Pytanie do poety

Pytanie

Drogi Panie

Andrzeju

Poeto doctus

Czy jest łatwiej pisać

w młodości dociekliwej,

z torbą wypchaną tomami

wiedzy i mądrości wieków

przerastającej wiek własny?

Czy w późnym wieku,

kiedy się wie ile się nie wie?


A może zwyczajnie,

po prostu,

wie się tylko tyle,

ile można unieść w sercu?


Czy pamięć wieków

ważniejsza jest

od pamięci chwili?

(B. Pacak-Gamalski, 2024)


Pisanie wierszy, bycie poetą – co to w zasadzie znaczy? Skąd bierze się ta potrzeba, ta siła, która pcha cię do pióra? Są poeci, którzy piszą dużo, bardzo dużo. Mają zastępy czytelników, którzy na nich czekają, rzędy recenzentów, którzy dzięki nim istnieją, żyją. Ba – tacy, którzy uważają, że dana im była misja opisu losu człowieka, jego fatum, sensus vitae.

I są poeci, którzy nie piszą często, czasem tylko publikują. Wiersz jest dla nich rozmową intymną z jednym czytelnikiem. Tak, jak przyjaciel rozmawia z przyjacielem przy herbacie, koniaku czy kawie.

Takim poetą wydaje mi się jest Andrzej Busza – wybitny mistrz strofy i i błyskotliwy znawca literatury. Ktoś, kto pewnie byłby doskonałym filozofem, bądź historykiem filozofii. Karierę (słowo to brzmi – przyznaję – bardzo niestosownie i brzydko w tym temacie) zaczynał w Londynie w tamecznym kręgu emigracyjnym, w miesięczniku „Kontynenty” i „Merkuriuszu” w latach 1947-1965. Obok swego serdecznego przyjaciela, Bogdana Czaykowskiego, z którym wspólnie po 1965 emigrowali do Kanady i w konsekwencji osiedlili się na stałe w Vancouverze nad Pacyfikiem. Obaj otrzymali posady na Uniwersytecie Kolumbii Brytyjskiej. Busza obronił tam pracę doktorska i był przez długie lata profesorem literatury angielskiej i cenionym znawcą Conrada oraz komparatystą.

Przeglądam i czytam teraz maleńki zeszyt poetycki Buszy wydany w 2013 nakładem Polskiego Funduszu Wydawniczego w Toronto – „Niepewność”[i]. Wiersze w tym zbiorku Busza dedykował zmarłemu w 2007 Bogdanowi Czaykowskiemu.

Poza ‘Zabawą w metafizykę’, który autor napisał po polsku, pozostałe wiersze powstały w jęz. angielskim, a tłumaczyli je Roman Sabo i Beata Tarnowska. Wiąże się to z jego decyzją zaprzestania twórczości w języku polskim. Decyzją, która konsekwentnie oddaje i jego skromność, ale i dążenie do doskonałości. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że jego znajomość polszczyzny zubaża się i pozostaje odcięta od żywego języka i jego zmian w Polsce. Nigdy tej jego decyzji nie uznałem za ani konieczną ani właściwą i kiedyś mu przed wielu laty o tym mówiłem. Naturalnie opinia moja nie ma tu znaczenia, chciałbym jedynie podkreślić, iż była bardziej jego dążeniem do doskonałości językowej niż do domniemanych braków. Jak moi czytelnicy wiedzą wyznaję zasadę ‘poetyckiego udomowienia’ języka używanego we własnej twórczości. Naturalnie to wątek poboczny i z tekstem tym mający niewiele wspólnego.

„Niepewność” Busza zaczyna wierszem idealnie nadającym się do zbioru dedykowanego Czaykowskiemu. Któż lepiej niż autor „Okanagańskich Sadów”[ii] by ten wiersz pochwalił a może nawet z przekorą by spytał: Andrzeju –  czy przypadkiem nie napisałeś jednego z moich wierszy?

Ten wiersz to wypisz-wymaluj styl poetyki właśnie Bogdana Czaykowskiego – przyjaciela Buszy, któremu ten tomik Busza dedykuje. Mógłby to być wiersz narodzony w szuwarach jezior okanagańskich, mógłby być nawet gdzieś z rozlewającej się szeroko delty rzeki Fraser za New Westminster, pod Vancouverem. A nie jest – jest zapowiedzią podróży erudyty kunsztownie zapowiadającego wejście w światy Kosmosu, ciemności i jasności. Światy, gdzie nieprawdopodobne jest możliwe. Cały ten fragment zapisany jest w stancy przedostatniej:

W załomie skały wbity kawał marmuru – na nim wyrzeźbiony

Znak: mały wąż i dwie linie proste połączone poziomo.

Kiedy zwierz mija popękany kamień, na lśniącą wodę pada czarny cień.

(…)[iii]

Ten wiersz jest a’la rebusem, ale może też być odczytany, jak echo powieści „À rebours”[iv] – westchnienie estety do świata idei, sztuki, Złotego Wieku piękna. Skąd, dlaczego?

Ano, już drugi wiersz pt. ‘Ósmy dzień’ tłumaczy tu wszystko. Bo prawda, że pierwszy był miły, prosty, łatwo (?) czytelny. Z pozoru. Bo tu nagle i palimpsest, i Paradox Olbersa.

A współczesny czytelnik nie musi rozumieć dlaczego Oscar (w domyśle: Wilde) jest porównywalny do palimpsestu kulturowego (zakładając, pewnie zbyt naiwnie, że wie iż ‘palimpsest’ to zapisywanie nowego tekstu na już istniejących oryginałach/kopiach). Może się mylę.

 Ale Paradox Olbersa? Mimo, że o tym astrofizycznym wyjątku pisał i tłumaczył go sam Edgar Alan Poe w prozie poetyckiej „Eureki”. No, bo faktycznie niby czemu jest ciemno nocą, przy milionach gwiazd potężniejszych od naszego słońca, które emitują światło non-stop?

Więc czy Busza jest trudnym poetą w tym zbiorze wierszy? Może chwilami jest. Ale te chwile warte są głębszego zastanowienia, może nawet poszperania w źródłach. Może i u niego zdarza się, że wiersz jest rozmową indywidualną z pojedynczym czytelnikiem? Czytelnikiem, któremu się zawierza, że metafory odczyta? A przede wszystkim, że wiersz zrozumie. I wydaje mi się, że jest możliwym – choć to przypuszczenie obrazoburcze – zrozumienie wiersza bez konieczności zrozumienia każdego odniesienia kulturowo-filozoficznego.

Całość jest zresztą wkomponowania właśnie w tą rozmowę i odpłynięcie w świat cienia jego bardzo bliskiego przyjaciela, któremu ten cykl wierszy poświęca.

Busza potrafi. Mimo, że nie jest, zdaniem moim, parnasistą. Rozumie skalę siły prostego słowa, które ma moc i jędrność bezpośrednią. Jak w wierszu ‘Zabawa w metafizykę’. Zrywa, jak zakochany młodzieniec, stokrotkę i robi znaną wyliczankę z odrywanymi kolejno płatkami. Ale tu chodzi o metafizykę, więc wyliczanka ma charakter metafizyczny:

 Bóg jest

Boga nie ma

(…)[v]

I kończy smutną, człowieczą konstatacją:

W palcach

została łodyżka

i okwiat ogołocony

Bodaj najpiękniejszym, najczulszym i bardzo personalnym, więc i bolesnym utworem jest ‘Letnia elegia druga’.[vi]

Druga zwrotka to zaś wręcz zimny skalpel szpitalnego krajobrazu. Opis ostatniego momentu, ostatniego ‘kęsu powietrza’. Ale zaraz dodaje, by uniknąć pułapki turpizmu:

a przecież zawsze oddający hołd yoni świata

czule jak Keats[vii]

Czwarta, średnicowa zwrotka jest powrotem do lirycznej poetyki Czaykowskiego:

Wiersze jego rosły jak liście na drzewach

oczarowane miłością i pięknem

(…)

Z takim epilogiem:

Reszta to ani spokój

ani milczenie

Wiatr zrywa się

niesie popiół

w lasach pełno ech[viii]

Dwa kolejne wiersze (‘Podróż’ i tytułowy ‘Niepewność’[ix]) są rozwiązaniem odniesienia do Paradoksu Olbersa – alegoryczności kosmologii wędrówki duszy ludzkiej; z jasności do cienia i mroku, który jest też światłem.

Podsumowaniem tomu jest wiersz ostatni. Bolesny, bez szansy na pomyłkę, że może to sen, może to nieprawda, może przyjaciel zadzwoni jutro …. I zadzwonił w wierszu ‘Łazarz’. Wierszu tragicznym, ale bez sztywnych wzorów tragedii greckiej. Przeciwnie, wiersz jest chwilami prawie krotochwilny, szelmowski omal. Przyjaciel dzwoni z opowieścią o dziwnym zdarzeniu[x], jakie go spotkało po wcześniejszym wspólnym spotkaniu na piwie. To historia umierania zamknięta w kapsule skróconego czasu. Ale nie jest to historia bólu, przerażenia, żalu, tęsknoty bolesnej. Nie – to historia ciekawości poznania co niepoznawalne. Co jest wtedy i tam, po tej drugiej stronie życia. Jakby potknął się o kamień, upadł i zaczął obserwować, niezauważalny z pozycji pionowej, świat maleńkich istot w trawie. A jest, jak zapowiadano we wszystkich ważniejszych księgach Religi Bliskiego Wschodu, wesoło, jest napitek, jest Marta i Maria i ‘radosne okrzyki La Chaim i Mazel Tov’[xi]. Ale przyjaciel czuje się w tym zgiełku nieswojo:

Im radośniejszy taniec

Weselsze śpiewy

Tym bardziej czuję się nieswojo

Wymykam na dwór

Czarne jak smoła niebo

Usiane gwiazdami

Rozkręca się

(….)[xii]






[i] Z serii bibliofilskiej PFW, wydano 75 autoryzowanych egzemplarzy. Mój egzemplarz ma numer 47.

[ii] ‘Okanagańskie Sady’, B. Czaykowski; Wyd. Dolnośląskie, Wrocław, 1988; ISBN 83-7023-633-2

[iii] Pierwszy wiersz Zeszytu: „Sielanka”, s.5

[iv] „A rebours”, Joris-Karls Huysmans

[v] s. 8 „Niepewności”

[vi] s. 9, ibid

[vii] ibid, l. 7 i 8

[viii] ibid

[ix] s.11 i 13

[x] W dwudziestu dwóch linijkach opowiada historię długich tygodni choroby i własnej śmierci ściśniętą do jednego jakby dnia (s.17)

[xi] ibid; s.18, l.14 i 15

[xii] ibid

Garść poezji …

Mama moja odchodziła od nas bardzo długo. Nie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu ale rok po roku. Straszna choroba tracenia pamięci, która w okresie późnym zabiera też pamięć poruszania się, swobodnego mówienia jest i dla chorego i dla bliskich okrutnym doświadczeniem. W 2017 Mama była już w tym późniejszym stadium choroby ale jeszcze były dni lepsze. Nie mogła już chodzić samodzielnie, spacery dłuższe, nawet w wózku inwalidzkim, uciekły nam w przeszłość. A chodziliśmy na te spacery po łąkach i parkach codziennie bodaj. I gdy Mama zbliżała się do końca tej największej wędrówki jaką jest nasze życie – wybrałem się z Nią na jeden jeszcze spacer: wyimaginowany ale jakże naturalny jednocześnie. Spacer poetycki. Bardzo mi pomógł.

Więc idziemy trzymając się za ręce.

Most jest strasznie długi,

pełen zakrętów, jak rozłożony

między jaskiniami płaski ogon smoka.

Po obu stronach płoną złotem i brązami

jesienne gałęzie ubrane w barwne

 rękawy brokatowej bluzki z czereśni.

Gdzieniegdzie lśnią karminem

ciężkie korale jesionów i dębów,

gdzie indziej – złote girlandy brzóz.

Mama mówi: ach, jak tu pięknie.

Nie idź za szybko, zwolnij i patrz.

Odpowiadam: mamo, most bardzo długi,

jest jeszcze daleko, noc zapadnie,

będzie zimno, możemy się zgubić.

A ona odpowiada: nie bój się,

nie zgubimy się. Popatrz, tam na skałce

kamień płaski cały obrośnięty mchem,

jak poduszka, obok kępki borówek czerwonych

i fioletowy wrzos pachnie tak uroczo.

Położymy się, odpoczniemy, niebo

będzie gwiazd pełne. Kołysankę ci zanucę.

I rankiem dalej pójdziemy.


I kilka z tygodni/dni ostatnich.

Szeregami idą żółte drzewa

nad nimi chmury zielonego nieba

z niej tasiemkami spływa rzeka

nad nią papierowa tęcza z mleka

W tym świecie z papier-mâché

w kapeluszach z wycinanek

chodzą ludzie ulicami miast

i wiosek konstelacji Origami

Tam ptaszki czarne i białe

bardzo wielkie i całkiem małe

wesoło podskakują jak gumki

śpiewając arie Verdiego i dumki

Miły bardzo jest ten świat Origami

chętnie bym zamieszkał tam

gdybym do bram jego klucz miał

igły klej i nożyczki spakowane już

Uśmiech tylko wyszminkować

oczy trochę podmalować

i rumieńce zazielenić jak trawa

jakaż będzie radość i zabawa

Ognisko z wolna dogasa. Strzelają jeszcze

bierwiona językami pomarańczowego ognia,

żar bije ze złotych brył utleniających się

fragmentów kosmicznych meteorów.

Jestem, ciągle jeszcze jestem.

Nie prosiłem o to – ale stało się.

Może tak być miało, więc jestem.

O czym mam świadczyć,

czy mam jakąś misję,

której celu mi nie ujawniono?

Nie wiem, ale wiem, że jestem

choć wolałbym już nie być.

Ciemne korony potężnych świerków

odbijają się w srebrno-zielonkawej

wodzie jeziora Dee, gdzieś w górach

nad doliną Okanagan w Kanadzie.

Jest zimno mimo słońca.

Żółtymi piórami wioseł

chłostam zielonkawo-szarą wodę.

Więc jestem.

Ogień w ognisku,

kajak w wodzie,

słońce w górze,

– więc jestem.

Każdy wiersz ma swoje ograniczenia formy, nawet wiersz wolny, któremu te ramki autor sam majstruje. Gdy nijak przyciąć do foremki go nie można – w sukurs przychodzi proza poetycka.

Walk through time

A tear runs

through your

cheeks like

a stream of

clear pearls.

A flicker of sad

smile dances

in your eyes.

I kiss and

and wipe them

with a touch

of my fingertip.

No sadness please,

I plead with you.

Cry with happiness,

not with sorrow today.

Rejoice with that

memory, with that

journey in time.

Moment of coming

back to that town,

that place, that night.

Your flesh is warm

tonight, your eyes

are dreaming again,

your lips are trembling

and waiting for a kiss.

Tonight is our time

again, our gods

are giving us the gift

of Love, of promise

eternal to keep.

It won’t be broken

and it won’t be buried.

Just as you are real

tonight, sitting in a flesh

next to me, sending

quivers of anticipation

down my spine

and making me

sing again psalms

of thanks for

passion known

to young hearts

and old souls.

Be with me.

I had so many

long nights

of despair and

emptiness of

that vast bed

left only to

my body getting

smaller by the day,

by the night,

 by the hour.

It was vast indeed,

that empty space

of our bed,

that turned into

the desert of Gobi,

 the desert of Rumi’s

lover wandering

days on end

and nights under

stars flickering

above – for whom?

 I have built

a fort of our Love

on forgotten,

lost and wild

beach of North Atlantic.

Because I couldn’t

look at the vast

empty bed of ours.

Even that was

not enough.

Not even the friendly

powerful waves

I swam in.

Although, they did

took pity in my sorrow

and offered graciously

the peace of cold

vastness of their depths

far from the shores

and noise of human

plights and pitfalls.

 I run from them, too.

 I run nonstop

for hundreds and

for thousands of miles.

I run the way we came

to these northern shores.

But I run opposite way,

I run back to our home,

and back to the beginning

of our time,

our Love

 its birthplace –

where we emerged

from the cool and fast

waters of Elbow and Bow

Rivers, from the singing

mermaids of Fish Creek

at the foot of snowy peaks.

And I found you

wondering aimlessly,

blindly where all the waters meet

to become one.

And I grabbed you,

I hold you,

And I kissed you.

I won’t let go.

We will go again

to the other ocean,

to our home,

our waves,

our lovemaking.

Maybe we will go

On Capitol Hill there,

And walk to the small

trail down to

the inlet and find

the rock we liked

to seat on while

watching passing ships.

And we will plant

our souls there,

by that rock, under

that sky and moon.

Our souls will stay

there forever,

nothing will disturb them

separate them.

They will wave at

the shadows

of our bodies,

and will smile saying:

thank you. We will stay here.

And now you can go free.

Do you see now, My Boy,

why I did all of it?

The searching?

The running?

The travelling to

the beginning of time,

to the birthplace of Love

and Lovebearing?

Now you can’t

be sad anymore.

I can’t despair, either.

We were just vessels

for our souls

and our souls are

together again

till the end of times.

Our mission is done.

Let the sadness

be happy, fulfilled.

And smile at me once more.

I will kiss your

happy tear, too.

Thus, the saga ends.  A saga of Love I had, a saga of Love I shared with My Boy. Or Love he had and shared with me.

I have written about it, that Love we shared, many times on these pages. At times it was a scream of pain and despair; at times pleading with Fates to turn time back, before that tragic day when My Boy died in my arms; at times it was rejoicing the time we had; or proclaiming urbi et orbi that he is alive in me, is part of me. None of that was a lie or imagination. We search for words and ask our imagination to name things we can’t truly comprehend or fully accept.

But the simple and honest answer is that my life have changed few times irrevocably: I was a different person before I met my Lover and become a different one after that meeting, absolutely and instantly understanding that I just can’t exist anymore without his presence in my life; the day My Boy ceased existing in a material world – I become once more a different person. I remembered, I resembled that previous versions of me, shared our common life – but I wasn’t IT anymore. And I know that it never will. Wish that it wasn’t like that – but accept that it is. Mostly – I’m filled with awe that I found my soulmate, soulsharer. A gift so rare and precious it escapes a name. But you do know and recognize IT the moment it appears.

One of the greatest poet of Romanticism,  Adam Mickiewicz , wrote in his major drama “Dziady” famous sentence ‘Gustavus obitt – hic natus Conradus’[i] that begins the spiritual transformation of the main character of his long poem. But that transformation starts and continues for a very different reason  and goals. The hero (Gustav) has a vision and proceeds to become a different person. I did not have any visions, nor did I planned to become someone else. Indeed – I never had become someone else. Emotional events have made major changes in and of my life. It changed me very much so, but it did not erased my past. I still carry it with me, the good and the bad.  A gift of great love – if you receive one, and it is a rare occurrence – carries great peaks of pleasure and happiness … but it also could carry an immensely deep pits of darkness and sorrow. So dark and so deep it could swallow you whole. Am I advising you not to seek such love, not to try? No. But if I can be bold, I will say that walking up and down pleasant hills is not the same as climbing Mt. Everest. And many who did neither reach the peak nor returned. My climb or rather descent is only two years old. And I am still not sure if I will return to safe shelter.


[i] (translation from Latin) Gustav dies – Conrad is born

Pożegnanie z Księżycem

Pożegnanie z Księżycem

KSIĘŻYC

Grudko skalna zawieszona

na sznurku z pyłu gwiezdnego –

świecisz jak ogarek Oriona

w kurzu Gościńca Mlecznego.

Ten sam a inny każdej nocy.

Raz w nowiu, raz w pełni – czego?

Bezsilny czy pełny mocy?

Kandelabru smutku czystego.

Możeś inny w każdym niebie:

tu pochlipiesz, tam się cieszysz –

i uciekasz, kiedy dnieje.

Tutaj wolno, tam się śpieszysz.

Którym będziesz dla mnie jutro,

gdy pod innym będę niebem?

Z twarzą zimną, hardą, butną,

czy też ciepłym, świeżym chlebem?

(B. Pacak-Gamalski, 13.09.24)

Fort Needham – a tribute

Bell Tower on the hill

Fort Needham

It sits upon a hill.

Peacefully, pleasantly

offering a nice view

of Bedford Basin to the left,

and the Narrows to the right.

Time is dangerous –

First world war raging somewhere in

mud of France and Belgium.

Canadian boys are gassed

to death as they jump

from their trenches

in an effort to gain

few feet of that foreign soil.

If the gas is not used,

they are cut in half by

Mauser machine guns.

Time is prosperous In Halifax:

The Harbour bustling with

sea and train traffic from

all over North America.

Shops are full of local

and foreign sailors,

merchants and buyers,

fishermen sale their

daily fresh catch straight

from their wooden boats.

Powerful artillery guns

protect the entrance

to Halifax Harbour

from any attempt by

Emperor Wilhelm Imperial Navy

to conquer the entrance

to entire North America.

The Fortress of Halifax

safeguards Boston and

the rest of United States.

It is not a bad day

in the Harbour

on December 6, 1917.

The Norwegian ship ‘Elmo’

filled with fresh relief supplies

for the war-torn Belgians in Europe

slowly begins its voyage

from Bedford Basin, enters

the tight waters of the Narrows.

But the war in Europe needs

more than bread and flower.

It needs also munitions, gun powder,

chemicals to make bombs.

Comes another vessel,

the French war supply ship,

– ‘Mont-Blanc’.  

Like the snow-covered

peak in the French Alps.

It is sailing from Halifax

to Bedford Basin.

People gather on the Richmond Hill,

on the slopes of Fort Needham

to watch the passing foreign ships.

Fathers hold their children

by hand and explain to them

the colours of the flags,

the foreign ensigns.

Boys are particularly exited.

Scared, but excited even more

when the two ships collide.

As boys all over the world do,

when they see an accident happening.

The ‘Mont-Blanc’ burned for half an hour.

Then the world collapsed.

Upon the ships,

upon the boys on hill

and boys playing in their homes,

in their backyards,

seating on their grandmas laps.

It collapsed on the grandmas

 and grandpas, too.

It collapsed on their city.

It is late summer, 2024.

I walk the slope of Port Needham

to it’s flat top.

In the middle seats a large structure

of modern bell tower.

I see the Tower from my window

on the other side of the Narrows.

It’s 2 o’clock.

Time for the Bells to sing,

to cry and to remember.

Every day and every boy,

who perished than.

Every girl and uncle,

and mum an pop.

Even the lonely

older chap, whose name

no one knew and no one will.

All one thousand

nine hundred

forty six.

The largest explosion

Prior to Hiroshima

and Nagasaki.

A poet remembers, too.

(Bogumil Pacak-Gamalski, 09.09. 2024)

Wielkie podróże życia

Sa podróże epokowe w życiu człowieka. I prawdziwie epokowe są przeprowadzki-podróże przez wielkie puszcze, nad wielkimi jeziorami, przez wysokie góry i przez płaskie prerie. Od oceanu do oceanu. Kłopot człowieka, który zamieszkał w takim kraju, który ma aż trzy oceany i część najdłuższego pasma gór: Kordylierów. Ba, jedna z pasji mojego życia to podróżowanie, więc – voila! Drugim nieodłącznym elementem wielkich podróży są pożegnania. Te mogą być bolesne. I w tym pomaga wiek i doświadczenie, które łagodzą te wstrząsy. Te też, niestety, już mam.

Pisałem bardzo niedawno na tych łamach o książce. Naturalnie o książce literackiej lub szerzej nieco, o książce ze świata kultury i wiedzy. Literatura bez wiedzy by istnieć nie mogła, ale jest też sprzężenie zwrotne: po cóż wiedza, jeśli do świata kultury (wiec literatury, sztuki ogólnie) nie prowadzi? Te dwie córy umysłu ludzkiego są poniekąd bliźniaczkami syjamskimi.

Więc związane z moją życiowa przeprowadzką przez epoki i kontynenty problemy pakowania i eliminowanie są okrutne. Ofiary jakieś być musiały. Pierwszymi były książki współczesnej literatury dużych nazwisk literatury polskiej. Ale znowu jest pewna cezura, dziś już zarzucona (i słusznie) literatury krajowej i emigracyjnej. Tu jest wiele niebezpieczeństw i zaskoczeń dla niektórych. W kraju czytelnik (i wydawnictwa) pamiętał tylko o tych, których znał z lat do (powiedzmy umownie) 1945. Tych którzy przed tym 45 już zaistnieli. A kurtyna komunistyczna była mimo wszystko dość szczelna i zawisła na kilka dziesięcioleci. Masa wspaniałych poetów i pisarzy polskich dorosła do ‘bycia’ poetą i pisarzem już poza granicami PRL. Tych nigdy na nowo przywrócić literaturze krajowej nie potrafiono. Może było to niemożliwe. Próbowano niektórych – głównie w sferach akademickich, badawczych. Aby żyć w świadomości czytelnika trzeba pisać, tworzyć i żyć ‘po sąsiedzku’, na następnej ulicy, przy kawiarnianym stoliku obok. Prowadzić aktualną rozmowę z tym czytelnikiem na temat pogody na ulicy, na temat miłości, wiary, patriotyzmu i ceny bochenka chleba w sklepie.  Tak – były „Zeszyty Literackie” Barbary Toruńczyk, ale dla wielu już za późno, dla innych trochę zbyt oddalone rożnymi progami. A i w Polsce „Zeszyty Literackie” nie były „Życiem Literackim”[i] i większość ich trwania była wydawana poza Polską. Podobnie miało się z moim Rocznikiem Artystycznym „Strumień” wydawanym w Kanadzie w latach 1999-2012 – istniał w bibliotekach uniwersyteckich w Polsce, w archiwach literackich, ale nie ‘na ulicy’ miast polskich, gdzie spacerował krajowy czytelnik[ii]. Gorzej jeszcze było z wydawnictwami i autorami mniej znanymi a rozsianymi w różnych ośrodkach polonijno-emigracyjnych po całym Zachodnim świecie. Prawie każdy polski tygodnik wydawany w Londynie, Toronto czy Nowym Jorku prowadził też własne wydawnictwa poetów i pisarzy w tych krajach mieszkających. Mało kto z żyjących pamięta te wydawnictwa i tych autorów.

Więc tych zapomnianych i te zapomniane tytuły biorę. Ocalić od zapomnienia …

Dużo więcej będzie tytułów angielskich, które wyjątkowe dla mnie mają znaczenie literackie lub literaturoznawcze. Wśród z nich wyjątkowe ma gigant literatury Colm Toibin. Moim zdaniem jeden z najlepszych pisarzy kultury Zachodniej końca XX i początku XXI wieku. Genialny i jako pisarz i jako literaturoznawca.

I (bo koszula ciału bliższa i wiedzę na ten temat mam dobrą) biblioteczkę badań literacko-kulturowych społeczności LGBTQ+.

To książki tylko. A co z dugą pasją, z muzyką?! Nigdy w życiu nie myślałem, że dyskietki i DVD’s tyle ważą! Taka jedna płytka, to piórko. Dwadzieścia już waży – a 50 waży ho,ho. Jaką selekcję robić? Jakbym się ośmielił wyrzucić Callas czy Pavarottiego, Mozarta lub Beethovena, Madonnę (tu kłamstwo – akurat wielkim fanem Madonny nie byłem i nie jestem) lub Piaf, Ewę Demarczyk czy Marka Grechutę? A wyrzuciłem, całą masę. Odwrotnie od książek – współczesne systemy odbioru muzyki internetowo-elektronicznie są wielokroć lepsze niż te z dawnych CD. Więc tak długo, jak będę miał dostęp do Internetu i jakiś laptop – nie muszę mieć na licznych stojakach stojących pod ścianą z setkami tych dyskietek. Z nielicznymi wyjątkami: zachowam te od tych muzyków, którzy sami mi podarowali ze specjalna dedykacją. A szczęście miałem współpracować, czasem się przyjaźnić, z wieloma wspaniałymi muzykami. Czort wie czemu głównie z arystokracją muzyków-wykonawców: pianistami, LOL. Nie, no wiem przecież, bo jak tu porównać sceniczną widoczność pianisty ze swoim instrumencikiem a skrzypka ze skrzypeczkami?! Size matters, LOL.

Prócz tych wezmę specjalne edycje zrobione na wielu dyskietkach z okazji jakiejś wyjątkowej, niepowtarzalne i artystycznie – majstersztyk.

Nie zostaje nic innego, jak wyrzucić kolejne kilka worków własnych ubrań. Bo mimo wszystko książka jest przecież ważniejsza od gaci i spodni. A samochód, którym przez kontynent to będę wiózł – choć spory – za nic się nie rozciągnie. Przyczep żadnych przez puszcze i góry ciągnąć za sobą nie będę. Karawan ciągnąłem jadąc ponad sześć lat temu w tą stronę: od Pacyfiku do Atlantyku. Ale wtedy jechało nas dwóch: ja i mój John. Teraz wracam sam i pora roku dużo późniejsza. Dalej, z Zachodniego Wybrzeża, za kilka dobrych miesięcy powiezie to już statek. Po co ciągnąć to do Vancouveru, skoro z Halifaksu tyle bliżej, przez jedno tylko duże jezioro? Ano, to już inna para kaloszy, inna historia. Inny wiersz i powieść inna. Vancouver to mój Dom. Moja miłość i najpiękniejszy okres mojego życia, który już nie ma szans się powtórzyć. Jakbym mógłbym nie pojechać, uściskać go i podziękować za to, co mi dał? Z jednego miasta, które kochałem – Warszawę – wyjechałem blisko pół wieku temu nie żegnając się, bo nie przypuszczałem, że nie wrócę. Tym razem tego powtórzyć nie mogę, bo teraz wiem.


[i] Zeszyty Literackie – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

Arabesca o Andre Ochodlo

Gdzieś w laskach pod Sopotem, sosnowych laskach na piaszczystej ziemi. Może koło Opery Leśnej, tańczę z uroczym Andre Ochodno. Tańczymy do żydowskiej melodii starej piosenki o sztetlu żydowskim w Bełzcu. Andre nuci z rozwianymi bujnymi włosami w jidysz: meine szetele Belz. Śpiewa i płacze. I ja płaczę scałowując jego łzy. Bo też mi żal strasznie i jego i tych sztetli w małych miasteczkach, tego harmideru na uliczkach z drewnianymi domkami, sklepikami, warsztatami krawców, szewców, rymarzy, sklepikami z mydłem i powidłem. Że nie ma synagog.

A może to nie było pod Sopotem, niedaleko teatru „Atelier”? Może to było nocą na uliczkach i w barach Vancouveru, gdzie go poznałem? Był młodziutki, delikatny. A ja byłem draniem. Romantycznym – ale draniem. I zamiast Andre wyciągnąłem Marka Rychtera, świetnego aktora charakterystycznego, który z Andre przyjechał na koncerty do Vancouveru.  Łaziliśmy od speluny do speluny przez całą noc, zabrałem go do świetnego baru w Royal Hotel na Granville, wówczas popularnego baru gejowskiego, gdzie były świetne koncerty wysokiej klasy queer queens parodiujących Lizę Minnelli, Marlenę Dietrich, Barbarę Streisand. Marek był zachwycony ich wysoka profesjonalnością i aktorstwem. Ktoś się do niego przystawiał, chciał kupować drinki. Śmiał się i nagle zwrócił się do mnie – dlaczego nie wziąłeś zamiast mnie Andre, mielibyście świetny czas, bo Andre jak ty jest też gejem. Spojrzałem z wyrzutem na niego: Andre jest za delikatny na takie chlanie od baru do baru. On jest subtelny, jego trzeba chronić przed łajdactwem.

A może powinienem, może Marek miał rację. Przecież nie musieliśmy łazić po barach. Zabrałbym go na długi spacer wzdłuż Zatoki Angielskiej i potem brzegami stawu na skraju Stanley Park. Może poszlibyśmy i do Parku w Alejkę Zakochanych. Może tam byśmy właśnie tańczyli smutne żydowskie tańce pod koronami tysiącletnich cedrów?  Czochrałbym palcami jego gęste włosy, opowiadał o żywej Krochmalnej w Warszawie, o uliczkach w Mińsku Mazowieckim pełnym sklepikarzy z brodami i pejsami, poprowadził ulicami dzielnicy żydowskiej w Wilnie prosto do domku mędrca Gaona. Kłamałbym, że to wszystko jest, albo wyczarowałbym, że by było naprawdę,

I o szarym świcie wracalibyśmy do domu pijani marzeniami. Objąłbym go czule ramieniem, otarł raz jeszcze smutne łzy. Ust bym nie całował, choć jakże nęciły. Może łajdakiem-zawadyjakiem byłem, ale byłem łajdakiem subtelnym, czułym. Nic prócz chwili dać mu nie mogłem, bo sam byłem zakochany po uszy w moim Chłopcu. A Andre romantyczny, smutny zasłużył na więcej niż przygodę. Więc byłem dobry, byłem spolegliwy a nie natrętny.

Sen-zjawa, spacer, którego nie było. Ale Marek miał rację. Powinienem go na ten spacer senno-nocny, magiczny zabrać. Na spacer uliczkami nieistniejącego świata, świata utraconego na zawsze. Może go jeszcze w Polsce zabiorę. Światy istniejące w wyobraźni, w marzeniach są zawsze, nie umierają, nie znikają. Warto je odwiedzać.   


post scriptum autora: tekst powyższy ma charakter specyficznej literackiej fikcji opartej w części na wydarzeniach faktycznych. Nie jest jakakolwiek próba outingu aktora Andre Ochodlo. Jest możliwe, że mi się tylko wydawało, że jest gejem, nie przypominam sobie bym go o to po prostu spytał. Jest też możliwe, że tak mogło się wydawać aktorowi Markowi Rychterowi. W moich późniejszych, po wielu latach rozmowach z Markiem Rychterem, dla którego miałem przygotować monolog (w konsekwencji tej obietnicy nie dokończyłem ze względów niezależnych ani ode mnie ani od Marka Rychtera) nigdy do tamtego spotkania ani tematu nie wracaliśmy.

Miejsca. Places.

(in Polish)

Miejsca. Miejsca … to taka specjalna przestrzeń geograficzna i emocjonalna. To tam, gdzie kiedyś ludzie kładli kamienie, budowali kapliczki lub kopce. By odnaleźć potem samemu lub zostawić ślad, drogowskaz dla następnych. Drogowskazy, że tędy droga.

Moje pożegnania z naszym ostatnim domem w Nowej Szkocji od miesięcy wielu do takich miejsc zawsze prowadzą. I zawsze jakiś kamyk tam kładę, jakieś wspomnienie zapisane w notesie, jakiś wiersz. Te literki i słowa to moje kamyki – byliśmy.

Dziś na plaży Conrada, ostatnie chyba moje pożegnanie, ostatnia kąpiel w falach grzywiastych w tej prowincji. Ostatni nasz spacer tam.

Fala

I cóż falo
ostatnia na tej plaży?
Mojej wizyty
też po raz ostatni.
Czy zmyłaś
ze zmarszczek dni klęski
i dni zwycięstw?
Pocałunki i łzy,
czułe westchnienia
i przekleństwo bezsilności?

Pieścisz mnie jeszcze
białą pianą pasji
niespełnionych do końca,
a potem odpływasz
w swe głębie
znudzona romansem
nie zaczętym,
nie skończonym.

(Conrad Beach, 01.09.24)

(po angielsku)

Places. Places are special geographical and emotional spaces. It is where people, lovers, parents with children left stones on the hills, build mounds, erected structures or symbols of their gods in their marches through millennia. So others can follow or so they would find their way back.

My goodbyes with our last home in Nova Scotia took me a long time. Time to trace them back, find my way. But I did it. I have found them for the last time. I have left my ‘stones’ on the shores an on the white pages of my notebook. The ‘stones’ are my letters and sentences written down on the white pages of my notebook.

Today was probably the last one. I went to Conrad Beach for last swim in foamy waves of Atlantic. Our last walk there.

Time of snuggle

Come to the crescent of my arm,

I will place my hand on your shoulder

and we will walk on the shore.

On that line separating

land and water,

the sky and the mountains,

the Moon and the stars,

death and life.

Come. It’s time.

The time stolen from us –

I have found it.

Come, it’s time.

(Conrad Beach, 01.09.24)

Potęga książki

Książki. Nie, nie będę pisał o konkretnej jakiejś książce, o ważnej powieści, nowelce, o tomiku konkretnego poety lub antologii jakiegoś okresu, jakiejś szkoły poetyckiej. Padną tu pewnie nazwy, tytuły, nazwiska autorów – ale tylko w aurze tematu większego. Tematu książki. Tego dziwnego przedmiotu, który jest szkatułą ludzkich losów. Bez książek większość naszego eposu byłaby pokryta nieczytelną mgłą, patyną zapomnienia.

Mój wielki sentyment do tego papierowego przedmiotu (należę do tej staroświeckiej kategorii czytelnika, dla którego ibuki i pidiefy, nigdy trzymanej w ręku obwoluty nie zastąpią) uderzył mnie swą mocą w tygodniach ostatnich, gdy czeka mnie kolejna już wielka przeprowadzka. Tym razem chyba największa, najtrudniejsza, najbardziej brzemienna. Moje książki na półkach! Co ja z nimi zrobię?! Przetrwały tyle moich przeprowadzek! Ale przetrwały. Przy każdej kolejnej więcej ich było, nigdy mniej. Nie było żadnej podróży, wycieczki bym bez nowych nie powracał do domu.

Jak to się zaczęło? Nie mam pojęcia. Książka była zawsze. Brzechwa i Szancer, pożółkłe karty wielkiego foliału „Żywotów Świętych”, które przetrwały nawałę prusacką na Wielkopolsce w latach Bismarcka, a które wyjechały z moimi pradziadkami po kądzieli do Westfalii, z której zaraz wrócili do Polski w 1918, tym razem do Bydgoszczy. Z tymi ‘Żywotami’. Potem ukrywane skrzętnie (w osobnych fragmentach) przy terrorze hitlerowskim w Bydgoszczy w latach 40. I przetrwały. Z nich, złożonych skrupulatnie w skoroszycie z zapięciem sznurkowym, 6-7 letni czytałem wspaniałe heroiczne dzieje Teresy z Akwinu, św. Bartłomieja, Ignacego, wszystkich męczenników Kościoła – jakie to było pasjonujące, porywające wręcz! Heroiczne, dramatyczne, czasem trochę i kryminalne. Przygoda! W tym samym czasie, może ciut później – też luźne karty, szpargały (ale w oryginalnej pięknej czerwonej płóciennej obwolucie) „Dzieła wszystkie”  Adama Mickiewicza. Mama była bardzo zadowolona, że tak się ‘Świtezianką’ zakochałem, bo sama bodaj najbardziej ją kochała. Romantyczka niepoprawna, ha ha ha. Ta była zniszczona, bo wywieziona z Wilna przed zalewem bolszewickim w 45. I też podzielona na części, by przetrwała. Bo wszak on pisał tam bezczelnie „Litwo, ojczyzno moja!”.  I dzięki temu została ta Litwa (jeśli nie cała, to Wileńszczyzna i Nowogrodczyzna bezapelacyjnie) moją ojczyzną. Kochałem Wilno na długo zanim je mogłem pierwszy raz zobaczyć. Przez książkę. Owszem – tradycje babci (po mieczu tym razem), ojca, cioć i wujków. Ale tak po prawdzie to winien był Mickiewicz najbardziej. Ta zniszczona księga w czerwonej obwolucie.

Potem szybko pojawił się stary pan z brodą, Ignacy Kraszewski. Chodziłem już na pewno do szkoły. Chyba do drugiej, może nawet trzeciej klasy. Stara Baśń” przez kilka dni zabierała mi kompletnie sen i dzięki niej zrozumiałem czemu jesteśmy tak heroicznym i patriotycznym narodem. A potem, potem to już się potoczyło. I już nie tak bezkrytycznie. I zacząłem czytać książki historyków, nie pisarzy. Ale literatura szybko powaliła swoja potęgą naukę. Za sprawa pani Marii Dąbrowskiej. Wróciła mnie na Kresy. Nie do Wilna, na Grodzieńszczyznę, nad błękitny Niemen. Noce i dnie nad nim. Do dziś (a starowaty już się robię i żyję oceany za Niemnem) łapię się czasem nucącym: ‘ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, a ja doliną. Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą, a ja kaliną…’ . Kiedy mając 19 lat pierwszy raz jechałem pociągiem do Wilna i zatrzymał się na dworcu w Grodnie – wyskoczyłem z niego jak szalony, by choć wciągnąć powietrze z zapachem Niemna … . Przez panią Dąbrowską.  

Potem oczywiście już Stendhal i inni współcześni (bardziej współcześni, powiedzmy). Powieści trudniejsze, poezje piękniejsze, bo operujące często moim językiem. I książek przybywało. I nie tylko w polskim języku. W końcu angielski stał się, obok polskiego, też moim językiem, w którym piszę wiersze, eseje. Ba! Napisałem raz lub dwa coś po włosku.

Książka była najtrwalszym towarzyszem mojego życia i peregrynacji po świecie. Książka i jej autorzy byli często zaczynem serdecznych znajomości, przyjaźni. Zmęczyła mnie z biegiem lat powieść jako taka. No bo ile razy czytać można tą samą historię tylko trochę inaczej napisaną? Więc na ogół czytam tylko fragmenty. Ale dalej je kupuję i bez nich żyć bym nie potrafił.  

I teraz, w tej najtrudniejszej podróży mojego życia powyrzucałem, porozdawałem prawie wszystkie meble, jakie miałem, urządzenia, telewizory, górę ubrań. Chciałem zrobić remanent półek z książkami. I ni siak nie potrafię. Owszem, kilka bez sensu spraw bardzo prozaicznych tyczących – wyrzuciłem. Nawet kilka tradycyjnych polskich, które zawsze i wszędzie będę mógł kupić (przyznaje, że usunąłem Sienkiewicza dzieła, bo mnie męczą nawet widokiem tytułów, już tą literaturę sobie daruję chyba na zawsze).

I ten remanent książkowy, mimo szczerej chęci – przegrałem z książkami. Godzinne przeglądanie, przekładanie i mniej niż jedna torba płócienna, którą wyniosłem z domu. Reszta została, wygrała swój pojedynek ze mną.   

Czemu, psiakość, książki tyle ważą? Bo rzeczy ważne mają właśnie swoją wagę.

Dekady temu, w trudnych latach stanu wojennego w Polsce, wielkie znaczenie miała dla mnie książka Adama Michnika „Z dziejów honoru w Polsce”.  To nie była beletrystyka, ale nie tylko powieści są ważne – dokumenty czasu też. Jeżeli on pisząc ją w czasie internowania – pisał nie o ‘polskiej hańbie’ a o polskim honorze – jak mógłbym ja o tym nie pamiętać? A byłem w tym samym właśnie czasie w obozie uchodźców we Włoszech. Mądry Giedroyć z Paryża przysyłał mi paczki do obozu z książkami z prośbą bym Polakom je rozdawał. Bo był naturalnie świadom wielkiej niewiedzy Polaków urodzonych lata po wojnie, o prawdziwej historii Polski i Polaków By jechali na Zachód ze znajomością autentycznej prawdy, a nie kłamstw jakich uczono ich w szkołach. Wiedział, że to ważniejsze niż jakieś daniny finansowe. Książka to wiedza. A wiedza to i bogactwo, i potęga. To godność nade wszystko.

Mimo wszystko moment wyboru przyszedł i kilka musiałem zlikwidować z mojej biblioteki. Raz jeszcze na półki okiem rzuciłem. Wzrok padł na dwie książki. Kiedy je zamówiłem i czytałem w tym samym czasie – były dla mnie bardzo ważne. Dwóch wielkich przywódców religijnych i moralnych z dwóch odmiennych bardzo tradycji, kultur i diametralnie odmiennych systemów religijnych. Dalai Lama i Jan Paweł II. “A call for Revolution A Vision For the Future” by Dalai Lama (Harper Collins Pub.; 2017; New York, ISBN 978-0-06-286645-5) i “Crossing the Treshold of Hope”, wywiad-rzeka Vittorio Messori z Janem Pawłem II (wyd. Random House, New York; 1994; ISBN 0-679-76561-1).

Ksiązka Dalai Lamy była świetna, otwarta dla świata i ludzi. Zwłaszcza ludzi młodych. Krzyczała: bierzcie ten ster w swoje ręce, nie bójcie się zmieniać kursu żeglugi, nie bójcie się ostrzeżeń i zakazów poprzednich wędrowników. Waszą busolą niech będzie nadzieja na odkrycie lądów szczęśliwszych, piękniejszych. Podnosiła na duchu.

Wywiad z Janem Pawłem II (a było to jeszcze długo przed odkrywaniem i poznawaniem ciemnej strony jego papiestwa, jego Kościoła i Kościoła polskiego, którego był wychowankiem i współtwórcą). Ciągle żyła we mnie pamięć i szczere wzruszenie (którego się nie wstydzę i uważam za naturalne i słuszne nie tylko wówczas ale i dziś) dostając zaproszenie od naszego obozowego kapelana ks. Burniaka (byłem wtedy uchodźcą w dość podłym obozie dla uchodźców w Latinie we Włoszech) na zamkniętą audiencję dla stu osób z całego świata w Małej Sali Audiencyjnej w Watykanie. Pierwsza większa audiencja po wyjściu z Kliniki Gemelli po próbie zamachu na jego życie. Był słaby, wychudzony, kolor jego cery prawie zlewał się z nieskazitelnie białą tuniką. I coś wydawało się nam emanowało z niego, z jego słów, przekazu. Więc kiedy ponad dziesięć lat później brałem do ręki tą książkę “Przekraczanie progu Nadziei” – tego oczekiwałem. Wyjścia poza doktrynę, szerokiego horyzontu. I się kompletnie rozczarowałem. Była właśnie doktryną, była typowym papieskim ex cathedra. Więcej zakazów i zamykania okien niż ich otwierania. Czułem się duszno w atmosferze tej książki.

Raz jeszcze rzuciłem okiem na te dwa tytuły na półce. Westchnąłem lekko i wziąłem wywiad z Janem Pawłem (piękna złocona obwoluta) i bez żalu wrzuciłem ją do worka z tymi kilkoma książkami, które w dalszą podróż mojego życia nie pojadą. A książka Dalai Lamy pojedzie.

Jedna jeszcze książka-bidulka wpadła mi w oku w tym remanencie bibliotecznym. Bidulka, bo tak biednie wydana skromnie w 1947. A i pisarz, eseista dziś już chyba zapomniany (a polecam pamięci) – Jan Bielatowicz (“Passeggiata – szkice włoskie”; Jan Bielatowicz; Instytut Literacki w Rzymie; 1947 – wówczas jeszcze nie istniał międzynarodowy system inwentaryzacyjny ISBN). Pisał te szkice w czasie wojny jeszcze, właśnie jako żołnierz 2 Korpusu. Jeszcze mu latały pod nogami pociski artylerii niemieckiej w Apeninach, w drodze przez Bramę na Rzym. I robił sobie ucieczkę przed tymi pociskami, przed realnością – ucieczkę w inne, antyczne drogi przez Italię. Opisał z czułością wielką i dużym znawstwem historii starego Rzymu Cesarskiego i Republikańskiego. Passeggiata po włosku to takie zdrobnienie oznaczające spacerek, nie wielka podróż a spokojny spacer przez gaje oliwne i ruiny świątyń greckich i rzymskich. Nie będę opisywał treści. Ale warto i dziś przeczytać przed podróżą do Itali. Ocean wiedzy i uroczej wizji. Napisany piękną polszczyzną, językiem nieukrywanej poezji miłosnej. Poezji miłosnej, której adresatem nie jest Laura, Marysia czy Janek, ale kraina o nazwie Italia. Z jakąż przyjemnością, w tym bardzo dla mnie trudnym czasie, włożyłem Bielatowiczowi rękę pod ramię i razem z nim robiliśmy te passeggiata na via Appia i kilku innych starożytnych szlakach od Florencji do Brindisi.