Biblioteki – sapere aude

Immanuel Kant w swoim uczonym eseju o wiedzy, jako motto użył słów Horacego: sapere aude[i]. I jakże słusznie. Chciałby się krzyczeć na całe gardło: nie lękaj się wiedzy, bo ona cię wyzwoli!

Te zadanie i cel nauczyciela z Królewca, zadanie sposobu myślenia i poznawania świata, krzyczały i w mojej głowie, gdym wędrował po piętrach monumentalnej i pięknej Biblioteki Publicznej w Vancouverze[ii].

Biblioteki całego świata to najprawdziwsze kościoły, bazyliki, katedry ludzkości. Jedyne głoszące prawdziwe ‘słowo boże’ – wiedzę o nas i o świecie zbieraną i kolekcjonowaną od tysięcy lat.  Czy jesteś osobą wierzącą, ateistą lub gnostykiem (mój ‘krzyż’, który dźwigam) – idź do nich, do tych świątyń wiedzy, a zgłębisz w tej wierze swoje przekonanie, rozumienie tej wiary. Poznasz też, przynajmniej pobieżnie, podstawy tych, którzy wątpia lub wręcz przeczą twojej dogmie. Poznasz, choćby pobieżnie znowu, innych bogów lub demiurgów, w których miliony lub setki tysięcy wierzą. A przede wszystkim poznasz lepiej siebie, nauczysz się myślenia krytycznego (czyli argumentacji pro i contra niezbędnej dla każdego swobodnego myślenia) a nie ‘myślenia chcianego’[iii]. I nagle twój krąg domniemanych wrogów i przeciwników ulegnie skurczeniu do minimum nieistotnego, bo pojmiesz, że inny punkt widzenia nie jest ‘grzechem pierworodnym’ i nie jest zaprzeczeniem totalnym twojego własnego.

Ostateczne tak naprawdę jest tylko to, że któregoś dnia się rodzimy i któregoś umieramy. Reszta jest po prostu dopuszczalna i możliwa, ale nie jest gwarantowana lub przypisana ‘odgórnie’.  I wiedza jest przekazywana następnym generacjom, czyli jest kumulująca się. Aby ten proces nie był przerwany, byś mógł korzystać z tego testamentu mądrości niezbędny jest zapis tej wiedzy. Inaczej w każdym pokoleniu musielibyśmy czekać, na jakiegoś Archimedesa, który zechce się kąpać w wannie i obserwować różnice poziomu wody przed i po wejściu do tej wanny.

Literatura jest poniekąd pierwszym nauczycielem, pierwszym zbiorem tej elementarnej wiedzy o nas i o otaczającym nas świecie. Niczym więcej. To skarbnica wiedzy elementarnej, intuicyjno-emocjonalnej. Od Gilgamesza poczynając, przez historię Beatrycze, Romea i Julii i innych prototypów pragnień (lub lęków) emocjonalno-romantycznych. Nawet ta fantastyczna. Bo wyobraźnia i marzenia nie są ograniczone namacalną rzeczywistością. Są w pewnym sensie rzeczywistością augmentowaną.

Więc błagam chodźcie do bibliotek, korzystajcie z nich (OK, niech to będą nawet audiobuki – ostatecznie teatr, będący dzieckiem literatury – to wszak taki audiobuk rozpisany na wiele głosów). Ze staroświeckim upiorem podszepnę tylko: nic czytania w ciszy materialnej książki w ręku nie zastąpi, a już po pierwszym rozdziale bohaterowie opowieści mówią do ciebie swoimi własnymi głosami i niekoniecznie (?) są to przykłady choroby psychiatrycznej, LOL .

Mnie zachciało się przypomnieć cudną opowiastkę Tomasza Manna „Śmierć w Wenecji”. Te wakacje z młodym Tadziem, gdzieś na południu Europy. Miłość platoniczna, czysta jak anielsko zarysowany polski chłopczyk. Kiedyś (nie pamiętam gdzie publikowałem ni roku) napisałem esej o Tomaszu Mannie, o tym opowiadaniu’ i o jego synie, bardzo zdolnym i znanym też pisarzu Klausie Mannie. Jako, że nie mogłem znaleźć (w Polsce została?, którejś z przeprowadzek nie przeżyła?) pod ręką tego zbioru Manna-ojca – wybrałem się do tej wspaniałej, monumentalnej Biblioteki w Vancouverze. Książki jego syna, Tomasza, były a jakże, na parterze sumiennie miedzy literkami K i M. Ale dorobek Tomasza aż na szóstym piętrze! A tego dnia noga mi dość złośliwie dokuczała i w bibliotekach nie lubię używać wind. Wolę schody, bo wtedy mijając kolejne piętra, zaglądam z radością na półki ustawione tam z szeregami tysięcy książek. I się uspakajam – tak, ta mądrość pokoleń nie uległa zniszczeniu, znalazły dom dla siebie, schronienie. Więc cóż tam noga obalała! Są sprawy ważniejsze – książnice.

I dlatego cieszę się, że biblioteki są na ogół w gmachach solidnych, statecznych, imponujących. Tam wszak mieści się największe bogactwo całego społeczeństwa – książki.

A następnego dnia pojechałem mimo deszczu na spacer po mojej też bardzo lubianej Bibliotece w Surrey Central. Trochę, jak wielki statek, z łagodnymi falującymi poręczami, schodami. Statek, skojarzenie dziwne? Nie! To nasza Arka Noego – gdy inne, materialne bardziej wartości ulegną zniszczeniu, niech ta Arka z potopu uratuje naszą globalną mądrość i wiedzę: książki. Sapere aude.

I tyle ich noszę w serdecznej pamięci, małych i wielkich, a znaczących kiedyś w mym szukaniu prawdy o człowieku i świecie: ta warszawska na Koszykowej 26[iv], stara Biblioteka Polska w Paryżu[v], Biblioteka w POSKu londyńskim[vi], urocza mała Książnica w Pruszkowie z zakochanym w niej i w literaturze dyrektorem z fajką Grzegorzem Zegadło[vii].  


[i] lit. zaufaj wiedzy; odważ się wiedzieć

[ii] Central Library | Vancouver Public Library

[iii] ów strasznie irytujący argument głupców: ‘a ja sobie tak myślę i koniec, kto mi zabroni? Mam prawo!’

[iv] Aktualności – Biblioteka Publiczna m.st. Warszawy – Biblioteka Główna Woj. Mazowieckiego

[v] Instytut Biblioteka Polska w Paryżu

[vi] Biblioteka Polska POSK – Polski Ośrodek Społeczno-Kulturalny

[vii] Portal informacyjny Książnica Pruszkowska – Książnica Pruszkowska

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Tadeusz siedział przy stoliku na bulwarach nad Wisłą. Popijał zimne piwo i rozglądał się wokół. Przed nim widać było zalesione brzegi praskie i żółte łachy wiślane, za nim czerwone dachy warszawskiej Starówki  płonące w czerwonych promieniach zachodzącego słońca.

Naokoło siedziały pary młodych ludzi. Nikogo tu nie znał i nie spodziewał się zobaczyć znajomej twarzy.  Gdyby nawet jakimś przypadkiem zdarzyło się, że ktoś znajomy by nawet przechodził, wątpliwe by twarz rozpoznał.  Uśmiechnął się do siebie sarkastycznie realizując, że ostatni raz, gdy taką twarz mógł widzieć, byłaby gładka, bez zmarszczek, z czupryną gęstych włosów. Tak, jak on wtedy wyglądał. Oczywiście nie było wówczas tych kamiennych schodków-bulwarów. Był chodnik, szosa za nim, i trawa pokrywająca wały wiślane od Uniwersytetu, aż po Nowe Miasto i dalej. Brzeg praski pozostał bardziej ten sam. Ładniejszy, schludniejszy, ale ten sam.

Naturalnie, że i po tej – kiedyś jego – stronie Wisły nie mógłby się zagubić i wszędzie by trafił. Główna siatka ulic w zasadzie pozostała ta sama. Jakiś gdzieś przekop, dokop, kładka lub tunel nie zmieniały tego. A już zwłaszcza Trakt Królewski od Łazienek, przez Nowy Świat i Krakowskie to już zupełnie takie same, gdy biegał po nich parędziesiąt lat temu. No, niektóre nazwy ulic się zmieniły, ale było to bez znaczenia.

Jakąś młoda dziewczyna krzyknęła: Tadek! Spojrzał się na nią zaskoczony, a ona nawet go nie spostrzegła. Wołała po prostu jakiegoś innego Tadka, na pewno o parę dekad młodszego od niego.

Z głośnika przy barze poleciała nagle stara piosenka Ewy Demarczyk. Bodaj jej najlepsza. Grande Valse Brilliant. Demarczyk pytała tym razem jakby jego właśnie – czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca …. Uśmiechnął się. I zaskakując sam siebie pół-głośno powiedział:

– Pamiętam Ewa, naturalnie. W jakiejś zadymionej piwnicy zdaje się, może „Pod Baranami’? Tego nie jestem pewny. Ale śpiewaliśmy i tańczyliśmy.

Dziewczyna, która przedtem zaskoczyła go wołaniem siedziała teraz z tym młodym Tadkiem przy stoliku obok.  Usłyszała jego mówienie ‘do siebie’ i spytała zaciekawiona:

– Czy naprawdę tańczpan i śpiewał z Ewą Demarczyk tego walca?

Tadeusz zarumienił się lekko, ale szczerze odpowiedział:

– Sto lat temu, ale tak – tańczyłem z nią i śpiewaliśmy razem, tylko nie na scenie. Nie byłem piosenkarzem, byłem jakimś młodym wierszokletą i ona lubiła moje wierszyki. Znaliśmy się.

– Ależ to niesamowite! To była legenda polskiej sceny i Pan się z nią przyjaźnił? Co za zbieg okoliczności!

Tadeusz zaambarasował się nieco tym całym zamieszaniem i swoim gadaniem na głos. Inni już odwracali głowy i patrzyli na niego, jak na jakiś eksponat usadzony w krześle.

Wie pani, nie przesadzajmy. ‘Przyjaciel’ to chyba zbyt wielkie słowo. Znaliśmy się, byłem może jej kolegą, jakich miała wielu, nie mówiąc o rzeszach wielbicieli jej talentu. Gdyby żyła i tu przechodziła teraz pewnie by mnie nawet nie poznała. To już tyle lat …

– Ale tańczył pan z nią Grande Valse Brilliant! To pomnikowe! Czy szurał pan po podłodze podwiniętą podeszwą?!

Roześmiał się szczerze. Zresztą ta młoda dziewczyna nie wydawała się ani odpychająco natrętna, ani jej entuzjazm nie był ironiczny, a sprawiał wrażenie szczerego i naturalnego. Może nawet wzruszyło go to trochę.

 Wie pani, ‘podwiniętą podeszwą’ to raczej nie, ale zelówki na pewno były bardzo starte, ha ha ha … i kto wie? Może i wytężałem pierś cherlawą. Ona już była legendą – Madonną tamtych lat – a ja cherlawym gryzipiórkiem.

Dziewczyna wstała od stolika i stanęła przed nim. Uśmiechnęła się, prawą rękę przyłożyła do brzucha, lewą wyciągnęła w jego kierunku i kłaniając się powiedziała:

– Drogi Panie Wierszokleto, proszę pamiętać o starych zasadach pewnie ważniejszych dla pańskiej generacji niż – niestety – dla mojej: kobiecie się nie odmawia i basta. A ja proszę pana do tańca i koniec, nie ma dyskusji i uników. Jestem piosenkarką. Nie, nie legendą tamtych ani tych czasów, ale umiem śpiewać. I niech świat wpadnie nam w ramiona, jak im wtedy. I błagam, niechże pan mi nie odmawia! Niech i ja za ileś tam lat będą mogła tu przyjść i z wielkim sentymentem wspominać to nasze spotkanie i taniec dziś.

Pierwszym odruchem Tadeusza była chęć kategorycznej odmowy tej absurdalnej propozycji. Nie jest jakąś zabawką dla kogokolwiek zachcianek i kaprysów! Cóż ta młoda siksa sobie wyobraża!

Ale było coś bardzo szczerego w jej głosie i manierze, mimo krotochwilności sytuacji. Coś, co dało mu moment na refleksję. Nie, ona nie chciała zrobić z niego przedstawienia. Tańczyć się nie wstydził, bo tańczył dalej dobrze. Poza tym … nikt go tu nie znał, co mu zależy dziewczynie tą przyjemność zrobić? Będąc w jej wieku też takie zwariowane pomysły miewał. Ha! ciągle je mam – uśmiechnął się do siebie.

Wstał od stolika, lekko się wyprężył, schylił głową, podszedł do niej i podał jej swoje prawe ramię

De rien. Voilà, Mademoiselle

Trzymając ją pod ramię sprężystym krokiem poszedł do barmana tego ‘baru na bulwarach’ i grzecznie ale rozkazująco powiedział :

Młody panie Ober – koniecznie raz jeszcze Grande Valse Brilliant, s’il vous plaît

I położył na ladzie banknot wyjęty z portfela. Barman spojrzał na nich, potem rzucił okiem na wartość banknotu, uśmiechnął się, podszedł do maszyny puszczającej muzykę i nacisnął jakiś klawisz.

Z głośnika na daszku tego baru popłynęły znajome dźwięki. Tadeusz skłonił się dziewczynie raz jeszcze, uniósł lekko prawe ramie, ona uśmiechnięta i szczęśliwa podała mu swoje, zeszli nieco niżej za stoliki i zaczęli tańczyć. Po którymś takcie ona nie przestając tańczyć zamknęła oczy i zaczęła śpiewać wespół z Ewą Demarczyk. Śpiewała faktycznie ładnie, choć zupełnie innym głosem, ale ten dziwny duet wydawał się w tym miejscu bardzo udany. A tańczyli pięknie, lekko. Tadeusz był wybornym wodzirejem i przestał zwracać uwagę na otoczenie. Patrzył na partnerkę, ale jakby nieco poza nią, w dal. Gdzie?  Może zaczął znowu tańczyć z Ewą?  

Ona? Ona była cała w skowronkach naturalnie. I w obłokach. Tańczyła z poetą Ewy Demarczyk i śpiewała z wielką Ewą w duecie. Przechodzący obok spacerowicze zatrzymywali się w grupkach i oglądali ich z satysfakcją. Gdy skończyli wszyscy wybuchli brawami, siedzący przy stolikach wstali i klaskali stojąc.

Tadeusz skłonił się jej lekko, podał swe ramie i odprowadził ją do jej stolika. Skinął głową w kierunku tego jej Tadeusza, odsunął jej krzesełko by siadła. Młody mężczyzna zaklasnął lekko i rzekł:

Ewcia, byliście wspaniali, nie mogłem się napatrzeć i nasłuchać!

Tadeusz wpadł w osłupienie. Ewcia? Naprawdę? Ona spostrzegła jego konsternację, zrozumiała to i odrzekła cicho

 Tak, mam na imię Ewa, ale nie chciałem tego zdradzać, bojąc się, że weźmie to pan za głupi żart i odmówi zdecydowanie, przepraszam.

No cóż, nie spodziewałem się faktycznie, że po tylu latach będę znowu tańczył z Ewą śpiewającą na głos Grande Valse. I cenię, że pani tego, pani Ewo, nie zdradziła, bo tak bym pewnie właśnie zareagował. Dziękuję. Jeszcze jeden wielki sentyment do tego miejsca zabieram ze sobą w moją podróż powrotną  – jak w bajce, ha ha ha – za góry i oceany. Może ostatnią.

– A mnie zostawia pan moje własne wspomnienie na długie lata. Dziękuję, to było piękne. Jak panu na imię?

Tadeusz zaczął się śmiać serdecznie i machnął ręką.

Nie powiem, niech pani nie nalega. To by było już kompletnie nierealne i nikt by w to nie uwierzył. Niech będzie po prostu ‘starszy pan’.

Skłonił się z lekka młodej, sympatycznej parze i poszedł bulwarami dalej. Miał tylko jakiś taki bardziej sprężysty, młodzieńczy krok?

Szkice z tamtego brzegu. cz.2

Nota edytorska: wstęp drukowany mniejsza czcionką jest powtórzeniem wstępu do cz. 1 szkicu, poświęconej powieści Douglasa Couplanda “Hey Nostradamus!”. Czytelnik, który czytał tamten szkic, będzie więc z tym wstępem zaznajomiony i nie musi czytać ponownie.

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale później wytłumaczę dlaczego jego jednak wymieniam.

            Zaczniemy od Sedarisa Let’s Explore Diabetes with Owls.[i]Powieść? Reportaż literacki? Zapiski z podróży?

Powieść jednak. Ale pisana chwilami, jak reportaż z podóży. Czy jak u Kapuścińskiego, mistrza reportażu literackiego? Niezupełnie. Sedaris to jednak fikcja literacka. Wsparta bardzo silnie elementem fotoreporterskim, ale powieść mimo wszystko. Są nawet duże fragmenty, które by można określić, jako zapiski z podróży autora i jego męża, a wiec też elementy pamiętnikarskie, biograficzne. To po prostu pisarz uciekający od ustalonych szablonów, w jakie w XIX wieku powieść wciśnięto. Myślę, że XXI wiek dał w końcu pisarzom carte blanche, jak chcą swój talent używać.

Od razu, bez pretensjonalności i skomplikowanych śrubokrętów myślowych, ale i bez jakiejkolwiek zarozumiałości (typu: Jestem gejem i noszę na sobie ciężar setek lat prześladowania przez społeczeństwa heteroseksualne!) robi rzecz widoczną sytuacyjnie i bez cienia wątpliwości, że opisuje podróże i perypetie typowe dla podróżujących lub mieszkających czasowo w innych krajach, a tymi podróżującymi jest para: on, David Sedaris i jego życiowy partner, Hugh.

Jest przezabawne (lub strasznie smutne) jak ‘powieści’ tego quasi reporterskiego stylu potrafią odzwierciedlać rzeczywistość ich czasów w kontekście rzeczywistości bieżącej czytelnika. Jak niemal groteskowo tą rzeczywistość faktyczną szkicują. Niczym profesor Zin węglem na tablicy (żyją jeszcze mam nadzieje ludzie, którzy pamiętają telewizyjne programy krakowskiego sympatycznego historyka-rysownika). Ot tak, bez moralizowania. Lub moralizując z tej strony niespodziewanej, przeciwnej widzeniu świata przez racjonalnych i etycznych ludzi.

Czytając ‘Think Differenter[ii] nagle znajdujemy się w republice MAGA dzisiejszego pana Trumpa (przecież jest to wszak prezydent żywcem wycięty z popularnych niegdyś komiksów horroru, powiedzmy z Gotham City – Trump to Black Mask wypisz-wymaluj) doby obecnej. Mężczyzna życiowo przegrany kompletnie i nienawidzący nowego, otaczającego go świata empatii i zrozumienia – swoimi niepowodzeniami obarcza kobiety (zwłaszcza swoje byłe żony, które porzucił), tych nowych ‘niby mężczyzn’, wszystkich wokół. Tylko nie siebie. I nagle przenosi się do stanu amerykańskiego (nie wymienia nazwy tego stanu, by broń Boże ‘ci nowi’ nie pozmieniali wszystkiego na nowa modę), gdzie stare zasady ciągle są norma. Zacytuję obszerny fragment końcowy tego rozdziału:

Nie powiem wam, gdzie to jest, bo chce by pozostało to niezepsute. Po prostu jeden z nielicznych stanów, gdzie chorzy psychicznie mają prawo nosić broń. Kiedyś to odnosiło się tylko do muszkietów, teraz mogą nawet ją nosić i mogą ją ukrywać pod kurtką lub płaszczem, jak każdy inny normalny mężczyzna. Jeżeli uważasz, że pacjent szpitala psychiatrycznego nie ma prawa przynieść dwururki z obciętymi krócej lufami do kościoła, gdzie jego była dziewczyna właśnie wychodzi za mąż, to ty jesteś częścią tego problemu. Prawda jest taka, że wariaci – którzy są faktycznie normalnymi ludźmi ale bardziej nierozumianymi – mają tyle samo praw do własnej obrony, jak my.  Żyj wolnością, a twoja imaginacja poszybuje wysoko. (….) tł. wł

Czy rzeczywiście nie przypomina ci to pewnych wystąpień, pewnej kampanii prezydenckiej kilka ledwie tygodni temu? Literatura to takie dziwne zwierze – snuje dzieje z przeszłości, a maluje tymi słowami teraźniejszość.

Wracając do jego powieści, tych elementów reportażu literackiego, polecam zabawny rozdział ‘Easy, Tiger’[iii]. Perypetie autora i jego partnera Hugha w poruszaniu się i porozumiewaniu używając popularnych wówczas kieszonkowych słowniczków. Pamiętam tą modę i te ‘bedekery’ doskonale. A opisują to na przykładzie Niemiec właśnie i Japonii. Przezabawne, ale i interesujące bardzo ich uwagi na temat wymowy i gramatyki niemieckiej. Jak ta twardość jezyka, jego pewna słuchowa interpretacja przypomina  … stukot butów niemieckiego żołnierza krzyczącego ‘Heil Hitler’. I ja w pierwszych wizytach w Hamburgu i Frankfurcie takie wrażenia miałem. Póki z językiem się nie osłuchałem. Na szczęście moje wizyty w Berlinie, który uwielbiam, bywały już po tym ‘osłuchaniu się’.

Z Berlina przenoszą nas w świat Dalekiego Wschodu – do Japonii. Dalej z tym słowniczkiem w kieszeni. Tam słowniczek bierze pod uwagę specyfikę Japonii dla turystów. I w zasadzie zaraz przenosi cię w świat gejsz, masaży i ewentualnego seksu. Naturalnie heteroseksualnego (to były jeszcze czasy, kiedy bez względu na prawa bardziej czy mniej postępowe – generalnie znały tylko jedną orientację: heteroseksualną naturalnie). Ale cały rozdział jest przezabawny. I jakże przestrzegający przed tymi kieszonkowymi słowniczkami. Zaprawdę dużo łatwiej jest po prostu spytać: czy pan/pani rozumie po angielsku. Łatwiej uniknąć niefortunnych nieporozumień. Przyznają w końcu, że te słowniczki to trochę typowy przykład zarozumiałości i infantylizmu turysty amerykańskiego.

Przenieśmy się w czasie i przestrzeni – jest okres lat 2012-2013. USA zezwala na związki cywilne, jednocześnie uznaje zawarte poza USA związki małżeńskie osób tej samej płci (pełna równość małżeńska nastąpiła w 2015 2w USA, już po napisaniu i wydaniu tej powieści-reportażu) a Sedaris z Hughiem przenieśli się z powrotem do USA.

Gdzieś, w jakimś ‘God’s fearing’ stanie wiele osób nie może tego pojąc. Sodoma i Gomora! Ich świat się wali, a bramy piekieł stoją otworem. Można znieść zniewieściałego fryzjera lub barmana w drogim klubie – ale małżeństwa?! To znaczy, że całe życie tego bogobojnego Amerykanina straciło jakąkolwiek wartość! A przecież nie było łatwe – nie rozwiódł się, znosił swoją gadatliwą i stale wydającą jego ciężko zarobione pieniądze żonę. Nie, nie dlatego, że ją kochał. Nienawidził jej. Ale była jego żoną, w kościele brali ślub i świat tak był ułożony. Albo jego córka- nieudacznicka, po latach i dwóch rozwodach wróciła do domu. Wstrętne, niewdzięczne stworzenie.  Ale jest znowu szansa, że wyjdzie za mąż ponownie i wyniesie się znowu z jego domu. A tu słyszy w telewizji, że ci zwyrodnialcy mogą teraz zawierać związki cywilne, mają prawie takie same prawa jak on! On! Bo ‘ich miłość jest równie ważna jak miłość między mężczyzną a kobietą’. Jaka miłość, co za miłość ma cokolwiek wspólnego z małżeństwem? Małżeństwo, to po prostu obowiązek. Pan Bóg tak przykazał, że trzeba mieć babę i płodzić dzieci. Więc siedzi w fotelu i patrzy, jak ten jego, jego przodków świat się wali. Bo każdy ma prawo do wyboru, wolności i szczęścia. Więc nie musi się więcej męczyć, nie musi patrzeć na tą podstarzała babę, która stale marnuje jego ciężko zarobione pieniądze, nie musi modlić się do Boga, by ta głupia córka znalazła jakiegoś kolejnego frajera i wyniosła się w końcu z jego domu, nie musi codziennie słuchać narzekania tej starej głupiej teściowej, która od niedawna zamieszkała w zamienionym z garażu pokoju. I rodzi się w nim postanowienie, że on z tej wolności skorzysta. Z tego ich ‘prawa do szczęścia’.

Przetłumaczę fragment i tej części, z rozdziału ‘I break for traditional marriage’:[iv]

‘Bonita,’ zawołałem ‘chodź tu’.

To leniwy babsztyl, moja córka, i w czasie zanim podniosła się w końcu z sofy i wdrapała po tych siedmiu schodach do kuchni, byłem już zupełnie gotowy.

‘Do cholery, tato, właśnie zaczynałam …’ i zanim skończyła, przestrzeliłem jej głowę. Ci ważniacy w Nowy Jorku zrobili śmieć z mojego małżeństwa, więc logicznie owoc tego małżeństwa był śmieciem też. To była przynajmniej jedna dobra strona tej ich decyzji.

Hałas wystrzału ściągnął z sypialni moja żonę. ‘Jezus Maria, co zrobiłeś naszej córce?’ spytała. I strzeliłem w jej głowę też tak, jak chciałem każdego dnia przez ostatnie trzydzieści dziewięć lat.

To może brzmieć niewytłumaczalnie, ale jeśli homoseksualizm nie jest więcej grzechem, to kto może powiedzieć, że nie jest nim morderstwo? Jeśli to daje ci przyjemność – rób to – ci legislatorzy, to zdają się mówić. Kogo może obchodzić, co myślą porządni ludzie?

Po zastrzeleniu żony i córki, wziąłem nóż do rąbania lodu i poszedłem w kierunku garażu. /…./

 Tegoż garażu, gdzie mieszkała jego schorowana teściowa. Naturalnie, że ją nienawidził. Tak, użył tego noża, a ciało teściowej wyciągnął na tyły posesji. Sedaris absolutnie nie narzuca tu jakiejkolwiek narracji autorskiej. Opisuje po reportersku reakcje wielu ‘bogobojnych’ ludzi. Czy akurat ten jeden przypadek miał gdzieś faktycznie miejsce? Nie mam pojęcia i nie chce mi się robić dokładnych poszukiwań. To bez znaczenia. Doskonale wiemy ile było w dziesięcioleciach powolnej emancypacji gejów i lesbijek morderstw, okrutnych pobić, tortur, gwałtów. Pamiętamy ‘bogobojną’ Anitę Bryant z Kalifornii i jej nawoływania, formowania omal szturmowych oddziałów przeciw ‘zarazie zboczeńców’.[v]

W kolejnych rozdziałach wraca do pamiętnikarsko-reportażowego opisu jego życia prywatnego z Hugho. To fragmenty ciepłe, urocze. Jego zażyłość z siostrą, jego starzejącym się ojcem.

Czytając tą reporterską, autobiograficzną powieść – bo powieścią jednak jest –  czytelnik darzy autentyczna sympatia bohaterów tej opowieści. Ich losy SA takie ludzkie, maja słabości i zalety. Ale w sumie są mądrzy i bardzo ludzcy. Chcielibyśmy mieć takich kolegów lub sąsiadów. Spotkać się z nimi na kawie i uciąć pogawędkę.

Formalnie, sam Sedaris nazwał to zbiorem esejów, a nie powieścią. Ale ponieważ ma to dość systematyczny i ściśle powiązany temat opowieści biograficzno-reporterskiej, z wyraźnymi fragmentami fikcji literackiej – powieścią jednak jest. Po prostu jej bohaterami jest autor i jego partner, siostra, ojciec. Powieść oparta na autobiografii? Można i tak. Ja wole to nazwać powieścia reporterską. Bohaterowie mogliby bez najmniejszej szkody nazywać się Joe i Bill.

Całośc kończy uroczym wierszykiem troche w stylu ‘zwyczajnej’ poezji Szymborskiej. Ot, takie taki tam zapis dnia lub życia. Na przykładzie piesków i ich właścicieli. Nader sympatyczny.

Bardzo polecam lekturę.


[i] “Let’s Explore Diabetes with Owls”, D. Sedaris, wyd. Little, Brown and Company, Nowy Jork, 2013; s. 275; ISBN 978 0 316 15469 7

[ii] ibid, s.21

[iii] ibid, s.77

[iv] ibid, s.167-173

[v] Save Our Children – Wikipedia

Bajka o polskim gawroszu

Publikowałem tu wiersze, dysputy filozoficzne, fotoreportaże, refleksje smutne i radosne, opinie polityczne i pro arte. A nigdy bajek. Dlaczego? Nie wiem. A bajka to taki piękny świat! Mam w Polsce czworo cudownych dzieci: wnuczki i wnuka moich sióstr. I strasznie mi ich brak. Miałem już w krótce do Polski jechać i tak cieszyłem się na spędzanie z nimi bardzo dużej ilości czasu. I życie, jak często bywa, trochę plany pogmatwało. Chyba wiosną ich nie zobaczę. Wiec dla nich i o nich myśląc bajkę jednak napisałem. O takim piesku obieżyświacie. O mnie samym?! Bo ja wiem? Teraz, gdy czytam com napisał, to może trochę?

wasz wujek-dziadek Boguś

GAWROSZ

Był sobie raz piesek, nazywał się Przybłędek. Biegał po brzegach warkoczy siwej rzeki Narwi oplatającej lasy kurpiowskie. Biegał i wzdychał ciężko widząc płynącą wartko wodę. Zaszczekał do niej smutkiem przepełniony: tobie to dobrze Narwio, płyniesz wolna z daleka i gdzieś w dal niewiadomą pędzisz. Pewnie przygód spotkałaś wiele i wiele w świecie dalekim poznasz. A ja tu na tych wertepach, na polankach podmokłych kręcę się w kółko bez celu. Jedna podobna do drugiej, te same krzaczki, drzewa jedyne to świerk i sosna, gdzieniegdzie buk lub dąb-samotnik, mrukliwy i do zabaw nierychły. Ciągnąłem go kiedyś za gałąź nisko, namawiałem: choć, pójdziemy razem na przełaj, uciekniemy z tego boru w świat ciekawy i nieznany. Kiedy wrócimy wszystkie rośliny i motyle będą nas z podziwem słuchać, jak im o tym świecie przy świetle lampy księżycowej będziemy opowiadać.  Ale dąb tylko mruknął, potrząsnął konarem – ledwie mi zęba nie urwał, jak tak potrząsł – i rzekł:

Jam ci nie żaden przybłęda,

podrzutek ni byle szczeniak!

Ja władyk, to moja arenda.

Nie znoszę hałasu i pienia.

A ty niczyj i niczego

nie masz, nie strzeżesz zagrody.

Biegasz i tego-owego

szukasz niczym nowej mody.

Łepek opuścił nisko Przybłędek, ogon podkulił i jeszcze smutniejszy surowym wypominaniem dębu, powlókł się pod krzaczek i legł cicho na mchu. Łapką otarł dwie łezki ze ślepiąt, westchnął ciężko i zasnął. Coś mu śniło się widać, bo łapkami przebierał, podszczekiwał cicho. Może poznał we śnie inne pieski, może śmiały się z nim, bawiły i kręciły ogonami, jak wierzby na wietrze znad Narwi? Opowiadały o psach-gawroszach w wielkim mieście nad rzeką całą obudowaną kamiennymi bulwarami, o kościele nie małym, drewnianym, a wielkim kamiennym, z dwoma dzwonnicami. O wąskich uliczkach, dłuższych niż rynek w Pułtusku, z piekarniami-bulanżeriami pachnącymi cudownie z rana. Psy-gawrosze nosiły koszulki w czarne paski i czarne birety na łebkach. I wszystkie nuciły szczęśliwe: Pari, o Pari. Tak musiało to miasto się nazywać! –  krzyknął do siebie we śnie tak głośno, aż się przebudził. Ciemno było wokół już, tylko ten sam szum rzeki do niego dopływał. Spojrzał w górę ślepkami i aż zaniemówił. Czarne niebo błyszczało od tysięcy gwiazd! Jakiś wielki wóz widział pędzący, za nim drugi mały wóz, gdzieś woźnica musiał z bicza chyba strzelać, tak pędziły po tym niebie! Jedne gwiazdy samotne, jak wielkie lampy zawieszone tuż nad jego łebkiem, inne mniejsze, mrugały do niego przyjacielsko. Przybłędkowi zdawało się, że wołały do niego: jedź do Pari, Przybłędku! Tam znajdziesz świat ciekawy i wspaniały. Jednej chwili nudy nie zaznasz. My stale tam jeździmy i śpiewamy z gawroszami: Pari, ach Pari!

Przybłędek pomachał ogonem z radości. Ale potem podrapał się łapką za uchem: czym i jak ja do Pari z tego lasu pojadę?  Gdzie bilet kupię? Słyszał kiedyś o Pułtusku, mieście z kamiennymi domami. Wiedział, że Narew tam właśnie płynie, do tego Pułtuska. Już by się rzucił w jej nurty by płynąć z nimi tam, ale szczęściem w ostatniej chwili się zawahał.  Pomyślał: to musi być bardzo daleko, a ja jestem szczeniak mały jeszcze, krótkie mam łapki, a Narew ma pełno wirów i może mnie pożreć tymi wirami, jak liście z dębu. I mądrze się powstrzymał. Przybłędek był szczeniakiem, ale nie był głuptasem. Był marzycielem, ale nie szaleńcem.  I nagle ujrzał chlupiący się w rzece wielki pień drzewa, a na nim siedzącego bobra chrupiącego z przejęciem jakąś gałązkę. Dobry wieczór. panie Bobrze i smacznego! Bóbr, nie przestając żuć gałązki, mrukną spod wąsów: Ano, dobry, dobry. I jasny od gwiazd pięknych tej nocy. Nie ma lęku o zgubieniu się w zatoczkach. Przybłędek pomachał mu łapka i spytał: A dokąd pan tak płynie?  Do Pułtuska odpowiedział Bóbr. Przybłędek aż podskoczył z wrażenia i krzyknął: O rany! Naprawdę do Pułtuska?  Bóbr odparł zdziwiony: no tak, przecież mówię, że do Pułtuska. Przybłędek zaczął machać gonem i krzyczeć: O. panie Bobrze kochany, ja musze tam pojechać! Proszę pana bardzo, niech mnie pan zabierze. Nic nie będę przeszkadzał, będę grzeczny całą podróż! Bóbr skierował drzewo do brzegu i spojrzał na pieska podkręcając wąsa. A co tobie tak śpieszno do Pułtuska maluchu? Masz tam rodzinę?

Nie mam ale muszę, bo tam kupię bilet do Pari, panie Bobrze – odparł Przybłędek. Do Pari? mruknął do siebie Bóbr. Nigdy nie słyszałem o Pari, pewnie dalej niż nawet Serock, gdzie mam rodzinę i dwa razy tam byłem. No, ale jak musisz tam jechać, to wskakuj. Tylko się nie kręć, bo nie będę cię z wody za uszy wyciągać, jak spadniesz.

Przybłędek był uszczęśliwiony! Wskoczył na pieniek z panem Bobrem i z radości objął go łapkami i polizał go po wąsach. Pan Bóbr zaśmiał się z afektu szczeniaczka i krzyknął – trzymaj się mojego ogona i nie wierć się. Ahoj!

I tak zaczęła się wielka przygoda naszego pieska.

Narew nurtem szumi, pluszcze,

opowiada, nuci legendy,

owija się kwietnym bluszczem,

pachnącym kwiatem lawendy.

Znad bagien Polesia i łąk,

z Podlasia, gdzie bawi się w berka,

raz znika, to kręci się w krąg,

niczym wesoła tancerka!

Przybłędek wczesnym rankiem dopłynął z panem Bobrem szczęśliwie do brzegów Pułtuska. Narew swoimi nurtami, kierując się do spotkania z modrą Wisłą pod Nowym Dworem Mazowieckim, tuż u brzegów Pułtuska wysadziła ich pod samym wysokim zamkiem książąt-biskupów mazowieckich. Stąd, z tego wzgórza i zamku doglądali ci biskupi-książęta bezpieczeństwa ziemi mazowieckiej i bronili jej przed częstymi najazdami wojów litewskich. Ale to stara historia, sprzed setek lat i Przybłędek nie miał czasu o niej się szczegółów dowiedzieć. Popędził zaraz na piękny długi rynek pułtuski – a ponoć jest najdłuższym rynkiem w całej Europie – szukać jakiegoś sklepu lub biura, gdzie mógłby kupić bilet do Pari i jakiegoś sklepu z odzieżą, by sobie sprawić biret i koszulkę w paski, aby na prawdziwego gawrosza mógł wyglądać.

Przy stoliku kawiarnianym ustawionym na rynku siedział jakiś starszy jegomość w kapeluszu i pił ranną kawę czytając gazetę. Przbłędek podbiegł do niego, pociągnął ząbkami za nogawkę i spytał grzecznie: bardzo pana przepraszam, ale czy mógłby mi pan powiedzieć gdzie mogę kupić nowe ubranko dla siebie? Pan uśmiechnął się do niego i potargał jego sierść: O, jaka grzeczna psina. Naturalnie, że wiem. Tam, za rogiem następnej ulicy jest właśnie sklepik z ubrankami i różnymi zabawkami dla zwierzątek. Głównie dla psów i kotów, oczywiście. Nasz Przybłędek wzdrygnął się na wspomnienie kotów, za którymi nie przepadał. Pomyślał nawet, że jak można w tym samym sklepie obsługiwać i psów i koty jednocześnie. Ale nie chciał tym zawracać głowy miłego pana, podziękował mu za wskazanie sklepu i popędził tam od razu. Nad sklepem był duży kolorowy szyld z napisem „Magazyn dla Czworonożnych Przyjaciół”. Bardzo mu się ta nazwa podobała. Szczeknął dwukrotnie pod zamkniętymi drzwiami i za chwilę otworzyła mu je korpulentna pani ekspedientka. Wbiegł natychmiast i stanął jak wryty. Nigdy jeszcze nie widział sklepu z tyloma zabawkami, różnymi przyrządami i workami z jedzeniem dla psów i kotów. W lasach kurpiowskich skąd pochodził, nigdzie czegoś takiego nie widział. Mieszkał blisko osady, gdzie były dwa małe sklepiki, ale wszystko było tam tylko dla ludzi, nic dla piesków.

Rozglądał się po tym sklepie i oczom nie wierzył. Za ladą stała jakaś bardzo okrągła starsza pani. Podszedł do niej i grzecznie spytał: Czy mogłaby pani pokazać, gdzie są ubranka dla takich piesków, jak ja. Chodzi mi głównie o nakrycie głowy i koszulkę. Pani uśmiechnęła się do pieska i spytała: Wygląda, że kawaler jest sam, bez opiekuna. A czy ma pan kawaler pieniążki na zakup ubranek? Przybłędek wpadł w po płoch i strach – oczywiście w sklepie, tak jak w jego osadzie w lasach kurpiowskich, trzeba za towary płacić, a on przecież nie miał przy sobie ani grosika! Pisknął cicho do pani sklepowej: nie mam, proszę drogiej pani! Ale naprawdę muszę sobie koszulkę i czapeczkę kupić. Pani sklepowa poskrobała się po głowie, pomyślała. I nagle twarz jej się rozjaśniła. Acha! – powiedziała – już wiem. Zapracujesz na pieniążki, kochanieńku. Przybłędek pomachał ogonem i spytał: a co mam zrobić? Pani rozejrzała się po sklepie i pokazała dział, gdzie były półki pełne rożnych małych zabawek i powiedziała: Widzisz tam ten bałagan, wszyscy przebierają zabawki a nikt z powrotem nie kładzie ich na miejsce. Idź, pozbieraj je z podłogi i poukładaj tam, gdzie powinny być. Piesek zaraz tam pobiegł i solidnie zaczął porządkować wszystkie rozrzucone zabawki. Zabrało mu to dobre pół godziny, ale wszystko leżało tam, gdzie leżeć powinno. Pani była bardzo zadowolona. Dała Przybłędkowi godziwą zapłatę i zaprowadziła go do ubranek. Na jednej z półek leżały koszulki takie, jakich właśnie szukał. Aż trząsł się z radości. Chwycił koszulkę i spytał: a bereciki pani droga ma? Miała. Wyciągnął w łapce pieniążki, jakie właśnie zarobił i spytał czy to wystarczy, bo jak nie to on może jeszcze więcej posprzątać. Pani była bardzo zadowolona z tak grzecznego i pomocnego pieska. Powiedziała, że nie potrzebuje więcej pracy od niego i żeby się nie martwił. Koszulkę mu podarowała od siebie, jako część wypłaty i dodała: ale za berecik to kawaler już sam zapłaci. Pobiegł z radością do przebieralni, założył koszulke i berecik nieco na bakier i wyszedł pokazać się pani Sklepowej. A ona aż się za boki chwyciła i krzyknęła głośno: a cóż to za przystojny młodzieniec! Jak jakiś Francuzik, a nie psiątko spod lasu!  Naprawdę, jak Francuzik? spytał zdumiony Przybłędek. No tak, mówię ci kawalerze, prawdziwy francuski piesek jesteś, ha, ha, ha!.

Przybłędkowi aż się w głowie zakręciło ze szczęścia. On jest francuski piesek! A przecież ta pani prowadzi sklep dla piesków, to ona już się na tym zna i poznaje psów skąd i kto! Pięknie podziękował i wybiegł szczęśliwy na ulicę. Teraz dumnie sobie szedł powoli przez ten długi rynek. Właśnie, jak francuski piesek.

Prosto z rynku nasz piesek pobiegł powrotem na brzeg znajomej Narwi i poprosił płynącego właśnie dużą łodzią rybaka czy może z nim się zabrać. A gdzież to się szanowny piesek wybiera – spytał rybak. Aż do ujścia rzeki, aby kolejnymi dopłynąć do Pari! – zaszczekał Przybłędek. No to proszę, do samego Zakroczymia będę płynął dziś, a stamtąd to już Wisła, nasza królowa rzek polskich. Nią pewnie i do tego Pari jakoś dopłyniesz, choć nigdy o takim mieście nie słyszałem – odpowiedział rybak. I popłynęli razem Narwią do jej ujścia do Wisły.

Narew, polska prastara rzeka,

mądra bardzo, widziała już

łąki kwieciste, gdzie pasieka

od pszczółek zbiera nektar róż.

Słyszała śpiewy innych rzek:

Bugu sennego ze stepów.

Biebrzy, której radosny bieg

wije się pośród oczeretów.

Zaśmiała się Narew serdecznie widząc naszego Przybłędka w birecie i marynarskiej koszulce. A gdzież ty tak płyniesz łodzią, kawalerze – spytała, a Przybłędek opowiedział jej z przejęciem cała historię, niczego nie pomijając. Narew zadumała się chwilę, wpłynęła wolno w zakole u brzegu wysokiego i rzekła – płyń do mojej starszej siostry Wisły, potem do Bałtyku. Z Bałtyku w kierunku mojej rzeki-kuzynki Łaby na Pomorzu Przednim, dalej wzdłuż brzegów morskich, aż dojdziesz do innej, dalszej mojej kuzynki – wielkiego Renu, którym dopłyniesz do Francji, tam zaś przesiądź się do mniejszej Mozeli, która z Renu wypływa i ta cię blisko Paryża  – lub jak ty mówisz Pari – zawiedzie.   Pod Paryżem wskocz na łódkę na Sekwanie i tą łódką wpłyniesz w bulwary paryskie, prosto pod starą katedrę Notre Dame. Przybłędek wszystko dokładnie zapamiętał i zapisał łapką na kartce. Podziękował pani Narwi i wyruszył gotowy w trasę. Pilnując kierunków i rzek, które mu Narew wyznaczyła – dotarł niebawem do Paryża. Był nim oszołomiony. Takiego olbrzymiego miasta nigdy jeszcze nie widział!

Cóż więcej mogę wam opowiedzieć? Zuch był z naszego Przybłędka, bo zawierzył swoim marzeniom i pól świata rzekami przepłynął, by je odnaleźć.  Wielu młodych ludzi marzy, ale zbyt są lękliwi, by marzenia w czyny zamienić i nawet szczęścia nie próbują szukać. A szczęście nie ma czasu czekać na lękliwych i niepewnych. Jest ulotne i trzeba próbować je chwycić, gdy na moment się zjawia. Nwet, gdy się nie uda je posiąść – próbować warto.

A Przybłędek? Jemu się udało. Mieszkał w Paryżu (lub, jak mieszkańcy tego grodu wymawiają: à Paris) przez wiele lat. Poznał pieski paryskie nad Sekwaną, które nazywają ‘gawrosze’ od nazwy chłopców z paryskich ulic. Trochę są zarozumiali, jak większość paryżan, ale Przybłędek podbił ich serca swoją serdecznością i naiwną grzecznością chłopca z prowincji. Z czasem poznał to miasto jak własną kieszeń i mógł o nim mówić po francusku mon Paris – mój Paryż. Więcej – stał się głośny i popularny na bulwarach sekwańskich, gdzie często biegał w swoim noszonym na bakier czarnym birecie. Biegał od wieży Eiffel aż pod katedrę Notre Dame – właśnie tą ze słynnymi dwoma wieżami –dzwonnicami. Gdy tak biegał pytali go turyści i mieszkańcy skąd jest, a on im ze szczegółami opowiadał o starych lasach kurpiowskich, o wijącej się, jak piękny warkocz rzece Narew. Z czasem dodano mu przydomek polskiego gawrosza – un gavroche de polonaise. Nosił tą nazwę z dumą, jak wielki order.

Po latach wielu, gdy był już starszym psem, zatęsknił do brzegów nad Narwią, do małego kolorowego Pułtuska z bardzo długim rynkiem. Nawet do mrukliwego dębu. Młode pieski biegające po bulwarach sekwańskich nie miały czasu ani ochoty bawić się ze starym psem. Poszedł, więc na jedną z wąskich uliczek do znajomej piekarni lub, jak sam teraz mówił z francuska: à la boulangerie, zamówił świeżutką bagietkę i kawałek sera, wrócił nad Sekwanę i zjadł to ze smakiem. Potem popatrzył na rzekę, na widoczny na przeciwnym brzegu piękny stary Pałac Louvre – i wyszeptał: adieu, mon Paris, Mon ami, żegnaj mój Paryżu, mój przyjacielu. Było z Tobą pięknie tutaj. Ale już mi czas wracać do mojej wioski w moich starych lasach. I jak powiedział, tak zrobił. Na dworcu kupił bilet kolejowy i wrócił do Pułtuska pociągiem. Wrócił zamożny i stać go było na kupno dużej łodzi, którą pływa po Narwi między Pułtuskiem a jego osadą pod lasem na Kurpiach. W Pułtusku często siada na długim rynku i opowiada zaciekawionym mieszkańcom i turystom swoje paryskie historie. Jeśli go tam spotkacie nie wołajcie go: Przybłędek!  On już się tak nie nazywa. To poważny i szanowany pies, a nie przybłęda. I nazywa się Gawrosz. Un gavroche de polonaise.

Siedzi na placu pies,

na ławce, w berecie.

Pan Gawrosz Polonez.

Jeśli bardzo chcecie,

to wam opowie bajkę,

która jest prawdziwa.

Jak skończy palić fajkę,

bo w bajkach to bywa.

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

O mgle mokrej jeszcze,

póki nie porwą ją deszcze,

która jak Afrodyta

pianą morską zmyta,

obłóczy się półsnem.

Lecz gdy Horacy ją zoczy,

Gdy mgła się napatoczy –

Ha! Non omnis moriar,

i dumnie zwinie foliał.

Sen? Mnie nieśmiertelność!

Horacy był cichaczem z wiarą nie przebraną w swoją wielkość.  Cóż mu legendy powtarzane za Homerem, za Telemachem. Pisał bardzo dużo i lekkość miał w tym pisaniu niczym kiplingowski Mowgli w skakaniu po lianach w dżungli. Gdy inni znani – o gruntowniejszym wykształceniu i ogładzie utytułowanych obywateli Rzymu, bogatych wielkich właścicieli ziemskich – z dumą czytali swe pieśni zebranym zawsze licznie słuchaczom, gdy publikowali w kopiach opasłych swe treny, tragedie i komedie greckie, on Pieśni swe pisał dla nieśmiertelności. Tej ponad Czeluścią Wielką, za i ponad mgłą Historię i Przyszłość skrywającą.

Czy mu się udało? Jeśli wierzyć w niezaprzeczalny fakt, że ja sam Horacego czytałem – to chyba tak. Zaliści skłamałbym, żem nie czytał Homera, Arystotela i Plato (a za Plato – Sokrata). Ba! Glinianych tabliczek Sumeru odczytać sam nie potrafię – czytałem wszak ich o kilka tysięcy lat późniejsze tłumaczenia na ludzki bardziej język. Więc i ten Gilgamesz non omnis moriar.  

Horacego samego przetłumaczył pięknie bardzo lubiany przeze mnie poeta Stefan Gołębiowski. Jakże on tegoż Horacego kochać musiał! Wstęp Gołębiowskiego i wprowadzenie do tegoż tłumaczenia jest cudowny, bajeczny i urzekający. Poetycko wspanialszy niż całe te ‘Dzieła’ Horacego[i]. Nigdym się nie spodziewał, że Gołębiowski do takich uniesień jest zdolny. Leśmian może – tak, ale Gołębiowski zawsze jawił mi się jako osoba stateczna, w garniturze. A tu nagle tańczy, szlocha, wzdycha, jakby spotkał tą Afrodytę właśnie, Venus peloponeską. W rzeczy samej archaiczną wszechpotężną Isztar – niedoszłą kochankę Gilgamesza z Ur, który odrzucił jej zaloty na rzecz swego ukochanego dzikusa Enkidu. Którego z bezsilnej wściekłości Isztar naturalnie zabija. Nie ma nic gorszego niż wściekłość, zazdrość i zemsta bogów i bogiń. Od zawsze do dzisiaj, bez wyjątku.  

Horacy – trochę nudny przyznaję, trochę w tej mgle wydobywającej się z Czeluści krańca Czasu. Może to wina i łaciny samej, która mimo wszystko (i wbrew rozbudowanej w nieskończoność deklinacji, LOL) jest językiem nad wyraz sztywnym. Kto to wie? Może gdybym był żył w czasach Republiki i Cesarstwa taka sztywna, jak truposzek na desce płaskiej, by się nie zdała. Nigdy zresztą płynnie kompletnie jej nie opanowałem. Czytać jeszcze potrafię (choć niektóre słowa tylko z kontekstu wyłuskuję), ale mówić lub pisać już nie. Znajomość porzekadeł i sentencji nie jest wszak znajomością języka.

Czas wrócić z praczasów, z mgły gęstej niczym smoła do Horacego nieśmiertelnego. O nieśmiertelność swą dbał bardzo. Jak to robić, pytasz? Prócz własnej wiary głębokiej w swój geniusz (to musi być poety porządnego niezbywalne sine qua non) trzeba zadbać o PR (Public Relations), a jakże lepiej niż podkopując kolegów po piórze. Bo na szczyty wspinamy się po trupach. Więc Horacy w poetyckim geniuszu dołki kopie pod mu współczesnymi poetami co niemiara. Tu ironią, tam prosto mówiąc, że niemota i miernota. Nic od tamtych czasów rzymskich mili moi się nie zmieniło lub mało bardzo. Im bardziej kurczy się rynek czytelniczy – tym więcej i głębszych dołków się kopie wobec ewentualnej konkurencji. Ostatecznie, dlaczego świat literacki miałby różnić się od Bazaru Różyckiego czy Hali Mirowskiej? Delikatna konfiturka porzeczkowa, jak poemat proszę pana szanownego!  Lub tak: Ach ten liryk, niczym świeża poziomka uwodzi i wyobraźnię rozpala!

Ale Horacy, Horacy do diaska, więc wracam. Ot, choćby w Pieśni IV, (Eupulis atque Cratinus) nie oszczędza Lucyljusza, Kryspina chwali z zadąsem i ironią Faniusza.[ii]  ‘Satyry’ jego zdały się być niezłą lekcją setki długie lat później dla naszego biskupa Krasickiego. Nie przepuścił nikomu. Samemu sobie – trochę. Pisze: Wzniosłem pomnik trwały, trwalszy od spiżu // czołem wyższy od królewskich piramid: // Akwilony przezwyciężę, żarłoczny // deszcz, lat niezliczony szereg. Szczytami // wieków umknę Libytynie. Nie wszystek // umrę.”[iii]

Zaiste – cztam teraz wszak te wersy, dwa tysiące lat później. Patrzę w dal, przez gęstą, jak mleko mgłę wydaje się, że dostrzegam zarys linii horyzontu. Nad Czeluścią. I uśmiecham się do siebie: czy ktoś moje wersy będzie czytać dziesięć lat po tym, gdy będę już za tą linią? I po prawdzie nie przejmuję się tym zupełnie. Może będę stał na Wielkim Moście Tęczy oparty o balustradę i czekał na to jedno spotkanie z Nim. W końcu. Po dwuletnim oczekiwaniu, marzeniu. Tęsknocie.

Czy Horacy przeżył, czy sięgnął nieśmiertelności? W wąskim bardzo kręgu. Tak, inni poeci go czytają dziś. Czytają historycy literatury.  Gdy ktoś spoza kręgu miłośników legend i mitów rzymsko-greckich nie znuży się tymi imionami, tymi nazwami bogów i władców, senatorów i budynków tamecznego Rzymu? Nie. Minęła też epoka, gdy kultura łacińska i przywiązanie do rymu i rytmiki samej łaciny cokolwiek by dziś znaczyło.

Tak, jak przyszedł moment, kiedy szalony chłopiec Dżungli, Mowgli, przestał rozumieć Czas Nowej Gwary, język Czarnej Pantery Bagheery, która była tak długo jego najbliższym powiernikiem[iv] Mgła unosiła się z wysokich trwa i gęstych krzewów dżungli. Wszystko się w niej rozpływało, traciło kontury.

Co zostało z Horacego? Non omnis moriar – nie wszystek umrę. To właśnie, te trzy słowa tylko. Nic więcej.

Non omnis moriar. Ach,

zakwili morski ptak,

zaszumi pianą fala –

a łódź już się oddala,

już mgła łagodzi czas.

Z wydm ostre szable traw

strzegą wysokich naw

katedr z piasku plaży.

Czy coś się ma zdarzyć

na Tęczowym Moście?


[i] Horacy. Dzieła; LSW, Warszawa 1986; tł. St. Gołębiowski; s. 267

[ii] ibid; s. 145

[iii] Ibid; s. 99

[iv] Druga Księga Dżungli; R. Kipling; wyd. KiW, Warszawa 1988; cytat ze s. 188

Link do części 1

Alice Munro i F. Scott Fitzgerald nad Atlantykiem

No więc literatura. Bardziej szczegółowo – porównywanie jej, komparatystyka (prawda, że brzmi poważnie, akademicko, LOL?).

A jak praca akademicka to trudno ją robić w domu, bo w domu tysiące zajęć, które co chwila cię od niej odrywają: a to kawę zrobić, a to obraz zdjąć ze ściany, małe pranie, większe gotowanie, odkurzaczem jakiś dywan przelecieć lub wymyć podłogi, albo dłubać w nosie oglądając telewizję. No nie sposób i koniec. 

Więc trzeba znaleźć inne miejsce.Więc w samochód i naturalnie pojechać na plażę nad ocean. Tam szum fal kojący, wyciszający, pusto prawie bo plaża odległa, a o tej porze roku w Nowej Szkocji jeszcze woda lodowata i nikt (zdrowy na zmysłach) się nie kąpie.

Więc biorę plecak z napojem, ręcznikiem, kurteczką, bo zimny wiatr od morza może być (może i morze to takie dziwne dwa kompletnie co innego znaczące, a identycznie brzmiące słowa w języku polskim – to moja pierwsza komparatystyczna uwaga! dodatkowo jedno jest mianownikiem, a drugie biernikiem-niepewnikiem: może nie znaczy, że musi!) i aparat fotograficzny. Na opasłe tomiska z esejami Alice Munro i F. Scotta Fitzgeralda (bo ich opowiadania mam porównywać) i jeszcze mojego kajeciku do pisania mądrych uwag – już w plecaku miejsca nie ma, więc pakuje je do innej torby. No i wio koniku (mechaniczny).

Po przejściu wydmy rozkładam swój ‘bazarek’. Muzyka oceanu bajeczna istotnie, wyciszająca domowe i osobiste niepokoje i neurastenie. I pusto prawie kompletnie na całej kilkukilometrowej długości. Rozkładam składane krzesło, zakładam kurtkę, bo wiatr jednak ciągnie. I spostrzegam, że nie przyniosłem torby z tomikami. Wracam przez piaski wydmy do samochodu i … torby nie zabrałem z domu! Cała przyczyna przyjazdu tu, w tą ciszę do jasnej Anielci!

Więc decyduję, że by nie zmarnować dnia idę jednak popływać. Pierwszy raz w tym roku, bo Atlantyk ciągle lodowaty tu, niczym jak w lutym lub marcu. Ale idę. Pierwsze spotkanie z wodą jak szpilki po nogach. Ale i radość. Powoli, dalej, krok po kroku. Wiem doskonale, że w pewnym momencie i tak nie zdążę uciec, bo następna fala mnie zaleje. Naturalnie tak się właśnie dzieje i nie ma znaczenia czy zimna czy nie – zalewa i tak, a o ucieczce nie ma mowy. Więc pływam. Jedyny na tej plaży. I ciesze się tym, jak dziecko.

Więc czytajcie literaturę dziatki drogie! Pojęcia nie macie, jakie niespodzianki i przyjemności wam sprawić może – choćby kąpiel w Atlantyku! Jeszcze jedna a niespodziewana przyjemność, jaką mi Alice Munro zgotowała! Jestem pewny, że by się tym uradowała. A ktoś inny i tak mądre słowa na temat morfologii i fleksji jej języka napisze.