Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Pokolenia, wojny lokalne, wojny światowe, skomplikowane życiorysy, przeszłość, która osobom wrażliwym kładzie się cieniem nad teraźniejszością. Tak zaczynać mógłby się wstęp do każdej opowieści polskiej między końcem istnienia I Rzeczypospolitej od XVIII, do prawie końca XX wieku. Marsze, zbieranie tobołków, gubienie połowy tych tobołków w drodze, przesiedlenia wymuszone zmianami granic, nowymi gospodarzami ziem praojców, ratowanie mienia i życia. Bodaj najgorzej i najdotkliwiej dotknęło to mieszkańców dawnych Kresów: od Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Mińszczyzny, Wołyń, Podole, hen aż po Pokucie. Dotykało to ich kilkakrotnie w życiu jednego tylko pokolenia między 1914 a 1945. Dochodziły też lokalne mordy, walki z sąsiadami, którzy skutkiem podżegania etnicznego lub chęcią zwykłej grabieży chwytali za siekiery, karabiny lub organizowali lokalne oddziały paramilitarne.  

                Trochę z tych cieni, pewne pokłosie tej traumy przesiedleńczo-wygnaniowej spada na nowe pokolenie. Pokolenie, które urodziło się i wychowało już w zupełnie innej krainie, hen, tysiące kilometrów od jakichkolwiek ziem polskich w jakimkolwiek okresie historycznym. Mówię o dzieciach i wnukach polskich emigrantów do Kanady, USA, Australii, Ameryki Południowej.

Jak zawsze w życiu jest, każdy nieco inaczej funkcjonuje i traktuje swoje własne rodzinne ‘bagaże’ emigracyjne.  Jedni urodzeni już i wychowani na nowej ziemi, w nowym kraju adaptują się bardzo łatwo.  Inni maja kłopoty, które często są pokłosiem kłopotów ich rodziców.

Znałem w Kanadzie bardzo dobrze polską emigrację czasów II wojny światowej. Nikt z nich de facto nie ‘wyemigrował’  do Kanady. Nie obudzili się pewnego ranka gdzieś w Warszawie, we Lwowie lub Stanisławowie i nie pomyśleli: o, pojadę sobie zamieszkać w Albercie, lub w Ontario kanadyjskim. Nie, tą decyzję podjęła za nich bezwzględna Historia i trzech panów o nazwiskach Churchill, Roosevelt i Stalin w pięknym hotelu w Jałcie, na pięknym Krymie. Oni byli po prostu żołnierzami polskiej armii, która z dala od ziem polskich biła się o tą Polskę, w której do tej armii wstąpili. I nagle ta „Polska’ przestała istnieć.

Morze atramentu na te tematy wylano w ostatnich 80 latach. Nic nowego tu nie dodam. Ale ciągle spotykam się z pokłosiem tamtych wydarzeń.

               Wstęp ten zarysowuje tło historyczne pierwszej i drugiej generacji Kanadyjczyków polskiego pochodzenia tu urodzonych[i]. Pokoleń generalnie straconych dla aktywności i działalności w ośrodkach i organizacjach polonijnych. Ich rodzice i dziadkowie, którzy tu przybyli w dużej mierze nolens volens – żyli we własnym świecie grajdołku polonijnego. W Kanadzie, ale obok Kanady. Ich dzieci i wnukowie już tu urodzeni i wykształceni nie mieli po prostu z nimi wspólnego języka.

               Wszystkiego tego byłem świadom i pamiętałem od tym przed moim spotkaniem z ‘elektronicznym’ znajomym( i przyjacielem chyba),  Chrystianem Stanleyem Ciesielskim. Chrystian pojawił się na polskiej scenie w Vancouverze już po moim stąd wyjeździe w 2018 roku. Czytając moje wpisy na mediach społecznościowych, moją konsekwentną działalność w organizacjach i grupach pro-demokratycznych (zwłaszcza po ataku PiS na polskie prawa obywatelskie, niezależne sądownictwo) – nawiązał ze mną kontakt elektroniczny. Przez szereg lat prowadziliśmy długie i niełatwe rozmowy, wymianę myśli i poglądów.

W uroczej Galerii ‘George’[ii], gdzie miał właśnie wystawę swoich fotografii, spotkaliśmy się w końcu fizycznie.

Przed tym spotkaniem wybrałem się jednak we własną, prywatną wycieczką wspomnień wzdłuż ulicy Pender, zaczynając od Granville, aż do ulicy Abbott, gdzie zaczyna sią zaczarowany świat starego Chinatown. Szlakiem obok, ale niezbyt często wybieranym przez turystów. A szkoda, bo ten fragment starego Vancouveru w okolicach Cenotaphu, to architektura niezapomniana początków kamiennego, murowanego Vancouveru. Miasta, które rozwijało się od Water Street i starego portu.

Tutaj, obok skrzyżowania z ulicą Richard był kiedyś w piwnicy jeden z pierwszych klubów/kawiarń LGB (to był wtedy o wiele krótszy skrótowiec, LOL), nieco dalej, już przy Abbott otworzono chyba dwa ostatnie, już za moich czasów, kluby LGBTQ (wtedy już funkcjonował ten skrótowiec) – faktycznie były to dwa kluby obok siebie:  jeden dla dziewczyn, drugi dla chłopców. Lubiliśmy tu z moim Johnem przychodzić. Dziś zamknięte okna świecą pustką. Straszne to, jak łatwo my sami pozbywamy się swojej historii. O, jest tam duża plakietka o ‘LGBTQ+ Heritage site’ – tak jak wystawia się plakietki historyczne o ludziach i zdarzeniach sprzed stu lat… .  Zapominają moi młodsi przyjaciele, że ‘łaska Pańska na pstrym koniu jeździ’, niestety.  Napisy i plakietki, wystawy w muzeach, że było kiedyś coś takiego, jak społeczność LGBTQ plus cokolwiek. Społeczność, nie pojedyncze jednostki – a to nie to samo. To temat wszak osobny, do którego tu jeszcze kiedyś powrócę.

Wracajmy do galerii ‘George’. Urocze miejsce, zapraszające. I jak wspaniale, że nie na Robson, nie na Granville Street. Tam, na East Hasting i całym jej sąsiedztwie istnieje duża, barwna społeczność lokalna. Starsi, młodzi, dzieci. Jest żywo, gwarno. Tak, są też narkotyki i ludzie chorzy, biedni, bezdomni. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych tu czasów – oni są teraz wszędzie. Kto ostatni raz przespacerował całą ‘wizytówkową’ ulicę Vancouveru – Granville?  Prawda, że wizytówka mało atrakcyjna?

W tym sympatycznym pomieszczeniu galerii George spotykam przemiłą żonę Chrystiana i panią prowadzącą galerię. W dwu salkach są eksponaty metaloplastyki, rzeźby i malarstwa (głównie w temperze – czy nikt już dziś nie maluje w oleju?) . W drugiej sali, na ścianie seria fotografii nocnego nieba robiona przez Chrystiana. Widać od razu jego fascynację tematem nocnego nieba, gwiazdozbiorów. Skądś mi znajomą, hmmm. Ach, no tak sam nocą wybiegałem nad Atlantyk łapać tych kosmicznych gości, LOL. Zalety Wenus do Jowisza,  in flagranti.

Po chwili zjawia się Chrystian. Oprowadza, tłumaczy. Są świeże jeżyny, jest i lampka wina. Francja –elegancja, mówię wam.

To była bardzo miła wizyta i pod względem wrażeń estetycznych, ale i etycznych, moralnych.  Tą drugą część etyczną, poszerzoną o uwagi i porównania filozoficzne kontynuujemy już pod moim domem w New Westminster. Przyznaję, że miło mnie zaskoczył dość dobrą ogólną wiedzą filozoficzną, a to świadczy o ciekawości poznania człowieka i siebie w świecie.

Pomyślałem też, jak wielkim atutem dla Polonii w Vancouverze byłoby mieć takiego reprezentanta w organizacjach polonijnych.  Naturalnie wiem, że Dom Polski nigdy w zasadzie Polonii generalnie ani służył ani ją rozwijał. Zajmował się po prostu biznesem. Robieniem pieniędzy. Rozumiem, że budynek wymaga opłat, ma koszty utrzymania.  Ale jeśli tylko po to jest, to ciśnie się pytanie: po co nam kolejny polonijny biznes, w dodatku ubrany w piórka ‘reprezentanta’ społeczności polskiej? Zapewne panom i paniom działającym tam wydaje się, że … działają, coś i kogoś reprezentują. To miłe mieć takie wyobrażenie. I pewnie czasem coś nawet zrobią, jeśli w kalendarzu imprez biznesowych akurat pojawi się wolne okienko. Tylko praktycznie nikomu i niczemu to nie służy.

Może właśnie funkcja koordynatora aktywności ściśle polonijnej i Polonii wyłącznie służącej bardzo by w takim ośrodku się przydała?  I czyż nie byłoby idealnie by kimś takim nie był emigrant z Polski, a Kanadyjczyk, który sam polskość wybrał z własnej woli?  Bo nowe wielkie fale emigracyjne się nie szykują na przyjazd. A dla tu urodzonych dzieci tych poprzednich fal, w tym grajdołku miejsca nie ma. Dla nich ‘siusiu, paciorek i spać’ nic nie daje i nic im nie ofiarowuje.

Dla działaczy, decydentów tego ledwie dyszącego światka polonijnego mam więc krótki apel, od faceta, który zęby zjadł na pracy dla Polonii i z Polonią: pomyślcie o tym. Inaczej nadejdzie czas już niedługo, że jedyne wydarzenia, jakie będziecie organizować, to będą … pogrzeby waszych kolegów i koleżanek. Biologia ma swoje prawa, niestety. A nieliczni nowi emigranci profesjonalni z Polski będą się prywatnie może organizować, bezwzględnie z dala od istniejących ośrodków, które pachną naftaliną na kilometr.

Ludzie tacy, jak Chrystian Stanley Ciesielski mogą ten proces przesadzić na zdrowe tory. Nie zniechęcajcie ich, bo robicie sobie niedźwiedzią przysługę. Być może kiedyś, dawno wydawało się nam, że przyjechaliśmy tu na chwilę, że jak się zmieni ‘tam’, to zaraz wrócimy. I budowaliśmy tu taką namiastkę drugiej Polski. Aż do form satyryczno-absurdalnych prawie. W Kanadzie ale obok Kanady. A zmieniło się w Polsce i my nie powróciliśmy. Normalne życie, zapuszcza się korzenie. Jedyne, co pozostało skostniałe, nie zmieniło się, nie adaptowało do nowych potrzeb i nowej rzeczywistości – to są właśnie skanseny organizacji polonijnych. Tyle, że skansen to muzeum a nie żywa rzeczywistość. Może czas to zmienić, uwspółcześnić, dostosować do życia, które przepływa mimo obok?

By to zrobić tacy ludzie, jak Chrystian Stanley Ciesielski będą nam bardzo potrzebni.


[i] wcześniejsze fale emigracji polskiej do Kanady między latami końca XIX i XX wieku przed wybuchem  2 wojny, to temat zupełnie osobny. Interesujący zwłaszcza w na tle konfliktu polsko-ukraińskiego emigrantów z Galicji Wschodniej.  Konfliktu, który w Albercie i Saskatchewanie zwłaszcza przybierał nie raz charakter napadów na osiedla, walki zbrojnej. Ówczesną bardzo nieliczna RCMP stroniła od interwencji w te konflikty i rzadko interweniowała.

[ii] Home | The Gallery George

SPK i historia małego znaczka w tle dużej historii

Rok jest 1987, w Londynie, w auli głównej POSKU jest wielka Akademia na 70 lecie odzyskania niepodległości Polski w 1917[i]. Jadę właśnie z Calgary w Kanadzie do Londynu. Pełniłem wówczas funkcję v-ce Prezesa Kongresu Polonii Kanadyjskiej w Albercie. Na Akademii w Londynie nie ma żadnego reprezentanta KPK na całą Kanadę (ówczesny Prezes, pan Kaszuba miał dość bliskie stosunki z władzami PRL, a niepodległościowe postawa KPK w Kanadzie dawno przestała mieć jakiekolwiek ‘znaczenie’. Więc gospodarze Akademii w Londynie, którzy mnie dobrze znali jeszcze z okresu w 1981,  gdy w Londynie mieszkałem i witają mnie serdecznie  prosząc o reprezentowanie Polonii kanadyjskiej na Akademii. Ówczesny Prezes Światowego ZG SPK, pan Soboniewski bardzo się na to cieszy i podszeptuje mi do ucha – obiecałem generałowi Tarczyńskiemu wręczyć panu odznakę SPK za pańska nieugiętą postawę niepodległościową[ii].

I tu zaczyna się historia pewnego znaczka, co to było SPK i kto ma prawo nosić taki znaczek SPK wpięty w klapę. Źle mówię: ‘ma’ – kto miał – bo de facto w 2025 nie ma żyjących w Vancouverze kombatantów-weteranów wojska polskiego z okresu walk 2 wojny światowej. Odeszli na wieczna wartę. Bodaj ostatni dosłownie w tych miesiącach, a był w zasadzie chłopcem, gdy Anders uratował go z obozów w Rosji. Za młody do wcielenia do wojska. Dopiero już u schyłku wojny, w organizowanych na podbitych ziemiach niemieckich batalionach strażniczych, wcielono go do tych batalionów. Do 1947 roku w Anglii były jeszcze obozy wojskowe dla żołnierzy polskich po formalnej demobilizacji. Po 1947 już i tego nie było. Od 47. minęło w tym roku 78 lat. Przyznaję z pochylona głową, że matematyka nigdy nie była moim celującym przedmiotem w szkole, ale na palcach liczyć jakoś sobie daję radę, no to policzę: w 1947 taki zdemobilizowany żołnierz nie mógł mieć mniej niż 18 lat, minęło 78 lat. Czyli najmłodszy mógłby mieć 96 lat. A gdyby brał udział faktycznie w walkach frontowych, to 98 lat. Bardzo bym się ucieszył, że ktoś z tych wspaniałych ludzi jeszcze żyje w Vancouverze, o ile jednak wiem, niestety już nie. Więc nikt z młodszych Polaków takiej odznaki nosić nie ma prawa.  Może w formie pamiątkowej po ojcu lub matce, ale nie, jako odznakę członkowską. Ten, który ja noszę jest też tylko odznaką członka honorowego, nie zwyczajnego, a więc bez statutowych uprawnień należnych tylko członkom zwyczajnym, tj weteranów walk o niepodległość w latach 1938-45. Nie dotyczy żadnych wojen koreańskich, afganistańskich czy gdziekolwiek indziej. Zdecydowanie nie dotyczy żadnego stanu wojennego w latach 80. – który, mimo że był okrutny i ciężki – wojną bezwzględnie nie był, a członkowie „Solidarności’ (i ja byłem działaczem ‘S” w Warszawie) nie byli żołnierzami. Nie mają więc jakichkolwiek uprawnień moralnych bycia członkami Stowarzyszenia Kombatantów Polskich. Równie dobrze mogliby się określać tytułem Powstańców  z Powstania Styczniowego lub Listopadowego.

(0statnie zdjęcie w prawym rogu to skromny budynek nie istniejącej już organizacji British Air Force Veterans – dosłownie po drugiej stronie budynku SPK na Kingsway)

Dość charakterystyczny jest tu przykład brytyjskiego RAF (Royal Air Force). Tak się złożyło, że spora grupa byłych żołnierzy brytyjskich też po wojnie osiedliła się w Kanadzie, gdyż warunki ekonomiczne w zniszczonej wojną Anglii ( i w Europie kontynentalnej) były bardzo trudne. Było biednie, chłodno i głodno. Podstawowe produkty przemysłowe i żywnościowe były na kartki.  Jedynie USA i Kanada przeżywały ekonomiczny rozkwit. Tutaj, gdzie ani Luftwaffe ani Wermacht nie bombardowały miast i wiosek, infrastruktury przemysłowej – wojna przyniosła rozwój ekonomiczny i wzrost poziomu życia.

Otóż weterani tego brytyjskiego RAF wybudowali swój budynek dokładnie tam, gdzie nasi weterani mieli SPK  – na Kingsway, po przeciwnej stronie ulicy. Naturalnie obie grupy kombatanckie – brytyjska i polska – utrzymywały dobre i koleżeńskie kontakty. Jest też naturalne, że mieszkają w Vancouverze dzieci tych brytyjskich lotników, wnukowie i (bez cienia wątpliwości) są w Vancouverze na pewno jacyś nowi emigranci z Anglii, którzy w tych ostatnich dziesięcioleciach po wojnie zwyczajnie wyemigrowali do Vancouveru. Nikomu z nich do głowy nie przyszło, że mają jakiekolwiek uprawnienia do kontynuowania działalności organizacji weteranów RAF-u ani prezentowania się, jako członkowie koła weteranów RAF. To by było absurdalne. Więc ten budynek stoi pusty. Nie ma nawet napisu, że tu było Koło RAF.

A nasi młodsi o pokolenie ‘weterani’ SPK , którzy też urodzili się już po II wojnie światowej, bohatersko członkami SPK się mianują. Nie ma to jak pewność siebie i przekonanie o własnym heroizmie. Cóż za różnica, że wyimaginowanym? Jeszcze trochę czasu upłynie i dowiemy się, że walczyli pod Monte Casino, bronili Narwiku i przelewali krew pod Tobrukiem … .  Postanowili dziarsko po prostu zaanektować część historii Polskich Sił Zbrojnych dla siebie. Ta historia może aż tak ważna dla nich nie jest, ale wartość potencjalna małego budyneczku-ruderki w tak newralgicznym fragmencie Vancouveru, to owszem, kąsek łakomy. A przecież są organizacje świeckie, gdzie Polacy mogą się organizować, zrzeszać, spotykać. I wielu to robi i po prawej i po lewej stronie Burrard Inlet.

Potem pojechałem właśnie do miejsca właściwego i honorowego upamiętnienia polskich lotników (a więc części Polskich Sił Zbrojnych w latach 39-47): blisko Rose Gardens, na pięknym wzniesieniu stoku Stanley Parku. Pamiętam przed laty nie aż tak wielu, paradę pocztów sztandarowych kombatantów kanadyjskich, polskich[iii] i inny narodów, przelot samolotów Royal Canadian Air Force, i bodaj jeden Lancaster też koło nad Stanley Parkiem zatoczył. Byłem tam wtedy też oficjalnie reprezentując z Januszem Kowalskim i Lawrencem Waterfall vankuverski i kanadyjski oddział Komitetu Obrony Demokracji[iv].

Byłem tam ledwie kilka dni temu, przeszedłem spacerem przez te lekkie wzgórze, zatrzymałem się przy wszystkich tablicach oddających hołd ówczesnym bohaterom tych walk, najdłużej przy naszej, polskiej i skłoniłem głowę w refleksji nad ich poświęceniem i ich trudnej młodości. Zawdzięczamy im dużo.

Ale niech ta wdzięczność wobec nich nikomu nie pomyli się z jakimkolwiek zawładnięciem tej tradycji. To była tylko ich chwała i ich młodość z karabinem w ręku i życiem w plecaku. Ja, jako były działacz „Solidarności” (ani jakikolwiek inny były członek „S”) lub ponieważ jestem Polakiem do tej tradycji i tej chwały nie mam moralnego prawa. To tradycja ściśle wojskowa.

Suwerenność Polski przyszła w 1990 roku, jesienią w drodze wolnych wyborów, które wygrał Lech Wałęsa. Bez jednego wystrzału. Tak samo, jak w 1980-81,  gdy nikt z nas, działaczy i członków „Solidarności”, nie nosił karabinów na ramieniu. Byliśmy działaczami związkowymi i społecznymi – nie byliśmy żołnierzami i nie planowaliśmy akcji zbrojnych. Tak, zakończyło się to Stanem Wojennym i obozami odosobnienia dla wielu głównych przywódców Związku – nigdy jednak nie padł z naszej strony apel o akcje zbrojne, o barykady z butelkami z benzyną i dubeltówkami na sznurku na ramieniu. I całe szczęście. Bo polska krew jest za droga by ją tanio toczyć.  Więc osoby, które dziś ustawiają się w szeregu ‘bojowników o wolność i niepodległość’ niech nieco zluzują. Jeżeli byli, to byli działaczami a nie bojownikami. I bez najmniejszej wątpliwości nikt z nas nie reprezentował opcji faszystowskiej. Ideologia faszystowska była i jest koszmarem, który Polskę i świat kosztował miliony ofiar. Jest obca najszlachetniejszym i najpiękniejszym ruchom, filozofiom i prądom ludzkości.

               A co stało się w końcu z tym maleńkim znaczkiem, który do dziś czasem w klapie noszę, tej odznaki ‘członka honorowego SPK’? Nic, dostałem na tej Akademii w Londynie. Przypiął mi ten znaczek Premier Rządu RP na Uchodźstwie, pan Kazimierz Sabbat. Ku mojemu miłemu zaskoczeniu podziękował mi za działalność na rzecz Skarbu Narodowego.

Tu chyba trochę wyjaśnienia, przypomnienia się należy: Rząd Polski w Londynie nie utrzymywał się z jakiś tajnych dotacji FBI czy CIA. Jedynym źródłem dochodów były dobrowolne składki polonijne na Skarb Narodowy. Po prawdzie nie były one masowe i odbywały się w głównie wśród członków SPK. Aby pamiętać, bym je regularnie opłacał poprosiłem pana Ferensowicza  (nie pamiętam dziś pierwszego imienia), który reprezentował Skarb w Albercie, o wstawienie mi legitymacji członka Skarbu Narodowego. Mała, szara legitymacja z stroniczkami, gdzie wpisywano miesięczne opłaty. Z nowej emigracji byłem bodaj jedynym, który ją miał[v]. Umożliwiało mi to pamiętanie o regularności miesięcznych opłat. W którymś roku odwiedził nas w Calgary z wizytą z ‘Polskiego Londynu’ minister, który miał tekę Skarbu Narodowego. Skromny pan, wyglądający faktycznie na urzędnika bankowego. Bardzo grzeczny i miły. Była w Domu Polskim jakąś uroczystość/bankiet z tej okazji i byli goście z Rady Miejskiej, może nawet z rządu prowincjonalnego. Był naturalnie i ten pan minister Sabbat. To był okres nim został i premierem, a potem Prezydentem RP. Działacze polonijni w Calgary bardzo bali się przedstawiać go, jako ‘ministra Skarbu Rządu Polskiego na Uchodźstwie’, bo przecież Kanada miała stosunki dyplomatyczne i uznawała rząd PRL. Będzie skandal dyplomatyczny! LOL. Starałem się wytłumaczyć, że goście kanadyjscy to radni miejscy, a ten ktoś z rządu to rząd prowincji a nie Kanady, a prowincje stosunków dyplomatycznych nie utrzymują ani z Warszawą ani z polskim ‘Londynem’. Obiecałem być ostrożny. Jednak w przemówieniu-powitaniu gości … jakoś zapomniałem (LOL) i podkreśliłem, że szczególnie serdecznie witamy specjalnego gościa z Londynu, pana Ministra legalnego rządu emigracyjnego Polski w Londynie, Kazimierza Sabbata. I tak się poznaliśmy i pan Sabbat pamiętał to świetnie po latach na spotkaniu w Londynie, kiedy był już premierem przypinał mi tą odznakę Honorowego Członka SPK. Po kilku ledwie latach, po śmierci Prezydenta Raczyńskiego został de facto ostatnim prezydentem II RP. De facto, bo de iure był Prezydent Kaczorowski, ten, który zginał w tragicznym wypadku pod Smoleńskiem. Ale prezydent Kaczorowski w zasadzie wykonał tylko jedną formalną funkcję Głowy Państwa: rok był 1990, Polska odzyskała pełną suwerenność i Prezydent londyński przywiózł nowemu Prezydentowi w Warszawie insygnia władzy państwowej, łącznie z oryginałem Konstytucji RP i formalnie złożył swój Urząd na ręce prezydenta nowej demokratycznej III RP, Lecha Wałęsy.

Gdy wrócił do Warszawy na zaproszenie Prezydenta Lecha Kaczyńskiego i premiera Jarosława Kaczyńskiego by wziąć udział w tragicznym locie do Katynia/Smoleńska była to jedynie forma grzecznościowa wobec byłego już, ale i ostatniego legalnego prezydenta RP na Uchodźstwie.
Tragiczny wypadek tego lotu i autentyczna głęboka żałoba narodowa była jednocześnie możliwością pogodzenia sporu i podziału społecznego i politycznego, który kładł się głębokim cieniem na stosunkowo ciągle młodą polska demokrację. Przez krótki moment wydawało się, że tak się stanie. Niestety Jarosław Kaczyński, ten enfant terrible polskiej sceny politycznej, zrobił wszystko by do tego nie dopuścić. Twarzą dzisiejszej organizacji związkowej „Solidarność” jest niejaki Piotr Duda[vi] – postać cyniczna i ostro faszyzująca. Potępiona m.in. przez francuskie związki zawodowe za wspieranie liderki francuskiej partii faszystowskie, Marine Le Pen. Podejrzewam, że dzisiejsi ‘solidarnościowcy’ tak w Polsce, jak i w Vancouverze utożsamiają się i wiekiem i tradycją właśnie z panem Piotrem Dudą, a nie z oryginalną ‘Solidarnością’ z Porozumień Gdańskich i z Lechem Wałęsą.

Ot i cała historia pewnego małego znaczka w klapie mojej marynarki. Gdy ma się kilka dziesiątek lat na karku aktywnego życia publicznego i organizacyjnego, to takie historie bywają długie.


[i] formalnie uznaje się rok 1918 za datę międzynarodowego formalnego uznania wskrzeszenia Państwa Polskiego; w warunkach krajowych zalążki tego państwa i kilka form jego rządu istniały już wcześniej, od 1917 i można mówić o jego istnieniu na długo przed powrotem Marszałka Piłsudskiego z więzienia w twierdzy magdeburskiej w listopadzie 1918.

[ii] gen. bryg. Tadeusz Alf-Tarczyński był adiutantem Józefa Piłsudskiego i oficerem legionowym z walk na Ukrainie w latach 1918-1919; poznaliśmy się i bardzo zaprzyjaźniliśmy w Londynie 1981. Utrzymywaliśmy bliski kontakt korespondencyjny prawie do dnia jego śmierci w 1985.

[iii] wówczas była jeszcze mała grupa starszych panów i pań (PSWK – Pomocnicza Służba Woskowa Kobiet – popularnie nazywane Pestkami), którzy byli autentycznymi weteranami walk o niepodległość 1939-47.

[iv]  w 2015, w Stanley Parku, w 70-tą rocznicę zakończenia 2 wojny światowej.

[v] z mojej fali emigracyjnej inni też dawali datki, ale były one nieregularne i nie wszyscy, a legitymację miałem tylko ja

[vi] “S” wyleci z europejskiej centrali związkowej za promocję skrajnej prawicy?OKO.press – OKO.press