Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

O New Westminster oczami poety znającego życie …

O New Westminster oczami poety znającego życie …

Lubię to stare Królewskie Miasto,

lubię jego główną ulicę ponad

brunatną, potężną rzeką Frasera

pędzącą ku otchłani głębin Pacyfiku.

Lubię tą ulicę, która zmieniła się

chyba mniej niż ja (bo czas ludzki

innym jest od czasu kamienic).

Jest trochę nowych, innych szyldów

w witrynach sklepów i kafejek.

To wszak waży to samo, co nowe

guziki na starej, znajomej marynarce

– nie zmienia kroju, tkaniny i zapachu.

Stare miasto dumne, nieco śmieszne

w tej dumie starych grodów, które

utraciły wagę i znaczenie w nowym świecie.

Rzędy tych samych kamienic – pamiętające

mnie sprzed dziesięciu lat i pamiętające

dni królowej Wiktorii i korony Imperium.

Kamienic patrycjuszowskich z wielkimi

oknami wystaw bogatych sukien z brokatu

i koronki, fraków i surdutów z żabotami.

Kreacje ślubne a obok, przed oczami okien

– szmaty żebraków, narkomanów, bezdomnych.

Jak mówię: nic się tu nie zmieniło prawie.

Spotykam w popularnej od wielu lat spelunie

muzyków-filozofów i wieczorne kurwy.

O, myliłby się bardzo zarozumiały, przypadkowy

gość, gdyby chciał cenić wyżej filozofa z mądrością

wyuczoną od  mądrości lokalnego muzyka-artysty,

a na samym końcu tej wyliczanki zapisał

kurwy damskie lub męskie siedzące za barem.


stara ulica w starym mieście…

….. …. Mądrość lokalnych, dojrzałych cór i synów Koryntu jest głęboka, użyteczna. Nie nachalna, nie arogancka. Zabiera im ledwie parę minut by ocenić i docenić potrzeby klienta. Czy chodzi o noc zmęczonego aktu fizycznego, gdy oboje grać będą role zachwytu i rozkwitu, czy o rolę przyjaciela-spowiednika, psychologa. Kogoś, kto doceni ich minioną wielkość, wzloty i bolesne upadki. Potwierdzi, że jest ciągle ważny, że ma znaczenie.

I za to lubię to miasto, zwłaszcza tą specyficzną ulicę Columbia. To bodaj najlepszy symbol tego miasta rozłożonego po prawym brzegu szerokiej doliny prastarego lodowca, której dnem płynie dziś potężna szaro-stalowa rzeka Fraser. Miasta, które było miastem metropolitalnym, które narodziło tą przepiękną prowincję (wówczas była to kolonia brytyjska, nie będąca częścią Dominium Kanady) po zachodniej stronie Gór Skalistych. Dumną stolicą Korony Brytyjskiej. Przed Parlamentem w Victorii na Wyspie Vancouver nie ma wszak pomnika Macdonalda lub innego ojca –założyciela Konfederacji Kanady. Jest wielki pomnik królowej Victorii. Jest jeszcze jedna ulica poniżej Columbii, tuż na rzeką, od której oddzielają ją jedynie tory kolejowe – Front Street. To nie ulica patrycjuszowska, jak Columbia – to tak, jak dawne Nalewki warszawskie, jak jakaś stara Towarowa i Stalowa na warszawskiej Pradze sprzed czterdziestu lub stu lat. Rzędy starych, biednych sklepików, knajpek. Pewnie tu wieczorowa porą, pod gazowymi lampami ledwie mrok rozpraszającymi, maszerowały ówczesne kurtyzany w kierunku Dworca Kolejowego. Obok, nędzne kamieniczki oferowały zapewne tanie pokoje na noc lub chwilę.

Czerwony, solidny budynek dworca dalej tu jest prominentnie widoczny, ale nie służy kolei, bo pasażerskie pociągi już od długich tu nie stają. Jadą dalej, do Central Station w Vancouverze.

Tym Vancouverze , o którym też naturalnie później znowu napiszę.  Aliści, na czas obecny zostałem obywatelem grodu New Westminster, A z okien mojego mieszkania widzę codziennie rano wieżowce z Surrey, obok których drzewiej spędziłem z mężem i mamą dwadzieścia najpiękniejszych i najszczęśliwszych lat mojego życia.  To już też inna historia.  Tymczasem więc.

Zaśpiewam ci piosenkę wędrowca. Zwykłą, prostą

Zaśpiewam ci piosenkę wędrowca. Zwykłą, prostą

Piosenka na drogę

Nasza droga mój miły,

nasze chmury nad nami

wzdłuż będą nam się wiły,

jak rzeki zakolami.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasza droga kochany,

świtaniem i zachodem

szczodrze podarowanym

beztrosko, mimochodem.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasza droga przez lasy,

dolinami przez łąki.

Darowane nam czasy,

noce gwiezdne i dzionki.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Nasze droga wyśniona,

nasze ścieżki czułości.

niczym fala szalona.

Nasz gościniec miłości.

Nasza droga przez życie

i kochanie w niebycie!

(B. Pacak-Gamalski, 26.02.25)

Letter to you

Letter to you

How do I say it? Where do I sent it, to what address? You didn’t leave any forwarding mail note in all these little messages for my on your old Iphone.  Yes, you did tell me that you love me – but that I knew already, as you did that I do love you. More than life. Much more than that. I guess we both did know IT for many decades.  Of course, as any lovers we also had the natural urge to say it over and over to the other. Silly, isn’t it? Yet, sweet nonetheless.

But I still don’t know where do I sent this letter, these words I scribble now to you. Just in case.

You know that I’m going in a day or two to complete the last leg of our last journey. I’m going to our Home. Back to our home. Back to the amazing city that saw us, blanketed us with its beauty and it’s almost unnatural  shower of protection, and gave our feelings a nest. No, it didn’t protect us from little silly misgivings, trespasses (even if they felt at that time as a apocalyptic catastrophe) – why would it? The city knew that they are of no consequence. It took care and protected that, which was most important and most cherished. That made life worthwhile – our mutual love. The rest was just a noise. Little things to do to fill time. It is when I laid in bed at night and listened to your breathing as you were falling asleep – that was when it mattered. That was all that mattered. Even more than – dare I say it?! – nights of passion that was heavenly.

Have to take that journey back. Back where we should had have came back much earlier together.  

It doesn’t matter anymore, really. You are coming with me anyway. Maybe not in body, but in memory. With passing years memories is often what we have left.

You know that highway I’m taking. During summertime it offers glorious vistas. This time of the years, at times it is very treacherous. A strange feeling came over me. A feeling that I might not make it. Not take us back home through the very last, short leg of the journey. Funny, but a bit disturbing. Foretelling?  Just in case,  a little note to you.  Want you to know that I almost did it. One could say that I did, regardless of some little detail at the very end. It would be like, let’s say falling off you skies at the very bottom of the hill, after a long slalom from the top. Who cares? You still skied from the very top. Just a mere few meters doesn’t really count.  No, I’m not wishing or hoping that it would end up like that. I do actually believe that in a day or two I will be unpacking in our new place back in our city. This is just a few words to you, in case of some tiny misshape on the last mile. Otherwise – see you at home, Babycake.

yours always –

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną
Pomnik Jana Kazimierza Wazy w Paryżu

Halina siedziała przy stoliku w jej ulubionej knajpce Lipp przy Bulwarze Saint-Germain. Patrzyła w zamyśleniu na stary, średniowieczny kościół Opactwa Saint-Germain-de-Prės. Czasy jeszcze Merowingów, pierwszych władców Franków.

Ale nie o nich myślała, nie o wielkiej historii starej matki Europy – Francji. Myślała o pewnym sercu wmurowanym w ścianie przepięknej błękitnej nawy tego kościoła. Sercu króla dalekiej od tego miejsca Polski – Jana Kazimierza Wazy.

Myślała o jego sercu wmurowanym w nawie tej starej świątyni i zastanawiała się, gdzie, w którym kraju rzeczywiście jego serce było za jego życia? Ona nie miała wątpliwości wobec jej serca. Jej zostało w Warszawie.

O, kochała Paryż, jak można go nie kochać? Jest taki uroczy, romantyczny, elegancki. Co tu dużo mówić, jest po prostu pełen joie de vivre . Ma tu wszystko, ma nawet tą swoją wieprzowinę z kapustą w tej właśnie restauracji Lipp. Ale … no nie wszystko jednak.

Tamten był królem z mieszanką genów wszystkich bodaj wielkich domów panującej ówczesnej Europy. Ona była zwykłą dziewczyną. Matka polska żydówka, ojciec Polak z dziada-pradziada. Na tyle na ile ktokolwiek może z pełną pewnością coą takiego w Europie powiedzieć. Geny-szmeny, uśmiechneła się do siebie. Kto wie czy jej mama innych niż żydowskie nie miała? W Europie, gdzie granice i ludy są od długich setek lat w ciągłym ruchu, jak rzeki. Tak, wedle zasad była polską żydówką. Co to jednak za zasady i kto je niby ustalił? Ona uważała się za kompletną Polkę pochodzenia żydowskiego. I to wszystko. Zresztą ani matka ani ojciec nazbyt religijni nie byli. Ojciec chodził do kościoła na Wigilię i Wielkanoc, lub czyjś ślub albo pogrzeb. Matka do Bożnicy trochę częściej, a i tak jej rodziną nazywała ją ‘przechrztą’, z czego się śmiała.

Jan Kazimiez po abdykacji objął bardzo intratną funkcję opata tegoż Saint-Germain-de-Prės. Ale serce mu pękło kilka lat późnie na wieść o upadku Kamieńca Podolskiego w jego dawnym królestwie. Więc jednak za tą Rzeczypospolitą starą tęsknił. Tym dziwnym krajem-pomostem między Europa starej Francji Merowingów i Karolingów a stepami i Azją. Pochowano go na Wawelu, ale serce jednak tu, w Paryżu zostało.

A jej nie jest w Paryżu, który uwielbia; nie jest na pewno w Krakowie, w którym raz tylko z wycieczką szkolną była, bez wątpienia nawet nie w Wilnie czy we Lwowie, gdzie ten król śluby wielkie składał. Dla niej te miasta za obecną granicą są tylko częścią starej historii. Nie miała z nimi sentymentalnej łączności, nie znała ich. Może dlatego, że oboje rodzice nie pochodzili z Kresów, to w zasadzie nigdy prawie się o tych Kresach w jej domu nie rozmawiało. Jej serce zostało gdzie indziej. Na peronie małego dworca kolejowego Warszawa Gdańska. W miesiącach, kiedy tak naprawdę powiedziano jej, że jest Żydówką. Nawet nie żydówką, a konkretnie, etnicznie Żydówką. Choć nikt jej nigdy żadnych genów nie badał. I jakby fakt, że nawet, jeśli wedle jakichś tam norm jest, cokolwiek znaczył, lub znaczył więcej. Że ci Żydzi mieszkali tu, rodzili się i umierali przez ponad sześćset lat. Byli. Sześćset lat! Jezu lub Jahwe – przecież to kompletnie się kupy nie trzyma ta cała logika rasowa czy etniczna. Coście wy im z tych Niebios czy z Góry Synaj naopowiadali? Może się razem zapiliście na tym weselu galilejskim, ot i co.

I nagle w tym 1966, 67 i 68 partyjnym bosom i głupiej masie niewykształconych chłopo-robotników socjalizmu wmówiliście, że bida socjalistyczna to moja, polskiej Żydówki wina. Czego to ja jeszcze byłam winna? A, wojnie arabsko-izraelskiej. Byłabym zapomniała, jaka to wtedy ważna międzynarodowa osoba ze mnie była. I nagle, za decyzją mamy i taty, że tego znieść nie można, znalazłam się z nimi na Dworcu Gdańskim na Stawkach. Pociąg ruszył, ale na peronie zostało moje serce. W dodatku, został tam, w tamtej Warszawie mój chłopak. Boże, jak ja w nim byłam zakochana! Tyle, że ta nasza miłość nieszczęsna i młoda wpadła w tryby wielkiej machiny propagandowej, a te ją zmiażdżyły na proszek. Żadne z jego rodziców nie miało żydowskich genów, więc o paszporcie i wyjeździe nie było mowy. Chłopak nie miał szans.

Popatrzyła jeszcze raz na te stare Opactwo po drugiej stronie szerokiego Bulwaru. Otarła ręka policzek i poczuła, że jest mokry. Uśmiechnęła się smutno. Tyle lat …

Tak, wróciła tam po latach, była na tym dworcu. Ale serca nie znalazła. Pewnie ktoś sprzątnął. Wiedziała, że Tadek – jej chłopak – poznał po kilku latach inną kobietę, pobrali się, mieli dzieci. Zadzwoniła do niego i umówili się na kawę w pobliskim szklanym hotelu, którego tu za jej czasów nie było.

Opowiadał, że po kilku latach nie mógł tej samotności znieść, chciał mieć rodzinę. Ma dobrą żonę, dwoje dzieci. Ucieszyła się. Smutno, ale cieszyła się. I dla niej, tej drugiej kobiety, też się ucieszyła. Tadek to był naprawdę bardzo dobry mężczyzna i pewnie dobry i zacny mąż. Wypytywał o jej życie w Paryżu, czy wyszła za mąż. Nie, nie wyszła. Ale miała wieloletniego partnera, bardzo miłego pana, Francuza. Zmarł niestety dwa lata temu. I nie szuka już nikogo innego. Czy go kochała? Chyba tak, było jej z nim dobrze.

Spytała czy on nigdy nie chciał przyjechać do Paryża, mieliby się gdzie zatrzymać, ma ładne mieszkanie blisko rue de Radziwill, koło Hall, w centrum. Uśmiechnął się:

Halinko najmilsza przecież wiesz, że to niemożliwe. Za trudne dla mnie, dla mojej żony, dzieciom trudno wszystko wytłumaczyć. Za trudne dla ciebie, najmilsza. Co by się stało, gdyby nagle to wszystko wróciło, tamte tak piękne uczucia? Jakież by to było dla nich okrutne. Bo gdyby wróciło, nie wiem czy mógłbym się powstrzymać. I po czasie oboje byśmy byli rozgoryczeni i żałowali. Nie potrafilibyśmy sobie wybaczyć naszego egoizmu szukania powrotu do przeszłości. Ja widziałem cię wtedy, stałam na wiadukcie nad torami. Chciałem skoczyć z tego wiaduktu na ten pociąg, jak powoli odjeżdżał, położyć się płasko na dachu i może nikt by nie zauważył i bym tak z Tobą poza ta granicę na Odrze dojechał. Ale nie mogłem zostawić rodziców i młodszej, niedorosłej jeszcze siostry. Wiesz, że w domu u nas się nie przelewało, była zwykła bida. Musiałem im pomóc, iść do pracy.  

Halinie popłynęły z oczu łzy. Nie wiedziała nawet, że tam był wtedy. Musiał to strasznie przeżywać. Ścisnęła go za ręce, potem zbliżyła je do swojej twarzy i złożyła na nich ciepły pocałunek.

Dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za tą piękną miłość młodości, za to, że tam byłeś na tym dworcu i że całe szczęście głuptasie nie skoczyłeś na ten pociąg. Dziękuję, że jesteś dobrym i porządnym mężem dla tej kobiety i dobrym ojcem dla swoich dzieci. I za to, że jesteś mądry i dlatego nie chcesz przyjechać do Paryża. O jedno mimo to cie proszę – napisz czasem krótki list, co dzieje się z twoimi dziećmi, jakie szkoły, postępy, plany. Może miłości, małżeństwa? Bardzo by mnie cieszyły ich sukcesy. To w końcu dzieci mojego Tadzia. A to bardzo ważne.

Tadeusz obiecał, że to będzie robił, pożegnali się smutno-serdecznie i djechali w swoje, osobne strony.

Halina nigdy więcej Tadeusza nie widziała, ani on jej. Ale regularnie dostawała z Polski listy o jego synach i było to dla niej zawsze wielką radością.

Teraz, po latach wstała zza stolika tej restauracji Lipp i poszła powoli do stacji metra.W metrze wyciągnęła z torebki zgiętą kopertę, wyjechała z niej kartkę zapisaną drobnym pismem i zaczęła czytać z uśmiechem na twarzy.

Do Polski już nigdy więcej nie pojechała. Nie dlatego, że jej się nie podobała, przeciwnie – wypiękniała i unowocześniła się nadzwyczaj!  Cieszyła się z tego nawet. Ale jej dom teraz to Paryż, to jej teraz ulubione miasto, w którym miała i ma dobre życie. Wystarczy na jedno.

Młodość? Została tam, gdzie zostawiła swoje serce. Może dalej tam są na Stawkach?  

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Tadeusz siedział przy stoliku na bulwarach nad Wisłą. Popijał zimne piwo i rozglądał się wokół. Przed nim widać było zalesione brzegi praskie i żółte łachy wiślane, za nim czerwone dachy warszawskiej Starówki  płonące w czerwonych promieniach zachodzącego słońca.

Naokoło siedziały pary młodych ludzi. Nikogo tu nie znał i nie spodziewał się zobaczyć znajomej twarzy.  Gdyby nawet jakimś przypadkiem zdarzyło się, że ktoś znajomy by nawet przechodził, wątpliwe by twarz rozpoznał.  Uśmiechnął się do siebie sarkastycznie realizując, że ostatni raz, gdy taką twarz mógł widzieć, byłaby gładka, bez zmarszczek, z czupryną gęstych włosów. Tak, jak on wtedy wyglądał. Oczywiście nie było wówczas tych kamiennych schodków-bulwarów. Był chodnik, szosa za nim, i trawa pokrywająca wały wiślane od Uniwersytetu, aż po Nowe Miasto i dalej. Brzeg praski pozostał bardziej ten sam. Ładniejszy, schludniejszy, ale ten sam.

Naturalnie, że i po tej – kiedyś jego – stronie Wisły nie mógłby się zagubić i wszędzie by trafił. Główna siatka ulic w zasadzie pozostała ta sama. Jakiś gdzieś przekop, dokop, kładka lub tunel nie zmieniały tego. A już zwłaszcza Trakt Królewski od Łazienek, przez Nowy Świat i Krakowskie to już zupełnie takie same, gdy biegał po nich parędziesiąt lat temu. No, niektóre nazwy ulic się zmieniły, ale było to bez znaczenia.

Jakąś młoda dziewczyna krzyknęła: Tadek! Spojrzał się na nią zaskoczony, a ona nawet go nie spostrzegła. Wołała po prostu jakiegoś innego Tadka, na pewno o parę dekad młodszego od niego.

Z głośnika przy barze poleciała nagle stara piosenka Ewy Demarczyk. Bodaj jej najlepsza. Grande Valse Brilliant. Demarczyk pytała tym razem jakby jego właśnie – czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca …. Uśmiechnął się. I zaskakując sam siebie pół-głośno powiedział:

– Pamiętam Ewa, naturalnie. W jakiejś zadymionej piwnicy zdaje się, może „Pod Baranami’? Tego nie jestem pewny. Ale śpiewaliśmy i tańczyliśmy.

Dziewczyna, która przedtem zaskoczyła go wołaniem siedziała teraz z tym młodym Tadkiem przy stoliku obok.  Usłyszała jego mówienie ‘do siebie’ i spytała zaciekawiona:

– Czy naprawdę tańczpan i śpiewał z Ewą Demarczyk tego walca?

Tadeusz zarumienił się lekko, ale szczerze odpowiedział:

– Sto lat temu, ale tak – tańczyłem z nią i śpiewaliśmy razem, tylko nie na scenie. Nie byłem piosenkarzem, byłem jakimś młodym wierszokletą i ona lubiła moje wierszyki. Znaliśmy się.

– Ależ to niesamowite! To była legenda polskiej sceny i Pan się z nią przyjaźnił? Co za zbieg okoliczności!

Tadeusz zaambarasował się nieco tym całym zamieszaniem i swoim gadaniem na głos. Inni już odwracali głowy i patrzyli na niego, jak na jakiś eksponat usadzony w krześle.

Wie pani, nie przesadzajmy. ‘Przyjaciel’ to chyba zbyt wielkie słowo. Znaliśmy się, byłem może jej kolegą, jakich miała wielu, nie mówiąc o rzeszach wielbicieli jej talentu. Gdyby żyła i tu przechodziła teraz pewnie by mnie nawet nie poznała. To już tyle lat …

– Ale tańczył pan z nią Grande Valse Brilliant! To pomnikowe! Czy szurał pan po podłodze podwiniętą podeszwą?!

Roześmiał się szczerze. Zresztą ta młoda dziewczyna nie wydawała się ani odpychająco natrętna, ani jej entuzjazm nie był ironiczny, a sprawiał wrażenie szczerego i naturalnego. Może nawet wzruszyło go to trochę.

 Wie pani, ‘podwiniętą podeszwą’ to raczej nie, ale zelówki na pewno były bardzo starte, ha ha ha … i kto wie? Może i wytężałem pierś cherlawą. Ona już była legendą – Madonną tamtych lat – a ja cherlawym gryzipiórkiem.

Dziewczyna wstała od stolika i stanęła przed nim. Uśmiechnęła się, prawą rękę przyłożyła do brzucha, lewą wyciągnęła w jego kierunku i kłaniając się powiedziała:

– Drogi Panie Wierszokleto, proszę pamiętać o starych zasadach pewnie ważniejszych dla pańskiej generacji niż – niestety – dla mojej: kobiecie się nie odmawia i basta. A ja proszę pana do tańca i koniec, nie ma dyskusji i uników. Jestem piosenkarką. Nie, nie legendą tamtych ani tych czasów, ale umiem śpiewać. I niech świat wpadnie nam w ramiona, jak im wtedy. I błagam, niechże pan mi nie odmawia! Niech i ja za ileś tam lat będą mogła tu przyjść i z wielkim sentymentem wspominać to nasze spotkanie i taniec dziś.

Pierwszym odruchem Tadeusza była chęć kategorycznej odmowy tej absurdalnej propozycji. Nie jest jakąś zabawką dla kogokolwiek zachcianek i kaprysów! Cóż ta młoda siksa sobie wyobraża!

Ale było coś bardzo szczerego w jej głosie i manierze, mimo krotochwilności sytuacji. Coś, co dało mu moment na refleksję. Nie, ona nie chciała zrobić z niego przedstawienia. Tańczyć się nie wstydził, bo tańczył dalej dobrze. Poza tym … nikt go tu nie znał, co mu zależy dziewczynie tą przyjemność zrobić? Będąc w jej wieku też takie zwariowane pomysły miewał. Ha! ciągle je mam – uśmiechnął się do siebie.

Wstał od stolika, lekko się wyprężył, schylił głową, podszedł do niej i podał jej swoje prawe ramię

De rien. Voilà, Mademoiselle

Trzymając ją pod ramię sprężystym krokiem poszedł do barmana tego ‘baru na bulwarach’ i grzecznie ale rozkazująco powiedział :

Młody panie Ober – koniecznie raz jeszcze Grande Valse Brilliant, s’il vous plaît

I położył na ladzie banknot wyjęty z portfela. Barman spojrzał na nich, potem rzucił okiem na wartość banknotu, uśmiechnął się, podszedł do maszyny puszczającej muzykę i nacisnął jakiś klawisz.

Z głośnika na daszku tego baru popłynęły znajome dźwięki. Tadeusz skłonił się dziewczynie raz jeszcze, uniósł lekko prawe ramie, ona uśmiechnięta i szczęśliwa podała mu swoje, zeszli nieco niżej za stoliki i zaczęli tańczyć. Po którymś takcie ona nie przestając tańczyć zamknęła oczy i zaczęła śpiewać wespół z Ewą Demarczyk. Śpiewała faktycznie ładnie, choć zupełnie innym głosem, ale ten dziwny duet wydawał się w tym miejscu bardzo udany. A tańczyli pięknie, lekko. Tadeusz był wybornym wodzirejem i przestał zwracać uwagę na otoczenie. Patrzył na partnerkę, ale jakby nieco poza nią, w dal. Gdzie?  Może zaczął znowu tańczyć z Ewą?  

Ona? Ona była cała w skowronkach naturalnie. I w obłokach. Tańczyła z poetą Ewy Demarczyk i śpiewała z wielką Ewą w duecie. Przechodzący obok spacerowicze zatrzymywali się w grupkach i oglądali ich z satysfakcją. Gdy skończyli wszyscy wybuchli brawami, siedzący przy stolikach wstali i klaskali stojąc.

Tadeusz skłonił się jej lekko, podał swe ramie i odprowadził ją do jej stolika. Skinął głową w kierunku tego jej Tadeusza, odsunął jej krzesełko by siadła. Młody mężczyzna zaklasnął lekko i rzekł:

Ewcia, byliście wspaniali, nie mogłem się napatrzeć i nasłuchać!

Tadeusz wpadł w osłupienie. Ewcia? Naprawdę? Ona spostrzegła jego konsternację, zrozumiała to i odrzekła cicho

 Tak, mam na imię Ewa, ale nie chciałem tego zdradzać, bojąc się, że weźmie to pan za głupi żart i odmówi zdecydowanie, przepraszam.

No cóż, nie spodziewałem się faktycznie, że po tylu latach będę znowu tańczył z Ewą śpiewającą na głos Grande Valse. I cenię, że pani tego, pani Ewo, nie zdradziła, bo tak bym pewnie właśnie zareagował. Dziękuję. Jeszcze jeden wielki sentyment do tego miejsca zabieram ze sobą w moją podróż powrotną  – jak w bajce, ha ha ha – za góry i oceany. Może ostatnią.

– A mnie zostawia pan moje własne wspomnienie na długie lata. Dziękuję, to było piękne. Jak panu na imię?

Tadeusz zaczął się śmiać serdecznie i machnął ręką.

Nie powiem, niech pani nie nalega. To by było już kompletnie nierealne i nikt by w to nie uwierzył. Niech będzie po prostu ‘starszy pan’.

Skłonił się z lekka młodej, sympatycznej parze i poszedł bulwarami dalej. Miał tylko jakiś taki bardziej sprężysty, młodzieńczy krok?

Chalice

I have missed you still

I have missed you by

empty night and by

colorless daytime

I have missed you

yesterday on my walk

I have missed you today

when I got up from bed

I have missed you last year

and I’m missing you

this year the same

I have missed you

three years ago

the day you were

gone

I do get up in the morning; get dressed, have breakfast; clean the dishes afterwards and watch some news. I don’t go to concerts anymore or much less than I did in Halifax. It was terrible there, where every street, every park, every store reminded me of us being there together.  It is terrible here, where everywhere I go, I remember when younger us walked together. You are everywhere, and yet I know that you are nowhere. You are gone. Forever.

It was going to be easier they said, and I thought it would. It is not, or it is by the virtue that you can get used to even chronic pain. But the pain is not lesser and it is tiring all the same. After a while you are just tired of that chronic pain. You have had enough and you want to be gone, too. What is the point of maintaining that, which will never ease, never go away?

Oh, I know that mine is not special or rare and distinct. But suffering of others does not ease your pain. That would be a sick perversion. I know that you are no longer have any worries, unhappy days or sadness. You can’t ‘cause you are gone, nonexistent anymore. But it is the memory of you that pains me so much. I am the only holder, only chalice where you exist. For as long as I live, I will be that chalice containing you, and the pain.

Right now I am in the process or refurbishing my life again. Moving to place where we used have our happiest days, decades actually. No, not some sort idyllic frolicking in flowery meadow. A life with its bad days, but live full of love, nonetheless. It did exited me, when I got that idea, and I got struck with realization that I will be walking these trails, street, places as alone, as every day I did since you were gone. Yet, I’m looking forward to it. Strange. Somehow, can’t explain logically how it works, that chalice full of pain will not be as heavy? Or I will understand perhaps better why it is so heavy. Understanding a process might make it easier to go through it.

Yes, there is also that element of egoistic pleasure of ‘coming back home’. Sort of making it the full circle. Of course big part of that circle would be reconnecting with my old friends. Very dear people: older, younger, my age. Somehow our life and love did not preclude both of us from pursuing our own interests and social circles.  Much more on my part perhaps, not by design though or special privileges. I just did.

It will not make me happy in a conventional meaning of the world. It will however (or not?) allow me to live again, smile at times. Smile honestly, not politely.  

I will miss you

tomorrow again

I will miss you

as I did yesterday

I will miss you

till there is no longer

either night or day

in places we have lived

and places we have

never together been

until the chalice will

be broken and the wine

of life will be spilled

Place of Recpice

Place of Recpice

Place of respice

No. I don’t know anymore

where is that place.

Have travelled many

decades now, across

oceans and land masses.

I’ve met and loved people,

have been in love with Him.

From airport to airport,

from train station to another

far away, in different city.

Gathered things and lost

all of it somewhere.

I have met friends, who

offered shelter and whom

I have helped, when help

was needed on a bad day.

But where is that place

of respice, of wisdom

learnt from this world,

from travels, loves

and friendships dear?

10.02.25

Nothing, nothing has changed since THAT year. A year when everything stopped for me. I have tried, have searched, got engaged in other things, re-connected with some friends. Yes, there were good days, maybe even weeks. There were jolts of enthusiasm, new plans. It never lasted for long. Not for lack of trying or lack of wanting. It is just, just that the weight of that year, of these days watching him slipping through my fingers, arms, my love, always finds me and whispers: you have not tried hard enough. It is not that I don’t know, that he would want me be alive and enjoying the surroundings, the places, faces and smiles. Especially these places here,  where we truly had our home. And gosh, we were happy.

Would he, if we changed places and roles? I think a bit more than me. I think he wouldn’t have carried such a heavy rock on his shoulders. He would have enjoy more his friends and places perhaps. It was me, who wants more of people, who needs them to be beautiful and good, with no broken souls, light and accepting of fates. He didn’t need anything of anyone. He just wanted them to be. He had such a beautiful soul.

And now I am tired. I need to find that place of respice, of understanding, of accepting. I am ready to say ‘hi’ to the world as it is. Have no strength left to carry my luggage anymore.

Sum, sic scribo. Jestem, więc piszę.

Sum, sic scribo. Jestem, więc piszę.

Otworzyłem okna przeszłości. Ileż tam tego się nazbierało. Wyłażą ze stron notesów różne twarze, miejsca, uczucia wielkie i małe. Ale miejsca, miejsca są właśnie niesłychanie ważne – to te kamienie milowe ustawione na rozdrożach dróg, które nie pozwalają pobłądzić. Ach, ta ulica na której spotkałem  … itd. itd. itd.

Dzięki pamięci miejsc pamiętasz twarze z tymi miejscami związane. Ba! Wracają uczucia, które tobą wówczas szargały lub otulały ciepłem.

Możesz nawet porównać te miejsca i tamte daty z datami z wczoraj i dostrzegasz nić je łączącą.  Nic nie dziej się bez przyczyny? Nie wiem, czy aż tak można definitywnie to nazwać, ale większość zdarzeń przyczynę ma, nawet, jeśli zapomnianą, oddaloną w przestrzeni czasu i miejsc.

Wczorajsze i przedwczorajsze wędrówki po Surrey i New Westminster, po White Rock wymieszały mi te czasy w jednej torbie przez ramię zarzuconej. Ileż tam tego się pomieściło! Dziesięciolecia prawie. Twarze pokazały się w tym otworze czasu, wrażenia wówczas z czegoś, jakbym to wczoraj widział. Sceny nieistniejących komedii i tragedii w nieistniejącym już fizycznie teatrze. A były. I był teatr, aktorzy, publiczność.

Zaczętą opowiastkę ze zdarzenia połączyć mogę z jej kontynuacją dziś. Choć nie ma tego fortepianu w tym ciągle istniejącym hotelowym barze, pewnie postarzali się chłopcy-bogowie z dżungli Kiplinga, którzy w wówczas w tym barze na wysokich stołkach siedzieli pewni swej nieśmiertelności (a nie wiedzieli, że są chłopcami z kart powieści Kiplinga). Ani, że ja byłem wężem-przyjacielem, nie kusicielem.

(wpis z 26 kwietnia, 2015, Surrey)

Siedzisz wszędzie obok, na dotkniecie palcem, prawie na położenie dłoni na kolanie, na udzie.

Uda masz potężne, jak jakieś wielkie gładkie pnie z opowieści Kiplinga. Indyjskie, więc najsmuklejsze. Bo to jeszcze z czasów przed Nehru, przed Gandhim, przedwieczne.

Mówią, że nie strzyżesz włosów, bo tak nakazuje wiara. Ale brodę i wąsy masz starannie przystrzyżone lub ułożone tak, by podkreślały, uwypuklały mięsistość warg, prowadzących jakimś szlachetnym łukiem współ-praojców ku olbrzymim stawom twoich oczu. Gdyby nie zakrywały ich długie, jak palmowe liście rzęsy – można by skoczyć i pływać w nich godzinami.

Jesteś młodym bogiem, który jeszcze nie wie, że nawet bogowie się starzeją, że nadejdzie ich zmierzch. Że kochankowie słów – poeci, więlokroć krzyczeli z pasją bólu lub pasją radości: zmierzch bogów, śmierć bogów!

Cóż to cię może zresztą obchodzić teraz? Wzruszasz nonszalancko potężnymi i delikatnymi jednocześnie ramionami. Ramionami, które mogą jednako zabić jednym gwałtownym ruchem, jak być źródłem boskiej pieszczoty.

(zapis z 7 lutego, 2025 w Surrey)

            Więc wróciłem drugi raz łyknąć tego powietrza, spić te widoki, jak szklankę słodkiego calvadosu. W lutym, ze śniegiem, z mrozem. A było, jak wiosną pachnącą zbudzonymi przez ptaki łąkami. Zapachami miłości, kiściami winnej latorośli, jantarami wielkich brązowych oczu za zasłoną firanek długich rzęs.

Jak wtedy, w 2015. W tym samym miejscu. Kiplingowe prastare Indie w Kanadzie, między Surrey i Deltą. Miedziana skóra pachnąca ziołami dżungli Edenu. Dwóch młodych chłopców siedzi przy długim blacie hotelowej restauracji. Młody pianista gra na fortepianie melodie, które wie, że znam i lubię.  Uśmiecha się do mnie i szepcze – wiem, że to lubisz, pamiętam. Dawno cię tu nie było.

Chłopcy zamieniają się w gibkie pantery, chodzą powoli między stolikami z ogonami zadartymi sztywno do góry, ślepia utkwione we mnie. Siadają po obu stronach krzesła, na którym siedzę. Wiem, że powinienem być przerażony, ale nie jestem. Jestem zachwycony ich widokiem, drżący w oczekiwaniu. Na co? Nie wiem. Ale te oczekiwanie jest elektryzujące. Będę ich ofiarą czy starzejącym się guru uczącym życia, miłości i śmierci? A wise man of the jungle.

Chłopcy-pantery są naturalnie młodymi bogami i ciągle wierzą w legendy o nieśmiertelności bogów.  Ale ja jestem starym wężem, który widział już wszystko. Widziałem śmierć, trzymałem ją za rękę i za gardło. Widziałem młodych bogów, którzy umierali. Oni są zaślepieni swoją omnipotencją, swym pięknem. Nie widzieli starych bogów, którzy umarli. Sądzą, że przed nimi innych bogów nie było. Ich miedzianozłoty blask pokrył ich źrenice kotarą zasłaniającą im czytanie ze źródła okrutnej prawdy życia. Prawdy jego nietrwałości. Nic nie jest trwałe.

Mimo to, lub na przekór tej prawdy, tej okowy życia … kaskady pasji nie wysychają, nie zamieniają się w pustynny piasek niespełnionego marzenia.  Sny nie zasypiają, są czujne. Nawet czułe czasem.

Podpełznę może do tych nieśmiertelnych śmiertelnych bogów i syknę im ostrzeżenie, zachwieję ich pychę i zarozumiałość.

Nie, nie trzeba. Pewnego dnia, który jest zawsze bliżej niż nam się wydaje, sami to zaczną postrzegać. I pewnie – jak tylu bogów przed nimi – przyjmą to ze stoickim spokojem. Wówczas, w tym momencie zrozumieją nawet oni – bogowie. Zrozumieją nieskończoną trwałość nietrwałości.  Im kruchsza, tym trwalsza.

***

Choć Kartezjuszu kochany, podaj mi ramię. Połazimy uliczkami Amsterdamu. Napijemy się calvadosu. Nie, nie potwierdzaj, dlaczego jesteś ani czemu myślisz. Nie myśl aż tyle. Po prostu bądź. Zachwyć się jeszcze czymkolwiek. Beztrosko. Mimo podejrzeń współczesnych ty upierałeś się, że wierzysz w jednego boga. Rene! Przecież nawet ten twój jedyny bóg miał aż trzy postacie, daj spokój. Wypij jeszcze jedną szklanicę, a co tam. Zaręczam ci szczerze, że nawet, jeśli przestaniesz myśleć na moment, to nie przestaniesz istnieć. Po prostu chwilowo będziesz bezmyślny. Wierz staremu mądremu wężowi, który tyle już widział.

Ale poczekaj, coś jeszcze w szpargałach znalazłem. Z Londynu w 2015. Czekałem tam na kogoś ważnego. Ważnego w moim świecie.

***

(zapis z Londynu, 2015)        

Za chwile już tu wejdziesz, pokażesz się z twoim uśmiechem, twoją młodością pełną beztroski, wzbudzającą zachwyt w tym nierealnym nie zwracaniu uwagi na rzeczywistość. Ale ty nie możesz być inny. Nie wiesz, nie powinieneś wiedzieć więcej. To na razie wystarczy.  Ja też taki byłem. Dzięki temu mogłem marzyć, mogłem sobie pozwolić z rozrzutnością bogacza na nadzieję. Dopiero później, dużo później drzwi i okna szczelnie się zamknęły. I nie na wiele ta ostrożność się zdała po prawdzie. Wystarczyło, że pewnego dnia pojawiłeś się nagle, po raz wtóry w moim życiu. Okna i drzwi wyleciały z hukiem pękających ram i framug. W mieszkaniu stało się na nowo jasno, wiatr wywiał wszystkie trucizny, cykuty z mojej duszy. Zacząłem znowu oddychać. I potem równie nagle wyjechałeś. Wiedziałem, że wyjedziesz, myślałem, że to rozumiem, że jestem silny, że przetrwam. Nie byłem. Pękłem jak stary wazon wypełniony łzami. I teraz pocerowany, dziurawy, zlepiony z nierównych skorupek przyjechałem na drugi koniec świata, by cię spotkać. Do miasta, które zamieniło kiedyś mnie z chłopca w mężczyznę. Mężczyznę, jak ty silnego, wierzącego, pełnego nadziei.  Ale to już było. Żadne miasto nie daje tego daru nikomu dwukrotnie.

Więc jakże cię powitam, mój aniele życia i śmierci? Czy jest niezbędnym w okrutnej szczerości żegnać się na powitanie? A wszak żegnać się przyjechałem. Dotknąć cię jeszcze, pośmiać się razem, upewnić, że masz szansę na życie, na szczęście. Że coś z moich nauk troskliwych, z lekkiego uchylania rąbka tajemnicy bez wyjawianie jej całkowicie zostało. Bo starałem się to tylko robić, gdyś przyjechał z wielkim pytaniem, jak teraz twoje życie będzie wyglądać. A jedną radę tylko dać ci mogłem: ceń siebie. To warto. Dbaj o to dziecko, którym kiedyś byłeś.  I dbaj już teraz o tego mężczyznę, którym będziesz. O co jeszcze? Bo ja wiem? Dbaj też o przetrwanie. Bo jednak przetrwać warto. I biec w międzyczasie, pędzić na złamanie karku. Kochać się, zachłystywać szczęściem. I potem płakać, przeklinać, żałować też warto. Dzięki temu potem można kochać ponownie.

Więc nie będę się z tobą żegnał na tej płycie londyńskiego lotniska. Niech po prostu te dni będą nam jeszcze dane. Niech będą, póki się przed majem same nie zamkną, nie wyjadą gdzieś. Niech będą po raz ostatni i niech ja sam w nie uwierzę. Bo to, że byłem dobrym nauczycielem wcale nie oznacza, że sam lekcję umiałem, rozumiałem do końca. Więc żegnać się nie będę, choć spotkanie ostatnie. Tacy już nigdy razem nie będziemy. Ani nad Wisłą, ani nad Tamizą, ani nad Fraser River.

***

Cóż więcej mogę jeszcze powiedzieć?  Co ze szpargałów stron i notesów przypomnieć? Kim byłem, kim jestem?

Kochankiem? Mądrym wężem? Obojętnym obserwatorem? Dobrze sobie przypomnieć to wszystko, by pamiętać, kim się jest. Tyle tych person przez lata się na siebie nakładało. Wielką cezurą było przejście Wielkiej Straty w 2022. To chyba jedyne, które autentycznie mnie zmieniło w inną personę. Jestem tamten w tej personie, znam wszystkie czucia i uczucia tamtego mnie, ale całość jest już nie ta sama. Tamten i ten obecny ciągle się dopasowują. I wdzięczny jestem tym szpargałom zapisanym literkami składanymi kiedyś, bo pomagają tego złamanego na dwie części człowieka złożyć w jedną, nowa całość.

I widać tego czasu, tego momentu się spodziewałem?  Z innych zupełnie przyczyn, ale już odnajdującego człowieka, który będąc częścią zbiorowości – stoi nieco z boku, poza kręgiem. Oczywiście te króciutkie opowiadanko jest fikcją literacką.  Ale fikcja nie jest kłamstwem. Jest wizją, przeczuciem, przesłaniem może? Może stoję na opustoszałym peronie w Aleksandrowie Kujawskim, skąd kiedyś, osobną pojedynczą linią kolejową jeździły ongiś małe pociągi do Ciechocinka oddalonego ledwie kilkanaście kilometrów od Aleksandrowa?

***

(zapis z lutego, 2014 w Polsce)

            Stał na krótkim peronie stacji kolejowej. Kiedyś były tu świeżo malowane drewniane ławki; przy przejściu przez tory z peronu do budynku dworcowego duży klomb w cementowej podsadzie z czerwonymi pelargoniami. Dziś po klombie została tylko kupka rozsypanego gruzu, a połamane ławki miały charakterystyczny dla kolejowych cmentarzysk kolor rdzy. Pod dachem dworca ciągle widoczny był lekko skrzywiony napis „Miasto”, ale okna i drzwi budynku od lat nie były otwierane.

Mężczyzna chodził po peronie spokojnym, równomiernym krokiem. Ilekroć dochodził do końca peronu zatrzymywał się i spoglądał na zegarek, a po chwili zwracał wzrok w dal, ku zanikającej za zakrętem ciemnej linii toru kolejowego.

Robił to systematycznie, może nawet z pewną dozą rytualnej celebracji. Jednak bez zbędnej teatralności. Mimo wszystko, mimo pewnego dziwactwa, z którym sam się pogodził – nie lubił i nie uznawał nadmiernego ekscentryzmu i celowo wywoływanego zwracania na siebie uwagi innych.  Był, kim był i mało go zaiste interesowało, co inni o tym myślą. Nie zależało mu na ich opinii czy aprobacie. W równej jednak mierze nie miał ochoty konfrontowania ich bezmyślnych zwyczajów, powtarzania obiegowych frazesów i kwadratowej moralności. Od długiego czasu nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Nie zastanawiał się nawet nad tym więcej. W przypływie wyjątkowej aktywności wzruszał zwyczajnie ramionami. Nie stali się dla niego obcy, wrodzy. Stali się po prostu przybyszami z innej planety. Mówili ciągle tym samym językiem, ale symbolika i znaczenia słów ulegały powolnym zmianom, aż do momentu całkowitej przemiany.

Ich leksykon używał ‘jest’, jego zatrzymywał się na ‘możliwe’.  Pociągi przejeżdżały jeszcze przez stację zwalniając nieco biegu, nie zatrzymywały się jednak więcej. Czasem ktoś pomachał z otwartego okna chusteczką, uchylał wówczas kapelusza w geście ukłonu i pozdrowienia. Lubił nimi jeździć, wsiadać do tych przedziałów, kiedy się jeszcze na tej stacji zatrzymywały.  Słuchał opowieści towarzyszy podróży o miastach, z których jechali i miastach, do których zmierzali. Wracając do domu wyciągał z półek książki i atlasy o tych miastach. Uczył się ich ulic, parków, kawiarni, kościołów i galerii sztuk.

Gdy zasypiał spotykał się na romantycznej randce w jednym z tych parków z piękną kobietą, która nawiązywała z nim uroczy flirt. Potem szedł na ławkę pod znaną galerią obrazów, gdzie czekał na niego serdeczny przyjaciel. Ten brał go pod ramię i szli nadrzecznym bulwarem dyskutując o Spinozie i Kartezjuszu.  Jakież to były wspaniałe rozmowy!

Następnego dnia wstawał wypoczęty, uśmiechnięty, zakładał świeży krawat, szedł do jedynej kawiarenki w rynku tego miasteczka, wypijał kawę, zostawiał pieniążki na blacie i wychodził kłaniając się kelnerce. Ta zwyczajowo pytała: już pan wychodzi?  Tak – odpowiadał – śpieszę się na pociąg.

Drogi Rene de Carte, Kartezjuszku kochany – tym razem to już koniec zapisków, opowieści. I naszego spotkania, naszej pogawędki.  Ot, szklaneczka też pusta się stała. Czym coś ci wyjaśnił, pojęcia nie mam? Ty myślisz, więc jesteś. Ja myślę, więc piszę.