Egzystencjalna Mgła i Tęczowy Most

Wszystko się pogubiło, zaplątało. Było słońce – jest mgła. Rozciągnięta, powłóczysta. Płynie od morza, jak zagubiony Latający Holender, gdy osiada na piaszczystym brzegu: na linach opuszczają się po ścianie burty na brzeg cienie obdartusów z pustymi oczodołami wyżartych przez mewy oczu. Patrzą tymi czarnymi otworami, a widzą tylko przeszłość. Widzą rozsłonecznioną plażę, widzą gromadę dzieci ze śmiechem biegnących ku morzu. Rozbitkowie widzą czas wczorajszy, nie dostrzegają gęstej mgły i milczącej ciszą plażę.

               Podobno za skrytą we mgle linią horyzontu jest wielka Czeluść, w którą wpadają wszystkie zagubione statki i łodzie rybaków. Po drugiej stronie tej Czeluści są morza ciepłe i słoneczne, plaże pełne śmiechu i zabaw dzieci, kochankowie igraszkujący w łagodnych pianach fal. Podobno. Są nawet tacy, którzy twierdzą, że Czeluść stworzył Telemach, ojciec Homera, by zatrzymać okręty zalotników jego matki Penelopy, którzy chcieli go zamordować. Jej ściany są wysokie, pionowe i ostre, dotykają chmur.

Raz na pokolenie ukazuje się Wielki Łuk Tęczowego Mostu spinający przeciwległe krańce Czeluści. Na jeden tylko dzień. Szczęśliwi, którzy tego dnia dobijają do linii horyzontu za którą jest Czeluść. Przechodzą wówczas po tym Tęczowym Moście trzymając się za ręce, z zaufaniem w oczach.

Tak – o politykach (niestety) znowu …

Dawno w publicystykę polityczną tu się nie bawiłem. Jakoś ot, takie rzeczy zwykłe, człowiecze, bardziej czas i myśli zaplątały. Uczucia, strata, miłość, ba – nawet taka cichutka, skromna czułość. Tematy, do których opisania język publicystyczny słabo się nadaje.

Ale świat, zbiorowość toczy się dalej. Ponad indywidualną troską i radością. Człowiek pomnożony przez tysiące staje się społeczeństwem. I grupowo inne często stosuje miary niż wedle drogowskazu jednostkowego.

Dwie sprawy, dwa zasadnicze zagadnienia są absolutnie priorytetowe we wszystkim innym: wojna i pokój. Zdecydowanie nie w Tołstojowskim wydaniu. Raczej w takim uproszczonym na współczesność: kula w łeb, śmierć lub życie.

Wojny toczą się wszędzie i bez przerwy. O tych małych, lokalnych prawie nie wiemy nic, zwłaszcza gdy oddalone o tysiące kilometrów, na innych kontynentach. Aby o nich coś powiedzieć należy zgłębić kontekst historyczny miejsca, przyczyny, racje stron. Bywają wojny czysto obronne, przed obcym najazdem – te są usprawiedliwione, są broniącym się narzucone. Pomijając wszak wszystkie te racje, to mimo to kosztują życia indywidualnych ludzi. Ich marzeń, pragnień.

Znam natomiast dość dobrze podłoża dwóch obecnie wielkich wojen. Jedna zagraża wręcz pokojowi światowemu, druga poważnemu konfliktowi regionalnemu. Naturalnie mówię o najeździe rosyjskim na Ukrainę i izraelskiej masakrze Palestyńczyków w Strefie Gazy.

Trzeba jasno powiedzieć, bez bycia zbędnie delikatnym, bo przy mordercach w delikatność bawić się nie uchodzi: tacy mordercy jak Netanjahu i Putin winni być możliwie błyskawicznie wysłani do piekła, ich pobyt w tym wymiarze rzeczywistości ziemskiej jest kontynuowaniem zbrodni. Więc niech tam się znajdą tak szybko, jak możliwe. Trump może ich tam odwiedzać i mogą w przerwach między sauną w gorącej smole robić sobie rundki golfa, jak w Mar-a-Lago.

A do dobrego dziadka z Białego Domu mam szczery apel: Joe, you have done enough. I mówię to szczerze i z wdzięcznością, na którą zasłużyłeś. Odejdź w nimbie mędrca, augura, a nie błazna i upartego starca. Wierz mi, że oficjalna kawalkada limuzynowa w honorowej asyście Marine Corp jest o wiele lepsza niż taczka. A jak się będziesz upierał, toś cep stary i to wszystko. A taczka czekać na ciebie będzie na Konwencji Demokratów. Nie uchodzi byś tak z tej Konwencji wyjeżdżał.  

To zdumiewające, jak politycy państw demokratycznych ubzdurali sobie, że są panującymi, a nie rządzącymi z dobrej woli społecznej. Nagle zaczęły się im śnić korony i kadencje od pierwszego wyboru do … grobowej deski. Wszędzie. Jak ta władza cholera kusi. Mądrzy też temu ulegają i się psują kompletnie. Zapomnieli, że te panowanie ‘z Bożej Łaski’ nie zawsze takie szczęśliwe. A to szafoty po drodze, a to gilotyny i rewolucje, a potem strzały z nagana … .  Nawet prześwietny Szach nad Szachami 2.5-tysiącletniej Persji, Mohammad Reza Pahlawi ledwie z życiem uciekł w czasach już bardzo współczesnych. A powinno być zdecydowanie dwie kadencje i nie więcej – i dla prezydentów i dla premierów, bez pardonu. Nie trzeba nam zbawców ojczyzny, dosyć się na niej przejechaliśmy równo w dół nie raz.

Co to za partia polityczna, której lider uważa, że nie ma w niej w każdym momencie kilku zdolnych i uczciwych, którzy go na funkcji mogą zastąpić? Chcecie rządzić w państwie demokratycznym, a we własnej partii uprawiacie zamordyzm i autokratyzm. Dziwne zaiste.  Jedynym odstępstwem od takiej żelaznej reguły może być jedynie stan wojny. Okres wojny do ilości i długości kadencji winien się nie liczyć.

Dla zbyt wielu polityków (w skali lokalnej też) – polityk stał się zawodem. Tak de facto widział to Arystoteles w swoim dziele „Polityka”[i]. Chcesz należeć do klasy obywatela, to musisz mieć środki i czas na zajmowanie funkcji publicznych. Tylko w starożytnych greckich Polis nie płacono politykom za pełnienie funkcji publicznych, musieli sami mieć na to środki. Słowem szlachetność kosztowała. A dziś ‘szlachetność’ daje szansę na nabicie własnej kiesy.

Naturalnie, że trochę to refleksje naiwne. Wszak tyle razy nam wmawiano, że aby najzdolniejszych pozyskać, musimy im godziwie płacić – inaczej najlepsi pójdą do biznesu lub będą w rządzie kraść. Lub rządzić będą niedorajdy. Dwa na to świetne są antidota: tych, co kradną, bez względu za zasługi inne, karać bezlitośnie i osadzać w więzieniach. I sądzić nie w jakiś beznadziejnych Trybunałach Stanu (jak w Polsce choćby) ale w normalnych Sądach karnych. Czy tylko słabi bez ambicji będą się więc do polityki pchać?  No cóż, jeśli będzie to kraj, gdzie tzw. godny i mądry obywatel będzie stronił od służenia dobru tego państwa i narodu – to takie państwo zasłużyło na niedorajdów, którzy będą nimi rządzili. I koniec. Lub może inni, z zewnątrz, winni takim państwem zarządzać. Jakiś balans w naturze być musi.

I to by było chyba na tyle, uraziłem pewnie wystarczająco wielu. Na dziś w każdym raziemnie


            Aliści, aliści dobrodziejko i dobrodzieju-czytelniku, rzecz wczoraj jedna uderzyła mnie nieco przeglądając różne strony wszechmocnego Fejsbuka:  

Pewien bardzo uznany badacz-historyk Uniwersytetu w Ottawie, ale i członek szanownych instytucji naukowych w Polsce specjalizujący się w gehennie tragicznych losów Żydów w Polsce (nie tylko w Polsce, ale tam głównie) w latach Holocaustu zamieścił na swoim profilu zdjęcie jakiegoś tam oświadczenia niejakiego Matuszka (Morawieckiego zresztą), w którym tenże Mateuszek brał w obronę dzielny Naród Polski wobec oskarżeń o masowe szmalcownictwo i brak aktywności Polaków etnicznych w ratowaniu większej ilości naszych współobywateli wyznania Mojżeszowego. Mateuszek podpisał się w tym Oświadczeniu jako ‘historyk’. A nawet dodał (czort wie po co) w tymże piśmie, że historykiem jest też Donald Tusk[ii]. Kompletnie mnie nie interesuje bohaterska obrona Polaków przez tegoż Matuszka-Kłamczuszka. Ci, którzy ratowali Żydów – nie robili tego, by oczekiwać od niego takiej ‘obrony’. I on to oświadczenie wydał tylko w jednym celu – podlizaniu się swojemu twardemu elektoratowi twardogłowych, a nie z szacunku dla tych, którzy ryzykowali życie swoje i swoich najbliższych za pomoc Żydom polskim. Ale pod tym postem tegoż pana profesora wywiązała się dziwna dyskusja. Chwilami bardzo dziwna. Ktoś np. napisał, że statystycznie łatwiej było przeżyć obóz koncentracyjny niż żyć wśród Polaków … Czyli logicznie konkludując Niemcy budowali Auschwitz by ratować Żydów przed krwawymi represjami zdziczałych Polaków. Hitlerowcy ratowali Żydów przed Polakami. Nie wiem w ogóle w jakiej kategorii tego typu ‘refleksję’ zaliczyć: szaleństwa czy odrażającego kłamstwa? Inny uczestnik dyskusji napisał: „Pan premier Morawiecki zapomina, że dziesiątki tysięcy Żydów nie przeżyły wojny dzięki Polakom i niestety więcej dzięki Polakom ich nie przeżyło niż przeżyło. „ Oj, słów by wiele użyć można. Nie użyję, bo temat zbyt bolesny, tragiczny by głupie dyskusje prowadzić. Ale jedno tym dyskutantom szczerze mogę zaproponować: jeśli wy wiecie, co wówczas należało robić, jakiego heroizmu sięgać to proszę kupić bilet do Strefy Gazy i pojechać tam (nie w czołgu a z plecakiem pełnym opatrunków sanitarnych) by udzielać pomocy umierającym od bomb, pocisków i ze zwykłego głodu dzieciom palestyńskim. Giną codziennie w setkach (jeśli dzień dobry to tylko w dziesiątkach). Sam wówczas posadzę wam drzewko oliwkowe Sprawiedliwego i uznam wasze moralne prawo do wymagania od innych bezprzykładnego heroizmu i poświęcenia.

Tym razem kończę. A wcale nie tak kończyć ten tekst chciałem.


[i] Aristotle; ‘The Politics’;  wyd Penguin Classics, s.506; 1981 (tł. T.A. Sinclair)

[ii] (7) Polish former PM Mateusz Morawiecki has… – Jan Zbigniew Grabowski | Facebook

The world of screams

Scream. The mind brings the memory of a vision of that famous painting by Munk. That contorted with terror face. But it is not my scream. There is no terror in my memory. Maybe when you were still sick, weakening every week? But not really. I was too busy with soaking in every second of your presence, of the smell of your skin, the sound of your voice.

Silent scream in that isolated room in the hospital, with all these probes and machines attached to your body? No. There was no time to scream. It was a time of savoring every second, every precious moment of being with you. Was there a dim hope? I suppose there was a faint longing for it. But not for a scream. The entire very dedicated team of doctors and nurses knew early on – but they did not give up. As long if that faint hope remained.

Till I will say it, when I will arrive at that moment on my own time. When I had that long talk with the two specialists (a neurologist and a doctor, whose only role seemed to be to give me support, a psychologist perhaps?) I did not feel like screaming. I knew. God knows how I didn’t want to be the truth – but it was, and I knew.

I would not scream because every second to the very last one I needed to be with you. Not with fear, not with loss. With you wholly. My last talk with you, a long one, was about our love. The beauty of her. Telling the long story of it, from the very first day. Long story. Reminding you and myself of it. And how immensely grateful and happy I was. At that time, too. Even after I did say the word, after they removed the tubes and disconnected the machine – your body still had a heartbeat for short while. Tere was no time to scream, when they asked if I want to spend some moments with you until the hearts stopped its labor. Of course, I went and caressed your face, held your hand. It wasn’t time to scream. There was time to console you, to be grateful you are no longer in those terrible throws of that terrible disease.

Later we spent so much time on my traveling with memory of you to our places, our journeys. There was no time to scream.

But, as time passed, moments of silent screams came. I didn’t want them; I ran from them.

Now? Yes, I do. I have to slowly dismantle piece by piece our last apartment. Must squeeze everything that is ours in a few suitcases, traveling bags. Most of the material items we bought and gathered over the decades – has to be given away or disposed of. I must transfer myself, my body, to different spaces, lands, countries. And I do feel like screaming at times. But I also had to stretch myself, and pack myself inside for the things not material: every day, every year, every hour of our love and life. I didn’t know I could hold so much, that I had so much space inside me. But I do. Not a single minute will be left and forgotten.

Scream

When I scream your name in pain
will you come to me?
When I cry in vain for our days and nights
will you come with touch?
When I forget my keys, my wallet and life
will you find them for me?
If I hear your scream from the abyss, 
I will run and find you.
If I hear your crying over song or poem,
I will find the music and words.
When I will know you are lonely and sad
I will reach and touch you.
I screamed your name and enormous
shadow of an Angel appeared in front.
He brought our lost Love.
And silenced the scream.

/B. P-G 07.2024/

Link to previous post that relates to these conversations

Arabesca o Szopenie, o muzyce. O czułości.

Słuchałem od kilku dni często Chopina. W wykonaniu wielu wielkich i mniej znanych pianistów. Zacząłem bodaj od Horowitza i dlatego nie chciałem słuchać Rubinsteina, bo znając siebie wiem, że mimowolnie szukałbym różnic i podobieństw, bo ich dziesięciolecia trwający pojedynek o pierwszą palmę szopenisty byłby zbytecznie obudził się i we mnie. A ja chciałem po prostu słuchać Szopena. Obaj legendarni pianiści też od wielu lat nie żyją ( nota bene  – jak z biegiem własnych lat powiększa się człowiekowi ten już nie gabinet, a cały stadion cieni …).

Chopina naturalnie zawsze kochałem, ale jak w każdej prawdziwej miłości bywały czasy, że nie mogłem go więcej słuchać. Kiedy bardzo aktywnie uczestniczyłem w życiu muzycznym, to zbyt wiele i zbyt często go słuchałem. A nawet najwykwintniejszy tort może się przejeść. Teraz słucham go dalej często, ale już nie zbyt często.

I dostrzegłem nowe wrażenie słuchając jego muzyki – czułość. Nie jest to termin zadomowiony w literaturze muzycznej. Elegancki, wykwintny właśnie, subtelny, emocjonalny, filozoficzny, brawurowy, patriotyczny (nalepka wyjątkowo uparcie przyklejona Chopinowi) – to barwy uczuć najczęściej spotykane w krytykach i opisach muzycznych. Teraz właśnie jednak tą czułość czuję, gdy słyszę w jaki sposób budował frazę muzyczną. Naturalnie nie w każdym utworze – ale w bardzo wielu tą barwę słyszę. Posłuchajcie Nokturnu Nr1.

Porównanie znajduję najsilniejsze z czasów wczesnych romantyków niemieckich: Shuberta i Felixa Mendelssohna. Nie tak wyraźnie, jak u Fryderyka, ale uroczo.

Ta czułość szopenowska jest smutna, chwilami melancholijna, ale jakże – wydaje się – szczera. Taka wieczorową porą, o zmierzchu. Taka no, nokturnalna?

Nie wszystkie tak wyraźnie ową czułością są przepełnione. Uroczy Nokturn H-dur już nie lub dużo mniej, zwłaszcza w części środkowej, gdzie szybsze pasaże dalej mają nastrój wspomnieniowo-melancholijny, ale już ginie gdzieś ta czułość. Bo czułości ani wykrzyczeć ani głośno wypowiedzieć nie można. Najlepiej cichym słowem, półszeptem westchnieniem może.

Słuchałem też bardzo popularnego czelistę-romantyka lat współczesnych, Hausera. Grał uroczy wczesny nokturn Fryderyka skomponowany w Wiedniu w 1830. Nokturn Cis moll. Przyznaję, że wiolonczela cudownie oddaje właśnie tą czułość zapisaną muzycznie. Czasem lepiej niż piano, łagodniej. Jeden z moich ulubionych instrumentów, złoty środek między skrzypcami i kontrabasem.

Wiec ta czułość wyrażona dźwiękiem ujęła mnie natychmiast. Czy świadomie Chopin i inni kompozytorzy chwilami specyficznie tą czułość chcieli zapisać, czy też była naturalnym efektem splotu wielu uczuć o szerszym opisie? Nie wiem. Ale jest dotykalna, słyszalna, jeśli chcesz ją usłyszeć, jeśli przyłożysz ucho do dźwięków nadpływających. Wśród wielu wyraźniejszych, głośniejszych.

Tak, jak w życiu. Gdyśmy zakochani chcemy i chętnie szczęściem się dzielimy z bliskimi, nawet z obcymi. Idąc objęci prze park, ulicę, wśród znajomych całusy sobie oddając, wyznając miłość w gronie kameralnym, a nawet publicznie. Ale czułość specyficznie jest dla nas tylko zarezerwowana. Czasem inni ukradkiem dojrzą, ale nie robimy tego dla tych innych. Jest naszym skrytym kodem nam tylko potrzebnym, dla nas mającym wartość wyjątkową. To może być tylko muśniecie, dotyk sekundowy dłoni, potarganie włosów mimochodne wręcz, nieplanowane. W swej czystej, in statu nascendi formie pozbawione jest chyba nawet elementu erotycznego. Ale jest przyjemne, miłe, dobre. Troskliwe? Pewnie tak, jest czułość pewną formą troskliwości, ale nie nachalnej (tak, troskliwość bywa męcząca), nie oczekującej czegoś w zamian, jakieś reakcji, jakiejś ‘nagrody’. To by były zaloty a nie skromna czułość. Być może najintymniejsze z odruchów, potrzeb emocjonalnych. Najskromniejsze.

Stąd wydaje mi się, że czułość można okazywać również osobom bliskim, które nie są naszymi partnerami, mężami, żonami. Słowem, że nie jest zarezerwowana wyłącznie dla kochanków. Choć tych domeną jest zdecydowanie. Czułością jakbyśmy po prostu mówili: chcę ci powiedzieć, że cieszę się, że jesteś. Nic więcej.

Gdy wiatr nadbiegł nagle zdyszany,

dotknął mojej twarzy i włosów,

był znajomy, oczekiwany.

przyniósł zapachy łąk i wrzosów.

Szepnął tylko z uśmiechem: lecę

dalej, śpieszę się. I poleciał.

I byłem wdzięczny za tą czułość.

/B. P-G, 07.2024/

Shadows and us sharing common sphere

Shadows and us sharing common sphere

My walks with John are changing, far from any routine. I like it because we have not become an odd pair of aging gentlemen. Far from it. Not that people would really notice since they can’t see John, of course. They would just look at me, perhaps with a shake of their heads. Which really wouldn’t bother me at all. Not out of my arrogance and dismissiveness of their opinion. Honestly not. People see what they want to see, hear what they want to hear and they do have a right to their opinions. God knows I have mine.

So I was walking on Canada Day with John in Halifax through spots we liked to visit together. Like the little square on Novalea, just before the Hydrostone district. And I started to write some stanzas about these walks with him. Later I went to the Waterfront. It was sunny day but with a heavy fog and mist covering the Channel. It really was coming right out of my unfinished poem.

The world of shadows


The shadows are everywhere:
the silhouette of your body,
the taste of your lips,
the gaze of your eyes,
the touch of your arms.

On the corners of the streets,
on benches in the squares,
trails in parks, and in hills.
They are lurking behind trees,
passing us on the walkways.

Every time a green car
of certain make that you drove
passes me by,
I stop
and follow it
with my stare:
do I see your shadow behind the wheel?

The world has become bi-dimensional:
real physical presence of shapes,
and shapes of shadows
mingling between us –
invisible to some,
real to others.

Our talks in the crowds
of these shadows,
your invisible hand
reaches out to touch
my arm.
I can’t see your hand –
yet, I feel it
when it touches my skin.

I feel the other shadows,
when they pass me by
on the streets.

Some walk painfully bearing
heavy bag of sorrow,
others are light, they float
in the air
without care or foreboding.

We don’t know their stories,
so, I just accept their behavior
as it is, without question.
They too have a right
to be joyful, and your insistence
that the shadows should be sad
is just an arrogance
born of our ignorance.










Today I went to the beach to finish the poem. Well, I have no idea if I did really finished it. I might actually add later another section to it for the idea of the ‘shadows’ among us (you can read to it whatever you want but my personal perspective does not come from religious point of view, but I always promoted the idea that a poem belongs to the author only as long as it has not been read by any other person. The moment it finds another reader – the poet no longer has any control of it, it belongs to that reader). But for now it is what it is. There was no fog on the beach, au contraire – it was sunny. But the crushing waves created beautiful mist on the edges of the beach, just where it meets the ocean. I liked it.

Niebezpieczne czasy

Prawda, że dziwna wyliczanka? Dwóch nazwisk mogłoby tu nie być, bo Trudeau i Poillievre wpływu większego ni znaczenia w temacie zasadniczym nie mają i mieć nie będą (choć byliby aktorami i uczestnikami politycznymi, tylko że w trzecim, powiedzmy, rzędzie). Ale koszula ciału bliższa … .

O jakim wydarzeniach więc mówię? O wojnie w Europie, która jak każda wojna ogólno-europejska od czasów wielkiej wojny francusko-hiszpańsko-angielskiej o sukcesję – zawsze decydowały o wojnie lub pokoju całego Nowego Świata, czyli kontynentu dzisiejszych USA, Kanady i Meksyku. Czyli całego Zachodniego Świata. Czyli wielkie konflikty całej cywilizacji okcydentalnej, a od czasów 2 wojny – też cywilizacji orientalnej. Słowem – Europa nauczyła się podpalać cały świat.

No ale dość tej zabawy w terminologię antropologiczno-historyczną i czasy wojen wielkich dynastii. Z tych dynastii ostała się dziś tylko jedna – właśnie ta, o losy której zaczął tą wojnę o Sukcesję Ludwik Słońce: dynastia Burbonów, która (po krótkiej przerwie dyktatury Franco) do dziś panuje w Hiszpanii. Gdyby Ludwik francuski przebudził się, to by z zadowoleniem potwierdził, że jego słońce nigdy nie zgasło. Nie ma dynastii angielskiej z tamtych czasów, nie ma ani jednego panującego Habsburga, choć są ciągle panujący w Niderlandach (Holandia) kontynuatorzy linii Orańskiej-Nassau.

          Temat zasadniczy więc to, pytanie czy będzie wojna na skalę europejską? Nie musi być. Ale jest to realne w kilku wariantach. Przede wszystkim wojny rosyjsko-ukraińskiej nie może wygrać Rosja. Czytelnik wzrusza tu ramionami – ależ autor tego tekstu nowość nam powiedział. Wszyscy o tym wiemy, to rozumiemy i dlatego wszyscy Ukrainy nie pozostawimy samej i tak jak wspieraliśmy, tak dalej wspierać wszyscy będziemy. Wspieramy, prawda. Do jakiego czasu? Aż jej faktycznie zabraknie żołnierzy? Tak, tego okrutnie, ale adekwatnie używanego terminu: mięsa armatniego. Bo zasoby ludzkie Ukrainy są ograniczone, dużo bardziej niż te zasoby po stronie rosyjskiej. Ani jej nie uzbrajamy na tego typu wojnę (która dałaby jej szansę na wypchnięcie Rosji, poza oryginalne granice ukraińskie sprzed najazdu rosyjskiego) ani dużo bardziej możemy bez zbytniego osłabienia wojsk własnych i ich zasobów. Wszystkim zaczyna brakować takiej głupiej i prostej rzeczy, jak … naboi i prochu do tych naboi. Bez względu czy to naboje do ręcznego karabinu maszynowego czy ‘naboje’ pocisków rakietowych, artylerii, czołgów i innych pojazdów opancerzonych. Brakuje też naboi dla samolotów. Z czasem, mogą się też – mimo wszystko – zmienić postawy samych Ukraińców (zwłaszcza, że spora ich część ma jeśli nie pełne to częściowe pochodzenie rosyjskie). Straty w ludności cywilnej – zwłaszcza w porównaniu do niewyobrażalnego ludobójstwa ludności palestyńskiej w Strefie Gazy – nie są olbrzymie, są jednak wystarczająco uciążliwe i dotkliwe. Gospodarka rosyjska już się przestawiła na gospodarkę stanu wojennego. Europejska jeszcze jest od tego daleko. I nie tylko, że nie chce, ale w demokracjach przestawić państwo na gospodarkę wojenną w czasie, gdy to państwo nie jest bezpośrednio w stanie wojny z jakimkolwiek najeźdźcą tak po prostu nie można. Ani konstytucyjnie, ani przez porozumienia polityczne. W całej Europie tylko Koalicja rządowa Donalda Tuska podjęła ten wysiłek. Tylko … podjąć wysiłek budżetowy i ustawowy (mimo wielu przeszkód) jest o wiele łatwiej niż wybudować czołg, wyprodukować samoloty i zapełnić magazyny tymi ‘nabojami’.  Nie ma w zasadzie krajów eksportujących uzbrojenie, gdzie można ot tak, przyjechać z walizką pieniędzy i wrócić z wielkim kontenerowcem pełnym czołgów i samolotów.

Ale plany w Warszawie już są formułowane. Jest plan umocnienia i przygotowanie bardzo starego traktu, którym na Polskę wszystkie agresje ze wschodu szły: tzw. Brama Brzeska.  Przygotowania obronnego, tj. budowa fortyfikacji, skierowanie na stałe odpowiedniej formacji wojskowej tam operującej, budowa tam spiętrzających wody rzek, które można otworzyć i zalać duże tereny czyniąc je bardzo trudnymi do przebycia przez ciężkie wozy bojowe (czołgi) i inne odpowiednie fortyfikacje. Droga inwazyjna przez historyczną Bramę Przemyską jest dużo trudniejsza i uciążliwsza dla wielkich jednostek wojskowych i daje dużo większe możliwości obrony i kontrataku wojsk polskich. I daje to, co zawsze było dla nas ważne – czas. Czas na odsiecz i wsparcie od naszych sojuszników w NATO i Europie.

Ta droga przez Bramę Brzeską daje nam ok. 7 dni na dotarcie mas rosyjskich pod Warszawę.  O ile wojska rosyjskie będą skuteczne. No i niestety – będzie musiało dojść do walnej bitwy. Znowu pod Warszawą. Tak jak w czasach średniowiecznych, te zasady się nic tu nie zmieniły. O pełnej wygranej decyduje na końcu walna bitwa – wszystko albo nic. Tędy szedł Tuchaczewski. Tędy przypuszczalnie będzie chciał iść Putin, o ile kiedykolwiek to wielkie ryzyko podejmie.

          W ten sposób wracamy do nazwisk polityków z tytułu tego tekstu. Ta opcja wojenna dla Putina jest możliwa tylko, gdy padnie Ukraina i nie będzie musiał prowadzić wielkiej wojny wielofrontowej. Opcja druga to wywołanie zamieszania w krajach bałtyckich i atak na Litwę i Estonię. Do tego będzie mógł wykorzystać Okręg Królewca, gdzie ma potężną bazę wojskową. Nie mówię nawet o jego Flocie Bałtyckiej, która może być pozbawiona możliwości manewru – zwłaszcza po wejściu do NATO i Szwecji i Finlandii. Ale baza w Królewcu to przecież nie tylko okręty – to wojska rakietowe, piechota morska. Nie mówiąc o tym, że współczesny okręt nie musi wychodzić z portu by użyć salw swoich pocisków rakietowych. Nie sądzę by do tego doszło bez bardzo silnej akcji dywersyjnej Rosjan mieszkających w dużych ilościach w Estonii. Tylko, że zdesperowany Putin może podjąć decyzję szaleńczą. Jego marzenia wielkorosyjskie stały się obłędem. Nie chce pogodzić się z faktem, że Rosja przestała być drugim graczem na arenie międzynarodowej. Kolos na glinianych nogach.

To jest niewiadoma pod nazwą ‘Putin’, któremu ciągle marzą się czasy bicia, jak Chruszczow, butem w mównicę na forum ONZ. Bez salwy śmiechu ze strony słuchaczy.

Teraz bardziej realne i oparte na polityce i rzeczywistości politycznej opcje.

Wspominałem o Tusku i jego Koalicji, który w przygotowaniach wojennych raczej na pewno liczyć może na silne poparcie (choćby z przygryzioną do krwi wargą) opozycji tak PiSowskiej, jak i Konfederacji.

Naturalnie naszą tarcza największą jest NATO i państwa członkowskie NATO. Czyli de facto cała Europa Turcja, poza obszarem na wschód od Bugu. Ale państwa członkowskie mogą skorzystać z jednej, bardzo jednak skutecznej, opcji obejścia reguły ‘atak na jednego członka Sojuszu jest atakiem na wszystkich członków Sojuszu‘. Ta opcja to … wystąpienie z Sojuszu. Nikt nie może nikomu zabronić złożenia deklaracji przedstawionej nawet w formie błyskawicznej i niezapowiedzianej: przykro nam ale od dnia dzisiejszego rezygnujemy z członkostwa w tej grupie, bye bye. A kandydat (i to bardzo prawdopodobny, niestety) na kolejnego prezydenta USA dość wyraźnie zaznaczył, że każda opcja jest przez niego rozpatrywana. To jest coś absolutnie niewyobrażalnego – ale jest. Nic nie jest niewyobrażalne w głowie tego osobnika. O ile taka zaiste nuklearna opcja jest mało prawdopodobna ze względu na Kongres, który ma wielką władzę, jak i służby wywiadowcze (słynne CIA i FBI) – o tyle Trump może zrobić wiele złego dla Ukrainy w jego prerogatywach egzekucyjnych. Może powstrzymać lub zatrzymać poważnie dostawy broni i amunicji dla Ukrainy i wpłynąć tym zasadniczo na możliwości wojenne wojsk ukraińskich. Bardzo zasadniczo. I co najbardziej prawdopodobne, to robota krecio pro-Putinowska. Może zmusić Ukrainę tym szantażem do konferencji pokojowej (którą sam może zwołać i zainicjować, co jakże by jego megalomanię połaskotało i już widzę, jak ustawia się w jednym szeregu do portretu z uczestnikami konferencji teherańskiej, jałtańskiej i poczdamskiej, które ustanowiły nowy porządek świata u schyłku 2 wojny światowej. Ot, taki portrecik trzech wielkich prezydentów: Roosvelta, Trumana i Trumpa wiszący na biurkiem w Oval Office w Białym Domu …).

Wstępne rysy tego nowego ‘traktatu pokojowego’ między Rosją a Ukrainą przesuwałyby granice obecne na zachód o paręset kilometrów. Naturalnie Lugańsk i Donieck, oczywiście cały Krym, pewnie i Cherson. Czy Odessa by była uratowana dla Ukrainy? Nie wiem. Zależy czy Putin by się zgodził. Bo wtedy byłby to już dyktat i Żeleński zbyt wiele by do powiedzenia nie miał.

Gdyby we Francji stała się tragedia i faszyści by doszli do władzy skomplikuje to sprawy jeszcze bardziej. A wielki zwolennik Putina, pan Orban, pomarzy znowu o Zakarpaciu. Pokonana i bardzo okrojona Ukraina mogłaby być zmuszona do obudzenia starych majaków historycznych. Brzmi to jak z powieści fantastycznej ale nie jest kompletnie poza realnością polityczną. Np. Ukraina w granicach piłsudsko-petlurowkich? Naturalnie bez Podola, Zaleszczyk i Pokucia dla Polski. Ale korytarz lwowski? Nie by jakikolwiek realny apetyt w Polsce na to istniał. Ale nie jest nierealne, że to lwowiacy ukraińscy i te resztki etnicznych Polaków zwróciliby się do Polski z taką prośbą. Bo tego typu Ukraina musiałaby być siłą rzeczy po wielkiej przegranej w wojnie z Putinem, zdewastowana ekonomicznie, socjalnie, finansowo, być może i kulturowo. No i taka Ukraina musiałaby się zgodzić na wycofanie z planów członkostwa w NATO i Unii Europejskiej.  To by zmieniało wszystko.  Pomijając już zupełnie prawdziwe historyczne związki państwa polskiego z całymi tzw. Grodami Czerwieńskimi. Lwów był częścią tego państwa prawie od zarania. Jeżeli nie ma znaczenia to żadnego dzisiaj, to dlaczego zachowaliśmy ziemie rzeszowskie?  Lwowszyzna nie ma też nic wspólnego z Rzeczpospolitą Obojga Narodów (jak Litwa, Wileńszczyzna, Polesie). Tu mówimy o czasach piastowskich i Królestwie Polskim. O wczesnych wiekach naszej państwowości.

Polska nie może i pewny jestem, że nie chce tego typu rozwiązań nawet sugerować. Natomiast nie jest niczym niewłaściwym w niektórych kręgach (raczej oddalonych od jakiejkolwiek władzy politycznej w Polsce) akademicko-socjalnych zastanawiać się nad takimi teoretycznymi rozwiązaniami i czy byłyby dla Polski i dla ludności ukraińskiej korzystne w reakcji na najgorsze rozwiązanie obecnego konfliktu w Ukrainie. Tzw. porządek jałtański nie może być kulą u nogi bezpieczeństwa europejskiego, być może światowego. De facto został i tak pogrzebany rozkładem Jugosławii i powstaniem na olbrzymich przestrzeniach bałkańskich państw, jakie w porządku jałtańskim nie istniały. O casusie Kosowa nawet nie wspomnę. Zresztą cały ten porządek legł z gruzami Muru Berlińskiego.

Ta wtyczka o ‘korytarzu lwowskim’ to zresztą tylko wtrącenie pobocznej uwagi, bo bardzo by mi było żal, jako Polakowi i potomkowi kresowiaków, upadku tej bardzo starej dzielnicy wyjątkowo w kulturze i nauce polskiej zasłużonej.

Wracając na moment do samej Hameryki : szczerze uważam, że Biden jest za stary i z widocznym osłabieniem fizycznym i intelektualnym, by kandydować w następnych wyborach. Winien ustąpić sam z kandydowania i zrobić to bardzo szybko by dać szansę Demokratom na znalezienie najlepszego kandydata- kandydatki do stanięcia w nieuniknione szranki z Trumpem. Republikanie jako stara, dumna partia nie istnieją.  Ci co są w Kongresie, to po prostu posługacze Trumpa. Łącznie z tymi, którzy w tym Kongresie byli na lata zanim ktokolwiek o Trumpie, jako polityku usłyszał. Jest dla mnie niezrozumiałe jak mogli tak nisko upaść – ale upadli i już się nie podniosą przed tymi wyborami.

Niektórzy znani komentatorzy amerykańscy i kanadyjscy wysuwali tezę, że oglądalność tej debaty nie była aż tak wysoka, że Biden tylko ten jeden raz zrobił tą ‘gafę’ , Żałosne aby poważny komentator coś takiego mówił. Tym mówieniem na ten temat ad nausea – spowodowali, że wszyscy przez kilka dni na wszystkich kanałach oglądali właśnie ten tylko jeden fatalny fragment wystąpienia Bidena. I teraz wszyscy ten tylko właśnie fragment widzieli w USA.

Uwaga jeszcze jedna – USA mają tradycyjne bloki stanów, które są albo bardzo pro-demokratyczne, albo bardzo pro-republikańskie. W sytuacjach wyrównanych szans obu kandydatów(tek) decydują nie te bloki, a mała grupa tzw. swing States – stanów, które nie są ani zdecydowanie demokratyczne ani zdecydowanie republikańskie. Taki języczek u wagi. I to w tych stanach właśnie Biden stracił po tej debacie najwięcej.

I powiedziawszy prawdę, gdyby miało dojść do bezpośredniej wojny Polski, a więc i Europy, z Rosją – wolałbym, aby Naczelnym Wodzem wojsk amerykańskich nie był Biden. On już się na to nie nadaje. I nie ma w tym wstydu. To wieloletni i bardzo mądry polityk amerykański. Ale już nie Wódz Naczelny. Naturalnie, że w chwili obecnej jego alternatywa jest jeszcze gorsza: podejmowanie decyzji bardzo szybko, ale bez zaplecza wiedzy i mądrości polityki wojskowej i dyplomatycznej. I to sam Biden winien docenić i dać szansę wygrania wyborów przez innego znanego i cenionego polityka. Błędem było też oświadczenie Prezydenta, że spotka się z rodziną, a zwłaszcza swoją żoną i spyta ich o radę, jak winien postąpić. Pierwsza Dama, pani Biden, to urocza i bardzo mądra osoba. Ale tytuł Pierwszej Damy nie jest tytułem konstytucyjnym a zwrotem grzecznościowym. Wolałbym, aby Pierwsza Dama nie była w sytuacji, w której tego typu radę winna udzielać (choć były i wielka Eleanora Roosvelt i mniej wielka ale bardzo skuteczna – niestety – pani Reagan). Po radę Prezydent winien się udać do swojego Gabinetu, może nawet Służb amerykańskich, do grupy zaufanych i szanowanych polityków partii Demokratycznej. 

Wybory amerykańskie będą już w listopadzie tego roku. Czasu jest bardzo mało. Prezydent Biden winien jasno określić swoje stanowisko bardzo szybko. Gdyby zdecydował stanąć w kolejne szranki wyborcze, czy ma szansę wygrać? Oczywiście, że ma. W polityce nie istnieje pojęcie niemożliwości. Jak realna jest ta szansa? Mało.

Jeśli Trump wygra należy się spodziewać ostrej krytyki kanadyjskiego Justina Trudeau i wyraźnego poparcia dla szefa konserwatystów kanadyjskich, Pierra Poillievre. Trumpisty i populisty extraordinaire. Wybory kanadyjskie dopiero za dwa lata. Ale obecne sondaże wykazują na dziś wielką przewagę Poillievre. Czy Trudeau zmobilizuje siły na poparcie dla siebie? Mam nadzieję, bo czekałyby nas w Kanadzie trudne czasy. Odstąpienie od wszystkich prawie istotnych programów progresywnych, nowoczesnych, socjalnych. Być może jest szansa na kolejne rządy mniejszościowe.

W Polsce zwycięstwo Trumpa wzmocniłoby pozycję PiS. Nie w jakiś spektakularny sposób – ale by wzmocniło. Zważywszy, że to partia mająca i tak najwięcej posłów w Sejmie, a rząd Tuska to bardzo szeroka koalicja wielu partii o bardzo szerokim (a więc i oddalonym od siebie ideologicznie) wachlarzu poglądów – nie jest to koalicją wyjątkowo silna i trwałą. Najsłabszym jej ogniwem wydaje się być PSL, ludowcy. Najsłabszym, bo najbardziej konserwatywnym. Nawet chyba bardziej niż PiS. Spektakularny jest upadek w Polsce partii socjalistycznych, całej lewicy. A przecież polski socjalizm to kolebka polskiego ruchu wyzwoleńczego w latach przed i w trakcie I wojny światowej. To nikt inny tylko Piłsudski, jako towarzysz Wiktor składał czcionki „Robotnika” w tajnej drukarni, to on prowadził akcje napadów na ośrodki rosyjskie w ramach Organizacji Bojowej PPS. Nie potrafię tego zrozumieć. Jedyne autentyczne resztki tego ruchu obecnie to partia ‘Razem’ Zandberga. Głośne założenie ‘Wiosny’ Biedronia okazało się niewypałem. Nowa Lewica, której twarzą są ciepłe kluski zabawnego ‘wujcia” Włodzimierza Czarzastego w roli v-ce Marszałka Sejmu – to smutny żart polityczny.

Kończą kilka uwag bardzo ważnych, mimo, że z tematem zasadniczym prawie nie związanym. O prawach człowieka. Tak jak żartem politycznym i de facto obrażaniem milionów kobiet i milionów osób LGBTQ+ jest debata na temat aborcji i na temat związków partnerskich i praw rodzicielskich w tych związkach. Ja, jako osoba LGBTQ+ (ale już poza wiekiem w którym rodzicielstwo i nowy związek formalny by mnie interesowały) powiedziałbym czcigodnym politykom i panu Tuskowi, słynnym zwrotem Aliny Janowskiej w popularnym skeczu z lekarką: pocałujcie się w d… . I tam mam i wasze związki i wasze obrzydliwe dyskusje na temat praw rodzicielskich małżeństw jednopłciowych. A tym osobom LBTQ+ mówię – olejcie to i wyjeżdżajcie do innego kraju w Europie by zawierać normalne małżeństwa i być rodzicami normalnymi. To wszystko, co rząd Tuska obiecuje dla tych raczej na pewno kilku milionów a nie kilkuset tysięcy Polek i Polaków to o epokę za późno i za mało. To po prostu żałosne. Praw człowieka się nie dawkuje w kroplówce. Wszystkie zwierzęta są równe – Orwell nie pisał „Folwarku zwierzęcego’, jako żartu, ale jako przestrogę.