Poetry for lovers


Song of Love

1
The waves are calling –
blue sky caressing white foam
of the sea, embracing the shape
of clouds taking bath in it.

Like you – your hips, your hand
in mine, your touch on my chest,
my fingers in your hair learning
the shape of the lobe of your ear.

The air is moist, fragrant, 
the air is still around us.
And whispers, words quivering
with anticipation, expecting.

Longing anchored in our sight,
begging, trembling impatiently.
Eyes searching, touching, embracing.
The air dancing, pirouetting, flirting.

2
Memory. Your years of boyish youth.
Fear of rejection, of not finding 
the answer you dreamt of. The torture of
that fear. The air is suffocating, dense.

Imperious impatience asking urgently:
is it? our love? Hey, boy! You promised 
to find it – our love. You promised
that I will be in love. Our pact for life.

I! I! I must know how it feels! The air!
Must feel it myself: impatience, hungering.
Not tomorrow, not in some future. Now!
My youth not wanting innocence anymore.

I want to be guilty of stolen nights,
of jumping through the window
to magical streets leading to forbidden
dark pathways in dense parks.

Finding other eyes, other fingers
searching for me in the pantomime
parade of shadowy silent silhouettes.
In the dense air breathing heavy.
	3 
Finding you waiting for me.
You finding me. We will know,
when our eyes will meet. We.
Not me, not you. We – lovers.

The success of the Polish film director in Canada’s premiere movie festival, TIFF.

Green Border” movie poster (@Kino Świat)

I had a pleasure meeting Jason Gorber, a prominent Toroto-based movie critic, at the Green Border screening on Tuesday. Today, I have read his comment:

“A masterpiece from an underappreciated master of both big and small screen, Agnieszka Holland’s searing look at the refugee crisis on the border between Belarus and her native Poland is as profound as it is provocative.

The performances are astounding, the narrative horrifying, resulting in a story that’s deeply unsettling and emotionally raw.”

We wtorek, na projekcji Zielonej Granicy, miałem przyjemność poznać znanego krytyka filmowego z Toronto, Jasona Gorbera. Dziś przeczytałem jego komentarz:

“Arcydzieło niedocenianej mistrzyni dużego i małego ekranu Agnieszki Holland, jej wnikliwe spojrzenie na kryzys uchodźczy na granicy Białorusi z jej rodzinną Polską, jest tyleż głębokie, co prowokacyjne.

Gra aktorska wprawia w oslupienie, a narracja poraża, co skutkuje historią głęboko niepokojącą i emocjonalnie surową.


SPOTKANIE Z ‘PRZEDNIĄ STRAŻĄ’ HURAGANU LEE

Wybrałem się wczoraj po południu w stronę kamienistej plaży w Lawrencetown oferującej otwarte, nie skryte w zatokach, wejście do oceanu. Zdecydowałem zrobić to dziś niż ryzykować jazdę szosą, która wije się bez przerwy wzdłuż wybrzeża i dziś może być miejscami zalana. Dodatkowym i pewnie pewniejszym ryzykiem może być niefortunne ‘spotkanie’ z fruwającą gałęzią lub konarem drzewa, a szosa 207 prowadzi bez przerwy wzdłuż ściany lasu. Huraganowe fale są zawsze dużo wcześniej, posuwając się szybciej niż skłębiona masa prądów powietrza.

Na plaży było raczej pusto, ale na drewnianych schodach prowadzącej do niej stały grupki ludzi obserwujące szalony taniec morza. Zszedłem powoli ze swoim plecakiem i statywem na brzeg. Nie było silnego wiatru, temperatura powietrza dość niska, tylko 15 Celsjusza. Ale niesamowita, gęsta wilgotność nie była zimna, a raczej, jak ciepła kołderka. Zrobiłem kilkanaście zdjęć, ustawiłem statyw mocując go dość solidnie w ciężkim piasku kilkanaście metrów od linii, gdzie widać było wyraźnie ostatnia linię fale. Nikt się nie kąpał, ale spostrzegłem niedaleko dwóch surferów w swoich czarnych kombinezonach szykujących się z deskami do tańca z oceanem. Więc cóż robić? Morze i pływanie kocham. ‘Na oko’ fale nie były wieksze niż 7 do może 12-15 metrów niektóre. Zdecydowanie nie była to jakaś masywna wielka ściana wody. W tak dużym sztormie jeszcze nie pływałem chyba. Więc siup. Z ostrożnościa i szacunkiem wobec oceanu. Zabrało trochę czasu z orientowaniem się jaką stroną ciała mam się do fal ustawiać. Odniosłem wrażenie, że najbezpieczniej wybrać głębokość gdzieś do połowy ciała (normalnie nawet w dużych – ale nie takich jak dziś – nie zaczynam pływać póki woda nie sięga przynajmniej klatki piersiowej). Na zbyt płytkiej nie chciałem, bo zauważyłem, że uderzające mnie po nogach kamienie pędzone przez wracające fale nie były kamykami. Miały wielkość dobrej pięści i wolałem głową się z nimi nie spotykać. Ważne było by utrzymać pozycję stojącą i o ile możliwe zawsze bokiem, by opór ciała był minimalny. Inaczej i fale nadpływająca i powracająca zwalały cię z nóg. No i mogłaby zanieść za daleko, a nie wierzyłem sobie, że miałbym wystarczającą umiejetność i siłę by dać radę przebić się z powrotem do płytkiej wody. Udało mi się kilkanaście razy ,dosiąść’ samotnej wiekszej fali i na jej spienionym białą pianą grzbiecie przepłynąć z nią kilka -kilkanaście (?) metrów. O innym pływaniu mowy być nie mogło. Ale te sprawiło mi wielka radość. I porzyjemność. Naturalnie woda miała temperaturę tropikalną, przyjemną. W zimnej do szpiku kości topić bym się nie chciał. Nie lubię niewygód i jestem trochę sabarytą, LOL.

Wracając do brzegu widziałem z daleka coś wołająca do mnie parę. Naturalnie w huku fal ani słowa nie słyszałem. Stali przy moim plecaku. Poczekali aż wygramoliłem się na brzeg i wyjaśnili, że jedna z fal wypłyneła dużo dalej i zabrała plecak i statyw. Byli bardzo blisko więc podbiegli wyciągnąć z wody i odnieśli na kamienie. Podziękowałem serdecznie – bo w plecaku naturalnie były moje kluczyki do samochodu, LOL. Plecak miałem zamkniety na suwaki i materał jest dość solidnie nieprzemakalny. Więc nic w nim nia zamokło i Iphone też był suchy. Kamera jednak znaku życia dać nie chciała. Ciagle leży teraz na łożku cała otwarta i może wilgoć z niej wyjdzie. Ale zdaje się biedaczka wyzionęła ducha. Szkoda, bo służyła mi nieźle. No, ale co widziała, to widziała. Więc życie miała ciekawe. Od Pacyfiku, jego zachodów i wschodów słońca, wysepek, przez Góry Skaliste , ich doliny i szczyty, po podróż przez całą Kanade, aż do wybrzeża atlantyckiego i tutejszych tras.

A tych dwóch facetów z deskami większego szczęścia na dłuższe szybowanie na falach też nie miało, LOL. Co udało im się biedakom stanąć na desce, to jeszcze szybciej byli z niej zwalani. Podejrzewam, że nie tyle z braku umijętności ile z faktu, że fale pędziły bardzo gęsto jedna za drugą i ‘przewalały się’ w bardzo różnych odległościach od brzegu. No i ten bardzo silny prąd od brzegu też pewnie im to utrudniał. Ale na pewno mieli też radość i uciechę. Zaskoczony byłem jak silnie przebijało się słońce mimo bardzo gęstej powłoki chmur. Gdy wyjeżdżałem nie było jeszcze bardzo późno. Ale młodzi strażnicy już nikogo na parking nie wpuszczali i zamykali szlabany na kłódkę. Pewnie rozsądnie.

To takie proste. Dlatego niezwykłe.

Link do moich Rozmów z Johnem

Ciągle, nieustannie. Cóż  słowa te mogą oznaczać? Ileż w nich prawdy ale i ile po prostu chciejstwa, zwykłej ludzkiej potrzeby uciekania od rzeczywistości, od świata rzeczy materialnych, dotykalnych, widocznych?

Jesteś ze mną. I nie ma Cię jednocześnie. Czuje Cię, ale nie mogę Cię dotknąć. Rozmawiam, ale nie odpowiadasz.

Może to jest jakoś tak, że część tylko Twoja została i tą część noszę w sobie.  A jakaś część odeszła, znikła bezpowrotnie?

Pojęcia nie mam. Która jest większa, ważniejsza. Może są takie same? Może to bez znaczenia. Jesteś, jak niebo w które patrzę siedząc na ‘moich Kamieniach’ nad zatoką. Zachmurzone pierwszą warstwą ciężkich, granatowych chmur. Ale to przecież nie całe niebo, nie kompletne. Nie cały Kosmos. Co raz wiatr przenosi układy tych niskich chmur, robi się przerwa i widzisz w nich jasno-błękitne koszulki bialutkich, jak przebiśnieg chmurek.

Panta rhei – tak, płynie, zmienia się. Ale ta rzeka, którą znamy, jest tylko tą z tego momentu właśnie gdyśmy się nad nią pochylili, zanurzyli w niej. Dla nas jest więc wieczna, nieprzemijająca. O tej innej, zmiennej, wiemy tylko, że jest też gdzieś, zgadzamy się z jej istnieniem, ale po prawdzie jest nam ona niepotrzebna.

Może jutro pójdę na spacer ulicami Halifaksu, którymi chodziliśmy razem. Może do miejsc Twojej pracy: do Cytadeli, do serdecznej w pamięci elewacji budynku Berkeley na ulicy Gladstone. Serdeczna i bezinteresownie szczera troska jego mieszkańców o Ciebie, ich wdzięczność za Twój specjalny sposób udawadniania im, jak oni są wyjątkowi, specjalni i niezbędni w samym fakcie istnienia. Ta troska, ta serdeczność i ciepło tych nieznanych mi ludzi były mi bardzo potrzebne.  Widocznie rozmawiałeś z nimi o mnie też, bo nagle przynosiłeś dla mnie wycinki z gazet, programów o ciekawych wydarzeniach muzycznych w mieście i okolicy, o koncertach, spektaklach teatralnych.  Z dopiskiem odręcznym:  ‘important information for Bogumil, I hope you find it interesting’. Od kobiety, której nigdy nie widziałem na oczy. Czasem zdarzył się słoiczek konfitur truskawkowych lub jagodowych … . Ileż w tym było ciepła. Dzięki temu, że byłeś tym, kim byłeś.

Więc jest ‘jutro’ – pojechałem do Halifaksu naszymi śladami. I naturalnie, że powinienem się tego spodziewać – naprawdę nie lubiłeś fotografowania się.  Więc musiałeś jakoś zmusić mnie do pośpiesznego wyjazdu na ten spacer po Halifaksie i wykorzystując mój pośpiech ‘zapodziałeś’ gdzieś mój telefon, którego w tym pośpiechu oczywiście nie zauważyłem, że nie mam.  Tak więc zdjęć – jak chciałeś – z tego spaceru nie będzie.

Ale byłem, chodziłem do miejsc Twoich pod Cytadelę, pod Berkeley. A jakże mógłbym nie pójść do Public Gardens? Poszedłem. Tu lubiłeś ze mną na spacery chodzić. Siedzę więc tu teraz, w tym parku. Tuż pod tą fontanną z królową Wiktorią zbudowaną na jej Diamentowe królowanie. Tak, masz rację, faktycznie wygląda dużo uroczej w pełnej zimie, gdy otacza ją cicha, puszysta jak biały gronostaj, pierzynka śniegu.

Podaj rękę, choć pójdziemy powoli dalej. Może nad staw? Nigdzie już się śpieszyć nie musimy.  Doskonale wiesz, że do pozowania do zdjęć dziś Cię zmusić nie mogę. Aha! Sam się uśmiechasz zadowolony. Do mnie.  Tym Twoim uśmiechem  czystej, bezbronnej miłości.

Wracam do samochodu.  Zapamiętałem nazwę uliczki, gdzie zaparkowałem: Cedar Street. Cała dzielnica małych domków  ma takie same, podobne do siebie. Więc zapamiętałem tą nazwę, by nie błądzić wracając z parku.  Idę chodnikiem i patrzę tylko na lewa stronę, bacząc by nie minąć tej ulicy Cedar, nie zwracając uwagi na okolicę. Patrzę trochę w zamyśleniu na płyty chodnika. Nagle zatrzymał mnie czarny napis na jednej z kolejnych płyt. Krótki, wyraźny: Goodbye. Podnoszę wzrok i widzę tabliczkę z nazwa ulicy – Cedar Street. Rozglądam się i uprzytamniam sobie, gdzie jestem.  Uliczka Cedar biegnie spod wielkiej z czerwonej cegły  bryły szpitala.  Wszystko sobie przypominam, poznaję widok, budynki. Właśnie na tej uliczce zostawiałem zaparkowany zielony KIA Soul. Twój samochód, którym przyjechałem za karetką. Stał na tej ulicy przez trzy dni i dwie noce. A ja w te dni i te noce musiałem się z Tobą żegnać.  Musiałem pozwolić im przypinać różne urządzenia do Twego ciała, poprawiać wielkość dawek różnych płynów, leków. Starałem się usuwać na bok by im nie przeszkadzać. Byli nadzwyczajnej dobroci i czułości. Kilka razy udało im się skłonić mnie do położenia na jakiejś kanapie w pokoiku obok. Wracałem po dziesięciu minutach. Nawet, gdy racjonalnie już wiedziałem. Gdy poprosiło mnie dwóch lekarzy w pewnym momencie na rozmowę. Taką, gdy się mówi, że medycyna nic już zrobić nie może. I czy się zgadzam na … . Powiedziałem, że tak. Nie mogłem patrzeć na męki Twego zmęczonego ciała. Mojego ciała. Ciebie.  Ale, że jeszcze nie, nie dopóki nie będę miał rozmowy z Tobą. I położyłem się obok Ciebie na skraju tego szpitalnego łóżka, pielęgniarka zasłoniła kotary. Całowałem Cię najczulej, jak mogłem. Każdy fragment Twego pięknego ciała, Twojej twarzy, oczu, rąk, nóg. I opowiedziałem Ci cała długą historie naszego życia. Od pierwszego dnia poznania, od wycieczek w Kanaskis Country, do Gór Skalistych, mieszkania w Bragg Creek, w Calgary, podróży przez te góry nad brzeg Pacyfiku, gdzie mieliśmy długie i piękne lata, wyjazdu do Europy, wyjazdów do USA. Naszych podróży. Aż do tej długiej bardzo, przez cały kontynent tutaj. Do Halifaksu.

Wszystko to było nieopisanie piękną  i długą przygodą. Zawsze lubiłem podróżować. Nigdy nie myślałem, że dzięki Tobie przeżyję taką.  Jak jakiś długi film mistrzów ekranu, jak powieść najwspanialszych pisarzy, poemat boskiego poety. Śpisz teraz. A ja nocami rozpamiętuję nasz długi sen. Argonautów o Kolchidzie, spacery dusz orfickich, wędrówki Rumiego z Szamsem. Nie, nie ma w tym boskości ni cech nadprzyrodzonych. Przeciwnie – jest to nad wyraz proste, człowiecze. Nasza odwieczna tęsknota do drugiego.  Nie spotkałem Cię ani na Olimpie lub Parnasie, nie wędrowałem do Araratu lub Tybetu. Po prostu pewnego dnia, z wieczora, poszedłem na drinka do pewnego baru, dwa kroki od rzeki Bow w Calgary. Okazało się, że i Ty wpadłeś na ten sam pomysł, miałeś tą samą zachciankę. Ot, i cały ‘cud’.  Przypadkowy zbieg okoliczności. Równie dobrze tak Ty, jak i ja mogliśmy w ostatnim momencie zmienić plan, pójść do innego baru, lub zrezygnować z drinka. Byłem szczęściarzem, nie zmieniliśmy.

Narodowe Czytanie

Eliza Orzeszkowa (frag. “Nad Niemnem”)

Słuchając znajomej uroczej aktorki czytajacej do tegoż ‘Narodowego Czytania’ wybrany fragment ‘Nad Niemnem’, westchnąłem bez zastanowienia się: ah, mój Niemen i Grodno kochane, jakżebym, z Tobą poczytał wspólnie. Agata Pilitowska przyjęła to poważnie i nim się zorientowałem … czytałem właśnie. Przestroga przeto do wszystkich: nie wzdychajcie zbyt często, bo złota rybka może usłyszeć (lub Aladyn) i konsekwencje mogą być nieobliczalne, LOL.

Chasing the sunset on the bridge

It was a lazy Sunday. Felt tired from previous trips and walks. Summer was slowly dying and so was the day. The bridge in question was Angus Macdonald Bridge connecting Halifax and Dartmouth. Almost 1.5 km in length. And this summer the bridge was closed to traffic during weekends. Hurray. It could be very noisy with the traffic. They left the bike/pedestrian walkway open. Walking stick in one hand, phone in the other (the phone, of course, was the camera), and voila. Caught the sun and its changing, orgiastic and shameless display in the lense.

Z kamerą w plecaku

Wielogodzinna trasa biorąca początek od łagodnej ścieżki wzdłuż plaż Crystal Crescent. Przy ostatniej z tych plaż (naturalistów) wchodzi stromo w górę na wysokie skały wybrzeża atlantyckiego. Cały półwysep od Sambro do Tanner’s Point wymaga niezłej zaprawy i umiejętności poruszania się po głazach, kamieniach i bardzo wąskiej ścieżki często skrytej w gęstej roślinności. W dni po deszczach ścieżka zamienia się w błotny strumień i śliską maź. Taka była tego dnia, więc starałem się iść skałami. Jako, że głazy są spore, warto sprawdzić stopą czy nie jest ruchomy, bo i skręcić nogę łatwo lub i gorzej. A tam prócz helikoptera, inaczej medyk się nie dostanie. Wybierałem głazy nie mniejsze niż na oko 200-300 kilogramów. Wydają się solidniejsze.

Z Tanners Point rozlega się szeroka panorama na kolejne zatoki, wybrzeże i wyspy: od West Pennant, do Terrence Bay i dalej w kierunku Peggy’s Cove. Rzadkością jest w ostatnich 2-3 kilometrach spotkać kogokolwiek innego i być przygotowanym na 6-7 godzinną (licząc powrót) wycieczkę. I dobre obuwie.

Of Lovers and Friends and friends and lovers

Of lovers and friends. Of the most unfortunate ones, who were friends and became lovers. Oscar Wilde once described that dilemma clearly. And trust me – he knew a thing or two about it. Yes, of course, I’m taking off that famous line from the Ballad of Reading Gaol. Yes, yes – that line: ‘Yet each man kills the thing he loves’, which is followed, by the end of that stanza, with: ‘The coward does it with a kiss,
The brave man with a sword!’[i].  The year
was 1898, he was just recently released from prison in England. Went soul, heart, and financially broken to France, to try to re-established himself. Of course, too late. Just the Ballad remained, a shadow of a once proud, elegant poet, a member of society. With the misfortune of falling in love with some rich boy. Who, with tears or glee (who knows) sold him to the gallows trying to save his own skin (and father’s money, naturally).

Thus, boys and girls alike, for heaven’s sake – do not fall in love with your friends. Rather, become friends with your lovers.

Narcissus and Echo by John. W. Waterhouse

In the Prologue to the “Alchemist”[ii], Paulo Coelho writes beautifully the story of Narcissus’s death. Of course, Coelho would not have been such an amazing writer, if he had merely repeated the thousands years old story told already hundreds of times by others.  No, he added a sweet surprise at the end. So humanely grotesque (as all Greek gods stories were): when the goddesses of the forest came to the Lake, where gorgeous Narcissus drowned, they asked the Lake: Why do you weep? and expectedly the Lake replied I weep for Narcissus. The goddesses were understanding, they themselves chased the boy through the forest, trying to see his famous beauty, the beloved of Apollo himself. And they admitted to the Lake, with a hint of jealousy, that although they pursued the boy, the Lake alone could see his beauty the best.  At that moment the old story takes a different, shocking turn when the Lake replies: But… was Narcissus beautiful? A conversation ensues, as expected. The goddesses explained that obviously since Narcissus so often admired his own reflection in the Lake waters, the Lake must have noticed his beauty. The Lake paused, thought, and after a while replied: I weep for Narcissus, but I never noticed that Narcissus was beautiful. I weep because, each time he knelt beside my banks, I could see, in the depths of his eyes, my own beauty reflected[ii]. What an amazing twist to the old tale! I love writers and poets, who tell us: oh, come on! don’t be timid – allow yourself to dream, to tell the secret and true thoughts, and desires. Mirror, mirror – tell me if I am … . LOL  

Thus, be a friend of your lover. Avoid the terrible pitfalls of friends, who become lovers. There are really very few brave souls, who survived the utter honesty of true friendship in forming eroto-romantic union. Poor Andre Gide felt forced to explain his “Immoralist”[iii] by the timid (and so obviously false, LOL) words in the Preface to his little, yet so sweet book. Thank God at the very end he was able to utter the most powerful explanation in the history of art: To say the truth, in art, there are no subjects, which only sufficient explanation is the art itself[iii]. O! Little critics with overblown moralistic egos – be quiet already. You are not a philosopher but a scribe jealous of a writer.

The dilemma of choosing if a friend could be a lover was a paralyzing complexity for Jean Genet in his amazingly honest story of “Prisoner of Love”[iv]. More so even, because it is intertwined with the love and passion for the Palestinian cause.  Did he consummate his love for the Palestinian boy or was it just a Platonic passion? The powerful novel/memoirs, written in France (his last work, shortly before his death), were treated as not very important literary achievements. Au contraire, mes amis – it is one of his best. Powerful, very deep psychologically, insightful. This book and a little (in size comparison) booklet “Out of Place”[v] by great intellectual Edward Said taught me much more than any historian about Palestine and its tragic People ever could. But it is a different subject.

How can you write about friends and lovers without mentioning three amazing people: Polish writer/intellectual and modus vivendi of Parisian art circles – Konstanty Jeleński; his wife, famous Spanish-Italian surrealist painter Leonor Fini[vi] and Italian aristocrat, painter and diplomat Stanislao Lepri. All of them lived happily and joyfully in sexual and friendship union until their deaths. How did they survive all the pitfalls of such a union? I personally believed that that Jelenski and Lepri were the primary lovers most of all, and Fini was their artistic, crazy, and much senior femme fatale.

In 1995 Jelenski invited me to visit him in Paris.  But, when I finally arrived – his sprawling and beautiful apartment on rue de la Vrilliere was a circus in full swing. Leonor was just preparing her special exposition in the Senate of the French Republic.  Paintings were everywhere: on sofas, on beds, on chairs. And people were constantly coming and going. Friends from all over Europe. Poor Kot felt so bad, I had a chuckle. He quickly rented me a room in a small hotel nearby, on rue Croix des Pettits Champs. I was happy, telling you the truth. My gosh, I was young then, and Paris and her evenings and nights were so … appealing? Appealing, for sure, LOL. This way he had more time to concentrate on the crisis at hand (Leonor’s Exhibition) and I could concentrate on things (shall we say?) not only intellectual. Hmmm. After all – late evening walks along the Seine could be very  … exciting? Enough said.

But back to friends and lovers – Leonor, Konstanty (Kot or Kocik in Polish – sort of French un minou, which definitely would be a much more proper name for Jelenski, who was truly a very sweet guy), and Stanislao.  How did they survive for so long? Especially that at the beginning there was one more constant female shadow – a true femme fatale of their ménage à trois: Konstanty’s formidable mother. Madame Rena Jelenska de domo Skarzynska, from very old Polish nobility. Rena couldn’t stand Leonor. She didn’t mind at all (was actually fond of him) Stanislao Lepri. But that old crazy Spanish whore?! Poor Kot. Even more tragic because he actually truly loved both women: his mother and Leonor. But on the subject of staying together till death – I think that Kot, Leonor, and Stanislao could because actually, they all slept with each other (separately at the beginning, I assume) before they became friends. They were the happy part of the equation: lovers, who become friends.

Last but not least here is a more modern case of brilliant Irish novelist Colm Toibin in his multi-layered novel “The Story of the Night”[vii]

The novel is truly a masterpiece of combining so many complicated subjects and themes without losing for a moment the personal story of its protagonist – Richard Garay.  Richard leads many lives: English, Argentinian, artist, businessman, even (for a brief moment) politician. But most of all – gay in a very macho dominant male world of South America. Another constant is the presence of his dear friends: Susan and Donald.

The writer (himself an openly gay writer) does not shy from describing many of Richard’s lovers and one-night encounters. But it is the brief encounter of sexual attraction revealed by Richard toward his straight friend Donald that warrants mentioning. Encounter – which is important to note – planned by Donald. He ‘just’ wanted to check if, as he suspected, Richard was homosexual … .  No sexual encounter ever happened. But, yes – it couldn’t be denied that Richard was aroused and willing. Even the fact that the act itself was never consummated – it changed their friendship dramatically. In some way, it wounded it mortally.

Therefore, my dear boys and girls, please take it as the wisdom of almost god (meaning me, naturally). If you must experience the forbidden truth and fornicate, please choose a stranger rather than a friend. With a stranger, you have nothing to lose (other than your presumed virginity). If you are lucky the experience will bring you a lot of joy and satisfaction, at worst – it will be a disappointment (first times often are, nothing to be ashamed of). With a friend, the stakes are much higher and sometimes lasting lifelong bitterness or guilt.

And do read a good book before. Not really educational. A good literary book. Like one of these mentioned above.


[i] Selected Poems of Oscar Wilde including the Ballad of Reading Gaol, by Oscar Wilde; CreateSpace Publishing Platform, 2017; p. 56

[ii] „The Alchemist”, Paulo Coelho; pub. Harper One, 1993; p. 197

[iii] “Immoralista”, Andre Gide, by Wyd. Zielona Sowa, Cracow, 2006 (Polish translation by I. Rogozinska)

[iv] „Zakochany Jeniec”, Jean Genet; wyd. W.A.B, Warszawa, 2012; p. 486 (Polish translation by J. Giszczak)

[v] „Out of Place”, Edward Said; Random House, 1999

[vi] https://rynekisztuka.pl/2011/12/16/leonor-fini-i-konstanty-a-jelenski-portret-podwojny-w-warszawie/

[vii] “The Story of The Night”, Colm Toibin; McClelland&Stewart Inc., Toronto, 1997; p. 312

Szlachetność rozmazana we mgle

Niebo i ziemia. Szlachetność arystokratyczna i szlachetność przedmieść. Wszystko niczym nić Ariadny połączone, nanizane na długi sznur radości młodzieńczej i tęsknoty starości. Mgły i kropelki mgielnego niby-deszczu okrywającego zatokę, porty, mosty. Mosty znikąd do nigdzie.  Jak straszny krzyk żalu, jak jęknięcie nadziei. Niespodziewane oczarowania życiem. I zmęczenie nim, rezygnacja.

Przeszłość, jak kotwica nie pozwalająca ci wyruszyć żaglówką ku przygodom otwartego oceanu. I kotwica przeżarta rdzą, z wyłamanymi ramionami, znaleziona na jakiejś dzikiej plaży – niepotrzebna, bezużyteczna. Jak kotwice Leonarda Cohena, którego polsko-litewskie pochodzenie do niczego – prócz solidnego osadzenia w tradycji żydowskiej – nie przywiązywało, wpływu na życie i twórczość nie miało. 

Dziad z Wilna, matka z Wołkowyska. Matka , która jeszcze śpiewała w Montrealu  zapamiętane z dzieciństwa piosenki w jidysz i po rosyjsku. Ale po rosyjsku, nie po polsku. A przecież Wołkowysk od prastarych czasów w granicach Rzeczpospolitej…  .  Owszem, Cohen przeżył pewien moment wzruszenia i szeptu przeszłości podczas wizyty w Polsce w 1980. Zasłaniając się ‘apolitycznością’ odmówił jednak spotkania na scenie z Wałęsą [i]. Cohen, który lubował się w szokowaniu słuchacza i czytelnika nagą erotyką graniczącą czasami z pornografią.  ‘Apolityczność’ wielkiego barda ballady kanadyjskiej zależała jednak widać od miejsca pobytu, wywiadu, koncertu. Szlachetność przedmieść?  Nie zwróciłbym na to żadnej uwagi, gdyby nie fakt, że w krótkim czasie po turze europejskiej, z daleka od łapki sowieckiej, na koncercie w Bostonie zadedykował swój utwór „The Partisan” Solidarności w Polsce. I wilk syty i mysz cała? Moja ulubiona riposta na to znane powiedzenie brzmi: wilk i owszem – syty, ale po myszy ślad zaginął.  Wielkość miesza się z małością.  Humanum est … .

To tylko akapit, cień człowieka i jego kruchości. Bo mój Cohen jest wspaniały i uwielbiany. Mój Cohen tańczący mnie i moja duszę do utraty tchu. Do końca. Jest też człowiekiem – kruchym wbrew noszonym zbrojom. Hallelu-u-u-uja! Panie mój, Panie Zielonooki – każdemu po trochu, i kurwie i Bogu. I Cohen przyklaszcze i Villon radośnie zapłacze. Żadnej piosenki-wiersza nie pisał tak długo. Stale nowe wersje, nowe ujęcie. I uniesienie religijne w żydowskim mistycyzmie i chuć natrętna starzejącego się mężczyzny. Prawie zawsze do kobiet wiele lat młodszych, często dekad. Czy ta chuć była obrzydliwa? Dlaczego?  Dla kogo?  Czy ze wstrętem się oddawały rozkoszom sławy, pieniędzy czy też w głębokim oddechu, wygiętym niczym kark napiętego łuku biblijnego myśliwego, wyrzucały przez zęby: halleluja?!

Dlaczego Janis Joplin, tragiczna muza schyłku lat hippisowskich, weszła nad ranem do tej samej windy hotelu cyganerii artystycznej Nowego Jorku, w której był już Cohen? Chelsea Hotel. Więc tam się spotkali, w tej windzie. Nie znali się. Z windy poszli prosto do pokoju 424 i wiedzieli, że resztę nocy spędzą nie dyskutując o muzyce ani poezji. Rok był 1968. Cohen miał 33 lata. A w przeciwieństwie do Balzakowskiego Paryża – hippisowska mantra nie pozwalała ufać nikomu (zwłaszcza mężczyźnie) powyżej lat 30. Joplin miała 25 lat. Więc Cohen powinien być dla niej dinozaurem. Dwa lata później Janis zmarła w Hollywood skutkiem silnego przedawkowania narkotycznego. A Leonard wykorzystał noc do skomponowania utworu ‘Chelsea Hotel No 2”[ii].   

Dwie dekady wstecz. Czas epoki innej. Może zaściankowo-purytańskiej? Literatura zaś wielka. Czas na kurwy i na chłopaków lat Witold Gombrowicza. I zapisuje je skrzętnie, wszystkie prawie zapamiętane przygody w ‘Kronosie’[iii], najdziwniejszym chyba dzienniku-pamiętniku światowej literatury. Bawiło mnie i męczyło jednocześnie strasznie czytanie tych zapisków. Podrywanie chłopców argentyńskich w dzielnicach portowych, przedmieściach szemranych. Obok pisanych eleganckich i bardzo par excellence literackich„Dziennikach”. Jakby gwizdał na to wszystko i śmiał się: no tak – Focault i Nobel i Paryż i Berlin intelektualne. Ale dupcie argentyńskich żulików to dopiero cymes! Ale nie gwizdał na ten blichtr światka literackiego i sławy jednak. Przeciwnie – bardzo o niego zabiegał, walczył. Gombrowicz był seksualistą doskonałym. Nie określałbym bym go nawet biseksualistą, ani homo, ani hetero. Po prostu lubił tą ‘robotę. Z kimkolwiek. Żywemu nie przepuścił. Miał szczęście chyba urodzić się w swojej epoce.  Mężczyzna czterdziesto i pięćdziesięcioletni zdecydowanie wówczas należał jeszcze do kategorii ‘balzakowskiej’: król i lew salonu i ulicy. I łoża (lub barłogu). Jeżeli ktoś się mógł gorszyć, to nie różnicą wieku, a faktem, że partnerem był chłopiec a nie dziewczynka. O tempora, o mores … . LOL.

Więc zaglądam w swój notatnik (nie kronosowy bynajmniej, ale nagi w szczerości). 26 lipca, 2023. Powrót z trasy olbrzymich głazów i gęstej kosodrzewiny w okolicach West Pennant. Trasa kończy się na uroczej, ostatniej plaży, która jest jednocześnie plażą nudystów. A plaże nudystów uwielbiam. Kocham pływać nago, wydaje mi się to jedynym sposobem współżycia z żywiołem wody. Czy kto widział kraby lub delfiny w strojach kąpielowych?!  Rybki w majtkach lub stanikach?!

No i naturalnie scena w jakimś nocnym klubie w Londynie – Judy Garland śpiewa: C’mon, get happy, shout halleluja! Tyle, że Londyn prawie dwadzieścia lat później, jakiś klub na Soho, nie pamiętam nazwy. Imienia chłopca też nie, ale pamiętam, że się z nim całowałem.

               

Za(piski) z notatnika

26.07.2023. Skały w Sambro Creek i West Pennant.

Wynurzeni, jak Atena z białej piany morskich fal ukazują się nago na skale, tuż na przeciw mnie. Trzech zgrabnych książąt, dorodnych i z rodów szlachetnych. Z nonszalancją, która przez ich pochodzenie i czar młodości nie jest przykra ani natrętna. Każdy członek ich ciał równie powabny, jak śmiejące się oczy pod łukami nieskazitelnie czarnych brwi, chłodzonych powiewem wachlarzy rzęs. Naturalnie w zbroi, akcentowanej dwoma łuskami brązowo-czerwonych sutek.


26.08.2023. Shannon Park w Dartmouth.

We mgle

Mgła, siatka drobnego deszczu otula

wilgotniejący dzień, ubranie, skórę.

Parasol zbyteczny, to prawie nie deszcz.

To mgła tańcząca scenę zbiorową

łabędzi z baletu Czajkowskiego.

*

Wirują piruety sceny świata.

Może to nie deszcz a topniejący wdech

zamierającego lata, westchnięcie

nadchodzącej chyłkiem lasami i

łąką jesieni – nieśmiało, cicho.

**

W przedpokoju spakowane walizki:

kurtki i kapelusze na dni słotne,

komplety bielizny i skarpetek też,

letnie koszule na dni słoneczne,

buty i sandały na spacery.

***

Brzęczy telefon, wysłana wiadomość:

ze względu na gęstą mgłę wszystkie loty

 odwołane i lotniska zamknięte.

Pana podróż też zlikwidowana.


[i] „I’m your man. The Life of Leonard Cohen”; by Sylvie Simmons; wyd. McClelland&Stewart, 2012; s.345

[ii] magazyn ‘Rolling Stone’, 14 listopad, 2016; “How Leonard Cohen Met Janis Joplin: Inside Legendary Chelsea Hotel Encounter”, Jordan Runtagh

[iii] „Kronos”, Wyd. Literackie, Kraków, 2013, ISBN 9788308050781