Wystukiwanie liter laską

Wystukiwanie liter laską

Bez Ciebie nie byłoby nas, bez nas nie byłoby mnie. Twój pełen dobroci uśmiech był jak wiosenny bez. Cichy, zwykły, nie pretensjonalny, nie sceniczny – a pełen wiosennej woni życia. Moja Primavera.

Primavera

Chodzę i wystukuję laską na

ulicy litery, potem składam

je w słowa i jak w kostce Rubika

buduję z nich zdania o nas, o mnie.

Dotyki, spojrzenia, uśmiechy,

bez ważenia, bez znaczenia, jak

zwyczajny wiosenny bez przy drodze.

Niepotrzebny i niezbędny, gdy jest.

(B. Pacak-Gamalski, 25.12.24)

Epistemologia Smutku

Epistemologia smutku

Epistemologia zajmuje się filozoficznym wymiarem wiedzy na temat pewnych procesów. Pojęcie ‘smutku’ jakkolwiek niewymierne, jest bardzo silną emocją istniejącą ponad wszelką wątpliwość. Skąd się bierze, co jest jego przyczyną, jakie jest jego natężenie – to pytania dość racjonalne, nawet, jeśli podłoża jakiegoś konkretnego ‘smutku’ są irracjonalne. Irracjonalność pewnego zachowania lub emocji nie przekreśla faktu ich istnienia. A co istnieje można starać się zbadać, wytłumaczyć.

            Więc rozważanie smutku, jako efektu straty jest rozważaniem epistemologicznym, pomagającym znaleźć odpowiedź bez oceny przydatności lub zbędności takiegoż.

Jako że smutek jest od dwóch lat pewnym constans mojej egzystencji – czemu miałbym się nie zająć jego rozumieniem inaczej trochę niż zwykłą opisowością moich emocji?

I.

Gombrowicz nie dla zabawy samej, dla wygody zwykłej pisarskiej, używał w większości wypadków pierwszej osoby, jako narratora. Nie przez czystą zarozumiałość (której mu naturalnie nigdy nie brakowało), a przez umiejętność własnej wiwisekcji, poznanie świata przez poznanie siebie. Rozumienie świata zewnętrznego poprzez własne intelektualne i cielesne doświadczania go pozwala nam zrozumieć lepiej samego siebie. Robił to błyskotliwie w swoich „Dziennikach”, jak i dzienniku prywatnym, w „Kronosie”[i].  Zresztą zamiarem jego było opublikowanie tej ‘obrazobórczej’  auto-wiwisekcji. Jest genialna i jest nużąco-nudna chwilami, jak flaki w oleju. Trudno doprawdy oceniać jej wartość literacką. Ze względu na nazwisko autora uzyskała od razu status bliski genialności. Zupełnie zdaniem moim niezasłużenie. Ale może być genialnym studium samego Gombrowicza-człowieka. Niekoniecznie Gombrowicza-pisarza. Czasami te osobowości (twórcza i prywatna) się zazębiają, łączą – ale generalnie nie powinno się nigdy ich kompletnie scalać. Jedna jest kreacją, druga jest po prostu byciem, życiem.

Czemu od Gombrowicza zacząłem? Jedną część wyjaśniłem (mam nadzieję) powyżej. Ale jest jeden jeszcze, bezpośrednio z tytułem złączony element – „Kronos” właśnie, który jest też autoportretem strachu, lęku kulminującego się przed starzeniem się cielesnym, przed utratą nie żądzy a kurczącymi się możliwościami jej zaspokojenia. I poprzez kurczenie się własnej atrakcyjności cielesnej i przez kurczenie się własnych możliwości fizyczno-erotycznych. Fakt homoseksualności Gombrowicza uwielokrotnił ten lęk. To taki emocjonalny odpowiednik okresu przekwitania. Zresztą sama ta terminologia ‘przekwitanie’ jest idealnym obrazem tego procesu u mężczyzn – zwłaszcza mężczyzn homo i biseksualnych. Szczególnie, gdy mówimy o czasach, gdy orientacje seksualne inne od tej typowej były bardzo skomplikowane i otoczone kokonem tajemnicy szeptanej po cichu w rogu salonów kawiarnianych.

U osób nieco neurastenicznych, a jednocześnie przekonanych o swojej wyjątkowości pisarskiej, ale i zwykłej życiowej (ładny, jako młodzieniec; przystojny, jako dorosły mężczyzna), jak u Gombrowicza, istnieje w jego pisarstwie pewien pociąg do intelektualnego ekshibicjonizmu swojej osobowości prywatnej. „Kronos” tego ekshibicjonizmu jest idealnym przykładem. Z biegiem lat, z zauważalnym przez niego samego procesem zmniejszania się aktywności i atrakcyjności fizycznych – opanował go pewien egzystencjalny smutek, lęk nawet. I tutaj ‘epistemologia smutku’ wydaje się być świetnym narzędziem do głębszego poznania Gombrowicza prywatnego. Zwłaszcza, że z momentem publikacji „Kronosa’’– prywatnym być przestał.

Kiedy zmarł (nota bene śmierć przyszła do niego uroczo, ciepło), był w moim wieku. Zabawne skojarzenie i niepokojące dla piszącego te słowa. Ileż razy w ostatnich dwóch latach wołałem ją by już przyszła, że jestem zmęczony zasypianiem w łóżku z Panią Śmiertką siedzącą cicho na brzegu tego łóżka. Ileż razy nakłaniałem ją, namawiałem by się w końcu położyła obok i przytuliła do mnie? Do dziś nie jestem przekonany, że postąpiła słusznie nie ulegając moim prośbom. Ale ten temat pomińmy w tym momencie, bo to zupełnie inna ścieżka rozważań.

II.

Jest koniec 2024, ostatnie tygodnie. Przejechałem kontynent, by szukać naszych (moich i mojego Johna) śladów. W prowincji i mieście, gdzie się poznaliśmy i zakochaliśmy bez pamięci tego dnia, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy; i dalej jeszcze, na kraniec kontynentu: do Vancouveru, który był naszym najpiękniejszym i niezapomnianym domem przez długie lata. Chodziłem pod te adresy, jak na jakiejś pielgrzymce, którą musiałem odbyć. Taka droga pątnicza?  Pisałem już bodaj w swoim blogu, iż wydawało mi się nawet, że go znalazłem, że szedł obok mnie, trzymał mnie za rękę. Było to bardzo miłe wrażenie, ucieszyło mnie. Ale smutek, strata są zazdrosne. Nie uznają takich nostalgicznych spotkań, takich wyimaginowanych spacerów. I w pewnym momencie, gdy już bardzo miło mi się moim Johnem chodziło spacerując po Stanley Parku, po uliczkach centrum w Vancouverze – ten smutek chwycił mnie silnie za gardło i rzucił na bruk. Tak po prostu, jakby mówił: czas się obudzić i spojrzeć rzeczywistości w twarz. Co jest też pewnym oszustwem, bo jeśli coś odczuwamy naprawdę to – choć nie jest to rzeczywistość materialna – wszak jest rzeczywistością emocjonalną.  Niestety, strata nie ma jakichkolwiek inklinacji do wdawania się w dyskusje lub targi uczuciowe. Moja odpowiedź na ten gwałt zadany mi była prosta, zwięzłą, jak spowiedź. Słowa wyszły same szeregiem krótkim, nielicznym. Były silne do tego stopnia, że siadłem na pobliskiej ławce i zapisałem je w notesie bez zastanowienia się, bez jakiejkolwiek formy. Bez literatury, choć literatura umożliwiła to i bez wątpienia w jakiś sposób miała wpływ na ich kształt, ilość i dźwięk.

.

Tak mi ciebie brak

i tak brak mi słów

by to opisać

nazwać dotknąć

pozostał tylko krzyk

dziurawiący ciemność

rozpostartej nocy

sięgający ostrzem noża

w zakamarki zmarłej duszy

uparcie żyjącego ciała

po co?

            Naturalnie, że żyję. Przejechałem przecież ponownie cały kontynent, by to życie życiu przywrócić. Odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości. Ślady Ciebie, twojego uśmiechu, twojej dobroci. Chciałbym napić się z Twoich ust tej dobroci, takiej zwykłej, bezceremonialnej, takiej po prostu. Spić z Twoich ust pełną czarę mojego szczęścia jeszcze niedopitą, jeszcze niewypróżnioną do dna. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że jest słonecznie, w dni zimowej zawieruchy, że jest ciepło.

Teraz wszystko, co robię pozostaje niedokończone. Trwała jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, ale mówią nieznaną gwarą, niezrozumiałymi metaforami. Monette[1] mi to przypomniał.

III.

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem przetłumaczenia trudnego tomiku wierszy Monette’a na język polski. Kilka pojedynczych zrobiłem, ale nigdy wystarczającej ilości czasu, ciszy i skupienia znaleźć nie mogłem. Dodatkowym problem jest forma, jakiej używa bardzo rygorystycznie i bez uwzględnienia (dość zasadniczej zdaniem moim) innej reguły: naturalnej płynności toku myśli i budowy zdania. Łamanie zdania w pól i we czworo tyko po to, by utrzymać format dziesięciozgłoskowca moim zdaniem jest gwałtem na poezji. I pewnie efektem zbyt długich i rygorystycznych studiów filologicznych. Po napisaniu tego, co wyżej rodzi się pytanie: dlaczego Monette ma być wybrany przeze mnie, jako idealny przykład poezji Bólu i Straty?  Zwyczajnie – bo był świetnym poetą, który jak nikt potrafił w poezji swojej pokazać pełną panoramę tych uczuć, emocji i refleksji. Bez ubierania togi tragika greckiego.  Jak te dwie sprzeczne z pozoru opinie pogodzić?  Nie mam zamiaru tego robić. Bywali i bywają poeci, którzy formie kłaniali się jeszcze niżej, ale sam ten tylko fakt głębi ich poezji nie umniejszał.

Wróćmy do tematu jednak, do poezji bólu. W pewnym czasie, okresie nie tak odległym i bardzo dobrze przez mnie pamiętanym, miliony młodych głównie mężczyzn poddano okrutnej próbie przetrwania mimo masowego żniwa śmierci. Triumwirat Zła ‘Reagan-Thatcher-Jan Paweł II”, przy pełnej zmowie milczącego przyzwolenia większości społeczeństw zdecydował, że nowa plaga była naturalną formą selekcji osobników. Że tak długo jak ,zdrowa’ większość (czyt. heteroseksualna) nie jest zagrożona – po co obciążać budżet badaniami i szukaniem antidotum?  Niech umierają. I umierali. Masowo. Na oczach wszystkich i wszędzie: w mieszkaniach, w szpitalach (w okrutnej izolacji), na ławkach w parkach, na ulicy.

To były czasy dżumy Camusa[ii] – z tą różnica, że ta ‘dżuma gejowska’ opanowała cały prawie glob. W przypadku Paula Monette’a ten glob, to było jego mieszkanie, ulice i miasto. Nie musiał, jak Camus’, uciekać się do absurdalności, do wyolbrzymień. Sytuacji bardziej absurdalno-tragicznej niż ta, która go autentycznie otaczała wyobrazić sobie nie można. Tak, to był wiek poprzedni, ale to był już jego schyłek, u progu obecnego. Świat był bardzo podobny do dzisiejszego.

Wiara Galileusza była przeciwna

Boskiej karzącą za mówienie prawdy

współwięźniom.  W Itali nie ma światka

gejowskiego, wszyscy chcą wyjechać

do Nowego Jorku, nie wiedząc jeszcze,

że już go tam nie ma. /…/

/…/    …….               w 1348 zaraza

pochłonęła trzecią część Florencji,

aż czterech z pięciu w Sienie i

nie było łaźni do zamykania.[iii]

(B.P-G, tł. własne, fragmenty)

IV.

            Doszliśmy do zasadniczej części tej epistemologii Smutku i Straty. Do „Last Watch of the Night” Paula Monette’a[iv]. Zbioru autobiograficznych esejów dekady AIDSA w USA. Dekady niewyobrażalnej dzisiaj, a przecież z równym okrucieństwem zmowy milczenia powtórzonej w Domach i Ośrodkach Starości  na początku ostatniej ‘dżumy’ – Covida. Wystarczy dotkniętych ‘dżumą’ zidentyfikować, jak grupę. Grupę do której nie należy większość. Żydzi, Czarni, Gejowie, bardzo starzy… Ktokolwiek, tylko nie większość. Nie ‘my’. Okazuje się, że dużo łatwiej wtedy manipulować społeczeństwem. Może nawet sugerować, mimochodem wskazywać, że np. pewne miejsca odosobnienia, izolacji nie są nieetyczne. Nie, broń boże obozy! To straszne słowo i koncepcja! Przecież my – społeczeństwo- po prostu chcemy zapobiec masowym infekcjom, nowych transformacji bakterii czy wirusa. Nic w tym złego nie ma, prawda? No, a poza tym każda choroba musi przejść swój kurs.

W latach 80. zidentyfikowano taką grupę. Zwłaszcza w ośrodkach, centrach, gdzie było ich wielu, gdzie zyskiwali sympatię i trochę cywilnych praw (choćby mieszkaniowe). Nowy Jork, Paryż, San Francisco, Los Angeles. Niezbyt dużo równouprawnienia faktycznego, nie – ale zmiany społeczne w tym kierunku podążały. A tu AIDS. Jak manna z nieba prosto w fartuszki religijnych maniaków, hochsztaplerów, siewców nienawiści z ambon telewizyjnych, prasowych i kościelnych. Krzyczeli: a nie mówiliśmy wam! To kara boska, że pozwalamy na takie zezwierzęcenie!

Dość jednak przypominania. Jedynie krótko to wspomnam dla tych, którym łatwo było zapomnieć ‘takie drobiazgi’. Większość ludzi niezbyt lubi rozpamiętywać sprawy i sytuacje przykre. To ludzkie i naturalne.

            Paul Monette nie mógł. On tym żył, w tym żył, na to umarł. Ale zanim umarł, chodził stale do szpitali, odwiedzać tam umierających kolegów i znajomych. Przede wszystkim opiekował się do ostatnich chwil umierającym przyjacielem i kochankiem. Potem drugim. Też do chwil ostatnich, do pogrzebu. Ale zanim był pogrzeb trzeba było ich myć, karmić, do ostatnich fizycznie możliwych chwil wyprowadzać na spacer, Trzeba było ich podmywać, zmieniać pieluchy, pościel. Wiedząc (choć ciągle mając promil nadziei, że ktoś coś odkryje, jakieś antidotum, ratunek), że ratunek nie przyjdzie.

Monette pisze o sobie. Podaje czyste, nieadornowane fakty, szczegóły, momenty codziennej rutyny dbania przez miesiące o kogoś, kto umiera. I w końcu tej śmierci. Kogoś, kto dziś byłby pewnie jego mężem, na pewno wieloletnim partnerem. Najbliższą z możliwych osób. Kiedy brat jego partnera (Rogera), który przyjechał z wizytą narzeka, że legowisko ich psa (Pucka) jest brudne i śmierdzi, Monette przypomina sobie ten moment i dodaje: Nie, tam faktycznie cuchnęło jak śmierć, gdy nazwiesz rzeczy po imieniu. Cały dom. I po prawdzie tylko Puck mógł z tym smrodem żyć, ze smrodem pola bitwy z płytkimi nieznanymi grobami. Ci, którzy sugerowali nową tapicerkę, jako sposób na trzymanie śmierci z daleka odwiedzali nas coraz rzadziej. I chwała Bogu.[2]

Kiedy przytacza ostatnie dni i godziny Rogera – pies jest bardzo ważna postacią w tej epopei przerażenia. Wiedzy, rozumienia – a jednak przerażenia bezsilnością i nieuniknionością. Pies swoja obecnością pomógł mu uciekać momentami od obezwładniającego smutku. Pies i … pisanie. Wspomina:

Przetrwałem ten niemożliwy do przetrwania pierwszy rok żałoby zmuszając się do zejścia z łóżka, bo ktoś musiał tego psa wyprowadzić; pisząc  aby nie myśleć.[3]

I zaraz wraca przed moje (piszącego te słowa) oczy obraz mojego pierwszego roku. Moim ratunkiem nie był pies, były wielogodzinne wałęsanie się po plażach, morskich bezludziach i notes, pisanie. Wymuszane, bolesne – a niezbędne, jak woda do przetrwania.

Monnette rozdział po rozdziale, przeprowadza właśnie takie studium, taką pracę epistemologiczną  Bólu Straty. Nie robił tego z potrzeb filozoficznych, badawczych. Nie. To wiwisekcja siebie. Próba zrozumienia, jak można było to przeżyć. Co pomagało, co hamowało przed nieobliczalnymi skutkami. Ale robiąc to pomagał nie tylko sobie, pomagał innym. Bo wymiar bólu, ciężar straty jest dla każdego trochę inny.

Monette przeszedł kawalkadę śmierci na AIDSA (Steve był jego kolejnym partnerem, który tak odszedł w szpitalu) łącznie z własną, nadchodząca powoli, ale nieuchronnie. Oczywiści nie zostawił zapisów ostatnich godzin i chwil. Mimo, że był świetnym pisarzem – nie był bogiem. Trudno nam samym opisywać własną śmierć po fakcie.

Ciekawym bardzo jest rozdział, gdy pisze o Kościele Katolickim i o sytuacji przyjaciół i znajomych, którzy z tym mieli wielki związek będąc czynnymi lub byłymi księżmi, zakonnikami. W tamtych czasach, w latach 80. O tym jak Ratzinger (późniejszy następca Wojtyły na tronie watykańskim) nakazywał biskupom i przeorom amerykańskim, by tępili i torpedowali wszelkie zamiary udzielania jakichkolwiek praw cywilnych homoseksualistom w USA. W Kościele pełnym nie tylko pedofilów, ale przede wszystkim homoseksualistów.[4]  Ten wątek w epistemologii Straty i Bólu mało ma do wniesienia, więc rozwijać go tu nie będę.

Głęboki ból utraty kogoś najbliższego, zwłaszcza gdy poprzedzony długim okresem spodziewania się jej (nieuleczalna choroba) i długim trwaniem opiekowania się tą osobą, aż do momentu zgonu, jest doświadczeniem nieporównywalnym. Zmienia tą osobę, która pozostaje przy życiu. Często ktoś taki próbuje różnych sposobów zewnętrznych i wewnętrznych (terapie), aby to zrozumieć. Ale terapia jest powiązana ściśle z leczeniem, leczy się zaś sprawy i ciała chore. Nie sadzę by żałoba była chorobą. Właściwszym jest rozumienie tego bólu, nie negowanie go lub reperowanie plastrem i pigułką. Być może właśnie badanie filozoficzne jest najbardziej właściwym dla zrozumienie tego procesu. Właśnie podejście epistemologiczne. I zagłębianie się w opisy innych, w sytuacjach zbliżonych. Oswoić ból Straty. Warto.

Paul Monette najpierw swoją poezją, potem tym pamiętnikiem-dziennikiem pomógł mi niezmiernie.


[1]Paul Monette | LGBTQ+ Activist, Poet, Biographer | Britannica

[2] ibid. s12

[3] ibid. s 14

[4] rozdział ‘My Priets’ zaczynający się na str. 54


[i]“Kronos” w pigułce, czyli wszystko, czego nie wiesz o Gombrowiczu | #literatura | Culture.pl

[ii] Albert Camus, „Dżuma”; napisana w 1947 opisuje lata pandemii dżumy w Oranie, w Algerii.

[iii] P. Monette, „West of Yesterday. East of Summer”, s. 19, frag. wiersza ‘Do GB z Tuskanii’ (wyd. z 1994)

[iv] Paul Monette, „Last watch of the night”; wyd. HarcourtBrace&Company; 1994, s.310

Poeci nie giną. Unoszą się w płomieniach pamięci. Lub odlatują na latawcach

Rok temu zginął w Gazie wybitny talent literacki Palestyny – Refaat Alareer. Był znawcą historii i literatury islamskiej, arabskiej, palestyńskiej i angielskiej. Ukończył Uniwersytet Islamski w Gazie i brytyjski London University w Anglii.

W dniu swej śmierci z rąk izraelskich żołnierzy Alareer miał ledwie 43 lata. Wraz z nim zginął jego brat, siostra i ich dzieci. Nigdy już nie napisze kolejnego wiersza – ale też jego wiersze nigdy nie zamilkną. Paradoks wojny i zbrodni wojennych – oprawców po latach nikt nie pamięta, ale poetów i ich wiersze się nie zapomina.

Poniższe tłumaczenie jest ze zbioru “If I must die” opracowanego przez Jousefa Aljamala.

Jeśli muszę zginąć,

ty musisz przetrwać

by opowiedzieć o mnie

sprzedać moje rzeczy

kupić jakiś całun

z wiązadełkami,

(aby był biały z długim ogonem)

i niech dziecko, gdzieś w Gazie

patrząc niebu w oczy

oczekując swego ojca znikającego w wybuchu –

a nie żegnał nikogo

nawet własnego ciała

nawet siebie –

ujrzy latawiec, mój który zrobiłeś, szybujący wysoko

i niech pomyśli przez chwilę, że jest tam anioł

przynoszący miłość ponownie

Jeżeli muszę zginąć

niech to przyniesie nadzieję.

niech to będzie opowieścią

An ode to Stanley Park

An ode to Stanley Park

There is a place full of magic. Place that deserves an ode, a poem. But a poem that you, the Reader, will have to write using your own words. I will just offer you some imagery captured on camera during my last visit to Vancouver ( a city full of its own magic and beauty). Therefore, without further ado, let me take you for a walk through that magical place.

Spacer cienia – Walk of a shadow

Spacer cienia – Walk of a shadow

Chodzę moimi ulicami, zaglądam do moich kawiarenek. Do Naszych Miejsc. Uśmiecham się do mijanych ludzi, rozmawiam nawet z nimi.

Nagle spostrzegam, że jestem cieniem. Spoza ich świata, poza nimi, obok. Nie, nie umykam chyłkiem, jak złodziejaszek kieszonkowy, jak przemytnik. Ale przenikam między nimi jak cień właśnie. Taki nie całkiem materialny.

Siedzę teraz w jednym z pokoików naszego Queer Community Centre[i] na rogu Davie and Bute. Lubiłem tu przychodzić. Sam, z Johnem. Taki dom poza domem. To tu był pierwszy w historii nowożytnych olimpiad oficjalny Gay Olympic Pawilon (Pride House)[ii]. Po tamtej Olimpiadzie takie Pawilony stały się normą sankcjonowaną przez MKO (Międzynarodowy Komitet Olimpijski). Uroczy recepcjonista wita mnie z uśmiechem i pyta czy ma mnie oprowadzić. Uśmiecham się, znam tu przecież każdy pokoik i zakamarek; przesuwam się bezszelestnie (cienie robią to świetnie) korytarzykami do jednego ze znajomych pokoi, siadam przy stoliku, otwieram notatnik i piszę właśnie te słowa.  

Nałkowska używała w swoich Dziennikach często ten zwrot przy kolejnych wpisach: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia. Ale tu teraz to nie pasuje. To ja – patrzący – przeszedłem zmianę.  Stałem się przeźroczystym cieniem.

Ile jest takich cieni spacerujących ulicami?  Czy mijam ich sam na skrzyżowaniach nie zauważając nawet? Może moja transformacja jest jeszcze za świeża, jeszcze nie zadomowiła się w mojej świadomości? Niełatwo, bo jeszcze słyszę stuk mojej laseczki i uderzenia cholewek na krawężniku trotuaru.

(English version)

It has been so peaceful and pleasant for the first few days here. Here – back to Our Home, Vancouver. You walked with me; you held my hand. At times – it seemed – you placed a kiss on my cheek.

But it changed abruptly. I noticed it on my second trip to Downtown Vancouver. I was alone. You were nowhere to be seen, to be touched. You were gone. As I know that you are.

Today I ventured closer to our first home on Capitol Hill in Burnaby, as I went to Commercial Drive in East Van.

Commercial is a lovely stretch of space between Hasting and Boadway, that contains people, their laughter, neighborly shopping in plentiful little shops, cafes. It is also a perfect mix of rich and poorer, accountants, architects and artists and artisans. Went to the Cultch Theater – the last play I have seen there years ago was a very good adaptation of “Waiting for Godot”, we went there to see it together, with You.

Stopped by Your favored shop on the corner of Commercial and Venables. Later I had sweets and excellent coffee in one of the cafes.

I looked everywhere. In vain. It came to me in a physical, sharp pain. As if something heavy and cold penetrated my heart. Something that screamed at me angrily: he is not here! He is gone! Oh, I so wanted to pick up a street fight with that screaming ugly IT, have even raised my walking stick a bit, was ready to shout back at IT: you are a liar! He is here, with me!

But there was no one around to scream at. The Screamer was not material, was invisible. But it was loud and clear.

You attempt to re-fight battles that you have had already lost is always futile.


[i] qmunity.ca

[ii] 2010 Olympic + Paralympic Games, Vancouver + Whistler, Canada | Pride House International

December walk through Ladner

There are big metropolis like Rome, New York, Vancouver, Paris; there are big cities, major centres of commerce, trade, culture; and there are small towns. These towns are often unknown little gems, picturesque, quaint. Known only to their residents, and few neighboring, equally small communities.

Such is Ladner in British Columbia Lower Mainland. It is actually located near a major artery leading to largest Ferry Terminal connecting Vancouver to Vancouver Island – but hardly anyone from these travelers stop in this little historic town.

It is a charming community. There are buses here, but the truth is that once you are inside – you can get anywhere by foot or biking. Have been here numerous times years ago, when I lived in Vancouver. Now I have come back for a few days to stay with some friends. And did that picturesque walk with my camera. Summer is of course preferable time. But beginning of December offers the chance to see the Christmas lights and decorations. Sometime it feels (after dark especially) like you are in a fairy tale. Here are some pictures from the historic centre of it.

A walk with a notebook

Circle of Life

You walk through

the green and brown

maze of moss,

moisture hanging

in the air like

heavy breath

of decaying youth,

skin and yellowed

fingernails and eyes.

Walkways with names

of those, who can’t

walk anymore but

left a sign that they

were here, lurking

in the shadows

of moonlight,

made love at evening

between the fallen

giants of dense forest.

Who danced with

the Seven Sisters by

the Lovers pathway

to temporary heaven

of passion, sweat

and desire to live,

if only for a day.

Did they die

like the fireflies

of night pretending

to be butterflies?

Or did they whitter

to be old like

crumbled leaf of life

to remember those,

who died in a flash

of wondrous thunder?

Old lovers carrying

brown carton boxes

with the ashes

of their young lovers

to spread them

under the heavy

branches of the

sleeping giants

of Stanley Park.

Dec.01.2024, Vancouver