Bogumił Pacak-Gamalski
Ciekawa rzecz z literaturą i ludźmi, którzy ją tworzą lub tą zapisaną opisują. Kim są? Jak ich nazwać, jaki przydomek nadać? Pisarze? Twórcy?
A może miłośnicy słów, historii? Może amatorzy? No właśnie amator, kto to jest? Jak podaje słownik języka polskiego amator, to ktoś, co robi coś dla przyjemności, co lubi[i]. Czy tylko dyletant, czy jednak amator? Bo amator to miłośnik wszak. Ogólnikowe stwierdzenie, że coś się lubi bardzo zakłada przecież a priori tezę pewnego umiłowania, zaangażowania pozytywnie emocjonalnego.
Skąd te dywagacje? Ano, winnym jest uroczy, młody (dla mnie coraz więcej osób jest ‘młodych’) i bardzo zdolny doktor filologii i wykładowca literaturoznawstwa w Instytucie Literatury Polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, badacz w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN-u, Piotr Sadzik. Poznałem go ‘elektronicznie’ sporo już lat temu i zachwycony byłem jego pracą o maranach literatury pogranicza kulturowego[ii]. Zainteresował się wówczas moim cyklem ‘lamentów po Stracie’ i dało to nam asumpt do kontynuowania rozmów o ‘bólu duszy’, który wypełnia całe twoje jestestwo.
Mnie nie interesowała wówczas literatura per se, ani wartość poetycka lub krytyczna moich lamentów – one po prostu były wtedy mną całym. Były moimi rozmowami z tym, który tworzył moje życie przez dekady i nagle … przestał być. Rozmowy te z Piotrem wydaje mi się, że mi pomagały. Bez tłumaczenia, bez radzenia – a jednak wracały mnie mimochodem poniekąd do rozmów intelektualnych, nie tylko w skorupie emocjonalnej. A to było dużo. Potem, dość szybko przyznaję znaleźliśmy inną, bliska nam pasję literacką – Gombra[iii]. Więc i Jeleński się pojawił mimochodem i Giedroyć, z którymi miałem bliskie kontakty w Paryżu.
Przez kilka lat ostatnich te kontakty nie były już tak częste, ale obserwowałem i obserwuję jego fantastyczną pracę i energię niespożytą na wszystkich polach i ugorach literatury polskiej (nie tylko polskiej, to mnie jednak głównie interesowało) i masę innych poczynań krytycznych, filologicznych, aktywisty życia wydawniczego, kapituł nagród literackich. Gdzie on na to wszystko (a przecież ma jednocześnie pełną pracę wykładowcy uniwersyteckiego, swoich studentów, ich przewody naukowe magisterskie i doktorskie) czas znajduje – pojęcia nie mam. Pewnie więc nie dziwi, że ciągle wygląda jak chudziutki 20-latek-studenciak, a nie wykładowca, LOL. Więc moja pywatna rada do czytających te słowa: warto mieć pasję szaloną, wtedy nie będziecie mieć czasu na starzenie się!
Wróćmy do tematu tego eseju. O co mi chodzi, czy tylko o portret lubianego krytyka i badacza literatury? Absolutnie nie. Ludzie lepiej i bliżej go znający zrobią to bez wątpienia lepszymi barwami i odcieniami.
Otóż bardzo niedawno na jakimś elektronicznym forum żalił się trochę (lub martwił), że jego prace krytyczne o nowych książkach, powieściach, tomikach poetyckich mogą w nim zabić zwykłą pasję i głód czytelniczy, gdy bierze się do ręki nową książkę, nowy wydanie literatury prozaicznej czy poetyckiej.
Powiedziałem mu dość obcesowo, że to absolutnie niemożliwe. Krytyk nie może, nie ma prawa tej miłości w sobie zabić. I jednocześnie zasugerowałem tezę, że jednocześnie jest też sam pisarzem. Pisarzem non fiction.
Tak – krytk literacki, który nie pisze powieści, opowiadań czy wierszy może być w tej pracy nazwany pisarzem. Naturalnie mówię o pisaniu dużo szerszym niż kilka szpalt w gazecie, miesięczniku drukowanym, czy on-line.
Udowodnić to chcę używając przykładu i pasji krytycznej wielkiego poety argentyńskiego, Jorge Luisa Borgesa. Ale właśnie Borgesa non fiction, nie Borgesa-poety.
W 2000 roku podczas jednego z moich częstych wyjazdów do Seattle w USA, poszedłem do czytelni wydawnictwa The Elliott Bay Company i kupiłem wspaniałą książkę przygotowaną przez Eliota Weibergera z bardzo obszernym wyborem non fiction tekstów Borgesa[iv].
I teraz, po wielu, wielu latach ponownie ją czytałem. Tak, nie mam wątpliwości: Borges-eseista i krytyk był miłośnikiem literatury. Takich krytyk o innych pisarzach się nie pisze o ile tych książek się nie kocha. O ile się nie kocha literatury. Koniec. Kropka. Non ulterius progredieris[v].

Wrzuciłem Borgesa do torby i uciekłem do centrum Vancouveru, do mojej ulubionej kawiarenki Melrriches na Westendzie. Zawsze, gdziekowiek nie mieszkam takie dziupelki sobie wynajduję, gdzie przy kawie czytam, robię notatki. Potem na swoim blogu je publikuję. Nie, nie z nudów. Z pasji do tych wierszy, nowel, opowiadań. Niezbyt wiele z powieści, bom w zasadzie nowe przestał już czytać. I tak nie nadążę zaległości nadrobić. Teraz czytam głównie pisarzy piszących o pisarzach, o ich twórczości i światach, jakie stwarzają, opisują. O człowieku.
Więc ten Borges – jak Gombrowicz z kolejnej generacji – pisał w swoim ukochanym Buenos Aires. Przypomina czasem w tych swoich zapiskach o ulicach i dzielnicach, które i ja poznałem, którymi dawno temu chodziłem. Nie szukałem po prawdzie specjalnie śladów ani Gombrowicza, ani Borgesa – ale byli tam, ich duchy wałęsały się tymi samymi uliczkami, potykałem się omalże o ich ślady.
Wyobrażam sobie Borgesa chadzającego wieczornymi ulicami starego Buenos, ulicami pełnymi domów schadzek, kobiet i chłopców w podcieniach bram. Jakże musiał być wtedy sfrustrowany, zagubiony emocjonalnie. On, człowiek wielkich wizji literackich wobec niemożliwości pełnego zrozumienia pasji ciała. Borges był klinicznym impotentem. Czy warto o tym pisać? Warto, należy wręcz, bo erotyka i seksualizm są nadspodziewanie olbrzymią białą plamą jego własnej twórczości. Ta tabula rasa[vi] Borgesa w zadziwiający sposób wpłynęła nie tylko na jego prywatne życie, ale wręcz na homofobiczne lęki i oceny innych pisarzy – nie oceny negatywne ich twórczości ale negowanie wpływu ich homoseksualizmu na ich twórczość. Ten wspaniały krytyk pisząc np. o Whitmanie … imputował, że ojciec poezji amerykańskiej pisząc o swojej pasji i konsumpcji tej pasji z czarnym kochankiem tworzył wyłącznie figurę poetycką, a nie, że wpinał w osnowę swego słynnego poematu swoją autentyczną biografię. Takie rozumienie i taka interpretacja Whitmana może być jedynie możliwa właśnie przez zaślepienie homofobią Borgesa[vii]. Smutne, że ta fobia go tak okaleczyła – ale z pełnym przekonaniem poświadczam, że nie wpłynęła ona na ocenę twórczości ani Whitmana, ani Oscara Wilde’a (choć o tym zbyt wysokich opinii nie miał, ale nie sądzę by było to związane z biseksualizmem Wilde’a). Zastanawiam się, czy gdyby Borges żył w czasach współczesnych nie zmusiłyby go one do zarzucenia tej irracjonalnej fobii? Podejrzewam, że tak. Ciekawe co by był napisał o jednym z najlepszych pisarzy przełomu XX i XXI wieku, irlandzkim Colmie Tóibínie … nota bene autorze świetnego opracowania biograficznego wybitnych twórców sztuki (w tym pisarzy) ostatnich dwustu lat[viii]? O, byłbym zapomniał – ci twórcy o których w tej książce pisał byli homo lub biseksualni.
Czas wrócić do tematu zasadniczego – Borgesa-krytyka kochającego książki.
Nie będę jednak tu pisał o Borgesie-poecie, a o Borgesie pisarzu non fiction, eseiście. Ktoś może się oburzyć: nie był więc pisarzem tylko eseistą. Takie stwierdzenie to bzdura, panie kochanku. Pisarzem się jest przez talent pisarski, a nie przez tabliczki informacyjne na rzędach półek w bibliotekach. Eseje literackie to poezja krytyki literackiej, w takiej samej mierze, jak autobiografie pisarzy, jak biografie pisarzy i poetów pisane przez innych pisarzy. Zagmatwane to nieco? Doprawdy nie jest. Zwłaszcza, gdy mówimy o pisarzach z górnej półki (naturalnie mam na myśli nie półkę popularności rynkowej, a wartości tekstu).
Wyobraźmy sobie, że gdzieś kiedyś żył sobie rzemieślnik, który szył ciżemki. Nie szył pantofli, butów ani kapci. Ciżemki. Czy był ‘ciżemkowcem’? Naturalnie, że nie – był szewcem. W ten sam sposób ci, którzy piszą książki o literaturze i jej autorach są też pisarzami. Nie muszą nawet być poetami ani nowelistami sami. Nie zawsze ta zasada i nie wszędzie pasuje, gdyż same tylko suche akademickie przewody literatuznawczo-filologiczne badaczy do tej rangi pisarstwa zaliczyć nie mogą.
Wszak czytając Borgesa krytyki i eseje krytyczne o twórczości innych pisarzy czujemy jego niski ukłon i pocałunek skladany na dłoniach tych innych pisarzy. Rozpoznaje, wyczuwa każde wzniesienie, każdy skrawek zapisanej kartki. Dzieli włos na czworo? Nie. W wybranej frazie, w składni odnajduje tony i półtony znaczeń, cienie, światło i wpływy przeszłości, echa mistrzów odległych epok.
Ciekawe i jakże prawdziwe są jego uwagi na temat powstawania czasowników z rzeczowników. W sposób szczególny jego elewacja i waga znaczenia rzeczowników rodem z teologii, ergo boskich. Tego sacrum, które trudno użyć w prozie, gdzie wydać się może zbyt pompatyczne, nie adekwatne. Ale nie w poezji, która sama w sobie jest sacrum spowiedzi emocjonalno-intelektualnej[ix].
Dalej zaś gdy przestrzega przed absurdem przemocy zadawanej treści przez przerost formy lub wręcz wyrastających z ograniczeń przyjętego porządku gramatycznego (w szerokim rozumieniu pojęcia ‘gramatyka’) , to chce mi się krzyknąć: nie przypominaj mi o tym, o tych marach i upiorach ‘techniki pisania’ wiersza, to budzi we mnie gniew wobec rzemieślników, którzy o akcie twórczym pojęcia nie mają, nie rozumieją go!
Jorge Luis Borges jest dzieckiem rewolucji XIX i ewolucji XX wieku. Wielkiej cezury filozoficznej, której pierwsze drożdże poczęly fermentować już w czasach Oświecenia. To wszystko, co przez wieki wrzało, gotowało się pod ciężka pokrywą moralności kołtuńskiej, niewolniczej, pańszczyźnianej.
Chyląc głowy przed Petrarką i Wergiliuszem nie wolno sobie pozwolić na zginanie kolan. Musimy jasno powiedzieć, bez okrzyków rewolucyjnych i sztucznego epatowania się gniewem nowej epoki: dziękujemy za piękne dary, bedziemy pamiętać i korzystać, ale możecie sobie odpocząć nieco, bo oto nadszedł czas człowieka wolnego. Poeta w XXI wieku musi być twórcą wolnym. Czasy przypisania ‘chłopa do roli’ minęły bezpowrotnie.
Można wszak wrócić do brylantów pierwszej wielkości literatury polskiej, do ‘Bieniowskiego’ mistrza Juliusza. Wszak pada tam westchnienie-pragnienie ‘Chodzi mi o to, aby język giętki //Powiedział wszystko, co pomyśli głowa…’. Dla nas wszak, już w ćwierci XXI wieku, najważniejsze jest wezwanie z końcowych wersów tej zwrotki poematu Księcia poetów polskich: ‘Strofa być winna taktem, nie wędzidłem’. Drogi Księciu Poetów, Juliuszu – byłeś był wyprzedził epokę o dwieście lat! Nawet jednak twój wspaniały poemat w warstwie językowej, jest prawie tak ornamentalny, że trudno dziś strawny. Tak, jak ostrygi świeże i żywe mogą być niestrawne, jeśli jedzone w nadmiarze, co mnie się przed wielu laty zdarzyło na uczcie Maorysów nowozelandzkich. I tak bywa.
Borges ustawia się w szeregu gwardii Pzybosiów i Peiperów polskiej szkoły wierszowania pierwszej połowy XX wieku. Naturalnie, podobnie, jak nieco tylko wcześniejsi futuryści, jest w nich wielka fascynacja dżunglą miejską i nowoczesnością, transformacją z sielankowości wiejskiej w tryby maszyn wielkich aglomeracji miejskich. Sposób użycia metafory jest może wyolbrzymiony – wszak w dużym stopniu poezja jest metaforą rzeczywistości.
Wiek XXI przyniósł, wydaje mi się, zmęczenie tym stylem. Aglomeryzacja cywilizacji człowieka skłania nas właśnie do odwrotu, do ucieczki we własną, jednostkową i osobną indywidualność. Do ‘pojedyńczyzacji’ , jako formy obrony indywidualności jednostki. Zwłaszcza indywidualności i osobności doświadczenia poetycko-twórczego. Tym, co ja od lat nazywam cichą rozmową intymną dwóch tylko osób: poety i czytelnika.
Wszystko to wszak wyrasta z miłości do literatury. Bez literatury i bez jej miłośników, adoratorów i wariatuńków cały postęp cywilizacji technologicznej jest przedsięwzięciem bezsensownym. Przemyślenia Borgesa umocniły mnie w tym przekonaniu jeszcze bardziej i można to łatwo przenieść na każdy inny rodzaj sztuki.
W różnych epokach różni twórcy, i krytycy tych twórców tłumaczący, przeprowadzali czytelnika/słuchacza/oglądającego przez te mosty przemian. Borges robił to literaturze, Bach, Mozzart i Mahler w muzyce, da Vinci, Michał Anioł i Picasso w sztukach wizualnych.
Sztuka generalnie jest emocjonalną próbą zrozumienia świata i drugiego człowieka. Rozumiejąc lepiej przestajemy się świata i człowieka bać. A gdy nie mamy już tego lęku przed obcym i zewnętrznym, możemy ten świat i człowieka pokochać.
A krytyk literatury, sztuki, ogólniej mówiąc? Krytyk opisując sztukę (symfonię, książkę, obraz) ułatwia ją nam odebrać, zrozumieć. Robi to z miłości wobec sztuki i piękna. A kochanek nigdy nie znudzi się miły Piotrze widokiem oblubieńca lub oblubienicy. Takie cuda nie zdarzają się w żadnej religii.
[i] „Słownik języka polskiego z frazeologizmami i przysłowiami”, E. Dereń, T. Nowak, E. Polański; Arti Centrum, Warszawa; 2008
[ii] SADZIK: Regiony pojedynczych herezji | Esej | Wizje | Aktualnik
[iii] Witold Gombrowicz
[iv] “Jorge Luis Borges, Selected Non-fiction”; Penguin Books Ltd.; r 2000, Seattle, USA; s. 559
[v] łac. dalej nie pójdziesz
[vi] filozoficzny koncept Arystotelesa, iż człowiek rodzi się bez jakiejkolwiek wiedzy, z ’pustym’ mózgiem
[vii] Walt Whitman w poemacie „The body electric” (z tomiku ”Selected Poems”; Dover Publication Ltd. New York, 1991)
[viii] Colm Tóibín, „Love in dark times”; pub. McClelland & Stewart Ltd; Toronto, 2001; s. 261
[ix] W tymże zbiorze esejów krytycznych, s.22