Czy chwila piękna jest trwalsza od obojętnej nieskończoności?

Kiedyś, na jednej ze stron Facebooka poświęconej baletowi było zdjęcie młodego amerykańskiego tancerza lub bardziej właściwie adepta sztuki baletowej, Alexeya Orohovskyego. Nazwisko nic mi wtedy nie mówiło, zafascynowała mnie po prostu symbolika tego zdjęcia w tej wyjątkowej pozie. Zdał mi się, jak żuraw szybujący w obłokach, bądź łabędź w rytualnym pokazie piękna. Potem porobiłem troche szperania po internetowym kosmosie informacji i więcej się o nim dowiedziałem. Na dobrej drodze do obiecującej kariery baletowej. We wczesnym dzieciństwie uczył się tańca klasycznego w szanowanej Szkole Baletowej w Stuttgarcie pod kierownictwem Tadeusza Matacza. To zdjęcie namawiało mnie do napisanie czegoś o nim. Ale nic do głowy nie przychodziło. Oglądałem wszak na YouTube jego tańce i absolutnie się zgadzam, że powinniśmy o nim jeszcze w najbliższym czasie usłyszeć. Technicznie bardzo zdolny. Ale tu chodziło o zauroczenie wyjątkowym zdjęciem. O aurę chłopca-ptaka. Mitycznego bardziej niż realnego.

I odkładałem to pisanie przytłoczony zawirowaniem bieżących wydarzeń i konieczności pewnych wyborów, które muszę zrobić. Jakoś spokoju i ciszy, po które przejechałem od Atlantyku do Pacyfiku, znaleźć nie mogę. Może one są obce mojej naturze. Ale dziś, dziś właśnie pozwoliłem sobie na luksus oglądania wielu video z absolutnie najpiękniejszym i jednym z najlepszych na świecie od wielu, wielu lat baletmistrzem – włoskim Roberto Bole. To nie tancerz zresztą – to bóg tańca. Gdyby Nureyev był w połowie tak piękny miałby chyba pomniki przy każdej operze w Europie i Ameryce! Naturalnie jego uroda (ma dziś 50 lat i ciągle tworzy wyjątkowe kreacje, a w tym wieku już nie jest tak łatwo porywać publiczność i pokonywać własne ciało) niewiele ma wspólnego z jego pięknem tańca. Mógłbym go oglądać godzinami. Te kreacje są po prostu assolutamente incomparabile. I po naoglądaniu się ich – eureka! Wiedziałem już, co chcę napisać w kontekście tego zdjęcia. I napisałem. W hołdzie dla wielkiej miłości mojego życia od dzieciństwa; od Szymańskiego, Wilka i Grucy, od legendy Nizyńskiego i Ballet Russe – baletu. Kiedyś już tu chyba pisałem, że zazdroszczę kompozytorom, solistom, pieśniarzom i tancerzom. Bo mnie los po macoszemu obdarzył składaniem liter w słowa, zdania i rządki. A słowa nigdy wielkich emocji w ich chwale i klęsce nie opiszą, są zbyt ciasne. Ale to tylko umiem, więc to przeczytaj łaskawie drogi Czytelniku.

Piękno

Walą się kolumny świata, niczym

Kolos z Rodos Charesa z Lindos.

Miast uwiecznienia zwycięstwa,

bogowie ukarali go za pychę,

a historia pokryła swym kurzem.

Czy ukarzą jednako młodego

anioła pod przebraniem amerykańskiego

baletmistrza obdarowującego nas

swoim pięknem kształtów żurawia,

zamiast znudzonego światem boga,

psalmami ku jego pustej chwale?

Czy zemsta bogów jest zawsze

miarą ich pychy i  zazdrości?

Czy jest ich znudzeniem kruchości

i nietrwałości ich stworzenia?

Czy zemstą za kruchość, która

w nietrwałości i kruchości tworzy

obraz piękna zachwycającego?

(Bogumił Pacak-Gamalski, 2025)

Szkice z tamtego brzegu

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety dziś nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale wytłumaczę dlaczego jego wymieniam. i od niego jednak zacznę, gdyż z formalnego punktu widzenia istotnie tematyką LGB w omawianej książce się nie zajmował. Poza tym – trudno szukać innych intelektualnych kombinacji usprawiedliwiających ten wybór – z prostego faktu, że jestem wankuwerianinem (wankuwerczykiem?). To w tym mieście spędziłem najdłuższy i najbardziej aktywny okres mojego życia. I najszczęśliwszy.

  • Hey Nostradamus! Coupland wydał w 2003 roku[i] Cała rzecz dzieje się na przestrzeni lat 1980-2000. W okolicach obu brzegów Iron Workers Memorial Bridge, który spina Północny Vancouver ze Wschodnim Vancouverem w przemysłowych okolicach Portu Zbożowego.

Tu właśnie wylądowaliśmy z Johnem (moim mężem) w styczniu 1994, na odległość ‘rzutu kamieniem’ od tych miejsc, na Capitol Hill przy Hasting Street.  Mówić, że znaliśmy te miejsca, uliczki i biznesy, jak własną kieszeń nie jest absolutnie przesadą. Nie tylko miejsca, ale i ówczesną atmosferę tych uliczek. Dość wtedy podłą. A jednocześnie … swojską. Nie pretensjonalną? Vancouver lat 80 i 90 niewiele miał wspólnego z Vancouverem lat XXI wieku. Szczególnie te dzielnice Vancouveru.

Cała, nietypowo skomponowana, powieść jest de facto peanem wielkiej miłości i wielkiej straty. Czegoś, co bardzo silnie do mnie przemawia. Nie, nie ma w niej stricte sensu wątku gejowskiego, lesbijskiego, ani niczego, co można by nazwać homo. Ale Vancouver tamtych lat to miasto wyzwolone, miasto wrzące od zbudzonych praw i akceptacji środowisk LGB. A miłość, romans i ich pragnienie leżały u podstaw tego przebudzenia. To właśnie kilka uliczek tylko wyżej od akcji powieści (po drugiej stronie Hastings Street) był już wówczas cały świat lesbijskiej emancypacji – Commercial Drive pełen ,męskich’ typów butch woman. To tutaj, w tymże Vancouverze, ja z Johnem oficjalnie byliśmy parą. Tutaj, jako common law para, a nie dla wygody dwóch razem mieszkających kolegów, zaczęliśmy istnieć legalnie: jako parę zatrudniono nas w dużej kompanii żeglugowej, jako para płaciliśmy wspólnie podatki federalne i prowincjonalne. Więc lata 90 w Vancouverze były prawie pełną emancypacją praw LBG i niejako legalnym zatwierdzeniem równoległości tych praw z prawami większości heteroseksualnej. Powiedzeniem – wasza miłość jest równie ważna, jak nasza. A to jest kwintesencja bytu. I stąd Hey Nostradamus! Couplanda jest też książką o nas. Książką o miłości.

Jest jednocześnie wielkim reportażem literackim wkomponowanym w kanwę literackiej fikcji. Szczegółowość detalu opisu domów, mieszkań, ulic, okolic całej Doliny Fraser River jest wręcz zadziwiająca. Co kilka stron ten opis był tak realistyczny, że natychmiast sam w nim się odnajdywałem. Każdy fragment nie tylko miasta, ale i kompletnie dzikich i odległych od tego miasta okolic był mi znany. Fragmenty rzeki Chilliwack, oślizłe kamienie na tym dopływie rzeki Fraser, krzaki, dzicz i religijny fanatyzm okolic Agassiz. Gdy autor opisuje potężne czarne lasy, gdzie głębokie mchy kryły równie głębokie nory, w które zapadało się po kolana a i wyżej – to były lasy, po których chodziłem. Dokładnie wiem, w którym miejscu to było (Coupland opisuje tu tylko sytuację, a nie podaje dokładnie położenia tego miejsca, być może nie znał go z osobistych wędrówek – ja mogę to miejsce ‘palcem’ na szczegółowej mapie wskazać – tuż przed zakładem karnym, nieco powyżej pędzącej Chilliwack River, około 6-10 kilometrów od jej początku: emeraldowego Chilliwack Lake), z kart powieści przenosiłem się w fotograficzną pamięć moich tam wędrówek.

Więc ta powieść Couplanda z jego fikcyjnymi, pasjonującymi charakterami jest jednocześnie literackim reportażem miejsc akcji. Ten opis miejsca nie jest tylko realistycznym, naturalistycznym tłem – sam w sobie jest esencją tego miasta i okolic, jest – w pewnym sensie – kanwą powieści, równoległą do historii bohaterów powieści. Fascynująca lektura.  Mógłbym sugerować, że Douglas Coupland w Hey Nostradamus! był literackim odpowiednikiem Bolesława Prusa i jego Lalki – portrecistą swego kochanego miasta.

W tym szkicu interesuje mnie u tego autora właśnie ten w tle ukazany reporterski portret miasta. Ale gwoli sprawiedliwości należy krótkie synopsis treści podać.

Zasadniczo mamy do czynienie z dwoma głównymi bohaterami: Jasonem i Heather. Drugoplanowe, ale bardzo ważne postacie to: ojciec Jasona, Reg i krótko ukazana, ale bardzo ważna postać Cheryl. Jest szereg innych postaci, dobrze zarysowanych i z ważnymi rolami, ale to już w tle tylko.

Cheryl jest tu młodą uczennicą szkoły średniej (faktycznie taka szkoła w tym miejscu istniała). Chodzi do ostatniej klasy. Jason jest tam też uczniem. Oboje ulęgają wpływom i naturalnym w tym wieku rodzącym się pasjom. Ale Jason ma silne, wyniesione z domu nakazy religijne, ma je też – być może silniejsze niż sam Jason – Cheryl, która ma związki ze szkolną quasi fanatyczną grupa religijną. Seks tylko w związku małżeńskim. Młoda para wyjeżdża w tajemnicy przed wszystkimi do Vegas i tam biorą ślub w jednym z popularnych wówczas kapliczek ‘drive through’. gdzie nikt o nic nie pyta, prócz tego czy nie są w innym związku małżeńskim.  Nikogo nie interesuje też czy mają legalne, niepodrobione dokumenty. O paszport w ogóle nikt nie pytał, co było wówczas naturalne. Sam do Seattle jeździłem z prawem jazdy, jako jedynym dokumentem tożsamości. Inne były czasy przed nine-eleven (zamach w Nowym Jorku).

Cheryl ginie w niespodziewanej, niesamowitej masakrze wywołanej przez chłopców z tej grupy religijnej w stołówce szkolnej. Jason zdążył ją tylko konającą uchwycić w swoje ramiona zanim oderwą go od niej policjanci i sanitariusze.  Po kilku latach ożeni się ze starsza od niego Heather. Ale cień Cheryl nigdy ich nie opuści. W pewnym momencie znika Jason, rozpływa się, jak we mgle. Heather, kochająca go bezgranicznie rozpoczyna własne postukiwania Jasona. W trakcie tych poszukiwań, poszukiwań nie tylko fizycznego Jasona, ale chociażby jakiegos powodu, jakiejś przyczyny jego zniknięcia następuje jej ponowne zbliżenie z mitem CXheryl, z rodzina Cheryl i bratem Jasona, jego dziećmi. Zbliżenie ze skomplikowaną, w zasadzie odpychającą, postacią Reginalda (Reg) – ojca Jasona. W pewnym momencie staje się ofiarą oszustki, podającej się za łącznika –medium ze światem umarłych.

Czasami czytelnik wie już rzeczy , o których ona jeszcze pojęcia nie ma lub jest ledwie u skraju odkrycia pewnych fragmentów jego przeszłości. Struktura poszczególnych części jest chwilami męcząca i wymaga koncentracji przez wtrącanie nowych wątków lub nowych spojrzeń na znane już (lub właśnie znanych niewłaściwie) na ocenę kogoś lub czegoś. Gdy to zauważymy … jesteśmy już zbyt zaangażowani w całą powieść, by książkę odrzucić. A to dowód talentu pisarza. Trochę to przypomina wspinaczkę na jakiś szczyt: gdzieś, na którejś półce skalnej lub załomie skalnej ściany mamy w zasadzie dosyć. Wspinamy się już długi czas twarzą zwróceni do tego samego zbocza, a szczyt z obiecaną wizją horyzontu ciągle wydaje się tak daleko, wysoko. To się chyba nigdy nie skończy! Ale zainwestowaliśmy już zbyt wiele wysiłku w tą wspinaczkę, by się poddać i wracać z uczuciem pokonania i klęski. Tak, jak w tej powieści. Już chcemy odłożyć zmęczeni, że na kolejnej stronie nie ma oczekiwanego rozwiania wątpliwości, bo ileż razy można bez przerwy iść dwa kroki do przodu i trzy do tyłu? A nie odkładamy, bo chcemy jednak wiedzieć, zbyt się w ta historie i losy jej bohaterów zaangażowaliśmy emocjonalnie. To dowód talentu pisarza i świadomości, jak konstruuje powieść.

Wszystko to ma silne elementy świetnie napisanego kryminału o wielu wątkach. Ale kryminałem nie jest, jest powieścią o wiele głębszej wymowie, tkance. I jest – abstrahując od tkanki literacko-prozatorskiej – analogicznie pisanym świetnym reportażem tamtego miasta. Vancouveru i mojej młodości. Polecam serdecznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w tym mieści lub okolicach mieszkali, zwłaszcza w tamtych czasach.

post scriptum:

reporterska potrzeba opisania rzeczywistości, jak ją się faktycznie postrzega naturalnie nie musi iść w parze z artystyczną wizją pisarza. Wydarzenie (masakra w szkole), które było genezą powieści – nigdy w Vancouverze nie miało miejsca. Coupland posłużył się tu straszną masakrą w szkole amerykańskiej w Columbine w Colorado, USA w 1999.


[i] „Hey Nostradamus”, Douglas Coupland; wyd. Vintage Canada (Random House), Toronto.Kanada; s.244

Escaping words and worlds

I have been silenced, my words escaped me. For the first time in a long while I have that strange feeling. Are there subjects not worthy a comment, an opinion? Gosh, no! Climate catastrophe with 2024 declared the warmest since temperatures were recorded; Trump and his enormous threat to peace and world stability; Ukraine failing under the yoke of huge armies and armaments of Russia, and as a side reflection of that – posing a growing threat to the safety of Polish borders. Perhaps European war is inevitable? War in Europe would be catastrophic beyond comprehension.

But I don’t have to add anything to these subjects. They only captivate my interest, worries for a moment. Like some side show on the peripheries of reality. My reality.

Ensuing grief? I’m not sure if this is just grief anymore. I am gradually loosing an interest in all of it, and I do mean: in all of it, the world around me. It is, I’m in it, but I’m outside of it.

Poetry still has some weight, some meaning, but even that meaning changed.

Our time

Do I write words or

do I write meanings?

What else is there more

in search of  being?

To look outward to

world and it’s people

or inward for you?

Meadow, church steeple?

But,  if I gaze to

stars, then Venus I

choose in hue of blue!

For yours, our divine

time we had for us,

when the world was mine.

(by B. Pacak_Gamalski, 2025)

Does that sonnet tell of me, does it fill me still to the brim of my soul and heart? It does in some way. But in some, I still yearn the company of friends. Of faces dear and voices warm. Still want to care about them, the dear ones, even if they don’t really need to be taken care of. It is often that the ‘caretaker’ of people needs to give that care more than those, who receive it.

As for the rest of the world outside of my inner one, it seems to be diminishing ever more. Objectively speaking that world is in great need of care – it just doesn’t hold any sway over me anymore or less and less.  Is it right to feel like that? I don’t know. I try to avoid passing judgment.  They say that you should never represent yourself in court of justice; you should have an advocate to do that. But who are ‘they’, anyway? And if they do pass a judgment – do I really care? Or will I remain silent, without words that used to be plentiful?

But when I will start write just words without meanings – someone please let me know and silence me.

An exercise in futility or search of meaning? A battle with a microphone and poetry.

How do you write a poem? Where is it borne? I mean –  how the simple act of poetic writing occurs, how is it borne?

Of course, there are poets, who simply give themselves a task of writing a poem or three per day, or per week. When you do have a career as a poet, you are expected to keep writing. You need to publish here and there in a literary paper, every so often to publish a full new book of poetry. It is a job after all to maintain a name in circulation.

On the other hand, there are these impossible poets, who simply don’t give a damn about the business of being a poet. They just write when they feel like. Maybe once a day, or once a week, a month per chance?  And some might even get silent for extended period of time.  Free spirits.

What interest me in the original question is not how often or how rarely they write, but how the poem, the words are borne. Do you say them aloud? Is it possible that you think: I will write a poem about this or that? Do you seat yourself and start saying that poem aloud and copy it on paper (keyboard)? To be precise – is a poem borne in your soul or in your brain? Is it possible to use a verbatim form of recording a poem?

The other day I used a microphone that ‘types’ the words into a computer by itself (what will they think of next, LOL!).  Therefore the poem was deliberately born in the brain. It had no form or ‘sketch’ that I ‘copy’ on paper. It was becoming as I was saying it to the mike. I knew therefore what I was saying but had no idea what the next stanza will be. In a way it turned out to be …a discourse with the microphone. And the microphone was trying to correct my trail of thought, LOL, which I resisted angrily. It became almost a battle of wills. Very amusing. Decided to keep it, as a reminder that it definitely is not my way of writing poetry.  It felt almost Kantor-esque, if I can use the workings of great Polish and international theater stages by Tadeusz Kantor.

Here it is, cacophonic, almost angry, but somehow makes (maybe only to myself?) sense.

Verbatim

the day is done when

 the night is bright

 nothing is the same

 mornings are late

nights are brighter

by Moon’s shine

flowers are not done

flowering again

 birds are  not singing

 I think it’s harder

 to listen  exactly

 to what I’m saying

 do not correct me

 do not embellish

my words I am

 the poet nor are you

 my angel my fan

 my listener it

  takes too much time for

 you to understand

 what I need from you

  but we will  get  there

 a day at a time

 an hour after hour

 a year after year

 bye bye now

 time to go to bed

when we will talk again

 it should be easier

 I am going to

 a new day good night

 my lover per chance

Rozmowa ze sobą

Zgubiłem klucze do mojego życia Nie wiem gdzie je położyłem. Na którym stole, na którym biurku, w której kieszeni, w której ręce?

To było bardzo proste, gdy byłeś obok Ty. Ty zawsze wiedziałeś gdzie je położyłem Ze śmiechem podawałeś mi je przy drzwiach: są tu, gdzie je wczoraj położyłeś. Brałem je i wychodziłem z domu. Wkładałem do stacyjki samochodu, przekręcałem, silnik ruszał i jechałem sam lub częściej razem z Tobą. Naszą drogą. Przez mosty, przez rzeki, przez góry, przez miasta. Przez życie.

Więc nie szukam tych zagubionych kluczy teraz zbyt dokładnie. Zgubiły się. Nawet, gdy znajdę – gdzie jechać? Samochód też zagubiony.

Już byłem blisko raz, kilka tygodni temu ledwie, odnalezienia skrawka tej drogi, fragmentu mapy. Już podawałeś mi dłoń i uśmiechałeś się, mówiąc tym uśmiechem: dobrze, chcę byś jechał znowu dalej. Ulicami naszego miasta tu, nad Pacyfikiem.

To wydawało się takie proste – chodzić samemu lub z przyjaciółmi tymi uliczkami koło Holland Park w Surrey, wokół Capitol Hill w Burnaby, na West End w Vancouverze, w kolorowym Ladner.

Ale wyjechałem stamtąd na chwilkę tylko, na kilka dni ledwie. I samochód zniknął, gdy wróciłem. Postawiłem widocznie nie na tej ulicy, pewnie nie w tym mieście.

Wyciągasz rękę, chcesz mi pomóc. Uśmiechasz się tym jedynym na świecie uśmiechem, który nadawał sens wszystkiemu. A ja jestem taki bezradny bez ciebie. Gdy ciebie gdzieś wiozłem przez wertepy, gdy podawałem rękę na skałach, którymi wędrowaliśmy – byłem silny, zaradny. Teraz, gdy ta ręka nikomu niepotrzebna –utraciłem moją siłę.

I już nie wiem, czy te klucze można znaleźć, czy samochód odszukać i czy mogę ponownie jechać tam – do nas, naszego domu i zacząć żyć ponownie. Nawet tam, w tym magicznym mieście naszego szczęścia. Bo jeśli tym razem cię tam nie znajdę – to poco mi te klucze, ten samochód, to życie?

Powinienem być szczęśliwy

Dzień dobry – mówię ludziom napotkanym. Wydaje się, że jest dobry. Kiedyś był, dziś nie zawsze rozumiem skąd nam tyle dobra się nabrało do kosza. A był pełen, jak róg obfitości.

 Było po prostu, jak słońce na niebie, jak woda w rzece, jak krew w żyłach. Tak było, a już tak nie jest. Wydaje się jeszcze, że sprawy układają się tak, jak układały się do tej pory.  A nic nie jest wieczne, nic nie jest dane na zawsze, więc te drogi i mapy prowadzące gdzieś, są jak kompas bez pola magnetycznego. Wszędzie jest i północ i południe jednocześnie, wschód i zachód, dzień i noc. Doprawdy, w głowie się czasem kręci, ale najczęściej jest mi to kompletnie obojętne.

Szumiałeś mi, jak flaga na wietrze,

drżałeś, niczym rozgrzane latem powietrze.

Z flagi pięknej pozostało drzewce –

nie mam, nie słyszę, nie widzę, nie chcę.

Wszystko stało się chwilami inne, niezajmujące. Nawet sztuka, literatura, ba – wiersze. Komu one potrzebne? Wiec takie proste, zwykłe rymowanki się kładą na kartce. Bo pisać trochę umię, tak jak chodzić umiem, no to chodzę. Wcale nie oznacza to, że jestem sprinterem olimpijskim lub nawet powiatowym. Czy gdzieś jeszcze dojdę, czy dojadę tym samochodem?

Wszystko było drogą i podróżą.

Było widokami, które nie nużą,

jak wybrzeża rzek i Côte d’Azur,

łąką, plażą i bukietem tęcz z chmur.

Właśnie – było, ‘wszystko było’. Czas przeszły. Toteż nie zapisuję tego, jako jakiegoś eseju, jakiejś prozy poetyckiej, refleksji. Nie. Gadam ze sobą czasem żeby nie nudzić rozmową innych. Trochę bez składu i ładu. Nie muszę się martwić o ‘składnię i ładnie’. O jakiekolwiek bon tony. Trochę, jak takie podstarzałe dziecko, które samo z sobą (w domyśle: z niewidzialnym słuchaczem) prowadzi dyskusje. Jak się znudzi – to przestaje.  Mimo wszystko nawet siebie samego nie można słuchać zbyt długo. Cierpliwość wobec samego siebie ma też swoje granice.

Bajka o polskim gawroszu

Publikowałem tu wiersze, dysputy filozoficzne, fotoreportaże, refleksje smutne i radosne, opinie polityczne i pro arte. A nigdy bajek. Dlaczego? Nie wiem. A bajka to taki piękny świat! Mam w Polsce czworo cudownych dzieci: wnuczki i wnuka moich sióstr. I strasznie mi ich brak. Miałem już w krótce do Polski jechać i tak cieszyłem się na spędzanie z nimi bardzo dużej ilości czasu. I życie, jak często bywa, trochę plany pogmatwało. Chyba wiosną ich nie zobaczę. Wiec dla nich i o nich myśląc bajkę jednak napisałem. O takim piesku obieżyświacie. O mnie samym?! Bo ja wiem? Teraz, gdy czytam com napisał, to może trochę?

wasz wujek-dziadek Boguś

GAWROSZ

Był sobie raz piesek, nazywał się Przybłędek. Biegał po brzegach warkoczy siwej rzeki Narwi oplatającej lasy kurpiowskie. Biegał i wzdychał ciężko widząc płynącą wartko wodę. Zaszczekał do niej smutkiem przepełniony: tobie to dobrze Narwio, płyniesz wolna z daleka i gdzieś w dal niewiadomą pędzisz. Pewnie przygód spotkałaś wiele i wiele w świecie dalekim poznasz. A ja tu na tych wertepach, na polankach podmokłych kręcę się w kółko bez celu. Jedna podobna do drugiej, te same krzaczki, drzewa jedyne to świerk i sosna, gdzieniegdzie buk lub dąb-samotnik, mrukliwy i do zabaw nierychły. Ciągnąłem go kiedyś za gałąź nisko, namawiałem: choć, pójdziemy razem na przełaj, uciekniemy z tego boru w świat ciekawy i nieznany. Kiedy wrócimy wszystkie rośliny i motyle będą nas z podziwem słuchać, jak im o tym świecie przy świetle lampy księżycowej będziemy opowiadać.  Ale dąb tylko mruknął, potrząsnął konarem – ledwie mi zęba nie urwał, jak tak potrząsł – i rzekł:

Jam ci nie żaden przybłęda,

podrzutek ni byle szczeniak!

Ja władyk, to moja arenda.

Nie znoszę hałasu i pienia.

A ty niczyj i niczego

nie masz, nie strzeżesz zagrody.

Biegasz i tego-owego

szukasz niczym nowej mody.

Łepek opuścił nisko Przybłędek, ogon podkulił i jeszcze smutniejszy surowym wypominaniem dębu, powlókł się pod krzaczek i legł cicho na mchu. Łapką otarł dwie łezki ze ślepiąt, westchnął ciężko i zasnął. Coś mu śniło się widać, bo łapkami przebierał, podszczekiwał cicho. Może poznał we śnie inne pieski, może śmiały się z nim, bawiły i kręciły ogonami, jak wierzby na wietrze znad Narwi? Opowiadały o psach-gawroszach w wielkim mieście nad rzeką całą obudowaną kamiennymi bulwarami, o kościele nie małym, drewnianym, a wielkim kamiennym, z dwoma dzwonnicami. O wąskich uliczkach, dłuższych niż rynek w Pułtusku, z piekarniami-bulanżeriami pachnącymi cudownie z rana. Psy-gawrosze nosiły koszulki w czarne paski i czarne birety na łebkach. I wszystkie nuciły szczęśliwe: Pari, o Pari. Tak musiało to miasto się nazywać! –  krzyknął do siebie we śnie tak głośno, aż się przebudził. Ciemno było wokół już, tylko ten sam szum rzeki do niego dopływał. Spojrzał w górę ślepkami i aż zaniemówił. Czarne niebo błyszczało od tysięcy gwiazd! Jakiś wielki wóz widział pędzący, za nim drugi mały wóz, gdzieś woźnica musiał z bicza chyba strzelać, tak pędziły po tym niebie! Jedne gwiazdy samotne, jak wielkie lampy zawieszone tuż nad jego łebkiem, inne mniejsze, mrugały do niego przyjacielsko. Przybłędkowi zdawało się, że wołały do niego: jedź do Pari, Przybłędku! Tam znajdziesz świat ciekawy i wspaniały. Jednej chwili nudy nie zaznasz. My stale tam jeździmy i śpiewamy z gawroszami: Pari, ach Pari!

Przybłędek pomachał ogonem z radości. Ale potem podrapał się łapką za uchem: czym i jak ja do Pari z tego lasu pojadę?  Gdzie bilet kupię? Słyszał kiedyś o Pułtusku, mieście z kamiennymi domami. Wiedział, że Narew tam właśnie płynie, do tego Pułtuska. Już by się rzucił w jej nurty by płynąć z nimi tam, ale szczęściem w ostatniej chwili się zawahał.  Pomyślał: to musi być bardzo daleko, a ja jestem szczeniak mały jeszcze, krótkie mam łapki, a Narew ma pełno wirów i może mnie pożreć tymi wirami, jak liście z dębu. I mądrze się powstrzymał. Przybłędek był szczeniakiem, ale nie był głuptasem. Był marzycielem, ale nie szaleńcem.  I nagle ujrzał chlupiący się w rzece wielki pień drzewa, a na nim siedzącego bobra chrupiącego z przejęciem jakąś gałązkę. Dobry wieczór. panie Bobrze i smacznego! Bóbr, nie przestając żuć gałązki, mrukną spod wąsów: Ano, dobry, dobry. I jasny od gwiazd pięknych tej nocy. Nie ma lęku o zgubieniu się w zatoczkach. Przybłędek pomachał mu łapka i spytał: A dokąd pan tak płynie?  Do Pułtuska odpowiedział Bóbr. Przybłędek aż podskoczył z wrażenia i krzyknął: O rany! Naprawdę do Pułtuska?  Bóbr odparł zdziwiony: no tak, przecież mówię, że do Pułtuska. Przybłędek zaczął machać gonem i krzyczeć: O. panie Bobrze kochany, ja musze tam pojechać! Proszę pana bardzo, niech mnie pan zabierze. Nic nie będę przeszkadzał, będę grzeczny całą podróż! Bóbr skierował drzewo do brzegu i spojrzał na pieska podkręcając wąsa. A co tobie tak śpieszno do Pułtuska maluchu? Masz tam rodzinę?

Nie mam ale muszę, bo tam kupię bilet do Pari, panie Bobrze – odparł Przybłędek. Do Pari? mruknął do siebie Bóbr. Nigdy nie słyszałem o Pari, pewnie dalej niż nawet Serock, gdzie mam rodzinę i dwa razy tam byłem. No, ale jak musisz tam jechać, to wskakuj. Tylko się nie kręć, bo nie będę cię z wody za uszy wyciągać, jak spadniesz.

Przybłędek był uszczęśliwiony! Wskoczył na pieniek z panem Bobrem i z radości objął go łapkami i polizał go po wąsach. Pan Bóbr zaśmiał się z afektu szczeniaczka i krzyknął – trzymaj się mojego ogona i nie wierć się. Ahoj!

I tak zaczęła się wielka przygoda naszego pieska.

Narew nurtem szumi, pluszcze,

opowiada, nuci legendy,

owija się kwietnym bluszczem,

pachnącym kwiatem lawendy.

Znad bagien Polesia i łąk,

z Podlasia, gdzie bawi się w berka,

raz znika, to kręci się w krąg,

niczym wesoła tancerka!

Przybłędek wczesnym rankiem dopłynął z panem Bobrem szczęśliwie do brzegów Pułtuska. Narew swoimi nurtami, kierując się do spotkania z modrą Wisłą pod Nowym Dworem Mazowieckim, tuż u brzegów Pułtuska wysadziła ich pod samym wysokim zamkiem książąt-biskupów mazowieckich. Stąd, z tego wzgórza i zamku doglądali ci biskupi-książęta bezpieczeństwa ziemi mazowieckiej i bronili jej przed częstymi najazdami wojów litewskich. Ale to stara historia, sprzed setek lat i Przybłędek nie miał czasu o niej się szczegółów dowiedzieć. Popędził zaraz na piękny długi rynek pułtuski – a ponoć jest najdłuższym rynkiem w całej Europie – szukać jakiegoś sklepu lub biura, gdzie mógłby kupić bilet do Pari i jakiegoś sklepu z odzieżą, by sobie sprawić biret i koszulkę w paski, aby na prawdziwego gawrosza mógł wyglądać.

Przy stoliku kawiarnianym ustawionym na rynku siedział jakiś starszy jegomość w kapeluszu i pił ranną kawę czytając gazetę. Przbłędek podbiegł do niego, pociągnął ząbkami za nogawkę i spytał grzecznie: bardzo pana przepraszam, ale czy mógłby mi pan powiedzieć gdzie mogę kupić nowe ubranko dla siebie? Pan uśmiechnął się do niego i potargał jego sierść: O, jaka grzeczna psina. Naturalnie, że wiem. Tam, za rogiem następnej ulicy jest właśnie sklepik z ubrankami i różnymi zabawkami dla zwierzątek. Głównie dla psów i kotów, oczywiście. Nasz Przybłędek wzdrygnął się na wspomnienie kotów, za którymi nie przepadał. Pomyślał nawet, że jak można w tym samym sklepie obsługiwać i psów i koty jednocześnie. Ale nie chciał tym zawracać głowy miłego pana, podziękował mu za wskazanie sklepu i popędził tam od razu. Nad sklepem był duży kolorowy szyld z napisem „Magazyn dla Czworonożnych Przyjaciół”. Bardzo mu się ta nazwa podobała. Szczeknął dwukrotnie pod zamkniętymi drzwiami i za chwilę otworzyła mu je korpulentna pani ekspedientka. Wbiegł natychmiast i stanął jak wryty. Nigdy jeszcze nie widział sklepu z tyloma zabawkami, różnymi przyrządami i workami z jedzeniem dla psów i kotów. W lasach kurpiowskich skąd pochodził, nigdzie czegoś takiego nie widział. Mieszkał blisko osady, gdzie były dwa małe sklepiki, ale wszystko było tam tylko dla ludzi, nic dla piesków.

Rozglądał się po tym sklepie i oczom nie wierzył. Za ladą stała jakaś bardzo okrągła starsza pani. Podszedł do niej i grzecznie spytał: Czy mogłaby pani pokazać, gdzie są ubranka dla takich piesków, jak ja. Chodzi mi głównie o nakrycie głowy i koszulkę. Pani uśmiechnęła się do pieska i spytała: Wygląda, że kawaler jest sam, bez opiekuna. A czy ma pan kawaler pieniążki na zakup ubranek? Przybłędek wpadł w po płoch i strach – oczywiście w sklepie, tak jak w jego osadzie w lasach kurpiowskich, trzeba za towary płacić, a on przecież nie miał przy sobie ani grosika! Pisknął cicho do pani sklepowej: nie mam, proszę drogiej pani! Ale naprawdę muszę sobie koszulkę i czapeczkę kupić. Pani sklepowa poskrobała się po głowie, pomyślała. I nagle twarz jej się rozjaśniła. Acha! – powiedziała – już wiem. Zapracujesz na pieniążki, kochanieńku. Przybłędek pomachał ogonem i spytał: a co mam zrobić? Pani rozejrzała się po sklepie i pokazała dział, gdzie były półki pełne rożnych małych zabawek i powiedziała: Widzisz tam ten bałagan, wszyscy przebierają zabawki a nikt z powrotem nie kładzie ich na miejsce. Idź, pozbieraj je z podłogi i poukładaj tam, gdzie powinny być. Piesek zaraz tam pobiegł i solidnie zaczął porządkować wszystkie rozrzucone zabawki. Zabrało mu to dobre pół godziny, ale wszystko leżało tam, gdzie leżeć powinno. Pani była bardzo zadowolona. Dała Przybłędkowi godziwą zapłatę i zaprowadziła go do ubranek. Na jednej z półek leżały koszulki takie, jakich właśnie szukał. Aż trząsł się z radości. Chwycił koszulkę i spytał: a bereciki pani droga ma? Miała. Wyciągnął w łapce pieniążki, jakie właśnie zarobił i spytał czy to wystarczy, bo jak nie to on może jeszcze więcej posprzątać. Pani była bardzo zadowolona z tak grzecznego i pomocnego pieska. Powiedziała, że nie potrzebuje więcej pracy od niego i żeby się nie martwił. Koszulkę mu podarowała od siebie, jako część wypłaty i dodała: ale za berecik to kawaler już sam zapłaci. Pobiegł z radością do przebieralni, założył koszulke i berecik nieco na bakier i wyszedł pokazać się pani Sklepowej. A ona aż się za boki chwyciła i krzyknęła głośno: a cóż to za przystojny młodzieniec! Jak jakiś Francuzik, a nie psiątko spod lasu!  Naprawdę, jak Francuzik? spytał zdumiony Przybłędek. No tak, mówię ci kawalerze, prawdziwy francuski piesek jesteś, ha, ha, ha!.

Przybłędkowi aż się w głowie zakręciło ze szczęścia. On jest francuski piesek! A przecież ta pani prowadzi sklep dla piesków, to ona już się na tym zna i poznaje psów skąd i kto! Pięknie podziękował i wybiegł szczęśliwy na ulicę. Teraz dumnie sobie szedł powoli przez ten długi rynek. Właśnie, jak francuski piesek.

Prosto z rynku nasz piesek pobiegł powrotem na brzeg znajomej Narwi i poprosił płynącego właśnie dużą łodzią rybaka czy może z nim się zabrać. A gdzież to się szanowny piesek wybiera – spytał rybak. Aż do ujścia rzeki, aby kolejnymi dopłynąć do Pari! – zaszczekał Przybłędek. No to proszę, do samego Zakroczymia będę płynął dziś, a stamtąd to już Wisła, nasza królowa rzek polskich. Nią pewnie i do tego Pari jakoś dopłyniesz, choć nigdy o takim mieście nie słyszałem – odpowiedział rybak. I popłynęli razem Narwią do jej ujścia do Wisły.

Narew, polska prastara rzeka,

mądra bardzo, widziała już

łąki kwieciste, gdzie pasieka

od pszczółek zbiera nektar róż.

Słyszała śpiewy innych rzek:

Bugu sennego ze stepów.

Biebrzy, której radosny bieg

wije się pośród oczeretów.

Zaśmiała się Narew serdecznie widząc naszego Przybłędka w birecie i marynarskiej koszulce. A gdzież ty tak płyniesz łodzią, kawalerze – spytała, a Przybłędek opowiedział jej z przejęciem cała historię, niczego nie pomijając. Narew zadumała się chwilę, wpłynęła wolno w zakole u brzegu wysokiego i rzekła – płyń do mojej starszej siostry Wisły, potem do Bałtyku. Z Bałtyku w kierunku mojej rzeki-kuzynki Łaby na Pomorzu Przednim, dalej wzdłuż brzegów morskich, aż dojdziesz do innej, dalszej mojej kuzynki – wielkiego Renu, którym dopłyniesz do Francji, tam zaś przesiądź się do mniejszej Mozeli, która z Renu wypływa i ta cię blisko Paryża  – lub jak ty mówisz Pari – zawiedzie.   Pod Paryżem wskocz na łódkę na Sekwanie i tą łódką wpłyniesz w bulwary paryskie, prosto pod starą katedrę Notre Dame. Przybłędek wszystko dokładnie zapamiętał i zapisał łapką na kartce. Podziękował pani Narwi i wyruszył gotowy w trasę. Pilnując kierunków i rzek, które mu Narew wyznaczyła – dotarł niebawem do Paryża. Był nim oszołomiony. Takiego olbrzymiego miasta nigdy jeszcze nie widział!

Cóż więcej mogę wam opowiedzieć? Zuch był z naszego Przybłędka, bo zawierzył swoim marzeniom i pól świata rzekami przepłynął, by je odnaleźć.  Wielu młodych ludzi marzy, ale zbyt są lękliwi, by marzenia w czyny zamienić i nawet szczęścia nie próbują szukać. A szczęście nie ma czasu czekać na lękliwych i niepewnych. Jest ulotne i trzeba próbować je chwycić, gdy na moment się zjawia. Nwet, gdy się nie uda je posiąść – próbować warto.

A Przybłędek? Jemu się udało. Mieszkał w Paryżu (lub, jak mieszkańcy tego grodu wymawiają: à Paris) przez wiele lat. Poznał pieski paryskie nad Sekwaną, które nazywają ‘gawrosze’ od nazwy chłopców z paryskich ulic. Trochę są zarozumiali, jak większość paryżan, ale Przybłędek podbił ich serca swoją serdecznością i naiwną grzecznością chłopca z prowincji. Z czasem poznał to miasto jak własną kieszeń i mógł o nim mówić po francusku mon Paris – mój Paryż. Więcej – stał się głośny i popularny na bulwarach sekwańskich, gdzie często biegał w swoim noszonym na bakier czarnym birecie. Biegał od wieży Eiffel aż pod katedrę Notre Dame – właśnie tą ze słynnymi dwoma wieżami –dzwonnicami. Gdy tak biegał pytali go turyści i mieszkańcy skąd jest, a on im ze szczegółami opowiadał o starych lasach kurpiowskich, o wijącej się, jak piękny warkocz rzece Narew. Z czasem dodano mu przydomek polskiego gawrosza – un gavroche de polonaise. Nosił tą nazwę z dumą, jak wielki order.

Po latach wielu, gdy był już starszym psem, zatęsknił do brzegów nad Narwią, do małego kolorowego Pułtuska z bardzo długim rynkiem. Nawet do mrukliwego dębu. Młode pieski biegające po bulwarach sekwańskich nie miały czasu ani ochoty bawić się ze starym psem. Poszedł, więc na jedną z wąskich uliczek do znajomej piekarni lub, jak sam teraz mówił z francuska: à la boulangerie, zamówił świeżutką bagietkę i kawałek sera, wrócił nad Sekwanę i zjadł to ze smakiem. Potem popatrzył na rzekę, na widoczny na przeciwnym brzegu piękny stary Pałac Louvre – i wyszeptał: adieu, mon Paris, Mon ami, żegnaj mój Paryżu, mój przyjacielu. Było z Tobą pięknie tutaj. Ale już mi czas wracać do mojej wioski w moich starych lasach. I jak powiedział, tak zrobił. Na dworcu kupił bilet kolejowy i wrócił do Pułtuska pociągiem. Wrócił zamożny i stać go było na kupno dużej łodzi, którą pływa po Narwi między Pułtuskiem a jego osadą pod lasem na Kurpiach. W Pułtusku często siada na długim rynku i opowiada zaciekawionym mieszkańcom i turystom swoje paryskie historie. Jeśli go tam spotkacie nie wołajcie go: Przybłędek!  On już się tak nie nazywa. To poważny i szanowany pies, a nie przybłęda. I nazywa się Gawrosz. Un gavroche de polonaise.

Siedzi na placu pies,

na ławce, w berecie.

Pan Gawrosz Polonez.

Jeśli bardzo chcecie,

to wam opowie bajkę,

która jest prawdziwa.

Jak skończy palić fajkę,

bo w bajkach to bywa.

Wystukiwanie liter laską

Wystukiwanie liter laską

Bez Ciebie nie byłoby nas, bez nas nie byłoby mnie. Twój pełen dobroci uśmiech był jak wiosenny bez. Cichy, zwykły, nie pretensjonalny, nie sceniczny – a pełen wiosennej woni życia. Moja Primavera.

Primavera

Chodzę i wystukuję laską na

ulicy litery, potem składam

je w słowa i jak w kostce Rubika

buduję z nich zdania o nas, o mnie.

Dotyki, spojrzenia, uśmiechy,

bez ważenia, bez znaczenia, jak

zwyczajny wiosenny bez przy drodze.

Niepotrzebny i niezbędny, gdy jest.

(B. Pacak-Gamalski, 25.12.24)

Epistemologia Smutku

Epistemologia smutku

Epistemologia zajmuje się filozoficznym wymiarem wiedzy na temat pewnych procesów. Pojęcie ‘smutku’ jakkolwiek niewymierne, jest bardzo silną emocją istniejącą ponad wszelką wątpliwość. Skąd się bierze, co jest jego przyczyną, jakie jest jego natężenie – to pytania dość racjonalne, nawet, jeśli podłoża jakiegoś konkretnego ‘smutku’ są irracjonalne. Irracjonalność pewnego zachowania lub emocji nie przekreśla faktu ich istnienia. A co istnieje można starać się zbadać, wytłumaczyć.

            Więc rozważanie smutku, jako efektu straty jest rozważaniem epistemologicznym, pomagającym znaleźć odpowiedź bez oceny przydatności lub zbędności takiegoż.

Jako że smutek jest od dwóch lat pewnym constans mojej egzystencji – czemu miałbym się nie zająć jego rozumieniem inaczej trochę niż zwykłą opisowością moich emocji?

I.

Gombrowicz nie dla zabawy samej, dla wygody zwykłej pisarskiej, używał w większości wypadków pierwszej osoby, jako narratora. Nie przez czystą zarozumiałość (której mu naturalnie nigdy nie brakowało), a przez umiejętność własnej wiwisekcji, poznanie świata przez poznanie siebie. Rozumienie świata zewnętrznego poprzez własne intelektualne i cielesne doświadczania go pozwala nam zrozumieć lepiej samego siebie. Robił to błyskotliwie w swoich „Dziennikach”, jak i dzienniku prywatnym, w „Kronosie”[i].  Zresztą zamiarem jego było opublikowanie tej ‘obrazobórczej’  auto-wiwisekcji. Jest genialna i jest nużąco-nudna chwilami, jak flaki w oleju. Trudno doprawdy oceniać jej wartość literacką. Ze względu na nazwisko autora uzyskała od razu status bliski genialności. Zupełnie zdaniem moim niezasłużenie. Ale może być genialnym studium samego Gombrowicza-człowieka. Niekoniecznie Gombrowicza-pisarza. Czasami te osobowości (twórcza i prywatna) się zazębiają, łączą – ale generalnie nie powinno się nigdy ich kompletnie scalać. Jedna jest kreacją, druga jest po prostu byciem, życiem.

Czemu od Gombrowicza zacząłem? Jedną część wyjaśniłem (mam nadzieję) powyżej. Ale jest jeden jeszcze, bezpośrednio z tytułem złączony element – „Kronos” właśnie, który jest też autoportretem strachu, lęku kulminującego się przed starzeniem się cielesnym, przed utratą nie żądzy a kurczącymi się możliwościami jej zaspokojenia. I poprzez kurczenie się własnej atrakcyjności cielesnej i przez kurczenie się własnych możliwości fizyczno-erotycznych. Fakt homoseksualności Gombrowicza uwielokrotnił ten lęk. To taki emocjonalny odpowiednik okresu przekwitania. Zresztą sama ta terminologia ‘przekwitanie’ jest idealnym obrazem tego procesu u mężczyzn – zwłaszcza mężczyzn homo i biseksualnych. Szczególnie, gdy mówimy o czasach, gdy orientacje seksualne inne od tej typowej były bardzo skomplikowane i otoczone kokonem tajemnicy szeptanej po cichu w rogu salonów kawiarnianych.

U osób nieco neurastenicznych, a jednocześnie przekonanych o swojej wyjątkowości pisarskiej, ale i zwykłej życiowej (ładny, jako młodzieniec; przystojny, jako dorosły mężczyzna), jak u Gombrowicza, istnieje w jego pisarstwie pewien pociąg do intelektualnego ekshibicjonizmu swojej osobowości prywatnej. „Kronos” tego ekshibicjonizmu jest idealnym przykładem. Z biegiem lat, z zauważalnym przez niego samego procesem zmniejszania się aktywności i atrakcyjności fizycznych – opanował go pewien egzystencjalny smutek, lęk nawet. I tutaj ‘epistemologia smutku’ wydaje się być świetnym narzędziem do głębszego poznania Gombrowicza prywatnego. Zwłaszcza, że z momentem publikacji „Kronosa’’– prywatnym być przestał.

Kiedy zmarł (nota bene śmierć przyszła do niego uroczo, ciepło), był w moim wieku. Zabawne skojarzenie i niepokojące dla piszącego te słowa. Ileż razy w ostatnich dwóch latach wołałem ją by już przyszła, że jestem zmęczony zasypianiem w łóżku z Panią Śmiertką siedzącą cicho na brzegu tego łóżka. Ileż razy nakłaniałem ją, namawiałem by się w końcu położyła obok i przytuliła do mnie? Do dziś nie jestem przekonany, że postąpiła słusznie nie ulegając moim prośbom. Ale ten temat pomińmy w tym momencie, bo to zupełnie inna ścieżka rozważań.

II.

Jest koniec 2024, ostatnie tygodnie. Przejechałem kontynent, by szukać naszych (moich i mojego Johna) śladów. W prowincji i mieście, gdzie się poznaliśmy i zakochaliśmy bez pamięci tego dnia, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy; i dalej jeszcze, na kraniec kontynentu: do Vancouveru, który był naszym najpiękniejszym i niezapomnianym domem przez długie lata. Chodziłem pod te adresy, jak na jakiejś pielgrzymce, którą musiałem odbyć. Taka droga pątnicza?  Pisałem już bodaj w swoim blogu, iż wydawało mi się nawet, że go znalazłem, że szedł obok mnie, trzymał mnie za rękę. Było to bardzo miłe wrażenie, ucieszyło mnie. Ale smutek, strata są zazdrosne. Nie uznają takich nostalgicznych spotkań, takich wyimaginowanych spacerów. I w pewnym momencie, gdy już bardzo miło mi się moim Johnem chodziło spacerując po Stanley Parku, po uliczkach centrum w Vancouverze – ten smutek chwycił mnie silnie za gardło i rzucił na bruk. Tak po prostu, jakby mówił: czas się obudzić i spojrzeć rzeczywistości w twarz. Co jest też pewnym oszustwem, bo jeśli coś odczuwamy naprawdę to – choć nie jest to rzeczywistość materialna – wszak jest rzeczywistością emocjonalną.  Niestety, strata nie ma jakichkolwiek inklinacji do wdawania się w dyskusje lub targi uczuciowe. Moja odpowiedź na ten gwałt zadany mi była prosta, zwięzłą, jak spowiedź. Słowa wyszły same szeregiem krótkim, nielicznym. Były silne do tego stopnia, że siadłem na pobliskiej ławce i zapisałem je w notesie bez zastanowienia się, bez jakiejkolwiek formy. Bez literatury, choć literatura umożliwiła to i bez wątpienia w jakiś sposób miała wpływ na ich kształt, ilość i dźwięk.

.

Tak mi ciebie brak

i tak brak mi słów

by to opisać

nazwać dotknąć

pozostał tylko krzyk

dziurawiący ciemność

rozpostartej nocy

sięgający ostrzem noża

w zakamarki zmarłej duszy

uparcie żyjącego ciała

po co?

            Naturalnie, że żyję. Przejechałem przecież ponownie cały kontynent, by to życie życiu przywrócić. Odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości. Ślady Ciebie, twojego uśmiechu, twojej dobroci. Chciałbym napić się z Twoich ust tej dobroci, takiej zwykłej, bezceremonialnej, takiej po prostu. Spić z Twoich ust pełną czarę mojego szczęścia jeszcze niedopitą, jeszcze niewypróżnioną do dna. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że jest słonecznie, w dni zimowej zawieruchy, że jest ciepło.

Teraz wszystko, co robię pozostaje niedokończone. Trwała jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, ale mówią nieznaną gwarą, niezrozumiałymi metaforami. Monette[1] mi to przypomniał.

III.

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem przetłumaczenia trudnego tomiku wierszy Monette’a na język polski. Kilka pojedynczych zrobiłem, ale nigdy wystarczającej ilości czasu, ciszy i skupienia znaleźć nie mogłem. Dodatkowym problem jest forma, jakiej używa bardzo rygorystycznie i bez uwzględnienia (dość zasadniczej zdaniem moim) innej reguły: naturalnej płynności toku myśli i budowy zdania. Łamanie zdania w pól i we czworo tyko po to, by utrzymać format dziesięciozgłoskowca moim zdaniem jest gwałtem na poezji. I pewnie efektem zbyt długich i rygorystycznych studiów filologicznych. Po napisaniu tego, co wyżej rodzi się pytanie: dlaczego Monette ma być wybrany przeze mnie, jako idealny przykład poezji Bólu i Straty?  Zwyczajnie – bo był świetnym poetą, który jak nikt potrafił w poezji swojej pokazać pełną panoramę tych uczuć, emocji i refleksji. Bez ubierania togi tragika greckiego.  Jak te dwie sprzeczne z pozoru opinie pogodzić?  Nie mam zamiaru tego robić. Bywali i bywają poeci, którzy formie kłaniali się jeszcze niżej, ale sam ten tylko fakt głębi ich poezji nie umniejszał.

Wróćmy do tematu jednak, do poezji bólu. W pewnym czasie, okresie nie tak odległym i bardzo dobrze przez mnie pamiętanym, miliony młodych głównie mężczyzn poddano okrutnej próbie przetrwania mimo masowego żniwa śmierci. Triumwirat Zła ‘Reagan-Thatcher-Jan Paweł II”, przy pełnej zmowie milczącego przyzwolenia większości społeczeństw zdecydował, że nowa plaga była naturalną formą selekcji osobników. Że tak długo jak ,zdrowa’ większość (czyt. heteroseksualna) nie jest zagrożona – po co obciążać budżet badaniami i szukaniem antidotum?  Niech umierają. I umierali. Masowo. Na oczach wszystkich i wszędzie: w mieszkaniach, w szpitalach (w okrutnej izolacji), na ławkach w parkach, na ulicy.

To były czasy dżumy Camusa[ii] – z tą różnica, że ta ‘dżuma gejowska’ opanowała cały prawie glob. W przypadku Paula Monette’a ten glob, to było jego mieszkanie, ulice i miasto. Nie musiał, jak Camus’, uciekać się do absurdalności, do wyolbrzymień. Sytuacji bardziej absurdalno-tragicznej niż ta, która go autentycznie otaczała wyobrazić sobie nie można. Tak, to był wiek poprzedni, ale to był już jego schyłek, u progu obecnego. Świat był bardzo podobny do dzisiejszego.

Wiara Galileusza była przeciwna

Boskiej karzącą za mówienie prawdy

współwięźniom.  W Itali nie ma światka

gejowskiego, wszyscy chcą wyjechać

do Nowego Jorku, nie wiedząc jeszcze,

że już go tam nie ma. /…/

/…/    …….               w 1348 zaraza

pochłonęła trzecią część Florencji,

aż czterech z pięciu w Sienie i

nie było łaźni do zamykania.[iii]

(B.P-G, tł. własne, fragmenty)

IV.

            Doszliśmy do zasadniczej części tej epistemologii Smutku i Straty. Do „Last Watch of the Night” Paula Monette’a[iv]. Zbioru autobiograficznych esejów dekady AIDSA w USA. Dekady niewyobrażalnej dzisiaj, a przecież z równym okrucieństwem zmowy milczenia powtórzonej w Domach i Ośrodkach Starości  na początku ostatniej ‘dżumy’ – Covida. Wystarczy dotkniętych ‘dżumą’ zidentyfikować, jak grupę. Grupę do której nie należy większość. Żydzi, Czarni, Gejowie, bardzo starzy… Ktokolwiek, tylko nie większość. Nie ‘my’. Okazuje się, że dużo łatwiej wtedy manipulować społeczeństwem. Może nawet sugerować, mimochodem wskazywać, że np. pewne miejsca odosobnienia, izolacji nie są nieetyczne. Nie, broń boże obozy! To straszne słowo i koncepcja! Przecież my – społeczeństwo- po prostu chcemy zapobiec masowym infekcjom, nowych transformacji bakterii czy wirusa. Nic w tym złego nie ma, prawda? No, a poza tym każda choroba musi przejść swój kurs.

W latach 80. zidentyfikowano taką grupę. Zwłaszcza w ośrodkach, centrach, gdzie było ich wielu, gdzie zyskiwali sympatię i trochę cywilnych praw (choćby mieszkaniowe). Nowy Jork, Paryż, San Francisco, Los Angeles. Niezbyt dużo równouprawnienia faktycznego, nie – ale zmiany społeczne w tym kierunku podążały. A tu AIDS. Jak manna z nieba prosto w fartuszki religijnych maniaków, hochsztaplerów, siewców nienawiści z ambon telewizyjnych, prasowych i kościelnych. Krzyczeli: a nie mówiliśmy wam! To kara boska, że pozwalamy na takie zezwierzęcenie!

Dość jednak przypominania. Jedynie krótko to wspomnam dla tych, którym łatwo było zapomnieć ‘takie drobiazgi’. Większość ludzi niezbyt lubi rozpamiętywać sprawy i sytuacje przykre. To ludzkie i naturalne.

            Paul Monette nie mógł. On tym żył, w tym żył, na to umarł. Ale zanim umarł, chodził stale do szpitali, odwiedzać tam umierających kolegów i znajomych. Przede wszystkim opiekował się do ostatnich chwil umierającym przyjacielem i kochankiem. Potem drugim. Też do chwil ostatnich, do pogrzebu. Ale zanim był pogrzeb trzeba było ich myć, karmić, do ostatnich fizycznie możliwych chwil wyprowadzać na spacer, Trzeba było ich podmywać, zmieniać pieluchy, pościel. Wiedząc (choć ciągle mając promil nadziei, że ktoś coś odkryje, jakieś antidotum, ratunek), że ratunek nie przyjdzie.

Monette pisze o sobie. Podaje czyste, nieadornowane fakty, szczegóły, momenty codziennej rutyny dbania przez miesiące o kogoś, kto umiera. I w końcu tej śmierci. Kogoś, kto dziś byłby pewnie jego mężem, na pewno wieloletnim partnerem. Najbliższą z możliwych osób. Kiedy brat jego partnera (Rogera), który przyjechał z wizytą narzeka, że legowisko ich psa (Pucka) jest brudne i śmierdzi, Monette przypomina sobie ten moment i dodaje: Nie, tam faktycznie cuchnęło jak śmierć, gdy nazwiesz rzeczy po imieniu. Cały dom. I po prawdzie tylko Puck mógł z tym smrodem żyć, ze smrodem pola bitwy z płytkimi nieznanymi grobami. Ci, którzy sugerowali nową tapicerkę, jako sposób na trzymanie śmierci z daleka odwiedzali nas coraz rzadziej. I chwała Bogu.[2]

Kiedy przytacza ostatnie dni i godziny Rogera – pies jest bardzo ważna postacią w tej epopei przerażenia. Wiedzy, rozumienia – a jednak przerażenia bezsilnością i nieuniknionością. Pies swoja obecnością pomógł mu uciekać momentami od obezwładniającego smutku. Pies i … pisanie. Wspomina:

Przetrwałem ten niemożliwy do przetrwania pierwszy rok żałoby zmuszając się do zejścia z łóżka, bo ktoś musiał tego psa wyprowadzić; pisząc  aby nie myśleć.[3]

I zaraz wraca przed moje (piszącego te słowa) oczy obraz mojego pierwszego roku. Moim ratunkiem nie był pies, były wielogodzinne wałęsanie się po plażach, morskich bezludziach i notes, pisanie. Wymuszane, bolesne – a niezbędne, jak woda do przetrwania.

Monnette rozdział po rozdziale, przeprowadza właśnie takie studium, taką pracę epistemologiczną  Bólu Straty. Nie robił tego z potrzeb filozoficznych, badawczych. Nie. To wiwisekcja siebie. Próba zrozumienia, jak można było to przeżyć. Co pomagało, co hamowało przed nieobliczalnymi skutkami. Ale robiąc to pomagał nie tylko sobie, pomagał innym. Bo wymiar bólu, ciężar straty jest dla każdego trochę inny.

Monette przeszedł kawalkadę śmierci na AIDSA (Steve był jego kolejnym partnerem, który tak odszedł w szpitalu) łącznie z własną, nadchodząca powoli, ale nieuchronnie. Oczywiści nie zostawił zapisów ostatnich godzin i chwil. Mimo, że był świetnym pisarzem – nie był bogiem. Trudno nam samym opisywać własną śmierć po fakcie.

Ciekawym bardzo jest rozdział, gdy pisze o Kościele Katolickim i o sytuacji przyjaciół i znajomych, którzy z tym mieli wielki związek będąc czynnymi lub byłymi księżmi, zakonnikami. W tamtych czasach, w latach 80. O tym jak Ratzinger (późniejszy następca Wojtyły na tronie watykańskim) nakazywał biskupom i przeorom amerykańskim, by tępili i torpedowali wszelkie zamiary udzielania jakichkolwiek praw cywilnych homoseksualistom w USA. W Kościele pełnym nie tylko pedofilów, ale przede wszystkim homoseksualistów.[4]  Ten wątek w epistemologii Straty i Bólu mało ma do wniesienia, więc rozwijać go tu nie będę.

Głęboki ból utraty kogoś najbliższego, zwłaszcza gdy poprzedzony długim okresem spodziewania się jej (nieuleczalna choroba) i długim trwaniem opiekowania się tą osobą, aż do momentu zgonu, jest doświadczeniem nieporównywalnym. Zmienia tą osobę, która pozostaje przy życiu. Często ktoś taki próbuje różnych sposobów zewnętrznych i wewnętrznych (terapie), aby to zrozumieć. Ale terapia jest powiązana ściśle z leczeniem, leczy się zaś sprawy i ciała chore. Nie sadzę by żałoba była chorobą. Właściwszym jest rozumienie tego bólu, nie negowanie go lub reperowanie plastrem i pigułką. Być może właśnie badanie filozoficzne jest najbardziej właściwym dla zrozumienie tego procesu. Właśnie podejście epistemologiczne. I zagłębianie się w opisy innych, w sytuacjach zbliżonych. Oswoić ból Straty. Warto.

Paul Monette najpierw swoją poezją, potem tym pamiętnikiem-dziennikiem pomógł mi niezmiernie.


[1]Paul Monette | LGBTQ+ Activist, Poet, Biographer | Britannica

[2] ibid. s12

[3] ibid. s 14

[4] rozdział ‘My Priets’ zaczynający się na str. 54


[i]“Kronos” w pigułce, czyli wszystko, czego nie wiesz o Gombrowiczu | #literatura | Culture.pl

[ii] Albert Camus, „Dżuma”; napisana w 1947 opisuje lata pandemii dżumy w Oranie, w Algerii.

[iii] P. Monette, „West of Yesterday. East of Summer”, s. 19, frag. wiersza ‘Do GB z Tuskanii’ (wyd. z 1994)

[iv] Paul Monette, „Last watch of the night”; wyd. HarcourtBrace&Company; 1994, s.310

Poeci nie giną. Unoszą się w płomieniach pamięci. Lub odlatują na latawcach

Rok temu zginął w Gazie wybitny talent literacki Palestyny – Refaat Alareer. Był znawcą historii i literatury islamskiej, arabskiej, palestyńskiej i angielskiej. Ukończył Uniwersytet Islamski w Gazie i brytyjski London University w Anglii.

W dniu swej śmierci z rąk izraelskich żołnierzy Alareer miał ledwie 43 lata. Wraz z nim zginął jego brat, siostra i ich dzieci. Nigdy już nie napisze kolejnego wiersza – ale też jego wiersze nigdy nie zamilkną. Paradoks wojny i zbrodni wojennych – oprawców po latach nikt nie pamięta, ale poetów i ich wiersze się nie zapomina.

Poniższe tłumaczenie jest ze zbioru “If I must die” opracowanego przez Jousefa Aljamala.

Jeśli muszę zginąć,

ty musisz przetrwać

by opowiedzieć o mnie

sprzedać moje rzeczy

kupić jakiś całun

z wiązadełkami,

(aby był biały z długim ogonem)

i niech dziecko, gdzieś w Gazie

patrząc niebu w oczy

oczekując swego ojca znikającego w wybuchu –

a nie żegnał nikogo

nawet własnego ciała

nawet siebie –

ujrzy latawiec, mój który zrobiłeś, szybujący wysoko

i niech pomyśli przez chwilę, że jest tam anioł

przynoszący miłość ponownie

Jeżeli muszę zginąć

niech to przyniesie nadzieję.

niech to będzie opowieścią