Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.
By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.
Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.
Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.
Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem. Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.
A 3-ci Maj? No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.
Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!
Smutek dusi, chwyta zaciśnietą pięścią za serce i czujesz jego palce, kostki chwytające aortę. Potem maszeruje, jak pająk do góry i wyciska z oczu suche łzy. Suchy płacz pozbawiony krzty wilgoci, mokrości, wilgotności. A płacz mimo to.
Nie ma komu cokolwiek opowiadać, nie ma z kim prowadzić rozmowy. Trzeba by było wszystko tłumaczyć, wyjaśniać od początku, a to nie to samo – to wykład by był, przemówienie wybrakowane nieobecnością ciepła i serdeczności współbycia, współrozumienia.
A ciągle mam tyle rzeczy, wierszy
do powiedzenia i ciągle chcę
usłyszeć tyle nowych zaklęć, słów.
To tak, gdy mówisz tylko półzdanie,
a ktoś myśl podejmuje, rozwija.
Wspólny spacer wspólnymi drogami.
Znają cię, ty znasz ich. Współistniejstwo. Przerwane, zamknięte, utracone. Może siedzi gdzieś nad jakąś rzeczką powolnie płynącą zakolami kujawskimi, piaskowymi, biednymi łąkami mazowieckimi? Może wartkim strumieniem, kaskadą huczącą w Kordylierach kanadyjskich? Możę było, a już nie ma? Wszystko zamienia się w cmentarz, gdy umierają ludzie. Więdną kwiatki łączane, milkną ptaszki, które wczoraj wiły pośród nich gniazda.
A przecież gdzieś życie musi istnieć jeszcze, z każdego szarego badyla listek jeszcze musi się wykulić, zazielenić. Samotność prowadzi długie rozmowy z cieniami. Trzeba je tylko rozpędzić w cztery strony świata, a samotność przestanie być sama. Będzie biegać po tych łąkach, po tych uliczkach, łapać motyle i potem wypuszczać je z garści.
Trzeba się tylko obudzić, wstać z łóżka tej samotności. Niech samotnością być przestanie. Wtedy i wiersze głuche usłyszą melodię, zatańczą leśmianowską łąką.
I to czas mój, moja chwla tu powoli dobiega kresu. Tu – na tym kontynencie, który przyjął mnie otwartymi na ościerz drzwiami. Drzwiami, przez które weszło życie i miłość, która ofiarowała niepojęte, upragnione szczęście spotkania człowieka, który dopełnił brakującą całość największych pragnień.
Teraz muszę wracać tam, gdzie te pragnienia się narodziły. Muszę pójść ulicami, zaułkami wielkiego miasta nad starą rzeką. Nie, nie żądałem za dużo, nie sięgałem szczytów niedostępnych człowiekowi. Jeśli człowiek, stworzył bogów na Olimpie, to człowiek miał prawo do boskich marzeń.
A wtedy, w tamtym kraju, gdzie byłem chłopcem było szaro, było biednie, było po prostu brudno. Ale w tamtym biednym kraju grał w parkach Chopin, tam w bibliotekach czekały książki Platona i o Platonie, o tych olimpijskich bogach, ich tragicznych miłościach. Tam starzy aktorzy podszeptywali też ze scen, że może być inaczej, nie tak szaro-brudno. Stare ciotki mądre choć biedne, potwierdzały te mądrości.
Bez tego wszystkiego, bez tamtego tam dzieciństwa i młodości nie miałbym tak wielkich marzeń i pragnień. I być może bym nie pojął, nie poznał tego szczęścia, które tu później mnie spotkało.
Cóż zaś jest stałego w tych wielkich tragediach greckich? Upadek, utrata. Wszyscy herosi, bohaterzy ludzcy i boscy tego doznają. Doznają największych zwycięstw, najwyższych wzlotów, najgorętszych miłości, by je potem stracić. Dlatego, że strata wielka i wielka klęska nie pozwalają tym marzeniom umrzeć, stracić wartość i znaczenie dla kolejnych pokoleń.
Dlatego muszę wrócić, by najmłodszym to potwierdzić, opowiedzieć o tym. Bo nie ma już starych, pięknych ciotek, nie ma profesorów, aktorów i pisarzy tej miary, którzy to we mnie zaszczepili. Ten święty ogień, któremu nie wolno zgasnąć. Pragnień i marzeń, którym nie wolno pozwolić usnąć, które dadzą ci szansę doznać szczęścia największego i straty najboleśniejszej.
Bez tego nie ma boskości, a człowiek jest stworzony do boskości.
Stań odważnie przed lustrem i pokłoń się odbiciu w zwierciadle. Dojrzyj, co ono pokazuje – oto on, bóg złamany, zasmucony, może rozczarowany przez moment. Ale bóg! On, potężny, godny łez i pocałunków. Ty.
Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…
Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.
Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.
Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.
Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?
A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.
Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.
Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.
Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.
Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.
Wielkanoc tego roku jest cudowna. Tak jakby wykrzykiwała swoje pierwotne, przedchrześcijańskie znaczenie, swoją starosłowiańską pieśń odnowy, odrodzenia. Ciepło, jak w czerwcu, kwiaty wariują, ptaszki te mniejsze w tych krzewach skaczą i i śpiewają swoje piosenki wabiące partnerki – chodź, zobacz, jakie piękne gniazdko nam wyszykowałem!
Rower ‘pod pachę’ więc wziąłem i do kolejki w kierunku mego kochanego Central Parku w Burnaby. A tam ciżba, szerokimi alejkami aż trudno jechać i trzeba bardzo uważać tyle rodzin, spacerowiczów! A wszyscy uśmiechnięci, zadowoleni. No to i ja zadowolony. Bo uśmiech jest zaraźliwy, bardziej niż ponurowatość i gburstwo. Dobrze, że miałem plecak, to mogłem powoli wszystkie warstwy ubrania ściagać, aż w samych portkach zostałem siedząc w pełnym słońcu wpół pasa nagi. Dzieciaki zachwycone ogladaniem wielkich karpi podpływających do samego brzegu głównego jeziorka w parku. Mama też lubiła te karpie oglądać, gdy tu przjeżdżaliśmy.
Siedzę na ławce tak pół w negliżu i usmiecham się do tej dzieciarni. Pani w średnim wieku siada obok i zaczyna bardzo długa rozmowę. Kiwam głową, uśmiecham się grzecznie … i po chwili orientuję się, że kompletnie jej nie słucham, nie mam pojęcia co i o czym mówi. Ale dalej się uśmiecham i głową potakuję, ha ha ha. Ona zadowolona, że ma słuchacza wolnego, ja zadowolony, że nie zwracam uwagi na jej szczebiot. Wilk syty i owca cała, a o to w końcu chodzi. Na tym całe tomiska filozofii od tysięcy lat się zasadzają. Zwykłe, proste.
Do stwau ppodchodzi grupa osób w średnim wieku. Słyszę, że rozmawiają po polsku. Miło. Uśmiecham się do nich, ale milcząco. Nie chce mi się jakichś banalnych gadek zaczynać. Patrze tylko szybko czy znam te osoby, kilka twarzy jakby znajomych, ale nie kogę połaczyć ani z miejscem ani z nazwiskiem. Jedna pani zauważa, że sie patrze, uśmiecha się i mówi: dzień dobry panie Bogumile. Odpowiadam zaskoczony i skinam głową: dzień dobry pani. Ale rozmowy podjać nie mam ochoty. Słyszę jeszcze jak podchodzi do swojej grupki i lekko kierując głowę mówi im: to pan Bogumil Pacak-Gamalski tam na ławce. Usmiecham sie i ponownie, ale szybko zaczynam czytać z zajeciem książkę, którą ze sobą zabrałem. Naprawdę, po prostu nie che mi sie rozmawiać z nikim. Chcę patrzeć, obserwować. Wszystko to, ta sielanka wiosenna trochę przypomina oglądanie wystawy impresjonistów francuskich gdzieś w Paryżu, lub obrazów Chełmońskiego w galerii w Krakowie. Ot i tyle. Dzień dobry, miłego dnia życzę.
Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem tą historię tak dobrze od dziesięcioleci chyba już. A ty mi tu takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę. /… /
(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)
szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)
Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Że nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem jego życia właśnie, tego samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który zwyciężył armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka jego nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macierzyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persepolis[ii]?
Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?
to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie
to to, że on był życiem
pytanie jest czy oddałbyś swoje
bo kochałeś
i łzy milczące napłynęły,
bo znikąd rady ni pomocy
dostać nie mogłeś
i byłeś bezbronny i słaby,
jako najniższy z niewolników,
a łzy same popłynęły z oczu
/B. Pacak-Gamalski/
I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą. Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.
Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem się. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniem, że spałem. Pobiegłem błyskawicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi tak długo spać. Uśmiechnęli się lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe piętnaście minut.
Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie na sytuację w jakiej się znalazłem.
Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom życia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetkę wtulając cię w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrze. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałeś w przestrzeń poza naszą.
Nie, nie zerwałem się tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pięknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem tą zgodę z jednym zastrzeżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.
Leżałeś piękny, spokojny, bez drżenia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem się obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę aż do ust, nosa, oczu. Byłeś znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałeś od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałeś się kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, muszę za nie podziękować wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było.
Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał, zamieszkują na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy?
[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego
Czasem wiersz jest najlepszym sposobem ‘rozmowy z lustrem’, wiwisekcji splątanych węzłów życia. Tłumaczyłem na tych łamach kilkakroć w przeszłości, że wiersz nigdy nie powinien być pisany dla wszystkich (zwłaszcza nie dla wydawców, krytyków, dla ludzi-czytelników). ‘Ludzie-czytelnicy’ to liczba mnoga, a wiersz to liczba indywidualna. Wiersz należy zawsze i bezwzględnie pisać tylko do jednego czytelnika, słuchacza, adresata. To musi być intymna rozmowa dwóch podmiotów: wiersza i czytelnika. Jeśli masz coś intymnego do powiedzenia przyjacielowi nie możesz tego robić na wiecu. Nawet spotkanie autorskie nie zwalnia nas z tego obowiązku. Każdy słuchacz musi wiedzieć, czuć, że ten wiersz teraz czytany jest właśnie dla niego. Bo w wierszu odsłaniamy swą całkowitą bezbronność, swoje najkruchsze ego. Swoją słabość, która jest jedyną siłą, jaką posiadamy.
Naturalnie jest poezja pompatyczna, do ludzkości, do narodu. Bzdura. I ta najbardziej pompatyczna jest zawsze tylko dla jednego czytelnika – tego, który ją teraz czyta lub słyszy. Inaczej jest blagą, oszustwem oczekującym na akceptację tłumu. Każde spotkanie ze sztuką jest przeżyciem prywatnym, intymnym.
Inne epoki, czasy odległe inną miały miarę i oczekiwania. XIX i XX wiek kompletnie to wywróciły i odrzuciły. Dały wolność jednostce, temu ja i ty, które jest początkiem i końcem kontaktów międzyludzkich.
Od czasów niespodziewanej i nagłej śmierci mojego męża wiersze, które piszę są rodzajem kontynuowania moich rozmów z nim. W okrutnym czasie tuż po tej Stracie z naturalnych względów były tym – opisem Straty, jej okrucieństwa i pustki, aktem niezgody, oskarżaniem bogów i siebie, że do tego dopuściliśmy, że Czasu nie zatrzymaliśmy. To było naturalne. Ale Kosmos i bogowie mnie nie opuścili, nie zdradzili. Tragedie indywidualne godne eposów antycznych zdarzają się stale. Czemu? Nie wiem. Fatum? Czy istnieje coś takiego? Też nie wiem.
Do życia – innego zupełnie i nieznanego mi przedtem – jednak wróciłem. Ciągle zachwyca mnie moment, zachwyca – też mimo wszystko – człowiek, jego piękno i jego ból, jego kruchość i potęga. I odtąd te wiersze, to zapis moich rozmów z nim – mom najbliższym przyjacielem. To mój pierwszy indywidualny, pojedynczy czytelnik-słuchacz. Gdy wiersz wychodzi ‘w świat’ (publikacja, spotkanie poetyckie) – tą rozmowę podejmuję z każdym indywidualnym czytelnikiem. To moja cicha rozmowa z tym czytelnikiem/czką. Inaczej bym się nie odważył pisać.
post scriptum: zamieszczona fotgrafia-portret, to zdjęcie mojego męża
Doprawdy nie chce się brudu dotykać i pisać o polityce. Ale jest wokół nas, dotyka brudnymi łapami, wrzeszczy, pijana bełkoce wieczorami, wszczyna burdy po wódce w barach i bramach kamienic. Zatacza się z panienkami lekkich obyczajów pod Grand Hotelem w Sopocie, pod Bristolem i Europejskim w Warszawie.
Chcąc czy nie chcąc – dotyka nas i naszego życia. Spokoju po dniu pracy lub lęku: co będzie jutro? Lęku niestety. Lęku i złości. Ile trzeba łajdactwa w sobie nazbierać, by wykorzystując niezasłużenie otrzymane funkcje i wysokie pozycje we władzach kraju, by stać się tak bezczelnym i zadufanym w sobie, by ten spokój nasz, te prawo do odpoczęcia nam niszczyć?
Kraj ma wielką wojnę na granicy od Białorusi aż po Bieszczady, zresztą Białoruś w łapach okrutnego satrapy odgrodzona od nas zasiekami z drutu kolczastego. To nie są żarty – to codzienna rzeczywistość naszych granic wschodnich.
Wielkie, okrutne wojny zapaliły się od pocisków i bombardowań szalonego Pomarańczowego Starca i zbrodniarza wojennego z Izraela: od starożytnej Persji po cały Bliski Wschód. Netanjahu ostrzelał pociskami z białym fosforem ludność cywilną wbrew prawom wojny, które zabraniają używać tej okrutnej amunicji, jeśli istnieje ryzyko, że spadnie na terenach, gdzie może być ludność cywilna. A to dokładnie zrobił ten zbrodniarz wojenny, grabarz Gazy i Palestyńczyków.
Zbrodniarze naszego świata: Putin, Netanjahu i Pomrańczowy Starzec stoją nad olbrzymią beczką prochu z zapalonymi lontami. Beczki każdego z nich kryją ładunki atomowe i jądrowe. Czy podpalą? Uważam, że nie zawahają się, jeśli dojdą w swych schorowanych mózgach do wniosku, że ich plany się chwieją i mogą paść na śmietniku historii. Czym się różnią tysiące ofiar od milionów? Niczym prócz zer. Bo taką wartość w ich umysłach ma ludzkie życie: zera.
W takim świecie, w takim zagrożeniu znajduje się Polska. Naturalnie nie tylko Polska. Ale ona też. Bezpośrednio w każdej chwili zagrożona od Putina, najmłodszego z tych trzech starców, bo tylko 73-letniego jeźdźca Apokalipsy.
I w tejże Polsce toczy się od tygodni już szalona, nienormalna wojna polityczna o rozbudowanie i wzmocnienie polskich wojsk. Za czyje pieniądze, z kogo zasługi? Za jaką cenę? Od tygodni całych, od awantur sejmowych, nienormalnych spotkań z nienormalnym prezydentem i absurdalnej argumentacji skrajnej prawicy stetryczałego Kaczyńskiego. Do tego dołączył ostatnio ten tłusty wieprz ze stanowiskiem Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wlazł po prostu nachalnie w samo centrum dyskusji politycznej o podstawowych dla państwa sprawach. Prezes Banku, nie poseł, nie minister, nie senator, nie premier. Urzędnik państwowy. Banku, który od wielu już lat każdego roku ogłasza deficyt rzędu miliardów złotych. Nagle mówi, że znajduje miliardy, które mogą być użyte na rozbudowę armii i uzbrojenie. Więc jeśli gdzieś pod tapczanem te miliardy znalazł, to zgodnie z prawem musi tą nadwyżkę przelać na budżet państwa do dyspozycji rządu. Takie jest prawo, idioto. I w dodatku możesz być pociągnięty do odpowiedzialności karnej za składanie niezgodnych z prawdą raportów dla ministra finansów. Więc zaczyna się wić, jak żmija tłusta i pocić. Nagle wpada na pomysł: sprzedajmy rezerwy polskiego złota i będą pieniądze! Cudownie! Zastawimy drugą hipotekę na ten sam dom, który już ma hipotekę (owe deficyty Narodowego Banku Polskiego to właśnie ta pierwsza hipoteka). Genialny idiota, czy idiota zwyczajny? Jak to jest, że politycy bardzo prawicowi tracą mózgi i wszelką racjonalność, gdy prowadzą wojnę polityczną o władzę w państwie? Jest wszak coś, co nazywa się najzwyczajniej racją stanu. Gdzie spory polityczne nie maja prawa głosu, gdzie interes podstawowy państwa, to absolutny priorytet. Nieprzekraczalny, niedotykalny.
Otóż rząd wypracował w dyskusjach z Unią Europejska olbrzymią pożyczkę na wyjątkowo dogodnych, wieloletnich procentach ( 3%!). Bagatela, tylko 150 miliardów euro[i], lub 185 miliardów złotych. Tak, to jest pożyczka, daj wam boże jednak a takich warunkach taka pożyczkę dostać od jakiegokolwiek banku. Nawet nie na prawie 200 miliardów, ale na głupi milion – sam stanę w kolejce.
Szanowny (tak, to figura retoryczna, bo potwierdzam, że nie szanuje pana) Panie (P)rezydencie, stoimy być może w sytuacji, w jakiej Polska była między 1937 a 1939 okiem. Nie ma czasu ni miejsca na kłótnie i spory polityczne. To by się równało zdradzie narodowej. Gdyby pan prezes Narodowego Banku Polskiego znalazł legalne i konstytucyjne miliony polskich złotówek – ma pan już zapewnienie rządu, że też je zużyje na obronność Polski. Wiem, że pan nie znajdzie, bo z próżnego i Salomon nie naleje, ale gdyby … Tu pieniądze mamy już teraz. Czekające, gotowe. Trzeba tylko pańskiej kontrasygnaty a odpowiednim akcie sejmowym. Proszę stanąć na wysokości zadania Zwierzchnika Polskich Sił Zbrojnych. Albo wrócić na Wybrzeże do Grand Hotelu.