Szkice z tamtego brzegu. cz.2

Nota edytorska: wstęp drukowany mniejsza czcionką jest powtórzeniem wstępu do cz. 1 szkicu, poświęconej powieści Douglasa Couplanda “Hey Nostradamus!”. Czytelnik, który czytał tamten szkic, będzie więc z tym wstępem zaznajomiony i nie musi czytać ponownie.

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale później wytłumaczę dlaczego jego jednak wymieniam.

            Zaczniemy od Sedarisa Let’s Explore Diabetes with Owls.[i]Powieść? Reportaż literacki? Zapiski z podróży?

Powieść jednak. Ale pisana chwilami, jak reportaż z podóży. Czy jak u Kapuścińskiego, mistrza reportażu literackiego? Niezupełnie. Sedaris to jednak fikcja literacka. Wsparta bardzo silnie elementem fotoreporterskim, ale powieść mimo wszystko. Są nawet duże fragmenty, które by można określić, jako zapiski z podróży autora i jego męża, a wiec też elementy pamiętnikarskie, biograficzne. To po prostu pisarz uciekający od ustalonych szablonów, w jakie w XIX wieku powieść wciśnięto. Myślę, że XXI wiek dał w końcu pisarzom carte blanche, jak chcą swój talent używać.

Od razu, bez pretensjonalności i skomplikowanych śrubokrętów myślowych, ale i bez jakiejkolwiek zarozumiałości (typu: Jestem gejem i noszę na sobie ciężar setek lat prześladowania przez społeczeństwa heteroseksualne!) robi rzecz widoczną sytuacyjnie i bez cienia wątpliwości, że opisuje podróże i perypetie typowe dla podróżujących lub mieszkających czasowo w innych krajach, a tymi podróżującymi jest para: on, David Sedaris i jego życiowy partner, Hugh.

Jest przezabawne (lub strasznie smutne) jak ‘powieści’ tego quasi reporterskiego stylu potrafią odzwierciedlać rzeczywistość ich czasów w kontekście rzeczywistości bieżącej czytelnika. Jak niemal groteskowo tą rzeczywistość faktyczną szkicują. Niczym profesor Zin węglem na tablicy (żyją jeszcze mam nadzieje ludzie, którzy pamiętają telewizyjne programy krakowskiego sympatycznego historyka-rysownika). Ot tak, bez moralizowania. Lub moralizując z tej strony niespodziewanej, przeciwnej widzeniu świata przez racjonalnych i etycznych ludzi.

Czytając ‘Think Differenter[ii] nagle znajdujemy się w republice MAGA dzisiejszego pana Trumpa (przecież jest to wszak prezydent żywcem wycięty z popularnych niegdyś komiksów horroru, powiedzmy z Gotham City – Trump to Black Mask wypisz-wymaluj) doby obecnej. Mężczyzna życiowo przegrany kompletnie i nienawidzący nowego, otaczającego go świata empatii i zrozumienia – swoimi niepowodzeniami obarcza kobiety (zwłaszcza swoje byłe żony, które porzucił), tych nowych ‘niby mężczyzn’, wszystkich wokół. Tylko nie siebie. I nagle przenosi się do stanu amerykańskiego (nie wymienia nazwy tego stanu, by broń Boże ‘ci nowi’ nie pozmieniali wszystkiego na nowa modę), gdzie stare zasady ciągle są norma. Zacytuję obszerny fragment końcowy tego rozdziału:

Nie powiem wam, gdzie to jest, bo chce by pozostało to niezepsute. Po prostu jeden z nielicznych stanów, gdzie chorzy psychicznie mają prawo nosić broń. Kiedyś to odnosiło się tylko do muszkietów, teraz mogą nawet ją nosić i mogą ją ukrywać pod kurtką lub płaszczem, jak każdy inny normalny mężczyzna. Jeżeli uważasz, że pacjent szpitala psychiatrycznego nie ma prawa przynieść dwururki z obciętymi krócej lufami do kościoła, gdzie jego była dziewczyna właśnie wychodzi za mąż, to ty jesteś częścią tego problemu. Prawda jest taka, że wariaci – którzy są faktycznie normalnymi ludźmi ale bardziej nierozumianymi – mają tyle samo praw do własnej obrony, jak my.  Żyj wolnością, a twoja imaginacja poszybuje wysoko. (….) tł. wł

Czy rzeczywiście nie przypomina ci to pewnych wystąpień, pewnej kampanii prezydenckiej kilka ledwie tygodni temu? Literatura to takie dziwne zwierze – snuje dzieje z przeszłości, a maluje tymi słowami teraźniejszość.

Wracając do jego powieści, tych elementów reportażu literackiego, polecam zabawny rozdział ‘Easy, Tiger’[iii]. Perypetie autora i jego partnera Hugha w poruszaniu się i porozumiewaniu używając popularnych wówczas kieszonkowych słowniczków. Pamiętam tą modę i te ‘bedekery’ doskonale. A opisują to na przykładzie Niemiec właśnie i Japonii. Przezabawne, ale i interesujące bardzo ich uwagi na temat wymowy i gramatyki niemieckiej. Jak ta twardość jezyka, jego pewna słuchowa interpretacja przypomina  … stukot butów niemieckiego żołnierza krzyczącego ‘Heil Hitler’. I ja w pierwszych wizytach w Hamburgu i Frankfurcie takie wrażenia miałem. Póki z językiem się nie osłuchałem. Na szczęście moje wizyty w Berlinie, który uwielbiam, bywały już po tym ‘osłuchaniu się’.

Z Berlina przenoszą nas w świat Dalekiego Wschodu – do Japonii. Dalej z tym słowniczkiem w kieszeni. Tam słowniczek bierze pod uwagę specyfikę Japonii dla turystów. I w zasadzie zaraz przenosi cię w świat gejsz, masaży i ewentualnego seksu. Naturalnie heteroseksualnego (to były jeszcze czasy, kiedy bez względu na prawa bardziej czy mniej postępowe – generalnie znały tylko jedną orientację: heteroseksualną naturalnie). Ale cały rozdział jest przezabawny. I jakże przestrzegający przed tymi kieszonkowymi słowniczkami. Zaprawdę dużo łatwiej jest po prostu spytać: czy pan/pani rozumie po angielsku. Łatwiej uniknąć niefortunnych nieporozumień. Przyznają w końcu, że te słowniczki to trochę typowy przykład zarozumiałości i infantylizmu turysty amerykańskiego.

Przenieśmy się w czasie i przestrzeni – jest okres lat 2012-2013. USA zezwala na związki cywilne, jednocześnie uznaje zawarte poza USA związki małżeńskie osób tej samej płci (pełna równość małżeńska nastąpiła w 2015 2w USA, już po napisaniu i wydaniu tej powieści-reportażu) a Sedaris z Hughiem przenieśli się z powrotem do USA.

Gdzieś, w jakimś ‘God’s fearing’ stanie wiele osób nie może tego pojąc. Sodoma i Gomora! Ich świat się wali, a bramy piekieł stoją otworem. Można znieść zniewieściałego fryzjera lub barmana w drogim klubie – ale małżeństwa?! To znaczy, że całe życie tego bogobojnego Amerykanina straciło jakąkolwiek wartość! A przecież nie było łatwe – nie rozwiódł się, znosił swoją gadatliwą i stale wydającą jego ciężko zarobione pieniądze żonę. Nie, nie dlatego, że ją kochał. Nienawidził jej. Ale była jego żoną, w kościele brali ślub i świat tak był ułożony. Albo jego córka- nieudacznicka, po latach i dwóch rozwodach wróciła do domu. Wstrętne, niewdzięczne stworzenie.  Ale jest znowu szansa, że wyjdzie za mąż ponownie i wyniesie się znowu z jego domu. A tu słyszy w telewizji, że ci zwyrodnialcy mogą teraz zawierać związki cywilne, mają prawie takie same prawa jak on! On! Bo ‘ich miłość jest równie ważna jak miłość między mężczyzną a kobietą’. Jaka miłość, co za miłość ma cokolwiek wspólnego z małżeństwem? Małżeństwo, to po prostu obowiązek. Pan Bóg tak przykazał, że trzeba mieć babę i płodzić dzieci. Więc siedzi w fotelu i patrzy, jak ten jego, jego przodków świat się wali. Bo każdy ma prawo do wyboru, wolności i szczęścia. Więc nie musi się więcej męczyć, nie musi patrzeć na tą podstarzała babę, która stale marnuje jego ciężko zarobione pieniądze, nie musi modlić się do Boga, by ta głupia córka znalazła jakiegoś kolejnego frajera i wyniosła się w końcu z jego domu, nie musi codziennie słuchać narzekania tej starej głupiej teściowej, która od niedawna zamieszkała w zamienionym z garażu pokoju. I rodzi się w nim postanowienie, że on z tej wolności skorzysta. Z tego ich ‘prawa do szczęścia’.

Przetłumaczę fragment i tej części, z rozdziału ‘I break for traditional marriage’:[iv]

‘Bonita,’ zawołałem ‘chodź tu’.

To leniwy babsztyl, moja córka, i w czasie zanim podniosła się w końcu z sofy i wdrapała po tych siedmiu schodach do kuchni, byłem już zupełnie gotowy.

‘Do cholery, tato, właśnie zaczynałam …’ i zanim skończyła, przestrzeliłem jej głowę. Ci ważniacy w Nowy Jorku zrobili śmieć z mojego małżeństwa, więc logicznie owoc tego małżeństwa był śmieciem też. To była przynajmniej jedna dobra strona tej ich decyzji.

Hałas wystrzału ściągnął z sypialni moja żonę. ‘Jezus Maria, co zrobiłeś naszej córce?’ spytała. I strzeliłem w jej głowę też tak, jak chciałem każdego dnia przez ostatnie trzydzieści dziewięć lat.

To może brzmieć niewytłumaczalnie, ale jeśli homoseksualizm nie jest więcej grzechem, to kto może powiedzieć, że nie jest nim morderstwo? Jeśli to daje ci przyjemność – rób to – ci legislatorzy, to zdają się mówić. Kogo może obchodzić, co myślą porządni ludzie?

Po zastrzeleniu żony i córki, wziąłem nóż do rąbania lodu i poszedłem w kierunku garażu. /…./

 Tegoż garażu, gdzie mieszkała jego schorowana teściowa. Naturalnie, że ją nienawidził. Tak, użył tego noża, a ciało teściowej wyciągnął na tyły posesji. Sedaris absolutnie nie narzuca tu jakiejkolwiek narracji autorskiej. Opisuje po reportersku reakcje wielu ‘bogobojnych’ ludzi. Czy akurat ten jeden przypadek miał gdzieś faktycznie miejsce? Nie mam pojęcia i nie chce mi się robić dokładnych poszukiwań. To bez znaczenia. Doskonale wiemy ile było w dziesięcioleciach powolnej emancypacji gejów i lesbijek morderstw, okrutnych pobić, tortur, gwałtów. Pamiętamy ‘bogobojną’ Anitę Bryant z Kalifornii i jej nawoływania, formowania omal szturmowych oddziałów przeciw ‘zarazie zboczeńców’.[v]

W kolejnych rozdziałach wraca do pamiętnikarsko-reportażowego opisu jego życia prywatnego z Hugho. To fragmenty ciepłe, urocze. Jego zażyłość z siostrą, jego starzejącym się ojcem.

Czytając tą reporterską, autobiograficzną powieść – bo powieścią jednak jest –  czytelnik darzy autentyczna sympatia bohaterów tej opowieści. Ich losy SA takie ludzkie, maja słabości i zalety. Ale w sumie są mądrzy i bardzo ludzcy. Chcielibyśmy mieć takich kolegów lub sąsiadów. Spotkać się z nimi na kawie i uciąć pogawędkę.

Formalnie, sam Sedaris nazwał to zbiorem esejów, a nie powieścią. Ale ponieważ ma to dość systematyczny i ściśle powiązany temat opowieści biograficzno-reporterskiej, z wyraźnymi fragmentami fikcji literackiej – powieścią jednak jest. Po prostu jej bohaterami jest autor i jego partner, siostra, ojciec. Powieść oparta na autobiografii? Można i tak. Ja wole to nazwać powieścia reporterską. Bohaterowie mogliby bez najmniejszej szkody nazywać się Joe i Bill.

Całośc kończy uroczym wierszykiem troche w stylu ‘zwyczajnej’ poezji Szymborskiej. Ot, takie taki tam zapis dnia lub życia. Na przykładzie piesków i ich właścicieli. Nader sympatyczny.

Bardzo polecam lekturę.


[i] “Let’s Explore Diabetes with Owls”, D. Sedaris, wyd. Little, Brown and Company, Nowy Jork, 2013; s. 275; ISBN 978 0 316 15469 7

[ii] ibid, s.21

[iii] ibid, s.77

[iv] ibid, s.167-173

[v] Save Our Children – Wikipedia

Szkice z tamtego brzegu

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety dziś nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale wytłumaczę dlaczego jego wymieniam. i od niego jednak zacznę, gdyż z formalnego punktu widzenia istotnie tematyką LGB w omawianej książce się nie zajmował. Poza tym – trudno szukać innych intelektualnych kombinacji usprawiedliwiających ten wybór – z prostego faktu, że jestem wankuwerianinem (wankuwerczykiem?). To w tym mieście spędziłem najdłuższy i najbardziej aktywny okres mojego życia. I najszczęśliwszy.

  • Hey Nostradamus! Coupland wydał w 2003 roku[i] Cała rzecz dzieje się na przestrzeni lat 1980-2000. W okolicach obu brzegów Iron Workers Memorial Bridge, który spina Północny Vancouver ze Wschodnim Vancouverem w przemysłowych okolicach Portu Zbożowego.

Tu właśnie wylądowaliśmy z Johnem (moim mężem) w styczniu 1994, na odległość ‘rzutu kamieniem’ od tych miejsc, na Capitol Hill przy Hasting Street.  Mówić, że znaliśmy te miejsca, uliczki i biznesy, jak własną kieszeń nie jest absolutnie przesadą. Nie tylko miejsca, ale i ówczesną atmosferę tych uliczek. Dość wtedy podłą. A jednocześnie … swojską. Nie pretensjonalną? Vancouver lat 80 i 90 niewiele miał wspólnego z Vancouverem lat XXI wieku. Szczególnie te dzielnice Vancouveru.

Cała, nietypowo skomponowana, powieść jest de facto peanem wielkiej miłości i wielkiej straty. Czegoś, co bardzo silnie do mnie przemawia. Nie, nie ma w niej stricte sensu wątku gejowskiego, lesbijskiego, ani niczego, co można by nazwać homo. Ale Vancouver tamtych lat to miasto wyzwolone, miasto wrzące od zbudzonych praw i akceptacji środowisk LGB. A miłość, romans i ich pragnienie leżały u podstaw tego przebudzenia. To właśnie kilka uliczek tylko wyżej od akcji powieści (po drugiej stronie Hastings Street) był już wówczas cały świat lesbijskiej emancypacji – Commercial Drive pełen ,męskich’ typów butch woman. To tutaj, w tymże Vancouverze, ja z Johnem oficjalnie byliśmy parą. Tutaj, jako common law para, a nie dla wygody dwóch razem mieszkających kolegów, zaczęliśmy istnieć legalnie: jako parę zatrudniono nas w dużej kompanii żeglugowej, jako para płaciliśmy wspólnie podatki federalne i prowincjonalne. Więc lata 90 w Vancouverze były prawie pełną emancypacją praw LBG i niejako legalnym zatwierdzeniem równoległości tych praw z prawami większości heteroseksualnej. Powiedzeniem – wasza miłość jest równie ważna, jak nasza. A to jest kwintesencja bytu. I stąd Hey Nostradamus! Couplanda jest też książką o nas. Książką o miłości.

Jest jednocześnie wielkim reportażem literackim wkomponowanym w kanwę literackiej fikcji. Szczegółowość detalu opisu domów, mieszkań, ulic, okolic całej Doliny Fraser River jest wręcz zadziwiająca. Co kilka stron ten opis był tak realistyczny, że natychmiast sam w nim się odnajdywałem. Każdy fragment nie tylko miasta, ale i kompletnie dzikich i odległych od tego miasta okolic był mi znany. Fragmenty rzeki Chilliwack, oślizłe kamienie na tym dopływie rzeki Fraser, krzaki, dzicz i religijny fanatyzm okolic Agassiz. Gdy autor opisuje potężne czarne lasy, gdzie głębokie mchy kryły równie głębokie nory, w które zapadało się po kolana a i wyżej – to były lasy, po których chodziłem. Dokładnie wiem, w którym miejscu to było (Coupland opisuje tu tylko sytuację, a nie podaje dokładnie położenia tego miejsca, być może nie znał go z osobistych wędrówek – ja mogę to miejsce ‘palcem’ na szczegółowej mapie wskazać – tuż przed zakładem karnym, nieco powyżej pędzącej Chilliwack River, około 6-10 kilometrów od jej początku: emeraldowego Chilliwack Lake), z kart powieści przenosiłem się w fotograficzną pamięć moich tam wędrówek.

Więc ta powieść Couplanda z jego fikcyjnymi, pasjonującymi charakterami jest jednocześnie literackim reportażem miejsc akcji. Ten opis miejsca nie jest tylko realistycznym, naturalistycznym tłem – sam w sobie jest esencją tego miasta i okolic, jest – w pewnym sensie – kanwą powieści, równoległą do historii bohaterów powieści. Fascynująca lektura.  Mógłbym sugerować, że Douglas Coupland w Hey Nostradamus! był literackim odpowiednikiem Bolesława Prusa i jego Lalki – portrecistą swego kochanego miasta.

W tym szkicu interesuje mnie u tego autora właśnie ten w tle ukazany reporterski portret miasta. Ale gwoli sprawiedliwości należy krótkie synopsis treści podać.

Zasadniczo mamy do czynienie z dwoma głównymi bohaterami: Jasonem i Heather. Drugoplanowe, ale bardzo ważne postacie to: ojciec Jasona, Reg i krótko ukazana, ale bardzo ważna postać Cheryl. Jest szereg innych postaci, dobrze zarysowanych i z ważnymi rolami, ale to już w tle tylko.

Cheryl jest tu młodą uczennicą szkoły średniej (faktycznie taka szkoła w tym miejscu istniała). Chodzi do ostatniej klasy. Jason jest tam też uczniem. Oboje ulęgają wpływom i naturalnym w tym wieku rodzącym się pasjom. Ale Jason ma silne, wyniesione z domu nakazy religijne, ma je też – być może silniejsze niż sam Jason – Cheryl, która ma związki ze szkolną quasi fanatyczną grupa religijną. Seks tylko w związku małżeńskim. Młoda para wyjeżdża w tajemnicy przed wszystkimi do Vegas i tam biorą ślub w jednym z popularnych wówczas kapliczek ‘drive through’. gdzie nikt o nic nie pyta, prócz tego czy nie są w innym związku małżeńskim.  Nikogo nie interesuje też czy mają legalne, niepodrobione dokumenty. O paszport w ogóle nikt nie pytał, co było wówczas naturalne. Sam do Seattle jeździłem z prawem jazdy, jako jedynym dokumentem tożsamości. Inne były czasy przed nine-eleven (zamach w Nowym Jorku).

Cheryl ginie w niespodziewanej, niesamowitej masakrze wywołanej przez chłopców z tej grupy religijnej w stołówce szkolnej. Jason zdążył ją tylko konającą uchwycić w swoje ramiona zanim oderwą go od niej policjanci i sanitariusze.  Po kilku latach ożeni się ze starsza od niego Heather. Ale cień Cheryl nigdy ich nie opuści. W pewnym momencie znika Jason, rozpływa się, jak we mgle. Heather, kochająca go bezgranicznie rozpoczyna własne postukiwania Jasona. W trakcie tych poszukiwań, poszukiwań nie tylko fizycznego Jasona, ale chociażby jakiegos powodu, jakiejś przyczyny jego zniknięcia następuje jej ponowne zbliżenie z mitem CXheryl, z rodzina Cheryl i bratem Jasona, jego dziećmi. Zbliżenie ze skomplikowaną, w zasadzie odpychającą, postacią Reginalda (Reg) – ojca Jasona. W pewnym momencie staje się ofiarą oszustki, podającej się za łącznika –medium ze światem umarłych.

Czasami czytelnik wie już rzeczy , o których ona jeszcze pojęcia nie ma lub jest ledwie u skraju odkrycia pewnych fragmentów jego przeszłości. Struktura poszczególnych części jest chwilami męcząca i wymaga koncentracji przez wtrącanie nowych wątków lub nowych spojrzeń na znane już (lub właśnie znanych niewłaściwie) na ocenę kogoś lub czegoś. Gdy to zauważymy … jesteśmy już zbyt zaangażowani w całą powieść, by książkę odrzucić. A to dowód talentu pisarza. Trochę to przypomina wspinaczkę na jakiś szczyt: gdzieś, na którejś półce skalnej lub załomie skalnej ściany mamy w zasadzie dosyć. Wspinamy się już długi czas twarzą zwróceni do tego samego zbocza, a szczyt z obiecaną wizją horyzontu ciągle wydaje się tak daleko, wysoko. To się chyba nigdy nie skończy! Ale zainwestowaliśmy już zbyt wiele wysiłku w tą wspinaczkę, by się poddać i wracać z uczuciem pokonania i klęski. Tak, jak w tej powieści. Już chcemy odłożyć zmęczeni, że na kolejnej stronie nie ma oczekiwanego rozwiania wątpliwości, bo ileż razy można bez przerwy iść dwa kroki do przodu i trzy do tyłu? A nie odkładamy, bo chcemy jednak wiedzieć, zbyt się w ta historie i losy jej bohaterów zaangażowaliśmy emocjonalnie. To dowód talentu pisarza i świadomości, jak konstruuje powieść.

Wszystko to ma silne elementy świetnie napisanego kryminału o wielu wątkach. Ale kryminałem nie jest, jest powieścią o wiele głębszej wymowie, tkance. I jest – abstrahując od tkanki literacko-prozatorskiej – analogicznie pisanym świetnym reportażem tamtego miasta. Vancouveru i mojej młodości. Polecam serdecznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w tym mieści lub okolicach mieszkali, zwłaszcza w tamtych czasach.

post scriptum:

reporterska potrzeba opisania rzeczywistości, jak ją się faktycznie postrzega naturalnie nie musi iść w parze z artystyczną wizją pisarza. Wydarzenie (masakra w szkole), które było genezą powieści – nigdy w Vancouverze nie miało miejsca. Coupland posłużył się tu straszną masakrą w szkole amerykańskiej w Columbine w Colorado, USA w 1999.


[i] „Hey Nostradamus”, Douglas Coupland; wyd. Vintage Canada (Random House), Toronto.Kanada; s.244

Eh, Sirius, Sirius … are you serious?

Eh, Sirius, Sirius … are you serious?

I did usually hunt for Moon (many times, LOL). for Venus (typical woman, timid and tricky, LOL), as for our own Sun – more than I should have, LOL. I was able to spot Orion from the Atlantic coast hanging from it’s cosmic street light post. But Sirius always was tricky. Today I choose a perfect night – clear and bright of of all the stardust flickering as on Christmas tree.

Tripod set steady an here we go. Only 8.5 light years away. What’s a light year for a dreamer? Nothing, really. Sirius being actually a binary star is often fluctuating in light waves and it shows on some of the photos. On one or two, I think, you can see the little sister of Sirius as a bluish spot. And yes, Orion is not far away, nor the two vey angry hunting dogs: Canis Major and Canis Minor protecting Sirius from very serious hunters set to destroy our star – the twins Castor and Pollux. On the other hand – what does it matter if the huge giant-star Antares could explode any day now. And I mean it is a huuuuge red giant. And it will collapse any second, and the show will be visible from Earth. Unlike another star that visited Vancouver recently – for that Antares show tickets will be free, LOL. Grab you folding chair and get ready. Really – anytime. Anytime between tomorrow and a … milion years from now. You see, the stars are extremely finicky, their concept of time is very much not in line with ours. But that I can’t fix. Not even with my old camera. Goodnight now.

Biegając po niebie Running through night sky

Biegając po niebie           Running through night sky
Nocne niebo kusi, obiecuje, zachwyca. Gwiazdy migocą, szeptają coś,  te małe drobiazgi wydają się biegać, gonić ze śmiechem. Więc goniłem za nimi z kamerą. Nie dały się złapać. Jeno Łysy pilnował swą wielgachną latarnią by swawoli za dużo nie było. Venus troche udało mi sie podejrzeć, gdy krygowała się przed Orionem siedzącym na dyszlu Wielkiego Wozu. Ale Łysy tak silnie świecił, , a Wenus tak się w odległych kątach kryły ze swoimi zalotami, żem ledwie mógł nieco tylko podejrzeć. Com widział, to pokażę.
The night sky today was particularly busy with lovemaking or love-hoping. Although Moon kept an eye for proper behavior and shone huge light to toward the dark corners. Especially were Venus tried to spark an interest in her beauty from handsome Orion. As she tried to hide in the shadows of the night sky - I had hard time to catch her splendor. But what I did - I will show you.

MOON

VENUS

Trails, Sun and Moon above Okanagan Lake

Trails, Sun and Moon above Okanagan Lake

During the long Pleistocene there were few glacial movements in what is known now as an Okanagan Valley. It created an amazing mixture of land and water formations near Kelowna. Of course Okanagan Lake, the largest depository and former deepest channel of the glacier as it retreated from these lands. But there is multitude of smaller lakes stretching to Shuswap and Arrow Lakes to the east and multitude of smaller lakes in the mountains and hills surrounding the valley. Between – a maze of streams and small rivers feeding middle size lakes (Maramata, Kalamalka and Wood – to name just a few) or the huge Okanagan Lake.

Today I went for trek to some of the high hills (mind you – still hills, not proper mountains) on the southeast above Kelowna. It is a mixture of grassland and small patches of wooded area with pines and shrubs. Human habitation is ever encroaching there, as people build more and more monstrous mansions higher and higher.  Still, I hiked higher and further. At a certain spot, traversing a deep gully with very steep sides I have noticed a narrow trail from the bottom to the other side. As the gass was half frozen and numerous patches os snow made it slippery, I gladly took that narrow trail. I realized quickly that it was narrow for a good reason – it was not made by other hikers but by animals. The only marks I found were those of coyotes and very distinctive footprints of a bear. As the slopes were very steep, I couldn’t see what was on the other side and ascertain how fresh the footprints were. My chances of running very quickly on that terrain were rather slim. But today our paths did not cross… , LOL.  I followed, were I could, old existing trails: aptly named Hoodoo Trail, Coyote Trail and Grassland Trail. In parts – mostly it was just the grassland and the trails appeared and disappeared under the grass and snow.  

The view from these hills toward the city far away and the mountains above me was just amazing. An eagle was screeching angrily at me – go home! And laughingly I yelled back at him: never you mind, I will not bother you, go away! Which he did flown away from hi s nest on one of the tall pines. The eagle also gave sign that a true spectacle was just about to begin: the absolutely stunning sunset on the west side and almost full moon on the east. It was something to behold. Hope my camera captured part of it. Enjoy.

On John’s street in Kelowna …

In the middle of Kelowna there is a magic street called ‘Graham Road’. It is magic not only because of the name (my husband’s and soulmate) but because it is magic during the Christmas time. We went there tonight with my cousin, a good week after Christmas – but there was still plenty to marvel at. Check it out yourself. And next time you are during that time – remember to go there for a walk or drive .

… and few more from her own magical winter adobe

Back to the trails in 2025 around Kelowna

Being the last day of the last year  I went yesterday for a longer walk afternoon. Not far, maybe five kilometers, to the base of Toovey Hill in Kelowna. On the walk there I met a wonderful iron biker hurrying up to chase off the old year and bring the new one.  And he did (as most of you I hope noticed, LOL – it is 2025).

But today the New Year is here. Why not – lets continue that walk started yesterday. And take our two dogs (Roko and Czorcik) along for that walk. We did. But why finish where I stopped last night? No point – newer should be better, shouldn’t it? Czorcik (pronounced Chorcheek which means exactly that in Polish – a little devil) being that tiny devil. agreed, LOL.

We went to the bottom of the hill, crossed a busy Highway 33 and ended up by little church and pond there. We went there once before, I recall at that time was still warm Fall, pond was full od ducks and definitely not frozen. Not today, tough. Today it was solidly frozen. I asked loudly: shall we go back home? Simultaneously we both replied: nah, what for? Let’s go further.

And we did. A lovely old windy road settled between orchards and farmhouses took us all the way to the beginning of Mission Creek Park. A park we know both very well, as we walked and hiked there twice. I posted here short photographic memories of the first trip [i].

Here are some more of the pictures from the other end of Mission Creek forest, the less travelled, definitely not touristy road.


[i] Urban Mission Creek Park and a lake on high mountain in wilderness of Okanagan, BC. – > > Pogwarki < <

An ode to Stanley Park

An ode to Stanley Park

There is a place full of magic. Place that deserves an ode, a poem. But a poem that you, the Reader, will have to write using your own words. I will just offer you some imagery captured on camera during my last visit to Vancouver ( a city full of its own magic and beauty). Therefore, without further ado, let me take you for a walk through that magical place.

Spacer cienia – Walk of a shadow

Spacer cienia – Walk of a shadow

Chodzę moimi ulicami, zaglądam do moich kawiarenek. Do Naszych Miejsc. Uśmiecham się do mijanych ludzi, rozmawiam nawet z nimi.

Nagle spostrzegam, że jestem cieniem. Spoza ich świata, poza nimi, obok. Nie, nie umykam chyłkiem, jak złodziejaszek kieszonkowy, jak przemytnik. Ale przenikam między nimi jak cień właśnie. Taki nie całkiem materialny.

Siedzę teraz w jednym z pokoików naszego Queer Community Centre[i] na rogu Davie and Bute. Lubiłem tu przychodzić. Sam, z Johnem. Taki dom poza domem. To tu był pierwszy w historii nowożytnych olimpiad oficjalny Gay Olympic Pawilon (Pride House)[ii]. Po tamtej Olimpiadzie takie Pawilony stały się normą sankcjonowaną przez MKO (Międzynarodowy Komitet Olimpijski). Uroczy recepcjonista wita mnie z uśmiechem i pyta czy ma mnie oprowadzić. Uśmiecham się, znam tu przecież każdy pokoik i zakamarek; przesuwam się bezszelestnie (cienie robią to świetnie) korytarzykami do jednego ze znajomych pokoi, siadam przy stoliku, otwieram notatnik i piszę właśnie te słowa.  

Nałkowska używała w swoich Dziennikach często ten zwrot przy kolejnych wpisach: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia. Ale tu teraz to nie pasuje. To ja – patrzący – przeszedłem zmianę.  Stałem się przeźroczystym cieniem.

Ile jest takich cieni spacerujących ulicami?  Czy mijam ich sam na skrzyżowaniach nie zauważając nawet? Może moja transformacja jest jeszcze za świeża, jeszcze nie zadomowiła się w mojej świadomości? Niełatwo, bo jeszcze słyszę stuk mojej laseczki i uderzenia cholewek na krawężniku trotuaru.

(English version)

It has been so peaceful and pleasant for the first few days here. Here – back to Our Home, Vancouver. You walked with me; you held my hand. At times – it seemed – you placed a kiss on my cheek.

But it changed abruptly. I noticed it on my second trip to Downtown Vancouver. I was alone. You were nowhere to be seen, to be touched. You were gone. As I know that you are.

Today I ventured closer to our first home on Capitol Hill in Burnaby, as I went to Commercial Drive in East Van.

Commercial is a lovely stretch of space between Hasting and Boadway, that contains people, their laughter, neighborly shopping in plentiful little shops, cafes. It is also a perfect mix of rich and poorer, accountants, architects and artists and artisans. Went to the Cultch Theater – the last play I have seen there years ago was a very good adaptation of “Waiting for Godot”, we went there to see it together, with You.

Stopped by Your favored shop on the corner of Commercial and Venables. Later I had sweets and excellent coffee in one of the cafes.

I looked everywhere. In vain. It came to me in a physical, sharp pain. As if something heavy and cold penetrated my heart. Something that screamed at me angrily: he is not here! He is gone! Oh, I so wanted to pick up a street fight with that screaming ugly IT, have even raised my walking stick a bit, was ready to shout back at IT: you are a liar! He is here, with me!

But there was no one around to scream at. The Screamer was not material, was invisible. But it was loud and clear.

You attempt to re-fight battles that you have had already lost is always futile.


[i] qmunity.ca

[ii] 2010 Olympic + Paralympic Games, Vancouver + Whistler, Canada | Pride House International