tam, gdzie niosły go fale morza, głodem i pragnieniem nieustannym (‘woda, woda wszędzie, a ni kropli do wypicia’). Gdy w końcu, u kresu życia, uratowany jest przez napotkany port – karą za jego zbrodnię jest wędrówka przez świat nieustanna i opowiadanie o tej zbrodni.  

Literatura, poezja zwłaszcza – wbrew temu, że często o poetach się wyrażam ironicznie, jako narcyzach  literatury – jest moim towarzyszem nieustannym. Nie zawsze chcianym i lubianym. Zdecydowanie nie ‘dodaje mi skrzydeł’, LOL.  Jeżeli już, to czasem ciężki powróz.  Bo wszystko już powiedziano, przed wszystkim ostrzeżono. I nic. Jakichkolwiek rezultatów pozytywno-edukacyjnych. Może faktycznie jesteśmy, jako gatunek, tępi po prostu.  Ale coś robić trzeba, więc niektórzy piszą.

Nowa Szkocja to wszędzie morze. Obojętnie gdzie i jak będziesz wędrować – prędzej czy później nad morzem wylądujesz. Kochana moja, nieżyjąca od lat Irenka Kropińska primo voto Pasławska, zacna krzewicielka kultury (zwłaszcza muzyki i literatury) i w Polsce i w Kanadzie, dała mi kiedyś tomik poezji swego przyjaciela z Polski, Lecha Jakóba, z napomnieniem bym koniecznie z nim w kontakt wszedł. Ale czasy się pomieszały bardzo szybko. Odeszła Irenka (do dni ostatnich przy niej byłem), potem Mama moja ciężko się rozchorowała. Zapomniałem o poecie z Koszalina, panu Jakóbie. I tak już zostało. Przeglądem teraz jego tom „Zielony Promień’.  No tak, w poezji – jeśli szukasz – wszystko możesz znaleźć. I znalazłem.  Ot, ten fragment wiersza ‘Morze inaczej’[ii]:

morze jest twoje zupełnie

gdy potrafisz o nim powiedzieć „ja”

ja jestem

lub też lepiej:

ja jestem morze

po którym pływają wszystkie

kutry świata

Wszystkie? No chyba jednak tak. Tylko takie znamy. Na moim też pływają wszystkie kutry świata. Tego świata i tego morza, które znam. Mojego świata. Słyszałem, ba! – wiem, że są inne. Ale cóż mi po nich i po kutrach, które na nich pływają?

Piaszczysta wąska wydma, która zawiodła mnie w East Chezzetcook dalej niż kiedykolwiek przedtem (był właśnie odpływ) powoli rozlała się w strumień, potem rzeczkę, w końcu płytką zatoczkę. Zebrałem wszystko w plecak, który ręką trzymałem powyżej pasa i znalazłem łachę piaskową otoczona zewsząd morskimi stawami połączonymi wartka morska rzeką z matką-oceanem.  Te ‘stawy’ to takie zbiorniki słonej wody, które w przypływie łączą się bardzo prędkimi i głębokimi ‘rzekami’ z Atlantykiem, a w odpływie zamieniają się w spokojne słone jeziora. Masa w nich krabów. I woda w nich nieco cieplejsza niż na otwartym oceanie.  Moja łacha piaskowa była dość wysoko położona i zalanie mi nie groziło przez kilka najbliższych godzin. Ale znalazłem się nagle na wyspie – z plecakiem, z notesem, telefonem, LOL. Plecak silny jednak, dobry zamek i dość nieprzemakalny brezent.  Wiedziałem, że w jakimś węższym miejscu przepłynę bez większej szkody dla zawartości. O kamerę ze stojakiem martwić się nie musiałem.  Od czasu, gdy porwały ją fale huraganu Lee, mimo mojej pieszczotliwej opieki, suszenia i czyszczenia – pomarło się bidulce na amen.  Trochę  żal, bo służyła mi dobrze.

John siedział obok cicho. Nie chciał nic mówić widać. Mogłem się tylko domyślać, co by powiedział, gdyby był tu fizycznie, poza byciem ze mną  we mnie.  Uśmiechnąłem się słodko, jak potrafiłem i rzekłem: przepraszam, ale nie martw się, ja sobie z Tobą i plecakiem poradzę. No wiesz, że ja lubię takie niespodzianki, przecież nie jesteśmy na jakiejś tratwie kilometry od brzegu. Uśmiechnął się tą swoja rozbrajającą dobrocią i tylko westchnął: eh, ty zawsze musisz jakąś przygodę wyszukać i cieszy cię to. Przyzwyczaiłem się do tego, no i lubię jak ciebie to cieszy. No i jak tego chłopaka nie kochać? Nie sposób.

Świetny poeta amerykański, Paul Monette wydał blisko dwadzieścia lat temu zbiór poezji „West Of Yesterday. East Of Summer”.  To było monumentalne dzieło poezji odpowiadające na tragedię iście grecką, jaka spotkała środowisko LGB (bo o tym w tej materii i czasach tylko mówimy) w dobie kryzysu AIDSa. Ta tragedia dotknęła jego też, stracił partnera, kochanka. Znany i głośny wówczas dramatopisarz, Larry Kramer napisał w recenzji: ‘to są przepiękne, druzgocące serce krzyki – takie piękno z takiego bólu i straty i agonii – i ja chcę aby każdy je usłyszał, każdy tchórzliwy bastard w Waszyngtonie, kto pomógł nam umierać, każdy na świecie, kto nie wie, że mężczyźni kochają mężczyzn majestatycznie, pięknie, heroicznie.’[iii]

W innej zupełnie sytuacji, bez tego strasznego tła, jakie nas przytłaczało w okrutnej dobie AIDS’a – ale jakże ten okrzyk bólu rozumiem po Stracie. Jak nic dać pocieszenia ani wytchnienia nie może.  Mój świat uległ podziałowi na dwie epoki: przed i po. Może nasza miłość (w porównaniu z tamtym okresem) nie sięgała poziomu heroizmu, ale była i majestatyczna i  piękna.

Z tegoż tomu przetłumaczyłem fragment wiersza ‘Przypisując pamięci’ (ze strony 3)[iv]:

Jeśli pływaliśmy to płynęliśmy

głęboko  w dół koralowych wież, gdzie

lawa miesza się z atramentem, aż dach

rafy stał się początkiem Atlantydy,

delfiny uwodząc zalotnie tańczyły.

A ja ciągle mojego wiersza nie potrafiłem skończyć. Bałem się, byłem tchórzliwy. Nie miałem odwagi przed jej – miłości – potęgą, majestatem. Nie brakło mi tej siły w pierwszych miesiącach po stracie. Czarna rozpacz była silniejsza od tchórzliwości wierszoklety. Słowa się przed nią uginały w pół, niczym szeregi wyzłoconych kamerdynerów, gdy przechadzał się przed nimi wersalskimi kolumnadami Król-Słońce.  Były moimi służkami tak się układającymi na kartce, jak tylko chciałem. Bez zajęknięcia, bez oporu. Potęga rozpaczy jest niepokonalna.  Teraz, gdy Cię odnalazłem na nowo wewnątrz siebie, gdym się do tej nowej niebytnej bytności przyzwyczaiłem – powrócił lek przed potęga słów. Buntują się, jak gawiedź paryska, gdy wprowadzono na szafot Obywatela Kapeta – stryjecznego praprawnuka Króla Słońce i prawnuka Króla Stanisława Leszczyńskiego. Więc poezja demokracji nie znosi. Tylko władza absolutna ma panowanie nad językiem. A rozpacz jest absolutna.

Pojechałem tam dziś ponownie.  Ni żywej duszy wokół. Tym razem nawet krzesło składane zabrałem. Wszystko na kark i głowę przymocowałem i między falami odnalazłem przejście, gdzie bez płynięcia mogłem na łachę-wyspę dojść. W te samo miejsce. Litery mego kamiennego napisu przetrwały, nie rozsypane tym razem, przez dwie noce i dzień.  Na nowo w notesie do walki ze słowami uparcie siadłem. Nie poddawałem się.  Wydałem wojnę Naturze i Czasowi . Tej wojny nikt wygrać nie może. Ale są sytuacje, gdy wiedząc o klęsce niechybnej – wojnę wydać trzeba. Może to jednak ten heroizm miłości mężczyzn do mężczyzn, o jakim pisał Kramer?  I nie wiem czy napisałem wiersz dobry, czy miłość w nim potrafiłem nazwać, opisać. Ale minął lęk przed słowami o naszej Miłości. Mój opis będzie najprawdziwszy, jedynie możliwym. Nawet Rozpacz zmuszona będzie do ugięcia kolan.

Bogdan Czaykowski był popularnym poetą polskim w Vancouverze.  Miał niesamowitą i obfitą łatwość pisania. Wiersz był jego chlebem powszednim. Nie wiem, czy go to nie męczyło czasem, ale z rozmów jakie z nim prowadziłem wynikało, że raczej odwrotnie. Pewnie tak było z Broniewskim, z Tuwimem, z Gałczyńskim.  Byli poetami, wszystko inne było drugorzędne, drugoplanowe.  W jednym z wierszy napisał [v]:

Gdy myśl przedsłowna przejdzie próbę słów,

wtedy nasłuchuj, co ci mówi myśl

posłowna.

I taką myślą otwórz oczy poza zmysł.

Zaniemów.

Wiec może jednak zaufać  mocy własnych słów?  Może ta obróbka słów na poetyckiej tokarce lub szlifierce czyni je prawomocnymi? Odpowiednimi. Prawdziwymi?

A może te cztery litery kamiennego słowa na piaskowej wydmie-wyspie są całym poematem? Skończonym w swej doskonałości. Ta myśl też mnie nie opuszczała. Wiec gdyby były – taszczyłem z drobnicy kamiennej większe głazy i zbudowałem mur obronny przed falami chroniące napis. Nic wieczności oceanu nie przetrwa, wiem. Ale chwilę choć. A chwila to moje całe życie, o więcej nie dbam w swym wierszowaniu.

 


Cóż jest miłość więc,

jaka recepta, jaka droga,

sonata ją pisze czy wiersz?

Słońce gorące czy wodna zorza?

U schyłku czy o świcie dnia

zawoła, ramię ci poda?

Bezsilna czy potężna będzie?

Czy ją rozpoznasz, gdy przyjdzie?

Młodość się pyta natarczywa,

niepewna i niecierpliwa.

(B. P-G, 01.10.23)

Jak mam opisać naszą miłość

by ją nie zmniejszyć tanią egzaltacją?

By słowa klękały przed nią ciche,

skromne, zleknione jej mocą.

Tu – na dzikiej plaży, z hukiem fal

oceanu wzburzonego jej pychą:

cóż im jej wielkość, gdy tak krucha?

Byliśmy, gdy ciebie tu nie było,

będziemy długo, gdy ślad twój

z piasku zniknie bezpowrotnie!

(B.P-G, 03.10.23)


[i] „The Song of Hiawatha and Other Poems”, H. W. Longfellow; wyd. Readers Digest Assoc, Montreal,1989 (s. 197)

[ii] „Zielony Promień. Wiersze wybrane.” Lech M. Jakób; Wyd. Aula (2003), Podkowa Leśna; s. 232

[iii] na obwolucie tomu poezji Paula Monette „West of Yesterday. East of Summer.” wyd. St. Martin’s Press, Nowy Jork, 1974

[iv] ibid

[v] „Wiatr z innej strony” B. Czaykowski; Wyd. Znak, Kraków, 1990, s.197 (z wiersza ‘Słopiewnie’, s.180)

Chateau Laurier or tent?

Stroll through the streets of Halifax. Could have been Vancouver, Toronto, or Montreal. The truth of it – it could have been any larger city in Canada.  Yes, architecture would have been different, street names and their layout, too.  Different parks and nature, maybe slightly an accent spoken by the majority. Maybe language altogether (Quebec, Arctic comes to mind).

It is such a vast country. Truly from ocean to ocean to ocean. And many mountain ranges, huge rivers. Traveled or visited most of it in the last forty years. I have seen it grow and expand in population in unprecedented numbers. Ever growing, ever more attractive, and open to thousands of new hopefuls from all over the globe. In a way – Canada is the envy of the world.

But with that important qualificator: in a way ….

It isn’t only the wide world that needs Canada. It is also Canada and Canadians that need the world, and it’s people. Who else does the cheap work in our country if not recent immigrants? Who else pays the salaries and otherwise makes up the budget of Canadian universities and university colleges if not foreign students? Yes – them. Not provincial or federal budgets. Recent studies revealed that the universities actually plan their budgets around the enormous fees they charge these students. It is their main source of income. How do they ensure that campuses and cities will house these students? They don’t.  It is not only a big business for universities. It is also a huge business for homeowners and renters, who rent their rooms or apartments to these students. three, four, five per room? Why not.  What were the words of the old movie “Cabaret”? O, yes: money, money, money!

Provinces and federal governments totally abandoned their responsibility for housing in Canada in the late 1970ies. All of a sudden the word ‘housing’ was renamed to ‘home ownership’.  And that is a huge change. Of course, it was and is a dream and goal of many young Canadians. But home ownership is also clearly the responsibility of private citizen, not of government. Yes, there were here and there a few tweaks in regulations to help save some bucks for people, who planned to build their dream home. To put away, let’s say – five or twenty thousand dollars in RSA or specially created savings accounts in banks.  Tax-exempt. Another miss moniker: they were not tax-exempt, they were simply tax deferred. Sooner or later you had to re-pay them back.  But in the meantime, the young taxpayer was happy because he had five or ten thousand dollars in the bank, that he could use to purchase the home. Who cares about later! Let’s buy us a home!  Totally obscured from the view and recognition were the families of poor Canadians, who couldn’t avail themselves of these ‘savings’. They were too busy paying the daily bills and rent for their apartments. Or scratching their heads about how they going to save a hundred or two hundred bucks for their child’s school trip next Saturday ….

It still worked somehow. Rents were expensive but were still manageable. Then suddenly something happened.  The bubble burst. It was not, as many tried to portray it, the result of COVID and disruption in business. The virus doesn’t give a hoot about the dollar and interest rates. Baloney. It had nothing to do with it. It was the result of simple mathematics, a simple economics. And greed. Greed of corporations, greed of existing homeowners, and creeping up rates of borrowing. All of a sudden an average or even small house (typical bungalow) in Vancouver or Toronto was not 300 000 dollars but 3000 000 dollars. The Condo was not 200 000 but 800 000. Older owners were happy. Their retirement worries were solved – they were millioners! Often with very small pockets of cash but sitting on huge investments.  New owners found themselves in a big crunch to pay the high mortgages. Two or three jobs were often not enough to pay for their dream.  But there is a solution: use our existing (although not paid off yet) home/condo as collateral and buy one more! Easy. Then we will rent it out for 50% more than the mortgage and this way it will help us with our original mortgage. Or even better: use it as an Airbnb.

In all of these unsustainable calculations the renters, people, who couldn’t or just gave up the unreachable dream of homeownership  – were left to their own devices. But the devices’ were no longer working. The system was broken. By wrong policies of all levels of all governments, by our own greed. 

We, Canadians (apart from homeownership) have one more dream and holly tradition: camping! In motorhomes, in relatively cheap motels. But most of all the holy grail of being Canadian: in tents on the shores of wild lakes, rivers, on the foothills of our majestic mountains, by wild beaches of our oceans.

That dream was not abandoned, not lost. It is well and very much alive. It even found new spaces to set-up a tent. Or tent community. In cities. In parks or downtown streets. From ocean to an ocean to an ocean.  What a majestic country and resourceful people we have!

Now, I know you could say angrily – why don’t they just find a job! These lazy bums! OK, you are right I suppose.  After all, I did and obviously you did too.  Wait a second though, it’s been a while since I applied for any job (had one my entire life) – but I seem to remember that when you apply you need a permanent address, phone number, even an account number as nobody pays cash anymore? Hmm. Ok, waiters, dishwashers, these simple, menial jobs for cash. But you can’t just show up unshaven, unwashed with layers of dirty clothes on your back for your interview on your first day of job, can you?  No, not in real life.

Suddenly governments, especially the federal government, noticed that huge problem. The wording even changed. It is no longer ‘homeownership’, now it is called simply ‘housing’. Yes – that is correct. Homeownership is a dream, hard to achieve but still possible. Housing is not a dream – it is a minimum necessity. It is a must to function in life. If you live in your own home – you have a housing. If you rent – you have a housing. If you live in a tent – you don’t.

Building non-profit or municipal rental properties is a must.  And taxpayer money should be spent only on solving this major problem. Expensive condos should be the worries of rich developers and people, who can afford to buy these condos.  Even those of you, who can afford expensive city condos (and I hope most of you can) – do you want to see from your balcony a row of tents under this balcony or in a nearby small city park?

When I came to Canada over forty years ago, I landed within weeks a job paying over 15 dollars an hour.  Rent for one bedroom in downtown was about $380. A nice two bedroom condo was between 50 000 and 60 000 dollars. A modest but comfortable 3 bedroom bungalow was 100 000 to 200 000 dollars. Today, forty years later, $15 an hour pay is not even legal minimum wage in many provinces. Just think of it. Something is terribly wrong with the picture. Unless you want the picture of Canada to be a tent of a homeless person.

 


White Clouds and white waves

Of many travels this late summer I decided that today, on first day of Autumn, I will create a portrait of meeting two opposite worlds: the sky and the sea. The Northern Atlantic is famous for huge waves. As they rush toward the shore they create a cascade of white foam, as to compete with the white clouds above them. Observing them takes you to another dimension, another wold, when you realize how unimportant, insignificant you are. Just a speck of sand on a beach. Not unlike the little insect you are observing, as it tries to conquer small distances across the sand dunes. It seems like an impossible task: as the tiny insect climbs the the sandy wall, the sand constantly moves from under its tiny legs and the insect falls down. It looks like a monumental struggle through Sahara or Gobi deserts.

But to the ocean and to the sky all of these struggles seem trivial. It has been here before the man and before the insect. Probably will be here once we are gone again.