Bogumił Pacak-Gamalski

O mgle mokrej jeszcze,
póki nie porwą ją deszcze,
która jak Afrodyta
pianą morską zmyta,
obłóczy się półsnem.
Lecz gdy Horacy ją zoczy,
Gdy mgła się napatoczy –
Ha! Non omnis moriar,
i dumnie zwinie foliał.
Sen? Mnie nieśmiertelność!
Horacy był cichaczem z wiarą nie przebraną w swoją wielkość. Cóż mu legendy powtarzane za Homerem, za Telemachem. Pisał bardzo dużo i lekkość miał w tym pisaniu niczym kiplingowski Mowgli w skakaniu po lianach w dżungli. Gdy inni znani – o gruntowniejszym wykształceniu i ogładzie utytułowanych obywateli Rzymu, bogatych wielkich właścicieli ziemskich – z dumą czytali swe pieśni zebranym zawsze licznie słuchaczom, gdy publikowali w kopiach opasłych swe treny, tragedie i komedie greckie, on Pieśni swe pisał dla nieśmiertelności. Tej ponad Czeluścią Wielką, za i ponad mgłą Historię i Przyszłość skrywającą.
Czy mu się udało? Jeśli wierzyć w niezaprzeczalny fakt, że ja sam Horacego czytałem – to chyba tak. Zaliści skłamałbym, żem nie czytał Homera, Arystotela i Plato (a za Plato – Sokrata). Ba! Glinianych tabliczek Sumeru odczytać sam nie potrafię – czytałem wszak ich o kilka tysięcy lat późniejsze tłumaczenia na ludzki bardziej język. Więc i ten Gilgamesz non omnis moriar.
Horacego samego przetłumaczył pięknie bardzo lubiany przeze mnie poeta Stefan Gołębiowski. Jakże on tegoż Horacego kochać musiał! Wstęp Gołębiowskiego i wprowadzenie do tegoż tłumaczenia jest cudowny, bajeczny i urzekający. Poetycko wspanialszy niż całe te ‘Dzieła’ Horacego[i]. Nigdym się nie spodziewał, że Gołębiowski do takich uniesień jest zdolny. Leśmian może – tak, ale Gołębiowski zawsze jawił mi się jako osoba stateczna, w garniturze. A tu nagle tańczy, szlocha, wzdycha, jakby spotkał tą Afrodytę właśnie, Venus peloponeską. W rzeczy samej archaiczną wszechpotężną Isztar – niedoszłą kochankę Gilgamesza z Ur, który odrzucił jej zaloty na rzecz swego ukochanego dzikusa Enkidu. Którego z bezsilnej wściekłości Isztar naturalnie zabija. Nie ma nic gorszego niż wściekłość, zazdrość i zemsta bogów i bogiń. Od zawsze do dzisiaj, bez wyjątku.
Horacy – trochę nudny przyznaję, trochę w tej mgle wydobywającej się z Czeluści krańca Czasu. Może to wina i łaciny samej, która mimo wszystko (i wbrew rozbudowanej w nieskończoność deklinacji, LOL) jest językiem nad wyraz sztywnym. Kto to wie? Może gdybym był żył w czasach Republiki i Cesarstwa taka sztywna, jak truposzek na desce płaskiej, by się nie zdała. Nigdy zresztą płynnie kompletnie jej nie opanowałem. Czytać jeszcze potrafię (choć niektóre słowa tylko z kontekstu wyłuskuję), ale mówić lub pisać już nie. Znajomość porzekadeł i sentencji nie jest wszak znajomością języka.
Czas wrócić z praczasów, z mgły gęstej niczym smoła do Horacego nieśmiertelnego. O nieśmiertelność swą dbał bardzo. Jak to robić, pytasz? Prócz własnej wiary głębokiej w swój geniusz (to musi być poety porządnego niezbywalne sine qua non) trzeba zadbać o PR (Public Relations), a jakże lepiej niż podkopując kolegów po piórze. Bo na szczyty wspinamy się po trupach. Więc Horacy w poetyckim geniuszu dołki kopie pod mu współczesnymi poetami co niemiara. Tu ironią, tam prosto mówiąc, że niemota i miernota. Nic od tamtych czasów rzymskich mili moi się nie zmieniło lub mało bardzo. Im bardziej kurczy się rynek czytelniczy – tym więcej i głębszych dołków się kopie wobec ewentualnej konkurencji. Ostatecznie, dlaczego świat literacki miałby różnić się od Bazaru Różyckiego czy Hali Mirowskiej? Delikatna konfiturka porzeczkowa, jak poemat proszę pana szanownego! Lub tak: Ach ten liryk, niczym świeża poziomka uwodzi i wyobraźnię rozpala!
Ale Horacy, Horacy do diaska, więc wracam. Ot, choćby w Pieśni IV, (Eupulis atque Cratinus) nie oszczędza Lucyljusza, Kryspina chwali z zadąsem i ironią Faniusza.[ii] ‘Satyry’ jego zdały się być niezłą lekcją setki długie lat później dla naszego biskupa Krasickiego. Nie przepuścił nikomu. Samemu sobie – trochę. Pisze: Wzniosłem pomnik trwały, trwalszy od spiżu // czołem wyższy od królewskich piramid: // Akwilony przezwyciężę, żarłoczny // deszcz, lat niezliczony szereg. Szczytami // wieków umknę Libytynie. Nie wszystek // umrę.”[iii]
Zaiste – cztam teraz wszak te wersy, dwa tysiące lat później. Patrzę w dal, przez gęstą, jak mleko mgłę wydaje się, że dostrzegam zarys linii horyzontu. Nad Czeluścią. I uśmiecham się do siebie: czy ktoś moje wersy będzie czytać dziesięć lat po tym, gdy będę już za tą linią? I po prawdzie nie przejmuję się tym zupełnie. Może będę stał na Wielkim Moście Tęczy oparty o balustradę i czekał na to jedno spotkanie z Nim. W końcu. Po dwuletnim oczekiwaniu, marzeniu. Tęsknocie.
Czy Horacy przeżył, czy sięgnął nieśmiertelności? W wąskim bardzo kręgu. Tak, inni poeci go czytają dziś. Czytają historycy literatury. Gdy ktoś spoza kręgu miłośników legend i mitów rzymsko-greckich nie znuży się tymi imionami, tymi nazwami bogów i władców, senatorów i budynków tamecznego Rzymu? Nie. Minęła też epoka, gdy kultura łacińska i przywiązanie do rymu i rytmiki samej łaciny cokolwiek by dziś znaczyło.
Tak, jak przyszedł moment, kiedy szalony chłopiec Dżungli, Mowgli, przestał rozumieć Czas Nowej Gwary, język Czarnej Pantery Bagheery, która była tak długo jego najbliższym powiernikiem[iv] Mgła unosiła się z wysokich trwa i gęstych krzewów dżungli. Wszystko się w niej rozpływało, traciło kontury.
Co zostało z Horacego? Non omnis moriar – nie wszystek umrę. To właśnie, te trzy słowa tylko. Nic więcej.
Non omnis moriar. Ach,
zakwili morski ptak,
zaszumi pianą fala –
a łódź już się oddala,
już mgła łagodzi czas.
Z wydm ostre szable traw
strzegą wysokich naw
katedr z piasku plaży.
Czy coś się ma zdarzyć
na Tęczowym Moście?

[i] Horacy. Dzieła; LSW, Warszawa 1986; tł. St. Gołębiowski; s. 267
[ii] ibid; s. 145
[iii] Ibid; s. 99
[iv] Druga Księga Dżungli; R. Kipling; wyd. KiW, Warszawa 1988; cytat ze s. 188