Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Mistrzostwa FIFA, plaża, pływanie – Vancouver

Vancouver był dziś piękny. Naturalnie wszystko wkolorach i barwach Mistrzostw Świata Piłki Nożnej.

Kawałek meczu oglądałem nwet na wielkim ekranie w barze starego Sylvia Hotel. Szkocja i Haiti. Szkocja wygrała 1:0, ale Haitańczycy bez przerwy atakowali i byli w zdecydowanej ofensywie. Ładne zagrania, obie drużyny w świetnej formie.

Dawno zawodów sportowych już nie oglądałem. ale co widziałem dziś podobało mi się.

To już czwarte wielkie wydarzenia sportowe w miastach, gdzie mieszkałem w Kanadzie.

Najpierw Olimpiada Zimowa w Calgary w 1988 – ostatnia bodaj, która nie zniszczyła finansów miasta. Przeciwnie – wsparła je, rozwinęła i była absolutnym plusem dla mieszkańców. Ze względu na pełnione wóczas społeczne funkcje miałem kontakt bezpośredni z polskimi olimpijczykami i dostęp do Wioski Olimpijskiej na terenach Uniwerytetu Calgary, a dzięki temu poznałem tam słynnego Briana Orsera – srebnego mealistę w jeździe figurowej na łyżwach, jednego z najzdolniejszych łyżwiarzy na świecie w tamtej epoce. Potem byłem w Vancouverze w czasie XXI Olimpiady Zimowej w Vancouverze. Nie byłem w niej zaangażowany … ale miałem mały udział w organizowaniu pierwszego w historii igrzysk olimpijskich Pawilonu LGBTQ. Został oficjalnie zaaprobowany przez MKOL[i] i od wówczas stał się częścią kolejnych olimpiad. Ale dla samego miasta i prowincji ta olimpiada wypracowała olbrzymie zadłużenie i kryzys finansowy. I generalnie była miastu zbędna. Zagrały ambicje i emocje polityków. Tylko, że politycy nie opłacają kosztów ze swoich kieszeń – płacą je mieszkańcy miasta. Vancouver i tak sławy szukać nie musi. Było i jest jednym z najpiękniejszych miast na świecie, z olimpiadą czy bez olimpiady. Przez swoje naturalne piękno położenia między górami a oceanem.

W Halifaksie nad Atlantykiem byłem świadkiem (bez jakiegokolwiek udziału formalnego czy nieformalnego) Mistorzstw Świata Juniorów w hokeju na lodzie. Jako, że hokej był wynalazkiem Nowej Szkocji (Woolfville to miejsce narodzin tego sportu) było to wydarzenie bardzo popularne i nie złamało finansowego kręgosłupa prowincji.

Teraz Mistrzostwa Świat w Piłce Nożnej. Też trochę ‘na wyrost’, bo na boga miłego do potentatów tego sportu raczej nie należymy. Ale na szczęście te Mistrzostwa zorganizowane ex equo aż w trzech państwach: Meksyku, USA i Kanadzie.

Piłką nożną zarządza na świecie FIFA[ii], która jest żmiją bardzo wysoko opłacanych ‘działaczy’, ci zaś mają równie wysokie wynagrodzenie i oczekiwania, czego dowodem jest idiotyczne przyznanie idiotycznej „Narody Pokojowej MKOL” dla Trumpa przez idiotę Gianni Infantino (nazwisko niby wskazuje infantylność, ale raczej pies kuty na cztery łapy). A myślałem, że MKOL jest do przyznawania nagród sportowcom za ich osiągnięcia, a nie politykom za działalność ze sportem nie zwiazaną.

Ah, jednej jeszcze olimpiady nie wymieniłem. Jedynej w której brałem udział, jako zawodnik i wygrałem trzy medale! Nie, nie żartuje, poważnie. Mam nawet do dziś w szpargałach odpowiednie dyplomy. Sto lat temu (lub blisko setki, LOL) na Agrykoli warszawskiej była olimpiada szkół średnich. Startowałem tam aż w trzech dyscyplinach: bieg na 100 metrów (zawsze byłem krtókodystansowcem, ha ha ha), skok w dal i … rzut oszczepem. Tym oszczepem trener mnie wybłagał, bo kolega, który miał to zrobić … nie pojawił się. No to rzuciłem. Pierwszy i bodaj ostatni raz w życiu. Dostałem dwa pierwsze miejsca za skok i sprint i trzecie za ten oszczep. Możliwe, że tylko trzech zawodników wystąpiło w tej kategorii i dzięki temu te trzecie miejsce zdobyłem. Nie pamiętam, ale bym się nie ździwił.

Aliści nic bez wiśni! O Vancouverze być miało. Miasto całe przystrojone, wszędzie ślady tego międzynarodowego widowiska. Wokół stadionu i Science Centre ulice pozamykane. Ale ludzie, zwłaszcza młodzi, chodzą grupami i na Granville Street, i na Robson Street i gdziekolwiek. Miło było zwyczajnie popatrzeć.


[i] Międzynarodowy Komitet Olimpijski

[ii] Fédération Internationale de Football Association

Beach time season officially opened

Beach time season officially opened

It was rather late time of the day, but nonetheless I boarded the comfortable coach (with modern mechanical horses under the hood, LOL) of my travelling companion and off we went to our favorable place – South Surrey Crescent Beach. Of course to the wild part of rocky beaches for naturalist (yeah, the ones, who walk and swim void of single piece of clothing).

Water was clear as crystal, cool but very friendly. Love that spot. Afterwards we went for gorgeous paths on natural meadows and marches at the other end of the beach. It’s truly marvelous – remember and respect the rules: it is protected and very delicate area. Follow strictly only the narrow walkways and do not stray into the meadows – the meadows are the kingdom of many little birds, who nest there. There is not many meadows like that in the vicinity of large cities, so do respect it. I was overjoyed.

Sezon plażowo-pływacki rozpoczęty oficjalnie. Pojechaliśmy z przyjacielem wczoraj późnym popołudniem do ulubionej plaży Crescent Beach w South Surrey. Naturalnie na plażę golasów, na kamlotach. Ale woda tam jest cudowna, czysta, nie ma przepełnienia i prawie zawsze wszyscy obok to starzy bywalcy i bardzo respektujący otoczenie i sąsiadów.. Woda zimna jeszcze ale już po pierwszym lekkim szoku bardzo miła do pływania, nurkowania. W odróżnieniu od plaż w Vancouverze wokół English Bay, które tej przezroczystośi i bogactwa morskiej flory i fauny nie posiadają.

Po kąpieli podjechaliśmy, już przy początkach kolorów zachodu słońca, na przeurocze łąki i mokradła drugiego końca Crescent. To tereny pod ochroną, rezerwaty flory i fauny brzegowej. Bajeczne kwiaty i krzewy jakie trudno w pielęgnowanych ogrodach miejskich znaleźć. I ta masa ptasiej drobnicy, która w tych łąkach uwinęła sobie gniazdka. Proszę więc nie schodzić ze ścieżek w te łąki, bo to tak jakby włazić w eleganckie salony w upapranych błotem walonkach. Ten spacer najbardziej mnie zachwycił, bo łąki kocham.

Majówka konstytucyjna

Majówka konstytucyjna

Mój Trzeci Maj? Chorągwie, szturmówki, mównice i miód oratorski płynący z biało-czerwonych ust? Z biało czerwonych ust?! Czyliżby usta mogły by być białoczerwone?! A skądże! Ale czerwone usta i biała piana słowotokiem z nich się lejąca, to przypadek nie rzadki.

By w tą pułapkę ponentną nie wpaść – wsiadłem na rower, jechałem kilkanaści lub kilkadziesiąt kilometrów przez miasto, brzegiem fiordu, przez park prastary … na plażę opalać się i w wodzie (brrr, zimna jednak ciągle, LOL) baraszkować, pływać.

Czy patriotyczne to było? Opatrzność jedna wiedzieć może. Czy można być patriotycznym w mokrych gaciach? Bo ja wiem? Jak można ze szturmówką w bezpiecznym kraju pierś nadymać i brzuch wciagać wołając gromko: ‘jestem Polak-patriota!’, to pewnie można i w mokrych gaciach. Aliści nie wołałem – choć o dniu nie zapomniałem. Zrobiłem z Trzeciego Maja majówkę miłą.

Czytałem też ciągle zaczętego dni kilka temu Jorge Borgesa. Po raz wtóry jego pisma krytyczno-literackie, a nie jego wspaniałą twórczość poetycką. Jezu, jaki on elokwentny i inteligentny. Kiedyś (o ile pamiętam) gdy to czytałem, to byłem zachwycony jego erudycją i uwagami. Teraz mnie zmęczył. Chciałem krzyknąć: Jorge, idź się napij szklankę calvadosu i popuść sobie i mnie. Toż to nieprzyzwoite tak w głowach nam mącić. Zwłaszcza, gdy się jest na plaży, a obok ciałka że hej do oglądania i w zasadzie z praktycznego punktu widzenia – w negliżu. Nie trzeba nawet wodzy fantazji popuszczać. Zwyczajnie: na plaży, na patelni podane.

Więc Jorge zamknąłem byłem (zdaje się coś pokrzykiwał, wygrażał z oburzeniem) w plecaku i by awantur nie robił tom go był owinął ręcznikiem.  Niech ma – to Vancouver, a nie Buenos Aires. I Pacyfik, a nie Atlantyk.

A 3-ci Maj?  No po to jest – byśmy mieli wolne i byśmy byli wolni na robienie tego, co nam się spodoba.

Myślę, że Stasiu Poniatowski, by sie zgodził i też by na tą plażę ze mną poszedł. Podobno (tylko podobno) miał w młodości skłonności, LOL. Ale kochani, nie wpadajcie w panikę – każdy kiedyś miał lub mieć będzie skłonności do kogoś lub czegoś. I chwała za to wszystkim bogom wszystkich epok!

Lęk

Lęk

LĘK

A czasem, czasem naprawdę nie wiem,

czy nie żal tej czystej bieli kartki,

nie zabrudzonej żadnym słowem.

Kartki milcząco cicho płaczącej.

Czy nie żal tuszu w długopisie i

tej pieśni nie śpiewanej i głuchej?

Smutek dusi, chwyta zaciśnietą pięścią za serce i czujesz jego palce, kostki chwytające aortę. Potem maszeruje, jak pająk do góry i wyciska z oczu suche łzy. Suchy płacz pozbawiony krzty wilgoci, mokrości, wilgotności. A płacz mimo to.

Nie ma komu cokolwiek opowiadać, nie ma z kim prowadzić rozmowy. Trzeba by było wszystko tłumaczyć, wyjaśniać od początku, a to nie to samo – to wykład by był, przemówienie wybrakowane nieobecnością ciepła i serdeczności współbycia, współrozumienia.

A ciągle mam tyle rzeczy, wierszy

do powiedzenia i ciągle chcę

usłyszeć tyle nowych zaklęć, słów.

To tak, gdy mówisz tylko półzdanie,

a ktoś myśl podejmuje, rozwija.

Wspólny spacer wspólnymi drogami.

Znają cię, ty znasz ich. Współistniejstwo. Przerwane, zamknięte, utracone. Może siedzi gdzieś nad jakąś rzeczką powolnie płynącą zakolami kujawskimi, piaskowymi, biednymi łąkami mazowieckimi? Może wartkim strumieniem, kaskadą huczącą w Kordylierach kanadyjskich? Możę było, a już nie ma? Wszystko zamienia się w cmentarz, gdy umierają ludzie. Więdną kwiatki łączane, milkną ptaszki, które wczoraj wiły pośród nich gniazda.

A przecież gdzieś życie musi istnieć jeszcze, z każdego szarego badyla listek jeszcze musi się wykulić, zazielenić. Samotność prowadzi długie rozmowy z cieniami. Trzeba je tylko rozpędzić w cztery strony świata, a samotność przestanie być sama. Będzie biegać po tych łąkach, po tych uliczkach, łapać motyle i potem wypuszczać je z garści.

Trzeba się tylko obudzić, wstać z łóżka tej samotności. Niech samotnością być przestanie. Wtedy i wiersze głuche usłyszą melodię, zatańczą leśmianowską łąką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Moje Wyznanie

Moje Wyznanie

CREDO

I to czas mój, moja chwla tu powoli dobiega kresu. Tu – na tym kontynencie, który przyjął mnie otwartymi na ościerz drzwiami. Drzwiami, przez które weszło życie i miłość, która ofiarowała niepojęte, upragnione szczęście spotkania człowieka, który dopełnił brakującą całość największych pragnień.

                Teraz muszę wracać tam, gdzie te pragnienia się narodziły. Muszę pójść ulicami, zaułkami wielkiego miasta nad starą rzeką. Nie, nie żądałem za dużo, nie sięgałem szczytów niedostępnych człowiekowi. Jeśli człowiek, stworzył bogów na Olimpie, to człowiek miał prawo do boskich marzeń.

A wtedy, w tamtym kraju, gdzie byłem chłopcem było szaro, było biednie, było po prostu brudno. Ale w tamtym biednym kraju grał w parkach Chopin, tam w bibliotekach czekały książki Platona i o Platonie, o tych olimpijskich bogach, ich tragicznych miłościach. Tam starzy aktorzy podszeptywali też ze scen, że może być inaczej, nie tak szaro-brudno. Stare ciotki mądre choć biedne, potwierdzały te mądrości.

Bez tego wszystkiego, bez tamtego tam dzieciństwa i młodości nie miałbym tak wielkich marzeń i pragnień. I być może bym nie pojął, nie poznał tego szczęścia, które tu później mnie spotkało.

Cóż zaś jest stałego w tych wielkich tragediach greckich? Upadek, utrata.  Wszyscy herosi, bohaterzy ludzcy i boscy tego doznają. Doznają największych zwycięstw, najwyższych wzlotów, najgorętszych miłości, by je potem stracić. Dlatego, że strata wielka i wielka klęska nie pozwalają tym marzeniom umrzeć, stracić wartość i znaczenie dla kolejnych pokoleń.

Dlatego muszę wrócić, by najmłodszym to potwierdzić, opowiedzieć o tym. Bo nie ma już starych, pięknych ciotek, nie ma profesorów, aktorów i pisarzy tej miary, którzy to we mnie zaszczepili. Ten święty ogień, któremu nie wolno zgasnąć. Pragnień i marzeń, którym nie wolno pozwolić usnąć, które dadzą ci szansę doznać szczęścia największego i straty najboleśniejszej.

Bez tego nie ma boskości, a człowiek jest stworzony do boskości.

Stań odważnie przed lustrem i pokłoń się odbiciu w zwierciadle. Dojrzyj, co ono pokazuje – oto on, bóg złamany, zasmucony, może rozczarowany przez moment. Ale bóg! On, potężny, godny łez i pocałunków. Ty.

Rower, ocean, słońce i wrona

Rower, ocean, słońce i wrona

Długa wycieczka rowerowa do miejsc miłych i drogich. Nie pierwsza odkąd tu wróciłem, pewnie nie ostatnia. Tyle wspomnień z czasów bardzo odległych, z osobami bardzo drogimi, hen, gdzieś sprzed blisko dwudziestu laty. Od Waterfront rowerem wzdłuż wybrzeża w kierunku Stanley Parku. Ale zanim pojechałem tą trasą wzdłuż wody, tą pod mostem wiszącym – musiałem podjechać do Rose Garden. Tu mama z Irenką Kropińską podjeżdżały z Domu Kopernika, wzdłuż Kingsway trolejbusem #19. On pod sam Rose Garden właśnie pętlę robił. Robi dalej, tylko już nie ma tego Domu Kopernika, nie ma Irenki, i nie ma Mamy. A Ogród Różany pozostał…

Z tego Ogrodu wróciłem na trasę ścieżką betonową wzdłuż początków Fiordu Burrard. Zatrzymałem się przy moim ukochanym Siwash Rock, rzuciłem okiem na wiszący nad nami mostem Lions Gate. Zaprojektowanym porzez tego samego architekta, który podobny bardzo zbudował między Dartmouth a Halifax – tamtym lubiłem chodzić na piechotę, jeśli miałem czasu więcej.

Tak, jak wczoraj w Central Park w Burnaby – ludzi co niemoc. Ale moc jednak znaleźli, grupami i pojedynczo. Dojechałem do Trzeciej Plaży, ulubionej mojej Mamy. Zdarłem z siebie wierzchnie ubranie, ległem na piasku i żałowałem, że kąpielówek na zmianę nie wziąłem. Ale do wody wlazłem. Zimna, brrr. Sporo ludzi na plaży się wylegiwało, nikt wszak do wody się nie skorzył. A ja łaziłem, brodziłem. Szkoda, że tch kąpielówek nie brałem, to bym jednak popływał chwilę. Dzieciaki zbierały muszle, mewy się wydzierały i kłóciły o jakieś rozgwiazdy, czapla opodal ze stoickim spokojem stała na swoich długich nogach niezbyt z tego harmidru zadowolona. Na drugim końcu plaży jacyś Meksykanie grali coś na bębenkach i coś na przenośnym rożnie smażyli.

Potem podjechałem do swojej kawiarni Melriches na słodki łakoć i na kawę. I coś tam skrobałem w brudnopisie.

Mamy nie ma, Irenki też, nie ma Johna. A ja jestem. Niby po co? Po prostu tak? Zwyczajnie? Bez sceny operowej, bez omdlewających hrabianek i książątek wybladłych, w perukach upudrowanych?

A tu jednak tak samo: mewy wrzeszczą strasznie i tłuką się o jakąś małżę, ta czapla stoicka niczym posąg Apollona. Jest jej kompletnie obojętnie czy to ja, czy Apollo, czy jakaś Baba Jaga choćby.

Podleciała wrona mądra, zakrakała ze zrozumieniem w te słowa: nie zwracaj na te idiotki uwagi. One są zwyczajnie patetyczne w tej swojej głupocie. Jedyny szczyt, jak w życiu osiągnęły to szczyt Ignorancji. Patrz na tych, co wiedzą – i dlatego najczęściej milczą: wrony właśnie, wieloryby i delfiny. Ponoć mrówki i szczury też. Te są jednak tak małe, że ich rozmowy są trudne do usłyszenia.

Czy jest tak samo w twoich wędrówkach? Nie, nie jest. Są te same skały, drzewa i plaże. One żyją dużo dłużej i ciekawiej; drzewa sięgają na przykład chmur i stamtąd widza dużo dalej; wieloryby i delfiny znają głębie oceanów olbrzymich i brzegi wszystkich kontynentów.

Człowiek? Człowiek jest też ciekawy. Ale nie jest stale ten sam, ważne jednak jest by pamiętał kim był wczoraj. I kim był dekady temu. Jest słabszy fizycznie z upływem czasu, ale silniejszy mentalnie z tym upływem lat. Jeśli tylko pamięta. Więc pamiętaj – zakrzyczała wrona i odleciała.

Wszyscy kiedyś odlatują, odlecimy i my. Tą naukę wrona zapomniała mi powiedzieć. Ale za te inne byłem jej wszak wdzięczny. I to by było na tyle dzisiaj. A dzień był ładny. To też warto docenić.   

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Na szczytach Olimpu z moim Hefajstionem

Moje nieustające fscynacje z historią Aleksandra Macedońskiego w wersji przekazanej nam przez Klausa Manna. Eh, Klaus, Klaus, coś ty mi narobił, narozrabial w tej głowie? Przecież znałem tą historię tak dobrze  od dziesięcioleci chyba już. A ty mi tu takie tam inne odcienie, półcienie, zamglenie we mgle sentymentu podsuwasz pod oczy, a z oczu naturalnie wciska mi się to w duszę.  /… /

(pisane w Craft Cafe na bulwarze nad rzeką Fraser w New Westminster)

szkic Hefajstiona w muzeum w Madrycie (ze zbiorów Wikepdii)

Klaus, jak wiedzieć mogłeś, że Aleksander przez dni kilka okrywał całunem pocałunków miłości całe ciało Hefajstiona? Że nie pozwolił dworzanom i żołnierzom oderwać cię od tego ciała, które było strumieniem jego życia właśnie, tego samego niepokonanego nigdy Aleksandra? Aleksandra, który zwyciężył armie całego świata. Aż śmierć tego umiłowanego generała, przyjaciela, kochanka jego nie pokonała. Życiodajnym strumieniem płynącym z macierzyńskiej Pel[i]i? Które było kwiatami Babilonu? Które było złotem Gangesu i Brahmaputry? Które było kolumnami Persepolis[ii]?

Jak wiedzieć mogłeś, że wszystkie stolice świata, tobołki pełne pereł, diamentów, złota i szmaragdów nie mogły kupić biletu powrotnego dla Hefajstiona?

to nie to, czy ten co odszedł dał ci życie

to to, że on był życiem

pytanie jest czy oddałbyś swoje

bo kochałeś

i łzy milczące napłynęły,

bo znikąd rady ni pomocy

dostać nie mogłeś

i byłeś bezbronny i słaby,

jako najniższy z niewolników,

a łzy same popłynęły z oczu

/B. Pacak-Gamalski/

                I otworzyła się brama w ścianie mojego Czasu: bogowie, lub herosi za ich pozwoleniem, przenieśli mnie w te dni okrutne, dni żegnania mego Hefajstiona. Dni, kiedy kładłem się obok niego, podłączonego do sieci różnorodnych elektronicznych czujników wyświetlających na ekranach wykresy symboli przypominających starą grekę z dni Arystotelesa i jego ucznia, Aleksandra; przez usta wpuszczono długiego węża[iii] , który wśliznął się do jego płuc i w równomiernych odstępach wdychał w nie powietrze. Dwa dni i dwie noce byłam do tego łóżka przytroczony siłą niepojetą.  Opowiadałem mu wszystkie dni naszego życia, wszystkie dekady naszych domów i mieszkań, podróży kontynentalnych i lokalnych; wąwozy, góry, wybrzeża oceanów, nasze plaże i nasze balkony.

Próbowano, namawiano, tłumaczono, że muszę odpocząć, pojechać do domu przespać parę godzin. Na końcu do małego pokoiku  przy tej wielkiej sali ICU[iv] wniesiono  jakąś kozetkę i namówiono mnie bym dał sobie czas na krótki sen, obiecując zawiadomić mnie natychmiast o jakiejkolwiek zmianie sytuacji. Uległem namowie i położyłem się. Natychmiast zasnąłem. Gdy się obudziłem zerwałem się z przerażeniem, że spałem.  Pobiegłem błyskawicznie do pokoju mego Hefajstiona z wyrzutem wobec medyków, że pozwolili mi  tak długo spać. Uśmiechnęli się lekko i smutno, jeden z nich odpowiedział: spałeś niecałe piętnaście minut.

Potem zebrało sie konsylium. Poprosili bym siadł przy ich stole: kardiolog, neurolog, pulmonolog i doktor od psychologii. Pani psycholożka była dla mnie, choć nie sądziłem, że jestem chory. Reagowałem dość – zdaniem moim – normalnie  na sytuację w jakiej się znalazłem.

Mówiono ciepło i monotonnie, cicho ale stanowczo: twoje płaty mózgowe na moment nie drgnęły, zostało tylko ciało – bezbronne, że powinienem dać zgodę, by ciebie od tych próbek, od tych węży odłączyć, by twoje ciało mogło też usnąć, bo jest zbyt zmęczone. Pani psycholożka wyjaśniła, że twój duch był świadom życia ostatni raz w moich ramionach, gdy czekałem na karetkę wtulając cię w moje pocałunki, moje wdmuchiwanie w ciebie powietrze. I że wtedy, bez paroksyzmów niemocy odleciałeś w przestrzeń poza naszą.

Nie, nie zerwałem się tak, jak Aleksander i nie wymordowałem tych bezsilnych medyków od ciała i duszy. Rozumiałem, że nie mogę twojego pięknego ciała męczyć ponad miarę, że muszę się nad samolubność i egoizm własny wznieść. Dałem tą zgodę z jednym zastrzeżeniem: po odłączeniu od tych sączek, macek i próbek ja muszę tam wejść i sam z nim tylko pozostać. Co zrobiono i zasłoniono szczelnie kotary, by wzrok kogokolwiek nie ośmielił się mnie i ciebie, Hefajstionie widzieć.

Leżałeś piękny, spokojny, bez drżenia, bez wstrząsów, bez drgań. Łagodny – czekałeś. Położyłem się obok, wtuliłem w ciebie. Całowałem od stóp poczynając, w górę aż do ust, nosa, oczu. Byłeś znowu sobą – kolumną i filarem mojego spokoju. Nawet nie wzbraniałeś od pieszczot ostatnich. Jak dekady wcześniej, gdy oddałeś się kompletnie nad jakimś strumieniem u podnóża wielkich gór – grzbietu Ameryk. Nasza droga od naszej Macedonii do naszego Babilonu. Nasze piękne życie. Nie mogę swoim zwyczajem być zbyt dumny Hefajstionie, muszę za nie podziękować wszystkim bogom wszystkich czasów: archaicznego, antycznego i nowożytnego. Nawet jeśli tych bogów nie było.

Może bogami są wszystkie dusze, które po odłączenu się od ciał, zamieszkują na najwyższych szczytach Atlasu, Himalajów, Kaukazu, Kordylierów, Olimpu i Karkonoszy?


[i] Stolica Mcedonii w czasach Aleksandra Wielkiego

[ii] Stolica starożytnej Persji

[iii] Wąż był symbolem helleńskiego boga sztuki lekarskiej, Asklepiosa

[iv] Intensive Care Unit (oddział intensywnej terapii)

Dzieci poezji i parków

                                                                                                                                             Melriches, March 12.26

Ulica Egzystencji

Uśmiechy ludzi mijanych na chodniku.

Obojętne spojrzenia innych na tymże.

Życie, ludzie mają swoje dzienne sprawy.

Mogą być też zwyczajnie zmęczeni tym dniem.

Późne popołudnie to wszak czas powrotów

z pracy, nie lubianej przez większość – współczesnej

formy pańszczyzny ich przodków. Wymianie

uległy jedynie nazwy, nie zasady.

Wczoraj śnieg wrócił. Mokry. Brudna breja

biało-szara zaległa uliczki między

starymi kamieniczkami i nowymi

wieżowcami, gdzie skryli się mieszczanie

ze wzrokiem utkwionym w szklanych ekranach

telewizorów, zawsze obecnych ręcznych

telefonach, tabletach, komputerach.

Te kamienice i wieżowce nie mają

znaczenia dla bezdomnych. Szukają tylko

jakiegoś nawisu nad parterami tych

kamienic, szklano-stalowych wieżowców.

Miejsca, gdzie mogą usiąść na swoich workach,

które wypełnia ich dobytek, ich wózkach.

Nie zwracają uwagi na mieszczan, którzy

mijają ich obojętnie, przyzwyczajonych

do ich egzystencji: tak widać być musi.

Biedacy i mieszczanie. Dwie Egzystencje.

Idę więc tą ulicą Egzystencji,

i jednak się uśmiecham. Mimo kropelek

deszczu, znajduję w moim mieście kwitnące

magnolie, zawilce i żonkile żółte.

Opodal alejki Kreciego Wzgórza

skromny krzaczek różany z jednym kwiatem,

płonącym żółtym płomykiem-latarenką.

Odwiedziłem wcześniej mój Kościół – Bibliotekę.

Zwrócić jedną książkę i pożyczyć drugą.

Taka wymiana opłatka komunijnego.

Komunia Święta to my. Jesteśmy Komunią,

jesteśmy komunardami paryskimi.

I uśmiecham się znowu popijając

kawę w ulubionej kawiarni na Davie.

Dobrze jest być komunardem. Nie, nie chce być

ani Robespierrem, ani Maratem. Nie.

Wolę być zwykłym komunardem biegnącym

od kawiarenki do kawiarenki paryskiej

z bagietką w jednej ręce, drugą z butelką

taniego wina, krzyczącym: Liberté!

Fraternité! Eh, Egalité zgubiłem!

Nigdy nie będziemy równi, czymś się jednak

odróżniać musimy, aby nie było nudno.

Mój smutek i żal? Moja tęsknota gdzie?

Zawsze są ze mną, dzieci się nie porzuca.

Bogumił Pacak-Gamalski, Vancouver, 2026

Wojny i mężowie stanu. Wojny i rozbójnicy.

Wojny i mężowie stanu. Wojny i rozbójnicy.

Doprawdy nie chce się brudu dotykać i pisać o polityce. Ale jest wokół nas, dotyka brudnymi łapami, wrzeszczy, pijana bełkoce wieczorami, wszczyna burdy po wódce w barach i bramach kamienic. Zatacza się z panienkami lekkich obyczajów pod Grand Hotelem w Sopocie, pod Bristolem i Europejskim w Warszawie.

Chcąc czy nie chcąc – dotyka nas i naszego życia. Spokoju po dniu pracy lub lęku: co będzie jutro? Lęku niestety. Lęku i złości. Ile trzeba łajdactwa w sobie nazbierać, by wykorzystując niezasłużenie otrzymane funkcje i wysokie pozycje we władzach kraju, by stać się tak bezczelnym i zadufanym w sobie, by ten spokój nasz, te prawo do odpoczęcia nam niszczyć?

Kraj ma wielką wojnę na granicy od Białorusi aż po Bieszczady, zresztą Białoruś w łapach okrutnego satrapy odgrodzona od nas zasiekami z drutu kolczastego. To nie są żarty – to codzienna rzeczywistość naszych granic wschodnich.

Wielkie, okrutne wojny zapaliły się od pocisków i bombardowań szalonego Pomarańczowego Starca i zbrodniarza wojennego z Izraela: od starożytnej Persji po cały Bliski Wschód. Netanjahu ostrzelał pociskami z białym fosforem ludność cywilną wbrew prawom wojny, które zabraniają używać tej okrutnej amunicji, jeśli istnieje ryzyko, że spadnie na terenach, gdzie może być ludność cywilna. A to dokładnie zrobił ten zbrodniarz wojenny, grabarz Gazy i Palestyńczyków.

Zbrodniarze naszego świata: Putin, Netanjahu i Pomrańczowy Starzec stoją nad olbrzymią beczką prochu z zapalonymi lontami. Beczki każdego z nich kryją ładunki atomowe i jądrowe. Czy podpalą? Uważam, że nie zawahają się, jeśli dojdą w swych schorowanych mózgach do wniosku, że ich plany się chwieją i mogą paść na śmietniku historii. Czym się różnią tysiące ofiar od milionów? Niczym prócz zer. Bo taką wartość w ich umysłach ma ludzkie życie: zera.

W takim świecie, w takim zagrożeniu znajduje się Polska. Naturalnie nie tylko Polska. Ale ona też. Bezpośrednio w każdej chwili zagrożona od Putina, najmłodszego z tych trzech starców, bo tylko 73-letniego jeźdźca Apokalipsy.

I w tejże Polsce toczy się od tygodni już szalona, nienormalna wojna polityczna o rozbudowanie i wzmocnienie polskich wojsk. Za czyje pieniądze, z kogo zasługi? Za jaką cenę? Od tygodni całych, od awantur sejmowych, nienormalnych spotkań z nienormalnym prezydentem i absurdalnej argumentacji skrajnej prawicy stetryczałego Kaczyńskiego. Do tego dołączył ostatnio ten tłusty wieprz ze stanowiskiem Prezesa Narodowego Banku Polskiego. Wlazł po prostu nachalnie w samo centrum dyskusji politycznej o podstawowych dla państwa sprawach. Prezes Banku, nie poseł, nie minister, nie senator, nie premier. Urzędnik państwowy. Banku, który od wielu już lat każdego roku ogłasza deficyt rzędu miliardów złotych. Nagle mówi, że znajduje miliardy, które mogą być użyte na rozbudowę armii i uzbrojenie. Więc jeśli gdzieś pod tapczanem te miliardy znalazł, to zgodnie z prawem musi tą nadwyżkę przelać na budżet państwa do dyspozycji rządu. Takie jest prawo, idioto. I w dodatku możesz być pociągnięty do odpowiedzialności karnej za składanie niezgodnych z prawdą raportów dla ministra finansów. Więc zaczyna się wić, jak żmija tłusta i pocić. Nagle wpada na pomysł: sprzedajmy rezerwy polskiego złota i będą pieniądze! Cudownie! Zastawimy drugą hipotekę na ten sam dom, który już ma hipotekę (owe deficyty Narodowego Banku Polskiego to właśnie ta pierwsza hipoteka). Genialny idiota, czy idiota zwyczajny? Jak to jest, że politycy bardzo prawicowi tracą mózgi i wszelką racjonalność, gdy prowadzą wojnę polityczną o władzę w państwie? Jest wszak coś, co nazywa się najzwyczajniej racją stanu. Gdzie spory polityczne nie maja prawa głosu, gdzie interes podstawowy państwa, to absolutny priorytet. Nieprzekraczalny, niedotykalny.  

Otóż rząd wypracował w dyskusjach z Unią Europejska olbrzymią pożyczkę na wyjątkowo dogodnych, wieloletnich procentach ( 3%!). Bagatela, tylko 150 miliardów euro[i], lub 185 miliardów złotych. Tak, to jest pożyczka, daj wam boże jednak a takich warunkach taka pożyczkę dostać od jakiegokolwiek banku. Nawet nie na prawie 200 miliardów, ale na głupi milion – sam stanę w kolejce.

Szanowny (tak, to figura retoryczna, bo potwierdzam, że nie szanuje pana) Panie (P)rezydencie, stoimy być może w sytuacji, w jakiej Polska była między 1937 a 1939 okiem. Nie ma czasu ni miejsca na kłótnie i spory polityczne. To by się równało zdradzie narodowej. Gdyby pan prezes Narodowego Banku Polskiego znalazł legalne i konstytucyjne miliony polskich złotówek – ma pan już zapewnienie rządu, że też je zużyje na obronność Polski. Wiem, że pan nie znajdzie, bo z próżnego i Salomon nie naleje, ale gdyby … Tu pieniądze mamy już teraz. Czekające, gotowe. Trzeba tylko pańskiej kontrasygnaty a odpowiednim akcie sejmowym. Proszę stanąć na wysokości zadania Zwierzchnika Polskich Sił Zbrojnych. Albo wrócić na Wybrzeże do Grand Hotelu.


[i]SAFE dla Polski – dotacje czy pożyczki i na jakich zasadach