Pomarańczowy pajac – lub po prostu … Trump

Wybory prezydenckie w USA były szokiem dla wszystkich. Poza Amerykanami, naturalnie. Bo gdyby były dla nich szokiem – znaczyłoby, że kompletnie nie znają swojego własnego kraju. Tak, my w reszcie świata byliśmy, jak by to powiedzieć – zamurowani? zdumieni?  Tylko czy powinniśmy? Chyba nie. Zawsze staramy się Amerykę (zwłaszcza w Polsce, no bo i prezydent Wilson, i Kennedy, i Reagan i ogólnie trauma pokoleń post peerelowskich) w Europie widzieć z wielką sympatią. Ta Statua Wolności, ta pełna demokracja, hippisi. I temu podobne polne kwiatki. Taaa… a juści. Figa z makiem i tyle. Statua to prezent z Francji; hippisów i tych z Flower Generation amerykańska policja tłukła pałami, że aż furczało. Tak, jak porządni Amerykanie po uwolnieniu biednych niewolników z plantacji – zatrudnili ich jako gosposie, sprzątaczki, szoferów, pucybutów, śmieciarzy. Tak, tak, nie musieli mieć własnych samochodów, przecież wolno im było używać komunikację miejską. Oczywiście w odpowiednich miejscach z odpowiednimi napisami Nur für Schwarze (po angielsku naturalnie, bo porządne amerykańskie chłopy i baby języki obce niespecjalnie znają …).

Złośliwy trochę jestem? Nieee, gdzie tam. Tyle, że unikam być naiwnym. Zawsze chciałem ich lubić i szanować. I zawsze w łeb jakąś pałą symboliczną dostałem za taką ochotę (choć i zimną lufę rewolweru policjanta amerykańskiego na karku kiedyś na Florydzie poczułem). Ameryka to nie Njujork, ani Sanfrancisko, ani Losandżeles, proszę szanownej niezbyt rozgarniętej publiki. Proszę mi uwagi na literowanie nie zwracać. Piszę po polsku, nie po angielsku, więc muszę wam pisać po ludzku, byśta zrozumieli. Wiadomo, Polacy to Europejczycy, więc niezbyt rozgarnięci. Trzeba kawę na ławę. Nie to, co w pępku świata – czyli wspaniałej Hameryce.

Więc ta wspaniała Ameryka poszła do urn wyborczych i wybrała swojego chłopa. Niby on sam z Nowego Jorku oryginalnie – ale mówi ich językiem i mówi, że jest taki jak oni. Ci z Florydy, z Georgii, z Arkansas, z Minnesoty, z Utah. Z tych wszystkich miasteczek i gmin, gdzie durny sklepikarz, sprzątacz w lokalnym Wallmarcie, i ‘hamburger flipper’ w MacDonaldzie wie, że jest obywatelem najwspanialszego i najmądrzejszego narodu na świecie. Bo Amerykanie to naród, głęboko w to wierzą i jakiekolwiek banialuki o etnicznym rodowodzie narodów, to gadanie, jak woda po deszczu. Chlup, chlup i guzik z tego chlupania.

Ameryka to naturalnie też NASA, to kilka jednych z najlepszych na świecie wielkich uniwersytetów. A dalej … dalej to setki uczelni, które są na niewiele lepszym poziomie niż dobra szkoła średnia w Europie. To też rzeczywistość. Taka bardzo rzeczywista, namacalna, widzialna, słyszalna.

O wyborze prezydenta w USA (to dość adekwatne do innych krajów i ich lokalnych wyborów – w Polsce też) nie decydują absolwenci Uniwersytetu Massachusetts ani Harvard. Decydują miliony Amerykanów, którzy nie mają pojęcia, gdzie jest Malta, jak nazywa się stolica Rumunii lub Bangladeszu, gdzie jest wielka Turcja, jak nazywa się stolica Ukrainy lub Szwecji.

Więc wybrali Pomarańczowego Pajaca. Tyle, że to pajac nie z wesołego objazdowego cyrku. To pajac z hollywoodzkiego niebezpiecznego horroru. Złośliwy maniak-psychopata.  Donald Trump.

Udawał ze swojej milionerskiej posiadłości w Mar-a-Lago, że jest jednym z nich: zwykłych, przeciętnych Amerykanów z karabinem maszynowym przewieszonym przez ramie, jak jakiś łuk Robin Hooda. Amerykanów, którzy wychowani są w micie nienawiści do podatków i ograniczania jakiegokolwiek ich wolności. Pamiętają skąd się wzięli (historycznie, nie etnicznie),  właśnie jako protest wobec podatków narzuconych im przez jakiegoś króla brytyjskiego. Było to za czasów panowania w Londynie dwóch kolejnych Jurków hanowerskich (Jerzego III i IV – dziadka i ojca Victorii). Więc wiedzę jak i dlaczego Ameryka powstała generalnie mają. Nie jest to wiedza zbyt detaliczna i zdecydowanie nie jest krytyczna. Tu trochę ukłon wobec moich rodaków nad Wisłą: tak, mamy podobieństwa do mentalności amerykańskiej. Nie osądzam, czy są to podobieństwa chwalebne i szlachetne – ale są. Patriotyzm obu narodów jest podobny też: gorący i chłodzący się z tej gorączki w dość płytkich wodach przybrzeżnych. Ktoś by powiedział – paplania się w błotku. Nie, nie ja bynajmniej, ale ktoś by może tak powiedział, LOL.

I z tej mgły błot historyczno-mitycznych wyłania się postać Donalda Pomarańczowego. Macha sztandarem, krzyczy, straszy, grozi, rzuca tanimi i dość plugawymi żartami … i wygrywa wybory. No, bo kto takiego równego swojaka by nie polubił?

Można się pośmiać, wymieniać kolejne dowcipy polityczne. Tylko, że ten Pomarańczowy Pajac ma jedną wadę i to zasadniczą – jest dyktatorkiem, który wiele może. Mniej niż mu się wydaje, ale ciągle bardzo dużo. To mimo wszystko przywódca najsilniejszego mocarstwa świata, a już bezwzględnie jednego z dwóch-trzech takich mocarstw.

Bez sensu wyliczać wszystkie konflikty, zaostrzenia, spory na świecie, gdzie Trump może mieć silny wpływ na ich rozwiązanie lub zaognienie. Nas tu interesują głównie sprawy najgorętsze teraz: Ukraina, Izrael-Palestyna i naturalnie Polska.

Ukraina ze względów niewymagających tłumaczenia i przypominania, ma dla Polski, jej bezpieczeństwa i pozycji międzynarodowej (zwłaszcza w Europie) zasadnicze, omal egzystencjalne znaczenie.

Jedną z zasadniczych obietnic Trumpa jest doprowadzenie w krótkim czasie do zakończenia wojny rosyjsko-ukraińskiej. Zakończenia nie przez traktat pokojowy, a przez wymuszenie rozejmu i zaprzestania tzw. gorącej wojny. Oznacza to wymuszenie na obu stronach zamrożenie obecnej linii frontu i zakaz dalszych działań powiększania zdobytego lub odzyskanego terytorium. Wiązać się to musi automatycznie z rezygnacją Ukrainy z olbrzymich terenów już przez Rosje zajętych, a jednocześnie jest absolutnie nie do pomyślenia, by Putin zgodził się na pozostawienie w rękach ukraińskich Obwodu Kurskiego. Jeśli Trump myśli, że wymusi taki warunek na Putinie – byłby to dowód jego kompletnej ignorancji politycznej.

Jednym słowem powstanie Linia Demarkacyjna. Przypomniało mu się widać z czasów poprzedniej Prezydentury, kiedy z tyrana Północnej Korei chciał zrobić przyjaciela i gołąbka pokoju, że coś takiego, taki pas ziemi niczyjej istnieje między Koreą Południową i Północną. Miał być, co prawda chwilową linią rozejmu – a istnieje już siedemdziesiąt lat. Ma długość kilkudziesięciu kilometrów. W Ukrainie musiałby mieć – bagatela – setki. Oczywiście każda linia demarkacyjna musi mieć jakichś strażników, obrońców (nie mogą to być z równie oczywistych powodów żołnierze stron konfliktu). Wedle najbliższych współpracowników kampanii Pomarańczowego Pajaca takimi żołnierzami winni być wojskowi Polski, Francji, Niemiec i Wlk. Brytanii.

Nie mam wątpliwości, że Szef Sztabu Generalnego już przygotowuje w Polsce lotną Brygadę Kawalerii Lekkiej, czyli tzw. zagończyków. Zagończycy jak wiemy, mają w kampaniach na stepach ukraińskich duże doświadczenie. Anglicy słabe, więc nie wiem, co będą robić. Stać na widecie? Bo Francuzi pewnie na bidecie. Niemcy zaś przygalopują z Królewca Czarnym Pułkiem Huzarów, dumie cesarza Wilusia.  Skąd takie dumki snuję?

1) Bo nie wyobrażam sobie innej reakcji rządów i dowódców armii tych krajów na tą absurdalną propozycję-wyzwanie.

2) Bo jeśli tak by się stało, to po co w ogóle do siebie strzelać czy z łuków czy z czołgów? Bez sensu kompletnie. Lepiej od razu odgrzać pewne sugestie, ponoć sugerowane lata temu przez imperatora Putina (miało to dotyczyć Ziemi Lwowskiej wówczas), i zwyczajnie zaproponować (jeśli o ziemie ukraińskie chodzi) granice Traktatu Ryskiego. Nie trzeba się kłócić o rzeczki, zagrody i miasteczka. Przekalkować linię graniczną ze starszych map i to wszystko. Po stronie polskiej ustanowić daleko idącą autonomię dla tych ziem (językową, samorządową we wszystkich szczeblach, szkolnictwo podstawowe i średnie, szczegóły szkolnictwa wyższego ustalić na wspólnej specjalnej komisji) i zagwarantować traktatowo pełne referendum w kwestii kontynuowania lub zakończenia tej unii. Referendum takie przeprowadzić jednocześnie, ale osobno na terenach polskich i na terenach ukraińskich – by Unia mogła być kontynuowana oba referenda musiałyby za tym głosować; jeśli jedna ze stron by nie chciała kontynuacji, Unia by się automatycznie rozpadła. Bajka? Nie. Zdaniem moim dość rozsądne wyjście, zdecydowanie lepsze dla Ukrainy (gdyby alternatywą była utrata olbrzymich terenów na rzecz Rosji na wschodzie i południowym wschodzie). Taka Ukraina sfederalizowana z Polską automatycznie by była częścią i NATO i Unii Europejskiej (pewnie jakieś drobne, specyficzne dla ziem ukraińskich regulacje przejściowe byłyby niezbędne).

Dla Polski taka unia zbyt atrakcyjnym rozwiązaniem by nie była z wielu powodów. Poza jednym – gdyby zabezpieczyło to na dziesięciolecia granice Polski i Europy przed otwartą wojną z Rosją Putina. A po dziesięciu latach blask samodzierżawcy cara Putina albo by już zgasł lub poważnie zbladł.

Ot, takie tam dumanie. W polityce sprawy najprostsze są zawsze najbardziej skomplikowane. Mity i legendy-koszmary przeszłości kłębią się z olbrzymim ego polityków i przywódców.

Pan Zełenski? Myśl, że bardzo już znużył wszystkich na świecie, łącznie z masą Ukraińców w Ukrainie i milionami poza Ukrainą. W olbrzymiej części w Polsce. Gdyby było inaczej – brygady, pułki i bataliony wojsk ukraińskich nie byłyby tak przerzedzone, wyczerpane na linii frontu bez szansy na wymianę. I tak są przeładowane żołnierzem w średniej sile wieku, bez najlepszego materiału bojowego, jakim są młodzi żołnierze.

To trochę żałosne już dziś i irytujące, gdy staje przed prezydentami i premierami państw, które zaopatrują armie ukraińskie w sprzęt, trening, amunicję i olbrzymie, miliardowe pożyczki, z czapką w jednej dłoni, a drugą grozi im palcem i poucza, jak mają postępować.

– c’est fini


Izraelskie ludobójstwo i masakra Palestyńczyków już nie tylko w samej Strefie Gazy, ale we wszystkich enklawach palestyńskich leżących poza stricte sensu Strefą Gazy. Administracja Joe Bidena i jego misja nie tylko trwałego rozejmu, ale nawet domaganie się utworzenia w końcu suwerennej, niepodległej Palestyny – zawiodła, te plany i hasła sczezły wszystkie na niczym. Kompletne fiasko w każdym aspekcie. Biden uwiązany był i jest bardzo skomplikowanymi węzłami gwarantora istnienia Izraela i bezpieczeństwa pod wpływem przemożnego (liczebnie, finansowo i PR-owego) lobby. Napominanie Izraela, grożenie palcem miało takie same znaczenie i konsekwencje, jak burza w szklance wody. Byłoby śmieszne, gdyby nie było okrutne w wymiarze praktycznym.

Zbrodniarz wojenny, którym Netanjahu bez wątpienia jest, znajdzie teraz pełne poparcie u Trumpa. I nie dlatego, że są te tradycyjne gwarancje amerykańskie wobec Izraela, i nie dlatego, że Trump jest zwolennikiem i przyjacielem Żydów i Izraela. Trump jest rasistą czystej krwi, a Palestyńczyk to dla Trumpas po prostu Arab. Brudny Arab naturalnie. Tak, jak Meksykanie.

A Bibi? A Bibi ma alibi – jest dyktatorkiem czystej krwi. Trump, to prócz tych innych cech charakterologicznych już po części wymienionych – też klasyczny oportunista. Jeśli by bardziej mu się opłacało poprzeć Palestyńczyków – odstawiłby Netanjahu ‘na odstrzał’. Bez wahania. Więc mniej Panie w opiece tych, których Trump określa mianem sojuszników i partnerów. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

I to by było tyle na razie. Zbyt skomplikowane analizy tego Pomarańczowego Pajaca są kompletną stratą czasu. Bo aby analizować charakter męża stanu trzeba:

a) badać męża stanu;

b) badany musi mieć charakter.          

– c’est fini

Arabesca o Andre Ochodlo

Gdzieś w laskach pod Sopotem, sosnowych laskach na piaszczystej ziemi. Może koło Opery Leśnej, tańczę z uroczym Andre Ochodno. Tańczymy do żydowskiej melodii starej piosenki o sztetlu żydowskim w Bełzcu. Andre nuci z rozwianymi bujnymi włosami w jidysz: meine szetele Belz. Śpiewa i płacze. I ja płaczę scałowując jego łzy. Bo też mi żal strasznie i jego i tych sztetli w małych miasteczkach, tego harmideru na uliczkach z drewnianymi domkami, sklepikami, warsztatami krawców, szewców, rymarzy, sklepikami z mydłem i powidłem. Że nie ma synagog.

A może to nie było pod Sopotem, niedaleko teatru „Atelier”? Może to było nocą na uliczkach i w barach Vancouveru, gdzie go poznałem? Był młodziutki, delikatny. A ja byłem draniem. Romantycznym – ale draniem. I zamiast Andre wyciągnąłem Marka Rychtera, świetnego aktora charakterystycznego, który z Andre przyjechał na koncerty do Vancouveru.  Łaziliśmy od speluny do speluny przez całą noc, zabrałem go do świetnego baru w Royal Hotel na Granville, wówczas popularnego baru gejowskiego, gdzie były świetne koncerty wysokiej klasy queer queens parodiujących Lizę Minnelli, Marlenę Dietrich, Barbarę Streisand. Marek był zachwycony ich wysoka profesjonalnością i aktorstwem. Ktoś się do niego przystawiał, chciał kupować drinki. Śmiał się i nagle zwrócił się do mnie – dlaczego nie wziąłeś zamiast mnie Andre, mielibyście świetny czas, bo Andre jak ty jest też gejem. Spojrzałem z wyrzutem na niego: Andre jest za delikatny na takie chlanie od baru do baru. On jest subtelny, jego trzeba chronić przed łajdactwem.

A może powinienem, może Marek miał rację. Przecież nie musieliśmy łazić po barach. Zabrałbym go na długi spacer wzdłuż Zatoki Angielskiej i potem brzegami stawu na skraju Stanley Park. Może poszlibyśmy i do Parku w Alejkę Zakochanych. Może tam byśmy właśnie tańczyli smutne żydowskie tańce pod koronami tysiącletnich cedrów?  Czochrałbym palcami jego gęste włosy, opowiadał o żywej Krochmalnej w Warszawie, o uliczkach w Mińsku Mazowieckim pełnym sklepikarzy z brodami i pejsami, poprowadził ulicami dzielnicy żydowskiej w Wilnie prosto do domku mędrca Gaona. Kłamałbym, że to wszystko jest, albo wyczarowałbym, że by było naprawdę,

I o szarym świcie wracalibyśmy do domu pijani marzeniami. Objąłbym go czule ramieniem, otarł raz jeszcze smutne łzy. Ust bym nie całował, choć jakże nęciły. Może łajdakiem-zawadyjakiem byłem, ale byłem łajdakiem subtelnym, czułym. Nic prócz chwili dać mu nie mogłem, bo sam byłem zakochany po uszy w moim Chłopcu. A Andre romantyczny, smutny zasłużył na więcej niż przygodę. Więc byłem dobry, byłem spolegliwy a nie natrętny.

Sen-zjawa, spacer, którego nie było. Ale Marek miał rację. Powinienem go na ten spacer senno-nocny, magiczny zabrać. Na spacer uliczkami nieistniejącego świata, świata utraconego na zawsze. Może go jeszcze w Polsce zabiorę. Światy istniejące w wyobraźni, w marzeniach są zawsze, nie umierają, nie znikają. Warto je odwiedzać.   


post scriptum autora: tekst powyższy ma charakter specyficznej literackiej fikcji opartej w części na wydarzeniach faktycznych. Nie jest jakakolwiek próba outingu aktora Andre Ochodlo. Jest możliwe, że mi się tylko wydawało, że jest gejem, nie przypominam sobie bym go o to po prostu spytał. Jest też możliwe, że tak mogło się wydawać aktorowi Markowi Rychterowi. W moich późniejszych, po wielu latach rozmowach z Markiem Rychterem, dla którego miałem przygotować monolog (w konsekwencji tej obietnicy nie dokończyłem ze względów niezależnych ani ode mnie ani od Marka Rychtera) nigdy do tamtego spotkania ani tematu nie wracaliśmy.

Kibol

Paulino Menezes, CC BY 3.0 https://creativecommons.org/licenses/by/3.0, via Wikimedia Comm

Oglądaliśmy niedawno dziwne widowisko na ulicach angielskich miast. Wielu miast. Policja była kompletnie do tego typu igrzysk rozwydrzenia nieprzygotowana pierwszego dnia. Tłumy dyszących nienawiścią rasistów demolowały domy, całe ulice miast angielskich. Wyglądało to, jak jakiś surrealistyczny film Felliniego.

Czy to była prawdziwa Anglia? Nie i tak, niestety. To rzeki tej głośnej, groźnej i wojowniczej fali populizmu, która zalała Europę i Północna Amerykę. Popłuczyny faszyzmu, anty-elitaryzmu zawsze istniejącego w środowiskach nieudaczników, niewykształconych arogantów i ignorantów własnej historii. To jest też efekt pierwszej prezydentury Donalda Trumpa i jego obecnej kampanii wyborczej. Na samym końcu – to efekt bardzo sprawnej kampanii propagandowej, fejkniusów i zwykłego ordynarnego kłamstwa rosyjskiej kadry politycznej. Ale nie można tego po prostu wytłumaczyć ideologią, nawet ideologią zła. To jest też zwykła ordynarna łobuzerka rozwydrzonego kibola. Tak – kibola. Tego wrzeszczącego na współczesnych widowiskach rzymskiego Colosseum kibola, wyrywającego deski z ławek stadionowych, który chce piwska i rzuca potem butelkami po tym piwsku w kierunku zawodników przeciwnej drużyny. To widok zwykłego chama, który korzystając z wolności liberalnej demokracji – okłada tą demokrację pięściami i kopniakami. Na meczach w Krakowie, w Warszawie i na meczach w Nottingham.

Znam tego kibola. Widziałem tych chamów i ich zachowanie. Nad ranem zachlanych, zaszczanych, zarzyganych i zasranych. Widziałem ich przewracających się i tarzających w tej swojej śmierdzącej kloace, w posoce.

Nie w tym roku, kilka lat wcześniej. Był 2018, moja ostatnia podróż z Kanady do Polski. Specjalnie tak ułożyłem loty by mieć cały dzień, wieczór i noc w moim ulubionym Amsterdamie, który kocham i odwiedzałem wielokrotnie. Uwielbiam łazić tymi wąskimi uliczkami zaczynającymi się zaraz za pierwszą pętlą tramwajową koło Dworca Głównego. I tak było tym razem: wzdłuż tych okien Muzeum z dziełami sztuki flamandzkiej, gdzie czekałem czy aby któryś z tych mieszczan nie wylezie w swoim berecie z ram obrazów Rembrandta, potem spacer na kanałem obok, w tej dziwnej mini-dzielnicy żywych wystaw ‘pań rozkoszy’, zaraz dwa kroki od kamienicy, w której pisała swoje pamiętniki Ann Frank.

Nie chciałem tracić nocy w hotelu, bo odlot miałem wcześnie rano, więc przełaziłem i noc. Późnym wieczorem zaszedłem do znajomej restauracji-klubu. Właściciel był nadzwyczaj sympatyczny, rozgadaliśmy się i on poszedł do kuchni zamówić jakiś specjalnie dla mnie posiłek. Dowiedziawszy się, że rano mam odlot … zaproponował spędzenie krótkiej nocy nie w tym klubie a u niego. Nietrudno było się domyśleć, że noc pewnie miała być bezsenna i tak, LOL. Najgorsze, że był mężczyzną przystojnym, atrakcyjnym – niestety. I co tu dużo gadać, połechtało to moją próżność. Skłamałem, że na chwilę muszę obok gdzieś wyskoczyć – i zwiałem, jak tchórz. Mężczyźnie w moim wieku nie przystoi zachowywać się, jak sztubak. Niestety, tak się zachowałem i zamiast po prostu podziękować i odmówić – zwiałem. Idąc wąskimi uliczkami, które w środku nocy wyglądają jednak inaczej – straciłem orientację i gdzie nie skręciłem widziałem, że idę w rewiry mi obce i dalsze od dworca. Zawróciłem i chyba we właściwą stronę, bo znowu sporo było nocnych barów z bardzo głośną klientelą młodych ludzi wrzeszczących na całe gardło z charakterystycznym brytyjskim akcentem. W zasadzie te wrzaski-rozmowy ograniczały się do tych samych regularnie 3-5 słów. W niczym bogactwa literatury angielskiej nie zawierających. Kilka razy ‘zwracano się’ do mnie. Czasem zapraszająco, czasem czymś w rodzaju polskiego ‘co się gapisz głupi h-u’ lub podobnie. Bezsensowne podejmowanie rozmowy lub rozbicie łba jakimś wolnym krzesełkiem nie byłoby dobrym pomysłem, bo jednak byłem sam a oni w grupie. Pomijając fakt, że wiekowo mogli być moimi synami. Nie ma nic gorszego niż na trzeźwo mijać co krok pijanych pętaków zaczepiających cię, bez znaczenia czy wrogo, czy koleżeńsko. Znałem Amsterdam, znałem jego nocne życie, ale tak głośno, wulgarnie nie wewnątrz klubu a na ulicy nie pamiętałem. Coś się zmieniło. Postanowiłem przejść spokojniejszymi uliczkami w kierunku dużego charakterystycznego hotelu Krasnapolsky do znajomych okolic, zajść na szklaneczkę piwa w znajomym klubie i iść na dworzec wcześnie rano by podjechać do lotniska. Zobaczyłem z daleka starszego pana w eleganckim wieczorowym garniturze, z laseczką (nie, to nie było moje odbicie w szybie wystawowej, LOL). Podszedłem i spytałem po angielsku, jak najłatwiej dojść do hotelu Krasnapolsky. Spojrzał na mnie z niesmakiem i powiedział: tak, przyjeżdżacie tu z Londynu tylko żeby pić i robić awantury, a potem do hotelu i rano z powrotem na wyspę. A żeby choć spytać, gdzie jest nasz Pałac Królewski, aby choć zobaczyć, jak pięknie wygląda i gdzie nasza królowa mieszka. Nie – tylko gdzie hotel lub bar. Byłem zaskoczony jego zdenerwowaniem i obcesowością. Odpowiedziałem tylko, że nie jestem z Londynu, a z Kanady i po prostu trochę się zagubiłem. Pan natychmiast się zmienił i przeprosił za zdenerwowanie, zaoferował, że kawałek podprowadzi. Wyjaśnił też, że są już (mieszkańcy Amsterdamu) zmęczeni tymi najazdami hord młodych Brytyjczyków każdego weekendu, burdami, wrzaskami i awanturami. A już nie daj Boże mecz piłki nożnej, bo to dzień sądny. I przeklina ten tunel pod kanałem La Manche, bo samolotami tylu by ich nie zjeżdżało tu. Podprowadził mnie pod sam hotel i pożegnał się życząc dobrej nocy. Poszedłem do tego znajomego baru, wypiłem piwko i skierowałem się do dworca. Już na schodach od ulicy siedziały grupki pijanych brytyjskich kiboli. Niektórym towarzyszyły równie zalane dziewczyny, ale głównie chłopcy. O mało się nie wywróciłem wdeptując na zalany wymiotami stopień schodów. Na peronach było gorzej, wymiotowali i sikali, gdzie stali. Tyle, że już nie byli tak głośni. Byli zmęczeni i powoli zaczynał dokuczać chyba kac. Ale wyglądało to jak scena z jakiejś remizy strażackiej czterdzieści lat temu w jakiejś zabitej dechami wiosce w Peerelu tyle, że wyolbrzymiona karykaturalnie, a nie z dworca w centrum dużego miasta europejskiego. Cuchnęło strasznie. W pewnym momencie zobaczyłem kogoś, kto wyglądał na pracownika dworca. Podszedłem i spytałem, dlaczego nie zawiadomią policji. Wzruszył ramionami i powiedział – nasza policja nie ma tylu cel, a te co ma już są zapełnione ich kolegami. Po pierwszym pociągu zmyją perony maszynami i ulicę przed dworcem. Był zrezygnowany i niechętny na rozmowę. Odetchnąłem z ulgą, jak wysiadłem na lotnisku.

Tak, nazywajcie ich jak w danej chwili wygodniej lub pasuje. Ja ich nazywam wszystkich kibolami. Są w każdym kraju, choć Anglia dochowała się wyjątkowo wielu. Jak jest wygodniej politycznie nazywa się ich rasistami, faszystami, populistami. Bzdura – to zwykłe chamy szukające okazji do rozróby. Naturalnie, że nienawidzą (w Europie i Ameryce Południowej) kolorowych emigrantów. Bo ci emigranci pracują, kupują tanie domki i je remontują, są dużo lepiej wykształceni niż ci kibole, są grzeczni. Ci, którzy są uchodźcami to biedacy bez niczego, z krajów wojny lub przerażającej nędzy. Ci nie są wykształceni i dostają rządową skromną zapomogę, ale są grzeczni, trochę wystraszeni. Podejmę każdą pracę i za uciułane pieniądze wykształcą swoje dzieci na doktorów, inżynierów, bankierów, biznesmenów. Aby nigdy nie musiały przechodzić takich upokorzeń, jak ich rodzice. ‘Kibole’ ich za to właśnie nienawidzą. Za to, że nie chlają jak oni w pubach, że mogą swoje nieudacznictwo i niższość usprawiedliwiać właśnie tymi emigrantami, którzy żyją z ich podatków (mimo, że ‘kibole’ podatków płacą bardzo mało, bo nigdy żadnym sukcesem profesjonalnym nie mogą się pochwalić). Jeśli potem jakaś ładna Polka czy Angielka zakocha się i wyjdzie za mąż za przystojnego kolorowego lekarza lub prawnika zamiast za takiego kibola po szkole średniej – to naturalnie podstawa do oskarżenia, że kradną im ich dziewczyny. Mimo, że te dziewczyny nigdy by za takiego prostaka kibola i tak nie wyszły.

Faszyści, narodowcy? Tak, oni lubią, jak ich się tak nazywa. To daje im pewnej politycznej powagi, znaczenia. A ile pism twórcy polskiego ruchu narodowościowego przeczytali? Które z dzieł prof. Ledóchowskiego (nota bene autentycznego obrzydliwego faszysty)? Żadnego, nic. Zilch. Może co niektórzy znają kilka haseł obracających się stale gdzieś na fejsbuku, w telewizji – ale to wszystko. Ich dziewiczego mózgu nie zepsuł gram myślenia krytycznego, niezależnego. Wszystko dziewice orleańskie, psiakość.

Pamiętacie bardzo niedawne, za czasów władzy Karła z Nowogrodzkiej, Marsze Niepodległości Mostem Poniatowskiego w Warszawie? Te szturmówki biało-czerwone w dymach petard, te dzikie wrzaski? I tą bezradną policję. Jeśli gdzieś ta policja usiłowała się im przeciwstawić to właśnie te szturmówki zamieniały się błyskawicznie w groźne narzędzia walk ulicznych. Pamiętacie polowania tych bojówkarzy na młodych chłopaków, którzy ośmielili się Niepodległość świętować wolnością osobistą, zróżnicowaniem postaw, orientacji, kolorów skóry? Pamiętacie, jak spalono piękną tęcze na Placu Zbawiciela? Czuli się zresztą wówczas autentycznie bezkarni. Prokuratura Ziobry ich ścigać nie miała zamiaru – przeciwnie, wspierać, gdzie mogła. W imię ‘wolności zgromadzeń’. Zresztą ten pochód nienawiści prawie prowadził w czołówce sam pan Prezydent Najjaśniejszej ze świtą, Duda niejaki.

Pamiętacie groźne szeregi bojówkarzy Młodzieży Wszechpolskiej w mundurach, z wielkimi flagami maszerujące zdyscyplinowanym szeregiem wprost do głównej nawy kościelnej w Częstochowie? Takie same szeregi, które biły oficjalnie kijami na ulicy w Białymstoku skromny Marsz Równości. Wyglądali zachowywali się, jak Komando Hitlerjungen. Potem, na progu Katedry w Białymstoku, wracających wprost z tej ciężkiej roboty bicia i kopania dziewczyn i chłopaków z tego Marszu Równości – witał ich błogosławieństwem i zapraszał na mszę gospodarz tej katedry. Ci zorganizowani bojówkarze, umundurowani to raczej bardziej świadomi swego celu autentycznie faszyści. W dużej części wywodzący się z tych ordynarnych środowisk kibolskich. Zdecydowanie to nie członkowie jakiejś Wszechpolskiej korporacji studenckiej. Ich uniwersytety to knajpy i burdy.

Łatwo zapominamy. Bo tak wygodniej chodzić na spacery po ulicach w mieście, przechodzić obok tych świątyń, mijać sąsiadów, których dzieci w tych bojówkach brały udział.

To ci sami mentalnie, którzy dokonali takich szokujących awantur ledwie kilka dni temu w Wielkiej Brytanii. Ci sami, którzy sikali i rzygali na peronach dworca w Amsterdamie.

Następnym razem, gdy pan Braun będzie wam banialuki prawił o wonności osobistej (przy pełnym zakazie aborcji, tępieniu ‘różowej zarazy’ i oficjalnym ogłoszeniu Jezusa Królem Polski) – pomyślcie o tym wszystkim. Bo to z tej samej beczki dziegciu się wylewa. Też tej, z której popija pan Bosak starając się wywiadach telewizyjnych i prasowych pokazać twarz umiarkowanego prawicowca europejskiego. Gdyby jednak zastanowić się głębiej, to ten obsrany kibol brytyjski i polski na Poniatowszczaku i ci wybrani do parlamentów politycy ultraprawicowi tworzą tą samą dużą rodzinę, coś w rodzaju rozgałęzionego rodu. Jedni to nieucy, chamy i rozrabiacze uliczni, a drudzy wykształceni na uczelniach, wybierani przez wyborców do parlamentów. Ale są wszyscy kuzynami, spokrewnieni jednymi i tymi samymi genami. Mogą się nie spotykać na rodzinnych obiadach niedzielnych, ale wspierają się. Parafianie tego samego księdza proboszcza.

Gombro – rozmowy o literaturze

Jakiś czas temu publikowałem tu cykl artykułów o poezji polskiej powstającej poza granicami kraju. Ostatnie z tego cyklu dwa artykuły tyczyły poezji polskiej w latach już po ‘naturalnej śmierci’ podziału tej literatury na krajową i emigracyjną.

Przypomniała mi ten cykl i zagadnienia niedawna rozmowa moja z dr. Piotrem Sadzikiem, młodym a szalenie zdolnym docencie Uniwersytetu Warszawskiego, badaczem właśnie literatury. Zaczęliśmy mówiąc o mojej nowej ‘wersji’ średniowiecznego słynnego hymnu Des irae, sięgającego tradycją do wczesnych Ksiąg żydowskiej Tory. Mój (też tercyną spisany,LOL) hymn był jednak nie hymnem strasznej apokaliptycznej śmierci (zaraz Dostojewski na myśl przychodzi ze „Zbrodnią i karą”), a przeciwnie – wyzwoleniem i złączeniem przez Miłość. Ale jakoś tak mimowolnie zeszliśmy na temat dwóch postaci – za sprawą jakiejś analogii Piotra Sadzika – ze współczesnej epoki literatury: Konstantego Jeleńskiego i Witolda Gombrowicza. Więc ten Konstanty (Kot) Jeleński z Paryża i Witold Gombrowicz z Buenos Aires.   Nie powtarzajcie tego głośno, ale Gombrowicz to po prostu idée fixe Sadzika. Mówiąc po polsku: jest nim zafiksowany lub ma na jego punkcie bzika. Nie wypada o naukowcu tak mówić?  OK, to powiem bardziej elegancko – jest pod olbrzymim wpływem twórczości Gombrowicza (w zasadzie w rozmowie używa formy ‘Gombro’, co mi się podoba, LOL, bo tym samym usuwa te nawały brązu, narzucone na tego wspaniałego pisarza) i kopalnią wiedzy o nim. A Jeleński?  No cóż, odpowiem tak: jak można w ogóle mówić o Gombrowiczu nie wspominając Jeleńskiego?

Jeleński był ambasadorem kultury polskiej par excellence w Europie. A w Paryżu bezwzględnie, eurydytą pierwszej kategorii. W czasach szarzyzny i ugoru PRL.  A biedny Gombrowicz siedzący daleko za Atlantykiem miał wielkie problemy ze zrozumieniem w środowisku emigracyjnym, zwłaszcza z jego centrum w Londynie (u Grydzewskiego z jego „Wiadomościami’ niestety też) – bo cała Emigracja żyła tylko walką, patriotyzmem i wojną z komuną. A tu ten cholerny Gombrowicz, pisarz i dramatopisarz przecież dobry ze świetności Międzywojennej – upiera się z tym dziwnym ‘Transatlantykiem’. Jakieś aluzję, jakieś ironie, szyderstwa może nawet! Kto ma czas na takie zabawy literackie? Teraz, gdy trzeba szablę w dłoń i bolszewika goń, goń, goń! No, ale to był Polski Londyn, a Polski Paryż to już nie to samo. Polski Paryż, panie dzieju, to właśnie i Kot Jeleński, i wysoki do nieba Czapski i ta cała ich „Kultura” z Giedroyciem.

w Paryżu, widok na Sorbonę, 1986

Jako że byłem we wczesnych latach 80. w gościnie u Kota Jeleńskiego w Paryżu – to na te tematy nam się zeszło mimochodem. Bezpośrednio z tego Des irae, LOL. Nie pytajcie o logikę, nie mam czasu tak długo tłumaczyć.

Dlaczego o tym wspominam? Otóż mam po cichu własną teorię pewnych wyczuleń, pewnego rozumienia ludzi i ich aury. Kot Jeleński i Witold Gombrowicz, a i wspomniany Józef Czapski byli biseksualni lub po prostu gejami. Czy to ma znaczenie? Zdaniem moim ma. Następuje pewna nić porozumienia się, nawet bez słów. Nie, niekoniecznie oczekiwanie romansu lub przygody. Tu chodzi o emanowanie empatii, o mówienie zachowaniem: ja wiem i rozumiem. Jest to też rozumienie głodu miłości.  Miłości, która ciągle, jak za czasów Wilde’a, nie miała imienia. To okres lat 40tych, 50tych i 60tych (Gombrowicz zmarł w 1969). To był inny świat i inny sposób funkcjonowania w świecie zewnętrznym. Nie ma znaczenia, że kogoś własne, prywatne środowisko było bardziej otwarte, tolerancyjne. Świat nie był. I panował właśnie ten głód miłości. Ten głód spaceru ulicami trzymając się za rękę, pocałunku na ławce w parku. Nie rozumieją tego nawet młodsi gejowie, urodzeni powiedzmy już w późnych latach 70 lub 80. Ich świat nie jest światem Gombrowicza czy Kota Jeleńskiego. Nie jest nawet moim światem.

Czy jest możliwe, że Jeleński czuł pewną wewnętrzna chęć wsparcie Gombrowicza abstrahując nawet od uznania jego talentu pisarskiego?  Jest, absolutnie. Jeleński był szalenie inteligentnym człowiekiem. Rzekłbym – błyskotliwie inteligentnym  Ale jego pochodzenie i pewna klasa środowiska, z którego się wywodził nigdy mu tej inteligencji nie pozwalała używać w sposób arogancki lub nonszalancki. Gombrowicza talent mógł ocenić chłodno, bez emocjonalnego kolorytu. Ale z czysto człowieczego punktu widzenia jest bardzo możliwe, że miał wobec niego taką właśnie ciepłą potrzebę wsparcia, pomożenia, otworzenia drzwi.

To moje na ten temat dygresje, dysertacji robić nie będę. Ale badacze biografii i twórczości winni ten delikatny szczegół brać pod uwagę, jeśli chcą sedna pewnych zachowań lub wydarzeń dotknąć. Gombrowicz miał talent nie dlatego, że był bi czy gejem. Ale dlatego, że był pewne rzeczy widział w innym trochę świetle. Dostrzegał cienie tam, gdzie inni tylko światło oślepiające lub tylko nieprzenikalną czerń.

Ot, czasem niespodziewane refleksje po kulturalnej rozmowie z kimś sympatycznym nachodzą nas z wieczora i (też czasem, nie zawsze) warto je potem spisać.

   

The unsung Hero of Warsaw Uprising of 1944

August 1, 2024 – one of European capital cities stands still. At the prescribed hour (in that city called “The Hour W”) the sirens gave loud signal, and everything stopped: the cars, the transit, people on the streets, even in stores. The letter “W” contains two words: Warsaw and Fight (Warszawa and Walka). Yest, that city is Warsaw, capital of Poland. Happens to be also my city, the city of my most formative years – my youth.

What happened? Why? Did Warsaw pick up arms and went to war? No, of course it did not. Warsaw remembered. The entire country remembered. All major capitals of Europe remembered, too. The President of Germany came to Warsaw to remember, and to offered sincere apology and asked for forgiveness. The entire Diplomatic Corp in Warsaw took part in that event. I assumed the Canadian Embassy, also did. It is hard to say because not a single major newspaper or major TV Network in Canada did even mention it during their news. Really? This was not a news for Canadian CBC or CTV?  While giving us typical news of the day, little stories of this and that. But nothing of major event in major capital of Europe? Shame on CBC and on CTV, shame on ‘Globe and Mail”, ‘Toronto Star’ ‘Winnipeg Press”, ‘Montreal Gazette’ and others.

August 1, 1944. Eighty years ago.

After five long years of bloody terror of Nazi occupation, young men and women of Warsaw area hoped to take revenge on the occupiers, to exact a price for their daily executions, for the annihilation of Jewish ghetto, for years of indignity and suffering.

On the Eastern Front the Soviet Army was marching and bringing new form of occupation and territorial Anschluss of entire Eastern Poland. On the Western and Southern front, the US, the Brits and Polish armies with major help from Canadian divisions were liberating Italy, France, Belgium and Holland.  But the progress on the Western Front was slower than the advances of the Soviets. Originally the main puch of the armies of the West was going to be through the Balkans – making it a faster and better route. But Stalin demanded that their aim should concentrate of the Western, not southern advance. Through Normandy. He wanted to secure Poland as the future satellite of Soviet empire. Stalin knew that if these armies with Polish soldiers under the command of general Anders and Sosnkowski would enter Poland – the entire nation would stood with them and fight the Soviets. Churchill and Roosevelt capitulated and gave Stalin what he wanted.

Polish Government in London and the Polish Underground Home Army (AK) in Poland were hoping – against visible signs that it will not happen – that it will be able to use massive air bombardments of German forces in Poland, even sent to Warsaw Polish Airborne Brigade1 and aid the Warsaw fighters. Therefore, plans have been prepared for the underground forces in Warsaw to plan for the Uprising.

When it become clear that none of the help would come – it was too late to stop the young men and women, that preparation went too far, the original victorious propaganda worked and people believed that victory and revenge was possible. At the end – the Polish Commander-in-Chief in London gave the underground commanders in Warsaw advice that they must make that decision themselves. To try to postpone the” W” hour, if possible, but otherwise it would be their decision. But things were too advanced, young people were ready and eager. A noticeable movement of people, armaments in days prior to the uprising did not go unnoticed by the German army intelligence and the SS. They started making preventive arrests, searches for arms and people.   In the meantime, the Soviet armies were gathering right outside of Warsaw and Poles did not want to change the Nazi occupation to Soviet occupation. Young people of Warsaw believed it was now or never. They wanted to establish rightful representatives of legal Polish Government and welcome the Soviets not to occupied Warsaw, but free democratic Warsaw with legal local governments and councils under the auspices of the legal Government and Polish Constitution.

On August 1. 1944, it started at 5 PM. It lasted two months. Lack of arms was the decisive factor in their inability to overcome massive German garrison in Warsaw, heavy bombardment by air, artillery. The unheard-of heroism of the freedom fighters and entire population couldn’t change the reality. The result was the total and meticulously planned full and complete destruction of the entire city. Street by street, district by district.  Whoever survived in the ruins were marched in columns out of the city.

Each one of the people who survived went through hell and deserves undying respect for their heroism. Now, eighty years later there are only a handful of them still alive.

I remember from my childhood, youth and early adulthood many of them. Back in Poland and those I met later in the Polish diaspora in England, Italy and Canada. They were my dear friends and I miss them a lot. Our talks, their stories. Remember by heart their poems of that time, sung their songs. My every visit in Poland includes my solitary (or with the youngest family) visits to special places on Warsaw streets, with special monuments (mostly the familiar little plaques or cement tableaus on buildings of people, who died there: poets, high ranking commanders, places od famous street battles or name of battalions and formations).

In the Wola District there are three places I’m thinking of right now: the Museum of the Warsaw Uprising; a little cemetery of Reformed Evangelical Church, and small two bedroom apartment on Szpitalna Street 1 in the center of Warsaw.  It is all connected to one very special person, very special to my heart. A small but always very fast-moving frame of an older woman. My aunt. Professor of Pediatrics (or, as she called herself ‘children’s doctor) Zofia Lejmbach. My Hero of the Uprising. True unsung hero.

Here is my story of that small-framed woman.

Must go back to the beginning of 1970ies: I am just entering my early teens, still before my high school. Don’t remember where exactly I met her the first time, at what family gathering. But I remember the years when I started visiting her on my own. Usually it had to do with either evening concert in the Warsaw Philharmonic (a short walking distance to Szpitalna Street) or theater performance in Atheneum Theater, or Polski Theater or Dramatyczny – all close to that apartment. At that time I lived with my parent in a small town about an hour’s drive by train from Warsaw. Neithe they nor myself wanted to travel on that train by night. Could stay with my grandma, who lived lived in Mokotów District. My excuse was that Mokotów is o far away from the center of Warsaw. So, Aunt Zofia volunteered that I should come and stay overnight with her anytime I want to. And I did. I loved it.

She always made sure I had a nice supper and breakfast in the morning but no fuss whatsoever. Supper and breakfast were when we talked. Otherwise, she was busy writing, studying books that were lying everywhere: on her desk, on shelves, on the floor.  Often there would be visits from some young doctors from the clinic asking for some advice or tutoring.  Once a week there was an elderly elegant woman, Auntie welcomed her cordially, asked me not to disturb them and that women would go to Auntie study and door would be closed. Once I asked her about the visits and she told me that she is an older French language teacher on a very meager pension and under the pretext that Auntie needs conversational lessons in French – she helps her to maintain financial stability and dignity. Soon, I started to suspect that they were simply old lovers, and the French lessons was just an excuse. Zofia spoke perfect French; I heard her many times over the phone using it.  Maybe I was wrong, but maybe not. But she was after all a single woman. Was her entire life. Both of her sisters married, had children and grandchildren. She never did. She gave me once some feeble romantic story from Kiev just before the Bolshevik revolution where she fell in love and her lover drowned in the ‘porohy of Dniepr’ (a fast running water with natural steps-falls in the bed of the river creating deep pools of whirling water). Maybe. It was a bit too bookish for me, at that time it was already over sixty years old story. But also – maybe down deep Aunt was very romantic. After all, she was from the old times, when stories like that were not out of sort. And she didn’t need a man to secure her material existence – she was well paid and renowned doctor.  On the other hand, Zofia’s demeanor was sort of of … manly? As we would say today  – lesbianish, LOL? I think so.  As I grew older I think she suspected that I was from the ‘other Parish’, too. But it was different time – no one talked about things like that. Not in family gatherings with the youngsters being present, Heavens forbid! 

My mind takes me back to that room I often occupied on Szpitalna 1. I was left to myself in that guest room, where I had an entire library full of amazing books. No idle talks.  If I went to grandma’s, I would have to devote all my time to her and we would talk all the time, nonstop. Sometimes it was OK – sometimes I just wanted to scream. With Aunt Zofia none of that applied. If I had a question about some of the books (there were a lot of non-literary titles) – I would ask her, and she would almost always reply: I am too busy right now but please come back in two- or three-days’ time and we will talk about it. Sure enough – at that time when I did, she had another two or three books that she suggested I should use as a reference and had her own short talk that explained the subject to me in a language more to my age and knowledge. Some of the books I started reading were seriously above my level. But never ever have I heard her saying the famous and dismissive: my dear, you are too young to understand it, it is not a book for you. I was a young adult, not a child. At least that was how she related to me. That was my Aunt I remembered personally and fondly.

But there was another Zofia Lejmbach I have learnt about later, from other family members and mostly from books and documents much later. She never talked about herself unless absolutely forced.

Zofia Lejmbach was born in 1901 in Minsk in Belarus (at that time all these territories of Lithuania, Belarus and Western Ukraine were part of an old Polish Commonwealth). My grandma’s mom and Zofia’s mom were sisters. In her early youth she was a member of Polish independence movement POW (Polish Military Organization) leading to the I world war. The front of that war found her in Kiev, where she was taking some nursing courses and tended to wounded soldiers coming from the battles. After the war she went to Warsaw and graduated from the Medical Faculty of Warsaw University. Later she worked in hospitals in Warsaw, Poznan, Paris, Rome and Strasbourg.   When she came back to Warsaw she decided to specialize in pediatrics and work closely in the famous Hospital Karola and Marii in Wola District under the tutelage of famous pediatrician, professor Władysław Szenajch – father of Polish pediatrics. She remained with that hospital her entire long life.  Including the years of German occupation and Warsaw Uprising. But of that later.

Part of the hospital became later (after the 2 world war) Działdowska Street Clinic for Sick Children, where for decades she was a Clinical Director. She was professor and pro-rector of the Warsaw Medical Academy in the 1960ties.

During the 2 world war she stayed in Warsaw with her hospital in Wola. Of course, early on she joined the Polish underground network of the Home Army (AK). Having not only high medical credentials but also military career during I world war, the Headquarters made her a Chief Sanitary Inspector for the District of Warsaw (that involved towns and villages near the capital) and during the Uprising – the Chief Sanitary Inspector of Warsaw proper. The Wola District was in a way the last stronghold of the Uprising and some of the bloodiest street battles took place there (of course apart from the worst and most gruesome fighting in the Old Town and the underground canals of Center Warsaw).

Prior to the start of the Uprising, she organized through Warsaw a string of small hospitals devoted to expected wounded fighters and the civilian population. She herself remained through the Uprising in the Wola District in the Hospital Karola and Marii. They were overwhelmed with heavy casualties, run out of medical supplies. The hospital itself was used as a target of German shelling and machinegun fire. Zofia Lejmbach was wounded herself but refused to step down from her position and tended to the wounded.  After receiving information that the Germans were executing wounded fighters found in other hospitals, she decided to evacuate the hospital and all the patients. But it was 1944 in Warsaw, not at the front lines of opposing armies with transportation and order. There was no available cars or anything. She scoured the neighborhood and commandeered a single horse drawn carriage and loaded it to the brim with all her wounded patients. All the streets were in flames and Zofia was wounded herself in her arm. She had a plan. Her father, also a medical doctor, had a manor in Skorosie, not far away from Wola and Warsaw. She knew the local roads.  Through the hellish streets of Warsaw, she led the carriage to the manor and saved all her patients. Not even one was killed. Later she learnt about the massacres the German and their allied right-wing Kamniski RONA Brigade2 perpetrated. The sheer barbarity and cruelty of the RONA soldiers shocked even the German SS Waffen. RONA Brigade consisted of Russian fascists.

And my mind takes again to that small room on Szpitalna Street no. 1. I am, let’s say 13 years old.  Just finished reading famous book by Bronislaw Malinowski3, whose voyages to Australia and Oceania and Micronesia in the early XX century gave birth to modern anthropology, understanding of sexuality; he was doctor honoris causa of Harvard and professor at Yale University. His books – at that time – caused shock and havoc among scientists and among educated classes.   Well, they did that time in my head – I was a 13-year-old boy! And it was 1970ties, not 2017, LOL. It was a different world. Aunt Zofia knock on the door to the room, I invite her, she smiles politely and says matter-of-fact: I noticed you are reading Malinowski’s book. Excellent choice.  My face becomes instantly red and I mumble something, putting that book away. She pays no attention to my discomfort and adds: good, it is a very important book. If you don’t mind, I can find you something more modern and maybe clearer on these subjects. But do continue reading him, he was such an excellent writer. Do you want me to make you a lemon tea? She closes the door quietly and goes to the kitchen. Wasn’t she a wonderful aunt for a young fellow like me? Again – I was a young adult, not a child. How I appreciated that. And how upset and revolted my old dear grandma would have been with her cousin, LOL.  

Zofia Lejmbach died in September 1995 in Warsaw. She was 94 years old. Her last few years were difficult as she fell down a ladder getting some books from a shelf and broke her hip.  She lived alone all her life after the war. But managed to crawl to the phone on the wall and call for help.  I left Poland in 1981 but kept in touch with her by way of letters. After the collapse of the Soviet system in Poland – things were very bad materially. Poland was broken by economic disaster of the system. Shelves were empty, no supplies of anything. That included medical institutions and the health system. With my friend I organized in Calgary some basic medical supplies, specifically for surgeries and for children’s health from the 3M Corporation. We packed everything in two large parcels and sent it off to Aunt Zofia. She was very thankful and told me how happy her working colleagues were at the clinic. Well, they all were her ‘children’.  

In the red brick building on Obozowa Street in Warsaw Wola there is a huge Museum of the Warsaw Uprising. As you go from the Main Floor exhibition, using a large iron staircase there is a huge picture of young women running through the street during the Uprising. They all have the armbands of the Uprising. Zofia Lejmbach, their comandante, is the second from the front.

A little bit further, toward the Gdanski Train Station, on Żytnia Street is a small cemetery of the Protestant Reformed Church in Poland. Zofia Lejmbach and her family came from that old, historical  branch of the Protestant religion in the eastern borderlands (Kresy) of old Polish Commonwealth. Doesn’t matter of fact she was the very first woman in Poland that rosed to the top rank in that Church – the President of the General Consistory.  And that’s were, on that tiny cemetery, she was buried, in the same grave as her father, and her sister Natalia Wiśnicka. Her other sister, Irena Zakrzewska is buried ‘next door’, on much larger Protestant Augsburg Cemetery on Mlynarska Street.

Both of her sisters – Irena Zakrzewska (very distinguished and elegant older lady, who lived on Madaliński Street in a small bachelor connected to larger apartment of her son, Polish painter Leszek Zakrzewski, his wife and daughter) and Natalia Wiśnicka (lived on Krasicki Street in Żoliborz District) were also serving in Women Service battalions during the Uprising of 1944.

This is my story of a true hero of Warsaw Uprising. My Aunt Zofia Lejmbach. Freedom and independence fighter.


  1. https://en.wikipedia.org/wiki/1st_Independent_Parachute_Brigade_(Poland)
  2. https://en.wikipedia.org/wiki/Kaminski_Brigade
  3. https://en.wikipedia.org/wiki/Bronis%C5%82aw_Malinowski

Niebezpieczne czasy

Prawda, że dziwna wyliczanka? Dwóch nazwisk mogłoby tu nie być, bo Trudeau i Poillievre wpływu większego ni znaczenia w temacie zasadniczym nie mają i mieć nie będą (choć byliby aktorami i uczestnikami politycznymi, tylko że w trzecim, powiedzmy, rzędzie). Ale koszula ciału bliższa … .

O jakim wydarzeniach więc mówię? O wojnie w Europie, która jak każda wojna ogólno-europejska od czasów wielkiej wojny francusko-hiszpańsko-angielskiej o sukcesję – zawsze decydowały o wojnie lub pokoju całego Nowego Świata, czyli kontynentu dzisiejszych USA, Kanady i Meksyku. Czyli całego Zachodniego Świata. Czyli wielkie konflikty całej cywilizacji okcydentalnej, a od czasów 2 wojny – też cywilizacji orientalnej. Słowem – Europa nauczyła się podpalać cały świat.

No ale dość tej zabawy w terminologię antropologiczno-historyczną i czasy wojen wielkich dynastii. Z tych dynastii ostała się dziś tylko jedna – właśnie ta, o losy której zaczął tą wojnę o Sukcesję Ludwik Słońce: dynastia Burbonów, która (po krótkiej przerwie dyktatury Franco) do dziś panuje w Hiszpanii. Gdyby Ludwik francuski przebudził się, to by z zadowoleniem potwierdził, że jego słońce nigdy nie zgasło. Nie ma dynastii angielskiej z tamtych czasów, nie ma ani jednego panującego Habsburga, choć są ciągle panujący w Niderlandach (Holandia) kontynuatorzy linii Orańskiej-Nassau.

          Temat zasadniczy więc to, pytanie czy będzie wojna na skalę europejską? Nie musi być. Ale jest to realne w kilku wariantach. Przede wszystkim wojny rosyjsko-ukraińskiej nie może wygrać Rosja. Czytelnik wzrusza tu ramionami – ależ autor tego tekstu nowość nam powiedział. Wszyscy o tym wiemy, to rozumiemy i dlatego wszyscy Ukrainy nie pozostawimy samej i tak jak wspieraliśmy, tak dalej wspierać wszyscy będziemy. Wspieramy, prawda. Do jakiego czasu? Aż jej faktycznie zabraknie żołnierzy? Tak, tego okrutnie, ale adekwatnie używanego terminu: mięsa armatniego. Bo zasoby ludzkie Ukrainy są ograniczone, dużo bardziej niż te zasoby po stronie rosyjskiej. Ani jej nie uzbrajamy na tego typu wojnę (która dałaby jej szansę na wypchnięcie Rosji, poza oryginalne granice ukraińskie sprzed najazdu rosyjskiego) ani dużo bardziej możemy bez zbytniego osłabienia wojsk własnych i ich zasobów. Wszystkim zaczyna brakować takiej głupiej i prostej rzeczy, jak … naboi i prochu do tych naboi. Bez względu czy to naboje do ręcznego karabinu maszynowego czy ‘naboje’ pocisków rakietowych, artylerii, czołgów i innych pojazdów opancerzonych. Brakuje też naboi dla samolotów. Z czasem, mogą się też – mimo wszystko – zmienić postawy samych Ukraińców (zwłaszcza, że spora ich część ma jeśli nie pełne to częściowe pochodzenie rosyjskie). Straty w ludności cywilnej – zwłaszcza w porównaniu do niewyobrażalnego ludobójstwa ludności palestyńskiej w Strefie Gazy – nie są olbrzymie, są jednak wystarczająco uciążliwe i dotkliwe. Gospodarka rosyjska już się przestawiła na gospodarkę stanu wojennego. Europejska jeszcze jest od tego daleko. I nie tylko, że nie chce, ale w demokracjach przestawić państwo na gospodarkę wojenną w czasie, gdy to państwo nie jest bezpośrednio w stanie wojny z jakimkolwiek najeźdźcą tak po prostu nie można. Ani konstytucyjnie, ani przez porozumienia polityczne. W całej Europie tylko Koalicja rządowa Donalda Tuska podjęła ten wysiłek. Tylko … podjąć wysiłek budżetowy i ustawowy (mimo wielu przeszkód) jest o wiele łatwiej niż wybudować czołg, wyprodukować samoloty i zapełnić magazyny tymi ‘nabojami’.  Nie ma w zasadzie krajów eksportujących uzbrojenie, gdzie można ot tak, przyjechać z walizką pieniędzy i wrócić z wielkim kontenerowcem pełnym czołgów i samolotów.

Ale plany w Warszawie już są formułowane. Jest plan umocnienia i przygotowanie bardzo starego traktu, którym na Polskę wszystkie agresje ze wschodu szły: tzw. Brama Brzeska.  Przygotowania obronnego, tj. budowa fortyfikacji, skierowanie na stałe odpowiedniej formacji wojskowej tam operującej, budowa tam spiętrzających wody rzek, które można otworzyć i zalać duże tereny czyniąc je bardzo trudnymi do przebycia przez ciężkie wozy bojowe (czołgi) i inne odpowiednie fortyfikacje. Droga inwazyjna przez historyczną Bramę Przemyską jest dużo trudniejsza i uciążliwsza dla wielkich jednostek wojskowych i daje dużo większe możliwości obrony i kontrataku wojsk polskich. I daje to, co zawsze było dla nas ważne – czas. Czas na odsiecz i wsparcie od naszych sojuszników w NATO i Europie.

Ta droga przez Bramę Brzeską daje nam ok. 7 dni na dotarcie mas rosyjskich pod Warszawę.  O ile wojska rosyjskie będą skuteczne. No i niestety – będzie musiało dojść do walnej bitwy. Znowu pod Warszawą. Tak jak w czasach średniowiecznych, te zasady się nic tu nie zmieniły. O pełnej wygranej decyduje na końcu walna bitwa – wszystko albo nic. Tędy szedł Tuchaczewski. Tędy przypuszczalnie będzie chciał iść Putin, o ile kiedykolwiek to wielkie ryzyko podejmie.

          W ten sposób wracamy do nazwisk polityków z tytułu tego tekstu. Ta opcja wojenna dla Putina jest możliwa tylko, gdy padnie Ukraina i nie będzie musiał prowadzić wielkiej wojny wielofrontowej. Opcja druga to wywołanie zamieszania w krajach bałtyckich i atak na Litwę i Estonię. Do tego będzie mógł wykorzystać Okręg Królewca, gdzie ma potężną bazę wojskową. Nie mówię nawet o jego Flocie Bałtyckiej, która może być pozbawiona możliwości manewru – zwłaszcza po wejściu do NATO i Szwecji i Finlandii. Ale baza w Królewcu to przecież nie tylko okręty – to wojska rakietowe, piechota morska. Nie mówiąc o tym, że współczesny okręt nie musi wychodzić z portu by użyć salw swoich pocisków rakietowych. Nie sądzę by do tego doszło bez bardzo silnej akcji dywersyjnej Rosjan mieszkających w dużych ilościach w Estonii. Tylko, że zdesperowany Putin może podjąć decyzję szaleńczą. Jego marzenia wielkorosyjskie stały się obłędem. Nie chce pogodzić się z faktem, że Rosja przestała być drugim graczem na arenie międzynarodowej. Kolos na glinianych nogach.

To jest niewiadoma pod nazwą ‘Putin’, któremu ciągle marzą się czasy bicia, jak Chruszczow, butem w mównicę na forum ONZ. Bez salwy śmiechu ze strony słuchaczy.

Teraz bardziej realne i oparte na polityce i rzeczywistości politycznej opcje.

Wspominałem o Tusku i jego Koalicji, który w przygotowaniach wojennych raczej na pewno liczyć może na silne poparcie (choćby z przygryzioną do krwi wargą) opozycji tak PiSowskiej, jak i Konfederacji.

Naturalnie naszą tarcza największą jest NATO i państwa członkowskie NATO. Czyli de facto cała Europa Turcja, poza obszarem na wschód od Bugu. Ale państwa członkowskie mogą skorzystać z jednej, bardzo jednak skutecznej, opcji obejścia reguły ‘atak na jednego członka Sojuszu jest atakiem na wszystkich członków Sojuszu‘. Ta opcja to … wystąpienie z Sojuszu. Nikt nie może nikomu zabronić złożenia deklaracji przedstawionej nawet w formie błyskawicznej i niezapowiedzianej: przykro nam ale od dnia dzisiejszego rezygnujemy z członkostwa w tej grupie, bye bye. A kandydat (i to bardzo prawdopodobny, niestety) na kolejnego prezydenta USA dość wyraźnie zaznaczył, że każda opcja jest przez niego rozpatrywana. To jest coś absolutnie niewyobrażalnego – ale jest. Nic nie jest niewyobrażalne w głowie tego osobnika. O ile taka zaiste nuklearna opcja jest mało prawdopodobna ze względu na Kongres, który ma wielką władzę, jak i służby wywiadowcze (słynne CIA i FBI) – o tyle Trump może zrobić wiele złego dla Ukrainy w jego prerogatywach egzekucyjnych. Może powstrzymać lub zatrzymać poważnie dostawy broni i amunicji dla Ukrainy i wpłynąć tym zasadniczo na możliwości wojenne wojsk ukraińskich. Bardzo zasadniczo. I co najbardziej prawdopodobne, to robota krecio pro-Putinowska. Może zmusić Ukrainę tym szantażem do konferencji pokojowej (którą sam może zwołać i zainicjować, co jakże by jego megalomanię połaskotało i już widzę, jak ustawia się w jednym szeregu do portretu z uczestnikami konferencji teherańskiej, jałtańskiej i poczdamskiej, które ustanowiły nowy porządek świata u schyłku 2 wojny światowej. Ot, taki portrecik trzech wielkich prezydentów: Roosvelta, Trumana i Trumpa wiszący na biurkiem w Oval Office w Białym Domu …).

Wstępne rysy tego nowego ‘traktatu pokojowego’ między Rosją a Ukrainą przesuwałyby granice obecne na zachód o paręset kilometrów. Naturalnie Lugańsk i Donieck, oczywiście cały Krym, pewnie i Cherson. Czy Odessa by była uratowana dla Ukrainy? Nie wiem. Zależy czy Putin by się zgodził. Bo wtedy byłby to już dyktat i Żeleński zbyt wiele by do powiedzenia nie miał.

Gdyby we Francji stała się tragedia i faszyści by doszli do władzy skomplikuje to sprawy jeszcze bardziej. A wielki zwolennik Putina, pan Orban, pomarzy znowu o Zakarpaciu. Pokonana i bardzo okrojona Ukraina mogłaby być zmuszona do obudzenia starych majaków historycznych. Brzmi to jak z powieści fantastycznej ale nie jest kompletnie poza realnością polityczną. Np. Ukraina w granicach piłsudsko-petlurowkich? Naturalnie bez Podola, Zaleszczyk i Pokucia dla Polski. Ale korytarz lwowski? Nie by jakikolwiek realny apetyt w Polsce na to istniał. Ale nie jest nierealne, że to lwowiacy ukraińscy i te resztki etnicznych Polaków zwróciliby się do Polski z taką prośbą. Bo tego typu Ukraina musiałaby być siłą rzeczy po wielkiej przegranej w wojnie z Putinem, zdewastowana ekonomicznie, socjalnie, finansowo, być może i kulturowo. No i taka Ukraina musiałaby się zgodzić na wycofanie z planów członkostwa w NATO i Unii Europejskiej.  To by zmieniało wszystko.  Pomijając już zupełnie prawdziwe historyczne związki państwa polskiego z całymi tzw. Grodami Czerwieńskimi. Lwów był częścią tego państwa prawie od zarania. Jeżeli nie ma znaczenia to żadnego dzisiaj, to dlaczego zachowaliśmy ziemie rzeszowskie?  Lwowszyzna nie ma też nic wspólnego z Rzeczpospolitą Obojga Narodów (jak Litwa, Wileńszczyzna, Polesie). Tu mówimy o czasach piastowskich i Królestwie Polskim. O wczesnych wiekach naszej państwowości.

Polska nie może i pewny jestem, że nie chce tego typu rozwiązań nawet sugerować. Natomiast nie jest niczym niewłaściwym w niektórych kręgach (raczej oddalonych od jakiejkolwiek władzy politycznej w Polsce) akademicko-socjalnych zastanawiać się nad takimi teoretycznymi rozwiązaniami i czy byłyby dla Polski i dla ludności ukraińskiej korzystne w reakcji na najgorsze rozwiązanie obecnego konfliktu w Ukrainie. Tzw. porządek jałtański nie może być kulą u nogi bezpieczeństwa europejskiego, być może światowego. De facto został i tak pogrzebany rozkładem Jugosławii i powstaniem na olbrzymich przestrzeniach bałkańskich państw, jakie w porządku jałtańskim nie istniały. O casusie Kosowa nawet nie wspomnę. Zresztą cały ten porządek legł z gruzami Muru Berlińskiego.

Ta wtyczka o ‘korytarzu lwowskim’ to zresztą tylko wtrącenie pobocznej uwagi, bo bardzo by mi było żal, jako Polakowi i potomkowi kresowiaków, upadku tej bardzo starej dzielnicy wyjątkowo w kulturze i nauce polskiej zasłużonej.

Wracając na moment do samej Hameryki : szczerze uważam, że Biden jest za stary i z widocznym osłabieniem fizycznym i intelektualnym, by kandydować w następnych wyborach. Winien ustąpić sam z kandydowania i zrobić to bardzo szybko by dać szansę Demokratom na znalezienie najlepszego kandydata- kandydatki do stanięcia w nieuniknione szranki z Trumpem. Republikanie jako stara, dumna partia nie istnieją.  Ci co są w Kongresie, to po prostu posługacze Trumpa. Łącznie z tymi, którzy w tym Kongresie byli na lata zanim ktokolwiek o Trumpie, jako polityku usłyszał. Jest dla mnie niezrozumiałe jak mogli tak nisko upaść – ale upadli i już się nie podniosą przed tymi wyborami.

Niektórzy znani komentatorzy amerykańscy i kanadyjscy wysuwali tezę, że oglądalność tej debaty nie była aż tak wysoka, że Biden tylko ten jeden raz zrobił tą ‘gafę’ , Żałosne aby poważny komentator coś takiego mówił. Tym mówieniem na ten temat ad nausea – spowodowali, że wszyscy przez kilka dni na wszystkich kanałach oglądali właśnie ten tylko jeden fatalny fragment wystąpienia Bidena. I teraz wszyscy ten tylko właśnie fragment widzieli w USA.

Uwaga jeszcze jedna – USA mają tradycyjne bloki stanów, które są albo bardzo pro-demokratyczne, albo bardzo pro-republikańskie. W sytuacjach wyrównanych szans obu kandydatów(tek) decydują nie te bloki, a mała grupa tzw. swing States – stanów, które nie są ani zdecydowanie demokratyczne ani zdecydowanie republikańskie. Taki języczek u wagi. I to w tych stanach właśnie Biden stracił po tej debacie najwięcej.

I powiedziawszy prawdę, gdyby miało dojść do bezpośredniej wojny Polski, a więc i Europy, z Rosją – wolałbym, aby Naczelnym Wodzem wojsk amerykańskich nie był Biden. On już się na to nie nadaje. I nie ma w tym wstydu. To wieloletni i bardzo mądry polityk amerykański. Ale już nie Wódz Naczelny. Naturalnie, że w chwili obecnej jego alternatywa jest jeszcze gorsza: podejmowanie decyzji bardzo szybko, ale bez zaplecza wiedzy i mądrości polityki wojskowej i dyplomatycznej. I to sam Biden winien docenić i dać szansę wygrania wyborów przez innego znanego i cenionego polityka. Błędem było też oświadczenie Prezydenta, że spotka się z rodziną, a zwłaszcza swoją żoną i spyta ich o radę, jak winien postąpić. Pierwsza Dama, pani Biden, to urocza i bardzo mądra osoba. Ale tytuł Pierwszej Damy nie jest tytułem konstytucyjnym a zwrotem grzecznościowym. Wolałbym, aby Pierwsza Dama nie była w sytuacji, w której tego typu radę winna udzielać (choć były i wielka Eleanora Roosvelt i mniej wielka ale bardzo skuteczna – niestety – pani Reagan). Po radę Prezydent winien się udać do swojego Gabinetu, może nawet Służb amerykańskich, do grupy zaufanych i szanowanych polityków partii Demokratycznej. 

Wybory amerykańskie będą już w listopadzie tego roku. Czasu jest bardzo mało. Prezydent Biden winien jasno określić swoje stanowisko bardzo szybko. Gdyby zdecydował stanąć w kolejne szranki wyborcze, czy ma szansę wygrać? Oczywiście, że ma. W polityce nie istnieje pojęcie niemożliwości. Jak realna jest ta szansa? Mało.

Jeśli Trump wygra należy się spodziewać ostrej krytyki kanadyjskiego Justina Trudeau i wyraźnego poparcia dla szefa konserwatystów kanadyjskich, Pierra Poillievre. Trumpisty i populisty extraordinaire. Wybory kanadyjskie dopiero za dwa lata. Ale obecne sondaże wykazują na dziś wielką przewagę Poillievre. Czy Trudeau zmobilizuje siły na poparcie dla siebie? Mam nadzieję, bo czekałyby nas w Kanadzie trudne czasy. Odstąpienie od wszystkich prawie istotnych programów progresywnych, nowoczesnych, socjalnych. Być może jest szansa na kolejne rządy mniejszościowe.

W Polsce zwycięstwo Trumpa wzmocniłoby pozycję PiS. Nie w jakiś spektakularny sposób – ale by wzmocniło. Zważywszy, że to partia mająca i tak najwięcej posłów w Sejmie, a rząd Tuska to bardzo szeroka koalicja wielu partii o bardzo szerokim (a więc i oddalonym od siebie ideologicznie) wachlarzu poglądów – nie jest to koalicją wyjątkowo silna i trwałą. Najsłabszym jej ogniwem wydaje się być PSL, ludowcy. Najsłabszym, bo najbardziej konserwatywnym. Nawet chyba bardziej niż PiS. Spektakularny jest upadek w Polsce partii socjalistycznych, całej lewicy. A przecież polski socjalizm to kolebka polskiego ruchu wyzwoleńczego w latach przed i w trakcie I wojny światowej. To nikt inny tylko Piłsudski, jako towarzysz Wiktor składał czcionki „Robotnika” w tajnej drukarni, to on prowadził akcje napadów na ośrodki rosyjskie w ramach Organizacji Bojowej PPS. Nie potrafię tego zrozumieć. Jedyne autentyczne resztki tego ruchu obecnie to partia ‘Razem’ Zandberga. Głośne założenie ‘Wiosny’ Biedronia okazało się niewypałem. Nowa Lewica, której twarzą są ciepłe kluski zabawnego ‘wujcia” Włodzimierza Czarzastego w roli v-ce Marszałka Sejmu – to smutny żart polityczny.

Kończą kilka uwag bardzo ważnych, mimo, że z tematem zasadniczym prawie nie związanym. O prawach człowieka. Tak jak żartem politycznym i de facto obrażaniem milionów kobiet i milionów osób LGBTQ+ jest debata na temat aborcji i na temat związków partnerskich i praw rodzicielskich w tych związkach. Ja, jako osoba LGBTQ+ (ale już poza wiekiem w którym rodzicielstwo i nowy związek formalny by mnie interesowały) powiedziałbym czcigodnym politykom i panu Tuskowi, słynnym zwrotem Aliny Janowskiej w popularnym skeczu z lekarką: pocałujcie się w d… . I tam mam i wasze związki i wasze obrzydliwe dyskusje na temat praw rodzicielskich małżeństw jednopłciowych. A tym osobom LBTQ+ mówię – olejcie to i wyjeżdżajcie do innego kraju w Europie by zawierać normalne małżeństwa i być rodzicami normalnymi. To wszystko, co rząd Tuska obiecuje dla tych raczej na pewno kilku milionów a nie kilkuset tysięcy Polek i Polaków to o epokę za późno i za mało. To po prostu żałosne. Praw człowieka się nie dawkuje w kroplówce. Wszystkie zwierzęta są równe – Orwell nie pisał „Folwarku zwierzęcego’, jako żartu, ale jako przestrogę.       

Brunatny nie jest biały ani czerwony ani niebieski.

Populizm ostatniej dekady to zdaniem moim nic innego niż puder i makijaż nałożony na straszna gębę faszyzmu. Na całym świecie. Jako, że faszyzm kojarzy się ciągle jeszcze z hitleryzmem, z obozami śmierci i obozami koncentracyjnymi, z Oświęcimiem, Majdankiem i Dachau – to lepiej nazwać tą wykrzywioną nienawiścią gębę ‘populizmem’. Mało sympatyczne słowo, ale nie gorszące aż tak. Zwłaszcza, gdy postawimy je jako antidotum wobec elitaryzmu, czyli tych światowych bankierów i gabinetowych polityków pociągających sznureczki kukiełek w starej grze wędrującej grupy sztukmistrzów i błaznów wyśmiewających naiwną gawiedź oglądającą te przedstawienie. Czyli jak rządzić by rządzący myśleli, że to dla ich dobra i że to oni są kukmistrzami, a nie kukiełkami.

Otóż współczesny ‘populista’ to nowa twarz i faszysty, i dyktatora, i polityka ohydnego pod każdym względem. Bardzo niebezpiecznego.

Wczoraj rozmawiałem z młodym człowiekiem niedawno osiadłym w Kanadzie. Emigrantem z Indii, Hindusem etnicznym. W rozmowie brała udział też znajoma Kanadyjka pochodzenia chińskiego, mieszkająca tu już od dwóch lub trzech dziesięcioleci.

Chińska Kanadyjka była oburzona, jak jej znajomy Hindus narzekał na Kanadę, jej strasznie wysokie ceny kupna lub wynajmu mieszkania w kontraście do zarobków nowych emigrantów. Narzekając na kanadyjskiego premiera Justina Trudeau, który był w jego opinii elitarnym i zadufanym w sobie politykiem nie rozumiejącym przeciętnego człowieka – wychwalał premiera Indii, niejakiego pana Modi. Spytała się jego ostro: skoro tam jest tak dobrze, a tu tak źle, to po co tu przyjechałeś i czemu nie wracasz? Ja też przyjechałam z Azji, z Chin. I zostałam na stałe, bo to o niebo lepszy kraj. Tam za narzekanie na prezydenta Chin znalazłabym się w więzieniu lub była pobita przez policję. Tu za narzekanie na premiera Kanady nic mi nie grozi. Narzekanie na rząd w wolnych krajach to raczej rodzaj sportu, spędzania wolnego czasu.

Byłem z niej dumny. Sam jako uchodźca przybyłem tu wiele dekad temu. Kraj przyjazny, zdecydowanie wolny. Żyłem i mieszkałem pod każdym prowincjonalnym i federalnym rządem: lewicowym, prawicowym i po środku. Wszystkie były demokratyczne i praworządne. Niektóre lubiłem, inne mniej. Zawsze, co kilka lat ja i moi współobywatele mogliśmy je zmienić. Lub nie, bo byliśmy akurat w mniejszości. Nikt nas za to nie pobił, nie zamknął w więzieniu, nikt nie szykanował.

Tak, dekady temu czasy były lepsze. Ceny nieporównywalne, zwłaszcza ceny mieszkań i na kupno i na wynajem. Ale czasy były lepsze w całym tzw. wolnym świecie. Bez porównywalnie. Lata pandemii covidowskiej zmieniły z dnia na dzień wszystko. Klasa korporacyjna przejęła w dużym stopniu komercyjną kontrolę nad społeczeństwem. Chciwość stała się poniekąd orderem dumy ekonomicznych możnowładców.

Spytałem więc tego znajomego Hindusa: a co myślisz o premierze Modi w Indiach? Odpowiedział, że jest wspaniały, że bardzo dba o Hindusów i Indie.

Kontynuowałem pytania: ty jesteś etnicznym Hindusem, prawda i wyznania hinduskiego? Ponownie – odpowiedź twierdząca.  Borowałem więc głębiej: znasz Indie bez porównywalnie lepiej niż ja, więc wiesz, że w tym olbrzymim kraju jest wiele grup etnicznych, wiele religii – czy wszyscy mają równe prawa z największą grupą hinduską?  Moment (ale bardzo krótki) jeden zastanowienia i odpowiedź: ci którzy pamiętają, że żyją w hinduskich Indiach i szanują premiera, którego wybraliśmy – tak.

Otóż i idealny, prawie bukoliczny obraz ‘demokracji ‘z łaski większości’. Jeśli dziedzicowi się pokłonisz, dziesięcinę odrobisz, to kijów na plecy nie dostaniesz.

A był to jednocześnie moment, kiedy służby kanadyjskie wydały jednoznaczną opinię, że rząd indyjski dokonał dwóch śmiertelnych zamachów w Kanadzie na kanadyjskich Hindusach islamskiego wyznania postulujących niepodległość lub autonomię Kaszmiru – od lat kości niezgody między Pakistanem i Indiami.

Zbędnym jest chyba przypomnienie tragicznych lat, gdy po ogłoszeniu niepodległości Indii kraj objęła pożoga bratobójczej wojny kierowanej właśnie przez wyznawców hinduizmu przeciw Hindusom wyznania mahometańskiego. Sąsiad mordował sąsiada, kuzyn wypędzał kuzyna. Tak powstał Pakistan i Bangladesz i współczesne Indie: w morzu bratobójczej krwi.

Dziś ten sentyment podgrzewa na nowo premier Modi – zbudzony z odmętów przeszłości populista, hinduski faszysta.

Bo czymże zaprawdę jest ten ‘populizm’? Brzmi niewinnie, prawda? Podobne do od ‘popularność’. A cóż złego być popularnym? Oczywiście właściwe pochodzenie lingwistyczne jest z łaciny i oznacza generalnie: ogólne, wszystkich, ludu.

Ale czyż nie był populistą ostatecznie sam Hitler?  Polityczny kombinator wyrosły na fali rewanżyzmu za poniżenie wersalskie?  Salazar był populistą, kimże innym niż popularnym trybunem ludowym był niejaki Il Duce – Benito Mussolini? Czyż ultrakatolicka Hiszpania nie kochała popularnego obrońcy wiary, Generalissimusa Franco? 

Po zwycięstwie faszystowskich ugrupowań we Francji w ostatnich wyborach europejskich, Prezydent Republiki Emmanuel Macron podjął wyzwanie rzucone mu przez francuską faszystkę Le Pen i jej sprzymierzeńca Jordana Bardella i zarządził nowe wybory parlamentarne w czerwcu. Nie musiał. Ale Macron jest demokratą. Nie będzie trzymał się władzy tylko dlatego, że może. To nie Andrzej Duda – to człowiek honoru i dumy. Jeśli Macron i jego koalicja wybory przegra, czy Francja, podobnie jak w 1941, przeniesie swój rząd do Vichy? Mam nadzieję, że jeśli wygra Le Pen i Bardellla nie zhańbią Paryża i przeniosą.

Fala europejskiego faszyzmu wraca do wielu krajów, w których kwitła w latach 30.  Francuscy populiści krzyczeli: nie będziemy umierać za Gdańsk! Dziś krzyczą: nie będziemy umierać za Ukrainę! Czym różni się premier Słowacji Fico dzisiaj, of premiera Słowacji księdza Tiso w latach 40. ubiegłego wieku? Różnice pewnie podobne do tych, jakie są między premierem Węgier Orbanem w 2024 a regentem Węgier w 1939 admirałem Horthy. Horthy ogłosił się regentem króla Karola … ale biednego Karola nigdy po koronacji do Budapesztu nie wpuścił, samemu zostawiając sobie nieograniczoną władzę królewską, a króla zmuszając na banicję i wczesną śmierć na Maderze.

Przypominane w dłuższym wstępie nazwiska i postacie współczesne i historyczne różnią się między sobą metodami rządów (a nawet i celami dalekosiężnymi) i środkami, samym charakterem, osobowością tych przywódców. Ale łączy je kilka cech bardzo zasadniczych: 1) głód nieograniczonej władzy, 2) generalna niechęć do klasycznej demokracji opartej na wolnym wyborze; 3) niechęć do wszelkich mniejszości: etnicznych, socjalnych, religijnych, które są zawsze podejrzewane o hołdowanie obcej tradycji, a przez to ponętne na sprzyjanie opcji przeciwnej populistom (wewnętrznie i zewnętrznie). 4) Nie zawsze wyraźnym i praktycznym jest też marzenie o powiększaniu własnej ‘przestrzeni życiowej’, tegoż wyraźnie określonego przez Hitlera lebensraum. Ale zawsze podkreślanym jest element bronienia ‘za każdą cenę’ lebensraum istniejącego – ten element jest sprytnie połączony jako nierozłączna część patriotyzmu (‘nie oddamy piędzi ziemi naszej’). Więc bardzo dobrze jest tworzyć nawet wyimaginowanego wroga-najeźdźcę.

W tym znaczeniu faszystowskiego populizmu, populistą był batiuszka Stalin. Rewolucja społeczna i komunizm/radykalny socjalizm były tylko wygodnym narzędziem, pojazdem do osiągnięcia marzeń terytorialnych. Nikt przy zdrowych zmysłach nie może przypuszczać, że Stalin pozwoliłby lokalnym komunistom niemieckim czy francuskim na samodzielne i niezależne rządzenie Francją czy Niemcami. Zresztą okres 1945-1990 wykazał w praktyce, jak ta niezależność i samodzielność wyglądała w państwach RWPG i Układu Warszawskiego.

Aby nie było cienia wątpliwości dwie zasadnicze końcowe refleksje:

  1. Polska – celebrowano fakt, że wyborach europejskich Polska wyraźnie stanęła w poprzek populistycznych zwycięstw tradycyjnych bastionów demokracji w Europie. Ale patrzono na to jedynie z perspektywy zwycięstwa PO i KO nad PiSem. Politycznie wygodne kłamstwo. Czemu kłamstwo? Dlatego, że poza PiSem i jego przybudówkami politycznymi (ziobryści, itd.) była jeszcze naturalnie jedna, bardzo poważna siła polityczna. Siła, która nie była koalicjantem PiS. Ale nie była bastionem tradycji zachodniej tradycji demokratycznej. Mówię o Konfederacji. Konfederacja zyskała w Polsce dużo więcej głosów niż i cała Lewica, ludowcy i Trzecia Droga. Z mojego punktu widzenia i rozważań na temat czym jest populizm – Konfederacja w tym zakamuflowanym faszystowskim populizmie mieści się idealnie. Gdy połączę więc procentowe wyniki wyborów w Polsce, to jasno się okazuje, że połączone na tej zasadzie wyniki wyborcze PiS i Konfederacji masowo pokonały cały blok demokratyczny. I to jest zatrważające. I odrażające.
  2. Jednego państwa nie wymieniłem. A pominąć milczeniem nie można. Izrael. Nie interesują mnie jakiekolwiek wyjaśniania i tłumaczenia na płaszczyźnie religijnej. Kto, skąd i dlaczego jest Żydem, kto jest tylko (lub aż) żydem? Kompletnie mnie te legendy religijne nie interesują. Interesuje mnie Żyd etniczny, który jest większością etniczną w tym państwie i który od samego początku tego państwa nim rządzi. Więc te państwo jest (wyjątkowo ostro i jaskrawo w ostatnich miesiącach ludobójczej wojny przeciw Palestyńczykom) na wskroś państwem populistycznym. Pod obecnymi rządami Netanjahu na wskroś faszystowskim.   

Świadectwa i oceny polskich polityków. cz.2

Więc przyszedł ten rok 2015. Rok, który rozpoczął chyba najgorszą w Polsce epokę od czasów powstania republiki w 1918. Włączając w to czasy bozów partyjnych lat PRL-u i polityków sanacyjnych po 1935[i] w II RP.

Rok 2015 to autentyczny czas powrotu do ‘świetnej’ przeszłości Najjaśniejszej Rzplitej – czasów rozdawnictwa, przekupstwa przywilejów, tytułów dworskich i publicznych, szastania stale kurczącymi się dobrami tzw. królewszczyzny (tj. dóbr, ziem i lasów należących do Korony, czyli do państwa). Tego wszystkiego, co do upadku tej wielkiej Rzeczypospolitej się przyczyniło najbardziej:  okradanie Skarbu państwa, kupowania i sprzedawania Urzędów koronnych, wojewódzkich, powiatowych. W czasach obecnych te tzw. dobra koronne zamieniły się w zakłady przemysłowe, spółki handlowe, spółki holdingowe i akcyjne w których Skarb państwa miał swoje udziały.

Nie można będzie pominąć w tym wszystkim Kościoła polskiego, jego latyfundiów i silnych związków polityczno-materialnych z władzą rządową.  Hierarchia kościelna stała się siłą polityczną na skale nieporównywalną. Nawet w stosunku do bardzo silnej pozycji hierarchów w okresie sanacyjnym (kardynałowie Aleksander Kakowski, który zachował tytuł Prymasa … Królestwa (sic!) Polskiego, mimo, że ani Królestwa carskiego już nie było ani takiej funkcji; I August Hlond, właściwy Prymas Polski; oraz arcybiskup Krakowa kardynał Adam Sapieha ) – wpływy Hierarchii katolickiej a nawet zwykłych proboszczów parafialnych po 2015 były nieporównywalnie większe. Każda sikawka strażacka  w każdym Zadupiu z pięcioma stodołami i dwoma pijanymi strażakami-ochotnikami miała własnego kapelana. Którego naturalnie utrzymywał na pensji lokalny Urząd Gminny lub bezpośrednio (pijany oczywiście) sołtys. Im wyżej i w im większych miastach – tym apanaże wyższe. Szczytem chyba tej góry lodowej było dwóch profesjonalnych dojarzy Skarbu państwa: biskup polowy, ks. generał Głódź i kaznodzieja (do dupy, jako kaznodzieja, bo był zwykłym ordynarnym partyjnym naganiaczem z ambony) toruński ojciec Tadeusz Rydzyk.  Tych dwóch wydoiło chyba więcej niż cały Episkopat polski. To nie był barok – to było rozszalałe rokoko. Ale nie będę tu Kościoła rozliczał. Kościół i księża nocą nie wkradali się do Banku Narodowego i nie włamywali się do sejfów.  Nie – te pieniądze im dawało Państwo rękoma pisowskich magnatów. Nie rozumieli idioci z PiS i z Kościoła, że wyrządzali sobie niedźwiedzia przysługę. Nigdy Kościół Polski (chyba od czasów trwających blisko 200 lat wojen chrześcijańsko-pogańskich w latach pierwszych Piastów) tak nie opustoszał w ławach kościelnych i faktycznym uczestnictwie w kościelnych obrządkach, jak w tym czasie po 2015. Gdyby nie fakt, że tzw. formalne odejście z Kościoła jest tak strasznie skomplikowane – to Kościół katolicki być może zmalałby do rozmiarów niewiele większych od kościołów protestanckich w Polsce (które nota bene w tym samym okresie nie utraciły takich rzesz wyznawców, bo w tej  procedurze grabienia mienia państwowego udziału nie brały).  

Jak więc kwalifikować te rządy wóca Jarosława Kaczyńskiego i jego premierów, ministrów, bankierów?  Tych Szydeł, Morawieckich, Ziobrów, Radziwiłłów, Gowinów (nie, nie wybaczam mu, bo brał w tym udział bardzo świadomy i bez najmniejszej wątpliwości godnym mecenasem kultury i sztuki polskiej i jej twórców absolutnie nie był, a przy okazji udało mu się dla dalekich kuzynów załatwić głośny przekręt z wawelską ‘Damą z Łasiczką’, za którą państwowa Kasa wydała 108 milionów euro[ii]); Macierewiczów od fruwających brzóz i reszty tych oszołomów, którzy, jak się okazało, byli kuci na cztery kopyta szatańskie.

Więc ta moja kategoryzacja od ‘a’ aż do ‘e’ – aż pięć stopni do wyboru na świadectwo.

Wszystkim – bez wyjątku, bo nikt na taki nie zasłużył – dwa te same stopnie:

  • B – dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników;
  • C – ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi, bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się.

Nie może być mowy o taryfie ulgowej. Nie ma usprawiedliwienia, że idiota nieświadom, co czyni. Wiem, że dla poprawienia własnego samopoczucia moglibyśmy upierać się przy popularnych opisach: Kaczyński to ‘stary, schorowany dziad, który nie potrafi własnych spodni zapiąć, w poplamionej marynarce, niechluj zaczadzony niewiedzą i nieznajomością świata’; że Macierewicz to po prostu ‘wariat i koniec, powinien nosić kaftan bezpieczeństwa, dostał zupełnego pomieszania zmysłów i z praktycznego punktu widzenia nadawał się jedynie do podrzucania Wodzowi od czasu do czasu jakiś młodych Misiewiczów… .

Ale to opisy fałszywe i mijające się z prawdą. Taka uproszczona propaganda strony demokratycznej (bo demokracja też korzysta z propagandy). Byliśmy – jako społeczeństwo – trochę wówczas podobni do starego, głuchego spowiednika w konfesjonale, który nie słyszał co mówi spowiadający się i dawał wszystkim te same rozgrzeszenia: zmów synu/córko trzy Zdrowaśki i dwa Pater Noster a będzie ci darowane. I dla chłopaka, który ukradł dwa cukierki w sklepie i dla bandziora, który pobił własną babcię, bo mu nie chciała dać całej swojej renty. Tak było nam łatwiej – bo wstyd się było cholera przyznać, że jako naród tych ludzi my wybraliśmy. Bo wybraliśmy. Wygrali wybory – bez sowieckiego nagana i hitlerowskiego lugera.

Ale

Ale. Zawsze jakieś ‘ale’ się gdzieś, kiedyś znajdzie. Ot, taki drobny człowieczek. Niepozorny i niegłośny. Sędzia. I to nawet nie sędzia ‘dobrej zmiany’ PiSu w ich walce z Krajową Radą Sądowniczą. Jeszcze z czasów przedpisowskich, normalnych. Nie jakiś wybitny. Raczej dość przeciętny, może nawet mniej niż przeciętny, bo kariery jako sędzia wieloletni zrobić nie mógł. I nagle, bez hałasu i bez jakiejś nagonki czy kampanii publicznej, sędzia postanowił wyjechać … do Mińska. Nie, nie Mińska Mazowieckiego – do Mińska białoruskiego.  I nie w jakiejś delegacji sędziowskiej, by sprawdzić warunki prześladowanych tam Polaków. Nie. No, może nie wyjechał. Uciekł, przez ‘zieloną granicę’. Jako uchodźca polityczny. Mimo, że nikt jeszcze go nie ścigał. Niejaki pan Tomasz. Tomasz Szmydt. Nie Smith, nie Schmitt. Po prostu Szmydt[iii].


I ten pan właśnie uciekając do Białorusi wszystko zmienił w ciągu kilku ledwie dni. Nagle ze zwykłych złodziejaszków (owszem, na okazałe bardzo sumy, często więcej od sześciu zer na końcu), oszustów i malwersantów – zostaliście wszyscy – zdrajcami. Tak, najgorszym z najgorszych.  Gorszymi od padalców. Zostaliście współczesnymi folksdojczami. Najbardziej i najzwyczajniej donosiliście Rosji za judaszowe pieniądze. Wszyscy, cała ta zgraja pisowska. Ci z tymi rodowodami solidarnościowymi, ci z przeszłością PZPR,  z KORem i ROPCiO za plecami. Boście w tych ruchach nie pracowali dla wolniejszej Polski. Pracowaliście w nich by je od wewnątrz rozpracować. Zwykli, ordynarni zdrajcy wobec najpotężniejszego wroga własnego kraju. Całe to wasze PiS to jedna wielka wylęgarnia szpiegów rosyjskich i wrogów polskiego państwa. Dzięki sprawnie jednak dalej pracującymi służbami wywiadowczymi, agencjami bezpieczeństwa wewnętrznego, ujawniono wasze zbrodnie. I bardzo wdzięczny jestem, że premier Donald Tusk podjął decyzję przekazaniu tej wiedzy dla społeczeństwa. Że nie zamknięto tych ściśle tajnych raportów w sejfie. Że je uwolniono od klauzuli milczenia. Przy takim rozmiarze zbrodni i przy wojnie u granic Polski ta wiedza musiała zostać społeczeństwu przekazana.

Tak to w łeb wzięła moja skala ocen. Tych pięć stopni od ‘A’ do ‘E’. Tych zwłaszcza dwóch najgorszych: dla złodziei i malwersantów i dla ideologów groźnych.  Sądziłem, że najgorszych. A byłem w błędzie.  Zabrakło w tej skali jednej jeszcze oceny, poniżej oceny niedostatecznej.  Oceny ‘Z’. ‘Z’ dla zdrajcy kraju. Oceny na jaką ciężko (ale i suto) zapracowaliście. Wy – główni politycy i twórcy całego PiSu. Nie, nie szeregowi członkowie, których też oszukaliście, bo do głowy im nie przyszło, że coś takiego jest możliwe. Okazało się, że jest. Że jesteście zdrajcami.  Mam nadzieję, że teraz służby nie tajne a jawne wymiaru sprawiedliwości podejmą niezbędne działania, których efektem będzie wokanda sądowa, procesy i wyroki. Wycięcie tego raka jest jedyną możliwą terapią.

Informacje z ostatniej chwili: wbrew wcześniejszym oświadczeniom i rządu i prasy były sędzia Szmydt (były, gdyż Najwyższy Sąd Administracyjny cofnął mu uprawnienia sędziowskie) nie uciekł przez ‘zieloną granicę’ jako uchodźca, a oficjalnie przeszedł konrolę graniczną w Terespolu – jedyne otwarte i czynne przejście graniczne dla ruchu turystycznego (sic!). Był sprawdzony przez Służbę Graniczną i bez problemu przez tą służbę przepuszczony. Nie była to zresztą jego pierwsza wizyta w Białorusi.

W ubiegłym roku tą granicę w ten sam sposób przeszło 3 miliony ludzi, głównie Białorusinów. W tym roku (dopiero maj) już ponad 700 tysięcy ‘turystów’[IV]. Jakby żadnej wojny na Ukrainie nie było. Jakby Białoruś nie była częścią tej wojny, choćby w formie hybrydowej. Dla przypomnienia – Białoruś jest po stronie rosyjskiej w tej wojnie, co dodaję na wszelki wypadek, bo normalny człowiek po tych informacjach mógłby pomyśleć, że jest po stronie ukraińskiej. Coś nie tak albo z wiedzą albo ze zdrowym rozsądkiem władz polskich i kompletny jednak błamaż jesli chodzi o polskie służby wywiadowcze. Rozumiem, że było tak za czasów PiS, ale teraz?!

Nie zmienia to w niczym kwalifikacji moralnej i obywatelskiej pana Szmydta – pozostaje zdrajcą i szpiegiem na rzecz Rosji. Ale bardzo zmienia opinię o sprawczości i prężności państwa polskiego i jego władz. Donald Tusk zmalał w moich oczach o kilka dobrych centymetrów. Bo jednak on jest szefem rządu – nie Dud.-ek, nie jakikolwiek minister ale ten, który ich dobiera i udziela ministerialnych plenipotencji.


[i]  w 1935 roku zmarł Marszałek Józef Piłsudski i rozpoczął się okres tzw. ‘rządów pułkowników’, nazywany też okresem sanacji. Mało chwalebny okres w bardzo trudnym dla państwa czasie.

[ii] https://www.newsweek.pl/polska/polityka/dama-z-gronostajem-ile-polski-rzad-zaplacil-fundacji-czartoryskich/rbgdcd6

[iii] https://www.rmf24.pl/regiony/warszawa/news-tomasz-szmydt-ktory-uciekl-na-bialorus-nie-jest-juz-sedzia,nId,7500597#crp_state=1

[IV] https://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polskihttps://www.rp.pl/przestepczosc/art40333621-sedzia-poza-kontrola-sluzb-jak-tomasz-szmydt-wyjechal-z-polski

Świadectwa i oceny polskich polityków

Zanim zajmiemy się ocenami egzaminów dojrzałości polityków polskich – nie możemy pominąć kompletnie tego drugiego mocarstwa, Imperium Rosyjskiego. Raz, że ‘wisi’ nad naszą głową bezustannie od setek lat; dwa, że jest mocarstwem i ma olbrzymi wpływ na losy świata (więc i Kanady i Polski, moich ojczyzn).

Przypomnę tylko skalę ocen, bo pewnie nie wszyscy pamiętają mój ‘system :

  • A – szlachetni do nienormalności, którzy politykę uznają jako służbę, a siebie jako służących obywateli
  • B – dranie i złodzieje, którzy patrzą za lekkim chlebem i synekurkami za pieniądze podatników
  • C – ideolodzy, najgorsi z najgorszych. I najwredniejsi, bo jak taki facet czy facetka z misją, to mowy nie ma o jakiejkolwiek dyskusji. O tzw. consensusie, dogadaniu się
  • D – ci którzy szczerze coś dobrego chcą dla wszystkich zrobić. Nie z jakiejś misji ani powołania. Zwyczajnie myślą, że mają np. pewien dług wdzięczności, moralny może wobec kraju.  I tradycje polityczne środowiska i rodziny. W zasadzie tych raczej lubię najbardziej.  I wierzę im. Tych szlachetnych trudno oskarżać i podejrzewać. No bo, jak szlachetni to skąd mieliby być źli?! Trochę się ich jednak boję. Bo w tej szlachetności mogą zapomnieć o normalności i robić i mnie świętym. A ja świętym nie chcę być
  • E – politycy-profesjonaliści.  Tacy, którzy nie są ani świniami ani świętymi.  Po prostu wybrali to jako zawód a nie jakieś powołanie. Chcą tym zarabiać na życie, jak ktoś zarabia pisaniem, liczeniem, malowaniem domów lub obrazów. Po prawdzie to ciężki chleb i im nie zazdroszczę.  Płatny dobrze zdecydowanie, ale bardzo niewygodny. Stale pod lupą, stale w lęku, że jakieś tam ośmieszające zdjęcie, wspomnienie kogoś, lub jakieś nagranie się znajdzie. Nie z morderstwa, czy gwałtu, nawet nie ze złodziejstwa – nie, zwyczajnie z jakiegoś pijaństwa, z jakiegoś biegania na golasa po jakiejś plaży, z jakiejś afery miłosnej lub po prostu czysto seksualnej (nie daj boże z afery innej niż publicznie oświadczona orientacja seksualna!).  Już ja tam wolę to bieganie na golasa niż te zarobki profesjonalnego polityka, LOL.  Nie muszę nikomu się z tego tłumaczyć. Moja sprawa i koniec. I powiedziawszy prawdę, to właśnie ci ‘politycy zawodowi’ stanowią olbrzymią większość wszystkich polityków. Nie ci ‘świeci’, nie te zdecydowane ‘świnie’. Większość z tych właśnie ‘zawodowych’nawet tego pewnie nie planowała. Ale się wciągnęli.  Adrenalina? Pewnie tak. I łechtana ambicja: wybrali mnie znowu, robię coś dobrze i ludzie mnie lubią, wierzą mi, poznałem dzięki polityce tylu Wielkich Polityków, nawet niektórych monarchów, przywódców religijnych, gwiazdy kina i estrady, znanych artystów, twórców!  To musi w końcu imponować. A potem to już trudno wrócić (dla większości) do ‘normalnego życia’. Ostatecznie większość posłów i senatorów nie miała jakiejś ciekawej kariery zawodowej, jakiejś pasji do której mogą wrócić. A pisanie obszernych wspomnień i autobiografii, wykłady i katedry w znanych uniwersytetach dostępne jest dla prezydentów i premierów, bardzo rzadko nielicznych znanych ministrów.  Dla przeciętnego posła – nie. Ten przeciętny najczęściej nie ma do czego wracać. Gdyby do polityki nie wszedł pewnie by się w jakiejś firmie dorobił może i lepszej funkcji, pensji. A tak co? Wrócić jako gryzipiórek, sprzedawca w sklepie, księgowy? To już lepiej w tym parlamencie, radzie miejskiej czy powiatowej siedzieć do emerytury. Ludzkie.

No i wreszcie Rosja. Pominąć jej nie można i to nie tylko z powodu wojny w Ukrainie. Mocarstwa walące się w gruzy są bardzo niebezpieczne. Mieli po raz chyba pierwszy w ich historii szansę po upadku ZSRR na wybór demokracji i rozwoju ekonomicznego.  Ich obszar, wysokie zaludnienie (w przeciwieństwie do porównywalnej obszarem i wielością stref klimatycznych Kanady) i stosunkowo dobry poziom nauczania szkolno-akademickiego. Stwarzało to obiektywną nadzieję, że mogli zacofanie ekonomiczne nadrobić. Niestety, nagle i bardzo wcześnie pojawił się mało komukolwiek znany człowiek o nazwisku Putin. Tragedia dla Rosji i Rosjan.

  1. Więc Wladimir Putin. Zbrodniarz wojenny, megaloman, populista, rusofil i … bogacz. Oscyluje pomiędzy dwoma kategoriami: ‘c’ i ‘b’. „c” pierwsze, bo groźniejsze dla świata i samych Rosjan – bezwzględny ideolog. Nie uznaje kompromisów i dyskusji. Chyba, że jest zmuszony i tylko po to by doczekać chwili, kiedy je zdradzi i porzuci. Ale jest też przykładem Trumpisty i rosyjskiego oligarchy-możnowładcy. Sama władza mu nie wystarcza – muszą temu towarzyszyć pałace, wille i bogactwa osobiste. Pomieszanie polityka i herszta mafiozo gangsterskiego. Gorszej i groźniejszej mieszanki trudno sobie wyobrazić. Ten człowiek agresją na Ukrainę rzucił olbrzymi cień i niepewność na globalny pokój.  Chyba największy cień od czasów lat 30. w Niemczech i umacniania się tam władzy Hitlera.
  2. W tym kontekście nie wolno nie wskazać jednej jaskółki politycznej w Rosji – Aleksieja Nawalnego. Najpierw dziennikarza i popularnego bloggera bezwzględnie tropiącego i obnażającego masową korupcję, łapówkarstwo i okradanie skarbu państwa przez różnych polityków i bogatych przemysłowców rosyjskich. Nawalny szybko zorientował się, że centrum tej procedury to właśnie Putin.  I podjął wówczas otwartą działalność polityczną. Dla Putina i jego reżymu prawie z dnia na dzień stał się wewnętrznym wrogiem nr 1 i poważnym zagrożeniem dla ich samodzierżawia. W efekcie ich kontrataku Nawalny był wielokrotnie sądzony i skazywany  na różne kary, napadany fizycznie, dwukrotnie dokonano na nim terrorystycznych zamachów na jego życie. Kulminacja była jego śmierć na zesłaniu w głębokiej Syberii. Do ostatnich momentów nie złamano jego ducha i determinacji. Jeśli Rosja kiedykolwiek będzie wolna – Nawalny będzie jej bohaterem narodowym. Bez najmniejszej wątpliwości kategoria ‘a’.

I oto tą ścieżką przez Amerykę Północną, Bliski Wschód i Syberię dotarliśmy do Polski – na to odwieczne pogranicze Wschodu i Zachodu.  Wydawało się w 966, że zdecydowanie stanęliśmy po tej zachodniej stronie owego Pogranicza kultur. Potem przyszła Unia Lubelska, Wielkie Księstwo Litewskie i nagle Polska przesunęła się setki kilometrów na Wschód. Owszem – była mocarstwem europejskim. Te nasze ukochane Kresy od błękitnego Niemna po falujące trawy stepów ukraińskich. Eh, łza się w oku kręci … Tylko w tamtych czasach (we wszystkich czasach po prawdzie) mocarstwo oznaczało niekończące się wojny na pograniczach. No i ten dziwoląg Wolnych Elekcji. Niby rzecz piękna, demokratyczna, ale stale nas wikłająca w różne układy z różnymi domami dynastycznymi całej Europy po wygaśnięciu linii Jagiellońskiej: francuscy Walezjusze, szwedzcy Wazowie, Habsburgowie się pchali, Sasowie brandenburscy. Choć udało się czasami Sobieskim, Korybut-Wiśniowieckim, Leszczyńskim za cenę kolejnych ograniczeń i kompromisów ze sterowaną przez wielka magnaterię bracią szlachecką.  Około 200 lat po tymże Henryku francuskim – I Rzeczypospolita przestała istnieć wchłonięta przez trzech potężnych sąsiadów.  Ale przyczyną prawdziwą upadku Polski nie były apetyty terytorialne tych sąsiadów a zmurszałość Polaków i ich anachronicznej ojczyzny. U samego schyłku podjęto wielki wysiłek naprawy politycznej (Konstytucja 3-go Maja) – ale było już i za późno i za mało. Potem  kilka powstań przez 120 lat niewoli i wreszcie odzyskanie niepodległości w efekcie zakończenia I wojny światowej i wysiłku zbrojno-politycznego Legionów (choć nie tylko) i Józefa Piłsudskiego (choć też nie tylko). Resztę znacie już dobrze, bo to wszak czasy Czytelniku i Czytelniczko, waszych rodziców, dziadków i pradziadków. Świeże, bo wszyscy moi pradziadkowie i prababcie a nawet wszyscy dziadkowie i babcie urodzili się jeszcze w okresie zaborów. A jeden dziadek (ten po mieczu) jeszcze w XIX wieku. Przejdźmy więc do polityków współczesnych.

W wielkim skrócie cofnę się do początku dekady lat 90. W dużym skrócie i bardzo nielicznych ale najistotniejszych chyba wybierając.

Nie może nie być tu Tadeusza Mazowieckiego, Lecha Wałęsy, Leszka Balcerowicza, Krzysztofa Skubiszewskiego, Władysława Bartoszewskiego, Aleksandra Kwaśniewskiego.  I czasy współczesne: Donald Tusk, Lech Kaczyński, Jarosław Kaczyński, Zbigniew Ziobro, Leszek Morawiecki, Andrzej Duda, Jarosław Gowin, Antoni Macierewicz, Radek Sikorski, Adam Bodnar. I Prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski.

  • 1990 – 2015, czyli pierwsze ćwierćwiecze nowej Rzeczypospolitej (tej z rzymską numeracją III). Tylko nieliczni i najważniejsi, którzy mieli wpływ bardzo istotny na przemiany i kształt nowego państwa.
  • Lech Wałęsa. Chronologicznie winien pierwszy być wymieniony Tadeusz Mazowiecki, który zanim to zrobił Wałęsa, objął wysoki urząd państwowy (premierostwo). Już w okresie tzw. przejściowym Sejmu Kontraktowego. Ale Historia uplasowała właśnie Lecha Wałęsę, jako zasadniczy symbol odzyskania suwerenności Polski. Było wielu innych też: działaczy, polityków, wizjonerów, autorytetów moralnych. W dziejach, jako pierwsze nazwisko pozostanie: Lech Wałęsa. A z Dziejami jest bezsensem się spierać. Piłsudski też nie był jedynym w roku 1918. Ale ten rok na zawsze już pozostanie z jego nazwiskiem (i słusznie) związanym, jako wskrzesicielem Polski.

Jak go sklasyfikować? Chyba musze dać ‘d’. Chciałoby się z sentymentu dać ‘a’, to jednak niemożliwe. Nie był ani jakimś idealistą, ani teoretykiem.  Nie był nawet politykiem w potocznym tego słowa znaczeniu. Był człowiekiem, który w odpowiednim czasie był na odpowiednim miejscu i podjął te wyzwanie Historii. I się nie ześwinił, nie zrobił na Polsce olbrzymiego majątku. Poświęcił jej jednak prawie całe dojrzałe życie. Dalej to robi, mimo choroby i różnych personalnych problemów, jakie go przez ostatnie 30 lat nękały. Jeżeli coś mógłbym dodać to fakt, że mogę go podziwiać, że te wezwanie podjął, że się nie przeraził że go przerasta (a wtedy chyba przerastało) i nie zasugerował innych znanych i cenionych działaczy. To świadczy o dużej odwadze cywilnej. I poczuciu odpowiedzialności za kraj. Byłem wtedy młodziutkim działaczem ‘Solidarności’ w Warszawie, naturalnie wiedziałem, że wiedziałem wszystko (LOL) i wszystkie rozumy zjadłem. Mogłem dyskutować o Sartrze, o Dostojewskim i Nietzsche, o Kotarbińskim. A tu mi jakiś tam stoczniowiec po zawodówce! A przez moment o nim tak nie myślałem. To był mój Przewodniczący. W ogień bym za nim skoczył, tak jak za Bujakiem. Co ciekawe to to, że pamiętam doskonale, że ja – ten wszystkowiedzący warszawiaczek – widziałem w nim dużą mądrość. Tak, brak wiedzy – ale mądrość.  Bo wiedzę można zdobyć, z mądrością trochę gorzej. Potem spotkałem i poznałem sporo bardzo wykształconych polityków o sporej wiedzy, którzy się ześwinili i zeszmacili. Wielu z ‘Solidarności’, też. Zapewne wiąże się to z moją biografią i wiekiem. Bardzo trudno uciec od tego powrozu własnego konkretnego doświadczenia. Pewnie młodsi co najmniej o generację potrafią to zrobić lepiej, obiektywniej.

  • No to teraz właśnie Tadeusz Mazowiecki. Tu bez trudności daje te ‘d’ w całej opisowości  ale i chyba bez większej wątpliwości ‘a’.  Jest pewna podstawa dodać cień choćby ‘c’, bo było w nim coś z ‘ideologa’ w rozumieniu głębokiej religijności i bezwzględnym powiązaniom z ideologią /filozofią  (religie widzę często, jako formę ideologii) Kościoła Katolickiego. Ale nie widziałem w nim niewolnika Kościoła, zdecydowanie nie był niewolnikiem hierarchów tego polskiego Kościoła. Poza wyraźnej linii nauczania Kościoła w kwestiach praw kobiet do własnego wyboru macierzyństwa. Co dalej pokutuje u polskich polityków. Tych demokratycznych też.
  • Leszek Balcerowicz – minister finansów początków suwerenności w trzech kolejnych rządach, Prezes Banku Narodowego. Podobnie jak Aleksander Kwaśniewski, miał w przeszłości członkostwo w PZPR. W przeciwieństwie do Kwaśniewskiego, który pewnie w pewne idee socjalizmu wierzył – Balcerowicz był w PZPR chyba z czystego oportunizmu (szanse na lepsze posady, łatwiejszą możliwość wyjazdów zagranicznych itd.). Daje mu trochę ‘c’ i trochę ‘d’.

      ‘C, bo był absolutnie ideologiem neoliberalizmu; ‘d’, bo chyba szczerze wierzył że to najlepsza, choć gorzka pigułka dla Polaków.  Może teoretycznie była. Skutki był zbyt ciężkie dla olbrzymich rzesz obywateli, którzy o rynkowej gospodarce pojęcia nie mieli. I nie mieli do niej jakiegokolwiek przygotowania profesjonalnego. Inflację udało mu się powstrzymać – ale taczerysm w Polsce zaowocował olbrzymią pauperyzacją całej masy ludzi, wysokim bezrobociem i biedą. Była to do pewnego stopnia praktyczna wersja porzekadła: operacja się udała tylko pacjentowi się zmarło.  Powiem więcej –  Plan Balcerowicza ponosi dużą odpowiedzialność za PiS i za pisowskie myślenie sporej części polskiego społeczeństwa. Również za ciągle istniejące w pewnych kręgach nastawienie anty-unijne. Bo wolnorynkowa gospodarka Unii Europejskiej naturalnie kojarzyła im się z tą ‘kuracją’ Balcerowicza.  Dziś, z perspektywy czasu, jestem przekonany, że źle to zrobiono i w zbyt krótkim czasie, a udział Leszka Balcerowicza w procesie przekształcania Polski widzę jako negatywny i szkodliwy. Reforma była niezbędna ale nie ta i nie przez tego ekonomistę robiona.

  • Krzysztof Skubiszewski – Minister Spraw Zagranicznych w latach 1989-1993. Odwrotnie niż Balcerowicz, Skubiszewski to przykład kariery naukowej w kraju i za granicą bez przynależności do PZPR. A mówimy o kimś, kto doktoryzował się jeszcze w czasach stalinowskich, a habilitował w 1960. Mój wuj, Janusz Fekecz, gdy był ambasadorem i PRL i III RP oraz Dyrektorem Dept. Europejskiego MSZ do czasu przejścia na emeryturę w 1995 wspominał, że Skubiszewski był, obok Adama Rapackiego, najinteligentniejszym ministrem spraw zagranicznych Polski po II wojnie światowej.  Kategoria ‘d’ bez wątpienia.
  • Władysław Bartoszewski – Minister Spraw zagranicznych w okresie 7 marca-22 grudnia w 1995 i od czerwca 2000 do października 2001; działacz społeczny, powstaniec warszawski, polityk, silnie zaangażowany w pomoc Żydom warszawskim w czasie okupacji (członek ‘Żegoty’ Armii Krajowej). Zdecydowane i silne ‘a’ i ‘d’ .
  • Aleksander Kwaśniewski – Prezydent III RP w latach 1995-2005. Bez najmniejszego wahania uważam, że był najlepszym prezydentem nowej suwerennej Polski do dnia dzisiejszego. Nikt inny do tej pory nawet blisko się nie plasuje. Od listopada 1977 do 1990 członek PZPR, zajmujący szereg pozycji rządowych PRL w tym okresie.  W 1990 współzałożyciel SDRP (socjaldemokraci).

Jego prezydentura charakteryzowała się działalnością spokojną, był  arbitrem sporów politycznych a nie ich instygatorem.  Bardzo silna kategoria ‘d’.

  • Donald Tusk – obecny Premier rządu III RP (od grudnia 2023); funkcję tą pełnił też w latach: 2007-2014; w okresie od grudnia 2014 do listopada 2019 był Przewodniczącym Rady Europejskiej UE (jedna z dwóch najważniejszych funkcji w Unii Europejskich). Przewodniczący PO (Platformy Obywatelskiej) – jednej z czołowych polskich partii politycznych o charakterze prawicowym z kręgu chrześcijańsko-demokratycznego. Najpoważniejszy przeciwnik Jarosława Kaczyńskiego w ich ‘wojnie politycznej’ o charakter Polski jako państwa i przede wszystkim o kształt polskiego społeczeństwa. Obecnie przewodzi największej pro-demokratycznej Koalicji Obywatelskiej zrzeszającej główne pro-demokratyczne siły polityczne od Lewicy po umiarkowana prawicę i w ramach tej Koalicji stanął na czele rządu Polski.

Zdaniem moim Donald Tusk (zwłaszcza po latach działalności w Unii Europejskiej) zliberalizował swoje konserwatywne poglądy chrześcijańsko-demokratyczne i gotów jest do prowadzenia w Polsce polityki reprezentującej zróżnicowane grupy społeczeństwa i jest obecnie politykiem bardziej pragmatycznym niż ideologicznym. Zdecydowanie najlepszym obecnie (z tych którzy reprezentują wystarczająco silną grupę polityczną) w tym przełomowym okresie Polski. Nie jest politykiem, którego darzę sympatią i na którego ( w normalnej sytuacji) oddałbym głos. Bardzo silne ‘d’, silne ‘e’ i trochę cienia (niestety) ‘c’.

  • Lech Kaczyński – Prezydent III RP w latach 2005-2010. Prezes NIK (najwyższa Izba Kontroli) w 1992-95; Prezydent Warszawy w 2002-2005; Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny w 2000-2001; czołowy działacz partii PiS. W przełomowym okresie powstawania i krzepnięcia ruchu „Solidarność’ był jego ważnym doradcą w kwestiach prawa pracy, w którym się specjalizował w karierze akademickiej. Został członkiem ‘S’ i był Delegatem na I Krajowy Zjazd ‘S’.  Zginał w tragicznym wypadku samolotowym w Katyniu.

Nie będę rozpisywał się tu o tym wypadku, jego przyczynach, o tym locie w ogóle, który nigdy nie powinien się odbyć.  Kategoria? Trudno, chyba taką świnią, jak jego brat nie był. Raczej na pewno nie.

Dobrego też b. niewiele zrobił i był (jako polityk) pod dużym wpływem brata. Zdecydowanie prawicowiec religijny (więc jedna z gorszych cech). No więc ‘c’ zdecydowanie, ale i trochę ‘d’ i ‘e’.

  • Cóż, jak a, to musi być b, czyli Jarosław Kaczyński. Premier RP od lipca 2006 do listopada 2007; v-ce premier od października 2020 do czerwca 2022 i ponownie od czerwca 2023 do listopada 2023; od 2003 lider partii PiS. W polityce są symbole, są fikcje i jest rzeczywistość.  Ta rzeczywistość jest twarda. Można bez jakiegokolwiek przerysowania powiedzieć, że w polityce polskiej ostatniej dekady pojawiła się nowa funkcja wymykająca się regułom tradycyjnego parlamentu republikańskiego: nazwijmy tą funkcję (stanowisko) jednym słowem: wóc. I już.

Link do poprzednich ‘ocen’ polityków międzynarodowych