Went yesterday to that lake. Our lake. Went there third time. Went there, on my pilgrimage of saying goodbye, saying that to many places we went together to. Roads, towns, parks, streets and beaches. Our journey through this province. Our last stop of our big lifelong journey.
There will be no more stops for us, no more places we will visit together, no more view we would enjoy together.
I know that you are part of me, wherever I go that part will go too. But it is not the same, you know it and I know it. Where I will end up there will be very few spots that we briefly visited during a cold and wet November 1990. Poland. Time was very turbulent in 1990 in Poland. I had such little time for us, the country was ravaged beyond description by the past 45 years of Soviet domination.
Our life journey was Canada, she was our country. She brought us together. And she did bring us to that lake in 2022. Our last longer ride outside of the city. I know you did it only for me, you knew better than I did, that time was already very short. In a way it was borrowed time. But you agreed to give me that last longer car ride, a ride to a small beach, lake, forest. Went there again in September 2023. It was really, really hard. At that time that lake was almost totally empty. Just me and memories of you there. On that bench were you were waiting for me in 2022 – I still saw your shadow, I thought I saw that tiny smile and that twinkle in your eye. And the goodness that emanated from you. The one that made you so special to so many people.
Today it was full of beachgoers, loud with laughter and yelling, with people setting their barbecues for hotdogs and burgers, there were boats and kayaks. Went a few times for a swim. The water was very warm and soft, as lake waters are. But could not see you anywhere in this noise, could not her you voice.
I did say goodbye to that place. Not to you, to the place that for a short while was ours. Probably will never see it again except in my sleep, my dreams. Goodbye, lake.
Pan poeta, pan poeta … we wsi podkrakowskiej westchnęła kiedyś jakaś wioskowa białogłowa. A tu trzeba było nic tylko wyrżnąć w gębę zalanego wierszokletę i go do gleby sprowadzić z obłoków.
Ludzie są mądrzy i myślą, że wszystkie rozumy zjedli. A swojego własnego przetrawić nie potrafią. Więc Miś Puchatek zgodził się z przestrogą statecznej dziewanny skierowaną do nieroztropnych rumianków i floksów. Bo cóż by to było, gdyby tak każdy z każdym, jak i kiedy tylko mają ochotę? Sodoma-Gomorra panie kochanku, ot i co. A miś wie, co mówi.
Wieczór letni
Floksy i dzikie róże,
Rumianki, jak panienki,
Dziewanny, jak matrony,
Obsiadły małe wzgórze.
Na tej górce pod lasem,
W leniwe popołudnie
Plotły ploteczki wiejskie –
Tak bywało tu czasem.
Przechadzał się kawaler
Słomkę żujący w ustach.
Floksy oblał rumieniec,
Dziewanny podniosły szpaler,
Syknęły do rumianków:
Panienkom z dobrej gleby
Nie uchodzi rumienić
Lic łudząc tak kochanków!
Jaki morał z tego, pytasz?
Stateczna dziewanna wie, że
Dla rumianków trzmiel, nie chłopiec,
Jest tą bajką, którą czytasz.
I tyle na dziś –
mruknął śpiący miś.
A dlaczego mi się to wzięło i napisało? Gdybym ja to wiedział, to byłbym, jak ten Żyd z musicalu ‘Skrzypek na dachu’, który śpiewa:
Taki koncert – ojojoj! – jak ze snu, Tu indyk, tam znów gęś, coś z kaczek i coś z kur I już każdy w krąg połapie się, Że właśnie ja, milioner, mieszkam tu.
Może z tego, że najdłuższy dzień w roku i upał jak cholera nieznośny. A o 10 w nocy nad wodą, na moich Kamieniach nic nie lepiej, tylko Łysy wylazł na niebo olbrzymi i śmieje się ze mnie. To się wzięło i napisało. I Miś był zadowolony, bo już dawno chciało mu się iść spać, a nie słuchać piosenek wiecznie narzekającego Żyda. A jak wyglądał Łysy? Ano tak:
Dualizmjęzyka miłości w pękniętym na dwoje naczyniu
Bogumił Pacak-Gamalski
Kastor i Polluks (rzeźba Josepha Nollekens w Victoria and Albert Museum)
Każdy dzień przynosi inne emocje. Mijają miesiące po kolejnych miesiącach, odkąd nie ma cię i ciągle nie potrafię w tym innym świecie się odnaleźć. Te emocje rzucają mną, jak pingpongową piłeczką od ściany do ściany szklanego, niewidocznego pokoju, w którym jestem zamknięty. Poniekąd stałem się dzbanem na te emocje. Kiedy wydaje mi się, że jestem już pełny, otwiera się w nim drugie dno. Może jestem dzbanem bez dna?
Dziś znalazłem zdjęcie naszego ostatniego mieszkania, w którym mieszkaliśmy w Surrey, ten niski murek, za nim mój dziki ogród, z niego wejście do długiego salonu z kominkiem, potem pobiegłem po schodach do naszej sypialni, z sypialni do mojej biblioteki – ale nic, pusto. Nie było cię tam. Potem było zdjęcie z naszego pierwszego domku w Guildford, trzypiętrowego townhouse. Biegałem po schodach w dół i górę kilka razy, ale też pusto.
Nie było cię tam, nie ma tutaj. Ale nie ma też mnie. Gdzieś się w tych kilkudziesięciu latach zgubiłem. Ja przestałem być, bo byliśmy my. Przesiąkliśmy sobą, przenikaliśmy siebie. I nagle tej drugiej części zabrakło. I nie potrafię powiedzieć tak normalnego zdania: kochałem cię. Brzmi po prostu absurdalnie i kompletnie fałszywie. Jak kto – kochałem? Przecież ja ciebie kocham. Nic takiego się nie wydarzyło, żebym mógł powiedzieć: przykro mi, ale od dziś przestałem cię kochać.
To było już tak dawno temu, że nie wiem czy potrafię siebie własnego jeszcze odszukać, czy mogą sobą być i kim ten ‘ja’ niby jestem, gdzie? Naturalnie, że pamiętam tamtego młodego mężczyznę i nawet chłopca, którym kiedyś byłem. Ale ja już nie jestem tym chłopcem, nie ma już świata, w którym tamten chłopieć był, funkcjonował. Można się nauczyć – choć na pewno trudno – funkcjonować bez jednej ręki. Jak jednak funkcjonować z połową duszy?
Chcę wrócić do świata, który opuściłem dziesięciolecia temu. Do kraju mojej młodości i dzieciństwa. Do mojej Warszawy, która była mi tak bliska. Jest jeszcze piękniejsza niż była wtedy. W zasadzie to teraz jest prawdziwie piękna, bo wtedy miała piękne miejsca, a jako całość była szara i nawet brzydka. Piękna była moją młodością, romansami, teatrami, koncertami. Mam tam ciągle całą gromadę bardzo mi bliskich i kochanych osób. Chciałbym jeszcze dać im z siebie bardzo dużo, odpłacić za lata nieobecności, w tylu ich ważnych dniach, wydarzeniach. Zwłaszcza tym najmłodszym. Opowiedzieć im o tamtej Warszawie, której nie znali, o Kresach, które takie miały dla naszej rodziny znaczenie, o starych grobach, które mają tyle opowieści, o jakiejś wierzbie w starym parku, starych aktorach, którzy zamieniali literaturę i poezję w życie. I życie, które na przekór tej szarości było poezją.
Ale, jak to zrobić z połową tylko duszy?
Język jest też złamany na dwoje. Nie, nie chodzi o wymienność, płynność, znajomość ortografii, gramatyki. To rzeczy drugorzędne, rzekłbym maszynowe, których można się nauczyć. Gdyby poeta pisał wiersz pilnując bezwzględnie, gdzie ma być biernik, gdzie celownik i mianownik, gdzie orzeczenie, a gdzie podmiot z dopełnieniem – moglibyśmy oddać poezję w ‘ręce’ AI (sztuczna inteligencja).
Gramatykę należy nie tylko przyswoić, należy ją oswoić. Tak jak konia, który jest zwierzęciem o wyjątkowo wysokiej inteligencji emocjonalnej. Naturalnym sposobem jego lokomocji jest step, trucht, kłus i galop. A przecież wszyscy widzieliśmy konie tańczące, robiące ruchy z pozoru kompletnie nienaturalne. Czy przestawały być wówczas końmi? Oczywiście, że nie! To samo jest u piszącego z gramatyką – nie może być jej niewolnikiem, musi stać się jej panem.
Gdy więc mówię, że mój język jest złamany na dwoje, to mam co innego na myśli niż formalną poprawność. Zwłaszcza w literaturze to pękniecie lub ten dualizm jest wyjątkowo zauważalny. Przyznaję, że słownikowo, zasobowo moja polszczyzna jest chyba mimo wszystko bogatsza niż angielszczyzna. Co jest chyba naturalne, bo mówić nauczyłem się w Polsce a nauka języka mówionego, jest badaj czymś tak naturalnym dla dziecka, jak nauka chodzenia, mycia się, ubierania i ze szkolnym sposobem nauczania niewiele ma wspólnego. To ta podświadoma potrzeba oswojenia świata, komunikowania się z tym światem zewnętrznym.
Gdy przyjechałem do Kanady byłem bardzo młodym człowiekiem. Ale byłem już człowiekiem dorosłym. Świat tej immanentnej chłonności dziecka był już dawno dla mnie zamknięty. Więc i te wchłanianie języka angielskiego było czymś sztucznym poniekąd, obarczonym skazami szkolnej ławy, słowników, leksykonów. Ta emocjonalna fuzja przyszła później i była pod każdym względem złączona z Johnem i naszą miłością. Miłość musi mieć swój język opisu, wyrażania uczuć i namiętności. To jest sine qua non. To może być język ‘na migi’, na cokolwiek. Ale musi być czytelny i zrozumiały dla obu kochanków.
W naszym wypadku naturalnie tym językiem był kanadyjski angielski. I odtąd stał się moim językiem. Jakkolwiek niedoskonałym – ale moim. Nie słownika, nie nauczyciela – mój własny. I wtedy, gdy się stał mogłem pisać wiersze po angielsku. Nie dlatego, że chciałem napisać wiersz ‘po angielsku’, ale dlatego, że ten wiersz rodził się po angielsku, nie po polsku. Od pierwszej frazy. Zanim napiszesz pierwszą literę w notesie lub na komputerze. Tu nie ma żadnego wyboru intelektualnego. To jest nakaz emocjonalny, wobec którego jesteś bezbronny. Mój język złamał się w ten sposób na dwoje. Tak, jak Polluks i Kastor. Niby osobno w dwóch ciałach i z dwóch ojców, a w jednej matce, jednym życiu i śmierci.
Czy potrafię więc w tym powrocie do miejsca i czasu, które nie istnieją – zaistnieć? I z tą dualnością językową funkcjonować w miarę normalnie. Bo ‘mój’ kanadyjski angielski nie jest dobrze opanowanym językiem obcym. On jest moim językiem. Językiem, którym myślę, czuję, tworzę gorsze lub lepsze wiersze. Tak, jak myślę i czuję ciągle w języku polskim. Tyle, że to dwa połączone, ale wszak samodzielne i osobne procesy emocjonalne. A nad tym wszystkim cień olbrzymi złamanej na dwoje duszy.
Może nie mam już miejsca nigdzie? Może nie ma znaczenia czy będzie to Kanada, Polska czy Ekwador.
Kiedyś dawno, dawno temu jeździłem po wyspach polinezyjskich rozrzuconych na olbrzymiej przestrzeni Południowego Pacyfiku od Hawajów po Nową Zelandię. Jedna z tych podróży zawiodła mnie na zagubiony w tej przestrzeni maleńki atol Aitutaki. Wszyscy tam się znali, Był jeden duży sklep kolonialny, poczta i mały szpitalik przy maleńkim naturalnym porcie, gdzie raz na trzy miesiące zawijał statek z głównej wyspy Rarotongi z zaopatrzeniem w wiktuały niedostępne lokalnie. Ja miałem lokum w domku na palach z kotarami zamiast ścian na plaży, do brzegu mieliśmy może 20-30 metrów. Do tego portu i centrum handlowego atolu było spacerem może 10-15 minut i ta osada/miasteczko nazywała się Arutanga. Świat zewnętrzny wydawał się nie istnieć, a Aitutaki było centrum Kosmosu. No i drobiazg – Internet dostępny dla prywatnego użytkownika nie powstał jeszcze kilka lat przed moim tam pobytem, a o czymś takim, jak Iphone nikt jeszcze na całej planecie nie wiedział. Tam teraz czułbym się najlepiej. Gdyby tylko nie to, że Internet i Iphone już na Aitutaki są … .
Ostatnie dni jeździłem rowerami po leśnych trasach atlantyckiej części Canada Trail. Te dni były dość zimne, wietrzne. Zawiodły mnie do miejsc trudnych emocjonalnie, choć nie planowałem tego świadomie. Miejsc naszej, mojej i Johna, ostatniej wycieczki nad ocean. Jego pożegnania z oceanem. Do Rainbow Haven Beach.
Tu zaczynałem pierwszą trasę rowerową kilka dni temu w kierunku Cow Bay. Tu – następnego dnia – kończyłem drugą. On już wiedział, że to nasza ostatnia wycieczka za miasto. Zrobił ja dla mnie, dał mi jeszcze jeden dzień radości, jeszcze jedną wycieczkę uśmiechów i szczęścia. Ja jeszcze nie wiedziałem, to nie była ostatnia dla mnie, jeszcze tej myśli nie dopuszczałem, że to już tak mało nam tego czasu zostało. Jeszcze liczyłem na miesiące, łudziłem się kilkoma nawet latami. A mieliśmy mniej niż dwa tygodnie. Fizycznie był bardzo osłabiony, cień samego siebie. Teraz widzę go tamtego dnia jako giganta, obelisk marmurowy, wysmukły, nieskazitelny.
Pamiętałem też nasz spacer w Hyde Park w Nowym Jorku. Tego dnia było też słonecznie. Stał na schodach schodzących do tego wspaniałego, błyszczącego w idealnej czerni uskrzydlonego Anioła.
Wcześniej jeszcze, wiele lat temu, napisałem wiersz p.t. ‘Uriel’ o Aniele Śmierci. Ten nowojorski do tego mojego Uriela ze starego wiersza bardzo pasował. Był jakby jego fotografią.
Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,
nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.
Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,
dotyk zimny a czuły jednocześnie.
Bliski, mimo że tak często, tak długo
nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.
Najczulszy kochanek, ze wszystkich, których
miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,
powstrzymującym dech w piersiach, pędzące
w galopie pośpiesznym serce i myśli
skołatane, gdzieś ku krawędzi stromej
nad Doliną Ciszy i Spokoju w
dole rozpostartej. Witaj Urielu,
smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.
Drżałem, a tyś mnie uspokoił.
Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,
a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.
Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty
nie odmawiaj członkom znużonym.
Nieskazitelnym alabastrem skóry
twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej
piętnem czasu, pokrytej bliznami
miłości zwycięskich i miłości przegranych.
Ostatnią kroplę pasji niedopełnionej spij.
I zamknij nieba nade mną, pokryj mgłą gęstą
szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.
Daj usnąć wtulonemu w bezpieczną muskulaturę
twojej klatki piersiowej, w objęciach silnych ramion.
W poezji tak łatwo w krótkich zwrotkach zmieścić całe długie psychologiczne opowiadania, skomplikowane eseje. Pewnie dlatego, że mimo wszystko poezja jest przede wszystkim emocją, a emocja jest chyba najbardziej zrozumiałym językiem. A notes z ołówkiem nigdy z mojej torby lub plecaka nie wychodzi. I siadając przy ławce na końcu tej drugiej trasy rowerowej miałem właśnie widok na drugi brzeg tego słonego zalewiska-jeziora, widziałem go na tamtym brzegu wyraźnie. W tym samym miejscu. Stał, jak dumny, wyprostowany obelisk i swoimi pięknymi, pełnymi dobroci szarymi oczami patrzył się na mnie. Nie kruchy, słaby, schorowany a silny, młody – piękny. Nagle rozwinął skrzydła, pomachał jednym do mnie maleńkiego na drugim brzegu i odfrunął, poszybował. Tak, jak mają zwyczaj to robić aniołowie.
The ways of Love are difficult to comprehend, not easy to follow. It has many meandering roads, many tracks through forest and meadows. It knows the busy streets of cities and forgotten paths through hills.
Love – it seems – lives separate from us, from our bodily abodes. When one of the lovers is gone, when the other has to say the incomprehensible words of goodbye – loves stays, remains. As long, as the other is still alive so is their love. We are but the chalice, where love finds shelter. We benefit form her grandiose presence, but we do not own her. She just lets us to bask in her radiance. When we suffer, she cries with us and suffers even deeper than we can conceive, when we rejoice in extasy – she dances in the clouds.
It was fitting than that I had to find two separate places, when my Lover died, for their resting spot. One for his temporal remains in a traditional cemetery with the remains of his parents and siblings, where I go and do the typical shedding of tears, the cleaning around from debris, replacing dead flowers with fresh ones, lighting the candle, taking to his memory about the mundane things at home. To grieve. To be overcome with sadness and loss. It is a sad place; it is sad naturally. How could it be different? But our love did not die. And love have to be celebrated, rejoice. For our love I have a different place. I have built it over the past two years on a secluded, long arm of white sand and carpets of rocks and shells. Far away from busy beaches and popular spots. There is hardly – except few locals – ever anyone on the narrow beach that leads to my special place. To get there you have to cross a narrow channel of fast moving water. Few people ever wanders there, never in groups or noisy beachgoers. There is a spot, nestled in the rams of trunk of white tree brought there by ocean’s waves where I built our Fort of Love. I brought small rocks and huge boulders gathered on the shores for her name: Love and built a small but solid wall protecting it from the storms. It survived already two seasons of these storms. No one ever did any damage to it or treated it with disrespect (it is there in the open, not concealed or hidden). But why would anyone? Deep down everyone – even the sceptics – respects love, desires love, yearns for her.
Trakty miłości, jej ścieżki, drogi. W ruchliwych ulicach wielkich miast, w laskach nad rzeczkami, szlakach przez góry. Nigdy ich wszystkich nie poznamy, nie zrozumiemy. Ma własna tajną mapę.
Bo miłość istnieje samodzielnie, poza nami. Istnieje zawsze. Gdy czas straszny nadchodzi i jeden z kochanków musi powiedzieć to straszne słowo ‘żegnam cię’ – miłość pozostaje, nie odchodzi. Tak długo, jak jeden z kochanków będzie żyć, będzie żyć ich miłość. Jesteśmy tylko kielichem, pucharem, gdzie ona wybiera dom. Korzystamy z jej wspaniałomyślności, ale nie jesteśmy jej właścicielami, zarządcami. To ona pozwala nam grzać się w blasku jej chwały. Gdy cierpimy, cierpi głębiej niż my; gdy tańczymy w ekstazie szczęścia chwili – ona tańczy piruety w chmurach.
Wydawało się mi więc naturalnym, że powinienem znaleźć dwa miejsca, dwa domy na ich schronienia, gdy go fizycznie już nie stało. Jeden tradycyjny dla resztek jego materialnej powłoki na tradycyjnym małym cmentarzyku, przy starym zapomnianym miasteczku, obok szczątków jego rodziców, braci. Jeżdżę tam często naturalnie, sprzątam przy mogile, płaczę, czasem się śmieje, gdy mu o czymś śmiesznym opowiadam. Ale to strasznie puste i smutne miejsce. Miejsce żałoby, miejsce Straty i żalu. Potrzebowałem więc znaleźć inne, żywe miejsce dla naszej miłości.
Jest taki zakątek z dala od popularnych szlaków. W zasadzie miejsce tylko dla lokalnych mieszkańców, farmerów i rybaków. Turystów raczej tu nie ujrzysz. Na końcu długiej, krętej drogi maleńki parking dla może dziesięciu samochodów. Plaża bardzo wąska, niezbyt długa i głównie kamienista, kończąca się kilkoma sterczącymi skalnymi olbrzymami. Ale dalej, odgrodzona wartkim kanałem łączącym ocean ze słonym, wielkim i głębokim jeziorem – jest długa piaszczysta łacha za szerokim rzędem różnej wielkości kamieni przynoszonych tu przez fale. Za tą łachą wielokilometrowa wąska mierzeja oddzielająca właśnie te wielkie jezioro i otwarty ocean. By tam dojść trzeba przez ten wartki kanał przejść lub przepłynąć (w zależności od czasu przypływu). Mało kto tam zachodzi, czasem jeden samotny wędrownik, kiedyś parę jakąś widziałem. Na tej łasze zbudowałem dom naszej miłości, by się nie błąkała po ostępach. Tam jeżdżę z nią rozmawiać, prowadzić radosne rozmowy z tobą też. Bo jakże moglibyśmy być smutni czy rozżaleni na nią, że nam dała szczęście? Miłość musi być celebrowania i tam ją celebruję. Zbudowałem z taszczonych kamlotów dużych i mniejszych Fort dla niej, dla naszej Miłości. Nich jej śpiewa ocean, wiatr i gwiazdy nocą. Już dwa lata, dwa sezony sztormów nocnych i zimowych – a fort przetrwał. Fale go nie zabrały, nikt nie zniszczył. Komóż zresztą taki Fort Miłości mógłby przeszkadzać? Przecież to też może być Fort ich miłości.
Byłem tam wczoraj, wzmocniłem kamienną palisadę, wyśpiewałem ci moją miłość do Ciebie. Może ostatnia to już moja tam w życiu wizyta, kto wie, gdzie mnie losy rzucą lub porzucą. Ale jak długo będę jeszcze tu czy gdziekolwiek się błąkał – nasza Miłość będzie mieć swój dom. Nie może być przecież bezdomna.
No więc literatura. Bardziej szczegółowo – porównywanie jej, komparatystyka (prawda, że brzmi poważnie, akademicko, LOL?).
A jak praca akademicka to trudno ją robić w domu, bo w domu tysiące zajęć, które co chwila cię od niej odrywają: a to kawę zrobić, a to obraz zdjąć ze ściany, małe pranie, większe gotowanie, odkurzaczem jakiś dywan przelecieć lub wymyć podłogi, albo dłubać w nosie oglądając telewizję. No nie sposób i koniec.
Więc trzeba znaleźć inne miejsce.Więc w samochód i naturalnie pojechać na plażę nad ocean. Tam szum fal kojący, wyciszający, pusto prawie bo plaża odległa, a o tej porze roku w Nowej Szkocji jeszcze woda lodowata i nikt (zdrowy na zmysłach) się nie kąpie.
Więc biorę plecak z napojem, ręcznikiem, kurteczką, bo zimny wiatr od morza może być (może i morze to takie dziwne dwa kompletnie co innego znaczące, a identycznie brzmiące słowa w języku polskim – to moja pierwsza komparatystyczna uwaga! dodatkowo jedno jest mianownikiem, a drugie biernikiem-niepewnikiem: może nie znaczy, że musi!) i aparat fotograficzny. Na opasłe tomiska z esejami Alice Munro i F. Scotta Fitzgeralda (bo ich opowiadania mam porównywać) i jeszcze mojego kajeciku do pisania mądrych uwag – już w plecaku miejsca nie ma, więc pakuje je do innej torby. No i wio koniku (mechaniczny).
Po przejściu wydmy rozkładam swój ‘bazarek’. Muzyka oceanu bajeczna istotnie, wyciszająca domowe i osobiste niepokoje i neurastenie. I pusto prawie kompletnie na całej kilkukilometrowej długości. Rozkładam składane krzesło, zakładam kurtkę, bo wiatr jednak ciągnie. I spostrzegam, że nie przyniosłem torby z tomikami. Wracam przez piaski wydmy do samochodu i … torby nie zabrałem z domu! Cała przyczyna przyjazdu tu, w tą ciszę do jasnej Anielci!
Więc decyduję, że by nie zmarnować dnia idę jednak popływać. Pierwszy raz w tym roku, bo Atlantyk ciągle lodowaty tu, niczym jak w lutym lub marcu. Ale idę. Pierwsze spotkanie z wodą jak szpilki po nogach. Ale i radość. Powoli, dalej, krok po kroku. Wiem doskonale, że w pewnym momencie i tak nie zdążę uciec, bo następna fala mnie zaleje. Naturalnie tak się właśnie dzieje i nie ma znaczenia czy zimna czy nie – zalewa i tak, a o ucieczce nie ma mowy. Więc pływam. Jedyny na tej plaży. I ciesze się tym, jak dziecko.
Więc czytajcie literaturę dziatki drogie! Pojęcia nie macie, jakie niespodzianki i przyjemności wam sprawić może – choćby kąpiel w Atlantyku! Jeszcze jedna a niespodziewana przyjemność, jaką mi Alice Munro zgotowała! Jestem pewny, że by się tym uradowała. A ktoś inny i tak mądre słowa na temat morfologii i fleksji jej języka napisze.
Rano poszedłem na Moje Kamienie by znowu czytać Eliota. Książek wiekszość spakowana w pudłach już, one i ja nie wiemy gdzie i kiedy wylądujemy. Kto wie – może czas na śmietnik histori? Ale ciagle potrzebuję wiersz jakiś przeczytać, by być pewnym, że jeszcze nie, że jeszcze jestem. Wiersze dają mi życie i nigdy chyba poezja aż tak ważna dla mnie nie była, jak jest teraz. Więc kilka różnych tomików znanych i mniej znanych poetów na ogołoconych półkach leży. Cholerny Eliot też. Najbardziej chyba widoczny, bo w takiej silnej niebiekiej oprawie. Chce od innych się odróżniać. Zarozumialec. Ale ma powody, przyznaję niechętnie. A potem zechciało się z nim porozmawiać, powierszować jakby. Czy to wszystko ma jeszcze sens? Pojechałem na spacer do Halifaksu w ciszę rozległych uliczek studenckiego miasteczka Dalhousie. Ciszę, bo niedziela, w dodatku słoneczna i cała dziatwa studencka uciekła gdzieś w ulice centrum miasta. Przed wielkim gmachem Wydziału Prawa mam takie ulubione duże drewniane fotele, gdzie czasem przychodzę patrzeć, myśleć, czytać, pisać. Wyciagnąłem kajet i podjałem z nim tą rozmowę. Trochę polemiczną. Bo czy to wszystko ma rzeczywiście sens? I te pisanie, i te czytanie, cały ten rozgardiasz zwany życiem.
When you write for the public you are barring your soul. You are – in some way – an exhibitionist. It doesn’t matter if you are an excellent or mediocre writer. You are barring your soul in front of an audience. In fiction or in documentary, autobiography, poem or novel. Otherwise, you are just a trickster with a talent to put words together – but a trickster nonetheless.
It was a bad day. I know – just the other one, when I saw the flowers in the alleyways of our park in Dartmouth – I was singing the praises, thanking you for coaching me in ways of new life. A better life, a happier one. Go and allow yourself to enjoy it – you said. You said, that you will be at peace knowing that I do. And I tried. And I failed. I failed you as you failed me. Yes, you did. Those last days you did. When we still had a chance to end it together. No, there was no physical chance, no miracle hiding somewhere holding the ray of hope that the outcome will be different or pushed way back into the future. There was no chance. No ray of hope on any horizon. But it meant there was no chance for me. Ever. We should not have gone to the sunny and sheltered lake beach, with shallow warm waters and no angry waves attacking the shoreline.
No. We should have gone to the angry sea, cold waters, powerful waves, strong currents, and whirlpools. I would have helped you carrying you on my back and we would have taken the last glorious swim together. Our swim, ‘us’ being one. There is no ‘me’ anymore, where the is no ‘you’. There cannot be ever. Anywhere. I am left to wonder in constant pain, anger, in constant thirst surrendered by oceans of salt. The sea is calling me a thief, a beggar of scraps, a coward. I have no Eurydice waiting for me somewhere in non-existent Hell. I am the Hell. I am the unanswered cry of pain. I am the gatekeeper and I am the key to Hell. Orpheus can’t pay Charon a few obols to ferry him across the River of Hades. I have fired Charon and sunk the boat. No in or out.
I went to the other beach, the ocean beach, the one we visited last time ever in 2022, and one we visited together for the very first time in 2019. Where we swam together, we laughed together. Where we were kissing.
It was an overcast day today. The sea was grey like steel. It was cold like steel. And I didn’t go for that swim. But let me, please! Give me that nod, tell me you agree, and won’t pull me back. I’m losing my battle.
Just don’t cry. Don’t be sad. Let me have a bad day. Let me wallow in pain and shame that I am and You are not. I was sorry for so long. Let me hear from you this once that you are too – sorry. And I will give you your peace again. Just don’t expect the impossible from me. Don’t expect me to have joy in life. To have pleasures of days and nights. One thing I can promise you in return – those years, these decades we had, made me impossibly happy. I was. And I remember it. All I ask in return is that sometime, on some days (as today) you will share my sorrow, my pain. And then you can have your peace again. But share in it the way we have shared everything else in our life. It is too heavy to carry it all the time alone.