Po awangardzie – ariegarda huraganu Lee

Na spotkanie z falami nadchodzącego Lee pojechałem na kamienistą plażę w Lawrencetown. Potem przez noc i dwa dni trzymałem szyby w domu, by nie poleciały, jak liście z sąsiednich drzew (niektóre leciały razem z gałęziami, LOL).

Ale, jak tylko gałęzie przestały fruwać pojechałem zobaczyć zniszczenia na moich ukochanych plażach. Tym razem dalej, szosą nr.10 do bajecznie długiej, piaszczystej plaży Martinique. Nie , nie na Martynice karaibskiej. Na tej w Nowej Szkocji. Koło Musquodoboit Harbour. Wiatry nie szalały, ale fale i ocean – tak. Z pływaniem było podobnie, jak w Lawrencetown: krótkie momenty nurkowania w nadchodzącą spienioną scianę wody i to wszystko. Za to często. Spacerowiczów po plaży było sporo, chyba głównie lokalnych, którzy przyjechali zobaczyc, jak wygląda po tym sztormie. Kilka osób wchodziło do pól-łydki na spacer. Ale poza mną nikt nie pływał. Chyba mądrze (mądrzejsi widać ode mnie, co nie jest zbyt wielkim osiągnięciem). Natomiast i tym razem była grupka surferów w kombinezonach, z deskami. Ci baraszkowali w tej pianie nieźle.

Wjazd był zamknięty (Martinique Beach jest bardzo duża i ma szereg parkingów) ze wzgledu na zniszczenia miejsc parkingowych, więc parkowałem na drodze dojazdowej, a reszta per pedes. Od razu widziałem poważne szkody. Kamienie, które ciężko by było podnieść, zawaliły ścieżki, drogi, na obrzeżach lasku za plażą. Wszędzie, gdzie woda i fale kilkunastometrowe znalazły dojście. A znalazły wszędzie. Sama plaża poszerzyła się o dobrych kilka metrów – kosztem spustoszenia, jakie fale zrobiły wydmom. Przypuszczam, że 3-4 metry wydm znikneło. Zabierze lata by może coś odzyskały. Zmiany klimatyczne raczej nie rokują takiej możliwości kilkuletniego spokoju. Wszystkie drewniane pomosty z plaży przez wydmy do parkingów – rozniesione lub poważnie uszkodzone.

The success of the Polish film director in Canada’s premiere movie festival, TIFF.

Green Border” movie poster (@Kino Świat)

I had a pleasure meeting Jason Gorber, a prominent Toroto-based movie critic, at the Green Border screening on Tuesday. Today, I have read his comment:

“A masterpiece from an underappreciated master of both big and small screen, Agnieszka Holland’s searing look at the refugee crisis on the border between Belarus and her native Poland is as profound as it is provocative.

The performances are astounding, the narrative horrifying, resulting in a story that’s deeply unsettling and emotionally raw.”

We wtorek, na projekcji Zielonej Granicy, miałem przyjemność poznać znanego krytyka filmowego z Toronto, Jasona Gorbera. Dziś przeczytałem jego komentarz:

“Arcydzieło niedocenianej mistrzyni dużego i małego ekranu Agnieszki Holland, jej wnikliwe spojrzenie na kryzys uchodźczy na granicy Białorusi z jej rodzinną Polską, jest tyleż głębokie, co prowokacyjne.

Gra aktorska wprawia w oslupienie, a narracja poraża, co skutkuje historią głęboko niepokojącą i emocjonalnie surową.


SPOTKANIE Z ‘PRZEDNIĄ STRAŻĄ’ HURAGANU LEE

Wybrałem się wczoraj po południu w stronę kamienistej plaży w Lawrencetown oferującej otwarte, nie skryte w zatokach, wejście do oceanu. Zdecydowałem zrobić to dziś niż ryzykować jazdę szosą, która wije się bez przerwy wzdłuż wybrzeża i dziś może być miejscami zalana. Dodatkowym i pewnie pewniejszym ryzykiem może być niefortunne ‘spotkanie’ z fruwającą gałęzią lub konarem drzewa, a szosa 207 prowadzi bez przerwy wzdłuż ściany lasu. Huraganowe fale są zawsze dużo wcześniej, posuwając się szybciej niż skłębiona masa prądów powietrza.

Na plaży było raczej pusto, ale na drewnianych schodach prowadzącej do niej stały grupki ludzi obserwujące szalony taniec morza. Zszedłem powoli ze swoim plecakiem i statywem na brzeg. Nie było silnego wiatru, temperatura powietrza dość niska, tylko 15 Celsjusza. Ale niesamowita, gęsta wilgotność nie była zimna, a raczej, jak ciepła kołderka. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, ustawiłem statyw mocując go dość solidnie w ciężkim piasku kilkanaście metrów od linii, gdzie widać było wyraźnie ostatnia linię fale. Nikt się nie kąpał, ale spostrzegłem niedaleko dwóch surferów w swoich czarnych kombinezonach szykujących się z deskami do tańca z oceanem. Więc cóż robić? Morze i pływanie kocham. ‘Na oko’ fale nie były wieksze niż 7 do może 12-15 metrów niektóre. Zdecydowanie nie była to jakaś masywna wielka ściana wody. W tak dużym sztormie jeszcze nie pływałem chyba. Więc siup. Z ostrożnościa i szacunkiem wobec oceanu. Zabrało trochę czasu z orientowaniem się jaką stroną ciała mam się do fal ustawiać. Odniosłem wrażenie, że najbezpieczniej wybrać głębokość gdzieś do połowy ciała (normalnie nawet w dużych – ale nie takich jak dziś – nie zaczynam pływać póki woda nie sięga przynajmniej klatki piersiowej). Na zbyt płytkiej nie chciałem, bo zauważyłem, że uderzające mnie po nogach kamienie pędzone przez wracające fale nie były kamykami. Miały wielkość dobrej pięści i wolałem głową się z nimi nie spotykać. Ważne było by utrzymać pozycję stojącą i o ile możliwe zawsze bokiem, by opór ciała był minimalny. Inaczej i fale nadpływająca i powracająca zwalały cię z nóg. No i mogłaby zanieść za daleko, a nie wierzyłem sobie, że miałbym wystarczającą umiejetność i siłę by dać radę przebić się z powrotem do płytkiej wody. Udało mi się kilkanaście razy ,dosiąść’ samotnej wiekszej fali i na jej spienionym białą pianą grzbiecie przepłynąć z nią kilka -kilkanaście (?) metrów. O innym pływaniu mowy być nie mogło. Ale te sprawiło mi wielka radość. I porzyjemność. Naturalnie woda miała temperaturę tropikalną, przyjemną. W zimnej do szpiku kości topić bym się nie chciał. Nie lubię niewygód i jestem trochę sabarytą, LOL.

Wracając do brzegu widziałem z daleka coś wołająca do mnie parę. Naturalnie w huku fal ani słowa nie słyszałem. Stali przy moim plecaku. Poczekali aż wygramoliłem się na brzeg i wyjaśnili, że jedna z fal wypłyneła dużo dalej i zabrała plecak i statyw. Byli bardzo blisko więc podbiegli wyciągnąć z wody i odnieśli na kamienie. Podziękowałem serdecznie – bo w plecaku naturalnie były moje kluczyki do samochodu, LOL. Plecak miałem zamkniety na suwaki i materał jest dość solidnie nieprzemakalny. Więc nic w nim nia zamokło i Iphone też był suchy. Kamera jednak znaku życia dać nie chciała. Ciagle leży teraz na łożku cała otwarta i może wilgoć z niej wyjdzie. Ale zdaje się biedaczka wyzionęła ducha. Szkoda, bo służyła mi nieźle. No, ale co widziała, to widziała. Więc życie miała ciekawe. Od Pacyfiku, jego zachodów i wschodów słońca, wysepek, przez Góry Skaliste , ich doliny i szczyty, po podróż przez całą Kanade, aż do wybrzeża atlantyckiego i tutejszych tras.

A tych dwóch facetów z deskami większego szczęścia na dłuższe szybowanie na falach też nie miało, LOL. Co udało im się biedakom stanąć na desce, to jeszcze szybciej byli z niej zwalani. Podejrzewam, że nie tyle z braku umijętności ile z faktu, że fale pędziły bardzo gęsto jedna za drugą i ‘przewalały się’ w bardzo różnych odległościach od brzegu. No i ten bardzo silny prąd od brzegu też pewnie im to utrudniał. Ale na pewno mieli też radość i uciechę. Zaskoczony byłem jak silnie przebijało się słońce mimo bardzo gęstej powłoki chmur. Gdy wyjeżdżałem nie było jeszcze bardzo późno. Ale młodzi strażnicy już nikogo na parking nie wpuszczali i zamykali szlabany na kłódkę. Pewnie rozsądnie.

Narodowe Czytanie

Eliza Orzeszkowa (frag. “Nad Niemnem”)

Słuchając znajomej uroczej aktorki czytajacej do tegoż ‘Narodowego Czytania’ wybrany fragment ‘Nad Niemnem’, westchnąłem bez zastanowienia się: ah, mój Niemen i Grodno kochane, jakżebym, z Tobą poczytał wspólnie. Agata Pilitowska przyjęła to poważnie i nim się zorientowałem … czytałem właśnie. Przestroga przeto do wszystkich: nie wzdychajcie zbyt często, bo złota rybka może usłyszeć (lub Aladyn) i konsekwencje mogą być nieobliczalne, LOL.

Z kamerą w plecaku

Wielogodzinna trasa biorąca początek od łagodnej ścieżki wzdłuż plaż Crystal Crescent. Przy ostatniej z tych plaż (naturalistów) wchodzi stromo w górę na wysokie skały wybrzeża atlantyckiego. Cały półwysep od Sambro do Tanner’s Point wymaga niezłej zaprawy i umiejętności poruszania się po głazach, kamieniach i bardzo wąskiej ścieżki często skrytej w gęstej roślinności. W dni po deszczach ścieżka zamienia się w błotny strumień i śliską maź. Taka była tego dnia, więc starałem się iść skałami. Jako, że głazy są spore, warto sprawdzić stopą czy nie jest ruchomy, bo i skręcić nogę łatwo lub i gorzej. A tam prócz helikoptera, inaczej medyk się nie dostanie. Wybierałem głazy nie mniejsze niż na oko 200-300 kilogramów. Wydają się solidniejsze.

Z Tanners Point rozlega się szeroka panorama na kolejne zatoki, wybrzeże i wyspy: od West Pennant, do Terrence Bay i dalej w kierunku Peggy’s Cove. Rzadkością jest w ostatnich 2-3 kilometrach spotkać kogokolwiek innego i być przygotowanym na 6-7 godzinną (licząc powrót) wycieczkę. I dobre obuwie.

Of Lovers and Friends and friends and lovers

Of lovers and friends. Of the most unfortunate ones, who were friends and became lovers. Oscar Wilde once described that dilemma clearly. And trust me – he knew a thing or two about it. Yes, of course, I’m taking off that famous line from the Ballad of Reading Gaol. Yes, yes – that line: ‘Yet each man kills the thing he loves’, which is followed, by the end of that stanza, with: ‘The coward does it with a kiss,
The brave man with a sword!’[i].  The year
was 1898, he was just recently released from prison in England. Went soul, heart, and financially broken to France, to try to re-established himself. Of course, too late. Just the Ballad remained, a shadow of a once proud, elegant poet, a member of society. With the misfortune of falling in love with some rich boy. Who, with tears or glee (who knows) sold him to the gallows trying to save his own skin (and father’s money, naturally).

Thus, boys and girls alike, for heaven’s sake – do not fall in love with your friends. Rather, become friends with your lovers.

Narcissus and Echo by John. W. Waterhouse

In the Prologue to the “Alchemist”[ii], Paulo Coelho writes beautifully the story of Narcissus’s death. Of course, Coelho would not have been such an amazing writer, if he had merely repeated the thousands years old story told already hundreds of times by others.  No, he added a sweet surprise at the end. So humanely grotesque (as all Greek gods stories were): when the goddesses of the forest came to the Lake, where gorgeous Narcissus drowned, they asked the Lake: Why do you weep? and expectedly the Lake replied I weep for Narcissus. The goddesses were understanding, they themselves chased the boy through the forest, trying to see his famous beauty, the beloved of Apollo himself. And they admitted to the Lake, with a hint of jealousy, that although they pursued the boy, the Lake alone could see his beauty the best.  At that moment the old story takes a different, shocking turn when the Lake replies: But… was Narcissus beautiful? A conversation ensues, as expected. The goddesses explained that obviously since Narcissus so often admired his own reflection in the Lake waters, the Lake must have noticed his beauty. The Lake paused, thought, and after a while replied: I weep for Narcissus, but I never noticed that Narcissus was beautiful. I weep because, each time he knelt beside my banks, I could see, in the depths of his eyes, my own beauty reflected[ii]. What an amazing twist to the old tale! I love writers and poets, who tell us: oh, come on! don’t be timid – allow yourself to dream, to tell the secret and true thoughts, and desires. Mirror, mirror – tell me if I am … . LOL  

Thus, be a friend of your lover. Avoid the terrible pitfalls of friends, who become lovers. There are really very few brave souls, who survived the utter honesty of true friendship in forming eroto-romantic union. Poor Andre Gide felt forced to explain his “Immoralist”[iii] by the timid (and so obviously false, LOL) words in the Preface to his little, yet so sweet book. Thank God at the very end he was able to utter the most powerful explanation in the history of art: To say the truth, in art, there are no subjects, which only sufficient explanation is the art itself[iii]. O! Little critics with overblown moralistic egos – be quiet already. You are not a philosopher but a scribe jealous of a writer.

The dilemma of choosing if a friend could be a lover was a paralyzing complexity for Jean Genet in his amazingly honest story of “Prisoner of Love”[iv]. More so even, because it is intertwined with the love and passion for the Palestinian cause.  Did he consummate his love for the Palestinian boy or was it just a Platonic passion? The powerful novel/memoirs, written in France (his last work, shortly before his death), were treated as not very important literary achievements. Au contraire, mes amis – it is one of his best. Powerful, very deep psychologically, insightful. This book and a little (in size comparison) booklet “Out of Place”[v] by great intellectual Edward Said taught me much more than any historian about Palestine and its tragic People ever could. But it is a different subject.

How can you write about friends and lovers without mentioning three amazing people: Polish writer/intellectual and modus vivendi of Parisian art circles – Konstanty Jeleński; his wife, famous Spanish-Italian surrealist painter Leonor Fini[vi] and Italian aristocrat, painter and diplomat Stanislao Lepri. All of them lived happily and joyfully in sexual and friendship union until their deaths. How did they survive all the pitfalls of such a union? I personally believed that that Jelenski and Lepri were the primary lovers most of all, and Fini was their artistic, crazy, and much senior femme fatale.

In 1995 Jelenski invited me to visit him in Paris.  But, when I finally arrived – his sprawling and beautiful apartment on rue de la Vrilliere was a circus in full swing. Leonor was just preparing her special exposition in the Senate of the French Republic.  Paintings were everywhere: on sofas, on beds, on chairs. And people were constantly coming and going. Friends from all over Europe. Poor Kot felt so bad, I had a chuckle. He quickly rented me a room in a small hotel nearby, on rue Croix des Pettits Champs. I was happy, telling you the truth. My gosh, I was young then, and Paris and her evenings and nights were so … appealing? Appealing, for sure, LOL. This way he had more time to concentrate on the crisis at hand (Leonor’s Exhibition) and I could concentrate on things (shall we say?) not only intellectual. Hmmm. After all – late evening walks along the Seine could be very  … exciting? Enough said.

But back to friends and lovers – Leonor, Konstanty (Kot or Kocik in Polish – sort of French un minou, which definitely would be a much more proper name for Jelenski, who was truly a very sweet guy), and Stanislao.  How did they survive for so long? Especially that at the beginning there was one more constant female shadow – a true femme fatale of their ménage à trois: Konstanty’s formidable mother. Madame Rena Jelenska de domo Skarzynska, from very old Polish nobility. Rena couldn’t stand Leonor. She didn’t mind at all (was actually fond of him) Stanislao Lepri. But that old crazy Spanish whore?! Poor Kot. Even more tragic because he actually truly loved both women: his mother and Leonor. But on the subject of staying together till death – I think that Kot, Leonor, and Stanislao could because actually, they all slept with each other (separately at the beginning, I assume) before they became friends. They were the happy part of the equation: lovers, who become friends.

Last but not least here is a more modern case of brilliant Irish novelist Colm Toibin in his multi-layered novel “The Story of the Night”[vii]

The novel is truly a masterpiece of combining so many complicated subjects and themes without losing for a moment the personal story of its protagonist – Richard Garay.  Richard leads many lives: English, Argentinian, artist, businessman, even (for a brief moment) politician. But most of all – gay in a very macho dominant male world of South America. Another constant is the presence of his dear friends: Susan and Donald.

The writer (himself an openly gay writer) does not shy from describing many of Richard’s lovers and one-night encounters. But it is the brief encounter of sexual attraction revealed by Richard toward his straight friend Donald that warrants mentioning. Encounter – which is important to note – planned by Donald. He ‘just’ wanted to check if, as he suspected, Richard was homosexual … .  No sexual encounter ever happened. But, yes – it couldn’t be denied that Richard was aroused and willing. Even the fact that the act itself was never consummated – it changed their friendship dramatically. In some way, it wounded it mortally.

Therefore, my dear boys and girls, please take it as the wisdom of almost god (meaning me, naturally). If you must experience the forbidden truth and fornicate, please choose a stranger rather than a friend. With a stranger, you have nothing to lose (other than your presumed virginity). If you are lucky the experience will bring you a lot of joy and satisfaction, at worst – it will be a disappointment (first times often are, nothing to be ashamed of). With a friend, the stakes are much higher and sometimes lasting lifelong bitterness or guilt.

And do read a good book before. Not really educational. A good literary book. Like one of these mentioned above.


[i] Selected Poems of Oscar Wilde including the Ballad of Reading Gaol, by Oscar Wilde; CreateSpace Publishing Platform, 2017; p. 56

[ii] „The Alchemist”, Paulo Coelho; pub. Harper One, 1993; p. 197

[iii] “Immoralista”, Andre Gide, by Wyd. Zielona Sowa, Cracow, 2006 (Polish translation by I. Rogozinska)

[iv] „Zakochany Jeniec”, Jean Genet; wyd. W.A.B, Warszawa, 2012; p. 486 (Polish translation by J. Giszczak)

[v] „Out of Place”, Edward Said; Random House, 1999

[vi] https://rynekisztuka.pl/2011/12/16/leonor-fini-i-konstanty-a-jelenski-portret-podwojny-w-warszawie/

[vii] “The Story of The Night”, Colm Toibin; McClelland&Stewart Inc., Toronto, 1997; p. 312

John and me; Patsy Cline and Lacme; Love

At the very beginning, we understood the immense power of our feelings. We felt it even if we couldn’t comprehend the substance of it.

Yes, we were dating, as many young couples always did. But the dates were like an ocean, like a massive waterfall from the peak of a high mountain. The power of it was immeasurable. I think that, at times, we were overwhelmed with it. Oh, we knew that we liked each other, that we were very attracted to each other. Dear god! we were so young, especially John, hardly a man yet or just on the cusp of beginning to be one.

Life and dating for young gay men in the 80ties and 90ties was the same as for any other young people and yet, so fundamentally different from the majority. Apart from very few and very cosmopolitan cities, they couldn’t just stroll through parks and streets in a warm embrace, stilling happy kisses from each other.  Even there it was acceptable only in very few parts of the cities and still with a degree of personal risk. By the time we met, it was already much easier. That was that time of history (happily) that John belonged to. Mine started earlier, in darker times and places. The age difference wasn’t as big, but the difference in experience – huge.

Young gay man life in Warsaw in the late 70ties and early 80ties was like a minefield for a blind person. Very dangerous physically, perhaps even more emotionally.

By the time we met, I had already a long string of one-night stands that seemed and felt like it was a norm, a standard expected. My young, boyish innocence was gone or hidden somewhere deep and secretive.

Not that I was his first sexual partner. But comparing our experiences he was the Virgin of Orleans, and I was the courtesan of Babylon. LOL. But we were both innocent in the taste of huge, big love. A feeling we longed for: the torments, the powerful currents. And when they came for both of us – they swept and carried us to lands unknown. Lands of Dreams, Desires stronger than any notion of relationship, of dating.

Thus the dating was short. It was pointless. We had to become one: completely, permanently, fully.

Music was part of that beginning. John had strong, established musical tastes and I did, too. They were very different. We shared them, learned from each other. My love of opera and classical music, his of powerful traditional country music of North America, music full of longing, hardship, and dreams often unfulfilled. Thus our two songs and two melodies began. One that we often came back to through our long union in Calgary, Vancouver, and Halifax. The ‘Flower Duet’ of mezzo and soprano from the French Romantic opera “Lacme” and North America’s amazing country singer Patsy Cline and her famous hit ‘Crazy’ composed by Willie Nelson.

The ‘Flower Duet’ and ‘Crazy’ become our songs.

I was born on the fifth of Match, and Patsy died on the fifth of March very few short years later.  Although I truly was a child, a little boy on the day Patsy died in a plane accident – John often devilishly suggested that I was behind her death. That this particular song was his idea and dream of true love – and once I came into his life, that song stopped being a dream and become reality. Thus the song had to die too if a dream becomes reality. Therefore I must have orchestrated the demise of Patsy Cline! Machiavellian, indeed. LOL. 

But love is a strange thing. It blends reality and dreams. Blends life and death. That blend become my new land now, my homeland. Found it today on some isolated and desolate long stretch of sand and rocks stretching for miles, somewhere in the equally desolate and removed community of East Chezzetcook.

Talked to Patsy Cline, to Lacme and her student, to the ocean, to John. There was no one else in an eyesight. Just them and me. And love. No one was angry, no one was sad. Everything was a dream and the dream was reality.

Ukraina, Rosja. Jakie granice?

22 lipca 2022 roku pisałem szerzej o Ukrainie w perspektywie historycznej: skąd się wzięła, jakie ma granice i skąd one się wzięły; jej skomplikowanym charakterze etnicznym, o różnicach miedzy Rusami, Rusinami i Ukraińcami. O tym jak powstawały narody i państwa narodowościowe w Europie, jak rodziła się tożsamość narodowa. O tle historycznym Rzeczypospolitej i Wielkiego Księstwa Litewskiego na ziemiach Rusińskich (ukraińskich). O tym, że wyznaczone siłą i bezprawiem przez Rosję Sowiecką w latach 40. i 50. granice obecnej Ukrainy niewiele mają wspólnego z autentycznym samostanowieniem ludów i grup etnicznych i że polityka Ukrainy sowieckiej  w okresie 45-55 i Ukrainy suwerennej od lat 90. była często oparta na przymusowej ukrainizacji innych narodów.  Generalnie można było wysnuć wniosek, że polityka Ukrainy po uzyskaniu niepodległości była nie tylko nacjonalistyczna ale wręcz szowinistyczna wobec innych mniejszości, szczególnie gdy mówimy o jej granicach zachodnich (Zakarpacie, Rumunia, tzw. Transylwania i Węgry).

Ukraina – refleksje trudne – Pogwarki (kanadyjskimonitor.blog)

Nie były to rozważania zbyt sympatyczne, ale historia ma to do siebie, że … była. Że miała miejsce. I że trudno ją zmienić. Opinii tych nie zamierzam korygować. Oparte były na faktach, jakie miały miejsce.

Wracam do tematu ze względu na szokujące dla wielu rozważania Stiana Jennsena,Szefa Personelu Sekretarza Generalnego NATO.  Otóż w ostatnich dniach, podczas szczytu NATO, Jennsen niefortunnie powiedział publicznie to, co było w kuluarach tajemnicą Poliszynela: że ostateczny kształt granic przy ewentualnym rozejmie, pertraktacjach, zawieszeniu działań wojennych, nie jest przesądzony. Nie oznacza to powiedzenia, że granice powinny ulec zmianie lub będą zmienione. Ale sugeruje (po raz pierwszy publicznie), że zmiany pewne mogą nastąpić.

Jedyną chyba możliwością uniknięcia nie tylko zmian po inwazji lądowej Rosji ale i cofnięcia zajęcia Krymu przez Rosję lata wcześniej,  jest militarna klęska Rosji i wynikłe z tej klęski pertraktacje pokojowe. Ja zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej nie widzę w formie takiej Konferencji Pokojowej, ani w stylu jałtańskim ani w stylu Compiegne.

Aby do takiej Konferencji doszło, jedna ze stron musi być w sytuacji uznania klęski wojennej. Tego też nie widzę. Europa, Stany Zjednoczone nie pozwolą na klęskę wojenną Ukrainy. Zbyt wiele zainwestowały w tą wojnę i zbyt wysoka jest stawka.  Z wieloma oświadczeniami Prezydenta Zełenskiego mam kłopoty się zgodzić. Ale nie z tym, które jest bodaj najważniejsze (dla nas, Zachodniego Świata i NATO): jeżeli nie wesprzecie naszych żołnierzy niezbędnym uzbrojeniem by mieli szanse w zmaganiach z rosyjskim żołnierzem, to jutro wasi żołnierze będą zmuszeni te zmagania podjąć u waszych własnych granic.

Klęska Ukrainy nie musiałaby skończyć się formalnym zajęciem tego kraju przez Rosję. Ale najprawdopodobniej skończyłaby się białorusyzacją Ukrainy. Jakiś ukraiński Łukaszenko bez problemu by się znalazł. Są tacy w każdym kraju.

Niestety, jeszcze mniej realną wersją jest klęska wojenna Rosji. To wielkie państwo, o olbrzymim potencjale ludnościowym, ekonomicznym, złożach minerałów niezbędnych do napędzania machiny zbrojeniowej. Państwo w którym słowo ‘demokracja’ ma takie same znaczenie, jak prawda – żadne.

Machina wojenna i armia rosyjska nie jest tak kompromitująco bezradna, jaką wydała się nam w pierwszych tygodniach wojny rosyjsko-ukraińskiej. To była spektakularna dezorganizacja i brak myślenia strategicznego i taktycznego jednostek rosyjskich. Przypuszczam, że bardziej z powodów politycznych wpływów niż braku myślących wyższych oficerów.  Jak za czasów bolszewickich (do których Putin tak tęskni) decyzje podejmowali pewnie ‘politrucy’ a nie faktyczni dowódcy wojskowi.

Z drugiej strony Rosja była (i do pewnego stopnia nasz świat) kompletnie zaszokowana bohaterstwem, wytrwałością i dzielnością jednostek ukraińskich, jedności kraju. A na czele tego kraju stał człowiek, który, jak mało kto potrafił stanąć niezłomnie i zdecydowanie w obronie suwerenności swej ojczyzny – Wołodymyr Zełenski. Jakie znaczenie ma w czasach wojny przywódca kraju – nie trzeba przypominać. Kolosalne.

Ten czas zimy i wiosny 2022/23 przyniósł dowody i efekty niesłychanie dobrze zorganizowanej obrony i kontrataku wojsk ukraińskich. I trzeba zwrócić uwagę na fakt, że w początkowej fazie tej wojny Ukraińcy otrzymywali dużo mniej liczne i dużo starsze i słabsze dozbrojenie w sprzęcie wojskowym. Zważywszy, że ich agresor to była ta sama Rosja, z tą samą przewagą w sprzęcie, liczebności armii, zasobach ludnościowych i ekonomicznych – kampania zimowo-wiosenna wykazała świetne przygotowanie i dowództwo strategiczno-taktyczne Ukraińców.  

Okres późnej wiosny i lata 2023 doprowadził do wzmocnienia politycznego sojuszu NATO, Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych wobec agresji rosyjskiej. A te sukcesy wojny obronnej Ukraińców i równie spektakularna kampania propagandowa Zełenskiego przyczyniły się do realności możliwej kontrofensywy ukraińskiej.  By tą kontrofensywę wzmocnić, by różnice w uzbrojeniu obu państw kombatanckich nie tylko wyrównać ale wręcz przechylić na rzecz strony ukraińskiej – Zachód rozpoczął poważne dostawy poważnego i nowoczesnego sprzętu dla wojsk ukraińskich.  Przez całą jesień ubiegłego roku Zełensky mówił o szykującej się zdecydowanej kontrofensywie i odbiciu zajętych terenów. Głównie na obszarach Zaporoża, południowo-wschodniej Ukrainy. Po kilkumiesięcznych opóźnieniach i przygotowywaniach kontrofensywę ukraińską rozpoczęto w czerwcu tego roku. Te opóźnienie umożliwiło dostarczenie Ukrainie większej ilości nowoczesnej broni i pocisków.

Niestety, dało to czas Rosji na przygotowanie bardzo silnie ufortyfikowanej linii obrony na prawie całej długości frontu. Fortyfikacje rosyjskie są logistycznie i strategicznie bardzo silne, dobrze zaplanowane. A jednostki wojsk rosyjskich które obecnie tam rozlokowano są o wiele lepiej przygotowane i w wyższej gotowości bojowej niż te, które uczestniczyły w pierwszym okresie wojny.

Generalnie można powiedzieć, że kontrofensywa ukraińska ugrzęzła w wojnie pozycyjnej przypominającej Front Zachodni w czasach I wojny światowej. Front przesuwa się w tempie przypominającym wyścig żółwi a nie kampanii zmechanizowanych sotni kozackich XXI wieku. I przy wysokich stratach ludzkich.

Dla NATO dodatkowym zagrożeniem jest niebezpieczeństwo, które niespodziewanie pojawiło się dosłownie przy brzegach Dunaju i Morza Czarnego. Mówię o Rumunii i Bułgarii, członkach NATO. Po odmowie przedłużenia umowy wysyłki zboża ukraińskiego z ukraińskich portów czarnomorskich i blokadzie tej trasy przez flotę rosyjską, Ukraina skierowała transport zboża przez dunajskie porty rzeczne w Rumunii. W ostatnich tygodniach Rosjanie zaczęli atakować ten transport. Niektóre pociski eksplodowały tuż przy granicy rumuńskiej. Co stanie się gdy zaczną wybuchać (czy celowo, czy przez zwykły minimalny błąd obliczeniowy nie ma znaczenia) już po drugiej, rumuńskiej stronie granicy? Gdy zginie choćby jeden Rumun? Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego – to motto NATO nie może być stosowane wybiórczo. Albo wszyscy – albo nikt. Równie niepokojące były awantury rosyjskiej floty czarnomorskiej u wybrzeży Bułgarii.   Być może jest to zwykły szantaż Putina, próba wybadania spójności NATO i natowskiego stanu nerwowości. Nikt nie chce wojny w Europie, w której cała Europa będzie zaangażowana bezpośrednio.  Ale nikt nie chce też stwarzać wrażenia i precedensu typu: że tak, że wszyscy i jeden ale nie zawsze i nie wszędzie.

Zełensky po wielkiej turze wszystkich prawie stolic NATO i przyjmowaniu, w roli bohatera międzynarodowego w parlamentach tych krajów, przywykł do roli wodza-bohatera, gwiazdora stacji telewizyjnych.  Stał się kimś w rodzaju ukraińskiego Johna Wayna w Hollywood. Dziękował, pouczał, domagał się, sztorcował. I na ogół dostawał, czego się domagał. Kto nie kocha Dawida, gdy ten staje w szranki z potworem-Goliatem? 

I tu nastąpił jednak mały zgrzyt podczas ostatniej Konferencji NATO w której dyskutowano o przyszłości układu NATO-Ukraina. Bardzo grzecznie i dyplomatycznie dano mu wyraźnie do zrozumienia, że NATO to nie posłowie, którzy dużo mówią, bo mało mogą. NATO nauk na tym szczeblu nie lubi. Będąc mądrym politykiem Zełensky lekcje błyskawicznie zrozumiał i zmienił diametralnie ton wypowiedzi. Nie umknęło to jednak uwagi świata. I zgrzyt zauważono.

Dlaczego skupiam się na negatywach w tym opisie?  Właśnie dlatego, by zrozumieć kontekst wypowiedzi Stiana Jennsena na konferencji NATO. Wypowiedzi której w zasadzie nikt, łącznie z Sekretarzem Generalnym NATO, nie zdementował. Bo w polityce – odwrotnie niż w bitwach – nie zawsze ktoś jest przegranym, a ktoś inny zwycięzcą. Na ogół każdy coś dostaje i każdy coś oddaje. A rozejm to też nie Traktat Pokojowy. Rozejm to zgoda na to by przestać się po gębie okładać, bo zębów zaczyna brakować.

Dla Rosji i dla Putina ta wojna też staje się co raz bardziej droga i nieopłacalna. Nie tylko ekonomicznie ale i politycznie. Droższa, niż wartość jakiś dwóch małych prowincji na Zadnieprzu. Przypuszczalnie z pominięciem Krymu. Ale Krym, to już osobny temat.

Zupełnie osobnymi, mimo to związanymi silnie z tymi uwagami jest wyjątkowo brutalna, kryminalna rosyjska kampanii ‘ziemi spalonej’, terroru wobec ludności cywilnej. Nieustanne bombardowanie i ostrzał rakietowo-artyleryjski, naloty uzbrojonych dronów (nota bene to pierwsza duża wojna, w której drony militarne zyskały znaczenie poważnego sprzętu uzbrojenia armijnego i charakter broni prawie strategicznej), naloty lotnicze ma za zadanie nie tylko niszczyć potencjał przemysłowo-gospodarczy Ukrainy. Niszczenie wszelkiego rodzaju potencjalnego przemysłu zbrojeniowego jest naturalnym i uznanym aktem taktycznym w każdych wojnach. Tutaj mamy do czynienia z niszczeniem wszystkiego, co stanowi o mocy całej gospodarki, ekonomii ukraińskiej. Ze zwykłym terrorem wobec ludności cywilnej. Obiekty medyczne, sakralne, kulturowe są dla Rosjan celem identycznym, jak np. zakłady reperowania sprzętu wojskowego. A celem zasadniczym właśnie terror wobec ludności. Doprowadzenie do zmęczenia tą wojną ludności cywilnej. Widzę w tym szatański plan Putina dążący do osłabienia ducha niezłomności w ludności cywilnej. Do przygotowania jej właśnie do ewentualnych ustępstw, gdy do rozmów  rozejmowych dojdzie. Rozejmowych, nie pokojowych. Podejrzewam, że Rosja teraz sama dążyć będzie do rozejmu szybciej niż Ukraina.  Zanim Ukrainie uda się być może jednak ten front na Zaporożu przełamać i istotne tereny okupowane przez Rosjan przechwycić.

Podejrzewam, że konferencji rozejmowej Rosja teraz pragnie bardziej niż Ukraina. Nie bez znaczenia jest fakt spektakularnych i niespodziewanych ataków ukraińskich na tereny Rosji i jej miast.  Aż po Moskwę. Wbrew ostrzeżeniom państw zachodnich, by tego nie robili i wręcz zakazie używania sprzętu i amunicji dostarczanej Ukraińcom przez Zachód. Ukraińcy złamali te tabu i przeciwstawili się tym zakazom. Moim zdaniem bardzo słusznie. Innym spektakularnym niepowodzeniem Putina był bunt Armii Wagnera i wycofanie jej z frontu ukraińskiego.

Wszystko to – bez względu na publiczne wypowiedzi Putina – sugeruje, że Rosja skłonna będzie do pertraktacji rozejmowych bardziej niż Ukraina. Zachód też raczej jest do tego skłonny. Czy skłonni są Ukraińcy?  Czy Zełenskiemu uda się niezłomną postawę Ukraińców utrzymać i odmówić udziału w takich rozmowach? A jeśli dojdzie – czy uda mu się przekonać NATO do silnego wsparcia jego żądań? Nie wyobrażam sobie, by Putin zgodził się wycofać poza granice  rejonów Luchańska i Doniecka.

I w takiej perspektywie należy widzieć niefortunnie upublicznione wypowiedzi Jennsena.

Leighton Dillman Park. Dartmouth’s treasure.

A story in pictures composed during my walks with a camera. Unique city park with unparalleled views and rich history. Part of it offers also a story of history, as the trail meander into a very old cemetery of first families of settlers – people, who founded the city.