Ważna historia Greater Vancouver – Pattullo Bridge. I zamknięcie tej karty historii.

Ważna historia Greater Vancouver – Pattullo Bridge. I zamknięcie tej karty historii.

Bogumił Pacak-Gamalski

Nocą jacyś tacy (pewnie cwaniacy) przylecieli i most ukradli. Był i ni ma. Koniec, kropka.

Tak, można by zacząć żartobliwie. Ale to nie żart (choć nikt nie ‘ukradł’) – charakterystyczny, półkolisty kształt czerwono-rdzawego łuku mostu był od prawie wieku najbardziej bodaj znanym widokiem dla milionów ludzi. I miliony nim codziennie lub czasami przejeżdżało samochodami.  Ci z wielkiego Surrey jadący do pracy lub na zakupy na prawy brzeg, czy ci jadący z New West, Vancouveru i wszystkich miast prawobrzeżnych jadący na lewy brzeg: do Surrey, na spacery do White Rock lub do Doliny (Langley, Abbotsford, Hope i reszty Kanady). A było to siedmnaście lat zanim zbudowao Most Granville w Vancuoverze.

Nic dziwnego – to najstarsze (jeśli pominąć krótka bardzo historię mostu dla samochodów na moście kolejowym –o tym poniżej dwa słowa) połączenie nie tylko Surrey i Vancouveru. W tym miescu właśnie istniała przeprawa od początków osadnictwa białego człowieka  w Lower Mainland. Stąd, przy lewym brzegu Fraser w osadzie Brownsville było połączenie czółnem na brzeg prawy, do New Westminster, jego stacji kolejowej i do portu morskiego. Przyjeżdżali tu wozami z towarem nie tylko farmerzy z dzisiejszego Surrey i Doliny, ale i farmerzy z USA trasą dilżansową (Coach Road), resztki tej trasy to dzisiejsza Old Yale Road. I właśnie tą osadę Brownsville wybrano na miejsce, gdzie rozpoczęo konstrukcję nowego mostu, w sąsiedztwie starszego mostu kolejowego (ciekawostką jest, że ten do dziś istniejący most kolejowy przez pierwsze kilka lat miał dwa pokłady – na dolnym była droga dla samochodów, czyli był pierwszym historycznie rzecz ujmując. Ale Pattullo był pierwszym całkowicie zaprojektowanym z myślą o ruchu samochodowym.

Most otworzono w roku 1937. Trudno by znależć kogokolwiek dzisiaj, kto widziałby lewy lub prawy brzeg bez tej charakterystycznej, półkolistej czerwonej konstrukcji zawiaszonej nad rzeką. Choć jacyś 96-100 latkowie mogliby. Jeśli wczesne dzieciństwo spędzili w New Westminster lub w Brownsville – jest to możliwe.

Ja osobiście pamiętam go od ponad trzydziestu lat, czyli od mojej przeprowadzki z Alberty do Lower Mainland. Sam pokład mostu ciągle jest, choć systematycznie rozmontowywany, ale bez tego z daleka widącego wielkiego przęsła i jego charaktrystycznego koloru – przestał być mostem, tak jak samochód bez podwozia nie jest samochodem. Został zwykłą kladką, która lada moment zniknie.

Poniżej fotoreportaż z zamknięcia tej ciekawej historii rzeki, jej dwóch brzegów. I raz jeszcze przypomnienia wagi tej rzeki dla powstania, rozwoju i istnienia tej olbrzymiej, tętniącej życiem aglomeracji Greater Vancouver. Rzeki, która ciągle jest bardzo pracowitym szlakiem handlowym, przemysłowym. I żywym – jeszcze dziś wczesnym popołudniem chodząc wzdłuż jej brzegu zauważyłem rzucające się w jej nucie dwa jesiotry. Bo to też dom dla tych prawdziwie prehistorycznych ryb.

Chciałoby się przypomnieć słowa wielokroć zapisywane w ulubionych przeze mnie „Dziennikach” Zofii Nałkowskiej: I znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia…

… a tak wyglądał w dniach glorii

Grzegorz Braun – karykatura posła

Bodaj wczoraj lub dzień wcześniej ogladałem, na żywo, transmisję z procesu sądowego tej nienawistnej poczwary polskiej polityki, posła (sic!) Grzegorza Brauna.

Ta podła kreatura zachowywała się okropnie. Trafiłem akurat na fragment, gdy przesłuchiwano w charakterze świadka profesora Uniwersytetu w Ottawie (Kanada), pana Jana Grabowskiego. Akademika specjalizującego się w historii polskich Żydów, w szczególności okresu Holocaustu 2 wojny światowej i w pierwszych latach po wojnie.

Nigdy nie negowałem metodologii prof. Grabskiego ani jego wyjątkowej znajomości tematu, ale często nie zgadzałem się z jego konkluzjami. Nie będę powtarzał mojej argumentacji – wyłuszczyłem ją obszernie kilka dobrych lat temu w cyklu tematycznym na moim blogu. Wszak dojście do innych konkluzji i oceny etycznej i moralnej nie jest wszak w jakikolwiek sposób zaprzeczeniem dorobku naukowego Grabowskiego w tej materii. Naturalnie, że nie jest jedynym badaczem tego obszaru historii, a jednym z licznych historyków polskich, izraelskich i z innych państw, którzy tym olbrzymim i horrendalnym okresem się zajmowali. Ale jest, ze względu na zebrany materiał dowodowy, jednym z ważniejszych.

                Na wokandzie sądowej pan Grabowski był tylko świadkiem prokuratury oskarżającej posła Brauna o akty przemocy i wandalizmu. Chodziło w szczególności o ustalenie faktów i przebiegu zdarzeń z dnia, gdy kilka lat temu[i] miała miejsce prelekcja Jana Grabowskiego organizowana przez Wydział Historii Uniwersytetu Warszawskiego. Prelekcja, która de facto nie odbyła się, gdyż zaraz po wstępie profesora tenże faszysta Braun podbiegł do mównicy i po chuligańsko zdementował mikrofony i urządzenia nagłaśniające. W wyniku powstałego zmieszania i strachu wystąpienie akademika przerwano i nie mogło już w takiej sytuacji być kontynuowane. Niewątpliwie do zwiększenia zamieszania i konsternacji wspomogło też głośne przypominanie Brauna, że dokonuje ,interwencji poselskiej’. Pomyliły mu się widać wieki, bo od czasów I Rzeczypospolitej, gdy pojedyńczy szlachtura mógł sejm zerwać jednym  ‘nie pozwalam’[ii] minęly bezpowrotnie kilkaset lat temu. Niemniej okrzyk ‘przeprowadzam interwencję poselską’ mógł niektórych autentycznie wprowadzic w konsternację.

Wyobraźcie sobie państwo 460 posłow biegających po różnych miastach w Polsce, niszczących mikrofony i zrywających spotkania-zebrania mieszkańców tych miast! Sodoma i Gomora, LOL! Na szczęście chyba 99.5 procent posłow RP aż takimi wariatami nie jest. W każdym bądź razie nie do tego stopnia, by ich trzeba było zamykać w wariatkowie. Tak, rozumiem, że wielu czytelników może się ze mną w tej kwesti nie zgadzać i chętniej jednak by cały Sejm do wariatkowa (na wszelakij słuczaj, jak mawiają starożytni Rosjanie). Wracjamy wszak do tematu, bo nie było to zajście ani wesołe ani zabawne.

Prawdą jest, że Braun to wąż przebiegły i szczwany. Na szczęście polskie sądy już odzyskały w dużej części swobodę i niezawisłość, którą im odebrano w ciemnej nocy lat 2015-2022. Dzięki temu sędzia był bezwzględny wobec oburzających chwytów Brauna, który uważał, że uczyni z wokandy sądowej teatr polityczno-ideologiczny. Na przekór jego usilnych prób, tym razem mu się to nie udało. W pewnym momencie wyczerpał cierpliwość sędziego i tenże nakazał mu opuszczenie Sali sądowej na pewien okres czasu.  W czasie tej ‘banicji’ reprezentowało oskarżonego aż trzech obrońców-adwokatów. Po powrocie na sale rozpraw nieco skonfundowany poseł starał się mitygować. Ale naturę chuligana trudno nawet samemu okiełznać. Szczęściem przytomności i już chyba pewnej irytacji sędzia wielokroć informował świadków, że na niegrzeczne pytania oskarżonego nie mające nic z konkretem sprawy odpowiadać, lub wręcz ich zaczętą już odpowiedź przerywał, dając krótkie wyjaśnienie. Żal mi trochę było adwokatów oskarżonego, którzy zachowywali się przyzwoicie, a ich klient systematycznie swoimi perorami ośmieszał, żenował i niweczył wszelkie szanse na jakąkolwiek skuteczną strategię obronną.

Ileż padało z jego ust obraźliwych słów, które ze względu na kontekst jego wypowiedzi były szkalujące i szczujące. Hasła ‘Polak’, ‘patriota’, ‘Żyd’, ‘Szkop, ‘Niemiec’, ‘folkzdojcz’, ‘komuch’, ‘Ruski’, ‘Wołyń’, ‘Eurokołchoz’ były rzucane, jak piłeczki pingpongowe. I nic z przedmiotem sprawy nie mające wspólnego. Zwykła odrażająca natura tego człowieka, który gdy mówi, to pluje błotem.

Nie potrafię w jakikolwiek logiczny sposób wytłumaczyć i zrozumieć takich osobników.  Poza jedna ewentualnością: nienawiść traktowana , jako choroba psychiczna zżarła jego mózg kompletnie. Ale wtedy trzeba być konsekwentnym – taki osobnik, jako niebezpieczny dla otoczenia winien być izolowany w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym na czas nieograniczony.

Co jest bardzo smutne, to świadomość, że ktoś go na posła wybrał. Ktoś na niego głos oddał. Świadczy to o degrengoladzie pewnej (nielicznej, wierzę) części naszego społeczeństwa. Części, która jakby zapomniała, że największa część ofiar Holocaustu, to byli polscy obywatele, polscy Żydzi. To nie byli przybysze z kosmosu – to byli nasi sąsiedzi, nasi sklepikarze, nasi poeci, malarze, pisarze, kompozytorzy. Nasi, polscy Żydzi.

Pod tym łączem jest przekierowanie do mojego tekstu z października 2022 roku, który syntetycznie i dość jasno wyraża moje prywatne, osobiste rozumienie Zagłady i procesu emocjonalnego, który jako Polak musiałem przejść. To część trzecia cyklu, jaki wówczas pisałem i jako ostatnia najbliżej oddaje nie tyle racjonalne ile emocjonalny stan mojego rozumienia tamtych złych czasów.

Smutek i Brak. Cisza, którą trzeba wypełnić prawdą. – > > Pogwarki < <

[i] 30 maja, 2023 roku

[ii] liberum veto

Wizyta w Port Moody

Wizyta w Port Moody

Bogumił Pacak-Gamalski

Kilka dni temu wybrałem się nową trasą Skytrain[i] do Port Moody. Ostatnie chyba miasto w granicach metropolii vankuwerskiej, które koniecznie chciałem odwiedzić. Było to zawsze miejsce urocze, do którego bardzo chętnie jeździłem jeszcze w latach 90., gdy mieszkałem bardzo blisko, w North Burnaby. Wtedy to było nie więcej niż 10 minut jazdy samochodem, do końca fiordu Burrard, gdzie to miasteczko się zaczynało. Z Johnem, z Mamą – bardzo tam spacery lubiliśmy. W latach późniejszych już tego wieku jeździłem tam też często z Surrey. Robiliśmy tam wystawy obrazów polskich malarzy w uroczej galerii przy Bibliotece Miejskiej, koło Parku Pionierów. Potem tuż obok, do budynku dla osób starszych, gdzie lat później przeprowadziło się kilkoro znajomych i przyjaciół: historyk sztuki profesor Anna Gradowska, kompozytor Ryszard Wrzaskała, aktor Jerzy Kopczewski ‘Bułeczka’. Dziś nie ma wśród nas ani jednej z tych osób.  Ale chciałem miejsca moich spotkań z nimi i rozmów odwiedzić, poszeptać z cieniami.

Dziś z uroczego miasteczka wyrosło duże miasto. Wysiadłem na stacji ‘Inlet’ zakładając, że z niej do inletu (fiordu) będzie najbliżej. Naturalnie, że byłem w błędzie i blisko nie było. Wszystko zabudowane nowymi ulicami, setkami wysokich domów – czułem się jak w dżungli, której nie znałem. Jako, że wiek XXI to mogłem wszak używając nieco mapki na telefonie w końcu dotrzeć do tych miejsc znajomych, gdzie resztki ‘tamtego’ Port Moody znalazłem.

Cała nowa i bardzo długa trasa brzegami inletu z mostkami, drewnianymi poręczami była przeurocza i warta spaceru. Miło było też znajome kąty jednak odnaleźć, na dobrą kawę w końcu zajść, a choć po ‘mojej’ kawiarence już śladu nie zostało, ani po restauracji greckiej z pianinem, gdzie Rysio Wrzaskała dał grupie przyjaciół ostatni koncert publiczny. Pamiętałem też, że po tym publicznym koncercie, w wąskim gronie odprowadziliśmy go do jego apartamentu, gdzie nam dalej grał na pianinie. To był człowiek-muzyka i generalnie estradziaż par excellence. Pomyślałem, że byłem wówczas w ciekawym okresie ‘polskiego Vancouveru’ – grupy fantastyczne, szalenie interesujący ludzie, pasje do sztuki, do dyskusji, do twórczości. Poglądy wielu z nas miało diametralnie inne  – ale właśnie pasja do kultury i sztuki nas łączyła ponad polityką i własną filozofią egzystencji. Nie odnalazłem w tym obecnym ‘polskim’ Vancouverze już tej atmosfery odkąd tu wróciłem dwa lata temu. Choć pewnie gdzieś coś się jeszcze dzieje… .

Mimo to … a właśnie! Mimo to, ad hoc telefonicznie zorganizowane spotkanie z serdeczną przyjaciółka z tamtych bardzo już odległych lat Jolą Drożdżeńską, z którą łączyła mnie bliska znajomość już chyba ze 30 lat, a która w Port Moody mieszka, była fantastycznym i radosnym spotkaniem. W zasadzie od pierwszych słów rozmowa się tak toczyła, jakbyśmy ją wczoraj ledwie przerwali. Sprawiło mi to wielką radość. Więc dzięki i temu też spotkaniu, na końcu tej wycieczki poczułem się, jak w dawnym miłym i swojskim Port Moody.

I pewnie jeszce tam przed ostatecznym rozstaniem pojadę, bo to autentycznie urocze miaseczko. Ostatecznie mogę udawać, że tego nowego nie widzę.


[i] Evergreen Extension of Millenium Line

Staw Saren (Deer Lake) i Wioska Burnaby

Staw Saren (Deer Lake) i Wioska Burnaby

W poprzednim stuleciu, gdy mieszkaliśmy w Burnaby (czyż nie brzmi to tajemniczo, gdy się pisze: w poprzednim stuleciu, gdy byłem tu i tam … LOL) często jeździliśmy na spacery do nieco dalej niż do  jeziora Burnaby – jedno skrzyżowanie dalej było urocze Shadbolt Centre, skansen starej, oryginalnej Wioski Burnaby (pierwsze osadnictwo zbiorowe w Burnaby), a zaraz za tym przecudowne jezioro Deer Lake. Ileż spacerów tam było z Johnem, potem z mamą, gdy sprowadziłem ją z Polski.

W nieco późniejszych latach, mieszkając już w Guildford w tymże Shadbolt Art Centre[i] organizowaliśmy w ramach klubu artystów „Pegaz” koncerty muzyczne polskich pianistów, wystawy malarskie i rzeźbiarskie, i raz lub dwa wystawialiśmy tu przedstawienia Teatru Polskiego z Surrey, który wówczas założono w Surrey i który był bardzo aktywny i świetnie prowadzony.

Teraz nie potrafiłbym powiedzieć kiedy byłem tam osatni raz. Cieżka i długa choroba mamy ostatnie moje lata w Kolumbii Brytyjskiej bardzo ograniczyła moją aktywność wydawniczą, publicystyczną i zdecydowanie moje długie spacery daleko od domu.

Ale od czasu powrotu do Wielkiego Vancouveru z Nowej Szkocji wielokroć myślałem o pojechaniu na ten spacer. No i dwa dni temu wybraliśmy się z przyjacielem właśnie tam. Starą Wioskę chyba trochę rozbudowano, bardziej dla uciechy i wygody turystów upiększono, wypucowano. Wszędzie spotkać można było stosownie do epoki ubranych przewodników, maszyny stare pracowały. I fajna kawiarenka z kawą i słodyczami, kanapkami.

Ale najpiękniejszy był spacer na około tego cudownego jeziora z masą nenufarów, szuwarów. A z dala wielkie wieżowce obecnego Metrotown, których wtedy też nie było, LOL. Powyrastały, tak samo, jak w Surrey, w New Westminster. To już przecież ćwierć kolejnego stulecia. W większości wypadków tej nowej zabudowy ,do nieba’ nie lubię i mi się nie podoba. Nie przez fakt, że takie wysokie. Nie, przez fakt, że w przeważającej części są to wielkie proste badyle bez jakiegokolwiek kunsztu architektonicznego. Badziewie budowlane. Żeromski, gdyby to zobaczył, to by nigdy nie napisał „Przedwiośnia”, LOL.  Te, które są ciekawe – lubię i z przyjemnościa na nie patrzę.

Ale, ale – ani te ciekawe, ani te brzydkie nie urastają nawet do pięt naturalnego piękna przyrody. Gdzież im do radości spaceru wokół zielonego stawu, wśród starych drzew, szuwarów, lilii wodnych, rzęsy, krzewów – a kudy!

Z tej perełki zdjęć trochę więc.


[i] Arts & Culture Facilities | City of Burnaby

Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Wiersze ładne, wiersze brzydkie

Jakże łatwo pisać wiersze o plażach nad oceanami, o śpiewie ptaków, o muszli opowidającej bajki z głębin. Tak siedzieć sobie na trawie lub w ulubionej kawiarence i skrobać o kolorach zachodzącego właśnie słońca. Obserwować kolorowych, pięknych i zgrabnych ludzi przechodzących gwarną ulicą pod oknem tej kawiarni. Lub o starych ulicach patrycjuszowskiego miasta, z nadgryzionymi zębem czasu kamienicami pełnymi zamożnych sklepów na parterach. Łatwo zaiste.

I jak łatwo wtedy nie spostrzegać biedy, nędzy i brzydoty, która obok chyłkiem się przetacza. Cienie wyniszczone plagą miast tego kontynentu-państwa: chemicznymi używkami. Gdzież tam zabawna marihuana!  To dla dzieci prawie lub starców. Ta od lat tu panująca plaga zamienia ludzi w zombi. Spędziłem dzień jeden (wbrew ostrzeżeniom, że to nadmierne ryzyko) chyba blisko rok temu w samym centrum tego piekła w okolicach starej biblioteki na Hasting Street w Vancouverze[i]. Ale widzę to codziennie wieczorami z mojego balkonu w starym New Westminster, mijam ich za dnia w w tych samych zakamarkach na Columbia Street, czasem widzę jak karetki i policja ratują ich przed zapaścią. Żyją, jak cienie. Nikt z nas nie zauważa, kiedy niektóre z tych cieni nagle znikają, rozpływają się w powietrzu. Któż by zauważył – są przecież tak do siebie podobni.

Wieć daję im też swój ‘brzydki wiersz’ o brzydocie bogatych miast, ‘smutny wiersz’ o smutnych ludziach.

Smutny wiersz

Ludzie budzą się, wstają

z nocnych ławek na ulicach

starego miasta nad szarą rzeką.

Otrząsają srebrny kurz

z gwiazd zawieszonego

nad nimi nieskończonego nieba.

Skrzętnie zbierają swoje

bogactwa pudełeczek .szmatek,

okruchów chleba i ciast.

Prostują zastygłe kolana,

głowę przytroczoną do

wiecznie zgiętych, jak polne

żurawie, karków życia.

Do zmroku będą spacerować

od skrzyżowania do skrzyżowania,

zatrzymywać się przed szybami

wystawnych sklepów, salonów.

Czasem znajdą coś ciekawego

w płytkich czeluściach małych

śmietników skrytych pod

drzewami, koło klombów

patrycjuszowskiego grodu.

Czasem to coś będzie miało

dla nich praktyczne znaczenie:

niezupełnie złamany parasol,

puszka lub butelka po napoju,

które będzie można zamienić

w skupie na kilka srebrników.

 Na chodniku pod koszami

będą zbierać pety papierosowe.

Można z nich zrobić całkiem

solidne skręty i zapalić

niczym angielski lord w klubie.

Budzi się miasto wielkiego,

zasobnego w naturalne bogactwa

kraju i przestrzeń zamkniętą

tylko trzema oceanami.

B. P-G sierpień 2026


[i] The Valley of Death in an ocean of affluence – Dolina Śmierci otoczona dobrobytem – > > Pogwarki < <

Polskie deja vu

Bogumił Pacak-Gamalski

Oglądam i słucham codziennie wiadomości. Zawsze byłem ‘zwierzęciem politycznym’, na szczęście nigdy nie byłem politykiem. Często bywałem działaczem społecznym, co o politykę i polityków się poniekąd ociera. Mea culpa. Ale trudno zupełnie ją w życiu odrzucić, gdy jest wszędzie. Chcąc cokolwiek dla innych zrobić lub zwyczajnie choć nieco rzeczywistość nagiąć do własnych wyobrażeń i dążeń – bez ocierania się o tą brudną politykę nie sposób. Choć przy okazji pobrudzić się łatwo. Cóż, trudno.

Mam więc zawsze (z wiekiem silniej to występuje, bo naturalnie z biegiem lat bagaż zawodów wobec polityków staje się cięższy) duże nadzieje wobec polityków, którzy te nadzieje budzą wiedząc, że w większości wypadków się na końcu rozczaruję. Na usprawiedliwienie trzeba jasno powiedzieć, że nawet najlepsze intencje tej pani czy pana, którzy za politykę się biorą z czasem ulegają wyjałowieniu w zetknięciu z twardą rzeczywistością politycznej walki z przeciwnikami lub nawet sojusznikami, koalicjantami. W sumie najłatwiej to mają s…rwiele dyktatorzy i typki, które kompletnie w nosie mają przepisy i konstytucje. Czyli ci, którzy demokrację używają do zdobycia władzy, a po wygranej tą demokrację zamykają w Domu Wariatów za żelaznymi drzwiami i oknami z kratami.

Od czasu pewnego nikt mnie tak nie cieszy, a budzi z letargu, jak obecny Marszałek Sejmu RP, pan Włodzimierz Czarzasty. To stary wyjadacz politycznego chleba lewicy. Zaczynał, jako smarkacz jeszcze za nieboszczki PRL. Było to może i niechlubne – ale mówienie, dziś, że każdy młody chłopak czy dziewczyna, który do ZMP (młodzieżowa przybudówka PZPR) należał był świnią i zdrajcą, jest kłamstwem. To byli młodzi ludzie, często ze środowisk robotniczych, którzy kończąc szkoły, na ogół studia też, myśleli, że można to naprawić, że idee są dobre tylko źli wykonawcy. Prawda jest taka, że i wykonawcy nie wszyscy byli tacy źli. To właśnie idee były kompletnie złe. Do d…py, zwyczajnie. Ale zrozumieć to, gdy ma się lat 18 lub 20 i nigdy nie żyło się w kraju demokratycznym, a od urodzenia właśnie w tym PRl jest więcej niż niemożliwością. Szczęśliwi, którzy żyli w rodzinie i środowisku inteligenckim, wręcz anty-komunistycznym, anty-sowieckim.

Czarzasty nie ukrywa tego, ba! podkreśla, że jest politykiem lewicowym (w moim życiu przekonałem się, że Lewicy ufać można najbardziej jeśli chodzi o sprawy socjalne). Czy bym chciał aby Lewica tworzyła rząd w moim kraju? Chyba nie jednak – ale bardzo bym chciał by była takim języczkiem u wagi, by bez jej głosów rząd by tracił swoją parlamentarną większość.

Dzień czy trzy temu wysłuchałem pasjonującego wystąpienia pana Marszałka Czarzastego na spotkaniu z młodzieżą z całego kraju. Gdybym tam był osobiście (nie byłbym, bo młody nie jestem i politykiem też nie, LOL) bym z radością na stojąco bił brawo. Idee, tak! Wizje, tak – trzeba je mieć, trzeba w nie wierzyć. I trzeba czasem o nie zawalczyć. Niech młodzi nie machają ręką, że ci ‘starzy’ u steru władzy, te zgredy nigdy im na to nie pozwolą. Nie patrzcie na tych zgredów. Sami po swoje prawa sięgajcie, trzymajcie ich za ‘wyborcze gardło’, by obietnice spełniali. To chodzi o wasze życie, o waszą przyszłość.

Pokolenie waszych dziadków i pradziadków walczyło o Polskę w 2 wojnie światowej, waszych rodziców (ja) miało swoją ‘Solidarność’ – teraz czas na wasze pokolenie. Historia daje wam szansę wziąć ster i lejce we własne ręce. Tak, skoczcie bez siodła na grzbiet tej starej kobyły Historii i poprowadzcie ją na świeże pastwiska.

Poniżej te porywające wystąpienie tego mądrego ‘starego zgreda’ Marszałka Czarzastego.

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Dzień Kanady i pożegnanie z nią

Co mam ci powiedzieć kraju, który opuszczam, z którego odjeżdżam? I odjeżdżam wiedząc, że pewnie nigdy nie wrócę do twoich brzegów trzech oceanów, miast bardzo starych i ledwie zbudowanych wczoraj. Do gór niebotycznych, które są fragmentem  pasma górskiego od Arktyku do morza Beringa.

Znam twoje pszeniczne prerie, znam błękitne oczy Wielkich Jezior, twoje zanikające wielkie lodowce użyźniające aż trzy oceany. Kraju, który był tak wielki, że bez problemu znalazł miejsce dla jednego wędrowca ze Starego Kontynentu. Szczawie po prawdzie, żółtonosa pewnego, że wie wszystko. A przecież nikt nie wie wszystkiego! Tyle, że on tego jeszcze nie rozumiał, nie znalazł odpowiedzi w tej swojej mądrości książkowej.

Nie irtytowało cię to jednak ziemio Klonowego Liścia, uśmiechnęłaś się tylko, zamyśliłaś. Później , gdy był pogrążony we śnie szepnełaś mu na ucho: dam ci więcej niż trzy oceany, wyżej niż góry niebotyczne i płaszcze lodowców – dam ci Miłość. Męża, kochanka, przyjaciela. Dam ci życie.

I stało się. Porwał mnie niezbudzony, trzydziestosześcioletni sen szczęścia niepojętego u boku tego, który wypełnił moją tęsknotę młodości. Miałem wszystko, byłem najbogatszym człowiekiem na ziemi.

Tym mnie, ziemio kanadyjska obdarzyłaś. Naturalnie, że wiem, że ani życie ludzkie, ani nawet życie gwiazd i konstelacji niezliczonych nie jest wieczne. Moje szczęście się dopełniło i cicho zgasło pewnego dnia. Każde kiedyś gaśnie.

I za to wszystko, te spełnienia i sny, i śmiech radosny, łzy czasem, za życie, które było ciekawe  w klamrach tych trzech oceanów – dziekuję ci ziemio kanadyjska. Byłaś dobrą przybraną matką dla wędrowca bezdomnego.

Teraz czas wrócić do steranej, zmęczonej matki Starego Kontynentu. Jeszcze jej trochę bajek naopowiadać, histori nieskończonych. Niech też się uśmiechnie.

Back to the ships – powrót na statek

Back to the ships – powrót na statek

(Polish language version in the last section)

My last Journey Of Memory, last major saying ‘goodbye’, au revoir. Trails of past 50 years. Perhaps the most poignant – big part of my daily life since 1994: BC Ferries ships and Terminals.

Some of the ships are gone having served hundreds of thousands passengers, as the old, venerable V-class vessels:  ‘Victoria’, ‘Vancouver’, ‘Saanich’ and ‘Esquimalt’; the Queen of ‘Burnaby’, ‘Nanaimo’ and ‘New Westminster’ were the C-class[i]. Next ones came the workhorses of the entire fleet: ‘Spirit of BC’ and ‘Spirit of Vancouver Island’ where I spent most of my career.  These large ships were also built in British Columbia and given the Class-S specification.  Both of them went in 2017 to Poland to undergo a major half-life refit and an addition of liquefied natural gas propulsion alongside the traditional heavy oil.

It is important to notice that all these ships were build by Vancouver, Victoria and Esquimalt shipyards. The shipyards are now long gone memory, thanks to misguided policies of all past governments both provincial and federal and (not to be forgotten) thanks to a new USA import – new President of the BC Ferries, Mr. David Hahn, who forbade the corporation to order new ferries from Canadian shipyards – he is gone now and not missed.  

The next major purchases were the three large Coastal Class ferries built in Germany in 2008: ‘Renaissance’, ‘Celebration’ and ‘Inspiration’.  Not my favored ones from the point of view of catering operations due to the ships convoluted internal design of lounges and catering services – but otherwise good and sturdy large vessels.

The last major purchases were the modern ferries build in Poland: these four smaller ships (‘Raven’, ‘Orca’, ‘Heron’ and ‘Eagle) have surprisingly large capacity of nearly 600 passengers. They were given Salish/Class designation. They were built in 2016.

There are still many smaller ferries operating on many other small routes to numerous islands, and one large sailing all the way from Port Hardy to Prince Rupert with connection to Haida Gwaii –  but that is another long story for other time.

                Monday on the 22nd of June I went back to the ships, to the Terminal in Tsawwassen, to the place I spent a big part of my life. The first surprise was the ticket Agent, who sold me the voyage. I have heard that almost no one from ‘my times’ is still working. Well, the agent looked at me and said: Bogumil?! How nice to see you again! Speaking of anonymity, LOL.  I didn’t want to go the regular way with the passengers, but to be with the crew, at the dock. Right by the luggage rack I met a Van Driver from the ship – of course I worked with him years ago and we laugh about me ‘coming back to work’, LOL. Then I went to spent a silent moment to the bench and cement block filled with soil and some green living arrangement – our memorial to a dear friend and steward from many, many years ago, who suddenly passed away, too young and  before his time. My John was particularly close and fond of him and we did many outings together to Downtown Vancouver for some fun time.

Back at the birth good laughs and jokes with the Chief Steward, Chief Cook, some deckhands and officers of the ship with whom I did worked. Speaking of anonymity again, LOL. And some of ‘my children’, as I called my crew on my last summer with BC Ferries.

Of course, there were people .whom I did not know and who did not know me. Including – out of all of the crew, LOL – the Captain of the ship.  Although I must say that it wouldn’t have happened back in the ol’ days. At that time (especially in the early years) most crew advanced their career while working onboard from the lowest position: from the deckhand to the captain, from catering attendant to the chief steward, from 3rd engineer to the chief engineer. But it was very long time ago and things were changing gradually over the years, probably for the best in many cases.

Walking through the ship, visiting the ‘command centers’ of the enterprise – Main Galley (that means kitchen – for you poor civilians, LOL), Chief Steward Office (that brought a lot of memories, LOL) which is not, as many travelers probably think, simply a Tourist Information Booth (although it is that, too) but a very busy place – a main office of a very large and expensive enterprise. It always amazed me how two or mostly three people (if you include the Chief Cook, who is part of the structure – that would be four people, but Chief Cocks don’t have time to spent too much time in the office, their ‘office’ is the Main Galley) manage to replace easily five or six clerks, accountants, office managers that usually would do the job in buildings on land. But I will not expand on that subject… LOL.

The last one was very pleasant visit with an old friend on the Bridge, the Chief Officer on this watch. My God! I remember him as a very young boy, who just started on the Ferries, straight from school. Now he is second in command and from what I have heard (and know myself) a very able and good Chief Officer. I used to work for many years with his father – a retired now, long time Captain of the ships; worked with his sister. Jimmy (the Chief Officer) seem to be very capable officer of the ship. Good job Jimmy, keep her and the course steady-as-she-goes. I am sure your father is very proud of you. The bridge look-out was familiar face, too. The Bridge and the navigational and command consoles looked the same. The chairs felt familiar, too. LOL. 

When we were leaving the birth in Tsawwassen I wanted to be alone on the outer deck to see the maneuvers of leaving dock. Always liked to observe it, did the same while we were docking at the Duke Point Terminal near Nanaimo, on Vancouver Island. Nothing special, eh? Really? Anyone, who says it is an idiot without any knowledge. The births s are very narrow and squeezed between other births, often with other large ferries leaving or coming at the same time. It is an art sometimes, especially in bad weather. It amazed me many times, and not many things amaze me that easily …

Goodbye my ferries and those, who run them. Very special bunch of people.



                Specjalny dzień moich kolejnych pożegnań. Nie byłem pewny, czy chciałem to zrobić, bo to powrót do bardzo długich lat służby na statkach na których spędziłem ćwierć wieku, statkach na których pływałem i pracowałem razem z Johnem. Statkach, gdy koleżanki z pracy żegnały mojego Johna w sposób szczególny, gdy powiadomiłem ich z Nowej Szkocji, że odszedł od nas. Statek zwolnił ruch, prawie się zatrzymał, Chief Steward i Second Steward rzucili do wody przed wejściem do Active Pass wiązanki pożegnalnych kwiatów. /…/ Teraz ja pojechałem na jeden z tych dużych statków pożegnać się z tym światem morza i statków.

Uprzedzano mnie, że mało kogo poznam, że załogi się bardzo wymieniły i większość nowych ludzi teraz tam pracuje. Ale już kupując bilet na przejazd do terminalu Duke Point sprzedający agent rozpoznał mnie natychmiast; drugą spotkaną osobą był kierowca pojazdu odwożącego bagaże pasażerów na statek. Potem powitania za znajomymi stewardami, oficerami. Niewiele się zmienili.  Może zmarszczka lub dwie więcej. Nie wchodziłem drogą pasażerów ale razem z załogą. Jak kiedyś. Uściski, trochę żartów. Przepraszałem, że zapomniałem założyć mundur, LOL.

Zanim weszliśmy na statek, zrobiłem krótki spacer na ostatnie, specjalne pożegnanie. Na końcu nadbrzeża, tam gdzie na ogół ‘parkują’ największe statki czyli ‘Spirit of British Columbia’ i ‘Spirit of Vancouver Island jest specjalna ławka i cementowa ‘donica’ upamiętniająca innego drogiego kolegę, który przez wiele pierwszych lat był moim stewardem. I bardzo bliskim przyjacielem mojego męża. Często razem jeździliśmy w dni wolne do centrum Vancouveru odwiedzając kluby gejowskie. Barry nagle i niespodziewanie zmarł na atak serca. Przeżyliśmy to bardzo, zwłaszcza mój John. Potem uczestniczyłem w rozsypaniu jego prochów ze skrzydła głównego pokładu samochodowego do wód portowych. Dostał zasłużenie prawdziwy morski pogrzeb. Więc byłem tam znowu, po raz ostatni z nim się pożegnać. Zasłużył na naszą wdzięczną pamięć.

Potem już na statku łaziłem po zewnętrznym pokładzie, po różnych kabinach, salach dla pasażerów, po wszystkich pomieszczeniach cateringu – cafeteria, sklep pamiątkarski, galley (kuchnia), biuro stewardów, gdzie tyle lat pracowałem. Poszedłem na mostek kapitański porozmawiać z 1szym Oficerem, który dowodził mostkiem i nawigacją. Zaraz posadził mnie na swoim fotelu  przed tą masą radarów i czujników elektronicznych. Panel (panele  w zasadzie, bo taki mostek wygląda dla niewprawnego oka prawie jak urządzenia na statku kosmicznym, LOL), który tak dobrze znałem. Cieszyło mnie, jak dobrze sobie radzi na tym mostku. A pamiętałem go jeszcze świetnie, gdy zaczynał pracę, jako bardzo młody i ledwie opierzony marynarz. Pracowała tam wówczas z nami też jego siostra, przemiła dziewczyna. Jak lata się zmieniają. Kiedy ten obecny oficer był chłopczykiem  w ‘krótkich spodenkach’ … pracowałem z jego ojcem, wieloletnim kapitanem na naszych statkach.

Generalnie byłem zaskoczony ile jeszcze osób z załogi pamiętało mnie i pracowało przez szereg lat ze mną. Ale były oczywiście już też nowe twarze.  Mineło już blisko dziesięć lat, gdy zszedłem ze statku.

Pewnie jeszcze przed wyjazdem, gdzieś na jednym ze statków popłynę, ale to była specjalna podróż bez schodzenia ze statku. W zasadzie nie czułem się nawet pasażerem, a po prostu jednym z załogi.   


[i] Queens of Burnaby and Nanaimo were often referred to as ‘Burnaby-class’ – but for all practical reasons they were V class.

Ephemeral Art

Ephemeral Art

On June 21 I went with a friend to Maple Ridge to an old Memorial Park. Of course not just for a ride – an artist, Elsa Chesnel made a exhibition of her unusual art: all made of very light and hand painted pieces of transcalent fabric. In a hot and filled with light breeze air all these pieces seemed to be alive, vibrating and moving.

I was also pleasantly surprised that the old and a bit sleepy town hardly changed at all over the years. It is actually a nice thing that not all have to be filled with these ugly highrises.