Wizyta w Port Moody

Wizyta w Port Moody

Bogumił Pacak-Gamalski

Kilka dni temu wybrałem się nową trasą Skytrain[i] do Port Moody. Ostatnie chyba miasto w granicach metropolii vankuwerskiej, które koniecznie chciałem odwiedzić. Było to zawsze miejsce urocze, do którego bardzo chętnie jeździłem jeszcze w latach 90., gdy mieszkałem bardzo blisko, w North Burnaby. Wtedy to było nie więcej niż 10 minut jazdy samochodem, do końca fiordu Burrard, gdzie to miasteczko się zaczynało. Z Johnem, z Mamą – bardzo tam spacery lubiliśmy. W latach późniejszych już tego wieku jeździłem tam też często z Surrey. Robiliśmy tam wystawy obrazów polskich malarzy w uroczej galerii przy Bibliotece Miejskiej, koło Parku Pionierów. Potem tuż obok, do budynku dla osób starszych, gdzie lat później przeprowadziło się kilkoro znajomych i przyjaciół: historyk sztuki profesor Anna Gradowska, kompozytor Ryszard Wrzaskała, aktor Jerzy Kopczewski ‘Bułeczka’. Dziś nie ma wśród nas ani jednej z tych osób.  Ale chciałem miejsca moich spotkań z nimi i rozmów odwiedzić, poszeptać z cieniami.

Dziś z uroczego miasteczka wyrosło duże miasto. Wysiadłem na stacji ‘Inlet’ zakładając, że z niej do inletu (fiordu) będzie najbliżej. Naturalnie, że byłem w błędzie i blisko nie było. Wszystko zabudowane nowymi ulicami, setkami wysokich domów – czułem się jak w dżungli, której nie znałem. Jako, że wiek XXI to mogłem wszak używając nieco mapki na telefonie w końcu dotrzeć do tych miejsc znajomych, gdzie resztki ‘tamtego’ Port Moody znalazłem.

Cała nowa i bardzo długa trasa brzegami inletu z mostkami, drewnianymi poręczami była przeurocza i warta spaceru. Miło było też znajome kąty jednak odnaleźć, na dobrą kawę w końcu zajść, a choć po ‘mojej’ kawiarence już śladu nie zostało, ani po restauracji greckiej z pianinem, gdzie Rysio Wrzaskała dał grupie przyjaciół ostatni koncert publiczny. Pamiętałem też, że po tym publicznym koncercie, w wąskim gronie odprowadziliśmy go do jego apartamentu, gdzie nam dalej grał na pianinie. To był człowiek-muzyka i generalnie estradziaż par excellence. Pomyślałem, że byłem wówczas w ciekawym okresie ‘polskiego Vancouveru’ – grupy fantastyczne, szalenie interesujący ludzie, pasje do sztuki, do dyskusji, do twórczości. Poglądy wielu z nas miało diametralnie inne  – ale właśnie pasja do kultury i sztuki nas łączyła ponad polityką i własną filozofią egzystencji. Nie odnalazłem w tym obecnym ‘polskim’ Vancouverze już tej atmosfery odkąd tu wróciłem dwa lata temu. Choć pewnie gdzieś coś się jeszcze dzieje… .

Mimo to … a właśnie! Mimo to, ad hoc telefonicznie zorganizowane spotkanie z serdeczną przyjaciółka z tamtych bardzo już odległych lat Jolą Drożdżeńską, z którą łączyła mnie bliska znajomość już chyba ze 30 lat, a która w Port Moody mieszka, była fantastycznym i radosnym spotkaniem. W zasadzie od pierwszych słów rozmowa się tak toczyła, jakbyśmy ją wczoraj ledwie przerwali. Sprawiło mi to wielką radość. Więc dzięki i temu też spotkaniu, na końcu tej wycieczki poczułem się, jak w dawnym miłym i swojskim Port Moody.

I pewnie jeszce tam przed ostatecznym rozstaniem pojadę, bo to autentycznie urocze miaseczko. Ostatecznie mogę udawać, że tego nowego nie widzę.


[i] Evergreen Extension of Millenium Line