Ach, te czerwone wiśnie ust …

Niefrasobliwe słówka o młodości, wiośnie i wspomnieniach. I snach, które ciągle się śnią. Bo poeta to (wbrew pozorom) też człowiek.

Czereśnie

A dziś Pont Neuf
skąpany we mgle.
Czy to Sekwany
brzeg czy Wisły,
czy ktoś to wie?


Zanika w nim
fin de siè·cle
kapelusza z
szerokim rondem,
panem z monoklem.

Na bulwarach
w jakimś mieście
na ławce siądzie
młodzieniec, powie:
adieu czereśnie.

Letnie czereśnie,
czerwone usta,
na nic: za wcześnie!
Szklanka nie pusta!


@B. Pacak-Gamalski, 06.2024@B. Pacak-Gamalski, 06.2024

@B. Pacak-Gamalski, 06.2024

Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Ostatnie dni jeździłem rowerami po leśnych trasach atlantyckiej części Canada Trail. Te dni były dość zimne, wietrzne. Zawiodły mnie do miejsc trudnych emocjonalnie, choć nie planowałem tego świadomie. Miejsc naszej, mojej i Johna, ostatniej wycieczki nad ocean. Jego pożegnania z oceanem. Do Rainbow Haven Beach.

Tu zaczynałem pierwszą trasę rowerową kilka dni temu w kierunku Cow Bay. Tu – następnego dnia – kończyłem drugą. On już wiedział, że to nasza ostatnia wycieczka za miasto. Zrobił ja dla mnie, dał mi jeszcze jeden dzień radości, jeszcze jedną wycieczkę uśmiechów i szczęścia. Ja jeszcze nie wiedziałem, to nie była ostatnia dla mnie, jeszcze tej myśli nie dopuszczałem, że to już tak mało nam tego czasu zostało. Jeszcze liczyłem na miesiące, łudziłem się kilkoma nawet latami. A mieliśmy mniej niż dwa tygodnie. Fizycznie był bardzo osłabiony, cień samego siebie. Teraz widzę go tamtego dnia jako giganta, obelisk marmurowy, wysmukły, nieskazitelny.

Pamiętałem też nasz spacer w Hyde Park w Nowym Jorku. Tego dnia było też słonecznie. Stał na schodach schodzących do tego wspaniałego, błyszczącego w idealnej czerni uskrzydlonego Anioła.

Wcześniej jeszcze, wiele lat temu, napisałem wiersz p.t. ‘Uriel’ o Aniele Śmierci. Ten nowojorski do tego mojego Uriela ze starego wiersza bardzo pasował. Był jakby jego fotografią.


Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Bliski, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek, ze wszystkich,  których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pośpiesznym serce i myśli

 skołatane, gdzieś ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartej. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj  członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią kroplę pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgłą gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w  bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach  silnych ramion.

W poezji tak łatwo w krótkich zwrotkach zmieścić całe długie psychologiczne opowiadania, skomplikowane eseje. Pewnie dlatego, że mimo wszystko poezja jest przede wszystkim emocją, a emocja jest chyba najbardziej zrozumiałym językiem. A notes z ołówkiem nigdy z mojej torby lub plecaka nie wychodzi. I siadając przy ławce na końcu tej drugiej trasy rowerowej miałem właśnie widok na drugi brzeg tego słonego zalewiska-jeziora, widziałem go na tamtym brzegu wyraźnie. W tym samym miejscu. Stał, jak dumny, wyprostowany obelisk i swoimi pięknymi, pełnymi dobroci szarymi oczami patrzył się na mnie. Nie kruchy, słaby, schorowany a silny, młody – piękny. Nagle rozwinął skrzydła, pomachał jednym do mnie maleńkiego na drugim brzegu i odfrunął, poszybował. Tak, jak mają zwyczaj to robić aniołowie.

Obelisk

Czy widzę cię stojącego tam,

nad brzegiem rozległych rozlewisk?

Nad brzegiem, gdzie staliśmy razem,

niczym obeliski prastarej legendy z Uruk.

Mitu Przedwiecznego Sumeru Wszechczasów:

Gilgamesza i Enkidu

Romea i Juliana

Aleksandra i Hefajstosa

Ciebie i mnie

Od oceanu nadszedł zimny wiatr,

nadbiegły chmury ciężkie.

Obelisk rozwinął skrzydła

Pięknego Czarnego Anioła

z lekkością pióra Księcia Poetów

i uleciał w ten

świat chmur

pędzących nad nami.

Zostałem sam.

The ways of Love. Ścieżki Miłości.

The ways of Love are difficult to comprehend, not easy to follow. It has many meandering roads, many tracks through forest and meadows. It knows the busy streets of cities and forgotten paths through hills.

Love – it seems – lives separate from us, from our bodily abodes. When one of the lovers is gone, when the other has to say the incomprehensible words of goodbye – loves stays, remains. As long, as the other is still alive so is their love.  We are but the chalice, where love finds shelter. We benefit form her grandiose presence, but we do not own her. She just lets us to bask in her radiance. When we suffer, she cries with us and suffers even deeper than we can conceive, when we rejoice in extasy – she dances in the clouds.

It was fitting than that I had to find two separate places, when my Lover died, for their resting spot. One for his temporal remains in a traditional cemetery with the remains of his parents and siblings, where I go and do the typical shedding of tears, the cleaning around from debris, replacing dead flowers with fresh ones, lighting the candle, taking to his memory about the mundane things at home. To grieve. To be overcome with sadness and loss.  It is a sad place; it is sad naturally. How could it be different? But our love did not die. And love have to be celebrated, rejoice.  For our love I have a different place. I have built it over the past two years on a secluded, long arm of white sand and carpets of rocks and shells. Far away from busy beaches and popular spots. There is hardly – except few locals – ever anyone on the narrow beach that leads to my special place. To get there you have to cross a narrow channel of fast moving water. Few people ever wanders there, never in groups or noisy beachgoers. There is a spot, nestled in the rams of trunk of white tree brought there by ocean’s waves where I built our Fort of Love. I brought small rocks and huge boulders gathered on the shores for her name: Love and built a small but solid wall protecting it from the storms. It survived already two seasons of these storms. No one ever did any damage to it or treated it with disrespect (it is there in the open, not concealed or hidden). But why would anyone? Deep down everyone – even the sceptics – respects love, desires love, yearns for her.  

Trakty miłości, jej ścieżki, drogi. W ruchliwych ulicach wielkich miast, w laskach nad rzeczkami, szlakach przez góry. Nigdy ich wszystkich nie poznamy, nie zrozumiemy. Ma własna tajną mapę.

Bo miłość istnieje samodzielnie, poza nami. Istnieje zawsze. Gdy czas straszny nadchodzi i jeden z kochanków musi powiedzieć to straszne słowo ‘żegnam cię’ – miłość pozostaje, nie odchodzi. Tak długo, jak jeden z kochanków będzie żyć, będzie żyć ich miłość. Jesteśmy tylko kielichem, pucharem, gdzie ona wybiera dom. Korzystamy z jej wspaniałomyślności, ale nie jesteśmy jej właścicielami, zarządcami. To ona pozwala nam grzać się w blasku jej chwały. Gdy cierpimy, cierpi głębiej niż my; gdy tańczymy w ekstazie szczęścia chwili – ona tańczy piruety w chmurach.

Wydawało się mi więc naturalnym, że powinienem znaleźć dwa miejsca, dwa domy na ich schronienia, gdy go fizycznie już nie stało. Jeden tradycyjny dla resztek jego materialnej powłoki na tradycyjnym małym cmentarzyku, przy starym zapomnianym miasteczku, obok szczątków jego rodziców, braci. Jeżdżę tam często naturalnie, sprzątam przy mogile, płaczę, czasem się śmieje, gdy mu o czymś śmiesznym opowiadam. Ale to strasznie puste i smutne miejsce. Miejsce żałoby, miejsce Straty i żalu. Potrzebowałem więc znaleźć inne, żywe miejsce dla naszej miłości.

Jest taki zakątek z dala od popularnych szlaków. W zasadzie miejsce tylko dla lokalnych mieszkańców, farmerów i rybaków. Turystów raczej tu nie ujrzysz. Na końcu długiej, krętej drogi maleńki parking dla może dziesięciu samochodów. Plaża bardzo wąska, niezbyt długa i głównie kamienista, kończąca się kilkoma sterczącymi skalnymi olbrzymami. Ale dalej, odgrodzona wartkim kanałem łączącym ocean ze słonym, wielkim i głębokim jeziorem – jest długa piaszczysta łacha za szerokim rzędem różnej wielkości kamieni przynoszonych tu przez fale. Za tą łachą wielokilometrowa wąska mierzeja oddzielająca właśnie te wielkie jezioro i otwarty ocean. By tam dojść trzeba przez ten wartki kanał przejść lub przepłynąć (w zależności od czasu przypływu). Mało kto tam zachodzi, czasem jeden samotny wędrownik, kiedyś parę jakąś widziałem. Na tej łasze zbudowałem dom naszej miłości, by się nie błąkała po ostępach. Tam jeżdżę z nią rozmawiać, prowadzić radosne rozmowy z tobą też. Bo jakże moglibyśmy być smutni czy rozżaleni na nią, że nam dała szczęście?  Miłość musi być celebrowania i tam ją celebruję. Zbudowałem z taszczonych kamlotów dużych i mniejszych Fort dla niej, dla naszej Miłości. Nich jej śpiewa ocean, wiatr i gwiazdy nocą. Już dwa lata, dwa sezony sztormów nocnych i zimowych – a fort przetrwał. Fale go nie zabrały, nikt nie zniszczył. Komóż zresztą taki Fort Miłości mógłby przeszkadzać? Przecież to też może być Fort ich miłości.

Byłem tam wczoraj, wzmocniłem kamienną palisadę, wyśpiewałem ci moją miłość do Ciebie. Może ostatnia to już moja tam w życiu wizyta, kto wie, gdzie mnie losy rzucą lub porzucą. Ale jak długo będę jeszcze tu czy gdziekolwiek się błąkał – nasza Miłość będzie mieć swój dom. Nie może być przecież bezdomna.

Alice Munro i F. Scott Fitzgerald nad Atlantykiem

No więc literatura. Bardziej szczegółowo – porównywanie jej, komparatystyka (prawda, że brzmi poważnie, akademicko, LOL?).

A jak praca akademicka to trudno ją robić w domu, bo w domu tysiące zajęć, które co chwila cię od niej odrywają: a to kawę zrobić, a to obraz zdjąć ze ściany, małe pranie, większe gotowanie, odkurzaczem jakiś dywan przelecieć lub wymyć podłogi, albo dłubać w nosie oglądając telewizję. No nie sposób i koniec. 

Więc trzeba znaleźć inne miejsce.Więc w samochód i naturalnie pojechać na plażę nad ocean. Tam szum fal kojący, wyciszający, pusto prawie bo plaża odległa, a o tej porze roku w Nowej Szkocji jeszcze woda lodowata i nikt (zdrowy na zmysłach) się nie kąpie.

Więc biorę plecak z napojem, ręcznikiem, kurteczką, bo zimny wiatr od morza może być (może i morze to takie dziwne dwa kompletnie co innego znaczące, a identycznie brzmiące słowa w języku polskim – to moja pierwsza komparatystyczna uwaga! dodatkowo jedno jest mianownikiem, a drugie biernikiem-niepewnikiem: może nie znaczy, że musi!) i aparat fotograficzny. Na opasłe tomiska z esejami Alice Munro i F. Scotta Fitzgeralda (bo ich opowiadania mam porównywać) i jeszcze mojego kajeciku do pisania mądrych uwag – już w plecaku miejsca nie ma, więc pakuje je do innej torby. No i wio koniku (mechaniczny).

Po przejściu wydmy rozkładam swój ‘bazarek’. Muzyka oceanu bajeczna istotnie, wyciszająca domowe i osobiste niepokoje i neurastenie. I pusto prawie kompletnie na całej kilkukilometrowej długości. Rozkładam składane krzesło, zakładam kurtkę, bo wiatr jednak ciągnie. I spostrzegam, że nie przyniosłem torby z tomikami. Wracam przez piaski wydmy do samochodu i … torby nie zabrałem z domu! Cała przyczyna przyjazdu tu, w tą ciszę do jasnej Anielci!

Więc decyduję, że by nie zmarnować dnia idę jednak popływać. Pierwszy raz w tym roku, bo Atlantyk ciągle lodowaty tu, niczym jak w lutym lub marcu. Ale idę. Pierwsze spotkanie z wodą jak szpilki po nogach. Ale i radość. Powoli, dalej, krok po kroku. Wiem doskonale, że w pewnym momencie i tak nie zdążę uciec, bo następna fala mnie zaleje. Naturalnie tak się właśnie dzieje i nie ma znaczenia czy zimna czy nie – zalewa i tak, a o ucieczce nie ma mowy. Więc pływam. Jedyny na tej plaży. I ciesze się tym, jak dziecko.

Więc czytajcie literaturę dziatki drogie! Pojęcia nie macie, jakie niespodzianki i przyjemności wam sprawić może – choćby kąpiel w Atlantyku! Jeszcze jedna a niespodziewana przyjemność, jaką mi Alice Munro zgotowała! Jestem pewny, że by się tym uradowała. A ktoś inny i tak mądre słowa na temat morfologii i fleksji jej języka napisze.    

Eliot w Halifaksie

Rano poszedłem na Moje Kamienie by znowu czytać Eliota. Książek wiekszość spakowana w pudłach już, one i ja nie wiemy gdzie i kiedy wylądujemy. Kto wie – może czas na śmietnik histori? Ale ciagle potrzebuję wiersz jakiś przeczytać, by być pewnym, że jeszcze nie, że jeszcze jestem. Wiersze dają mi życie i nigdy chyba poezja aż tak ważna dla mnie nie była, jak jest teraz. Więc kilka różnych tomików znanych i mniej znanych poetów na ogołoconych półkach leży. Cholerny Eliot też. Najbardziej chyba widoczny, bo w takiej silnej niebiekiej oprawie. Chce od innych się odróżniać. Zarozumialec. Ale ma powody, przyznaję niechętnie. A potem zechciało się z nim porozmawiać, powierszować jakby. Czy to wszystko ma jeszcze sens? Pojechałem na spacer do Halifaksu w ciszę rozległych uliczek studenckiego miasteczka Dalhousie. Ciszę, bo niedziela, w dodatku słoneczna i cała dziatwa studencka uciekła gdzieś w ulice centrum miasta. Przed wielkim gmachem Wydziału Prawa mam takie ulubione duże drewniane fotele, gdzie czasem przychodzę patrzeć, myśleć, czytać, pisać. Wyciagnąłem kajet i podjałem z nim tą rozmowę. Trochę polemiczną. Bo czy to wszystko ma rzeczywiście sens? I te pisanie, i te czytanie, cały ten rozgardiasz zwany życiem.

Pustynny Eliot

Sięgnąłem ręką znowu po

                                wiersze Eliota.

I nie zadrżała moja ręka,

nie zatrzymała się w półsłowie.

Tu pustka, cisza nędzna szlocha

                                i zamyślona gdzieś tęsknota.

Gdzie indziej bóg się chowa

zlękniony swoich gestów,

                                swego Słowa.

Jutrznia po nocy wstaje,

jak łąka kwietna, strojna i gotowa.

                                Łzy kamienieją

jak piasek morski, który

wypełnił nasze krtanie

i Pieśń umiera niedokończona,

                zostaje cienia pamiętanie

                niedoskonałe, potargane.

                Czy Twoim jest Królestwo Słowa?

Czy pył szary rozwiał wiatr

pustyni beduińskiej?

I gnał litery, znaki

skamieniałe jak płatki

                                Róży Pustyni

w Królestwie Słowa Milczącego,

gdzie płaczą tylko martwe ptaki.

/B. Pacak-Gamalski, 2024/

Bad days. They come uninvited.

Bad days. They come uninvited.

It was a bad day. I know – just the other one, when I saw the flowers in the alleyways of our park in Dartmouth – I was singing the praises, thanking you for coaching me in ways of new life. A better life, a happier one. Go and allow yourself to enjoy it  – you said. You said, that you will be at peace knowing that I do. And I tried. And I failed. I failed you as you failed me. Yes, you did. Those last days you did. When we still had a chance to end it together. No, there was no physical chance, no miracle hiding somewhere holding the ray of hope that the outcome will be different or pushed way back into the future. There was no chance. No ray of hope on any horizon. But it meant there was no chance for me. Ever. We should not have gone to the sunny and sheltered lake beach, with shallow warm waters and no angry waves attacking the shoreline.

No. We should have gone to the angry sea, cold waters, powerful waves, strong currents, and whirlpools. I would have helped you carrying you on my back and we would have taken the last glorious swim together.  Our swim, ‘us’ being one. There is no ‘me’ anymore, where the is no ‘you’. There cannot be ever. Anywhere. I am left to wonder in constant pain, anger, in constant thirst surrendered by oceans of salt. The sea is calling me a thief, a beggar of scraps, a coward. I have no Eurydice waiting for me somewhere in non-existent Hell. I am the Hell. I am the unanswered cry of pain. I am the gatekeeper and I am the key to Hell. Orpheus can’t pay Charon a few obols to ferry him across the River of Hades. I have fired Charon and sunk the boat. No in or out. 

I went to the other beach, the ocean beach, the one we visited last time ever in 2022, and one we visited together for the very first time in 2019. Where we swam together, we laughed together.  Where we were kissing.

It was an overcast day today. The sea was grey like steel. It was cold like steel. And I didn’t go for that swim. But let me, please! Give me that nod, tell me you agree, and won’t pull me back. I’m losing my battle. 

Just don’t cry. Don’t be sad. Let me have a bad day. Let me wallow in pain and shame that I am and You are not. I was sorry for so long.  Let me hear from you this once that you are too – sorry. And I will give you your peace again. Just don’t expect the impossible from me. Don’t expect me to have joy in life. To have pleasures of days and nights. One thing I can promise you in return – those years, these decades we had, made me impossibly happy. I was. And I remember it. All I ask in return is that sometime, on some days (as today)  you will share my sorrow, my pain. And then you can have your peace again. But share in it the way we have shared everything else in our life.  It is too heavy to carry it all the time alone.

Spring Flower – Kwiat Wiosny

Spring Flower – Kwiat Wiosny

(English)

It’s Spring. It’s warm. In the parkways, I talk with you. It is a nice talk. It is a warm talk. You gave me again words of hope, of support. No one can do it as effectively and tenderly as you do. Your innate warmth and goodness are infectious and effective in an instant at the same time. You are a strange traveling monk, who effortlessly and without any heroism simply offers himself to a tired traveler. In a simple, natural way. It appears to be so ordinary, that it is even difficult to notice – as a breath of air.

But I’m still overwhelmed by the lack of your physical presence, which gave some peace to my vortex of thoughts. It arranged them in neat order, peaceful, void of instant hunger and need of life.

I can’t comprehend the mistake of fate, which took you away. You occupied such a tiny space in this world. You were almost like an invisible speck of pollen, a tiny flower on a vast meadow, a small wheel in this huge machine called World.

When I struggled with the huge wheels of History – you simply ensured that the coffee was good, and the dinner was served pleasantly. Because of this tender care that huge world could function and Wheels of Time could turn.

Without this small pinion, the Big Wheel stopped, and my important and huge world – collapsed. And I am lost.

But in the coldest moments, I am wrapping myself in the shawl of memories and it is bearable, warmer. I can function because of it.

I notice the tiny flowers under my feet and the fresh leaves on tree branches. I hear the birds singing their love songs and the buzz of bees in flowering bushes. And Your whisper to my ear: go, enjoy it. I want you to enjoy it. You must for us and for me. I can’t have peace without knowing it.

With a tear leaving a wet mark on my cheek – I go and I will. You deserve peace and no one but I have to give it to You, my Flower of Spring.

Wiosna. W alejkach parku jest ciepło i rozmawiam z Tobą. To miła pogawędka. Dawałeś mi zawsze otuchę. Nikt inny tego robić tak, jak Ty nie potrafił. Przyszły złe chwile i trudne momenty, które mi znowu pętały życie, gotowy byłem już się poddać zniechęcony tym nieustannym pojedynkiem z losem.  Ale poszedłem to tego właśnie parku, gdzie tylekroć chodziliśmy na spacery razem. Nawet w te dni przedostatnie.

I Twoje naturalne ciepło i dobroć wróciły do mnie. Jesteś jakimś dziwnym wędrującym mnichem, który bez hałasu i heroizmu po prostu rozdaje się, ofiarowuje się. Tak zwyczajnie, jak rzecz najbardziej naturalną z naturalnych. Trudno to nawet zauważyć, bo wydaje się takie zwykłe, codzienne jak oddech powietrza.

Ale brak mi okrutnie twojej fizycznej obecności. Przynosiła jakiś spokój mym pędzącym kłębom myśli. Wprowadzała ład w tym zgiełku i hałasie wokół i wewnątrz. I ciągle nie mogę zrozumieć tej okrutnej pomyłki Losu, który Cię zabrał ode mnie. Zabierałeś tak mało miejsca w świecie, byłeś prawie niezauważalnym pyłkiem, jakimś drobiazgiem na drodze, maleńkim trybikiem w olbrzymiej Machinie Dziejów.

Gdy ja zmagałem się z tymi wielkimi kołami Historii, ty po prostu dbałeś aby kawa była smaczna, a obiad ładnie podany. To dzięki tym drobiazgom ten wielki świat funkcjonował. Teraz, bez tego najmniejszego z najmniejszych trybików – Maszyna zatrzymała się. Zatrzymał się mój świat, ten Wielki i Ważny. Koło Historii stanęło w miejscu. I jestem zagubiony.

Ale w momentach najzimniejszych otulam się Toba, jak szalikiem naszych wspomnień i jest cieplej. Mogę funkcjonować. Zauważam drobne kwiatki pod nogami, świeżą delikatna zieleń na gałęziach drzew. Słyszę brzęczenie pszczół w kwitnących krzewach. I Twój szept do mojego ucha:  idź, ciesz się tym. Chcę żebyś się cieszył. Musisz – dla nas i dla mnie. Bez tego nie mogę mieć spokoju.

I ze spływającą po policzku łzą – idę. Będę. Nikt inny prócz mnie nie może dać Ci tego spokoju, a na spokój zasłużyłeś, jak rzadko kto. Ty – mój Kwiat Wiosny.

Mosty, Martynika, Ocean i ona – Miłość (i jeszcze Poeta, niestety)

Mosty, Martynika, Ocean i ona – Miłość (i jeszcze Poeta, niestety)

Moje plaże. Moje plaże to zawsze byłeś Ty. Albo jeździłem tam z Tobą, albo po tym Czasie Okrutnym jeździłem tam szukać ukojenia. Była ta jedna specjalna, nazwana Fortem Naszej Miłości, który zbudowałem z kamieni dla Ciebie, gdy Cię zabrakło. Pisałem kilka dni temu o tym ostatnim tam wyjeździe, ostatnich odwiedzinach po okresie zimy. Pojechałem, Fort odbudowałem i pożegnałem się. Niech fale go odwiedzają, niech głębiny o nim śpiewają.  Mój zamknąłem w sercu. Będzie tam gdziekolwiek się znajdę.

Na tej plaży nigdy ze mną nie byłeś. Jest dość ukryta i z dala od szlaków turystycznych.  Sam odkryłem ja dopiero po tym Czasie Okrutnym. Była dla mnie idealna. Prawie nikt inny nigdy tam spokoju mi nie zakłócał i nie przerywał moich rozmów w z Tobą. Stamtąd, z tej piaszczystej łachy półwyspu-pół mierzei widziałem w oddali, po drugiej stronie szerokiej zatoki cypel kolejnej pięknej plaży – Martinique Beach. Może gdybym był dwadzieścia lat młodszy mógłbym tam przepłynąć z naszego Fortu. Może. Piechotą dojść nie można – wybrzeża morskie to nigdy nie jest prosta linia. Z dziesięciu kilometrów robi się nagle trzydzieści, pięćdziesiąt nawet. Szczególnie tu, we wschodniej Nowej Szkocji, gdzie olbrzymie, głęboko się w ląd wrzynające zatoki,  wielkie jeziora i słone rozlewiska-moczary zmuszają by szosa wiła się, jak wąż w wysokiej trawie.

Martinique Beach jest jedną z najpiękniejszych i najdłuższych plaż w tej prowincji. Prowadzi do niej 12 kilometrowa wąska szosa z miasteczka Musquodoboit Harbour do East Petpeswick. Lubiłeś tu ze mną przyjeżdżać. Na tej  plaży ciągnącej się kilometrami mogliśmy znaleźć ciche miejsce. Ty czytałeś książkę, ja pływałem.  Czasem trochę i Ty popływałeś. Umiałeś – i nie namawiany, nie zmuszany sam czasem to robiłeś.  Tacy byliśmy inni nawet w tym, LOL. Ty lubiłeś basen, ja basenów nie znoszę a kocham dzikie plaże. Tymi ‘innościami’ się uzupełnialiśmy, wzbogacaliśmy.

Obiecałem żegnając się z tym Fortem i z tą dziką plażą, że nie ze smutkiem już a z radością zabiorę Cię w końcu do Paryża. Będę Cię na Montmartre i na bulwarach nad Sekwaną całować. Gdzieś między Pont Neuf  i Pont Mirabeau, o którym pisał Apollinaire:

Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana
I nie jedna miłość
Czy nie dość wspominana
Po bólu zawsze radość niespodziana

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Z twarzą do twarzy połączmy ramiona
Nieruchomi kiedy
Pod mostem ramion kona
Fala odwiecznych spojrzeń umęczona

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Miłość jak woda bieżąca odpływa
I odpływa życie
Woda jakże leniwa
Nadzieja nasza jakże natarczywa

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Niech dni się toczą jak rzeka wezbrana
Ni czas nie zawraca
Ni miłość pożegnana
Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję[i]

Więc o tych mostach paryskich, tym Pont Neuf i Mirabeau, o tych pocałunkach wyśpiewanych przez Yves Montanda dla pięknej Romy Schneider myślałem na tej plaży w kanadyjskim, nie karaibskim, Martinique.

Falo

Jakie mosty łączą naszą przestrzeń?

Przestrzeń między nami.

Między tymi dwoma światami

Bytu i Niebytu.

Czy scala je jakiś królewski pierścień?

Pierścień z kruszcu drogiego, niczym diadem

Królewicza i Księcia

po nocy poślubnej, przed Wieczerzą

Ostatnią, pożegnalną.

Czy pęka pierścień skruszony młotem?

Powiedz mi falo, powiedz wodo,

która dałaś schronienie

z szaleństwa rozpaczy niepojętej,

z ognia pragnienia,

która wniosłaś mnie z powrotem na brzeg.

Mam ci dziękować, czy mam przeklinać?

Uratowałaś mnie,

czy skazałaś na lata tułaczki

po pustej plaży mew

i muszli szumiących largo trenów?

Żegnam cię falo

lub przeklinam cię.

(Bogumił Pacak-Gamalski)

I masz ci los. Poeta winien w końcu wiedzieć. Jest wieszczem, jest wyrocznią! Augurem wśród mędrców i dziejopisów. A tu nic. Siedzi na rozdrożu na kamieniu i błaga przechodzących o wskazanie kierunku.  A idźże w końcu do tego Paryża, gdziekolwiek on jest.  Idź i całuj się z nim. Może wtedy zrozumiesz.


[i] „Apollinaire”, wyd. PIW, Warszawa, 1968, s.33 (przek. A. Ważyk)

List do Przyjaciela

List do Przyjaciela

List do Ciebie

Za grzbietem gór i szczytów niedostępnych z chmur jest taka przełęcz daleko stąd. Z niej, jak w kinie jakiś piękny film, otwiera okno się na morza łąk. Pojechać jeszcze miałem tam nim zapadnie mrok, odpłynie mój czas, zaśnie mój las.

Miałem przyjechać  i pokazać ci, jak piękny jednak jest ten świat. W nim, na kępach traw rosną sny, pachnie słodkim odurzeniem kwiat paproci, młodości gwiazd i chmur. Tam, tuż za grzbietem tych sinych gór – słodkim dniem, drżącym snem.

Ale ten czas, ten mój czas, kurczył się jak cień. Aż znikł prawie. Przyszedł zmierzch, nastała noc. Potykałem się o grań śliską nocy wilgocią. Odeszła gdzieś moja moc i młodość, która miała trwać oceanem sił, milionem chwil.

Jeszcze się w ognisku żagiew tlił, jeszcze ciepło od popiołów biło.  Ale tliło – nie gorzało już. Ognisko dogasało. I ramię drżało z lęku, gdy ci go użyczałem byś niepewnym krokiem nie potknął się o żerdź przerzuconą nad wartką roztoką.

Przełęcz ‘Krzyżnem’ zwana przez zbiegające się tam szlaki niebiańskie i turystyczne niech cię woła, niech wabi, niech czaruje śpiewem Tatr. Opowieściami muzycznymi Szymanowskiego, Karłowicza, niech mówi prawdy i kłamstwa o Witkacym, nuci Asnykiem. Niech szepcze do ucha o pocałunkach chłopców zakochanych w swoich odbiciach w źródlanej wodzie, o dziewczynach z warkoczami grubymi jak ramię, czarnymi jak noc w tatrzańskiej puszczy. Musisz tam pójść byś mógł to miejsce przez całe życie pamiętać.

Nie zgubisz się, nie lękaj się – będę z tobą nawet gdy mnie nie będzie.  A jest mnie coraz mniej, zasypia mój las i moje trasy mrok pokrywa coraz to gęstszą mgłą. Ale przyjdę. Może nie poznasz, nie zauważysz w tej mgle – ale będę. Gdy się potkniesz – podniosę. Gdy pośliźniesz się na grani – za rękaw podtrzymam.  Wiesz, że będę, gdy mnie nie będzie.  Będę drżał z lęku byś ty go nie odczuwał, bo mnie lęk nie straszy. Stracił swoją moc. Więc nie czekaj aż przyjadę i razem tam pójdziemy.  Może na pociąg, na samolot nie zdążę.  A wówczas będę czekał tam. Na jakimiś kamieniu sobie siądę, pod jakimś świerkiem, nad strumieniem jakimś. I będę gwizdał do ptaków, do gór i świstaków. Aż przyjdziesz. Bo przecież kiedyś będziesz chciał.

Z Krzyżnego wzrok zatoczysz, Morskie Oko puści ci oko, o Wołoszyn oprzesz się plecami i w dolinę zwrócisz wzrok. Tam, w oddali, otworzy ci ramiona Twoja młodość – z gwiazd i chmur. Chwyć ją pewnie, w plecak włóż. I to wszystko, i to już. Możesz wracać już spokojnie ku dolinom, ku ulicom miast dudniących, rozbieganych, zagonionych. Lecz Krzyżnego nie zapomnisz i młodości nie zagubisz. Może nawet kiedyś moją wspomnisz.

Ot, i noc w me okno puka, wiec już kończę, nie przedłużam (okno nocy, gdy w nie puka, nie otworzyć nie wypada) – ściskam cię serdecznie więc,

Twój przyjaciel, ja.


Karkonoska akwarela z przełomu lat 40. i 50. ubiegłego wieku autorstwa ojca autora, Milo Pacaka seniora