An exercise in futility or search of meaning? A battle with a microphone and poetry.

How do you write a poem? Where is it borne? I mean –  how the simple act of poetic writing occurs, how is it borne?

Of course, there are poets, who simply give themselves a task of writing a poem or three per day, or per week. When you do have a career as a poet, you are expected to keep writing. You need to publish here and there in a literary paper, every so often to publish a full new book of poetry. It is a job after all to maintain a name in circulation.

On the other hand, there are these impossible poets, who simply don’t give a damn about the business of being a poet. They just write when they feel like. Maybe once a day, or once a week, a month per chance?  And some might even get silent for extended period of time.  Free spirits.

What interest me in the original question is not how often or how rarely they write, but how the poem, the words are borne. Do you say them aloud? Is it possible that you think: I will write a poem about this or that? Do you seat yourself and start saying that poem aloud and copy it on paper (keyboard)? To be precise – is a poem borne in your soul or in your brain? Is it possible to use a verbatim form of recording a poem?

The other day I used a microphone that ‘types’ the words into a computer by itself (what will they think of next, LOL!).  Therefore the poem was deliberately born in the brain. It had no form or ‘sketch’ that I ‘copy’ on paper. It was becoming as I was saying it to the mike. I knew therefore what I was saying but had no idea what the next stanza will be. In a way it turned out to be …a discourse with the microphone. And the microphone was trying to correct my trail of thought, LOL, which I resisted angrily. It became almost a battle of wills. Very amusing. Decided to keep it, as a reminder that it definitely is not my way of writing poetry.  It felt almost Kantor-esque, if I can use the workings of great Polish and international theater stages by Tadeusz Kantor.

Here it is, cacophonic, almost angry, but somehow makes (maybe only to myself?) sense.

Verbatim

the day is done when

 the night is bright

 nothing is the same

 mornings are late

nights are brighter

by Moon’s shine

flowers are not done

flowering again

 birds are  not singing

 I think it’s harder

 to listen  exactly

 to what I’m saying

 do not correct me

 do not embellish

my words I am

 the poet nor are you

 my angel my fan

 my listener it

  takes too much time for

 you to understand

 what I need from you

  but we will  get  there

 a day at a time

 an hour after hour

 a year after year

 bye bye now

 time to go to bed

when we will talk again

 it should be easier

 I am going to

 a new day good night

 my lover per chance

Wystukiwanie liter laską

Wystukiwanie liter laską

Bez Ciebie nie byłoby nas, bez nas nie byłoby mnie. Twój pełen dobroci uśmiech był jak wiosenny bez. Cichy, zwykły, nie pretensjonalny, nie sceniczny – a pełen wiosennej woni życia. Moja Primavera.

Primavera

Chodzę i wystukuję laską na

ulicy litery, potem składam

je w słowa i jak w kostce Rubika

buduję z nich zdania o nas, o mnie.

Dotyki, spojrzenia, uśmiechy,

bez ważenia, bez znaczenia, jak

zwyczajny wiosenny bez przy drodze.

Niepotrzebny i niezbędny, gdy jest.

(B. Pacak-Gamalski, 25.12.24)

Epistemologia Smutku

Epistemologia smutku

Epistemologia zajmuje się filozoficznym wymiarem wiedzy na temat pewnych procesów. Pojęcie ‘smutku’ jakkolwiek niewymierne, jest bardzo silną emocją istniejącą ponad wszelką wątpliwość. Skąd się bierze, co jest jego przyczyną, jakie jest jego natężenie – to pytania dość racjonalne, nawet, jeśli podłoża jakiegoś konkretnego ‘smutku’ są irracjonalne. Irracjonalność pewnego zachowania lub emocji nie przekreśla faktu ich istnienia. A co istnieje można starać się zbadać, wytłumaczyć.

            Więc rozważanie smutku, jako efektu straty jest rozważaniem epistemologicznym, pomagającym znaleźć odpowiedź bez oceny przydatności lub zbędności takiegoż.

Jako że smutek jest od dwóch lat pewnym constans mojej egzystencji – czemu miałbym się nie zająć jego rozumieniem inaczej trochę niż zwykłą opisowością moich emocji?

I.

Gombrowicz nie dla zabawy samej, dla wygody zwykłej pisarskiej, używał w większości wypadków pierwszej osoby, jako narratora. Nie przez czystą zarozumiałość (której mu naturalnie nigdy nie brakowało), a przez umiejętność własnej wiwisekcji, poznanie świata przez poznanie siebie. Rozumienie świata zewnętrznego poprzez własne intelektualne i cielesne doświadczania go pozwala nam zrozumieć lepiej samego siebie. Robił to błyskotliwie w swoich „Dziennikach”, jak i dzienniku prywatnym, w „Kronosie”[i].  Zresztą zamiarem jego było opublikowanie tej ‘obrazobórczej’  auto-wiwisekcji. Jest genialna i jest nużąco-nudna chwilami, jak flaki w oleju. Trudno doprawdy oceniać jej wartość literacką. Ze względu na nazwisko autora uzyskała od razu status bliski genialności. Zupełnie zdaniem moim niezasłużenie. Ale może być genialnym studium samego Gombrowicza-człowieka. Niekoniecznie Gombrowicza-pisarza. Czasami te osobowości (twórcza i prywatna) się zazębiają, łączą – ale generalnie nie powinno się nigdy ich kompletnie scalać. Jedna jest kreacją, druga jest po prostu byciem, życiem.

Czemu od Gombrowicza zacząłem? Jedną część wyjaśniłem (mam nadzieję) powyżej. Ale jest jeden jeszcze, bezpośrednio z tytułem złączony element – „Kronos” właśnie, który jest też autoportretem strachu, lęku kulminującego się przed starzeniem się cielesnym, przed utratą nie żądzy a kurczącymi się możliwościami jej zaspokojenia. I poprzez kurczenie się własnej atrakcyjności cielesnej i przez kurczenie się własnych możliwości fizyczno-erotycznych. Fakt homoseksualności Gombrowicza uwielokrotnił ten lęk. To taki emocjonalny odpowiednik okresu przekwitania. Zresztą sama ta terminologia ‘przekwitanie’ jest idealnym obrazem tego procesu u mężczyzn – zwłaszcza mężczyzn homo i biseksualnych. Szczególnie, gdy mówimy o czasach, gdy orientacje seksualne inne od tej typowej były bardzo skomplikowane i otoczone kokonem tajemnicy szeptanej po cichu w rogu salonów kawiarnianych.

U osób nieco neurastenicznych, a jednocześnie przekonanych o swojej wyjątkowości pisarskiej, ale i zwykłej życiowej (ładny, jako młodzieniec; przystojny, jako dorosły mężczyzna), jak u Gombrowicza, istnieje w jego pisarstwie pewien pociąg do intelektualnego ekshibicjonizmu swojej osobowości prywatnej. „Kronos” tego ekshibicjonizmu jest idealnym przykładem. Z biegiem lat, z zauważalnym przez niego samego procesem zmniejszania się aktywności i atrakcyjności fizycznych – opanował go pewien egzystencjalny smutek, lęk nawet. I tutaj ‘epistemologia smutku’ wydaje się być świetnym narzędziem do głębszego poznania Gombrowicza prywatnego. Zwłaszcza, że z momentem publikacji „Kronosa’’– prywatnym być przestał.

Kiedy zmarł (nota bene śmierć przyszła do niego uroczo, ciepło), był w moim wieku. Zabawne skojarzenie i niepokojące dla piszącego te słowa. Ileż razy w ostatnich dwóch latach wołałem ją by już przyszła, że jestem zmęczony zasypianiem w łóżku z Panią Śmiertką siedzącą cicho na brzegu tego łóżka. Ileż razy nakłaniałem ją, namawiałem by się w końcu położyła obok i przytuliła do mnie? Do dziś nie jestem przekonany, że postąpiła słusznie nie ulegając moim prośbom. Ale ten temat pomińmy w tym momencie, bo to zupełnie inna ścieżka rozważań.

II.

Jest koniec 2024, ostatnie tygodnie. Przejechałem kontynent, by szukać naszych (moich i mojego Johna) śladów. W prowincji i mieście, gdzie się poznaliśmy i zakochaliśmy bez pamięci tego dnia, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy; i dalej jeszcze, na kraniec kontynentu: do Vancouveru, który był naszym najpiękniejszym i niezapomnianym domem przez długie lata. Chodziłem pod te adresy, jak na jakiejś pielgrzymce, którą musiałem odbyć. Taka droga pątnicza?  Pisałem już bodaj w swoim blogu, iż wydawało mi się nawet, że go znalazłem, że szedł obok mnie, trzymał mnie za rękę. Było to bardzo miłe wrażenie, ucieszyło mnie. Ale smutek, strata są zazdrosne. Nie uznają takich nostalgicznych spotkań, takich wyimaginowanych spacerów. I w pewnym momencie, gdy już bardzo miło mi się moim Johnem chodziło spacerując po Stanley Parku, po uliczkach centrum w Vancouverze – ten smutek chwycił mnie silnie za gardło i rzucił na bruk. Tak po prostu, jakby mówił: czas się obudzić i spojrzeć rzeczywistości w twarz. Co jest też pewnym oszustwem, bo jeśli coś odczuwamy naprawdę to – choć nie jest to rzeczywistość materialna – wszak jest rzeczywistością emocjonalną.  Niestety, strata nie ma jakichkolwiek inklinacji do wdawania się w dyskusje lub targi uczuciowe. Moja odpowiedź na ten gwałt zadany mi była prosta, zwięzłą, jak spowiedź. Słowa wyszły same szeregiem krótkim, nielicznym. Były silne do tego stopnia, że siadłem na pobliskiej ławce i zapisałem je w notesie bez zastanowienia się, bez jakiejkolwiek formy. Bez literatury, choć literatura umożliwiła to i bez wątpienia w jakiś sposób miała wpływ na ich kształt, ilość i dźwięk.

.

Tak mi ciebie brak

i tak brak mi słów

by to opisać

nazwać dotknąć

pozostał tylko krzyk

dziurawiący ciemność

rozpostartej nocy

sięgający ostrzem noża

w zakamarki zmarłej duszy

uparcie żyjącego ciała

po co?

            Naturalnie, że żyję. Przejechałem przecież ponownie cały kontynent, by to życie życiu przywrócić. Odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości. Ślady Ciebie, twojego uśmiechu, twojej dobroci. Chciałbym napić się z Twoich ust tej dobroci, takiej zwykłej, bezceremonialnej, takiej po prostu. Spić z Twoich ust pełną czarę mojego szczęścia jeszcze niedopitą, jeszcze niewypróżnioną do dna. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że jest słonecznie, w dni zimowej zawieruchy, że jest ciepło.

Teraz wszystko, co robię pozostaje niedokończone. Trwała jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, ale mówią nieznaną gwarą, niezrozumiałymi metaforami. Monette[1] mi to przypomniał.

III.

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem przetłumaczenia trudnego tomiku wierszy Monette’a na język polski. Kilka pojedynczych zrobiłem, ale nigdy wystarczającej ilości czasu, ciszy i skupienia znaleźć nie mogłem. Dodatkowym problem jest forma, jakiej używa bardzo rygorystycznie i bez uwzględnienia (dość zasadniczej zdaniem moim) innej reguły: naturalnej płynności toku myśli i budowy zdania. Łamanie zdania w pól i we czworo tyko po to, by utrzymać format dziesięciozgłoskowca moim zdaniem jest gwałtem na poezji. I pewnie efektem zbyt długich i rygorystycznych studiów filologicznych. Po napisaniu tego, co wyżej rodzi się pytanie: dlaczego Monette ma być wybrany przeze mnie, jako idealny przykład poezji Bólu i Straty?  Zwyczajnie – bo był świetnym poetą, który jak nikt potrafił w poezji swojej pokazać pełną panoramę tych uczuć, emocji i refleksji. Bez ubierania togi tragika greckiego.  Jak te dwie sprzeczne z pozoru opinie pogodzić?  Nie mam zamiaru tego robić. Bywali i bywają poeci, którzy formie kłaniali się jeszcze niżej, ale sam ten tylko fakt głębi ich poezji nie umniejszał.

Wróćmy do tematu jednak, do poezji bólu. W pewnym czasie, okresie nie tak odległym i bardzo dobrze przez mnie pamiętanym, miliony młodych głównie mężczyzn poddano okrutnej próbie przetrwania mimo masowego żniwa śmierci. Triumwirat Zła ‘Reagan-Thatcher-Jan Paweł II”, przy pełnej zmowie milczącego przyzwolenia większości społeczeństw zdecydował, że nowa plaga była naturalną formą selekcji osobników. Że tak długo jak ,zdrowa’ większość (czyt. heteroseksualna) nie jest zagrożona – po co obciążać budżet badaniami i szukaniem antidotum?  Niech umierają. I umierali. Masowo. Na oczach wszystkich i wszędzie: w mieszkaniach, w szpitalach (w okrutnej izolacji), na ławkach w parkach, na ulicy.

To były czasy dżumy Camusa[ii] – z tą różnica, że ta ‘dżuma gejowska’ opanowała cały prawie glob. W przypadku Paula Monette’a ten glob, to było jego mieszkanie, ulice i miasto. Nie musiał, jak Camus’, uciekać się do absurdalności, do wyolbrzymień. Sytuacji bardziej absurdalno-tragicznej niż ta, która go autentycznie otaczała wyobrazić sobie nie można. Tak, to był wiek poprzedni, ale to był już jego schyłek, u progu obecnego. Świat był bardzo podobny do dzisiejszego.

Wiara Galileusza była przeciwna

Boskiej karzącą za mówienie prawdy

współwięźniom.  W Itali nie ma światka

gejowskiego, wszyscy chcą wyjechać

do Nowego Jorku, nie wiedząc jeszcze,

że już go tam nie ma. /…/

/…/    …….               w 1348 zaraza

pochłonęła trzecią część Florencji,

aż czterech z pięciu w Sienie i

nie było łaźni do zamykania.[iii]

(B.P-G, tł. własne, fragmenty)

IV.

            Doszliśmy do zasadniczej części tej epistemologii Smutku i Straty. Do „Last Watch of the Night” Paula Monette’a[iv]. Zbioru autobiograficznych esejów dekady AIDSA w USA. Dekady niewyobrażalnej dzisiaj, a przecież z równym okrucieństwem zmowy milczenia powtórzonej w Domach i Ośrodkach Starości  na początku ostatniej ‘dżumy’ – Covida. Wystarczy dotkniętych ‘dżumą’ zidentyfikować, jak grupę. Grupę do której nie należy większość. Żydzi, Czarni, Gejowie, bardzo starzy… Ktokolwiek, tylko nie większość. Nie ‘my’. Okazuje się, że dużo łatwiej wtedy manipulować społeczeństwem. Może nawet sugerować, mimochodem wskazywać, że np. pewne miejsca odosobnienia, izolacji nie są nieetyczne. Nie, broń boże obozy! To straszne słowo i koncepcja! Przecież my – społeczeństwo- po prostu chcemy zapobiec masowym infekcjom, nowych transformacji bakterii czy wirusa. Nic w tym złego nie ma, prawda? No, a poza tym każda choroba musi przejść swój kurs.

W latach 80. zidentyfikowano taką grupę. Zwłaszcza w ośrodkach, centrach, gdzie było ich wielu, gdzie zyskiwali sympatię i trochę cywilnych praw (choćby mieszkaniowe). Nowy Jork, Paryż, San Francisco, Los Angeles. Niezbyt dużo równouprawnienia faktycznego, nie – ale zmiany społeczne w tym kierunku podążały. A tu AIDS. Jak manna z nieba prosto w fartuszki religijnych maniaków, hochsztaplerów, siewców nienawiści z ambon telewizyjnych, prasowych i kościelnych. Krzyczeli: a nie mówiliśmy wam! To kara boska, że pozwalamy na takie zezwierzęcenie!

Dość jednak przypominania. Jedynie krótko to wspomnam dla tych, którym łatwo było zapomnieć ‘takie drobiazgi’. Większość ludzi niezbyt lubi rozpamiętywać sprawy i sytuacje przykre. To ludzkie i naturalne.

            Paul Monette nie mógł. On tym żył, w tym żył, na to umarł. Ale zanim umarł, chodził stale do szpitali, odwiedzać tam umierających kolegów i znajomych. Przede wszystkim opiekował się do ostatnich chwil umierającym przyjacielem i kochankiem. Potem drugim. Też do chwil ostatnich, do pogrzebu. Ale zanim był pogrzeb trzeba było ich myć, karmić, do ostatnich fizycznie możliwych chwil wyprowadzać na spacer, Trzeba było ich podmywać, zmieniać pieluchy, pościel. Wiedząc (choć ciągle mając promil nadziei, że ktoś coś odkryje, jakieś antidotum, ratunek), że ratunek nie przyjdzie.

Monette pisze o sobie. Podaje czyste, nieadornowane fakty, szczegóły, momenty codziennej rutyny dbania przez miesiące o kogoś, kto umiera. I w końcu tej śmierci. Kogoś, kto dziś byłby pewnie jego mężem, na pewno wieloletnim partnerem. Najbliższą z możliwych osób. Kiedy brat jego partnera (Rogera), który przyjechał z wizytą narzeka, że legowisko ich psa (Pucka) jest brudne i śmierdzi, Monette przypomina sobie ten moment i dodaje: Nie, tam faktycznie cuchnęło jak śmierć, gdy nazwiesz rzeczy po imieniu. Cały dom. I po prawdzie tylko Puck mógł z tym smrodem żyć, ze smrodem pola bitwy z płytkimi nieznanymi grobami. Ci, którzy sugerowali nową tapicerkę, jako sposób na trzymanie śmierci z daleka odwiedzali nas coraz rzadziej. I chwała Bogu.[2]

Kiedy przytacza ostatnie dni i godziny Rogera – pies jest bardzo ważna postacią w tej epopei przerażenia. Wiedzy, rozumienia – a jednak przerażenia bezsilnością i nieuniknionością. Pies swoja obecnością pomógł mu uciekać momentami od obezwładniającego smutku. Pies i … pisanie. Wspomina:

Przetrwałem ten niemożliwy do przetrwania pierwszy rok żałoby zmuszając się do zejścia z łóżka, bo ktoś musiał tego psa wyprowadzić; pisząc  aby nie myśleć.[3]

I zaraz wraca przed moje (piszącego te słowa) oczy obraz mojego pierwszego roku. Moim ratunkiem nie był pies, były wielogodzinne wałęsanie się po plażach, morskich bezludziach i notes, pisanie. Wymuszane, bolesne – a niezbędne, jak woda do przetrwania.

Monnette rozdział po rozdziale, przeprowadza właśnie takie studium, taką pracę epistemologiczną  Bólu Straty. Nie robił tego z potrzeb filozoficznych, badawczych. Nie. To wiwisekcja siebie. Próba zrozumienia, jak można było to przeżyć. Co pomagało, co hamowało przed nieobliczalnymi skutkami. Ale robiąc to pomagał nie tylko sobie, pomagał innym. Bo wymiar bólu, ciężar straty jest dla każdego trochę inny.

Monette przeszedł kawalkadę śmierci na AIDSA (Steve był jego kolejnym partnerem, który tak odszedł w szpitalu) łącznie z własną, nadchodząca powoli, ale nieuchronnie. Oczywiści nie zostawił zapisów ostatnich godzin i chwil. Mimo, że był świetnym pisarzem – nie był bogiem. Trudno nam samym opisywać własną śmierć po fakcie.

Ciekawym bardzo jest rozdział, gdy pisze o Kościele Katolickim i o sytuacji przyjaciół i znajomych, którzy z tym mieli wielki związek będąc czynnymi lub byłymi księżmi, zakonnikami. W tamtych czasach, w latach 80. O tym jak Ratzinger (późniejszy następca Wojtyły na tronie watykańskim) nakazywał biskupom i przeorom amerykańskim, by tępili i torpedowali wszelkie zamiary udzielania jakichkolwiek praw cywilnych homoseksualistom w USA. W Kościele pełnym nie tylko pedofilów, ale przede wszystkim homoseksualistów.[4]  Ten wątek w epistemologii Straty i Bólu mało ma do wniesienia, więc rozwijać go tu nie będę.

Głęboki ból utraty kogoś najbliższego, zwłaszcza gdy poprzedzony długim okresem spodziewania się jej (nieuleczalna choroba) i długim trwaniem opiekowania się tą osobą, aż do momentu zgonu, jest doświadczeniem nieporównywalnym. Zmienia tą osobę, która pozostaje przy życiu. Często ktoś taki próbuje różnych sposobów zewnętrznych i wewnętrznych (terapie), aby to zrozumieć. Ale terapia jest powiązana ściśle z leczeniem, leczy się zaś sprawy i ciała chore. Nie sadzę by żałoba była chorobą. Właściwszym jest rozumienie tego bólu, nie negowanie go lub reperowanie plastrem i pigułką. Być może właśnie badanie filozoficzne jest najbardziej właściwym dla zrozumienie tego procesu. Właśnie podejście epistemologiczne. I zagłębianie się w opisy innych, w sytuacjach zbliżonych. Oswoić ból Straty. Warto.

Paul Monette najpierw swoją poezją, potem tym pamiętnikiem-dziennikiem pomógł mi niezmiernie.


[1]Paul Monette | LGBTQ+ Activist, Poet, Biographer | Britannica

[2] ibid. s12

[3] ibid. s 14

[4] rozdział ‘My Priets’ zaczynający się na str. 54


[i]“Kronos” w pigułce, czyli wszystko, czego nie wiesz o Gombrowiczu | #literatura | Culture.pl

[ii] Albert Camus, „Dżuma”; napisana w 1947 opisuje lata pandemii dżumy w Oranie, w Algerii.

[iii] P. Monette, „West of Yesterday. East of Summer”, s. 19, frag. wiersza ‘Do GB z Tuskanii’ (wyd. z 1994)

[iv] Paul Monette, „Last watch of the night”; wyd. HarcourtBrace&Company; 1994, s.310

Poeci nie giną. Unoszą się w płomieniach pamięci. Lub odlatują na latawcach

Rok temu zginął w Gazie wybitny talent literacki Palestyny – Refaat Alareer. Był znawcą historii i literatury islamskiej, arabskiej, palestyńskiej i angielskiej. Ukończył Uniwersytet Islamski w Gazie i brytyjski London University w Anglii.

W dniu swej śmierci z rąk izraelskich żołnierzy Alareer miał ledwie 43 lata. Wraz z nim zginął jego brat, siostra i ich dzieci. Nigdy już nie napisze kolejnego wiersza – ale też jego wiersze nigdy nie zamilkną. Paradoks wojny i zbrodni wojennych – oprawców po latach nikt nie pamięta, ale poetów i ich wiersze się nie zapomina.

Poniższe tłumaczenie jest ze zbioru “If I must die” opracowanego przez Jousefa Aljamala.

Jeśli muszę zginąć,

ty musisz przetrwać

by opowiedzieć o mnie

sprzedać moje rzeczy

kupić jakiś całun

z wiązadełkami,

(aby był biały z długim ogonem)

i niech dziecko, gdzieś w Gazie

patrząc niebu w oczy

oczekując swego ojca znikającego w wybuchu –

a nie żegnał nikogo

nawet własnego ciała

nawet siebie –

ujrzy latawiec, mój który zrobiłeś, szybujący wysoko

i niech pomyśli przez chwilę, że jest tam anioł

przynoszący miłość ponownie

Jeżeli muszę zginąć

niech to przyniesie nadzieję.

niech to będzie opowieścią

A walk with a notebook

Circle of Life

You walk through

the green and brown

maze of moss,

moisture hanging

in the air like

heavy breath

of decaying youth,

skin and yellowed

fingernails and eyes.

Walkways with names

of those, who can’t

walk anymore but

left a sign that they

were here, lurking

in the shadows

of moonlight,

made love at evening

between the fallen

giants of dense forest.

Who danced with

the Seven Sisters by

the Lovers pathway

to temporary heaven

of passion, sweat

and desire to live,

if only for a day.

Did they die

like the fireflies

of night pretending

to be butterflies?

Or did they whitter

to be old like

crumbled leaf of life

to remember those,

who died in a flash

of wondrous thunder?

Old lovers carrying

brown carton boxes

with the ashes

of their young lovers

to spread them

under the heavy

branches of the

sleeping giants

of Stanley Park.

Dec.01.2024, Vancouver

Gdybyśmy byli ostrożniejsi …

Lucas Cranach Starszy (1472-1553)

Ewa i Adam w metropolii XXI wieku

ratują Eden

Pan idzie chodnikiem,

taki we mgle, jakby go nie było.

Jakby nie szedł prawie,

a po prostu mijał:

ludzi, życie i świat cały wokół.

Wszedł do sklepu

kupić jabłko.

Tylko jedno?

Spytała zaskoczona ekspedientka.

Jestem sam, wiec co miałbym

zrobić z drugim jabłkiem?– odpowiedział.

Espedientka nie poddawała się:

drugie może pan zanieść do domu.

Ależ proszę Pani, przecież powiedziałem,

że jestem sam.

Tak w domu i tak samo na ulicy

– nie ma mnie dwóch.

Jak Pani widzi, kupno dwóch jabłek

jest pozbawione sensu

i wprowadziłoby zbyt duży

zamęt w moim życiu.

Chodzę na spacer każdego popołudnia

i kupuję jeden owoc w tym sklepie.

Gdybym wracał do domu z jednym

dodatkowym, nie miałbym potrzeby

wyjść na spacer następnego dnia.

Cóż miałbym począć z jednym

dniem ponad ustaloną ich liczbę?

To mogłoby spowodować

przedłużenie dni tygodnia,

i zabrakłoby miesięcy w roku.

Sama Pani widzi, że konsekwencje

jednej – z Pani punktu widzenia –

drobnej zmiany, mogłyby być

nieprzewidywalne, potencjalnie groźne.

Rzeczy są tak ustalone, jak być winny.

Wprowadzanie rewolucyjnych zmian

może być zapowiedzią katastrofy

o skali kosmicznej.

Proszę więc o jedno jabłko.

Na dzisiaj.

Jutro spotkamy się ponownie

i kupię od Pani jedno jabłko,

gdyż nie wydarzy się żaden

kataklizm dzięki mojej

odmowie Pani propozycji.

Do zobaczenia więc.

(B. Pacak-Gamalski)

Genealogia Krzyku

ECHA KRZYKU

Po schodach wierszy

idę do Ciebie

każdego dnia

i każdej nocy.

Spotykam na nich

słowa siedzące

na stopniach – samotne,

milczące. Smutne.

Bezdomni przechodnie.

Tylko okrzyk się wyrywa

z piersi, z lędźwi, z serca:

Wróć!

B. P-G, 10.2024


Czas nie jest łaskawy, jest okrutny w tej wspinaczce po krętych schodach. Poręcz pogięta, nierówna, spękana. Zadzieram głowę patrząc w górę i widzę niekończący się tunel, jak szyb w głębokiej kopalni. W półmroku migocą żółte żarówki ze zbitych abażurów. Idę. Które to już piętro? Zamknięte szare drzwi na klatkach schodowych nie mają numerów ani nazwisk. Tracę orientację czy to dopiero trzecie, czy już dziesiąte? Ile jeszcze pozostało, by dojść do ostatniego?

Szyb wydaje się teraz bardzo wysoki, bardzo głęboki. Wystarczy bardziej pochylić się przez tą kruchą balustradę, by skończyć tą wędrówkę do nikąd.


Halina Poświatowska pyta w wierszu:

czy świat umrze trochę

kiedy ja umrę

i odpowiada z charakterystyczną dla jej poezji pozytywnością:

a jednak

miło jest pomyśleć

że świat umrze trochę

kiedy ja umrę[i]

Nie podzielam jej optymizmu. Świat to jest wszystko, więc śmierć jest jego naturalną częścią. Jak liście,  które opadają jesienią, by wiosną nowe mogły się wykluć.

Może świat się cieszy na myśl, że nowe jasną zielenią się ukażą? Może patrzy z niechęcią na te stare listopadowe, podkurczone, zwiędłe ruloniki o brudnym, szaro-brunatnym kolorze? Może te płonące jeszcze złotem późnego września były urocze – ale te w listopadzie już świat znużyły. I szybko opadały szeleszcząc suchymi westchnieniami pod kopytkami saren i butami człowieka.


Kazimierz Wierzyński w wierszu „Okna”[ii] pisze:

Ciągną ich okna.

Skaczą.

(….)

Dlaczego nie pochwyciliśmy ich w locie,

Dlaczego nie rozpięliśmy w dole prześcieradła,

(,,,,)

Nie słuchają.

Stają na parapecie.

Skaczą.

Puste, otwarte okno

Przerażenia.

Puste mieszkanie

Otwarte na przestrzał.

Trwoga istnienia.

Bez wątpienia Wierzyńskim targało uczucie bezsiły, może nawet wstydu, że nie potrafili tego ‘prześcieradła’ pod spadającym z górnego piętra Lechoniem rozłożyć? Ale skoczył. Z lęku? Z mocy? Z rozczarowania?

Czy po prostu cały ten świat przestał być już jego światem … Nie wiem.  I nie wiem czy bym potrafił i czy bym chciał dać mu lepszą radę. Czy istnieje lepsza rada? Był słaby? A może był mocny? Świat, jako taki był obojętny, że jeszcze jeden liść spadł. A wy, którzy go opłakiwaliście? Przecież nikt inny, tylko wy stworzyliście tą człowieczą wersję świata, który wpędził go w neurastenię, w kompletne odizolowanie, życie pod dwoma osobami.  Świat nie jest okrutny. Świat, jako taki jest po prostu okrutnie obojętny. Tylko ludzie bywają okrutni.


Nadspodziewanie inne zupełnie, nieco zabarwione cieniem dekadentyzmu, a nawet Przybyszewszczyzny, i paradoksalnie żywiołowej tężyzny są wiersze wyjątkowej poetyki Paavo J. Haavikko[iii] – poety fińskiego, dziecka europejskiego modernizmu, już skażonego podmuchem postmodernizmu: ambiwalencji, pewnej ironii wobec surowych i trwałych elementów tradycji i kontynentalnej i rosyjskiej (kultura fińska targała się między tymi dwoma molochami światopoglądowymi, omal metafizycznymi). Jest ‘fińska’ w swej surowości, oszczędności. A przecież pobudzona duchem Sibeliusa i jego artystycznym wywodem muzycznym z wyraźnym elementem lokalnego patriotyzmu. Ma więc  paradoksalnie elementy późno-romantyczne, więc oparte na innych strukturach zapisu (muzycznego, słownego, malarskiego, generalnie: narzędzi twórczości artystycznej jakiejkolwiek).  W jego przypadku przymiotnik ‘fiński’ ma kolosalne znaczenie. Jest zakorzeniony po szyję w geografii i surowym klimacie Finlandii. Jest wręcz fińskim naturalistą i niemalże otoczony mgłą skandynawskiego pesymizmu. Przestrzega przed wspominaniem.

Nie wspominaj

Umarli

wspominają umarłe,

kwiaty jesieni

wspominają ośnieżone

kwiaty wiosny[iv]

Oskarżenie? Przestroga? Normalna kolejność pór życia. Mimo to mówi: nie patrz wstecz.  Prawie to Asnykowskie: trzeba z żywymi naprzód iść[v], tyle, że w surowej topografii fińskiej. U Havvikko znajdowałem zawsze konsekwentną egzotykę zimy i jednocześnie witalizmu męskiego. Jakby krzyczał: trzeba płodzić żeby rodzić! I jest bardzo – jakbyśmy dziś powiedzieli – mizoginistyczny. Dzisiejsza wrażliwa empatia aż się wzdryga przed takim, mechanicznym omal, postrzeganiem kobiet. Nasienie jest pierwsze, a jajo to tylko wygodny transport Życia, przetrwanie. Autobus lub pociąg, do którego się wsiada by dojechać od A do B.

Ten aspekt jego poezji nie podoba mi się dziś, w XXI wieku.  Ale – poeta to nie filozof, to nie psycholog.  Nie pisze po to by się podobać, ale dlatego, że ma coś do powiedzenia. Coś nadzwyczaj intymnego. Jeśli pisze, by się podobać – powinien zająć się czymś praktyczniejszym.  To zupełnie poboczne jednak uwagi. Nie interesuje mnie w tym tekście ‘sympatyczność’ poetów. Interesuje mnie ich poezja w opisie Straty, Krzyku, śmierci sensu życia.


Nie wiem czym jest mój nieustanny, nieprzerwany krzyk. Głuchy. Ale powoli rozrywający membrany moich uszu. Żyję by pamiętać – pamiętam, bo żyję. Dnie i noce na brzegach: morza, jeziora, śmierci i życia.

Każdego dnia, jak w tych dniach ostatnich, wywożę cię na spacer. Choćby tylko po to, by wysiąść z samochodu i przejść kilka metrów. Byś żył, widział, oddychał, patrzył na kwiaty, na ocean. Nie chce cię zamknąć, jak w sarkofagu, w naszym mieszkaniu.

Wyrywałem cię Śmierci każdy dzień, który mógł być ostatnim. Potem każdą godzinę. Przy minucie, gdy nadeszła – przegrałem. Śmierć, wydaje mi się, była też zmęczona tą szarpaniną i powiedziała: dosyć. I zrobiła, jak powiedziała.

Mimo to, zdążyłem raz jeszcze ją oszukać na moment. Może po prostu machnęła ręką znużona moim uporem. A ja wyszeptałem ci wtedy, na tym metalowym łóżku szpitalnym, które stało się w tym momencie naszym pięknym i ciepłym łóżkiem – wszystkie nasze dni szczęścia, które mieliśmy, każdy kolor mojej miłości do ciebie, każdy smak Naszej miłości.

               I zostałem sam. Bo w smutku, w Stracie musisz być sam. Jak powiedział mój szalenie ważny poeta, bard mojej i wcześniejszej o dekadę tylko generacji, generacji epoki AiDSA,  Paul Monette[vi]:

(…)

ból nie jest kwiatem ból jest korzeniem

jego żywiołem jest ziemia gdzie rozkład

pozbawia kości wszystkich naszych radości

owianych deszczem i nic nie rośnie

 miłość życia wzdycha by kwitnąć ogrodem

przymuszona leżeć jak sekret kwaśnej cebuli

w kopalni  bólu ruda pulsuje nabrzmiałymi żyłami

(tł. własne, B. P-G)

Pamiętam ich umierających, jak kwiaty więdnące nie w sierpniu, a w maju. I ten głuchy krzyk bólu i bezsilnej rozpaczy ich kochanków. Nie mogłem jeszcze wtedy tego zrozumieć, byłem za młody chyba? Śmierć traktowałem w romantycznym wymiarze, dobrego Czarnego Anioła, który otula nas wielkim, puszystym czarnym skrzydłem, odsuwa ból i cierpienie, daje spokój. Widziałem umierających a nie widziałem tych, co pozostawali. Nad nimi żaden anioł nie rozpostarł skrzydła ukojenia i ciszy.  Pozostał im głuchy Krzyk Bólu.

Herbert inne szlachetne wygnanie miał na myśli pisząc w „Potędze smaku”: Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu / książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie”[vii] , ale jakże pasuje do definicji Krzyku Straty – książęta moich zmysłów wybrały wygnanie. Celowo pomijam ‘dumne’. Nie ma w tym nic z zarozumiałej dumy, wyższości ‘uduchowionej osobowości’. Nie. Wewnętrzne wygnanie, stworzenie pewnej cichej bariery od świata zewnętrznego jest jedyną rzeczywistością w jakiej mogę funkcjonować.

Dzięki tej rzeczywistości mam możliwość uśmiechania się, uchylania kapelusza, nawet beztroskiego żartu z rzeczywistościa zewnętrzną.

 


Koło mostku nad Szprewą, w centrum Berlina,

stoi wielka, przygnębiająca czarna Katedra

królów pruskich. 

Na mostku, naprzeciw mnie stoi mały chłopczyk.

Gra na skrzypkach. Chyba Schuberta. Hałas uliczny

samocodów i ludzi.

Nie mogę skupić się na dżwiękach by być pewnym,

czy to Schubert czy Brahms lub Schuman.

Głuchy Beetoven

nie słyszy nic. On słyszy tylko Bacha, ludzki

hałas na mostku i na pruskiej promenadzie

nie interesuje go.

Stukając pantofelkami, z laseczką idzie

do Ogrodów Tiergarten prosto na postument,

siada z Mozartem i Haydnem.

Odgrodzili się od świata ulic i zgiełku

za drzewami parku. Od świata rzeczy zwykłych.

Ptaki robią im koncert.

Wieczorami idą na piwo do bier stube

na Potsdamer Platz. W perukach, pończochach, pudrze.

Nikogo to nie dziwi.

Zwyczajna trójka transdżenderów szukająca

przygód w popularnym na schadzki zakątku parku.

Uciekli rzeczywistości.

Oni też.

(B. P-G, 10.2024)


[i] Antologia „Po schodach wierszy”, wyd. LSW, Warszawa, 1993; s.194

[ii] ibid. s. 272

[iii] „Białe Kamienie”, Paavo J. Haavikko; PIW, Warszawa, 1978

[iv] ibid. s. 27

[v] Adam Asnyk, „Daremne żale”

[vi] „West of Yesterday, East of Summer”, Paul Monette; St. Martin Press, New York, 1994; s. 31

[vii] „The Collected Poems, 1956-1998”, New York, Ecco; 2007; s. 409

Pytanie do poety

Pytanie

Drogi Panie

Andrzeju

Poeto doctus

Czy jest łatwiej pisać

w młodości dociekliwej,

z torbą wypchaną tomami

wiedzy i mądrości wieków

przerastającej wiek własny?

Czy w późnym wieku,

kiedy się wie ile się nie wie?


A może zwyczajnie,

po prostu,

wie się tylko tyle,

ile można unieść w sercu?


Czy pamięć wieków

ważniejsza jest

od pamięci chwili?

(B. Pacak-Gamalski, 2024)


Pisanie wierszy, bycie poetą – co to w zasadzie znaczy? Skąd bierze się ta potrzeba, ta siła, która pcha cię do pióra? Są poeci, którzy piszą dużo, bardzo dużo. Mają zastępy czytelników, którzy na nich czekają, rzędy recenzentów, którzy dzięki nim istnieją, żyją. Ba – tacy, którzy uważają, że dana im była misja opisu losu człowieka, jego fatum, sensus vitae.

I są poeci, którzy nie piszą często, czasem tylko publikują. Wiersz jest dla nich rozmową intymną z jednym czytelnikiem. Tak, jak przyjaciel rozmawia z przyjacielem przy herbacie, koniaku czy kawie.

Takim poetą wydaje mi się jest Andrzej Busza – wybitny mistrz strofy i i błyskotliwy znawca literatury. Ktoś, kto pewnie byłby doskonałym filozofem, bądź historykiem filozofii. Karierę (słowo to brzmi – przyznaję – bardzo niestosownie i brzydko w tym temacie) zaczynał w Londynie w tamecznym kręgu emigracyjnym, w miesięczniku „Kontynenty” i „Merkuriuszu” w latach 1947-1965. Obok swego serdecznego przyjaciela, Bogdana Czaykowskiego, z którym wspólnie po 1965 emigrowali do Kanady i w konsekwencji osiedlili się na stałe w Vancouverze nad Pacyfikiem. Obaj otrzymali posady na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej. Busza obronił tam pracę doktorska i był przez długie lata profesorem literatury angielskiej i cenionym znawcą Conrada oraz komparatystą.

Przeglądam i czytam teraz maleńki zeszyt poetycki Buszy wydany w 2013 nakładem Polskiego Funduszu Wydawniczego w Toronto – „Niepewność”[i]. Wiersze w tym zbiorku Busza dedykował zmarłemu w 2007 Bogdanowi Czaykowskiemu.

Poza ‘Zabawą w metafizykę’, który autor napisał po polsku, pozostałe wiersze powstały w jęz. angielskim, a tłumaczyli je Roman Sabo i Beata Tarnowska. Wiąże się to z jego decyzją zaprzestania twórczości w języku polskim. Decyzją, która konsekwentnie oddaje i jego skromność, ale i dążenie do doskonałości. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jego znajomość polszczyzny zubaża się i pozostaje odcięta od żywego języka i jego zmian w Polsce. Nigdy tej jego decyzji nie uznałem za ani konieczną ani właściwą i kiedyś mu przed wielu laty o tym mówiłem. Naturalnie opinia moja nie ma tu znaczenia, chciałbym jedynie podkreślić, iż była bardziej jego dążeniem do doskonałości językowej niż do domniemanych braków. Jak moi czytelnicy wiedzą wyznaję zasadę ‘poetyckiego udomowienia’ języka używanego we własnej twórczości. Naturalnie to wątek poboczny i z tekstem tym mający niewiele wspólnego.

„Niepewność” Busza zaczyna wierszem idealnie nadającym się do zbioru dedykowanego Czaykowskiemu. Któż lepiej niż autor „Okanagańskich Sadów”[ii] by ten wiersz pochwalił a może nawet z przekorą by spytał: Andrzeju –  czy przypadkiem nie napisałeś jednego z moich wierszy?

Ten wiersz to wypisz-wymaluj styl poetyki właśnie Bogdana Czaykowskiego – przyjaciela Buszy, któremu ten tomik Busza dedykuje. Mógłby to być wiersz narodzony w szuwarach jezior okanagańskich, mógłby być nawet gdzieś z rozlewającej się szeroko delty rzeki Fraser za New Westminster, pod Vancouverem. A nie jest – jest zapowiedzią podróży erudyty kunsztownie zapowiadającego wejście w światy Kosmosu, ciemności i jasności. Światy, gdzie nieprawdopodobne jest możliwe. Cały ten fragment zapisany jest w stancy przedostatniej:

W załomie skały wbity kawał marmuru – na nim wyrzeźbiony

Znak: mały wąż i dwie linie proste połączone poziomo.

Kiedy zwierz mija popękany kamień, na lśniącą wodę pada czarny cień.

(…)[iii]

Ten wiersz jest a’la rebusem, ale może też być odczytany, jak echo powieści „À rebours”[iv] – westchnienie estety do świata idei, sztuki, Złotego Wieku piękna. Skąd, dlaczego?

Ano, już drugi wiersz pt. ‘Ósmy dzień’ tłumaczy tu wszystko. Bo prawda, że pierwszy był miły, prosty, łatwo (?) czytelny. Z pozoru. Bo tu nagle i palimpsest, i Paradox Olbersa.

A współczesny czytelnik nie musi rozumieć dlaczego Oscar (w domyśle: Wilde) jest porównywalny do palimpsestu kulturowego (zakładając, pewnie zbyt naiwnie, że wie iż ‘palimpsest’ to zapisywanie nowego tekstu na już istniejących oryginałach/kopiach). Może się mylę.

 Ale Paradox Olbersa? Mimo, że o tym astrofizycznym wyjątku pisał i tłumaczył go sam Edgar Alan Poe w prozie poetyckiej „Eureki”. No, bo faktycznie niby czemu jest ciemno nocą, przy milionach gwiazd potężniejszych od naszego słońca, które emitują światło non-stop?

Więc czy Busza jest trudnym poetą w tym zbiorze wierszy? Może chwilami jest. Ale te chwile warte są głębszego zastanowienia, może nawet poszperania w źródłach. Może i u niego zdarza się, że wiersz jest rozmową indywidualną z pojedynczym czytelnikiem? Czytelnikiem, któremu się zawierza, że metafory odczyta? A przede wszystkim, że wiersz zrozumie. I wydaje mi się, że jest możliwym – choć to przypuszczenie obrazoburcze – zrozumienie wiersza bez konieczności zrozumienia każdego odniesienia kulturowo-filozoficznego.

Całość jest zresztą wkomponowania właśnie w tą rozmowę i odpłynięcie w świat cienia jego bardzo bliskiego przyjaciela, któremu ten cykl wierszy poświęca.

Busza potrafi. Mimo, że nie jest, zdaniem moim, parnasistą. Rozumie skalę siły prostego słowa, które ma moc i jędrność bezpośrednią. Jak w wierszu ‘Zabawa w metafizykę’. Zrywa, jak zakochany młodzieniec, stokrotkę i robi znaną wyliczankę z odrywanymi kolejno płatkami. Ale tu chodzi o metafizykę, więc wyliczanka ma charakter metafizyczny:

 Bóg jest

Boga nie ma

(…)[v]

I kończy smutną, człowieczą konstatacją:

W palcach

została łodyżka

i okwiat ogołocony

Bodaj najpiękniejszym, najczulszym i bardzo personalnym, więc i bolesnym utworem jest ‘Letnia elegia druga’.[vi]

Druga zwrotka to zaś wręcz zimny skalpel szpitalnego krajobrazu. Opis ostatniego momentu, ostatniego ‘kęsu powietrza’. Ale zaraz dodaje, by uniknąć pułapki turpizmu:

a przecież zawsze oddający hołd yoni świata

czule jak Keats[vii]

Czwarta, średnicowa zwrotka jest powrotem do lirycznej poetyki Czaykowskiego:

Wiersze jego rosły jak liście na drzewach

oczarowane miłością i pięknem

(…)

Z takim epilogiem:

Reszta to ani spokój

ani milczenie

Wiatr zrywa się

niesie popiół

w lasach pełno ech[viii]

Dwa kolejne wiersze (‘Podróż’ i tytułowy ‘Niepewność’[ix]) są rozwiązaniem odniesienia do Paradoksu Olbersa – alegoryczności kosmologii wędrówki duszy ludzkiej; z jasności do cienia i mroku, który jest też światłem.

Podsumowaniem tomu jest wiersz ostatni. Bolesny, bez szansy na pomyłkę, że może to sen, może to nieprawda, może przyjaciel zadzwoni jutro …. I zadzwonił w wierszu ‘Łazarz’. Wierszu tragicznym, ale bez sztywnych wzorów tragedii greckiej. Przeciwnie, wiersz jest chwilami prawie krotochwilny, szelmowski omal. Przyjaciel dzwoni z opowieścią o dziwnym zdarzeniu[x], jakie go spotkało po wcześniejszym wspólnym spotkaniu na piwie. To historia umierania zamknięta w kapsule skróconego czasu. Ale nie jest to historia bólu, przerażenia, żalu, tęsknoty bolesnej. Nie – to historia ciekawości poznania co niepoznawalne. Co jest wtedy i tam, po tej drugiej stronie życia. Jakby potknął się o kamień, upadł i zaczął obserwować, niezauważalny z pozycji pionowej, świat maleńkich istot w trawie. A jest, jak zapowiadano we wszystkich ważniejszych księgach Religi Bliskiego Wschodu, wesoło, jest napitek, jest Marta i Maria i ‘radosne okrzyki La Chaim i Mazel Tov’[xi]. Ale przyjaciel czuje się w tym zgiełku nieswojo:

Im radośniejszy taniec

Weselsze śpiewy

Tym bardziej czuję się nieswojo

Wymykam na dwór

Czarne jak smoła niebo

Usiane gwiazdami

Rozkręca się

(….)[xii]






[i] Z serii bibliofilskiej PFW, wydano 75 autoryzowanych egzemplarzy. Mój egzemplarz ma numer 47.

[ii] ‘Okanagańskie Sady’, B. Czaykowski; Wyd. Dolnośląskie, Wrocław, 1988; ISBN 83-7023-633-2

[iii] Pierwszy wiersz Zeszytu: „Sielanka”, s.5

[iv] „A rebours”, Joris-Karls Huysmans

[v] s. 8 „Niepewności”

[vi] s. 9, ibid

[vii] ibid, l. 7 i 8

[viii] ibid

[ix] s.11 i 13

[x] W dwudziestu dwóch linijkach opowiada historię długich tygodni choroby i własnej śmierci ściśniętą do jednego jakby dnia (s.17)

[xi] ibid; s.18, l.14 i 15

[xii] ibid

Garść poezji …

Mama moja odchodziła od nas bardzo długo. Nie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu ale rok po roku. Straszna choroba tracenia pamięci, która w okresie późnym zabiera też pamięć poruszania się, swobodnego mówienia jest i dla chorego i dla bliskich okrutnym doświadczeniem. W 2017 Mama była już w tym późniejszym stadium choroby ale jeszcze były dni lepsze. Nie mogła już chodzić samodzielnie, spacery dłuższe, nawet w wózku inwalidzkim, uciekły nam w przeszłość. A chodziliśmy na te spacery po łąkach i parkach codziennie bodaj. I gdy Mama zbliżała się do końca tej największej wędrówki jaką jest nasze życie – wybrałem się z Nią na jeden jeszcze spacer: wyimaginowany ale jakże naturalny jednocześnie. Spacer poetycki. Bardzo mi pomógł.

Więc idziemy trzymając się za ręce.

Most jest strasznie długi,

pełen zakrętów, jak rozłożony

między jaskiniami płaski ogon smoka.

Po obu stronach płoną złotem i brązami

jesienne gałęzie ubrane w barwne

 rękawy brokatowej bluzki z czereśni.

Gdzieniegdzie lśnią karminem

ciężkie korale jesionów i dębów,

gdzie indziej – złote girlandy brzóz.

Mama mówi: ach, jak tu pięknie.

Nie idź za szybko, zwolnij i patrz.

Odpowiadam: mamo, most bardzo długi,

jest jeszcze daleko, noc zapadnie,

będzie zimno, możemy się zgubić.

A ona odpowiada: nie bój się,

nie zgubimy się. Popatrz, tam na skałce

kamień płaski cały obrośnięty mchem,

jak poduszka, obok kępki borówek czerwonych

i fioletowy wrzos pachnie tak uroczo.

Położymy się, odpoczniemy, niebo

będzie gwiazd pełne. Kołysankę ci zanucę.

I rankiem dalej pójdziemy.


I kilka z tygodni/dni ostatnich.

Szeregami idą żółte drzewa

nad nimi chmury zielonego nieba

z niej tasiemkami spływa rzeka

nad nią papierowa tęcza z mleka

W tym świecie z papier-mâché

w kapeluszach z wycinanek

chodzą ludzie ulicami miast

i wiosek konstelacji Origami

Tam ptaszki czarne i białe

bardzo wielkie i całkiem małe

wesoło podskakują jak gumki

śpiewając arie Verdiego i dumki

Miły bardzo jest ten świat Origami

chętnie bym zamieszkał tam

gdybym do bram jego klucz miał

igły klej i nożyczki spakowane już

Uśmiech tylko wyszminkować

oczy trochę podmalować

i rumieńce zazielenić jak trawa

jakaż będzie radość i zabawa

Ognisko z wolna dogasa. Strzelają jeszcze

bierwiona językami pomarańczowego ognia,

żar bije ze złotych brył utleniających się

fragmentów kosmicznych meteorów.

Jestem, ciągle jeszcze jestem.

Nie prosiłem o to – ale stało się.

Może tak być miało, więc jestem.

O czym mam świadczyć,

czy mam jakąś misję,

której celu mi nie ujawniono?

Nie wiem, ale wiem, że jestem

choć wolałbym już nie być.

Ciemne korony potężnych świerków

odbijają się w srebrno-zielonkawej

wodzie jeziora Dee, gdzieś w górach

nad doliną Okanagan w Kanadzie.

Jest zimno mimo słońca.

Żółtymi piórami wioseł

chłostam zielonkawo-szarą wodę.

Więc jestem.

Ogień w ognisku,

kajak w wodzie,

słońce w górze,

– więc jestem.

Każdy wiersz ma swoje ograniczenia formy, nawet wiersz wolny, któremu te ramki autor sam majstruje. Gdy nijak przyciąć do foremki go nie można – w sukurs przychodzi proza poetycka.