Jakże łatwo pisać wiersze o plażach nad oceanami, o śpiewie ptaków, o muszli opowidającej bajki z głębin. Tak siedzieć sobie na trawie lub w ulubionej kawiarence i skrobać o kolorach zachodzącego właśnie słońca. Obserwować kolorowych, pięknych i zgrabnych ludzi przechodzących gwarną ulicą pod oknem tej kawiarni. Lub o starych ulicach patrycjuszowskiego miasta, z nadgryzionymi zębem czasu kamienicami pełnymi zamożnych sklepów na parterach. Łatwo zaiste.
I jak łatwo wtedy nie spostrzegać biedy, nędzy i brzydoty, która obok chyłkiem się przetacza. Cienie wyniszczone plagą miast tego kontynentu-państwa: chemicznymi używkami. Gdzież tam zabawna marihuana! To dla dzieci prawie lub starców. Ta od lat tu panująca plaga zamienia ludzi w zombi. Spędziłem dzień jeden (wbrew ostrzeżeniom, że to nadmierne ryzyko) chyba blisko rok temu w samym centrum tego piekła w okolicach starej biblioteki na Hasting Street w Vancouverze[i]. Ale widzę to codziennie wieczorami z mojego balkonu w starym New Westminster, mijam ich za dnia w w tych samych zakamarkach na Columbia Street, czasem widzę jak karetki i policja ratują ich przed zapaścią. Żyją, jak cienie. Nikt z nas nie zauważa, kiedy niektóre z tych cieni nagle znikają, rozpływają się w powietrzu. Któż by zauważył – są przecież tak do siebie podobni.
Wieć daję im też swój ‘brzydki wiersz’ o brzydocie bogatych miast, ‘smutny wiersz’ o smutnych ludziach.
Oglądam i słucham codziennie wiadomości. Zawsze byłem ‘zwierzęciem politycznym’, na szczęście nigdy nie byłem politykiem. Często bywałem działaczem społecznym, co o politykę i polityków się poniekąd ociera. Mea culpa. Ale trudno zupełnie ją w życiu odrzucić, gdy jest wszędzie. Chcąc cokolwiek dla innych zrobić lub zwyczajnie choć nieco rzeczywistość nagiąć do własnych wyobrażeń i dążeń – bez ocierania się o tą brudną politykę nie sposób. Choć przy okazji pobrudzić się łatwo. Cóż, trudno.
Mam więc zawsze (z wiekiem silniej to występuje, bo naturalnie z biegiem lat bagaż zawodów wobec polityków staje się cięższy) duże nadzieje wobec polityków, którzy te nadzieje budzą wiedząc, że w większości wypadków się na końcu rozczaruję. Na usprawiedliwienie trzeba jasno powiedzieć, że nawet najlepsze intencje tej pani czy pana, którzy za politykę się biorą z czasem ulegają wyjałowieniu w zetknięciu z twardą rzeczywistością politycznej walki z przeciwnikami lub nawet sojusznikami, koalicjantami. W sumie najłatwiej to mają s…rwiele dyktatorzy i typki, które kompletnie w nosie mają przepisy i konstytucje. Czyli ci, którzy demokrację używają do zdobycia władzy, a po wygranej tą demokrację zamykają w Domu Wariatów za żelaznymi drzwiami i oknami z kratami.
Od czasu pewnego nikt mnie tak nie cieszy, a budzi z letargu, jak obecny Marszałek Sejmu RP, pan Włodzimierz Czarzasty. To stary wyjadacz politycznego chleba lewicy. Zaczynał, jako smarkacz jeszcze za nieboszczki PRL. Było to może i niechlubne – ale mówienie, dziś, że każdy młody chłopak czy dziewczyna, który do ZMP (młodzieżowa przybudówka PZPR) należał był świnią i zdrajcą, jest kłamstwem. To byli młodzi ludzie, często ze środowisk robotniczych, którzy kończąc szkoły, na ogół studia też, myśleli, że można to naprawić, że idee są dobre tylko źli wykonawcy. Prawda jest taka, że i wykonawcy nie wszyscy byli tacy źli. To właśnie idee były kompletnie złe. Do d…py, zwyczajnie. Ale zrozumieć to, gdy ma się lat 18 lub 20 i nigdy nie żyło się w kraju demokratycznym, a od urodzenia właśnie w tym PRl jest więcej niż niemożliwością. Szczęśliwi, którzy żyli w rodzinie i środowisku inteligenckim, wręcz anty-komunistycznym, anty-sowieckim.
Czarzasty nie ukrywa tego, ba! podkreśla, że jest politykiem lewicowym (w moim życiu przekonałem się, że Lewicy ufać można najbardziej jeśli chodzi o sprawy socjalne). Czy bym chciał aby Lewica tworzyła rząd w moim kraju? Chyba nie jednak – ale bardzo bym chciał by była takim języczkiem u wagi, by bez jej głosów rząd by tracił swoją parlamentarną większość.
Dzień czy trzy temu wysłuchałem pasjonującego wystąpienia pana Marszałka Czarzastego na spotkaniu z młodzieżą z całego kraju. Gdybym tam był osobiście (nie byłbym, bo młody nie jestem i politykiem też nie, LOL) bym z radością na stojąco bił brawo. Idee, tak! Wizje, tak – trzeba je mieć, trzeba w nie wierzyć. I trzeba czasem o nie zawalczyć. Niech młodzi nie machają ręką, że ci ‘starzy’ u steru władzy, te zgredy nigdy im na to nie pozwolą. Nie patrzcie na tych zgredów. Sami po swoje prawa sięgajcie, trzymajcie ich za ‘wyborcze gardło’, by obietnice spełniali. To chodzi o wasze życie, o waszą przyszłość.
Pokolenie waszych dziadków i pradziadków walczyło o Polskę w 2 wojnie światowej, waszych rodziców (ja) miało swoją ‘Solidarność’ – teraz czas na wasze pokolenie. Historia daje wam szansę wziąć ster i lejce we własne ręce. Tak, skoczcie bez siodła na grzbiet tej starej kobyły Historii i poprowadzcie ją na świeże pastwiska.
Poniżej te porywające wystąpienie tego mądrego ‘starego zgreda’ Marszałka Czarzastego.
The fought of going. The fought of leaving. Home? Love? Friends?
Not really – I gave it to all the subjects mentioned above all I had: my heart, my love, my cherishing of all of the things and all the people, the places that makes up this country – Canada.
Now the country has nothing more to offer to me, to give. It already did. Besides, it is just a half of me that’s leaving; the other half stays here forever. With him.
My dear Canada, I’m leaving with you the ashes of that other half of me: my Love Eternal, my John.
On a little hill in Pictou is a sadly-sweet old cemetery, with his parents, his brother. The cemetery, where I know the names of half of those buried there. Some are very old, ancient almost, with names of his cousins, grandparents, aunts and great aunts. Some of them I met decades ago, like great-aunt Theresa on the French, Cormier side, who was born on French speaking Les Îles-de-la-Madeleine[i]. The one, who visited your parents back in Priddis[ii] in the 1990’s and gave me the beautiful old book of the story of Evangeline[iii], her expulsion with thousands of other Acadians from Nova Scotia to the swamps of Louisiana, who gave Louisiana their ‘cajun’ character and French Quarters of New Orleans with its Cajuns/Creole[iv] language. Many years later, when I lived in Dartmouth in Nova Scotia, I have followed the trails of that expulsion, their towns, Catholic churches. I followed the entire Trail of Evangeline and her tragic return to Nova Scotia from Louisiana to her dying lover. Henry Longfellow wrote this famous long poem apparently under the spell of famous epic poem by Mickiewicz “Pan Tadeusz” (Sir Thaddeus)[v]. Sadly, Longfellow did not possess literary genius of Mickiewicz – but if he didn’t write it, I would have never known the story of Evangeline. Tragic and beautiful, and it is a testament of very important history of Nova Scotia and later entire Canada and the beginning of the long love-hate affair between the British and the French. Still very much alive, and treacherous as ever.
So, back on that little cemetery in Pictou, I have left your ashes in the familial embrace of generations of your family buried there. Part of my heart is buried there, too. That part will never leave my Canada, and will stay there till end of times. As the description I left on that gravestone (forever in my heart) will be the non omnis moriar of our Love in times, when no one will remember you or me. Just as I have build that Monument to Love from heavy rocks and dead tree brought to that deserted and secluded beach in Lower East Chezetcook. I have spent on this wild beach many days on end – just me and our Love. No names, just Love. Therefore it could be anyone’s love, as it should have been. Love belonging to those who had her, who lost her, and those who seek her. The only reason to simply ‘be’ that I had. The only thought, that I dreamt of, the only desire – and I had it here, in Canada: my Home, my country.
Now she has nothing to give, to grant me.
I’m going back to an older, original home. Across an ocean that I grew so fond of in Nova Scotia, to the old place, a place where my dreams and desires stronger than just my sheer will to live, begun. Place, where I still might catch the fleeting glimpse of that boy. Will I? I don’t know.
But I do know I owe it to the old country. Maybe there I will still recognize things that I can give to the old meadows, rivers, towns and cities, the tiny Baltic Sea? Maybe.
Idę Marszałkowską do Placu Konstytucji. Znajoma kawiarenka po lewej stronie. Stoliki na zewnątrz, ale ja idę na ulubione pięterko i siadam na szerokim parapecie okiennym. Nikt mnie tu nie zna i nawet gdyby ktoś, kogo znałem by się tu pojawił pewnie ani on/ona ani ja nie rozpoznalibyśmy się. Tak mi się wydaje, choć kto wie? Ludzie aż tak się nie zmieniają, zwłaszcza dorośli. Jest możliwe, że bym nie poznał jednak dalszego znajomego z lat jeszcze 70. i 80. poprzedniego stulecia. Tak po prawdzie nie pamiętam, nawet czy to było na Konstytucji czy kawiarnia ‘Charlotte’ na placu Zbawiciela? Ale jak wejdę, to rozpoznam bez wątpienia. Było też fajne miejsce na Brackiej, kafejka ‘Między nami’. To szczególnie lubiłem już w ostatnim 10-leciu. Miałem tam miłe spotkania z ciekawymi ludźmi ze świata literatury i sztuki. Czasem zaskakujące i nieprzewidziane, jak choćby te ze wspaniałym Omarem Sangare[vi] – aktorem, poetą, akademikiem i organizatorem słynnej Sceny i Festiwalu Jednego Aktora United Solo na Theatre Row (obok Broadwayu) w centrum Nowego Jorku. Poznaliśmy się bodaj sto lat temu na jego prezentacji własnej sztuki „Krytyk teatralny” podczas wizyty w Vancouverze. O ile pamięć mnie nie myli było to chyba na scenach Centrum Kultury Żydowskiej koło Oak Street (może jednak w teatrze na Granville Island? nie pamiętam, a nie chce mi się sprawdzać). Bardzo mi przypadł do serca. Po latach odnowiliśmy znajomość właśnie w Nowym Jorku. W międzyczasie opublikowałem w moim roczniku artystycznym[vii] odpowiednio przykrojoną do potrzeb publikacji, jego pracę magisterską na temat … Otella szekspirowskiego. A, przypomnę tylko, że Omar Sangare to z krwi i kości polski 100% czarnoskóry aktor, urodzony w Stalowej Woli. Tata jego pochodził zaś z Afryki, a w Polsce studiował. Otóż podczas mojej wizyty w Warszawie i on tam wrócił, zdaje się miał występować gościnnie w Teatrze Syrena. Chyba tam się właśnie przypadkowo spotkaliśmy. Ja zdaje się wychodziłem ze spotkania w polskim MSZecie (te ministerstwo jest zadziwiająco blisko … Trybunału Konstytucyjnego, LOL), a on wychodził z “Syreny” i prawie na siebie wpadliśmy. Umówiliśmy się naturalnie w tej uroczej kawiarence na Brackiej. Dużo opowiadań, wspomnień. Innym razem spotkałem się tam z dziennikarzem i pisarzem Krzysztofem Tomasikiem[viii] – ciekawą postacią, zajmującym się historią znanych osób z kręgów LGBTQ. Naturalnie miał masę pytań bardzo konkretnych, ale nie na wszystkie chciałem odpowiedzieć. Zwłaszcza o osobach z bardzo wysokiej i publicznej ‘półki’ kultury polskiej. Niektóre z tych osób pełniły bardzo wysokie oficjalne funkcje w znanych przybytkach sztuki, a publicznie same comnig-outu nie dokonały. On uważał, że powinienem, bo oni sami ‘nam to winni’. Ja mówiłem, że ‘ja’ to nie ‘’my’ i sytuacja każdego człowieka jest inna. Zawsze jestem i byłem przeciwny outowania kogoś bez zgody tej osoby. Ale Tomasika szczerze szanuję, bo to wyjątkowo zasłużony historyk, badacz i publicysta spraw związanych z historią osób i środowiska LGBTQ+ w Polsce. Moje ukłony dla niego.
Oczywiście zaraz obok była bardzo długo, (zdaje się już nie istniejąca), słynna kawiarnia ‘Alhambra’, gdzie podawano cudowną kawę ‘po turecku’ i było to jedyne znane i popularne miejsce schadzek gejów warszawskich, kiedy słowa ‘gej’ jeszcze nie było w polskim słowniku ani slangu. To były czasy mojej wczesnej młodości i pierwszy lokal, gdzie wchodziłem i siadałem za stolikiem z jedną ‘małą czarną’, którą niemiłosiernie długo piłem (na zamówienie drugiej nie było mnie stać przecież!). Tutaj kilka razy widziałem i z wielką czułością obserwowałem kultową postać polskiego baletu i już ciszej warszawskiego światka gejowskiego – kochaną, uwielbianą ‘Stasię’: pana Stanisława Szymańskiego, pierwszego solistę Baletu Opery Warszawskiej. To był tancerz par excellence – on żył baletem i oddał mu wszystko. Przez sam fakt, że w tamtych czasach był często pokazywany w TV polskiej – uwielbiany był przez masy Polaków w całym kraju. Jakkolwiek widziałem potem wielu technicznie po prostu fenomenalnych tancerzy ze światowych scen – nikt nie wydawał się żyć tak tańcem, jak wtedy Szymański. Dla nas był bogiem sceny, Apollem, który dla widza zszedł z Olimpu i tańczył dla nas, oczarowanych. I ja, młodziutki chłopak, szczeniak mogłem kilka razy obserwować tego Apolliona właśnie w tej ‘Alhambrze’. Wydaje mi się, że kilka razy się do mnie smutno, ale miło jednak, uśmiechnął. Do ‘Alhambry’ wszak raczej nie wrócę, bo nie mam umiejętności cofania czasu, ale na Bracką na pewno. Może jakąś inną cafe-dziupelkę też poznam nową, tej na Brackiej jednak nie zostawię.
Oczywiście mam pamięć Warszawy innej, wcześniej o wiele, wiele lat. Warszawy chłopca, potem młodzieńca: ‘Solidarności’, podkładania ulotek w Empiku przy Nowym Świecie w latach 70. ubiegłego wieku, ulotek wystukiwanych na rozklepotanej starej maszynie do pisania. Ale to było już tak dawno. Tamten chłopak to już historia. Ja bym go poznał, on chyba mnie nie. Może szybciej poznalibyśmy się i zrozumieli z dużo wcześniejszym chłopcem, który przyjechał z mamą parowym pociągiem do Warszawy Głównej. Miałem krótkie spodenki i pamiętam świetnie nieliczne ocalałe kamienice na Ochocie i w Centrum, gdzie ciągle były wyraźnie widoczne dziury po pociskach niemieckich, czasem połowa kamienicy była zamieszkana, a z drugiej połowy zostały tylko resztki ruin. Potem poszliśmy pod ten olbrzymi Pałac Kultury z tymi brzydkimi i straszącymi młodego chłopczyka figurami muskularnych robotników. Natomiast fontanny wokół tego Pałacu były cudowne. Z siostrą i innymi dzieciakami kąpaliśmy się w nich niczym w jakimś miejskim basenie. To była moja jedyna wizyta w Warszawie, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w Toruniu. W bardzo krótkim czasie przenieśliśmy się w okolice Warszawy.
Potem to już nie dojeżdżałem WKD do przystanku Warszawa Ochota, ani Warszawa Centralna. Potem dolatywałem przez pół wieku samolotami z zupełnie innego kontynentu. Czterdzieści cztery lata, mickiewiczowsko to brzmi, prawda? LOL. Wszystko zresztą przez tego Mickiewicza po prawdzie. Do szkoły jeszcze nie chodziłem, a już ‘Świteziankę’ czytałem. Przez mamę, bo go kochała, jak wariatka. A takiego małego brzdąca, jakim wtedy byłem, szaleństwami łatwo było omamić. No i tym tułaczem zostałem. Ale – w przeciwieństwie do Adama – Zajazdu ostatniego ani pierwszego na Litwie nie opisałem.
Więc z tych późniejszych przyjazdów zza oceanu, tych wielokrotnych krótkich powrotów, Warszawę na dorosło, dojrzale już pokochałem. To moje miasto. Bo tam właśnie były te pierwsze szalone i najważniejsze lata wczesnej młodości. Marzenia, tęsknoty, pragnienia. Co zrobię więc i gdzie pójdę na mój pierwszy spacer po tym ostatecznym powrocie?
Na pewno pójdę na swoją ławeczkę na pagórku w Parku Ujazdowskim. Stamtąd dobrze widać i jeziorko obok i z daleka mogę pomachać ręką Perseuszowi wykutemu w czarnym marmurze. Ileż tam godzin spędziłem na drugiej ławeczce, na tyłach Ambasady Francuskiej, właśnie obok tego zgrabnego Perseusza[ix]. Uśmiechał się do mnie ladaco i zaglądał przez ramię w mój notes czytając com w nim nabazgrał. Więc dla przekory nic o nim nie pisałem. Niech się dąsa na swoją Andromedę, a nie na mnie. Ci dawni Grecy, to zawsze byli tacy kombinatorzy – żony ładne mieli, a za chłopakami latali, jak psy. Nawet w czasach najdawniejszych, długo przed wszystkimi Platonami i Sokratami. Przecież Perseusz sam był prapradziadem Herkulesa, a proszę mi wierzyć, że to już bardzo dawno temu, gdy Herkules w stajniach Augiasza się za sprzątającego podnajął.
Tamtemu człowiekowi, który opuścił Polskę czterdzieści ponad lat temu zawdzięczam bardzo dużo, ale ja dzisiejszy, to już nie ten sam człowiek. Ktoś inny i gdzie indziej zmienił mnie i ukształtował silniej niż nawet tamte marzenia, tęsknoty, romanse. Ktoś w Kanadzie – mój mąż, kochanek i przyjaciel miał na mnie wpływ najsilniejszy, najtrwalszy. Przez ten związek zaznałem ból największy i szczęście niewyobrażalne. Spełnienie kompletne.
.
Jesteś królem
Jesteś Pieśnią nad Pieśniami,
jesteś w szczytach Kaukazu,
gdzie Stary Anioł z długą brodą
podał ci rękę, byś mógł
bezpiecznie zejść żlebami
do dolin zielonych,dolin
z mruczącymi ruczajami,
które wiodły do domu
Persefony, domu światła
i dobroci. Mądrości i
ciepła, które płynęło z
twych oczu, jak te kaukaskie
strumyki. Jestem tylko twoim
cieniem, twoim towarzyszem
zbierającym gałęzie do
domowego ogniska, które
będzie nas chronić przed chłodem
nocy, gdy zapuka do drzwi.
Jesteś moją tęczą. Tęczą
z wodospadów Iguazu
chłodzącą twarz i plecy od
skwaru tropikalnych nieb.
Jesteś, gdy cię nie widzę. ale
czule czuję ciągle. Ostatnią
myślą przed snem, rano pierwszym
uśmiechem Zefira brzasku.
Ja jestem administratorem,
jestem dowódcą naszych wojsk,
jestem szambelanem dworu.
Ty tylko królem. Niczym więcej.
/dzień później/
To, co napisałem nie podoba mi się. Nie oddaje nawet połowy ani korzeni tej tęsknoty do powrotu, ani jej siły. Zasadniczy powód, to pewnie fakt, że … nigdy z tej ‘Polski’ nie wyjechałem. To ‘komunistyczna’ Polska wyjechała z ,mojej Polski’. Dlatego ta ‘moja’ Polska była ze mną bez przerwy: przez Włochy, Calgary, Vancouver i Nową Szkocję w Kanadzie; przez wszystkie wyspy zaczarowane Polinezji, jej atole, muszle, pochylone nad ciepłym Pacyfikiem tak samo, jak skromne wierzby pochylały się nad rzeczkami wałęsającymi się gdzieś w piaszczystych łąkach Mazowsza. Dnia chyba nie było, bym choć przez chwilę o niej, tej szarej Polsce nie wspominał. Aż stały się duże, kolorowe, piękne, zasobne. Bo tak się przeobraziła ta moja Polska, gdy ja odwiedzałem po 1990 roku.
Ale wtedy miałem już w tym olbrzymim kraju-kontynencie, który opierał się brzegami aż o trzy oceany[i] swój nowy Dom, mój Dom. Życie, pracę, działalność społeczną, pisanie, edytowanie, redagowanie, wydawanie. I coś jeszcze, najważniejsze. Miałem przede wszystkim Jego.
On był wszystkim. Był ‘moją Polską’, ‘moją Kanadą’, ‘moim wierszem’. Był o niebo lepszym moim alter ego. Tego, o którym marzyłem w mojej wczesnej młodości w Polsce. Więc może gdy wracam do Polski, wracam też do niego? Bo wracam do źródeł tych marzeń, które później on tu, w Kanadzie zrealizował, urzeczywistnił.
Przecież nie jest w pojemniczku szarych prochów na małym cmentarzyku Stella Maris nad cieśniną św. Wawrzyńca.
Jesteś we mnie. Na zawsze. A ja z tobą. Bo przecież gdzieś się jeszcze muszę odnaleźć. Jak tylko się pozbieram, spakuję i rozpakuję, zabiorę cię na spacer do Parku Ujazdowskiego, a potem do łabędzi w Łazienkach.
(pisane dnia następnego)
Następnego dnia pojechałem z wieczora do naszego ostatniego domu w Surrey, gdzie mieszkaliśmy do czasu wyjazdu do Nowej Szkocji. Szedłem powoli wzdłuż znajomego murku, dotykałem dłonią chropowatej powierzchni białego piaskowca. Siadłem cicho na narożniku murku, tuż przy metalowej furtce do naszego ogródka. Tam często rano piliśmy pierwszą kawę, której nikt lepiej niż ty nie zaparzał. Mnie do obrządku rannej zwłaszcza kawy nie wolno się było zbliżać. LOL. Siadaliśmy potem z tą kawą w naszym ogródku, nasz ‘synek-kotek’ Babu przychodził też, robił ranny obchód ogródka, ocierał z podniesionym ogonem o nasze nogi. Potem wracał z godnością, wchodził położyć się na kanapę w saloniku visa ‘vis kominka. Czekał cierpliwie, gdy skończymy kawę i w końcu podamy wielmożnemu księciu jego śniadanie. Potem wracał powoli po schodach do naszej sypialni, która była przecież i jego sypialnią, kładł się na swoim łóżku (nam po prostu było wolno spać też w tym jego łóżku) i zasypiał. No bo kto by pomyślał, by zrywać się tak wcześnie, jak ci jego służący-tatusiowie?
Więc w tym mroku tego wieczora posiedziałem tam trochę. Posłuchałem szeptu naszej brzózki sięgającej teraz dachu. Znalazłem ją kiedyś maleńką, wyrwaną z korzeniami na jakimś śmietniku wokół domków obok. Zasadziłem, czule dbałem, gadałem z nią też. I odżyła. przetrwała i jest w swoim domu, w którym nie ma już nas. Ale ona trwa.
Babu też już nie ma. Był naszym dziecka od drobniutkiego szkraba, który mógł się na dłoni zmieścić, gdy podarowała go nam jeszcze w Burnaby w 1994 roku moja kuzynka. Był z nami dwadzieścia lat. To kawał życia. Odszedł na naszych rękach po krótkiej, ciężkiej chorobie.
Potem byłem tą noc przy mamie, przytulałem ją, gdy zasnęła zmęczona w ten ostatni sen. Dziś rozumiem, że są momenty i czas, gdy tego snu wyczekujemy, gdy jesteśmy już zmęczeni i nie mamy już niczego do obdarowania, oferowania, najbliższym.
Ty jeszcze miałeś czas długi przed sobą i masę podarunków dla wielu, gdy kładłem moją głowę przy twojej, opowiedziałem szeptem do twojego ucha naszą długą i piękną przygodę życia. Potem musiałem w końcu pozwolić na wyłączenie tych okrutnych maszyn. Moje nienasycenie, mój głód ciebie i tak stawał się tylko spełnianiem żądań zachłannego kochanka, zbyt przecież dumnego by cierpieć, a jedynie godnego darowywania życzeń. A ty po prostu chciałeś już też zasnąć. Twoje ciało było już też zmęczone. Dopiero ciche słowa neurologa i psychologa, którzy spokojnie i taktownie wyjaśnili mi, żeś umarł jeszcze przed szpitalem, w moich ramionach, zanim dojechała karetka pod dom. Więc jednak w moich ramionach, tych które znałeś, kochałeś i które kochały ciebie.
Teraz nie ma ramion dla mnie.
A może to nie jest pełna prawda, może ciągle czuje przy sobie twoje ciepłe ramiona, twoje mądre spojrzenie, twą czułość? Mój Solomonie, mój Aleksandrze, mój Gilgameszu, moja Beatrycze…
(dwa dni później)
I czy to już wszystko, co mogę powiedzieć? Czy czara się wypełniła? Chyba jednak nie, wszak w każdej pełnej czarze, gdy ją dotkniesz kilka kropel ubywa. Robi się znowu miejsce na kilka nowych. W niczym to jednak nie zmienia faktu, że czara jest pełna. Tak było, jest i będzie. Tako było powiedziane przez przypadkowego boga Uta-Napiszita, który wykrzyknął w Ur mezopotamskim: znalazłem życie!
Przypadkowi bogowie, przypadkowi kochankowie, przypadkowi żałobnicy. Tylko poeci są prawdziwi, bo to wszystko zapisują, opowiadają. Tyle, że im nikt nie wierzy. A potem? Potem to i tak jest zawsze za późno.
Dziś jest ciepły wieczór jednego z późnych dni sierpniowych, koniec lata. Chciałbym by było to już moje ostatnie lato tu, w Kanadzie.
Nie mam już jej co dać, ona nie ma już nic mnie do ofiarowania. Wsiadłem w kolejkę i pojechałem do centrum Vancouveru, na moją Davie Street. Naszą cudowną, zaczarowaną Davie Street. Tu należeliśmy tylko do siebie. Nawet jeśli gdzieś, kiedyś jakaś zabawa, gra się zdarzyła, była to nasza zabawa, nasza gra.. Inni przypadkowi gracze byli tylko tym trzecim i czwartym do brydża. Ale to był tylko nasz brydż, przez całe życie. I ten dzisiejszy wieczór jest tylko nasz i tylko o nas. Ten ciepły, sierpniowy wieczór na naszej Davie z naszego Vancouveru. Uśmiecham się do tej myśli i jednocześnie łzy zbierały się pod powiekami. Bo to te same uczucie, nie ma radości i szczęścia bez bólu. Tak też ułożone. Chodzi o to, by ta radość zawsze wynagradzała każdy ból w dwójnasób. Moja wynagradzała.
[i] północną, zachodnią i wschodnią granicę Kanady wyznaczają oceany: Arktyczny, Pacyfik i Atlantyk
W tych dniach patrzymy w okno Historii, okno z którego widzimy twarz zmęczoną, ale dumną. Twarz dowódców i żołnierzy, którzy uratowali Europę przed marszem buciorów morderczej Bolszewii.
Dziś w dniu tej rocznicy Defilada wszystkich rodzajów Sił Zbrojnych RP – na lądzie, w powietrzu i na Bałtyku. Ku chwale Ojczyzny Panowie i Panie żołnierze i oficerowie.
Ostatnia dłuższa wycieczka zaprowadziła nas w znajome trasy morsko-lądowe w kierunku Powell River i Mermaid Cove[i]. Dokładnie ten sam biwak namiotowy i dokładnie te same miejsce, gdzie rozbijaliśmy namiot rok temu.
Ruszamy dużym promem klasy ‘C’ z Horseshoe Bay, skąd statki wypływają aż w trzy różne trasy: a) najbliższe, prawie tramwajowe połączenie do uroczej wyspy Bowen; b) połączenie do Langday, stamtąd samochodem do Earls Cove i kolejnymm mniejszym promem do Saltery Bay; c) z tego samego portu, też dużym promem klasy ‘C’ są regularne połączenia do Nanaimo na wielkiej Wyspie Vancouver.
My płyniemy do Powell River. Pierwszy, duży statek wiedzie nas do portu Langdale.
Mijamy po lewej znaną i lubianą Bowen Island od jej wschodniego brzegu po prawej, skrytą w głębokiej zieleni wyspę Gambier. Dalej, w kierunku Langday. Tu następuje przeniesienie się do samochodu i wijącymi się wśród licznych jezior i niekończących się lasów, szosami dojeżdżamy do maleńkiego portu BC Ferries w Earls Cove i wsiadamy na prom do Saltery Bay.
Z Saltery Bay jedziemy w kierunku miasteczka Powell River, ale kilka dobrych kilometrów przed miasteczkiem skręcamy w gęsty las-park nad Zatoczką Syrenki[ii]. Lokalna, wyjątkowo sympatyczna rodzina, którą zna blisko mój przyjaciel, zarezerwowała dla nas te same miejsce biwakowe, co w zeszłym roku. Tuż obok mruczącego wartkiego potoku o nieskazitelnie czystej wodzie.
Rozwijamy namiot, rozkładamy manele, zakładamy gatki kąpielowe i pędzimy do skał nad znajomą zatoką. To znaczy on pędzi – ja kuśtykam o swojej lasce, bo kolano już nigdy chyba nie będzie normalne po wypadku ubiegłorocznym, a trzy bodaj dni wcześniej miałem atak rwy kulszowej w tej drugiej, zdrowej nodze. Przez pierwsze 30 godzin po ataku tej rwy myślałem, że już przyjdzie się na stare lata nauczyć chodzić na rękach… No a jak tu , panie dzieju, nosić sukienkę powiewną i chodzić na rękach?! Ani łydek ani ud wszak nie golę!
Więc kuśtykam jednak na nogach. I pokuśtykałem na skały. A tam, nad wodą moje dwie ukochane siostry – arbutusy[iii]. Zakochałem się w jednym przepięknym arbutusie, który kiedyś rósł tuż przed hotelem Empress w Victorii. I pewnego roku, wiele już lat temu, jacyś miejscy orgrodnicy-mordercy wzięli i mi je ścieli. Barbarzyńcy nieludzcy. Od tamtej miłości arbutusowej ilekroć te drzewa gdzieś napotykam, to ślę im szczere uczucia i głaszczę ich delikatną korę. Jest w ich delikatności wielka moc i siła. Często rosną na bardzo skalistym podłożu o płytkiej ilości ziemi, chłastane prawie nieustannymi wiatrami od oceanu obok. A trwają niezłomne i na przekór.
Po przywitaniu z nimi, doczłapałem do brzegu. Przyjaciel już szalał w falach, ale on gibki, zdrowy i pływak, że hej. Po prawdzie to pływać i mnie wygodniej niż chodzić. Więc kijek-podpórkę na bok i chlust w tą wodę. Szczęśliwie od razu głęboka na kilka metrów, więc ceregielić się nie ma nawet jak, a tylko płynąć od razu. Bajka. Widoczność przy nurkowaniu za to kiepska. Akurat sezon kwitnięcia glonów i wodzie miliardy tych delikatnych blaszek-nasionek od tego kwitnięcia. Takie to drobne, że prawie niezauważalne, ale w masie swej, pod powierzchnią czyni widzialność dość krótką i kształty niewyraźne. Nie wspominałbym o tym i pewnie zapomniał, gdyby nie … A nie. Jeszcze nie powiem teraz.
Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę do miasteczka Powell River. Połaziliśmy nieco, na lody świetne wstąpiliśmy. Po lodach należy na kawę dobrą zajść. A kudy! Wszystkie kawiarnie zaryglowane. Jeden tylko bar czynny, więc poszliśmy. Stały na ladzie dwa termosy, proszę więc o kawę, Podała. Wyszliśmy na zewnątrz i piję … nie, nie piję. Próbowałem, ale takiej lury dawnom nie pił, LOL. Tam, panie dzieju, to innym czasem żyją. Po południem późnym nikt już kawy poza domem nie pija. A turyści? Turyści muszą się z faktem pogodzić i ze zwyczajami i raczej szanse na znalezienie w pobliżu lepszego serwisu są mniej niż nikłe.
Szczęściem mój przyjaciel Wawa zabrał ze sobą i kawiarkę espresso i palnik gazowy, to zrobił nam koło namiotu świetną kawę-siekierę. Jak siekła, to na nogi, jak na sprężynach człek stanął. Zaś ognisko naturalne, z brewion drewnianych to już ja i rozpalałem i ognia domowego pilnowałem, jak należy. Nie na darmo za komuny jeszcze byłem harcerzem, LOL.
Noc nadeszła. Gwiazdy tam, w tej czerni absolutnej, to nie niebo oglądane na plażach blisko wielkich miast. To w ogóle nie czarne niebo z gwiazdkami większymi i mniejszymi! Skądże – to kobierzec wyhaftowany srebrną nicią tak gęsto, że czerni nieba trudno dostrzec. Gwiazd taka niezliczona ilość i tłok, że nic prawie nie widoczne: ani Orion ani Syriusz ani jakieś tam inne nie rozpoznawalne w tej ciżbie błyszczącej! Gdzież tam Mały czy Wielki Wóz, gdzież Wielka Niedźwiedzica i Strzelec, Bliźnięta! Gdy starasz się, jakiegoś porządku w tym harmiderze błyszczącym dopatrzeć z zadartą głową, to po chwili nie tylko porządku nie znajdujesz, tylko ci się jeszcze w tym łbie kręcić zaczyna, jak nić Ariadny. Hefajstos miał wykuć diadem dla tejże Ariadny, który z czasem bogowie olimpijscy umieścili na nieboskłonie, jako Koronę Północy. Więc w tę Koronę gapiłem się, jak głupi z oniemienia. Miało być w Koronie siedemdziesiąt gwiazd. Żarty na bok – na liczeniu do siedemdziesięciu we łbie mi się jeszcze nie kręci! Ale do kilkuset lub kilku tysięcy -oj tak. Zdaje się, że jeszcze i sputniki jakieś latały bliżej widnokręgu, bo wyraźnie cos tam pędzącego widać było. Meteory? Chyba nie, bo gdybym widział rozpalone do biała meteory, to bym pewnie już tego tekstu też napisać nie mógł, bo jakiś krater tunguski by się tu rozciągał, hi hi hi. Może i szkoda, bo by w końcu był święty spokój …
A resztki puszczy prastarej? Niczym czary-mary obrosłe mchami, z martwych i powalonych nowe olbrzymy wyrastały, ręce-gałęzie do nas wyciągały. Cóż tu pisać więcej, gdy nieprzystojne rymowanki same się na kartkę piszą, LOL. Czary-mary i basta.
Nie wiem nawet jakim sposobem kolejne wrażenie spisać, zapisać? Jak by racjonalnie to ująć, bez poetyckich aluzji, metafor, przenośni, bez onej licentia poetica? Ano nie sposób, choć najprościej, jak potrafię to opiszę.
Idziemy więc po omacku prawie w tej nocnej gęstwinie starej dżungli wychodząc w końcu na znajome skały, gdzie jaśniej, bo światła niebiańskie oblewają tą specyficzną sino-bladą łuną i skały i wodę. Przyjaciel żwawszy wpada od razu do wody i płynie. Nagle woła mnie podniecony czymś niesamowicie. Ostrożnie schodzę po głazach do wody, by się nie wywalić z tą nogą do kitu. Pyta: widzisz? No widzę wodę ciemną i nic więcej. On podchodzi bliżej do mnie i ręką robi łuk pod powietrznią wody i … aj wej! Nie wierzę własnym oczom. Każdy ruch ręki w wodzie zamienia się w płonący srebrny potok, jak struga rozgrzanej cyny lub srebra właśnie! Robię to samo i efekt ten sam. Skąd? Co? Dlaczego? Co to jest?!
A to właśnie (po późniejszym poszukiwaniu w świętych zwojach Internetu) bioluminescencja wytwarzana przez drobne nasionka glonu Pyrocystis noctiluca. Skąd, dlaczego? Ba, spytajcie Natury. Tak to już miliony lat temu sobie to ułożyła. Miliony, bo alga i glony są od nas dużo, dużo starsze. W sumie grzybnia jest z nimi spokrewniona, ale to temat na kolejne dwieście stron, więc go nie rozwinę.
A tego nocnego spaceru zaobserwowanie tego zjawiska naturalnej elektryki w oceanie i to elektryki darmowej i kompletnie nie parzącej, było dla mnie czymś na miarę odkrycia, że cuda się zdarzają.
Naturalnie idąc po ciemku przez ścieżki w puszczy nie brałem ani aparatu fotograficznego ani telefonu więc zdjęć tego zjawiska nie mam. I dobrze, bo cudów i tak fotografować nie da rady.
Wracając jechaliśmy bez pośpiechu. Był czas i na kąpiel w jeziorze Ruby, i odwiedzenie muzeum w rybackiej wiosce Skookumchuk Narrows (ponownie bezskuteczne szukanie kawy, LOL). A kawę (świetną) w końcu odnaleźliśmy w osadzie ponownie nad oceanem w Roberts Creek. Tam, gdzie co rok malują nową Mandalę. Każdy z wizytujących może część tej przepięknej i olbrzymiej mandali pomalować. I tamże ostatnie zatrzymanie się na morskiej znowu plaży. Połaziłem trochę po wodzie, ale była wyjątkowo i niespodziewanie wręcz lodowata, więc nie pływałem. Wawa bohatersko przez chwilę popływał, LOL.
BC Ferry prom ‘Malaspina’ z Earls Cove do Saltery Bay
[i] Sunshine Coast – popularne miejsce wycieczek uroczego wybrzeża Kolumbii Brytyjskiej, do którego wiodą połączenia promowe BC Ferry z Horseshoe Bay. Sunshine Coast jest częścią stałego lądu, ale i fragmentem wysokich i dzikich gór North Shore i nie ma możliwości przebicia przez te szczyty i wąskie doliny szosy. Dzięki zaś temu miejscowości i osiedla położone nad samym oceanem zachowały swoistą sielankowość, ciszę i resztki świata wczorajszego i samo Słoneczne Wybrzeże bardziej przypomina charakterem wyspę, niż stały ląd. I koniec. Finito.
Co mam ci powiedzieć kraju, który opuszczam, z którego odjeżdżam? I odjeżdżam wiedząc, że pewnie nigdy nie wrócę do twoich brzegów trzech oceanów, miast bardzo starych i ledwie zbudowanych wczoraj. Do gór niebotycznych, które są fragmentem pasma górskiego od Arktyku do morza Beringa.
Znam twoje pszeniczne prerie, znam błękitne oczy Wielkich Jezior, twoje zanikające wielkie lodowce użyźniające aż trzy oceany. Kraju, który był tak wielki, że bez problemu znalazł miejsce dla jednego wędrowca ze Starego Kontynentu. Szczawie po prawdzie, żółtonosa pewnego, że wie wszystko. A przecież nikt nie wie wszystkiego! Tyle, że on tego jeszcze nie rozumiał, nie znalazł odpowiedzi w tej swojej mądrości książkowej.
Nie irtytowało cię to jednak ziemio Klonowego Liścia, uśmiechnęłaś się tylko, zamyśliłaś. Później , gdy był pogrążony we śnie szepnełaś mu na ucho: dam ci więcej niż trzy oceany, wyżej niż góry niebotyczne i płaszcze lodowców – dam ci Miłość. Męża, kochanka, przyjaciela. Dam ci życie.
I stało się. Porwał mnie niezbudzony, trzydziestosześcioletni sen szczęścia niepojętego u boku tego, który wypełnił moją tęsknotę młodości. Miałem wszystko, byłem najbogatszym człowiekiem na ziemi.
Tym mnie, ziemio kanadyjska obdarzyłaś. Naturalnie, że wiem, że ani życie ludzkie, ani nawet życie gwiazd i konstelacji niezliczonych nie jest wieczne. Moje szczęście się dopełniło i cicho zgasło pewnego dnia. Każde kiedyś gaśnie.
I za to wszystko, te spełnienia i sny, i śmiech radosny, łzy czasem, za życie, które było ciekawe w klamrach tych trzech oceanów – dziekuję ci ziemio kanadyjska. Byłaś dobrą przybraną matką dla wędrowca bezdomnego.
Teraz czas wrócić do steranej, zmęczonej matki Starego Kontynentu. Jeszcze jej trochę bajek naopowiadać, histori nieskończonych. Niech też się uśmiechnie.
My last Journey Of Memory, last major saying ‘goodbye’, au revoir. Trails of past 50 years. Perhaps the most poignant – big part of my daily life since 1994: BC Ferries ships and Terminals.
Some of the ships are gone having served hundreds of thousands passengers, as the old, venerable V-class vessels: ‘Victoria’, ‘Vancouver’, ‘Saanich’ and ‘Esquimalt’; the Queen of ‘Burnaby’, ‘Nanaimo’ and ‘New Westminster’ were the C-class[i]. Next ones came the workhorses of the entire fleet: ‘Spirit of BC’ and ‘Spirit of Vancouver Island’ where I spent most of my career. These large ships were also built in British Columbia and given the Class-S specification. Both of them went in 2017 to Poland to undergo a major half-life refit and an addition of liquefied natural gas propulsion alongside the traditional heavy oil.
It is important to notice that all these ships were build by Vancouver, Victoria and Esquimalt shipyards. The shipyards are now long gone memory, thanks to misguided policies of all past governments both provincial and federal and (not to be forgotten) thanks to a new USA import – new President of the BC Ferries, Mr. David Hahn, who forbade the corporation to order new ferries from Canadian shipyards – he is gone now and not missed.
The next major purchases were the three large Coastal Class ferries built in Germany in 2008: ‘Renaissance’, ‘Celebration’ and ‘Inspiration’. Not my favored ones from the point of view of catering operations due to the ships convoluted internal design of lounges and catering services – but otherwise good and sturdy large vessels.
The last major purchases were the modern ferries build in Poland: these four smaller ships (‘Raven’, ‘Orca’, ‘Heron’ and ‘Eagle) have surprisingly large capacity of nearly 600 passengers. They were given Salish/Class designation. They were built in 2016.
There are still many smaller ferries operating on many other small routes to numerous islands, and one large sailing all the way from Port Hardy to Prince Rupert with connection to Haida Gwaii – but that is another long story for other time.
Monday on the 22nd of June I went back to the ships, to the Terminal in Tsawwassen, to the place I spent a big part of my life. The first surprise was the ticket Agent, who sold me the voyage. I have heard that almost no one from ‘my times’ is still working. Well, the agent looked at me and said: Bogumil?! How nice to see you again! Speaking of anonymity, LOL. I didn’t want to go the regular way with the passengers, but to be with the crew, at the dock. Right by the luggage rack I met a Van Driver from the ship – of course I worked with him years ago and we laugh about me ‘coming back to work’, LOL. Then I went to spent a silent moment to the bench and cement block filled with soil and some green living arrangement – our memorial to a dear friend and steward from many, many years ago, who suddenly passed away, too young and before his time. My John was particularly close and fond of him and we did many outings together to Downtown Vancouver for some fun time.
Back at the birth good laughs and jokes with the Chief Steward, Chief Cook, some deckhands and officers of the ship with whom I did worked. Speaking of anonymity again, LOL. And some of ‘my children’, as I called my crew on my last summer with BC Ferries.
Of course, there were people .whom I did not know and who did not know me. Including – out of all of the crew, LOL – the Captain of the ship. Although I must say that it wouldn’t have happened back in the ol’ days. At that time (especially in the early years) most crew advanced their career while working onboard from the lowest position: from the deckhand to the captain, from catering attendant to the chief steward, from 3rd engineer to the chief engineer. But it was very long time ago and things were changing gradually over the years, probably for the best in many cases.
Walking through the ship, visiting the ‘command centers’ of the enterprise – Main Galley (that means kitchen – for you poor civilians, LOL), Chief Steward Office (that brought a lot of memories, LOL) which is not, as many travelers probably think, simply a Tourist Information Booth (although it is that, too) but a very busy place – a main office of a very large and expensive enterprise. It always amazed me how two or mostly three people (if you include the Chief Cook, who is part of the structure – that would be four people, but Chief Cocks don’t have time to spent too much time in the office, their ‘office’ is the Main Galley) manage to replace easily five or six clerks, accountants, office managers that usually would do the job in buildings on land. But I will not expand on that subject… LOL.
The last one was very pleasant visit with an old friend on the Bridge, the Chief Officer on this watch. My God! I remember him as a very young boy, who just started on the Ferries, straight from school. Now he is second in command and from what I have heard (and know myself) a very able and good Chief Officer. I used to work for many years with his father – a retired now, long time Captain of the ships; worked with his sister. Jimmy (the Chief Officer) seem to be very capable officer of the ship. Good job Jimmy, keep her and the course steady-as-she-goes. I am sure your father is very proud of you. The bridge look-out was familiar face, too. The Bridge and the navigational and command consoles looked the same. The chairs felt familiar, too. LOL.
When we were leaving the birth in Tsawwassen I wanted to be alone on the outer deck to see the maneuvers of leaving dock. Always liked to observe it, did the same while we were docking at the Duke Point Terminal near Nanaimo, on Vancouver Island. Nothing special, eh? Really? Anyone, who says it is an idiot without any knowledge. The births s are very narrow and squeezed between other births, often with other large ferries leaving or coming at the same time. It is an art sometimes, especially in bad weather. It amazed me many times, and not many things amaze me that easily …
Goodbye my ferries and those, who run them. Very special bunch of people.
Specjalny dzień moich kolejnych pożegnań. Nie byłem pewny, czy chciałem to zrobić, bo to powrót do bardzo długich lat służby na statkach na których spędziłem ćwierć wieku, statkach na których pływałem i pracowałem razem z Johnem. Statkach, gdy koleżanki z pracy żegnały mojego Johna w sposób szczególny, gdy powiadomiłem ich z Nowej Szkocji, że odszedł od nas. Statek zwolnił ruch, prawie się zatrzymał, Chief Steward i Second Steward rzucili do wody przed wejściem do Active Pass wiązanki pożegnalnych kwiatów. /…/ Teraz ja pojechałem na jeden z tych dużych statków pożegnać się z tym światem morza i statków.
Uprzedzano mnie, że mało kogo poznam, że załogi się bardzo wymieniły i większość nowych ludzi teraz tam pracuje. Ale już kupując bilet na przejazd do terminalu Duke Point sprzedający agent rozpoznał mnie natychmiast; drugą spotkaną osobą był kierowca pojazdu odwożącego bagaże pasażerów na statek. Potem powitania za znajomymi stewardami, oficerami. Niewiele się zmienili. Może zmarszczka lub dwie więcej. Nie wchodziłem drogą pasażerów ale razem z załogą. Jak kiedyś. Uściski, trochę żartów. Przepraszałem, że zapomniałem założyć mundur, LOL.
Zanim weszliśmy na statek, zrobiłem krótki spacer na ostatnie, specjalne pożegnanie. Na końcu nadbrzeża, tam gdzie na ogół ‘parkują’ największe statki czyli ‘Spirit of British Columbia’ i ‘Spirit of Vancouver Island jest specjalna ławka i cementowa ‘donica’ upamiętniająca innego drogiego kolegę, który przez wiele pierwszych lat był moim stewardem. I bardzo bliskim przyjacielem mojego męża. Często razem jeździliśmy w dni wolne do centrum Vancouveru odwiedzając kluby gejowskie. Barry nagle i niespodziewanie zmarł na atak serca. Przeżyliśmy to bardzo, zwłaszcza mój John. Potem uczestniczyłem w rozsypaniu jego prochów ze skrzydła głównego pokładu samochodowego do wód portowych. Dostał zasłużenie prawdziwy morski pogrzeb. Więc byłem tam znowu, po raz ostatni z nim się pożegnać. Zasłużył na naszą wdzięczną pamięć.
Potem już na statku łaziłem po zewnętrznym pokładzie, po różnych kabinach, salach dla pasażerów, po wszystkich pomieszczeniach cateringu – cafeteria, sklep pamiątkarski, galley (kuchnia), biuro stewardów, gdzie tyle lat pracowałem. Poszedłem na mostek kapitański porozmawiać z 1szym Oficerem, który dowodził mostkiem i nawigacją. Zaraz posadził mnie na swoim fotelu przed tą masą radarów i czujników elektronicznych. Panel (panele w zasadzie, bo taki mostek wygląda dla niewprawnego oka prawie jak urządzenia na statku kosmicznym, LOL), który tak dobrze znałem. Cieszyło mnie, jak dobrze sobie radzi na tym mostku. A pamiętałem go jeszcze świetnie, gdy zaczynał pracę, jako bardzo młody i ledwie opierzony marynarz. Pracowała tam wówczas z nami też jego siostra, przemiła dziewczyna. Jak lata się zmieniają. Kiedy ten obecny oficer był chłopczykiem w ‘krótkich spodenkach’ … pracowałem z jego ojcem, wieloletnim kapitanem na naszych statkach.
Generalnie byłem zaskoczony ile jeszcze osób z załogi pamiętało mnie i pracowało przez szereg lat ze mną. Ale były oczywiście już też nowe twarze. Mineło już blisko dziesięć lat, gdy zszedłem ze statku.
Pewnie jeszcze przed wyjazdem, gdzieś na jednym ze statków popłynę, ale to była specjalna podróż bez schodzenia ze statku. W zasadzie nie czułem się nawet pasażerem, a po prostu jednym z załogi.
[i] Queens of Burnaby and Nanaimo were often referred to as ‘Burnaby-class’ – but for all practical reasons they were V class.
Oglądałem dziś wywiad Z Gołdą Tencer, wielka, wspaniałą Żydówka polską. Związana z ich historią, ze wspaniałym Teatrem Żydowskim w Warszawie. Z historią bolesną i ciągle mi tak brakującą kiedy chodzę ulicami miast polskich. Tylko cmentarzyki zostały. A ona ne wyjechała.
Żydzie mój, jak mi ciebie brak. Ty pejsaty i ty w garniturze profesora uniwersyteckiego, poecie i pisarzu polskim, ty lechoniowy i ty tuwimowski i szulcowy. Nigdy cię nie zapomnę, choć nigdy prawie cię nie spotkałem… Zniknąłeś za zasłoną dymów straszliwych pieców, emigracji do Izraela , ale jesteś też w tłumie cieni, które mijam chodząc ulicami warszawskimi.
Film z YouTube autorstwa znanej piosenkarki i podkasterki RFM Classic, Kayah (Katarzyna Magda Rooijens).
Obejrzyjcie – wspaniały zapis kultury polskiej. I naszej historii.