Każdy dzień w tej zaczarowanej dolinie, każdy spacer, wschody i zachody słońca oszałamia furią kolorów i kształtów. A jesień to wulkan i lawa widoków zalewająca wzrok. Słów szkoda, bo i tak zbyt ubogie na opis. Więc zdjęcia pozostają tylko.
Every day is like magic, like a tube of tiny specs of lights and shapes attached to you eyes. Words are useless – maybe photos will.
Pytanie o to czym jest wiersz i kto to jest poeta jest i przewrotne trochę i dziwne nieco. Dziwne zwłaszcza gdy zadane przeze mnie – tego, który wielokroć starał się tę sprawę wyjaśnić sugerując, dość arbitralnie, co to jest za zwierz ‘wiersz’ i kim jest ten, który go pisze. A zaiste, bez argumentowania w nieskończoność, odpowiedzi na te pytania jest multum. Tak, jak wiele jest poetyk. Ale pytanie mimo to zadaje, bo adresatem jest poeta, któremu ufam i który bez cienia wątpliwości z mojej strony wie co jest, a co nie jest poezją. Pan Andrzej Busza.
A pytanie jest wpisane w kanwę opisu bardzo specyficznego i wyjątkowego wydania – zeszyt poetycki wydany w bibliofijskiej edycji ledwie 75 numerowanych egzemplarzy – “Niepewność’. Poświęcony był całkowicie serdecznemu przyjacielowi Andrzeja Buszy, jednemu z najpopularniejszych poetów polskich zamieszkałych w Kanadzie w latach po 1945.
Pytanie
Drogi Panie
Andrzeju
Poeto doctus
Czy jest łatwiej pisać
w młodości dociekliwej,
z torbą wypchaną tomami
wiedzy i mądrości wieków
przerastającej wiek własny?
Czy w późnym wieku,
kiedy się wie ile się nie wie?
A może zwyczajnie,
po prostu,
wie się tylko tyle,
ile można unieść w sercu?
Czy pamięć wieków
ważniejsza jest
od pamięci chwili?
(B. Pacak-Gamalski, 2024)
Pisanie wierszy, bycie poetą – co to w zasadzie znaczy? Skąd bierze się ta potrzeba, ta siła, która pcha cię do pióra? Są poeci, którzy piszą dużo, bardzo dużo. Mają zastępy czytelników, którzy na nich czekają, rzędy recenzentów, którzy dzięki nim istnieją, żyją. Ba – tacy, którzy uważają, że dana im była misja opisu losu człowieka, jego fatum, sensus vitae.
I są poeci, którzy nie piszą często, czasem tylko publikują. Wiersz jest dla nich rozmową intymną z jednym czytelnikiem. Tak, jak przyjaciel rozmawia z przyjacielem przy herbacie, koniaku czy kawie.
Takim poetą wydaje mi się jest Andrzej Busza – wybitny mistrz strofy i i błyskotliwy znawca literatury. Ktoś, kto pewnie byłby doskonałym filozofem, bądź historykiem filozofii. Karierę (słowo to brzmi – przyznaję – bardzo niestosownie i brzydko w tym temacie) zaczynał w Londynie w tamecznym kręgu emigracyjnym, w miesięczniku „Kontynenty” i „Merkuriuszu” w latach 1947-1965. Obok swego serdecznego przyjaciela, Bogdana Czaykowskiego, z którym wspólnie po 1965 emigrowali do Kanady i w konsekwencji osiedlili się na stałe w Vancouverze nad Pacyfikiem. Obaj otrzymali posady na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej. Busza obronił tam pracę doktorska i był przez długie lata profesorem literatury angielskiej i cenionym znawcą Conrada oraz komparatystą.
Przeglądam i czytam teraz maleńki zeszyt poetycki Buszy wydany w 2013 nakładem Polskiego Funduszu Wydawniczego w Toronto – „Niepewność”[i]. Wiersze w tym zbiorku Busza dedykował zmarłemu w 2007 Bogdanowi Czaykowskiemu.
Poza ‘Zabawą w metafizykę’, który autor napisał po polsku, pozostałe wiersze powstały w jęz. angielskim, a tłumaczyli je Roman Sabo i Beata Tarnowska. Wiąże się to z jego decyzją zaprzestania twórczości w języku polskim. Decyzją, która konsekwentnie oddaje i jego skromność, ale i dążenie do doskonałości. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jego znajomość polszczyzny zubaża się i pozostaje odcięta od żywego języka i jego zmian w Polsce. Nigdy tej jego decyzji nie uznałem za ani konieczną ani właściwą i kiedyś mu przed wielu laty o tym mówiłem. Naturalnie opinia moja nie ma tu znaczenia, chciałbym jedynie podkreślić, iż była bardziej jego dążeniem do doskonałości językowej niż do domniemanych braków. Jak moi czytelnicy wiedzą wyznaję zasadę ‘poetyckiego udomowienia’ języka używanego we własnej twórczości. Naturalnie to wątek poboczny i z tekstem tym mający niewiele wspólnego.
„Niepewność” Busza zaczyna wierszem idealnie nadającym się do zbioru dedykowanego Czaykowskiemu. Któż lepiej niż autor „Okanagańskich Sadów”[ii] by ten wiersz pochwalił a może nawet z przekorą by spytał: Andrzeju –czy przypadkiem nie napisałeś jednego z moich wierszy?
Ten wiersz to wypisz-wymaluj styl poetyki właśnie Bogdana Czaykowskiego – przyjaciela Buszy, któremu ten tomik Busza dedykuje. Mógłby to być wiersz narodzony w szuwarach jezior okanagańskich, mógłby być nawet gdzieś z rozlewającej się szeroko delty rzeki Fraser za New Westminster, pod Vancouverem. A nie jest – jest zapowiedzią podróży erudyty kunsztownie zapowiadającego wejście w światy Kosmosu, ciemności i jasności. Światy, gdzie nieprawdopodobne jest możliwe. Cały ten fragment zapisany jest w stancy przedostatniej:
W załomie skały wbity kawał marmuru – na nim wyrzeźbiony
Znak: mały wąż i dwie linie proste połączone poziomo.
Kiedy zwierz mija popękany kamień, na lśniącą wodę pada czarny cień.
Ten wiersz jest a’la rebusem, ale może też być odczytany, jak echo powieści „À rebours”[iv] – westchnienie estety do świata idei, sztuki, Złotego Wieku piękna. Skąd, dlaczego?
Ano, już drugi wiersz pt. ‘Ósmy dzień’ tłumaczy tu wszystko. Bo prawda, że pierwszy był miły, prosty, łatwo (?) czytelny. Z pozoru. Bo tu nagle i palimpsest, i Paradox Olbersa.
A współczesny czytelnik nie musi rozumieć dlaczego Oscar (w domyśle: Wilde) jest porównywalny do palimpsestu kulturowego (zakładając, pewnie zbyt naiwnie, że wie iż ‘palimpsest’ to zapisywanie nowego tekstu na już istniejących oryginałach/kopiach). Może się mylę.
Ale Paradox Olbersa? Mimo, że o tym astrofizycznym wyjątku pisał i tłumaczył go sam Edgar Alan Poe w prozie poetyckiej „Eureki”. No, bo faktycznie niby czemu jest ciemno nocą, przy milionach gwiazd potężniejszych od naszego słońca, które emitują światło non-stop?
Więc czy Busza jest trudnym poetą w tym zbiorze wierszy? Może chwilami jest. Ale te chwile warte są głębszego zastanowienia, może nawet poszperania w źródłach. Może i u niego zdarza się, że wiersz jest rozmową indywidualną z pojedynczym czytelnikiem? Czytelnikiem, któremu się zawierza, że metafory odczyta? A przede wszystkim, że wiersz zrozumie. I wydaje mi się, że jest możliwym – choć to przypuszczenie obrazoburcze – zrozumienie wiersza bez konieczności zrozumienia każdego odniesienia kulturowo-filozoficznego.
Całość jest zresztą wkomponowania właśnie w tą rozmowę i odpłynięcie w świat cienia jego bardzo bliskiego przyjaciela, któremu ten cykl wierszy poświęca.
Busza potrafi. Mimo, że nie jest, zdaniem moim, parnasistą. Rozumie skalę siły prostego słowa, które ma moc i jędrność bezpośrednią. Jak w wierszu ‘Zabawa w metafizykę’. Zrywa, jak zakochany młodzieniec, stokrotkę i robi znaną wyliczankę z odrywanymi kolejno płatkami. Ale tu chodzi o metafizykę, więc wyliczanka ma charakter metafizyczny:
Bodaj najpiękniejszym, najczulszym i bardzo personalnym, więc i bolesnym utworem jest ‘Letnia elegia druga’.[vi]
Druga zwrotka to zaś wręcz zimny skalpel szpitalnego krajobrazu. Opis ostatniego momentu, ostatniego ‘kęsu powietrza’. Ale zaraz dodaje, by uniknąć pułapki turpizmu:
Dwa kolejne wiersze (‘Podróż’ i tytułowy ‘Niepewność’[ix]) są rozwiązaniem odniesienia do Paradoksu Olbersa – alegoryczności kosmologii wędrówki duszy ludzkiej; z jasności do cienia i mroku, który jest też światłem.
Podsumowaniem tomu jest wiersz ostatni. Bolesny, bez szansy na pomyłkę, że może to sen, może to nieprawda, może przyjaciel zadzwoni jutro …. I zadzwonił w wierszu ‘Łazarz’. Wierszu tragicznym, ale bez sztywnych wzorów tragedii greckiej. Przeciwnie, wiersz jest chwilami prawie krotochwilny, szelmowski omal. Przyjaciel dzwoni z opowieścią o dziwnym zdarzeniu[x], jakie go spotkało po wcześniejszym wspólnym spotkaniu na piwie. To historia umierania zamknięta w kapsule skróconego czasu. Ale nie jest to historia bólu, przerażenia, żalu, tęsknoty bolesnej. Nie – to historia ciekawości poznania co niepoznawalne. Co jest wtedy i tam, po tej drugiej stronie życia. Jakby potknął się o kamień, upadł i zaczął obserwować, niezauważalny z pozycji pionowej, świat maleńkich istot w trawie. A jest, jak zapowiadano we wszystkich ważniejszych księgach Religi Bliskiego Wschodu, wesoło, jest napitek, jest Marta i Maria i ‘radosne okrzyki La Chaim i Mazel Tov’[xi]. Ale przyjaciel czuje się w tym zgiełku nieswojo:
Czy winny jestem tu jakiegoś epilogu, pewnego wyjaśnienie? Nie. Pewne rzeczy, pewne odczytania muszą na zawsze pozostać tylko w wyobraźni czytelnika. To już jego prerogatywa. Nie wolno narzucać interpretacji adresatowi poezji, jakim jest tylko indywidualny odbiorca poezji. Jeśli można użyć jakiejś analogii niech będzie ona taka: poeta jest rodzicem wiersza, gdy wiersz wejdzie w świat znajdzie czytelnika, to ten staje się jego partnerem, współmałżonkiem i pępowina jest przecięta. Na scenie Sztuki, tak jak na scenie Życia, role są wyraźnie podzielone. Błazen jest błaznem, a król jest królem.
[i] Z serii bibliofilskiej PFW, wydano 75 autoryzowanych egzemplarzy. Mój egzemplarz ma numer 47.
[ii] ‘Okanagańskie Sady’, B. Czaykowski; Wyd. Dolnośląskie, Wrocław, 1988; ISBN 83-7023-633-2
W zasadzie nie cała Kelowna, która (jak wiele kanadyjskich i amerykańskich miast) jest bardzo rozciągnięta olbrzymimi przedmieściami ciągnącymi się przez wiele kilometrów ale jej historyczne centrum – Downtown.
Historycznie ziemie te zasiedlone były narodami Silix lub inaczej Okinagan od blisko 10 000 lat. Europejscy osadnicy pokazali się tu bardzo późno, bo dopiero w drugiej połowie XIX wieku, a miasto inkorporowane ledwie w 1905 z 600 mieszkańcami. Współczesna Kelowna liczy ponad 140 tysięcy mieszkańców, a jej naturalne granice tworzą od północy jezioro Okanagan, od południa wzgórze Toovie i pasmo Black Mountains a od wschodu historyczne miasteczko Vernon, od zachodu rozległe farmy winorośli, jabłek i brzoskwiń.
Byłem tu wielokrotnie poczynając od połowy lat 80. ub. wieku, kiedy przyleciałem tu samolotem z Calgary na narty do resortu Black Mountain. Od l994 dość regularnie dojeżdżałem tu z Vancouveru. Obecna wizyta jest pierwsza od 2018 i zmiany są olbrzymie. Poza bardzo nielicznymi miejscami w Centrum – miasto uległo olbrzymim przeobrażeniom: w Centrum i bliskich dzielnicach gęstość zaludnienia, wieżowce kompletnie zmieniły jego charakter i widok. Musiałem się na nowo uczyć po tym centrum chodzić, bo poza ścisłym Nadbrzeżem – wszystko uległo zmianie. Zdjęcia poniżej właśnie z tego miejsca, a te powyżej to widok ze Wzgórz Toovie.
(in English)
In fact pictures here (except for the top showing showing entire city, as seen from Toovie Hills) are only from Downtown, historic center of Kelowna. It was established as a city in 1905 with 600 hundred inhabitants. Prior to that this land was inhabited for close to 10 000 years the the nations of Silix people (called also Okinagan people). Today’s Kelowna has undergone a major expansion and architectural face-lift in the last ten years. It hardly resembles a city I used to visit often a decade ago or so. High-rises and multitude of hotels, restaurants, vibrant cultural zone – changed the Downton core definitively. Here are some of the vistas.
Gdy słyszymy dźwięki starej (na ogół) sentymentalnej piosenki, uśmiechamy się nieco ironicznie. Naturalnie znamy tą melodie, słyszeliśmy nasze mamy i bacie jak je nuciły z łezką, niczym koronkowy baldachim pod ich powieką.
W rozmowach między sobą z tą ironią mówiliśmy słuchając stare przeboje: to takie śmieszne i ckliwe. Aż dnia pewnego obudziliśmy się z rana, poszliśmy do łazienki i spojrzeliśmy w lustro. I krzyk: Boże kochany, toż ja wyglądam starzej od babci! I faktycznie nie tylko ‘wyglądamy’, ale jesteśmy starsi, bo babcia zmarła już wiele lat temu i umierając była młodsza od nas obecnych. Co się zdarza.
Tak samo podśmiewają się z nas nasze dzieci i wnuki obserwując jak słuchamy i sami podśpiewujemy piosenki Niemena, Borysa, Sobczyk, Krajewskiego, German czy wiecznie żywej Rodowicz. I falujemy niezbyt falująco niezbyt gibkimi biodrami. Oczywiście pociechą jest to, że doskonale wiemy (i nie mylimy się w tym), że ich ten sam los i ironiczne spojrzenia młodszych też czekają.
Aliści, nie ma herbaty bez liści. Ja veto zakładam. Nie starzeniu się ani mało elastycznym biodrom, ale nazwie, terminologii stosowanych do tych piosenek. Dużo bardzo starych szlagierów ani ckliwymi ani śmiesznymi nie jest.
Ot, szedłem wczoraj spacerem po krętej uliczce na wzgórzu nad miastem w Brytyjskiej Kolumbii. Jesień była iście z żurnala: złota i brązy, fiolety, ciemne karminy, chmury bajkowe ponad mną pozaczepiane rogami o szczyty wzgórz tej doliny pode mną. Chodziłem tą uliczką zdaje się ledwie dni kilka temu z Tobą…. W czasie ostatniej mojej tu, przed tegoroczną, wizyty. Oczywiście byliśmy razem. Prawie wszędzie jeździliśmy razem. I wspomnienie tego otworzyło nagle jakąś straszną pustkę, tak przeraźliwie smutną, mimo tego piękna wokół. Niespodziewanie, nie zastanawiając się, nie szukając nic w pamięci, mimowolnie omal najpierw powiedziałem na głos: już nigdy … a potem popłynęły słowa całego refrenu – nie usłyszę kochanych twych słów … do swych ust nie przytulę cię znów… na zawsze pozostaną dni smutku, dni mąk, nie oplecie pieszczotą mnie w krąg płomień twych rąk, już nigdy…Już nigdy! Jаk okrutnie dwa słowa te brzmią!
I nie było w tym nic ckliwego, nie czułem się jakoś sentymentalnie ani melodramatycznie. Tkliwość? Tak. Naturalnie, że tkliwość. Jakże by mogło być inaczej. Za miesiąc ledwie minie dwa lata, gdy moje życie w zasadzie straciło wszelki sens. Gdy w brutalnej walce przegrałem pojedynek ze Śmiercią, która wyrwała Cię z moich ramion. Okres mojej walki z rzeczywistością, krzyku i odrzucania tej rzeczywistości też minął. Po prawdzie rzeczywistość, jako-taka mało mnie dziś interesuje. Jest wokół, wiem. I co z tego, że jest? Niech sobie będzie, niewiele mamy sobie do zaoferowania.
A ten refren? Ten refren i ta piosenka mają. Mówi mi: ja wiem, nic ci nie tłumaczę, – ale wiem. Potwierdzam, że tak jest. A te słowa pan Włast, popularny wówczas tekściarz, napisał dla kompozytora pana Petersburskiego w 1930. Nuciły je moje babcie też w tamtym czasie, czyli kiedy były młodymi kobietami a nie babciami.
Ckliwości i mazgajstwa nie znoszę. Irytuje mnie. Ale nie tkliwość – tą szanuję i cenię. Jeśli zna się i rozumie inny styl opisu uczuć, z innej epoki, która była i nieco egzaltowana i nieco przerysowana – to tekst tego tanga brzmi całkiem współcześnie prawie. Zresztą, wszyscy używamy języka, który jest adekwatny do naszego stanu emocjonalnego. Wtedy jest autentyczny i szczery. Zaś prawdziwa tkliwość i czułość jest przymiotem, a nie wadą.
Ze spaceru wróciłem, odpaliłem kompa i z YouTube słuchałem mistrzowskie wykonanie Edyty Geppert starego tanga ‘Już nigdy’ … . [i]Szalik ciepłego, serdecznego smutku otulił mnie swym czułym, tkliwym ciepłem. Tkliwym, nie ckliwym.
(English) Traveling from Kelowna toward Vernon you will pass two wonderful lakes connected by a bridge: Kalamalka and Wood. Despite the fact that both of them are almost connected (at high water they definitely are) – both own a distinct and different hue. Years ago, on my visits to Kelowna, I used to swim in Kalamalka. If you go across that little bridge separating these lakes and turn left going up a gravel road full of turns and potholes – you would eventually end up on the shores of hidden gem – Oyama.
For kayakers and boaters it is truly wonderful experience, dotted with numerous little islands – some with easy access by kayak – there you can have a lunch or dinner as some have a firepits. Please be very mindful, though – in this type of total wilderness and remoteness fire could be a catastrophe of unthinkable consequences. From Oyama Lake I strongly recommend paddling to the left through an amazing channel covered with lilies, reed and acorus. That path offers amazing solitude and meandering for long time through narrow water channels. Eventualy you will enter anoter lake – Streak.
(Polish) W Kolumbii Brytyjskiej jadąc szosą 97 na wschód od Kelowny dojedziesz do dwóch bardzo charakterystycznych jezior: Kalamalka i Wood. Nie ma wątpliwości, że kiedyś był to jeden obszar wodny a i dziś w sezonach wyjątkowo deszczowych (co nie jest tu częste) jeziora się łączą starym kanałem. Mimo to, patrząc na nie ze wzgórz jedno ma charakterystyczny kolor zielonkawy a drugie zdecydowane stalowo-szary. Jakie są tego powody geologiczno-morfologiczne nie mam pojęcia, ale jakieś być muszą. Obecnie dzieli je mały mostek-grobla. Przejeżdżając ten mostek i skręcając ostro w górę na prawo od mostku wjeżdżasz w świat dziki i piękny. Bita, wąska i pełna wybojów droga zaprowadzi cię do klejnotu natury – jeziora Oyama z dziesiątkami mniejszych i większych wysp, a dla wioślarzy raj długiego, meandrującego pośród wodnych lilii i trzcin kanału. Ten wielokilometrowy kanał doprowadzi cię do jeziora Streak. Kanałem należy wiosłować ostrożnie by nie wbić się w błotnisty brzeg lub nie nadziać za szybko na zapadłe po wodą konary i pnie zatopionych drzew. Wszystko to jednak warte wrażeń widokowych. Wracając zatrzymaliśmy się na jednej z większych wysp na Oyamie i na istniejącym już palenisku zrobiliśmy wyśmienity lunch/obiad. Po prawdzie ‘zrobiliśmy’ to eufemizm, bo zrobił przyjaciel mojej kuzynki, Mike. Nie zabrakło kiełbasek na patyku ale były i krewetki, i cudownie przygotowana w grubych plastrach lekko zarumieniona cebula, duszone plsterki kartofelków. No i coś do popicia, naturalnie. Nie, nie była to woda jeziorna, LOL.
The arid air, lakes and high hill surrounding Kelowna are perfect orchard not only for apples, peaches and grapes – it is an orchard of amazing skies, clouds, sunsets. Here are some.
Mama moja odchodziła od nas bardzo długo. Nie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu ale rok po roku. Straszna choroba tracenia pamięci, która w okresie późnym zabiera też pamięć poruszania się, swobodnego mówienia jest i dla chorego i dla bliskich okrutnym doświadczeniem. W 2017 Mama była już w tym późniejszym stadium choroby ale jeszcze były dni lepsze. Nie mogła już chodzić samodzielnie, spacery dłuższe, nawet w wózku inwalidzkim, uciekły nam w przeszłość. A chodziliśmy na te spacery po łąkach i parkach codziennie bodaj. I gdy Mama zbliżała się do końca tej największej wędrówki jaką jest nasze życie – wybrałem się z Nią na jeden jeszcze spacer: wyimaginowany ale jakże naturalny jednocześnie. Spacer poetycki. Bardzo mi pomógł.
Mamie
Więc idziemy trzymając się za ręce.
Most jest strasznie długi,
pełen zakrętów, jak rozłożony
między jaskiniami płaski ogon smoka.
Po obu stronach płoną złotem i brązami
jesienne gałęzie ubrane w barwne
rękawy brokatowej bluzki z czereśni.
Gdzieniegdzie lśnią karminem
ciężkie korale jesionów i dębów,
gdzie indziej – złote girlandy brzóz.
Mama mówi: ach, jak tu pięknie.
Nie idź za szybko, zwolnij i patrz.
Odpowiadam: mamo, most bardzo długi,
jest jeszcze daleko, noc zapadnie,
będzie zimno, możemy się zgubić.
A ona odpowiada: nie bój się,
nie zgubimy się. Popatrz, tam na skałce
kamień płaski cały obrośnięty mchem,
jak poduszka, obok kępki borówek czerwonych
i fioletowy wrzos pachnie tak uroczo.
Położymy się, odpoczniemy, niebo
będzie gwiazd pełne. Kołysankę ci zanucę.
I rankiem dalej pójdziemy.
(10.2017)
I kilka z tygodni/dni ostatnich.
Papierowy Kosmos
Szeregami idą żółte drzewa
nad nimi chmury zielonego nieba
z niej tasiemkami spływa rzeka
nad nią papierowa tęcza z mleka
W tym świecie z papier-mâché
w kapeluszach z wycinanek
chodzą ludzie ulicami miast
i wiosek konstelacji Origami
Tam ptaszki czarne i białe
bardzo wielkie i całkiem małe
wesoło podskakują jak gumki
śpiewając arie Verdiego i dumki
Miły bardzo jest ten świat Origami
chętnie bym zamieszkał tam
gdybym do bram jego klucz miał
igły klej i nożyczki spakowane już
Uśmiech tylko wyszminkować
oczy trochę podmalować
i rumieńce zazielenić jak trawa
jakaż będzie radość i zabawa
(jesień, 2024)
Pytanie
Ognisko z wolna dogasa. Strzelają jeszcze
bierwiona językami pomarańczowego ognia,
żar bije ze złotych brył utleniających się
fragmentów kosmicznych meteorów.
Jestem, ciągle jeszcze jestem.
Nie prosiłem o to – ale stało się.
Może tak być miało, więc jestem.
O czym mam świadczyć,
czy mam jakąś misję,
której celu mi nie ujawniono?
Nie wiem, ale wiem, że jestem
choć wolałbym już nie być.
Ciemne korony potężnych świerków
odbijają się w srebrno-zielonkawej
wodzie jeziora Dee, gdzieś w górach
nad doliną Okanagan w Kanadzie.
Jest zimno mimo słońca.
Żółtymi piórami wioseł
chłostam zielonkawo-szarą wodę.
Więc jestem.
Ogień w ognisku,
kajak w wodzie,
słońce w górze,
– więc jestem.
(11.10.2024)
Każdy wiersz ma swoje ograniczenia formy, nawet wiersz wolny, któremu te ramki autor sam majstruje. Gdy nijak przyciąć do foremki go nie można – w sukurs przychodzi proza poetycka.
Przybysze
Jest październik – wieczór nadchodzi szybko. Z ciemności nadlatują skrzydlaci wysłannicy Nie wiem czy ukazują się z płonącego w ognisku lasu, czy z zimnego jeziora, czy też nadlatują z niebios uczepieni dyszla rydwanu Heliosa.
Lepią opierzonymi szponami figurynkę z gliny i skrzeczą ochrypłym głosem: idź do Aleksandrii po zmierzchu i wynieś z Biblioteki księgi dziejów Aleksandra z Macedonii. O północy dokładnie pójdź pod latarnię Aleksandryjską i recytuj na głos jego losy.
Gdy zrozumiesz jego ból po stracie oblubieńca – znajdziesz klucz do własnego. Powiedziane jest: nikt nie ma prawa bólu nosić w srebrnej klatce zawieszonej jak szkaplerz na szyi. Bóle, jak radość muszą być wolne, jak zefiry
Zazdrość o własność bólu doprowadziła Zefira do śmierci ukochanego Hiacynta. Wszystko należy do wszystkich.
Tak mówili skrzydlaci przybysze. Czymże z tego co zrozumiał? Jak tłumaczyć przepowiednie delfickie i nauki Pytii ze świątyni Apollina? Czyż odurzona toksycznymi oparami kapłanka mogła wiedzieć o wszystkim i o wszystkich?
Pewnie nie. Ale muszę uznać szlachetność bólu Aleksandra, muszę uchylić czoła wobec rozpaczy Orfeusza.
Ceną wielkiej miłości, głębokiej, czułej, najszczerszej jest zawsze Strata. Okrutna, bezwzględna. Czy jest to cena zbyt wysoka? Dla lękliwych – tak. Dla głodnych i spragnionych – nie. Nędzarza czyni bogatym nawet w tej stracie. A bogactwem faktycznie należy się dzielić, gdyż skąpstwo jest cechą prawdziwie obrzydliwą. Gdy piszę o stracie potwierdzam wszak, że miałem bogactwo nieopisywalne. Więc straty się wstydzić nie należy, bólu ukrywać. Mój Hiacynt przez to będzie żył we mnie, doda nadziei innym. O, Aleksandrze – jakżeś mądrze zrobił budując bibliotekę i wierzę światła rozpraszającego ciemność wątpliwości! Jakżeś czuły był wobec potomnych Orfeuszu zostawiając świadectwo bólu. Strata uwięziona w celi ciszy jest śmiercią pamiętania, śmiercią iskry nadziei dla innych, że miłość jest, że szukać warto i cena za nią nie jest nigdy zbyt wysoka.
Ze wschodniego końca Kelowny wyjeżdżamy w utwardzoną szosę Beaver Lake. Jadąc bez przerwy w górę mijamy malownicze pastwiska dla ranczerów dla ich bydła. Krówki i byczki spacerują leniwie lub po prostu leżą w słońcu. W dole rozległy widok na miasto i jezioro Okanagan. Kolory jesieni przepyszne. Co jakiś czas droga przecięta jest tzw. Texas Gate, czy li metalowymi rurami, które mają uniemożliwiać bydlęciu przechodzeniu na inne pastwiska lub w lasy. Nie zawsze się to widac udaje, bo wjeżdżając w te lasy spotkaliśmy kilka krówek spacerujących po obrzeżach kręcącej sie drogi. Teraz już tylko lasami do ośrodka nad jeziorem Dee, gdzie wynajmujemy drewniana daczę i odnosimy kajaki na brzeg. Od Dee naturalne wodne kanały łącza nas do kolejnych jezior: jeziora Island (faktycznie ma wyspę na środku), następnie Deer Lake, Crooked Lake – przy Crooked Lake robimy pełny lunch na naturalnej tamie-grobli, która oddziela go od jeziora Bobra (Beaver Lake). Zbieramy też troche maślaków które rosną na obrzeżach puszczy. Po lunchu powrót tymi samymi jeziorami do jeziora Dee i naszego noclegu. Inny świat wokół – rozległe puszcze, pełna cisza, ryby skaczące przy brzegu. Wielogodzinne wiosłowanie przy takiej pogodzie to przyjemność ogromna.
Zdjęcia poniżej własne i mojej kuzynki Luli (która w naszej daczy z tych maślaczków zrobiła świetne danie, a potem smażyliśmy kiełbaski na patykach nad ogniskiem).
A two day trip to a chain of wonderful lakes Dee, Island, Crooked and Deer surrounded by deep forest on all sides. Many hours od kayaking and enjoying the peaceful world of Nature in the southern part of BC, above the Okanagan Lake and Valley.
Wyjeżdżając w kierunku zachodnim z Calgary w prowincji Alberta otwiera się natychmiast widok na jedne z najpiękniejszych na świecie pasm górskich – Rocky Mountains, lub po polsku Góry Skaliste. Potęga, masywność tego pasma jest oszałamiająca.
Od pierwszego mojego spotkania z tymi górami zimą 1982 roku byłem pod ich wielkim wrażeniem. Pamiętam jak dziś spacer doliną rzeki Pipestone pod Lake Louise i pierwsze widziane w życiu ślady potężnych łap niedźwiedzia – widać miał kłopoty ze spaniem, bo śniegu było sporo i winien już chrapać w swojej norze, LOL.
Wspinaczki trudne i łatwe, dziesiątki długich szlaków turystycznych – bardzo polecam fantastyczną trasę od brzegów Lake Louise do brzegów jeziora Moraine prowadzącą przez Dolinę Rajską (Paradise Valley) i nie bez kozery – to trasa raju górskiego dla kochających góry – a zimą białe szaleństwo narciarskie. Wszystko to zaczyna się ariergardą Gór Skalistych – pasmem Kananaskis z wielkimi jeziorami i niesamowicie malowniczą trasą. W samym Kananaskis jest obecnie bodaj trzy ośrodki narciarskie i niezliczone trasy dla miłośników narciarstwa biegowego. A nieco dalej, we właściwych Górach Skalistych, resorty narciarskie zaczynają się już u wjazdu do nich, u podnóża kanadyjskiego Zakopanego – miasteczka Banff. A za nim oszałamiające trasy i widoki w ośrodku Sunshine Village, niecałą godzinkę dalej rozległe tereny ośrodka Lake Louise. Każde z nich oferuje dziesiątki tras zjazdowych: od bardzo łagodnych do najbardziej skomplikowanych. Mogą bez problemu konkurować o palmę pierwszeństwa z najlepszymi ośrodkami świata.
Przejeżdżałem tą całą trasę wzdłuż tych szczytów i dolin dziesiątki razy w ostatnich kilkudziesięciu latach i za każdym razem widoki po obu stronach szosy nr. 1 (Trans-Canada Highway) – podobnie było w tym miesiącu: zachwyt, jak za pierwszym razem. Natura w swym dzikim pięknie jest oszałamiająca.
A small gallery of pictures taken during my latest drive through the magic of Rocky Mountains – a territory of immense natural beauty and massive splendor. Drove through this lands so many times in the past 40 years, that it would have been impossible to count. But every time it feels like the first time – overwhelming feeling of awe. Whether the massive peak of Mt. Temple, long and solitary walls of Castle Mountain or any other range of towering giants – the feeling is always as being in some huge gallery of beautiful paintings