The story is written in poetic verse, which is perhaps the easiest way to express emotions that are too intense to convey in normal language. I’m going through a difficult time as I prepare to make a monumental move, and I have to discard or abandon a lot of my belongings. Our belongings. This process has forced me to go through them all in detail, it has opened a Pandora’s box of memories. These are not just my memories: these are our memories.
Last summer and autumn, I often escaped to the beaches for days at a time to get away from reality. But now, with the sorting of our things, that heavy feeling of despair has returned. Despite the cold wind, light snow, and rain I had to return to the beaches. I had to try to find you again for a moment, if for a moment only. It seemed that by doing that I wanted to overcome the feeling of drowning. On this trip I kept imagining a theater stage and Shakespeare’s Richard III. Richard III with his desperate plea for a horse, his bargain with the Fates.
The phantoms of despair are everywhere.
Six, I think that I slayed. But not the one I needed.
A horse, a horse! My kingdom for a horse! I yelled, I begged!
as in a story said by English bard long time ago,
per chance, of dying Plantagenet with a blow to his head.
My kingdom for a horse! I yelled in powerless furry
at the ice-cold waves of roaring sea on Eastern shores.
I screamed, I raised my fists, and stomped my feet.
And words were taken by a wind
and silenced by another wall of deep.
I cried out in pain falling to my knees,
beaten down, with no sword, no horse.
and no shield – ‘just once’ – I whispered
with no sound leaving my lips – ‘for a moment
let me see his face again, let me tell him
without words that I do and always will’.
And then, resigned I turned away from the sea
and saw in front, in a fair distance,
on the crest of the sand dunes – human shape,
familiar form, protected by warm, thick cape.
I wanted to run toward him – but couldn’t move;
wanted to scream – but no sound left my lips.
And yet – I heard his words as clear as daylight:
I know you do and I do love you, too.
I have no kingdom and no need for a horse anymore.
No need for heavy swords and glory in the battles.
That chilly day on a windy and snowy beach,
with cold stabbing your bones as battleaxes –
that instance becomes as warm as paradise.
I went back home with a smile and a head held high.
od Redakcji: tekst niniejszy jest fragmentem szerszej pracy naukowej prof. B. Szałasty-Rogowskiej: Szałasta‑Rogowska Bożena (2017). Antologie poezji polskiejw Kanadzie (z perspektywy antologisty). W: M. Kokoszka, B. Szałasta‑Rogowska (red.), “Antologia literacka : przemiany, ekspansja i perspektywy gatunku : seria pierwsza” (S. 186-200). Katowice : Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego.
Do kraju, o którym Zofia Bohdanowiczowa, nestorka polskiej poezji w fiedlerowskim „imperium” pachnącym żywicą, pisała:
Kanada blaskiem rozsypana,
Na dwóch lecąca oceanach,
Nie słyszy mnie i nie dostrzega
Źdźbła wiszącego na jej brzegach”,
przybyło po II wojnie światowej, bo ten okres interesuje mnie najbardziej, wielu polskich pisarzy, którzy osiedlili się głównie w Toronto (na przykład Wacław Iwaniuk, Jadwiga i Adam Tomaszewscy, Florian Śmieja, Eva Stachniak, Aleksander Rybczyński, Roman Chojnacki, Edward Zyman, Marek Kusiba), Vancouver (na przykład Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, Grażyna Zambrzycka, Roman Sabo) i Calgary (na przykład Tomasz Wójtowicz, Antoni Wolak). Zapewne niskie poczucie własnej wartości imigrantów, ich poczucie alienacji, a także miałkości i błahości trudnej egzystencji w ogromnej wielokulturowej Kanadzie, pseudonimowane w wierszu Bohdanowiczowej ulotną florystyczną metaforą „źdźbła wiszącego na jej [Kanaday – B.S.R.] brzegach”, towarzyszyło długo niejednemu z tych twórców. Od początku jednak starali się oni zaznaczyć niejako dwutorowo (w języku polskim, a niektórzy również w angielskim swą obecność na arenie literackiej zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie. I choć żaden z polskich poetów tworzących w Kraju Klonowego Liścia nie odniósł spektakularnego sukcesu mierzonego milionami czytelników, dolarów czy złotówek, to godne odnotowania (poza tomikami indywidualnymi, których w tym miejscu nie biorę pod uwagę) są cztery antologie poetyckie, w których pojawiły się wiersze Polaków – anglojęzyczne: Contemporary Poetry of British Columbia, opracowana przez Michaela J. Yatesa, wydana przez Sono Nis Press w Vancouver w 1970 roku, i Volvox, Poetry from the Unofficial Languages of Canada in English Translation, opracowana przez tego samego antologistę i wydana przez tę samą oficynę w Port Saint Clements rok później, oraz – najistotniejsza jak dotąd dla recepcji poezji polskiej w Kanadzie – dwujęzyczna polsko‑angielska antologia Seven Polish Canadian Poets pod redakcją Wacława Iwaniuka i Floriana Śmiei, wydana w 1984 rokuw Toronto przez Polski Fundusz Wydawniczy. Czwartą, którą moim zdaniem warto w tym miejscu odnotować, jest antologia Wiatry. Wybór wierszy w opracowaniu Bogumiła Pacak‑Gamalskiego,wydana w Surrey w 2015 roku.
Dwie pierwsze z wymienionych przeze mnie publikacji nie są oczywiście antologiami sensu stricto poezji polskiej w Kanadzie. Contemporary Poetry of British Columbia jest swoistą anglojęzyczną antologią „regionalną” czy „topoantologią”, odnotowującą wybrane wiersze poetów zamieszkujących w Kolumbii Brytyjskiej lub, jak czytamy w króciutkiej przedmowie, tych, którzy byli związani wówczas z tą prowincją Kanady. Skomponowana została przez Michaela J. Yatesa – kanadyjskiego poetę i dramaturga. Antologista spośród poetów mających jakiekolwiek związki z polskością (bo ci mnie w tym miejscu interesują) wybrał do swojej książki Bogdana Czaykowskiego (wiersze: Garden – przekład Adam Czerniawski; Didactic Verse – przekład Adam Czerniawski; Evening Scene – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; The Hourglass – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; Ars Poetica – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock), Andrzeja Buszę (Black – przekład polskiego oryginału Łabędzie Jagna Boraks i Michael Bullock); Tiger – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Woman with Cello and Foxes – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Astrologer in the Undeground –przekład Jagna Boraks i Michael Bullock) i autora o polskich korzeniach, piszącego tylko po angielsku Mieszka Jana Skapskiego, którego jedna z recenzentek jego twórczości określiła jako „A fisher man mystic philosopher” („Rybaka, mistyka, filozofa”). Michael J. Yates zapowiadał kolejne tomy antologii poezji Kolumbii Brytyjskiej, planów tych jednak nigdy nie zrealizował.
Swoistym, aczkolwiek zakrojonym na mniejszą skalę, projektem będącym kontynuacją konceptu Yatesa zdaje się antologia, która ukazała się w 2015 roku w Surrey w kręgu współpracowników rocznika „Strumień”. Wybór wierszy, opublikowanych – z jednym wyjątkiem – wyłącznie w języku polskim, współczesnych poetów polskiego pochodzenia zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżu, zarówno w USA, jak i Kanadzie, czyli Andrzeja Buszy (Vancouver), Leszka Chudzińskiego (Seattle), Bogumiła Pacak‑Gamalskiego (Vancouver), Karoliny Piotrowskiej (Vancouver) i Grażyny Zambrzyckiej (Vancouver), nosi tytuł Wiatry. Redaktor antologii – Bogumił Pacak‑Gamalski – uzasadnia dobór autorów zaprezentowanych w książce w sposób następujący:
Kierowałem się raczej odmiennością poetyki, wpływów różnych szkół estetycznych i rozpiętością generacyjną niż jakąkolwiek arogancką oceną talentu czy „ważności” autorów.
W sposób poetycki tłumaczy też w Słowie wstępnym tytułową metaforę antologii:
Oto i wiatry znad Pacyfiku, wiatry wolności i szczęścia wolnej twórczości. Są w nich pokłady „wtórne” (a więc wiatry obrzękłe obrazami z przeszłości, obrazami osób i miejsc, bo poeta – mimo prób syzyfowych –od przeszłości czasoprzestrzennej uciec nie może) i pokłady obrazów, refleksji wybiegających ku nowym brzegom. Jest zapis duszy i intelektu autora. Zapis pewnej pasji, potrzeby nazwania czegoś, bez którycho jakiejkolwiek twórczości mówić nie można. Jeżeli poezja sama wiatrem nie jest (choć z metafory wietrznej korzysta wielokroć), jest śladem tego wiatru dziejów i człowieka, jest odciskiem wiatru na fali, na nadbrzeżnym piasku plaży, w koronach drzew. Śladu nas.
Antologia ma zatem prezentować dorobek polskich poetów związanych z Zachodnim Wybrzeżem, tak się jednak składa, że większość (Andrzej Busza, Bogumił Pacak‑Gamalski, Karolina Piotrowska, Grażyna Zambrzycka) z przedstawionych autorów zamieszkałych w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej stała się wizytówką tego właśnie regionu. Książka wydana w Kanadzie jest skierowana do czytelnika polskojęzycznego, ma więc przede wszystkim propagować twórczość w języku polskim wśród Polonii kanadyjskiej, ale też dotrzeć do odbiorcy w kraju.
Antologię otwiera zbiór wierszy Andrzeja Buszy zatytułowany Wyrosło nade mną niebo, złożony z utworów nowych w tłumaczeniu Romana Sabo (na przykład Wiosna, Buciki), ale też tych, które powstały już dość dawno oryginalnie po polsku (na przykład Omnia mea mecumporto czy Powrót). Wybór wierszy, celowo chyba ignorujący chronologię ich powstawania, odkrywa ciekawą i wcześniej niezaakcentowaną nigdzie aż tak mocno stronę poezji Andrzeja Buszy. Podkreśla jej dwubiegunowość, balansującą między subtelnym zachwytem nad urodą życia i świata a, będącym cechą „dystynktywną” tej twórczości, wanitatywnym spojrzeniem melancholika, które najlepiej opisują słowa wiersza tytułowego:
kiedy staję na palcach
by zanurzyć dłoń
w jasnym powietrzu
spod stóp ucieka mi ziemia
jak wahadło
zawieszone
na iglicy zenitu.
Następnie prezentowani są kolejni poeci Zachodniego Wybrzeża, wśród nich Leszek Chudziński, którego twórczość ze względów geograficznych tu pomijam, Bogumił Pacak‑Gamalski – poeta melancholijnych, dość fabulacyjnych wierszy o upływającym czasie, Karolina Piotrowska – autorka wierszy zaskakujących świeżością metafory, somatycznych i metafizycznych jednocześnie, budująca intensywne obrazy poetyckie, oraz Grażyna Zambrzycka – jedna z najciekawszych współczesnych poetek polskich, potrafiąca ożywić przeszłość, aby wytłumaczyć teraźniejszość.
addendum
tłumaczka wierszy A. Buszy (i innych wierszy polskich poetów w Kanadzie) Jagna Boraks – to znana dziś pod małżeńskim nazwiskiem Lillian Boraks Nemetz; wiersze Karoliny Piotrowskiej były napisane w języku angielskim i tłumaczone przez Bogumiła Pacak-Gamalskiego
Zainteresowanych nabyciem nielicznych już egzemplarzy “Wiatrów” proszę o kontakt mailowy przez strumien.rocznik@gmail.com
Onegdaj publikowałem tu cykl o poetach mojej młodości więc sięgało to do poetów i poezji lat sprzed 1939, którzy jeszcze w latach 60., 70., a nawet 80. mieli znaczenie, żyli w świadomości młodego czytelnika. Znalazło się tam też kilku poetów polskich z mojego pierwszego emigracyjnego doświadczenia[i] i dwoje z Kanady – Wacław Iwaniuk i Barbara Czaplicka. Wspomniałem też o dwóch wybitnych poetach emigracyjnych: Bogdanie Czaykowskim i Andrzeju Buszy, z którymi miałem przyjemności mieć bliską znajomość i współpracowałem z nimi w Vancouverze. Ale wymieniłem ich tylko z nazwiska, nic o ich twórczości nie pisząc, bo kiedy z nimi pracowałem nie byłem już ‘człowiekiem młodości’ i w temacie się to nie mieściło.
Dziś odnalazłem kilka brulionów poetyckich mniej znanych, a bardzo ciekawych poetów z Kolumbii Brytyjskiej. W większości dziś zapomnianych, ze szkodą dla literatury polskiej. Ich twórczość przypadała na lata przed połączeniem polskiej poezji i literatury z polska twórczością emigracyjną.
1.
Zacznę ten tekst od Anny Galon. Była jedną z najstarszych poetek i tłumaczką literatury, z którą współpracowałem. Córka znanego oficera piłsudczyka pułkownika Zbigniewa Brochwicz-Lewińskiego. Jej życiorys był dość skomplikowany i trudny. Dzieciństwo i bardzo wczesna młodość w Polsce przerwane wojną, ucieczka przez Rumunię z rodziną, znalazła się potem we Francji, gdzie zaczęła szkołę średnią. Kapitulacja Francji i wyjazd z ojcem z wojskiem polskim do Szkocji, gdzie studiowała po wojnie. Za namową męża (muzyka-pianisty) wrócili do nowej Polski. Po wielu latach i różnymi drogami znalazła się w Ottawie w 1984, a w 1998 przeniosła się do Victorii. Mimo różnicy całego pokolenia byłem więc sam ‘emigracyjnym seniorem’ wobec niej. Prowadziliśmy liczne rozmowy na tematy literackie i imponowała erudycją w tym temacie. Na moją prośbę przetłumaczyła bardzo dobrze szereg wierszy znanej poetki kanadyjskiej P. K. Page, których część opublikowałem w roczniku „Strumień”. Była bardzo aktywna (mimo poważnych schorzeń, które ograniczały jej mobilność) w kanadyjskim świecie muzyczno-literackim w Victorii. Zmarła w Victorii w 2013.
Z łam „Strumienia” przytoczę dwa jej dość charakterystyczne wiersze:
W 2004 wydała własnym nakładem tłumaczenia swoich wierszy na język angielski w skromnym tomiku “Stashing for a rainy day”. Niestety, nie był asygnowany jakimkolwiek krajowym lub międzynarodowym oznaczeniem katalogowym.
2.
Ciekawym młodym poetą, którego też publikowałem w ‘Strumieniu’[iv] jest Bolko Rawicz. Poeta do którego raczej nie można dodać przymiotnika ‘polski’ ze względu na język, w którym tworzył. Kanadyjczyk polskiego pochodzenia, wyjechał z Polski z rodziną w wieku 10 lat, którego wierszy nigdy bym pewnie nie poznał, gdyby nie jego dziadek, który zwrócił mi na poezje ukochanego wnuka uwagę. Tworzy w języku angielskim. Wnuk jak i dziadek byli matematykami, specjalistami tej całej magii matematyczno-komputerowej. A tu poezja. I dobra. Pisze do dziś i publikuje, uczestnicząc w Vancouver ‘s Poetry Slam od tamtych lat do obecnych. Z moich badań wynika, że wydał dwa tomiki poezji : ‘A voice regained”[v] i „Something to believe in” [vi]. To spotkanie z inną, bardzo współczesną i zdecydowanie pobawioną wszelkich parnasistowskich ciągotek poezją. Czasami jest to wręcz poetycka publicystyka społeczno-polityczna, komentarz socjalny, społecznościowy napisany wierszem. I taki wiersz na ważne tematy socjalne przeczytać pewnie wygodniej i łatwiej innemu zaangażowanemu młodemu Kanadyjczykowi niż długie wywody nudnych dziennikarzy. Tu – w poezji – w jednym słowie można zamknąć cały skomplikowany wywód.
Choroba dotknęła go stałą szkodą ciała, co z wiekiem, dojrzewaniem zaprowadziło go do wierszy innych, refleksyjnych, introwersyjnych. W wieku młodym tego typu schorzenia mogą kłaść się wielkim cieniem na człowieka. Przytoczę więc przykład właśnie tych dwóch, odmiennych poetyk. W tym drugim, refleksyjnym i głębokim, następuje też pewna metamorfoza wyzwolenia przez akceptację miłości – Feniks wzlatujący w przestworza. Ten wiersz mnie zawsze wzruszał, budząc nadzieję, że uczucie wielkie niezmiennie wyzwala.
Wiersz pierwszy ze stron „Strumienia” w 2011.
Whale song
You were just sitting
on the sandy beach,
when suddenly appeared
a whale who made speech
‘we had to break the silence,
to talk about the violence
to the land and to the sea,
and to blow our cover
we had to all agree.
and we waited long to see
if humanity would be
wiser before we
told of our technology
for some different energy,
but we did begin to see
more of you the light to see
and you would understand
our philosophy,
but we are running out of time
and we’ve got to end the rime,
because we can’t resist
fearing soon we won’t exist
if we let this destruction persist,
but we are coming to you in peace
and want you to decrease
the use of gasoline
and ask you to police
the oilmen in the three-piece
suits not to exceed
in all their greed,
and with the whalers plead
to not make us so bleed.” (Rocznik “Strumień” , Nr.7, 2011, s. 17)
From a-dark brightly
A time faraway of past
love had left me
bitter and afraid
my spirit darkening,
and descending,
into a realm betwixt
wakefulness and sleep,
like a sunken flower
once touched
by a glimpse of sun,
long since un-searching
of light.
Many of years hence,
like a bird forsaking
the shelter of its tree
to seek the world without,
alas only
to stumble and fall,
its wings having forgotten
the memory of flight,
my spirit stirred
with the yearning
to be free,
but unaccustomed to the bright,
returned again imprisoned
as it once more was struck
by the blinding light of love.
But this very soul,
the luminance she bestowed
proved eminently more kind,
attuning her strength
of energy to heal,
awakening my spirit
to inspire it to rise,
on its way to soar.
Nonce friendship has led me
onto a better path. (z tomiku “a voice regained”, s.18)
Zawsze fascynowała mnie jego swoboda używania języka, tak charakterystyczna dla poezji mówionych improwizacji. I bez wątpienia miała na to wpływ tradycja owych Poetry slams w Vancouverze.
3.
Jedną jeszcze, dziś zapomnianą a wartą przypomnienia, poetkę musze przypomnieć – Halinę Gur-Jazłowiecką z Victorii w Kolumbii Brytyjskiej. Przykład – w jej wypadku par excellence – poetki emigracyjnej. I biograficznie i w używanej poetyce, stylu. Dziś zdaje się kompletnie zapomniana. Urodzona w Warszawie w 1923, w latach okupacji studiowała na tajnych kompletach w Wyższej Szkole Dziennikarskiej. Żołnierka Służby Kobiet AK w Powstaniu Warszawskim. Później więzień obozów jenieckich w Fallingbostel, Bergen, Oberlagen i Niderladen, gdzie poznała męża. Po wojnie znalazła się w Anglii, skąd wyemigrowała do Kanady i zamieszkała w Victorii. Publikowała w prasie emigracyjnej kanadyjskiej, amerykańskiej i francuskiej. Nie mam jednak żadnych śladów kiedy, gdzie i co dokładnie. Były to lata, gdy wydawnictwa powstawały i upadały później na długo przed cyfryzacją zbiorów, a wszelkie archiwa były też bardzo nietrwałe. Nie mam też informacji kiedy i gdzie zmarła. W rodzaju poetyki i losach ‘niepamięci archiwalnej’ przypomina bardzo Barbarę Czaplicką, o której pisałem we wspomnianym już tu eseju „Poeci mojej młodości”. Jako iż życie i losy nasze indywidualne są właśnie nietrwałe, a sam jestem w takim punkcie ‘nietrwałości’ i wielkiej burzy zmian – nie mogę być pewny czy wszystkie moje dokumenty prywatnego archiwum te moje burze przetrwają i dotrą ze mną tam, gdzie na końcu tej drogi się znajdę. Spieszę więc spisać te nazwiska, które bez najmniejszej wątpliwości powinny przetrwać. Naszego polskiego wędrownictwa po 1939 – aż do czasów emigracji doby „Solidarności’. Im bliżej tego roku 1980 – tym więcej wiedzy, trwałego zapisu archiwalnego mamy. W dekadach wcześniejszych różnie z tym bywało.
Bodaj najbardziej charakterystycznym wierszem Gur-Jazłowieckiej był uroczy, z dużym cieniem goryczy, napisany w Edmonton w Kanadzie:
Tym więc zapisem składam im swój ukłon i podziękowanie za jakże często gorzką pracę na łanie ukochanej polszczyzny.
Rzeczywistość epoki emigracyjnej od lat 40. poczynając aż prawie do lat 80. była zupełnie inna od epoki Międzywojnia z jednej strony a epoki post-solidarnościowej z drugiej. Ci, którzy publikowali i byli trochę znani przed 1945 mieli szanse dużo wieksze na przetrwanie i na kontynuacje twórczości. Celowo piszę ‘przed 1945’ a nie ‘przed 1939’ jak się stosuje najczęściej i jest to poważnym błędem historii literatury polskiej. W tym wypadku cezura 1939 jest mylna, bo aż do 1945 istniały instytucje Państwa Polskiego w Londynie i jego przedstawicielstwa poza Anglią i istniały fundusze i wydawnictwa i środki finansowe Państwa Polskiego, które mogły i były używane na cele wydawnictw literackich, kulturowych. Więc w zakresie literatury i kultury polskiej istniała pewna ciągłość, mecenat i nawet skupiony rynek czytelniczy z państwem, tradycją i możliwościami Państwa sprzed 1 września 1939. Poza – naturalnie – terytorium tego państwa. Ta rzeczywistość i pewien mecenat quasi-państwowy uległy bardzo szybko zanikowi, ale w okresie przejściowym był niezwykle ważny. Pozostały pewne ośrodki centralne, które dzięki temu kapitałowi oryginalnemu potrafiły kontynuować wydawnictwa i namiastkę życia literackiego. Niezbędne było też posiadania odpowiedniego licznego zaplecza czytelników lokalnych. Londyn, Edynburg, Paryż i kilka jeszcze mniejszych ale silnych wystarczająco miast w Europie; Nowy Jork w USA, Toronto i Montreal w Kanadzie. Wszystko inne to była … prowincja i pustynia czytelnicza. To nie były czasy social networks, social media, czy nawet czegoś tak archaicznego, jak poczta elektroniczna.
Stąd ci, którzy tą kulturę polską rozwijali, pisali i wydawali poza tymi kulturowymi centrami – istnieli głównie tylko lokalnie. Tak, były nawet lokalne polskie gazetki, były spotkania w jakichś klubach, salkach parafialnych. Można było na maszynie do pisania i powielaczu, ręcznej drukarce wydać nawet mały tomik dla 30, 50, może nawet 100 sób – i to wszystko. Ta pierwsza fala emigracyjna i chyba większość aż do lat 70. zrobiła też jeden kardynalny błąd – nie potrafiła i nie umiała przekazać tego bakcyla polskości i wyższej kultury polskiej pokoleniu swoim tu urodzonych dzieciom i wnukom. Widziałem to wszędzie i każdy mi to mówił. Co najmniej jedno pokolenie tu urodzonych, wychowanych i wykształconych Kanadyjczyków polskiego pochodzenia utracono na amen. Jednostki nieliczne, które z tej reguły potrafiły się wyłamać były tym właśnie – jednostkami a nie regułą. W takiej atmosferze, bezwzględnie przygnębiającej dla lokalnego twórcy polskiego, niektórzy zmagali się i dalej pisali, lokalnie publikowali. Aż odeszli. Mam na myśli te faktyczne, biologiczne odejście. Odeszli przed zrozumieniem wagi ich pracy, przed powstaniem możliwości cyfryzacyjnych. Czyli w świat niebytu. Znikały nawet tu i ówdzie zakładane małe ale jednak archiwa. Ktoś umierał i ktoś następny wyrzucał archiwum na śmieci. Można ironicznie ale i dość rzetelnie powiedzieć, że o szansie przetrwania w pamięci historycznej decydował nie zawsze tylko talent – decydowało też miejsce zamieszkania. Adres.
Inne czasy, mili moi. Tak, były kiedyś takie. I to wcale nie w dobie dinozaurów ani księcia Popiela na wyspie goplańskiej.
Every day starts with waking, and getting up from bed. Doesn’t matter if it is noon or 5 in the morning. Time is a very subjective thing. On days I don’t have to go to work (most of the time, since I officially stopped working for any company more than six years ago) and don’t have any appointments – I don’t look at watches or clocks. I do things when it is time to do these things, without assigning any number to that time.
Besides, time has stopped for me in November 2022. On the first night (was it night?) I fell asleep after You were gone. I wish I had not woken up. Waking up after that very first sleep is a daily routine of terror. The few seconds before you are certain that it is reality, that you are awake. When I am forced again to know that You are gone. Not to the kitchen to make us a fresh morning coffee, which you did every morning religiously for more than three decades. No – You are GONE. I have to go through that terror every single day while getting up. For 467 days, as of today.
Sometimes, just before I finally drift off to sleep, I wish, I pray, that it is the last time. That I don’t have to wake up again.
When I sleep I often meet You and talk to You. I think, sometimes I make love to You. That we are watching TV or go for a drive in the countryside.
You are my Eurydice, for whom I went to Hades to plead, to argue with the God of the Underworld, that he made a mistake. I beg him, I threaten him. I offer him love and hatred, devotion and disdain. To no avail – he is unmoved. In my dream, I write a poem to You in Italian. When I get up from my sleep I remember that poem and copy it, surprised that I retained more of my old Italian than I thought.
Dove sei, Euridice?
Dove sei, Amore mio?
Mostrati e parlami d’amore.
Ricordare! Non fermata
e non guardare indietro.
Ricorda, mio caro …
ricorda, ricor… , ri…
e piango, perché so
che ti volterai.
Ogni volta.
Today I stopped in a little park De Volf in Bedford. We used to go there many times and both liked it. It is a small park but there is something sweet and romantic about it. It offers a nice view of Halifax, our bridges, and Dartmouth. Next to it is a big building of the company that you worked for – The Berkeley. You didn’t even have that much time to work for them, yet You did leave a special mark on the senior residents of that building and all the staff. Your innate goodness emanated from you as everywhere you worked before. I will never forget and still am moved to tears how they organized a special memory meeting for the residents and staff in their main hall. It was full of people. Wonderful people, who came to share their memories, and their sorrow and offer their support to me and Your siblings, who came for Your final journey.
It was a cold but amazingly sunny day. I really enjoyed the walk and reminiscing about our strolls there. For a short while You – my Eurydice – walked with me. You didn’t turn back, didn’t look back. You walked with me. Maybe I even felt Your hand in my hand.
I know that the terror of getting up will come back tomorrow. Then again, and again for the rest of my days. But the walk today was good. Thank You, Babcycake. Gracie, mia Euridice.
What do you do, when you can’t sleep? You go outside for a walk, in the snow and wind. At ten, then at midnight, then get a short snooze and go again at 4. It is not dark anyway, for the snow makes it all one milky, eerie light. Take another snooze and — it is morning the next day, LOL. Somehow you have a strong pain in your right temples and pain in your right ear. Stroke? You speak loudly and the words appear to be coherent and proper, go to the mirror and your eyelid and mouth don’t seem to be drooping, LOL. Then it must be just an ear infection. Dosn’t matter. What is the best for a cold? A cold excursion to the countryside! Camera in hand, a quick coffee, and off we go. Was able to catch even the Moon in full sunshine!
There are bad days. They come. I didn’t know that my emotional construction was still so fragile. Someone said something or wrote something to me, possibly in good intention – and everything fell down as a house of old rocks tumbling down in a cloud of dust. Cloud of dust and insecurities, despair. Everything I tried so hard to put together on my ocean beaches last summer – was taken away by a wave that came and washed it to the bottom of that ocean.
One of the very first lines I wrote after You were gone, after I tried to find traces of You, of us, on some trail we used to walk together – and I couldn’t find You anymore – felt like that exactly: insecurity, lost. Maybe even angry – why am I here if you are not?
I have simply called these short lines: ‘Woods’. The woods I ventured in and got lost. Couldn’t find my way back. Last night and today it felt like that – to be back in these woods.
The Woods
I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway gently. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day for a walk.
But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.
The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots, and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.
But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did.
Maybe it wasn’t even an actual walk in the woods? Can’t remember anymore. Maybe it was a written record of one of my many nightmares, being half awake and half-asleep? Don’t know – there are days from these early times that are gone from my memory altogether, weeks like that. I know that they were, that I was there, too. Remember every detail, every second of You collapsing in my arms, the ambulances rushing to our home, every day and night in the hospital – and not much more after that. Just pieces of existence like a broken string of pearls rolling on the floor.
That’s that dark place I crumbled to last night and this morning. And You were not lost and gone, not hiding from me. You were right here and You guided me to a memory. The memory of a trip we took in 2016 to Alberta, our last trip to Alberta (apart from the huge trip across the continent to the shores of the Atlantic). We took a different route, a longer one, the one leading up North toward Valemount and through Highway 16 toward Jasper. But first, before reaching Jasper, one has to drive with the view of the massive, majestic Mount Robson. The highest mountain in the Canadian Rockies. Many, many years earlier I did a little climbing on this giant. Never reached the top, nor did I attempt to. Just wanted to do a bit of climbing on it and remember reaching some shelf-ledge on its steep wall, sitting on that ledge, and be amazed by the panoramic view in front. In 2016 we reversed the roles, we were the ones at the bottom in some valley, and the huge giant was looking at us from high above. It was amazing, the day was sunny, and practically there was no traffic. Remember embracing John and we both just admired the view. It felt good. We both liked going back on many visits to Alberta, especially John. After all, it was his home, where he grew up, where he went to school, his adolescence … and us at the end. We met there, and fell in love. That memory of that trip lifted me from that awful pit I fell into again.
In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.
Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!
Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.
Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.
A day after the big winter storm that brought Nova Scotia the biggest snowfall in twenty years, I went with my camera to the edge of Halifax – Mount Pleasant Park. A lovely wooded enclave, in a way reminiscent of Stanley Park in Vancouver, but slightly smaller in size.
Old Halifax has very narrow streets that look today like a tunnel dug out of high snow embankments. Finding a parking spot is next to impossible and people are forced at places to walk on the street, as the sidewalks are just covered with mountains of snow. Planned to visit also the lovely Public Gardens downtown – but all gates were closed. Why? Because no one showed the walkways? It is a park for Heaen’s sake! Not a highway. If people want to walk knee-high in snow – why can’t they? Homeless people live in tents right in parks and on the streets and you worry about ‘the elegance’ of Patrician’s Park?! Sometimes (most of the time, LOL) I can’t understand the politicians …
In Mount Pleasant Park the main trails were plowed. Most of the people that I met there were walking their dogs. It looked like the wonderful furry friends were in paradise! Jumping into the woods and snow that sometimes cover them totally, wagging their tails, running back and forth – a pure joy. I had the pleasure to play with some of them. What a bunch of happy creatures, if you let them be happy. No aggression, just joy that someone wants to play with them.
Yesterday was a lovely day. Snow abounds, beautiful, soft, and dry. Everything looked like Christmas. I dug out my carriage, drove to a few stores, and decided that the next day I would take my camera and go for some nice wintery shots on the coast or perhaps in Halifax. My carriage is a very strong vehicle and not afraid of winters.
It continued to snow the entire day, then the full night, and again the rest of the day. But the temperature went up a bit, the wind became very strong and the snow changed to very nasty tiny little granules like sand. Still drove to do short shopping but the camera would not be very good in such conditions. It would get wet in a second, walking would not be nice either. Visibility was very bad, too.
Shouldn’t complain too much, though. The Eastern and North shores were hit really badly. I think they had to proclaim a state of Emergency in Cape Breton, many roads were closed and the Government was advising everybody not to travel. But I still wanted to take some pictures, just with my I-phone and around my my home, parking lot (LOL), and of course, My Rocks.
Had to dig out my truck again, just in case I would need it, and simply didn’t want to have it covered by the white craziness totally. So here it is – the mundane, silly photo chronicle from the parking lot and the vicinities. By the way – it still snows now and should not stop tomorrow, either. If you won’t hear from me in the next few days it means that my igloo lost internet connection. So yes, to no one surprise in Nova Scotia – it does snow in Nova Scotia. As it rains in BC.
Of course – you need to have proper Sunday Church elegant shoes. As you noticed on one of my pictures I do have proper church shoes. One for Nova Scotia and one for British Columbia.