Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Jakże łatwo pisać wiersze o plażach nad oceanami, o śpiewie ptaków, o muszli opowidającej bajki z głębin. Tak siedzieć sobie na trawie lub w ulubionej kawiarence i skrobać o kolorach zachodzącego właśnie słońca. Obserwować kolorowych, pięknych i zgrabnych ludzi przechodzących gwarną ulicą pod oknem tej kawiarni. Lub o starych ulicach patrycjuszowskiego miasta, z nadgryzionymi zębem czasu kamienicami pełnymi zamożnych sklepów na parterach. Łatwo zaiste.

I jak łatwo wtedy nie spostrzegać biedy, nędzy i brzydoty, która obok chyłkiem się przetacza. Cienie wyniszczone plagą miast tego kontynentu-państwa: chemicznymi używkami. Gdzież tam zabawna marihuana!  To dla dzieci prawie lub starców. Ta od lat tu panująca plaga zamienia ludzi w zombi. Spędziłem dzień jeden (wbrew ostrzeżeniom, że to nadmierne ryzyko) chyba blisko rok temu w samym centrum tego piekła w okolicach starej biblioteki na Hasting Street w Vancouverze[i]. Ale widzę to codziennie wieczorami z mojego balkonu w starym New Westminster, mijam ich za dnia w w tych samych zakamarkach na Columbia Street, czasem widzę jak karetki i policja ratują ich przed zapaścią. Żyją, jak cienie. Nikt z nas nie zauważa, kiedy niektóre z tych cieni nagle znikają, rozpływają się w powietrzu. Któż by zauważył – są przecież tak do siebie podobni.

Wieć daję im też swój ‘brzydki wiersz’ o brzydocie bogatych miast, ‘smutny wiersz’ o smutnych ludziach.

Smutny wiersz

Ludzie budzą się, wstają

z nocnych ławek na ulicach

starego miasta nad szarą rzeką.

Otrząsają srebrny kurz

z gwiazd zawieszonego

nad nimi nieskończonego nieba.

Skrzętnie zbierają swoje

bogactwa pudełeczek .szmatek,

okruchów chleba i ciast.

Prostują zastygłe kolana,

głowę przytroczoną do

wiecznie zgiętych, jak polne

żurawie, karków życia.

Do zmroku będą spacerować

od skrzyżowania do skrzyżowania,

zatrzymywać się przed szybami

wystawnych sklepów, salonów.

Czasem znajdą coś ciekawego

w płytkich czeluściach małych

śmietników skrytych pod

drzewami, koło klombów

patrycjuszowskiego grodu.

Czasem to coś będzie miało

dla nich praktyczne znaczenie:

niezupełnie złamany parasol,

puszka lub butelka po napoju,

które będzie można zamienić

w skupie na kilka srebrników.

 Na chodniku pod koszami

będą zbierać pety papierosowe.

Można z nich zrobić całkiem

solidne skręty i zapalić

niczym angielski lord w klubie.

Budzi się miasto wielkiego,

zasobnego w naturalne bogactwa

kraju i przestrzeń zamkniętą

tylko trzema oceanami.

B. P-G sierpień 2026


[i] The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem – > > Pogwarki < <

Polskie deja vu

Bogumił Pacak-Gamalski

Oglądam i słucham codziennie wiadomości. Zawsze byłem ‘zwierzęciem politycznym’, na szczęście nigdy nie byłem politykiem. Często bywałem działaczem społecznym, co o politykę i polityków się poniekąd ociera. Mea culpa. Ale trudno zupełnie ją w życiu odrzucić, gdy jest wszędzie. Chcąc cokolwiek dla innych zrobić lub zwyczajnie choć nieco rzeczywistość nagiąć do własnych wyobrażeń i dążeń – bez ocierania się o tą brudną politykę nie sposób. Choć przy okazji pobrudzić się łatwo. Cóż, trudno.

Mam więc zawsze (z wiekiem silniej to występuje, bo naturalnie z biegiem lat bagaż zawodów wobec polityków staje się cięższy) duże nadzieje wobec polityków, którzy te nadzieje budzą wiedząc, że w większości wypadków się na końcu rozczaruję. Na usprawiedliwienie trzeba jasno powiedzieć, że nawet najlepsze intencje tej pani czy pana, którzy za politykę się biorą z czasem ulegają wyjałowieniu w zetknięciu z twardą rzeczywistością politycznej walki z przeciwnikami lub nawet sojusznikami, koalicjantami. W sumie najłatwiej to mają s…rwiele dyktatorzy i typki, które kompletnie w nosie mają przepisy i konstytucje. Czyli ci, którzy demokrację używają do zdobycia władzy, a po wygranej tą demokrację zamykają w Domu Wariatów za żelaznymi drzwiami i oknami z kratami.

Od czasu pewnego nikt mnie tak nie cieszy, a budzi z letargu, jak obecny Marszałek Sejmu RP, pan Włodzimierz Czarzasty. To stary wyjadacz politycznego chleba lewicy. Zaczynał, jako smarkacz jeszcze za nieboszczki PRL. Było to może i niechlubne – ale mówienie, dziś, że każdy młody chłopak czy dziewczyna, który do ZMP (młodzieżowa przybudówka PZPR) należał był świnią i zdrajcą, jest kłamstwem. To byli młodzi ludzie, często ze środowisk robotniczych, którzy kończąc szkoły, na ogół studia też, myśleli, że można to naprawić, że idee są dobre tylko źli wykonawcy. Prawda jest taka, że i wykonawcy nie wszyscy byli tacy źli. To właśnie idee były kompletnie złe. Do d…py, zwyczajnie. Ale zrozumieć to, gdy ma się lat 18 lub 20 i nigdy nie żyło się w kraju demokratycznym, a od urodzenia właśnie w tym PRl jest więcej niż niemożliwością. Szczęśliwi, którzy żyli w rodzinie i środowisku inteligenckim, wręcz anty-komunistycznym, anty-sowieckim.

Czarzasty nie ukrywa tego, ba! podkreśla, że jest politykiem lewicowym (w moim życiu przekonałem się, że Lewicy ufać można najbardziej jeśli chodzi o sprawy socjalne). Czy bym chciał aby Lewica tworzyła rząd w moim kraju? Chyba nie jednak – ale bardzo bym chciał by była takim języczkiem u wagi, by bez jej głosów rząd by tracił swoją parlamentarną większość.

Dzień czy trzy temu wysłuchałem pasjonującego wystąpienia pana Marszałka Czarzastego na spotkaniu z młodzieżą z całego kraju. Gdybym tam był osobiście (nie byłbym, bo młody nie jestem i politykiem też nie, LOL) bym z radością na stojąco bił brawo. Idee, tak! Wizje, tak – trzeba je mieć, trzeba w nie wierzyć. I trzeba czasem o nie zawalczyć. Niech młodzi nie machają ręką, że ci ‘starzy’ u steru władzy, te zgredy nigdy im na to nie pozwolą. Nie patrzcie na tych zgredów. Sami po swoje prawa sięgajcie, trzymajcie ich za ‘wyborcze gardło’, by obietnice spełniali. To chodzi o wasze życie, o waszą przyszłość.

Pokolenie waszych dziadków i pradziadków walczyło o Polskę w 2 wojnie światowej, waszych rodziców (ja) miało swoją ‘Solidarność’ – teraz czas na wasze pokolenie. Historia daje wam szansę wziąć ster i lejce we własne ręce. Tak, skoczcie bez siodła na grzbiet tej starej kobyły Historii i poprowadzcie ją na świeże pastwiska.

Poniżej te porywające wystąpienie tego mądrego ‘starego zgreda’ Marszałka Czarzastego.

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Co mam ci powiedzieć kraju, który opuszczam, z którego odjeżdżam? I odjeżdżam wiedząc, że pewnie nigdy nie wrócę do twoich brzegów trzech oceanów, miast bardzo starych i ledwie zbudowanych wczoraj. Do gór niebotycznych, które są fragmentem  pasma górskiego od Arktyku do morza Beringa.

Znam twoje pszeniczne prerie, znam błękitne oczy Wielkich Jezior, twoje zanikające wielkie lodowce użyźniające aż trzy oceany. Kraju, który był tak wielki, że bez problemu znalazł miejsce dla jednego wędrowca ze Starego Kontynentu. Szczawie po prawdzie, żółtonosa pewnego, że wie wszystko. A przecież nikt nie wie wszystkiego! Tyle, że on tego jeszcze nie rozumiał, nie znalazł odpowiedzi w tej swojej mądrości książkowej.

Nie irtytowało cię to jednak ziemio Klonowego Liścia, uśmiechnęłaś się tylko, zamyśliłaś. Później , gdy był pogrążony we śnie szepnełaś mu na ucho: dam ci więcej niż trzy oceany, wyżej niż góry niebotyczne i płaszcze lodowców – dam ci Miłość. Męża, kochanka, przyjaciela. Dam ci życie.

I stało się. Porwał mnie niezbudzony, trzydziestosześcioletni sen szczęścia niepojętego u boku tego, który wypełnił moją tęsknotę młodości. Miałem wszystko, byłem najbogatszym człowiekiem na ziemi.

Tym mnie, ziemio kanadyjska obdarzyłaś. Naturalnie, że wiem, że ani życie ludzkie, ani nawet życie gwiazd i konstelacji niezliczonych nie jest wieczne. Moje szczęście się dopełniło i cicho zgasło pewnego dnia. Każde kiedyś gaśnie.

I za to wszystko, te spełnienia i sny, i śmiech radosny, łzy czasem, za życie, które było ciekawe  w klamrach tych trzech oceanów – dziekuję ci ziemio kanadyjska. Byłaś dobrą przybraną matką dla wędrowca bezdomnego.

Teraz czas wrócić do steranej, zmęczonej matki Starego Kontynentu. Jeszcze jej trochę bajek naopowiadać, histori nieskończonych. Niech też się uśmiechnie.

Back to the ships – powrót na statek

Back to the ships – powrót na statek

(Polish language version in the last section)

My last Journey Of Memory, last major saying ‘goodbye’, au revoir. Trails of past 50 years. Perhaps the most poignant – big part of my daily life since 1994: BC Ferries ships and Terminals.

Some of the ships are gone having served hundreds of thousands passengers, as the old, venerable V-class vessels:  ‘Victoria’, ‘Vancouver’, ‘Saanich’ and ‘Esquimalt’; the Queen of ‘Burnaby’, ‘Nanaimo’ and ‘New Westminster’ were the C-class[i]. Next ones came the workhorses of the entire fleet: ‘Spirit of BC’ and ‘Spirit of Vancouver Island’ where I spent most of my career.  These large ships were also built in British Columbia and given the Class-S specification.  Both of them went in 2017 to Poland to undergo a major half-life refit and an addition of liquefied natural gas propulsion alongside the traditional heavy oil.

It is important to notice that all these ships were build by Vancouver, Victoria and Esquimalt shipyards. The shipyards are now long gone memory, thanks to misguided policies of all past governments both provincial and federal and (not to be forgotten) thanks to a new USA import – new President of the BC Ferries, Mr. David Hahn, who forbade the corporation to order new ferries from Canadian shipyards – he is gone now and not missed.  

The next major purchases were the three large Coastal Class ferries built in Germany in 2008: ‘Renaissance’, ‘Celebration’ and ‘Inspiration’.  Not my favored ones from the point of view of catering operations due to the ships convoluted internal design of lounges and catering services – but otherwise good and sturdy large vessels.

The last major purchases were the modern ferries build in Poland: these four smaller ships (‘Raven’, ‘Orca’, ‘Heron’ and ‘Eagle) have surprisingly large capacity of nearly 600 passengers. They were given Salish/Class designation. They were built in 2016.

There are still many smaller ferries operating on many other small routes to numerous islands, and one large sailing all the way from Port Hardy to Prince Rupert with connection to Haida Gwaii –  but that is another long story for other time.

                Monday on the 22nd of June I went back to the ships, to the Terminal in Tsawwassen, to the place I spent a big part of my life. The first surprise was the ticket Agent, who sold me the voyage. I have heard that almost no one from ‘my times’ is still working. Well, the agent looked at me and said: Bogumil?! How nice to see you again! Speaking of anonymity, LOL.  I didn’t want to go the regular way with the passengers, but to be with the crew, at the dock. Right by the luggage rack I met a Van Driver from the ship – of course I worked with him years ago and we laugh about me ‘coming back to work’, LOL. Then I went to spent a silent moment to the bench and cement block filled with soil and some green living arrangement – our memorial to a dear friend and steward from many, many years ago, who suddenly passed away, too young and  before his time. My John was particularly close and fond of him and we did many outings together to Downtown Vancouver for some fun time.

Back at the birth good laughs and jokes with the Chief Steward, Chief Cook, some deckhands and officers of the ship with whom I did worked. Speaking of anonymity again, LOL. And some of ‘my children’, as I called my crew on my last summer with BC Ferries.

Of course, there were people .whom I did not know and who did not know me. Including – out of all of the crew, LOL – the Captain of the ship.  Although I must say that it wouldn’t have happened back in the ol’ days. At that time (especially in the early years) most crew advanced their career while working onboard from the lowest position: from the deckhand to the captain, from catering attendant to the chief steward, from 3rd engineer to the chief engineer. But it was very long time ago and things were changing gradually over the years, probably for the best in many cases.

Walking through the ship, visiting the ‘command centers’ of the enterprise – Main Galley (that means kitchen – for you poor civilians, LOL), Chief Steward Office (that brought a lot of memories, LOL) which is not, as many travelers probably think, simply a Tourist Information Booth (although it is that, too) but a very busy place – a main office of a very large and expensive enterprise. It always amazed me how two or mostly three people (if you include the Chief Cook, who is part of the structure – that would be four people, but Chief Cocks don’t have time to spent too much time in the office, their ‘office’ is the Main Galley) manage to replace easily five or six clerks, accountants, office managers that usually would do the job in buildings on land. But I will not expand on that subject… LOL.

The last one was very pleasant visit with an old friend on the Bridge, the Chief Officer on this watch. My God! I remember him as a very young boy, who just started on the Ferries, straight from school. Now he is second in command and from what I have heard (and know myself) a very able and good Chief Officer. I used to work for many years with his father – a retired now, long time Captain of the ships; worked with his sister. Jimmy (the Chief Officer) seem to be very capable officer of the ship. Good job Jimmy, keep her and the course steady-as-she-goes. I am sure your father is very proud of you. The bridge look-out was familiar face, too. The Bridge and the navigational and command consoles looked the same. The chairs felt familiar, too. LOL. 

When we were leaving the birth in Tsawwassen I wanted to be alone on the outer deck to see the maneuvers of leaving dock. Always liked to observe it, did the same while we were docking at the Duke Point Terminal near Nanaimo, on Vancouver Island. Nothing special, eh? Really? Anyone, who says it is an idiot without any knowledge. The births s are very narrow and squeezed between other births, often with other large ferries leaving or coming at the same time. It is an art sometimes, especially in bad weather. It amazed me many times, and not many things amaze me that easily …

Goodbye my ferries and those, who run them. Very special bunch of people.



                Specjalny dzień moich kolejnych pożegnań. Nie byłem pewny, czy chciałem to zrobić, bo to powrót do bardzo długich lat służby na statkach na których spędziłem ćwierć wieku, statkach na których pływałem i pracowałem razem z Johnem. Statkach, gdy koleżanki z pracy żegnały mojego Johna w sposób szczególny, gdy powiadomiłem ich z Nowej Szkocji, że odszedł od nas. Statek zwolnił ruch, prawie się zatrzymał, Chief Steward i Second Steward rzucili do wody przed wejściem do Active Pass wiązanki pożegnalnych kwiatów. /…/ Teraz ja pojechałem na jeden z tych dużych statków pożegnać się z tym światem morza i statków.

Uprzedzano mnie, że mało kogo poznam, że załogi się bardzo wymieniły i większość nowych ludzi teraz tam pracuje. Ale już kupując bilet na przejazd do terminalu Duke Point sprzedający agent rozpoznał mnie natychmiast; drugą spotkaną osobą był kierowca pojazdu odwożącego bagaże pasażerów na statek. Potem powitania za znajomymi stewardami, oficerami. Niewiele się zmienili.  Może zmarszczka lub dwie więcej. Nie wchodziłem drogą pasażerów ale razem z załogą. Jak kiedyś. Uściski, trochę żartów. Przepraszałem, że zapomniałem założyć mundur, LOL.

Zanim weszliśmy na statek, zrobiłem krótki spacer na ostatnie, specjalne pożegnanie. Na końcu nadbrzeża, tam gdzie na ogół ‘parkują’ największe statki czyli ‘Spirit of British Columbia’ i ‘Spirit of Vancouver Island jest specjalna ławka i cementowa ‘donica’ upamiętniająca innego drogiego kolegę, który przez wiele pierwszych lat był moim stewardem. I bardzo bliskim przyjacielem mojego męża. Często razem jeździliśmy w dni wolne do centrum Vancouveru odwiedzając kluby gejowskie. Barry nagle i niespodziewanie zmarł na atak serca. Przeżyliśmy to bardzo, zwłaszcza mój John. Potem uczestniczyłem w rozsypaniu jego prochów ze skrzydła głównego pokładu samochodowego do wód portowych. Dostał zasłużenie prawdziwy morski pogrzeb. Więc byłem tam znowu, po raz ostatni z nim się pożegnać. Zasłużył na naszą wdzięczną pamięć.

Potem już na statku łaziłem po zewnętrznym pokładzie, po różnych kabinach, salach dla pasażerów, po wszystkich pomieszczeniach cateringu – cafeteria, sklep pamiątkarski, galley (kuchnia), biuro stewardów, gdzie tyle lat pracowałem. Poszedłem na mostek kapitański porozmawiać z 1szym Oficerem, który dowodził mostkiem i nawigacją. Zaraz posadził mnie na swoim fotelu  przed tą masą radarów i czujników elektronicznych. Panel (panele  w zasadzie, bo taki mostek wygląda dla niewprawnego oka prawie jak urządzenia na statku kosmicznym, LOL), który tak dobrze znałem. Cieszyło mnie, jak dobrze sobie radzi na tym mostku. A pamiętałem go jeszcze świetnie, gdy zaczynał pracę, jako bardzo młody i ledwie opierzony marynarz. Pracowała tam wówczas z nami też jego siostra, przemiła dziewczyna. Jak lata się zmieniają. Kiedy ten obecny oficer był chłopczykiem  w ‘krótkich spodenkach’ … pracowałem z jego ojcem, wieloletnim kapitanem na naszych statkach.

Generalnie byłem zaskoczony ile jeszcze osób z załogi pamiętało mnie i pracowało przez szereg lat ze mną. Ale były oczywiście już też nowe twarze.  Mineło już blisko dziesięć lat, gdy zszedłem ze statku.

Pewnie jeszcze przed wyjazdem, gdzieś na jednym ze statków popłynę, ale to była specjalna podróż bez schodzenia ze statku. W zasadzie nie czułem się nawet pasażerem, a po prostu jednym z załogi.   


[i] Queens of Burnaby and Nanaimo were often referred to as ‘Burnaby-class’ – but for all practical reasons they were V class.

Ephemeral Art

Ephemeral Art

On June 21 I went with a friend to Maple Ridge to an old Memorial Park. Of course not just for a ride – an artist, Elsa Chesnel made a exhibition of her unusual art: all made of very light and hand painted pieces of transcalent fabric. In a hot and filled with light breeze air all these pieces seemed to be alive, vibrating and moving.

I was also pleasantly surprised that the old and a bit sleepy town hardly changed at all over the years. It is actually a nice thing that not all have to be filled with these ugly highrises.

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Vancouver był dziś piękny. Naturalnie wszystko wkolorach i barwach Mistrzostw Świata Piłki Nożnej.

Kawałek meczu oglądałem nwet na wielkim ekranie w barze starego Sylvia Hotel. Szkocja i Haiti. Szkocja wygrała 1:0, ale Haitańczycy bez przerwy atakowali i byli w zdecydowanej ofensywie. Ładne zagrania, obie drużyny w świetnej formie.

Dawno zawodów sportowych już nie oglądałem. ale co widziałem dziś podobało mi się.

To już czwarte wielkie wydarzenia sportowe w miastach, gdzie mieszkałem w Kanadzie.

Najpierw Olimpiada Zimowa w Calgary w 1988 – ostatnia bodaj, która nie zniszczyła finansów miasta. Przeciwnie – wsparła je, rozwinęła i była absolutnym plusem dla mieszkańców. Ze względu na pełnione wóczas społeczne funkcje miałem kontakt bezpośredni z polskimi olimpijczykami i dostęp do Wioski Olimpijskiej na terenach Uniwerytetu Calgary, a dzięki temu poznałem tam słynnego Briana Orsera – srebnego mealistę w jeździe figurowej na łyżwach, jednego z najzdolniejszych łyżwiarzy na świecie w tamtej epoce. Potem byłem w Vancouverze w czasie XXI Olimpiady Zimowej w Vancouverze. Nie byłem w niej zaangażowany … ale miałem mały udział w organizowaniu pierwszego w historii igrzysk olimpijskich Pawilonu LGBTQ. Został oficjalnie zaaprobowany przez MKOL[i] i od wówczas stał się częścią kolejnych olimpiad. Ale dla samego miasta i prowincji ta olimpiada wypracowała olbrzymie zadłużenie i kryzys finansowy. I generalnie była miastu zbędna. Zagrały ambicje i emocje polityków. Tylko, że politycy nie opłacają kosztów ze swoich kieszeń – płacą je mieszkańcy miasta. Vancouver i tak sławy szukać nie musi. Było i jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z olimpiadą czy bez olimpiady. Przez swoje naturalne piękno położenia między górami a oceanem.

W Halifaksie nad Atlantykiem byłem świadkiem (bez jakiegokolwiek udziału formalnego czy nieformalnego) Mistorzstw Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Jako, że hokej był wynalazkiem Nowej Szkocji (Woolfville to miejsce narodzin tego sportu) było to wydarzenie bardzo popularne i nie złamało finansowego kręgosłupa prowincji.

Teraz Mistrzostwa Świat w Piłce Nożnej. Też trochę ‘na wyrost’, bo na boga miłego do potentatów tego sportu raczej nie należymy. Ale na szczęście te Mistrzostwa zorganizowane ex equo aż w trzech państwach: Meksyku, USA i Kanadzie.

Piłką nożną zarządza na świecie FIFA[ii], która jest żmiją bardzo wysoko opłacanych ‘działaczy’, ci zaś mają równie wysokie wynagrodzenie i oczekiwania, czego dowodem jest idiotyczne przyznanie idiotycznej „Narody Pokojowej MKOL” dla Trumpa przez idiotę Gianni Infantino (nazwisko niby wskazuje infantylność, ale raczej pies kuty na cztery łapy). A myślałem, że MKOL jest do przyznawania nagród sportowcom za ich osiągnięcia, a nie politykom za działalność ze sportem nie zwiazaną.

Ah, jednej jeszcze olimpiady nie wymieniłem. Jedynej w której brałem udział, jako zawodnik i wygrałem trzy medale! Nie, nie żartuje, poważnie. Mam nawet do dziś w szpargałach odpowiednie dyplomy. Sto lat temu (lub blisko setki, LOL) na Agrykoli warszawskiej była olimpiada szkół średnich. Startowałem tam aż w trzech dyscyplinach: bieg na 100 metrów (zawsze byłem krtókodystansowcem, ha ha ha), skok w dal i … rzut oszczepem. Tym oszczepem trener mnie wybłagał, bo kolega, który miał to zrobić … nie pojawił się. No to rzuciłem. Pierwszy i bodaj ostatni raz w życiu. Dostałem dwa pierwsze miejsca za skok i sprint i trzecie za ten oszczep. Możliwe, że tylko trzech zawodników wystąpiło w tej kategorii i dzięki temu te trzecie miejsce zdobyłem. Nie pamiętam, ale bym się nie ździwił.

Aliści nic bez wiśni! O Vancouverze być miało. Miasto całe przystrojone, wszędzie ślady tego międzynarodowego widowiska. Wokół stadionu i Science Centre ulice pozamykane. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzą grupami i na Granville Street, i na Robson Street i gdziekolwiek. Miło było zwyczajnie popatrzeć.


[i] Międzynarodowy Komitet Olimpijski

[ii] Fédération Internationale de Football Association

Beach time season officially opened

Beach time season officially opened

It was rather late time of the day, but nonetheless I boarded the comfortable coach (with modern mechanical horses under the hood, LOL) of my travelling companion and off we went to our favorable place – South Surrey Crescent Beach. Of course to the wild part of rocky beaches for naturalist (yeah, the ones, who walk and swim void of single piece of clothing).

Water was clear as crystal, cool but very friendly. Love that spot. Afterwards we went for gorgeous paths on natural meadows and marches at the other end of the beach. It’s truly marvelous – remember and respect the rules: it is protected and very delicate area. Follow strictly only the narrow walkways and do not stray into the meadows – the meadows are the kingdom of many little birds, who nest there. There is not many meadows like that in the vicinity of large cities, so do respect it. I was overjoyed.

Sezon plażowo-pływacki rozpoczęty oficjalnie. Pojechaliśmy z przyjacielem wczoraj późnym popołudniem do ulubionej plaży Crescent Beach w South Surrey. Naturalnie na plażę golasów, na kamlotach. Ale woda tam jest cudowna, czysta, nie ma przepełnienia i prawie zawsze wszyscy obok to starzy bywalcy i bardzo respektujący otoczenie i sąsiadów.. Woda zimna jeszcze ale już po pierwszym lekkim szoku bardzo miła do pływania, nurkowania. W odróżnieniu od plaż w Vancouverze wokół English Bay, które tej przezroczystośi i bogactwa morskiej flory i fauny nie posiadają.

Po kąpieli podjechaliśmy, już przy początkach kolorów zachodu słońca, na przeurocze łąki i mokradła drugiego końca Crescent. To tereny pod ochroną, rezerwaty flory i fauny brzegowej. Bajeczne kwiaty i krzewy jakie trudno w pielęgnowanych ogrodach miejskich znaleźć. I ta masa ptasiej drobnicy, która w tych łąkach uwinęła sobie gniazdka. Proszę więc nie schodzić ze ścieżek w te łąki, bo to tak jakby włazić w eleganckie salony w upapranych błotem walonkach. Ten spacer najbardziej mnie zachwycił, bo łąki kocham.

Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Lęk

Lęk

LĘK

A czasem, czasem naprawdę nie wiem,

czy nie żal tej czystej bieli kartki,

nie zabrudzonej żadnym słowem.

Kartki milcząco cicho płaczącej.

Czy nie żal tuszu w długopisie i

tej pieśni nie śpiewanej i głuchej?

Smutek dusi, chwyta zaciśnietą pięścią za serce i czujesz jego palce, kostki chwytające aortę. Potem maszeruje, jak pająk do góry i wyciska z oczu suche łzy. Suchy płacz pozbawiony krzty wilgoci, mokrości, wilgotności. A płacz mimo to.

Nie ma komu cokolwiek opowiadać, nie ma z kim prowadzić rozmowy. Trzeba by było wszystko tłumaczyć, wyjaśniać od początku, a to nie to samo – to wykład by był, przemówienie wybrakowane nieobecnością ciepła i serdeczności współbycia, współrozumienia.

A ciągle mam tyle rzeczy, wierszy

do powiedzenia i ciągle chcę

usłyszeć tyle nowych zaklęć, słów.

To tak, gdy mówisz tylko półzdanie,

a ktoś myśl podejmuje, rozwija.

Wspólny spacer wspólnymi drogami.

Znają cię, ty znasz ich. Współistniejstwo. Przerwane, zamknięte, utracone. Może siedzi gdzieś nad jakąś rzeczką powolnie płynącą zakolami kujawskimi, piaskowymi, biednymi łąkami mazowieckimi? Może wartkim strumieniem, kaskadą huczącą w Kordylierach kanadyjskich? Możę było, a już nie ma? Wszystko zamienia się w cmentarz, gdy umierają ludzie. Więdną kwiatki łączane, milkną ptaszki, które wczoraj wiły pośród nich gniazda.

A przecież gdzieś życie musi istnieć jeszcze, z każdego szarego badyla listek jeszcze musi się wykulić, zazielenić. Samotność prowadzi długie rozmowy z cieniami. Trzeba je tylko rozpędzić w cztery strony świata, a samotność przestanie być sama. Będzie biegać po tych łąkach, po tych uliczkach, łapać motyle i potem wypuszczać je z garści.

Trzeba się tylko obudzić, wstać z łóżka tej samotności. Niech samotnością być przestanie. Wtedy i wiersze głuche usłyszą melodię, zatańczą leśmianowską łąką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA