6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

6 Symfonia Czajkowskiego w Orpheum w Vancouverze

Bardzo dawno temu, bodaj w 2018 byłem z moim Johnem na koncercie Akademii Muzycznej[i].  w ‘Orpheum’ w Vancouverze Pamiętam świetnie, bo grali nie takie łatwe ‘Requiem”[ii]. W Akademii tej często wówczas gościłem i znałem wielu z młodych studentów z całego świata, wielu wykładowców. Wykładała tam wówczas (wykłada w dalszym ciągu w tej samej uczelni) dobra znajoma, pianistka polska Krystyna Tucka. I naturalnie zacny Kim Sun Lee, z którym prowadziłem często długie rozmowy.

Z przyjemnością więc poszedłem do tej naszej filharmonii posłuchać, jak się ci znajomi studenci na formalnym koncercie zachowają, czy nie ulegną zbyt dużej tremie. A nie ulegli, koncert był bardzo udany.

Minęło osiem lat i 1 marca 2026 w tymże samym Orpheum jestem znowu, by słuchać tegorocznych studentów Akademii Muzycznej. Tym razem program jeszcze trudniejszy, obejmujący różne style i epoki muzyki. I, naturalnie to jest już też następna generacja młodych muzyków.

Miejsce, swoim zwyczajem, zająłem na pierwszym balkonie w pierwszym rzędzie, na ostatnim fotelu. Stary zwyczaj, bo i widok całej sceny dobry i siedzą z boku mam możliwość robienia w trakcie swoich notatek, co później ułatwia spisanie wrażeń koncertowych.

Dodatkową miłą atrakcją była część pierwsza z pianistą Forestem Bensonem[iii]. Słyszałem o nim już coś, ale nigdy nie słyszałem jego gry.

Benson grał uroczą uwerturę z Magicznego Fletu Mozarta; Koncert Fortepianowy Nr5 F-dur, Op.103 Saint-Saensa.

Początek Uwertury Mozarta był zbyt delikatny, zbyt nieśmiały. Ale pianista szybko poczuł ducha tej radosnej muzyki, nadał jej właściwy nastrój i tempo.

Muzyka Saint-Saensa nie jest łatwa, to przedział epok muzycznych, przechodzenie z jednej do drugiej. Pełny koncert pianistyczny, więc z całą orkiestrą. I robi to bardzo dobrze. Nie stara się być gwiazdą, a raczej częścią tej muzyki, wespół z orkiestrą. Co mnie trochę zaskoczyło, to prawie niewidoczny kontakt dyrygenta (Ian Parker, ntb. z bardzo dobrym i cenionym życiorysem prowadzenia orkiestr) z pianistą. Oczywiście, że są obok: pianista słyszy orkiestrę, dyrygent słyszy pianistę. Tylko czasem warto ten kontakt wzrokowy ułamkiem sekundy utrzymać, wzrokiem dać znać kiedy i jaki akcent podkreślić. Gdy się jest kapitanem okrętu nie należy zakładać, że Pierwszy Oficer czyta w myślach kapitana … .  Nie mogę powiedzieć, że wykonanie by było lepsze, gdyby ten kontakt był zauważalny. Po prostu nie wiem, bo nie istniał przez większość gry. Może to moje stare przyzwyczajenia jedynie. Na usprawiedliwienie dyrygenta należy jednak przypomnieć, że pianista – choć młody – już z pewnym uznanym dorobkiem, zaś cała orkiestra to … młodzież muzyczna i na pewno więcej kontroli i opieki wymagała niż fortepian. Z sekcji orkiestrowych zdecydowanie należało pochwalić waltornie i oboje, dobre były skrzypce i altówki, na właściwym poziomie wiole i kontrabasy. Szczególnie duże uznanie oddaje młodemu muzykowi za bębnami – świetnie operował młoteczkami i jego ‘divertissementa-kanonady’ były majstersztykiem.

         To było małe, urocze tête-à-tête przed daniem gównym, małe soirée zanim otworzą się wielkie drzwi do bogatego salonu jadalnego. Dziś serwują 6 Symfonię h-moll Czajkowskiego. Symfonię, nomen-omen, nazwaną ‘Patetyczną’. Kompozytor nie wiedział jeszcze, że będzie ona ostatnią większą kompozycją. Na jego niebie zbierały się już czarne chmury spisku potężnych przyjaciół samego kompozytora, ale i przyjaciół dworu carskiego. Romantyczna miłość do syna potężnego arystokraty rosyjskiego zakończyła się sfingowanym pojedynkiem, w którym Czajkowski zgodził się być zastrzelonym[iv]. Nie nawiązując do romantyczno-tragicznych przyczyn śmierci Czajkowskiego, Ian Parker bardzo ładnie w słowie wstępnym wyjaśnił, że nazwa ‘patetyczna’ w języku rosyjskim ma nieco inne brzmienie, bardziej smutne i tragiczne niż w rozumieniu popularnym, et winno być odczytane, jako wielka, wspaniała, podniosła. Chyba wystarczyło takie objaśnienie.

Pierwsze adagio –Allegro non troppo. Dobrze bardzo zagrane. Zwłaszcza solo klarnetu przejmujące; kotły utrzymują i poniekąd narzucają bardzo dobre tempo. Dobra synchronizacja całej orkiestry, zapomina się, że to orkiestra młodych studentów – to po prostu muzycznie dojrzała orkiestra. Równe granie jednej sekcji instrumentalnej udziela się pozostałym sekcjom instrumentalnym. Odnosi się wrażenie, że sami to doceniają i słyszą, dodaje im to skrzydeł, pewności lotu. Przez moment tylko odnosi się wrażenie, że trąbki i tuba opowiadają jakby inna historię, LOL. Ale to moment tylko.

         Allegro con grazia trochę słabsze, brak ‘łagodności’, czułości tej muzyki, choć nie jest zagrane nagannie. Może pomieszały się szyki kto i kiedy dźwiękowi pozwala, jak ptaku ulecieć? Na szczęście nadchodzi moment uroczego walca, który – jak to walc –  który wszystkie instrumenty łagodnie i tanecznie po sali balowej, niczym wodzirej elegancko prowadzi.

Przychodzi finał. Adagio lamentoso. Jak w każdej szanującej się symfonii te ostatnie allegro musi nawiązać muzycznie do części pierwszej, podjąć główny temat muzyczny.

Odniosłem wrażenie, że ta krótka pauza między molto vivace a adagio lamentoso zbyt była krótka. Nie można z walca radosnego ot tak, przeskoczyć do lamentu. To dwa odległe świata emocjonalne, dwa kosmosy uczuć. Być może niezbyt wyraźnie odczytali ruch ręki dyrygenta, pospieszyli się? Gdy jedna sekcja zacznie, wszyscy muszą kontynuować. To tylko drobna uwaga, bom bardzo wyczulony był na ten utwór i jego całą otoczkę historyczną. Przy tym adagiu-lamencie powróciła myśl o młodym Czajkowkim, jego tragicznym romansie… .

Wracajmy do muzyki wszak. Ten finał grany był bardzo dobrze. To była jakby zapowiedź, przepowiednia tragedii, która zawisła nad życiem kompozytora. Fatum płynące, jak jęk, płacz w cieniu kanonady rewolwerowej.

Młodszy brat Piotra, Modest Czajkowski miał powiedzieć, że ta symfonia była ‘elegią po zabitym kochanku’. O tym właśnie myślałem smutno, gdy słuchałem ostatnich taktów tej symfonii w Orpheum.

Czy tak było naprawdę? Teorie jedynie, pół-słowa, szczątki wspomnień rozsiane po carskich i sowieckich archiwach, tak, jak pół-słowa i pół-prawdy o kochanym Fryderyku i jego miłościach i miłostkach …  

Na samym końcu pozostaje muzyka: piękna, szlachetna, smutna i radosna, porywająca i powalająca. Ot, sztuka.

Po koncercie spacer sobie zrobiłem w kierunku naszej Galerii Sztuki. Muzyka musiała się wlec za mną, niczym rozwiana peleryna romantycznego kompozytora. Bo tu nagle inna kultura, inna cywilizacja i inna muzyka grana na elektrycznych organach. Japońska artystka, i to w kimono klasycznym, grała przeuroczo przed Galerią. Posłuchałem, podziękowałem grzecznie, grosik wdowca do puszeczki wrzuciłem i poszedłem dalej stukając kijkiem po chodniku.


[i]Vancouver Academy of Music

[ii]„Messa de Requiem:; G. Verdi; 1874

[iii] Forest Benson, piano

[iv] Historia i kultura: Piotr Czajkowski (1840-1893)

Sprawa zakochania się w tekście literackim

Przedmowa tłumacza

Czasem literatura, zwłaszcza ta mi już znana sprzed wielu laty, potrafi mnie nagle zaskoczyć, zatrzymać w pół kroku. Każe wrócić kilka kartek, raz jeszcze je przeczytać. I odczytać tą samą treść raz jeszcze, powoli, z zastanowieniem rosnącym we wzruszenie niepomierne. 

To stało się już w końcowej fazie powieści syna wielkiego literackiego noblisty Tomasza Manna –Klausa. Zwłaszcza, ze jest to w dużej mierze powieść autobiograficzna. W autobiografii trudniej ulec wzruszeniu szczeremu. Wzruszeniu nie bibliofila, nie intelektualisty, a zwykłym człowieczym, czytelnika, który po prawdzie za powieściami od lat nie przepada. Nie oszukujmy się – mimo nielicznych prób oryginalnych – napisano już gdzieś i kiedyś, wszystko, co jest do napisania. Ktoś gdzieś, kiedyś się urodził, chodził do jakichś szkół, zakochał się, może wałczył na jakiejś wojence i na niej poległ ze zdumionym westchnieniem-pytaniem: to już? Może nie walczył, a pracował w biurze, może miał romans w tym biurze, może był odkrywcą, mordercą, filozofem, świętym nawet? Wszystko już było zapisane i opisane piórem bardziej lub mniej płodnym i wyrosłe spod talentu większego lub mniejszego. Gdyby te książki wszystkie w szeregu ustawić to, kto wie? Może nawet w Kanadzie od brzegu Atlantyku do brzegu Pacyfiku by miejsca nie starczyło? Coś na ten temat wiem, bom ją dwukrotnie od brzegu do brzegu przejechał.

A tu nagle te kilka kartek. Zapis krótki rozmowy młodego kochanka-przyjaciela do śpiącego miłośnika równie młodego. Przez to, że adresat rozmowy-wyznania śpi, przeto wyznanie szczere, pozbawione sztuczności, garniturku poprawności.

To wyznanie-opowieść byłbym i ja tym razem przeoczył, lub przeczytał pobieżnie. Ot, taki zwykły kolejny fragment powieści. A nie przeoczyłem. Bo i ja jestem od kilku lat innym człowiekiem, który sam siebie – tego nowego – odszukuje, poznaje. Wracam myślami do początków piękna wzruszonego, do delikatności i czułości niezwykłej, która w zdumieniu dotyka miłości napotkanej. Pragnie jej i boi się jej jednocześnie. Bo pamiętam teraz, że się wtedy jej bałem, mimo, że tak jej pożądałem. Bałem się by jej nie zrobić krzywdy, nie zadać bólu. I słusznie, że się tego bałem, bo teraz wspominając każdy dzień z tej wieloletniej drogi wspólnej – poznaję, że ból taki czasem zadawałem nie myśląc, że bólem być mógł.  Ani ja ani on nie byliśmy doskonali, choć ja przez fakt prosty, że starszy byłem dobrych kilka lat – pewnie tego bólu zadałem więcej.

Ale ten fragment powieści-wspomnień Klausa Manna, ta rozmowa-wyznanie wróciło mnie tak silnie do pragnień wyznania tej miłości raz jeszcze. Mój Chłopiec też śpi. I choć mój się nie obudzi – mogę mu tą powieść, moimi słowami opowiedzieć. We snach stale wszak rozmowy z nim prowadzę. Więc mu tą, jako naszą opowieść, swoimi słowami opowiem.

‘Swoimi’ w cudzysłowie, bo to jednak zapis Klausa Manna, tyle, że przeze mnie na polski przetłumaczony. Przetłumaczony bardziej z myślą o uchwyceniu tej pięknej czułości słów niż sensu srickto tłumaczenia formalnego.

tłumaczenie z angielskiego frag. powieści Klausa Manna „The Pious Dance – the adventure story of a Young Man”[i]

O – powiedział Andreas – opowiem ci wiele rzeczy, wszystko, co wiem. Wydaje mi się, drogi Nielsie, że wiem o nas wszystko. Jesteśmy parą dzieci, które wbiegły w las i nie mogą się odnaleźć w drugiej stronie tego lasu. Jedno z nas ma głowę wypełniona myślami i mgłą niepewności – ale drugi ma tak piękne włosy! Zaczarowana noc wypełniona gwarem, ciągotą i brakiem pewności umiejscowienia, zakotwiczenia. Niewidoczny księżyc skryty gdzieś za czarnymi chmurami. Nawet gwiazdy zgubiły swą pewność i sens, swój nieosiągalny cel, gdy podmuchy zefiru rzucają nimi w tę i we w tę. Pewnie to światełka z pobliskiej gospody, z oddali słychać warczenie psów obwieszczających swe proste sekrety. Słychać kumkanie żab. Wołałam twe imię, które jest Ugolino[ii].  ‘Ugolino!’ – wołam w przestrzeń. Gdzieś w tej pustce może i ty wołasz moje. Słyszę twój mruczący słodko głos z oddali. Ja jestem Kaspar. Ale nasze imiona nie odnajdują się, wiatr bawi się w kotka i myszkę ich sylabami, przerzuca nimi, jak piłeczkami: spotykają się i omijają w kirze powietrza. Kaspar nie widzi cię. Ugolino, jesteś osobny, zagubiony, zanikasz w cieniach krzewów – czasem jesteś w jednym miejscu, znienacka niczym drzewo nieruchome, ale on ponownie nie może cię rozpoznać; twój drzewny spokój jest tak inny od twojej ruchliwości i on przebiega ponownie obok. Ale ty jesteś stale jego azymutem, celem – gdyby nie ty, byłby zgubiony, Ugolino. Powiem ci wszystko. Nie powinieneś tego wiedzieć, ale twoje powieki zamknął sen, więc nie zrozumiesz tego. Noce były burzliwe i niespokojne. Opowiem ci o wszystkim, co przeszedłem tamtych nocy.

§

Było cicho, jakby ten młodzieniec w łóżku spał. Miał spokojna twarz i oddychał równomiernie. Głos opowiadającego spływał po śpiącym tak delikatnie, by go nie zbudzić.

-Jesteś lepszy ode mnie, gdyż jesteś bardziej ode mnie niewinny- szeptał w jego twarz- i stąd bardziej niż ja jesteś wybrany. Teraz wiem, że spokojne usta znaczą więcej przed Bogiem niż usta mówiąc. Świątobliwy człowiek więcej niż człowiek uczony. A kochające ciało jest wartościowsze od wykształconej głowy. A tancerz wartościowszy w oczach Boga od pisarza lub malarza. I, że ty jesteś bez skazy.

§§

To, drogi Ugolino, jest mój sekret, moja słodka pieśń – to bajka mojej młodości i moich burzliwych czasów – musimy być niewinni, a nie rozważni. Być wierzącymi, ale nie dumnymi. Kochający, nie pytający. Świat jest do bycia w nim, nie do jego zrozumienia. Tylko ciało i mieszkająca w nim dusza zbliża nas do Boga, a nie rozumujący umysł. To moja pieśń, słuchałem jej za dnia, żyłem nią nocami. Nie znam innej. Nie wiem, czy potrafię wymalować tym obraz, ale gdy nadejdzie ostatnia godzina, będę mógł powiedzieć: dziękuję za to, że teraz tu jesteś, zobaczyłem wiele. Mogę jej szepnąć: dziękuję moja droga czarna godzino, żeś o mnie nie zapomniała. Ja nigdy nie zapomniałem o tobie. Ta czułość, jaką miałem dla ciebie oczyściła moje występki. Ale ciało, którym mnie obdarowałeś, ta fizyczna skorupa, którą dałeś i którą oczarowałeś przytroczyła mnie do ziemi w radości i smutku. Bo z tym, z moim ciałem, kochałem wszystkie ukochane ciała wszystkich mężczyzn. Oto, dlaczego chodzę bezlicznymi ulicami z ciekawości i pożądania, ulicami, które się dla mnie otwierają – ponieważ pożądanie i ciekawość pozostały wierne. Droga godzino: kochałem życie, jak mi nakazałaś – było piękne.

§§§

Głos mówiący do śpiącej twarzy zamilkł. Andreas skończył opowieść i wsłuchiwał się tylko w głęboki ton oddechu leżącego obok przyjaciela. W międzyczasie zapadła głęboka ciemność.

Ale w tej ciemności głos odżył ponownie, słowa niczym krople spłynęły po ciele śpiącego.

Jakie to było dziwne, – rzekł głos do ciała – jak dziwne. Zanim cię spotkałem. Jakie poplątane drogi musiałem przejść. To była tortura. Ale głos przyrzekł mi kiedyś, że znajdę światło i zrozumienie. Czy teraz je znalazłem? Czy w końcu zrozumiałem? Ale serce boi się mi odpowiedzieć.


[i] z angielskiego tłumaczenia powieści dokonanego przez Laurence’a Senelick’a

[ii] trudno być pewnym, czy Mann użył tego imienia wspominając Dantego i Virgila, którzy nawiedzają w Piekle owego średniowiecznego tragicznego brygadiera Pisy o imieniu Ugolino. (przyp.mój)

Koncert w Vancouver laureata ostatniego Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 2025.

Koncert w Vancouver laureata ostatniego Międzynarodowego Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie w 2025.

Kiedy w 2025 roku Eric Lu wygrał słynny Warszawski Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, strasznie chciałem usłyszeć go ‘na żywo’. Nic, jakiekolwiek idealne i wyczyszczone nagranie studyjne nie zastąpi bycia na koncercie. To atmosfera i przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Słuchacz staje się, bezwiednie poniekąd, ‘częścią’ tego wydarzenia, tej muzycznej epopei.

Ale słuchając jego gry z nagrań właśnie, bardzo mnie zainteresował. Kogokolwiek i cokolwiek nie grał – grał trochę jakby inaczej, były rysy delikatne specyficznego rodzaju interpretacji utworów. Trudno nazwać takiego pianistę ‘dobrym’. Ktoś, kto doszedł już do ćwierćfinału tego Konkursu dobrym być musi. Koniec, kropka – inaczej w ćwierćfinale nie będzie.  O finale nie mówmy, tutaj pojęcie ‘dobry’ brzmi śmiesznie i nie adekwatnie. W finale pianista-interpretator musi uchylić rąbka i ukazać kawałek przynajmniej duszy artysty.

Na I Konkursie w 1927 nie przyznano V i VI miejsca; na XII w 1990 nie przyznano I (!) i powtórzyła się identyczna sytuacja na kolejnym w 1995; w 2005 na XV Konkursie odmówiono przyznania II i V miejsca; w 2010 nie przyznano VI miejsca. W kolejnych trzech Konkursach przyznano wszystkie czołowe nagrody.  I chyba słusznie. Ta ‘tradycja’ nie przyznawania trochę mi się nie podoba. Jeszcze I miejsce mogę zrozumieć – nikt ponad wszystkich się nie wyróżnił, nie był Primus inter pares.   Ale z tej kilkuosobowej grupy, którzy kolejne eliminacje przeszli nie wyłonić kolejnych szczebli finalistów wygląda bardziej na braki porozumienia wśród jurorów, a nie braki muzyczne uczestników. To raczej braki jurorów, które bywają często efektem zbyt nadmuchanego własnego ego.

Natomiast bardzo dobrą tradycją Konkursu jest dobieranie Jury spośród wybitnych światowych pianistów (w olbrzymiej większości), a nie muzykologów i akademików. Bardzo często są to byli finaliści poprzednich konkursów szopenowskich. O ile w latach wcześniejszych w samym składzie sędziowskim (głównie, jako Przewodniczący) zasiadali dyrygenci, teoretycy, muzykolodzy, o tyle od 1985 funkcje te pełnią wyłącznie znani pianiści, na ogół zawsze też finaliści tegoż Konkursu z lat wcześniejszych. Przewodniczącym jest zawsze polski pianista. Poza właśnie tym ostatnim XIX Konkursem, gdy Przewodniczącym był amerykański pianista Garrick Ohlsson. Ohlssona pamiętam do dziś z jego porywającej gry w 1970, a byłem wówczas ledwie początkującym nastolatkiem, smarkaczem w krótkich spodniach, LOL.

Innym wyjątkowym wydarzeniem z prac jury Konkursu, które świetnie pamiętam, był wielki skandal jurorów X Konkursu (1980), którzy usunęli (!) z finału Konkursu świetnego chorwackiego pianistę Ivo Pogorelića. Zwycięzcą tego Konkursu był znany wietnamski pianista Đặng Thái Sơn. Na znak protestu z Jury wycofała się wówczas argentyńska pianistka i wcześniejsza laureatka, wielka Martha Argerich. Lokalną ciekawostką jest, że tenże laureat X Konkursu, Dang Thai Son, mieszka obecnie u nas, w Kanadzie. A Pogorelić zrobił świetną karierę pianistyczną, w czym nagłośnienie tego skandalu X Konkursu niewątpliwie mu pomogło, LOL. Od siebie dodam, że bardzo mi się wówczas te jego interpretacje Chopina podobały. Tak jak masom melomanów wtedy w Polsce (otrzymał specjalną Nagrodę Publiczności).

Ale muzykę miałem wokół siebie w zasadzie od urodzenia. Olbrzymie pianino Steinway’a mieliśmy w głównym pokoju w Toruniu i jako berbeć uwielbiałem się pod nim bawić. Nie mam pojęcia, jak to mojemu dziadkowi Emanuelowi się udało, ale w czasie repatriacji z Wilna fortepian udało się załadować na jedną z furmanek i Sowieci pozwolili go zabrać, choć futra i widoczne kosztowności kradli, jak szaleńcy… .

A dziś koncertowy Steinway, to więcej niż 100 000 dolarów kanadyjskich i biedne Towarzystwo Chopina w Vancouverze[i] prowadzi zbiórkę na zakup własnego, bo w Orpheum[ii] w Vancouverze muszą wypożyczać ich instrument. No, dosyć wspomnień sprzed wielu, wielu laty z Filharmonii Warszawskiej lub sprzed czarno-białego telewizora, przed którym siedzieliśmy z babcią zapisując na karteczkach własne oceny poszczególnych pianistów.

Wracamy do starego Orpheum. Pogoda była podła, a kolejka do wejścia ciągnęła się spory kawałek (teatr przy głównym wejściu ma strasznie małe foyer i dostać się do środka zabiera sporo czasu) – ale warto było każdej zmarzniętej i zmokniętej chwili.  Jednocześnie umożliwiało to spotkane kilku znajomych, czasem chwilkę rozmowy: niezastąpiony Prezes Towarzystwa Chopinowskiego Patrick May, którego zawsze z radością spotykam, Iko Bylicki – menadżer tego Towarzystwa, jakże dla kultury muzycznej Vancouveru zasłużonego. Rozmowa z nimi krótka bardzo, bo jako organizatorzy koncertu naturalnie szalenie są zajęci. Wielką przyjemnością było spotkać starego dobrego znajomego, wychowawcy wielu pokoleń muzyków w Vancouverze, profesora Lee Kum Sing – Pamiętam szereg długich rozmów w korytarzach tej Akademii z tym zacnym pedagogiem młodych muzyków. Teraz właśnie słucham jego nagrania Largo z 3 Koncertu Beethovena i wydaje mi się, że odnajduję podobną subtelność gry, jaką wykazał się młody Eric Lu. Chyba sam się nieco starzeję, bo wolę dziś słuchać ‘muskania’ klawiszy niż puszczenie na klawiaturę tabunu koni …

Ale czas siąść. Czas słuchać muzyki, która zaraz popłynie ze sceny. Właśnie wychodzi na nią młodziutki, szczupły pianista, kłania się publiczności, my go witamy brawami, on siada za fortepianem. Otwiera nieco innymi utworami niż się spodziewałem: dwa nokturny Schuberta, nr 1 f-moll, opus 142 i nr 2 As-dur , opus 142.  Nokturn w f-moll smutny, nostalgiczny – jakby adekwatny do deszczowego spaceru na ten koncert. Ten nokturn ukazuje jasno, jak grać będzie. On te klawisze pieści, muska – one mu czule odpowiadają dźwiękiem. Trochę zaskoczony, że pianista siada na krześle, nie na typowej ławeczce fortepianowej, która zdecydowanie nieco ułatwia używanie wszystkich mięśni, w tym tych wokół kręgosłupa, swobody ramion. Jako, że po nokturnach ławeczkę przystawiono do instrumentu, zachodzi podejrzenie, że zwyczajnie nie mogli jej zwyczajnie za kotarami znaleźć … To głupstwo jednak nieistotne.

Po nokturnach Lu gra jeden z wczesnych polonezów (fis moll, op.44) Fryderyka, skomponowany jeszcze w czasie studiowania w Warszawie. Brzmi w nim nieco modny wówczas styl brillant[iii], który w dojrzalszym okresie paryskim Chopin odrzucił.

Uczta zaczyna się jednak po nokturnach i polonezie – przepiękna, romantyczna Ballada nr.4, f-moll, op.52. To już romantyzm bez ogródek – au revoir barok i klasycyzm. Lu zaczął grać pięknie, delikatnie, dźwięki wyważone, pełne. W całkowitej unii z nogami lekko tylko muskającymi pedały. Nie było tu żadnego wbijania tych pedałów, maksymalnego przedłużania lub wyciszania dźwięku. Muzyka płynęła, jak strumień po łące nad ranem lub o zmierzchu. To ballada dość trudna: wiele tematów muzycznych, zmian tempa. Tą balladą kupił już mnie kompletnie. Słuchaj i to wszystko! Nie wypatruj czy gdzieś zauważalny błąd, zgubienie czegoś – słuchaj sercem a nie rozumem. Więc posłuchałem tej rady na szczęście. Po to w końcu na ten koncert poszedłem – słuchać, marzyć i śnić sen muzyki, a nie po to by ten tekścik pisać. Ale nie napisać nic nie mogłem. Nie mogłem, bo Eric Lu mnie oczarował swym stylem delikatnym, ale nie kruchym, nie słabym. To pianista, który na pewno jeszcze jest u początku swej drogi muzycznej. Wszak artysta, który zdecydowanie ma coś do powiedzenia, coś do przekazania słuchaczom. Nie jest zdecydowanie jednym z wielu dobrych pianistów. Słowo ‘dobry’ w ogóle tu nie pasuje. To artysta, który muzykę kocha, czuje. I to się udziela słuchaczowi. Tego typu spotkania muzyczne wykonawcy i odbiorcy, są zawsze wyjątkowe, są przeżyciem emocjonalnym.

W drugiej części grał jeszcze jednego Poloneza (op.71, nr 2) i Nokturn nr1, op.27. Jednak perłą najczystszej bieli była jego Sonata h-moll, op.58, tworzona z przerwami w Nohant w posiadłości George Sand. Iwaszkiewicz opisał ten moment jego życia przeuroczo w swej znanej sztuce[iv], wielokroć wystawianej i filmowanej.

ad endum:

drodzy i mili rodacy w Vancouverze – wspomóżcie zacne i zasłużone bardzo Towarzystwo Chopina w ich marzeniu zakupu koncertowego fortepianu godnego najlepszych pianistów. Po tylu latach ich pracy, tylu koncertach – warto ten prezent im dać w podzięce. Jeśli ktoś może 10 000 tysięcy – fantastycznie; jeśli ktoś może tylko 10 lub 100 – też fantastycznie. Pamiętacie starą średniowieczną bajkę/legendę polską o wdowim grosiku? Czasem te skromne 10 talarków bardziej wartościowe niż te 1000, bo dane z serca i potrzeby ducha. Lubimy tradycję, lubimy historię polską: więc powtórze za Janem Czarnoleskim w jego „Pieśni o spustoszeniu Podola”: dajmy, a najprzód dajmy! Poniżej podaję link do tej zbiórki. Jest tam oryginalna propozycja ‘kupienia’ jednego (lub więcej) klawiszy tego konkretnego fortepianu. Cena klawisza nie jest olbrzymia, ale nie jest też skromna. Dla skromniejszych darczyńców podaję, że można wpłacić każdy ‘wdowi grosik’ bez używając tych klawiszy a robiąc tradycyjną dotację (zwykły przelew lub czek) – kliknij tutaj : Support | The Vancouver Chopin Society. Dla oryginalnej propozycji zakupu ‘klawisza’ (tu donacja jest ustalona specyficzna ceną) link tutaj: Homepage – The Vancouver Chopin Society


[i] The Vancouver Chopin Society | Live classical music concerts in Vancouver area

[ii] siedziba vankuwerskiej Orkiestry Symfonicznej w stylu ‘północno-amerykańskiego baroku’ – uroczy teatr muzyczny przypominający mi trochę ‘bombonierkę’ toruńskiego Teatru im. W. Horzycy

[iii] Styl brillant – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iv] „Lato w Nohant”, Jarosław Iwaszkiewicz, napisana w roku 1935/36

Drogi do Banff

Drogi do Banff

Droga do Banff. Droga z Vancouveru do serca Gór Skalistych; droga z Calgary z sercem pełnym pasji i miłości. Dwie drogi w dwóch bardzo różnych czasach i epokach.

Około czterdziestu lat temu jechaliśmy (ja i Mój Chłopak) pierwszy raz razem na Wigilię do hotelu w Panoramie koło Radium, mijaliśmy Banff po drodze. Długa, ale bardzo wygodna szosa #1 prowadziła prostą nitką do skrzyżowania z szosą 93 do tegoż hotelu. No właśnie – długa. Bardzo długa, gdy prowadzący i pasażer to dwóch młodych, zakochanych w sobie po uszy chłopaków. Trudno się przecież całować, gdy się prowadzi samochód na trasie szybkiego ruchu! Więc postojów było dużo. Oj …

Jakiś czas później, już porą letnią, jedziemy do Banff na dwa lub trzy dni łazikowania po okolicznych górach w uroczym wówczas małym Banff. Ba – jest ciepło na zewnątrz … a gorąco w samochodzie. No tak, też tych samych dwóch młodych, zakochanych po uszy chłopaków. W połowie drogi zjeżdżam w boczną, leśna drogę #64 do Sibbald Flats.  Znajdujemy cichy zakątek otulony młodym lasem świerkowym. Oczywiście, że się całujemy. I oczywiście, że na całowaniu się nie kończy. To tylko uwertura do całego Koncertu Pasji Młodości i Miłości.  Do Banff zajeżdżamy o zmroku, mimo, że normalnie jazda z Calgary, to nie dłużej niż godzina. Co zrobić – młodość i miłość to inne niż zwyczajne czasy. Inne zegary, inne doby.

Prawie cztery dekady później niespodzianie jadę do Banff z drugiej strony, znad Pacyfiku. Mój Chłopiec nie jest ani za kierownicą, ani na siedzeniu pasażera. Któregoś dnia, kiedy byliśmy na drugiej stronie kontynentu, nad Atlantykiem, uleciał mi w chmury. Zanim odleciał przypomniał mi jeszcze, że mnie kocha, ja wiedziałem, że jego kocham. No, ale uleciał. Jego czas się skończył. Też nie zupełnie jednak, bo po czarnych nocach rozpaczy zrozumiałem, że część jego została, zamieszkała we mnie. Tak długo, gdy mój czas odjazdu ostatecznego nie nastąpi. Może się wtedy spotkamy znowu, może nie. We snach, kiedy ze mną po odlocie rozmawiał, nie chciał mi tego jednoznacznie wyjaśnić. Więc nie wiem na pewno. Zobaczymy, lub właśnie może nie zobaczymy.  Póki jestem – to mam go stale w sobie. To mi wystarcza.

Jadę z przyjacielem, który ma się spotkać w Banff ze swoim przyjacielem z lat młodości jeszcze warszawskiej. Kiedyś był w Banff ale nie zna go aż tak dobrze, jak ja. Łazimy więc długimi kilometrami wokół zamarzniętej Bow River, wokół starego, monumentalnego Fairmont Hotel, gdzie kiedyś przed laty spotkałem i rozmawiałem z wielką gwiazdą Hollywood Jamesem Stewartem[i]. Idziemy do Banff School of Arts, gdzie kiedyś chodziłem na koncerty i gdzie bliski znajomy flecista Krzysztof Kaczka miał stypendium, gdzie kiedyś ja miałem dostać też swoje na pisanie – musiałem zrezygnować, bo inne wydarzenia w życiu nie pozwoliły na takie sabbatical.  Następnego dnia jedziemy do fantastycznego, mojego ulubionego w dawnych czasach, raju narciarskiego w Sunshine Village. Od czasu mojego wypadku samochodowego blisko rok temu moja lewa noga nie pracuje jak trzeba. W zasadzie spodziewałem się, że narty, zwłaszcza wysokogórskie, już nie są dla mnie. Aliści … nie ma lasu bez liści. Więc założyłem deski i … wio! Skłamałbym pisząc, że szusowałem, jakbym mógł rok temu. Ale radość jazdy mi zrobiły, mimo, ze chwilami bolesne i trudne. A potem kilka kilometrów do bazy już nie kolejka linową a droga w dół. Pierwszy i jedyny upadek miałem już przy parkingu, gdy się zatrzymałem by już odpiąć narty, źle chyba stanąłem i poleciałem na plecy, LOL. Następnego dnia pojechaliśmy nad Lake Louise i zamarzniętym na amen jeziorze złaziliśmy kilka dobrych kilometrów. Spoglądałem z ciepłym rozrzewnieniem na szczyty Mitry i Abberdeen, na lodowiec Victorii przy Lake Louise, hen po prawej ku Lake Agnes i przełęczy, którą kiedyś przechodziłem do Lake O’Hara i starego schroniska, gdzie przebywał kiedyś Jackson, jeden z malarzy słynnej Grupy Siedmiu; na moją ukochaną Mount Temple z bogami mieszkającymi na jej szczycie. Tym razem chyba naprawdę ostatni raz. Wiem, tyle już razy mówiłem, że gdzieś jestem ostatni raz … i nagle do tych miejsc wracałem. Ale tam już chyba faktycznie więcej nie pojadę. Ale jestem szczęśliwy, że pojechałem teraz. I w kompani serdecznej, dobrej.

A wracając zatrzymaliśmy się w Revelstoke na obiad w tym samym hoteliku, gdzie zawsze zatrzymywałem się z Moim Chłopcem, gdy jeździliśmy bardzo często z Vancouveru (mieszkaliśmy tu najdłużej) do Calgary odwiedzić jego rodzeństwo.

I to była historia moich podróży do Banff w Górach Skalistych.

poniżej link do historii malarzy z Grupy 7-miu

https://www.youtube.com/watch?v=7uSvO1PTbPY;


[i] James Stewart – Wikipedia – w Fairmont Hotel w Banff odbywają się od wielu lat Festiwale Filmów Telewizyjnych i na jednym z nich w latach 90tych Stewart zasiadał w jury festiwalowym.

Thomas Mann raz jeszcze. Z pytaniem.

“Tristana” Tomasza Manna było mi trudno czytać. Więlokroć po jednej-dwóch kartkach odkładałem zmęczony tym, znużony. W zasadzie zły, że pisze tym mieszczańskim językiem Weimaru. Gorzej – rzekłbym językiem drobnomieszczańskim z pretensjami do mieszczańskiego. Prowincjusze udający berlińczyków. Pytałem sam siebie, po co on to pisał, co gorsze: po co opublikował? On, Mann – pisarz extraordinaire.

Nudne, jak flaki w oleju, jedno z setek pisanych wówczas, a dziś niepamiętanych przez nikogo opowiadań drobnomieszczańskich. Taki pseudo-literacki bidermajerek: kanapa niby wygodna, ale pachnąca kurzem i upudrowanym potem i herbata koloru żółtej słomki (brrrr…) w filiżankach ustawionych na wylakierowanym stoliku a’la Ludwik XIV (kiepska kopia). Wiecie, taka wizyta, gdy bierze się udział w rozmowie tylko po to, by nie zasnąć ze znudzenia. Dlatego chyba czytałem tak po dwie kartki, z cichą jednak nadzieją, że gdzieś Manna-pisarza odnajdę.

                I nie pomyliłem się, nie zawiodłem, choć w niczym nie zmienia to mojej opinii o wstępie i sporej części opowiadania. Otóż nadchodzi (w końcu!) moment, gdy wysuszona z pragnień, marzeń i zdrowia (choć nie jest kobietą starą) pani Kloterjahnowa, za namową osoby bardziej jeszcze przegranej życiowo (nieudany pisarz i dość odpychający fizycznie), pana Spinella, zasiada za fortepianem. Po raz pierwszy od czasów dzieciństwa i wczesnej młodości.

Fortepian, Chopin, wizja Schillera – zmienia wszystko w okamgnieniu. Wraca za sprawą muzyki do tejże młodości i szczęśliwego dzieciństwa przy boku troskliwego ojca. Ich domu rodzinnego, który był oazą dobroci i bezpieczeństwa. Czasu, gdy była szczęśliwa, radosna; do Wagnera i jego pieśni o Tristanie i Izoldzie – arturiańskiego eposu z czasów Rycerzy Okrągłego Stołu.

Wie, że nie może, nie ma prawa ni podstaw narzekać na swoje małżeństwo, na statecznego i zamożnego męża mającego mir w otoczeniu. Ale tu, teraz w tym sanatorium za namową biednego pana Spinella zasiada do swojej muzyku, którą pamiętała ze świata tamtej młodości, gdy nie nazywała się Panią Klotherjahnową. Nie, wtedy była sobą, miała swoje własne nazwisko, miała swoje własne marzenia.  /…/

Więc jednak Tristan i Izolda, jednak powrót do tęsknoty, do marzeń o szczęściu, do schillerowskiego sehnsucht[i].

W dobrej literaturze na ogół zawsze gdzieś snuje się cień pytania, bez względu na zasadniczy nurt powieści lub poematu, o poszukiwanie siebie. O powrocie do dzieciństwa, do młodości i pytanie: co we mnie zostało dziś z tamtego mnie? Czy ‘zdradziłem’ siebie, czy pozostałem sobie wierny? Pamiętam tamtego, ale czy tamten by mnie dziś poznał? I nie chodzi wszak o osobę, raczej o osobowość.

Historia Frau Klotherjahn z „Tristana”[ii] Manna te pytania postawiła i przede mną. Nie tylko ta historia i nie po raz pierwszy. Nigdy nie jestem w stu procentach pewny, czy znalezione odpowiedzi były prawdziwe, lub czy były autentycznie szczere. Zakładałem, że były. Wydaje się, że kłamać sobie samemu jest bezsensowne. Ale może odpowiedzi były sentymentalnym chciejstwem, a nie logiczną i racjonalną analizą? I czy bycie jest istotne, potrzebne?

Czasem zmęczony jestem próbowaniem bycia. Znudziło mnie bycie sobą. Tyle lat już to robię. A bycie sobą wcale nie jest ani proste ani łatwe, ani niewymagające czasu. Wydaje mi się, że dla wielu to brzmi dziwnie: cóż jest prostszego od bycia sobą?! Przecież wystarczy rano wstać i już nic więcej. Nikogo nie musisz udawać, grać jakiejkolwiek roli, po prostu bądź sobą!

I zaraz wątpliwość się wślizguje w ten tok myślenia: a skąd wiesz kim jesteś? Czy jeszcze pamiętasz? Od dziecka pakują ci w głowę formułki, konwenanse, zasady, normy. Człowiekowi bardzo młodemu łatwo wpaść w tą rolę, ten algorytm. Ale czy to ty? Czy jesteś?


[i] Sehnsucht, by Veronica Esposito | World Literature Today

[ii] ze zbioru „Death In Venice and other tales”, Viking Press 1998; s.105

Zimowy spacer w Stanley Park

Zimowy spacer w Stanley Park

Moja Lost Lagoon w moim Stanley Park. Czy jesteś zagubiona, tak jak ja? Dlaczego? Co lub kogo zgubiłaś, kto cię zostawił, lub opuścił?

Ach, wiem – tęsknisz do swojego morza, do spotkania ze skałą Siwasha. Tęsknisz do swojego odwiecznego Salish Sea[i]. Teraz jesteś wodą słodką, a byłaś zawsze słoną. A ja, pytasz? Ja ide w moje, popłatane ścieżki mojego starego parku. Nie sięgam swoja ludzką pamięcią dni, gdy ty byłaś słona i szczęśliwa. Ale pamiętam i poznaje Twoje szuwary i trzciny z pięknymi brązowymi pałkami, pamiętam wyspy pływające kwitnących nenufarów. Pamiętam głodny dotyk ust i rąk młodych kochanków parna nocą lata w dzikich alejach parku otaczającego ciebie. Potem kąpiel  nocną nagich ciał na Trzeciej Plaży[ii].  Potem … .

Potem, już nie było potem. Potężne fale Atlantyku, po drugiej stronie mego kanadyjskiego świata, rozbiły, rozmyły ścieżki do potem. Wymyły ze stron słownika słowo ‘potem’. Potem jest pustką, a nie oczekiwaniem. Potem jest tym samym każdego dnia, każdej nocy. Każdego roku. Dni, noce i lata podobne do siebie, jak dwie krople wody, przemijają beż śladu, następują po sobie trochę niechciane, niepożądane. Czas nie jest ani złośliwy, ani bezwzględny. On po prostu jest, płynie nie zatrzymując się. Czas nie ma czasu dla rzeczy tak mało użytecznych, jak człowiek.

                Cedry w moim parku w Vancouverze trwają prawie wiecznie, nigdy po prostu być nie przestają. Nim skruszy je śmierć dbają, by z ich korzeni, pni zmurszałych wyrastały już nowe, młode cedry. Swoisty rodzaj reinkarnacji botanicznej. Z prochu, próchnicy człowieka nie wyrasta nic, na pewno nie wyrasta nowy człowiek.

Więc śpiewaj puszczo dumna hymn życia. Niech cieszą się strumyki żywej wody płynące pośród twych korzeni. Spłyną do Zagubionej Laguny i opowiedzą o katharsis, o odradzaniu się, o trwaniu.

Wszak i ty, laguno powrócisz do morza, lub morze przyjdzie po ciebie, przytuli, przygarnie, jak macierz pamiętająca, trwająca wiernie.

Ja tylko jeszcze parę wierszy napiszę, kilka wierszy innych poetów przeczytam. I to wszystko. Wiersze to też tylko słowa, nic więcej. Przyjdzie wiatr i je porwie. Może rozsypie te słowa, jak nasionka, w jakimś starym parku i może drzewa je posłyszą w poszumie swych liści nim pofruną podmuchem i upadną – niepotrzebne – na bruki miasta, które też już dawno temu umarło. Miasta, którego ulice i domy będą kruszeć i zacznie powoli je zarastać trawa, krzewy i młode drzewa.

Tempus transit et homo est impermanens[iii]


[i] wody oblegające Vancouver, to część tego morza; cieśninę między Vancouverem a Wyspą Vancouver koloniści brytyjscy nazwali Georgia Straight na cześć panującego wówczas króla Jerzego III.

[ii] plaże morskie w Centrum Vancouveru nazywane są liczbami: od Pierwszej tuż przy moście Burrard, przez Drugą na wysokości Lost Lagoon, po najdalej wysuniętą Trzecią.

[iii] czas płynie, a człowiek przemija.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Of Love mortal and immortal. O miłości wiecznej i odchodzącej. Year of changes.

Dec. 18.25 Moodswing Cafe

Strangeness of time

I am, I’m what’s left of us.

Me broken, stooped, and slower.

Me lesser of what were us.

Still here, still trying to be.

Submerged in constant little

battles bloodless, but mortar

nonetheless – the floor as any

battlefield strew with small

partial , dismembered corpses

of me: an arm raised here,

eyes lurking impatiently,

heaving chest, dark nipples

                waiting for your lips

                or fingertips

Monday after Friday,

daylight after dusk:

all out of their order,

timeframes, expectations.

Books opened, never read

beyond few pages, with corners

bended at their upper edges.

An old clock showing time gone.

Not winded, as it would somehow

mark the transit of space.

No shadow of you in new

apartment you never lived in.

                But come and kiss my belly,

                or touch it.

***

Rain, wind, coldness.

Christmas is coming

to wet and windy city.

Why is it coming uninvited?

What should I not buy you

as a gift? What will you

not cook for me again?

Bluish cold lights of huge

electric metal irises

stare at me sitting

at Moodswing Café.

A couple sitting behind me

laugh and touch themselves.

I smile and pretend not to be

offended by their tenderness.

But I am, of course! What

right do they have to enjoyment?

I can be not understanding,

to be angry, egoistic, to be void.

After all – it is Christmas time.

The joy, the hope … o, spare me!

Yet … I am void and alone,

empty and hopeless, silenced.

But the couple, their laughter,

their touching and sparkling eyesight

                makes me remember, feel and taste

                your kiss, touch.

****

It is so much more than silence,

emptiness and want unanswered:

the eons of nibbling your earlobes,

tasting the saltiness of your skin,

erupting hunger that was fed and fulfilled.

The Tree of Love is greenish with

it’s leaves even in the deepest

of winter; in the dryness of dessert;

the bareness of Himalayan peaks.

In the Hannukhahs of Judea,

the Euprhates of Babylons,

in the Brahmaputras seeking Induses,

and Blue Niles washing Sphinxes.

It is the tiny Elbow River

at the footsteps of Kananaskis,

where I undressed you

to marble nakedness, and

made symphony in the grass.

Our Judea, our Palestine,

our Vilno and Polesie,

our Manhattan and Piraeus,

and our tiny Bragg Creek, where

I tore your coverings off you.

                Your Frederickton and my Torun;

                Chopin and Patsy Cline.


(Melriches Cafe, Dec. 26.25)

Jesteś ciągle blisko,

choć co raz dalej.

Rozmawiamy codziennie,

ale co raz krócej.

Trudno mówić o światach,

które są obce:

                mój dla ciebie,

                twój dla mnie.

A przeszłość? Przeszłość jest tam:

za tobą i za mną.

I nigdy się nie zmieni.

Nie uleci z niej jeden dzień

i nie przybędzie jej jednej minuty.

Będziesz w niej na zawsze

i ja tamten będę w niej.

Tylko ja dzisiejszy

nigdy tam nie wrócę.

Są drzwi, do których

nie ma klucza,

które nie mają klamek.

Na zawsze zamknięte.

Z tym jest mi najtrudniej

się pogodzić, oswoić, uznać.

****

Zostają słowa biegające

nerwowo, wystraszone

od ściany do ściany,

od dnia do nocy.

Krzyczą, ale nikt

im nie odpowiada.

W ciszy toną we łzie

przemienionej w ocean.

Zimny, głęboki, bezbrzeżny.

Jak tamten, tam właśnie,

gdzie zbudowałem nasz

Fort Miłości, w którego

korytarzach i komnatach

nikt nie mieszka.

Może kraby o zmroku

tam spacerują, dyskutują.

Może za dnia przysiadają

mewy zdumione lub znudzone.

                Miłość cicha, smutna

                o zmierzchu i o świcie

                w białej sukni snuje się tam.

Za dnia skrywa się zlękniona

w gęstwie rachitycznego

lasku obok, który zmaga się

z odwiecznym oceanem,

by przetrwać jeszcze jeden rok.

    Żal mi tej miłości, że nie

   nie miała czasu doczekać ciepłej

  starości w fotelu wiklinowym,

z termosem ciepłej kawy obok.

                Prowadzilibyśmy długie

                wieczorne rozmowy, grzane

                tym ciepłem, tym spokojem.

                Może byśmy układali razem

                przednocnego pasjansa?

(by B. Pack-Gamalski, Vancouver, 2025)

Powrót do świata zewnętrznego

Powrót do świata zewnętrznego

Moja poezja wyrastała z wysokich traw naszej miłości. Nie była wyłącznie moja – była nasza, ja byłem po prostu skrybą, który ją notował. A teraz muszę się nauczyć pisać wiersze tylko moje. Po tych długich dekadach nie jest to łatwe. Tak mało mnie tamtego sprzed wielu, wielu lat nim spotkałem Ciebie, zostało. Gdzieś jakieś jądro, jakiś rdzeń, płomyk nikły jedynie.

Tylko, że ta przeszłość jest naturalnie moją teraźniejszością, nie wyparowała, nie zniknęła bez śladu. Jest naturalnym, explicite widocznym budulcem teraźniejszości. Świat każdego człowieka rodzi się tylko raz z odmętów niebytu. Co istnieje dziś jest zbiorem przeszłości, teraźniejszości i obietnicy przyszłości. Jedynie wtedy tworzy pełną całość, continuum bytu człowieczego. Odebranie jednej z tych sfer czyni nas inwalidą, człowiekiem niepełnym.

Bez względu na emocjonalne i intelektualne próby, ćwiczenia i zaklinania – przeszłość nie da się zamknąć w szufladzie, w walizce, w albumach zdjęć.  Więc zmuszony jestem albo wybrać milczenie lub samodzielne, na nowo odkrywane, odgrzebywane z kurzu dekad, samodzielne pisanie bez Ciebie – mojej gwiazdy przewodniej.

Jest to bardzo trudno oswajać na nowo słowa, zaklinać nimi świat wokół siebie i na odległych kontynentach, planetach innych kosmosów wyobraźni. Czas uwolnić Cię (i się) z mojej troskliwej, a zazdrosnej obecności. Czy jeszcze potrafię? Pojęcia nie mam. Dałeś mi życie na powitanie, zostawiłeś śmierć na pożegnanie.  Nie mnie jedynie i nie Tobie tylko to się zdarzyło. Ale wcale dla nas nie jest to w niczym pomocne. Każdy tą drogę inaczej i na nowo odkrywa, bądź pozostaje w miejscu.

Ten trudny, krnąbrny (inaczej go napisać nie potrafiłem, gdyż krnąbrnie nie chciał być napisany i każde słowo z uporem wzbraniało się stanąć w szeregu zdania, opisu, refleksji) wiersz ma być cezurą nie tyle formy zapisu poetyckiego, ile mojej poetyki in corpore. Bardziej to chyba zaznaczać się może w emocjonalnej treści niż w sposobie zapisu jako takim. Wszak nie odcinam się (bo jest to niemożliwe) od swojej, naszej przeszłości. Po prostu musze żyć, a więc i pisać, treściami teraźniejszości. Samodzielnie, bez używanie Ciebie, jak swojej peleryny, płaszcza, mojego oddechu i nowej fabuły życia. Nie możesz mnie więcej za rękę prowadzić. Dawać mi spokoju i pewności, która jakże ułatwiała pisanie. Byłeś moim Domem – teraz muszę sam nowe meble wstawiać, robić zakupy dla siebie, nie dla nas. Naturalnie, że nigdy nie zapomnę. Ale nie mogę zamknąć się w przeszłości, mimo, że tak łatwo i tak miło w nią uciekać. Nie wiem też czy mi się to uda, czy potrafię pisać nowe wiersze, gdy pisać już te napisane od dawna jest zamkniętym rozdziałem. Bezwzględnie ciągle dużo jest jeszcze tych, które bieli kartki niezapisanej nigdy nie zobaczyły. Może jednak nie powinny. Może należą do tamtego, nieistniejącego już świata. Te, które zapomniałem zapisać – należy zostawić, pozwolić im ulecieć gdzieś, w swobodę nieładu i nieistnienia. Żaden chyba poeta nie zapisał wszystkich swoich wierszy, bo nie sposób, tak jak kompozytor nie jest w stanie zapisać każdej muzyki, która stale mu w duszy gra. Gdyby tak było, poeci by przestawali pisać bardzo wcześnie, a kompozytorzy, po którejś sonacie by milkli.  Wszystkiego jest naprawdę ograniczona ilość.

A więc ten wiersz, ten właśnie muszę napisać, by mógł zobaczyć świat i abym ja mógł go przeczytać.

By Ciebie uwolnić od mojej słabości, zależności, mojego głodu nieustającego. Pewnie dlatego jest taki krnąbrny, tak ze mną walczący.

Calgary, AB. 1986-94; Burnaby/Surrey, BC. 1994-2018; Dartmouth. N.S. 2018-22

Czas uwolnić Twoja dłoń, wiem, że muszę

przestać ją zamykać w mojej silnie,

aż do bólu kostek nadgarstka.

Prawda, nie wyrywasz jej z mojej,

nie chcąc zadać bólu ponad

moje granice zniesienie bólu.

Ale musze Ci pozwolić odejść.

Brzoza, którą zasadziłem pod naszym

oknem wyrosła wysoko, zdrowo.

Nie wymaga już mojej opieki,

sięga nad okna naszej sypialni.

Daje poszum, cień nowym mieszkańcom.

Ty też już zmęczony być musisz tym

wracaniem częstym do brzegu mojego

łóżka, nasłuchiwaniem czy płaczę,

czy śpię. Możesz przestać, zasłużyłeś

na spokój. Nauczyłem się chodzić,

głaskać korę drzew, nauczyłem się

głaskać ludzi dotykiem słowa.

Nie umiem jeszcze kochać. Zaiste

jednak mało jest ludzi, którzy

potrafią wszystko. Wszystko, to bardzo

dużo. Mnie już przecież wszystkiego też

nie potrzeba, moje wędrówki są

krótsze, moje wspinaczki złagodniały.

Chmur na niebie ni gwiazd nocy dotykać

nie muszę: znam ich materię, energię.

Wystarczy. Nauczyłeś mnie tylu

rzeczy i tylu żyć. Poznałem śmierć.

Zwalniam mój zachwyt Twoją dłonią,

otwieram rygiel drzwi i okiennic:

idź, gdzie Twoja droga wiedzie, nie patrz

wstecz. Może kiedyś spotkasz mnie znów

idącego tą samą drogą do

Ciebie. Nie wiem, ale Ty powinieneś już.

Ta wiedza ciągle dla mnie zakryta.

Ale droga, którą szliśmy dotąd

doprowadziła nas do łąk szczęścia.

Więc idź. Czas byś spokojnie zasnął Ty.

/ B. P-G, grudzień 2025, Surrey/

Teatr zaiste Wielki – rok dwóch Jubileuszy

Teatr zaiste Wielki – rok dwóch Jubileuszy

29 listopada w Warszawie. Gdzie? No jakże gdzie? Senatorską dojdziecie od Ujazdowskich lub z drugiej strony od placu Bankowego. Taki wielki gmach z kolumnadą podwójną i rozszalałą kwadrygą na szczycie. Pędzą te konie, aż piana spada im płatami po bokach! Jak to czemu pędzą? No przecież nie mogą się spóźnić na własne podwójne urodziny! Dwieście lat i sześćdziesiąt. Te pierwsze to od narodzenia, a drugie od odrodzenia.

Melomani i muzycy pewnie już wiedzą, o czym piszę, a ściślej, o jakim budynku, o jakiej instytucji.  Innym podpowiem – o Wielkiej Instytucji, tak w wymiarze materialnym, jak i emocjonalnym, duchowym.

Teatr Wielki i Opera Narodowa.

Może nie jest w powszechnej świadomości z tego znany – a jest raczej zdecydowanie wśród muzyków i melomanów – ale warto wiedzieć, że to największy na świecie budynek/kompleks operowy. Ilość podziemnych pracowni, maszynowni i dziesiątki (pewnie setki!) pracowników przekracza normalne wyobrażenie instytucji teatralnej.

Ani wspaniała stara La Scala, ani przecudny budynek Opery Paryskiej, ikoniczna bryła Opery w Sydney, ani marzenie solistów- Metropolitan Opera w Nowym Jorku nie mogą się z warszawską Operą kubaturą mierzyć.

To tu śpiewała Ada Sara, legendarna primadonna przedwojennej Warszawki. Tu spędził swoją całą karierę, a to ewenement wśród solistów operowych i baletowych, którzy zawsze szukają nowego engagemount po całym świecie, by zwiększyć międzynarodową sławę, wielbicieli i … apanaże. A ten, choć znany i uznawany za jednego z najlepszych basów świata – uparł się, że tylko tam. Naturalnie mówię o Bernardzie Ładyszu. Jedyny polski śpiewak, który nagrał płytę z primadonną wszechczasów, Marią Callas[i]. Tutaj dyrygowali bodaj najlepsi dyrygenci naszego globu, kompozytorzy. Z tą sceną związani byli wybitni polscy kompozytorzy – gwiazdy pierwszej wielkości na muzycznym firmamencie świata: Szymanowski i Penderecki. Tu śpiewała wspaniała sopranistka Wanda Wermińska, która we wczesnej młodości scenicznej występowała w Budapeszcie u boku legendarnego Szalapina. Maria Fołtyn, w 1953 odegrała na tej scenie wielką interpretację Haliny w produkcji „Halki” Moniuszki pod dyrekcja samego Leona Schillera (1953) – lata później obwiozła tą „Halkę” po całym świecie, by ten klejnot polskiej muzyki operowej rozsławić.

Tych kilka słów, to wszak jedynie muśnięcie warstwy operowej – Opery Narodowej. Wszak ten kompleks, ta Instytucja Kultury to też Balet Narodowy, to Teatr Narodowy (teatr w tradycyjnym, nie muzycznym wymiarze literackim).

I znowu najsłynniejsze nazwiska sceny teatralnej się sypią, a wśród nich bardzo kontrowersyjna, ale i niepospolitego talentu – Adam Hanuszkiewicz. Uczył nas przez kilka dekad, że dramat narodowy (ale i dramat światowy) można interpretować zupełnie inaczej. Pokazywał ostentacyjnie ‘figę z makiem’ krytykom i publiczności stołecznej. Czasem wydaje mi się, że tak się do tej roli kontestatora przyzwyczaił, iż robił to nie zawsze z potrzeby artystycznej, a ze zwykłej przekory: mam was w …, nie chcecie to nie musicie oglądać, zostańcie zastygłymi w czasie durniami-szlabonami. Przykładem bodaj najgłośniejszym była inscenizacja narodowej ikony Romantyzmu „Balladyny” Słowackiego. Balladyna na motorze na scenie Teatru Narodowego – obrazoburcze (jak na tamte czasy)![ii]

A Balet Narodowy? No a gdzie zacząć? Od kogo? Jerzy Gruca, Stanisław Szymański, Gerard Wilk, Waldemar Wołk-Karaczewski … nazwiska się sypią z szuflad pamięci tancerzy i tancerek wspaniałych. Wielką szkodą było nie pozyskanie dla pierwszej narodowej sceny baletowej wielkiego reformatora baletu Conrada Drzewieckiego, światowej sławy choreografa. Ale lata PRL to były czasy, gdy ludzie ze sztuką nie wiele mający wspólnego często podejmowali decyzje personalne z powodów tylko dla nich zrozumiałych[iii].

Na tej zaczarowanej scenie tańczyła moja ciotka, Bożena Gadzińska-Pacak. Wiele lat później jednym z czołowych koordynatorów Baletu Teatru Wielkiego został mój znajomy z lat mojej młodości Paweł Chynowski. Kiedy się poznaliśmy był najbardziej szanowanym krytykiem muzycznym z regularną szpaltą w popularny dzienniku „Życie Warszawy” i wielu pism specjalistycznych w tym temacie w kraju i licznych publikacjach zagranicznych. Wespół z Satanowskim doprowadzili do nadania baletowi Teatru Wielkiego samodzielnej pozycji Baletu Narodowego, niezależnej od Opery i Teatru. Nie przypuszczałem wówczas, że karierę zawodową zakończy na samym szczycie choinki narodowej kultury. Z tych wspomnień wyłuskuję też poznanie w Ciechocinku legendarnej Wandy Wermińskiej (wówczas już po zakończeniu kariery śpiewaczki). Spacerowałem z babcią po ciechocińskim Parku Zdrojowym, a tu nagle jakaś korpulentna pani krzyczy: Pani Wandziu, jak miło panią zobaczyć! Okazało się, że sopranistka znała babcię od lat bardzo dawnych. A mnie udało się wówczas poprowadzić z nią bardzo długą rozmowę. Z innych znajomych związanych z tym Teatrem był znany polski kompozytor i dyrygent Henryk Czyż, który na oczątku lat 60. ubiegłego wieku dyrygował w Operze Narodowej[iv].

            Ostatni raz byłem w naszej cudownej Operze Narodowej w 2018. Wybrałem się tam z mim siostrzeńcem Damianem na fascynującą operę Verdiego „Nabucco”[v]. Grana jest tam non-stop w każdym sezonie od 1992 roku. Nie wiem jakie sceny światowe tak „Nabucco” jeszcze wstawiają – z rozmachem, przepychem godnym splendoru Babilonii Nabuchodonozora. Na scenie pojawiają się żywe konie … ze własnej stajni Teatru Wielkiego, który jest ich domem! I w specjalnej windzie tam zbudowanej, która wwozi je prosto na scenę. Cóż więcej powiedzieć można? Która opera na świecie ma własne stajnie?


[i] Bernard Ładysz – wybitny śpiewak bez formalnego wykształcenia

[ii] “Balladyna” Słowackiego, reż. Adam Hanuszkiewicz – Renard Dudley — Google Arts & Culture

[iii] Conrad Drzewiecki – Wikipedia, wolna encyklopedia

[iv] Henryk Czyż (muzyk) – Wikipedia, wolna encyklopedia

[v] Nabucco : Teatr Wielki Opera Narodowa