Wielkie podróże życia

Sa podróże epokowe w życiu człowieka. I prawdziwie epokowe są przeprowadzki-podróże przez wielkie puszcze, nad wielkimi jeziorami, przez wysokie góry i przez płaskie prerie. Od oceanu do oceanu. Kłopot człowieka, który zamieszkał w takim kraju, który ma aż trzy oceany i część najdłuższego pasma gór: Kordylierów. Ba, jedna z pasji mojego życia to podróżowanie, więc – voila! Drugim nieodłącznym elementem wielkich podróży są pożegnania. Te mogą być bolesne. I w tym pomaga wiek i doświadczenie, które łagodzą te wstrząsy. Te też, niestety, już mam.

Pisałem bardzo niedawno na tych łamach o książce. Naturalnie o książce literackiej lub szerzej nieco, o książce ze świata kultury i wiedzy. Literatura bez wiedzy by istnieć nie mogła, ale jest też sprzężenie zwrotne: po cóż wiedza, jeśli do świata kultury (wiec literatury, sztuki ogólnie) nie prowadzi? Te dwie córy umysłu ludzkiego są poniekąd bliźniaczkami syjamskimi.

Więc związane z moją życiowa przeprowadzką przez epoki i kontynenty problemy pakowania i eliminowanie są okrutne. Ofiary jakieś być musiały. Pierwszymi były książki współczesnej literatury dużych nazwisk literatury polskiej. Ale znowu jest pewna cezura, dziś już zarzucona (i słusznie) literatury krajowej i emigracyjnej. Tu jest wiele niebezpieczeństw i zaskoczeń dla niektórych. W kraju czytelnik (i wydawnictwa) pamiętał tylko o tych, których znał z lat do (powiedzmy umownie) 1945. Tych którzy przed tym 45 już zaistnieli. A kurtyna komunistyczna była mimo wszystko dość szczelna i zawisła na kilka dziesięcioleci. Masa wspaniałych poetów i pisarzy polskich dorosła do ‘bycia’ poetą i pisarzem już poza granicami PRL. Tych nigdy na nowo przywrócić literaturze krajowej nie potrafiono. Może było to niemożliwe. Próbowano niektórych – głównie w sferach akademickich, badawczych. Aby żyć w świadomości czytelnika trzeba pisać, tworzyć i żyć ‘po sąsiedzku’, na następnej ulicy, przy kawiarnianym stoliku obok. Prowadzić aktualną rozmowę z tym czytelnikiem na temat pogody na ulicy, na temat miłości, wiary, patriotyzmu i ceny bochenka chleba w sklepie.  Tak – były „Zeszyty Literackie” Barbary Toruńczyk, ale dla wielu już za późno, dla innych trochę zbyt oddalone rożnymi progami. A i w Polsce „Zeszyty Literackie” nie były „Życiem Literackim”[i] i większość ich trwania była wydawana poza Polską. Podobnie miało się z moim Rocznikiem Artystycznym „Strumień” wydawanym w Kanadzie w latach 1999-2012 – istniał w bibliotekach uniwersyteckich w Polsce, w archiwach literackich, ale nie ‘na ulicy’ miast polskich, gdzie spacerował krajowy czytelnik[ii]. Gorzej jeszcze było z wydawnictwami i autorami mniej znanymi a rozsianymi w różnych ośrodkach polonijno-emigracyjnych po całym Zachodnim świecie. Prawie każdy polski tygodnik wydawany w Londynie, Toronto czy Nowym Jorku prowadził też własne wydawnictwa poetów i pisarzy w tych krajach mieszkających. Mało kto z żyjących pamięta te wydawnictwa i tych autorów.

Więc tych zapomnianych i te zapomniane tytuły biorę. Ocalić od zapomnienia …

Dużo więcej będzie tytułów angielskich, które wyjątkowe dla mnie mają znaczenie literackie lub literaturoznawcze. Wśród z nich wyjątkowe ma gigant literatury Colm Toibin. Moim zdaniem jeden z najlepszych pisarzy kultury Zachodniej końca XX i początku XXI wieku. Genialny i jako pisarz i jako literaturoznawca.

I (bo koszula ciału bliższa i wiedzę na ten temat mam dobrą) biblioteczkę badań literacko-kulturowych społeczności LGBTQ+.

To książki tylko. A co z dugą pasją, z muzyką?! Nigdy w życiu nie myślałem, że dyskietki i DVD’s tyle ważą! Taka jedna płytka, to piórko. Dwadzieścia już waży – a 50 waży ho,ho. Jaką selekcję robić? Jakbym się ośmielił wyrzucić Callas czy Pavarottiego, Mozarta lub Beethovena, Madonnę (tu kłamstwo – akurat wielkim fanem Madonny nie byłem i nie jestem) lub Piaf, Ewę Demarczyk czy Marka Grechutę? A wyrzuciłem, całą masę. Odwrotnie od książek – współczesne systemy odbioru muzyki internetowo-elektronicznie są wielokroć lepsze niż te z dawnych CD. Więc tak długo, jak będę miał dostęp do Internetu i jakiś laptop – nie muszę mieć na licznych stojakach stojących pod ścianą z setkami tych dyskietek. Z nielicznymi wyjątkami: zachowam te od tych muzyków, którzy sami mi podarowali ze specjalna dedykacją. A szczęście miałem współpracować, czasem się przyjaźnić, z wieloma wspaniałymi muzykami. Czort wie czemu głównie z arystokracją muzyków-wykonawców: pianistami, LOL. Nie, no wiem przecież, bo jak tu porównać sceniczną widoczność pianisty ze swoim instrumencikiem a skrzypka ze skrzypeczkami?! Size matters, LOL.

Prócz tych wezmę specjalne edycje zrobione na wielu dyskietkach z okazji jakiejś wyjątkowej, niepowtarzalne i artystycznie – majstersztyk.

Nie zostaje nic innego, jak wyrzucić kolejne kilka worków własnych ubrań. Bo mimo wszystko książka jest przecież ważniejsza od gaci i spodni. A samochód, którym przez kontynent to będę wiózł – choć spory – za nic się nie rozciągnie. Przyczep żadnych przez puszcze i góry ciągnąć za sobą nie będę. Karawan ciągnąłem jadąc ponad sześć lat temu w tą stronę: od Pacyfiku do Atlantyku. Ale wtedy jechało nas dwóch: ja i mój John. Teraz wracam sam i pora roku dużo późniejsza. Dalej, z Zachodniego Wybrzeża, za kilka dobrych miesięcy powiezie to już statek. Po co ciągnąć to do Vancouveru, skoro z Halifaksu tyle bliżej, przez jedno tylko duże jezioro? Ano, to już inna para kaloszy, inna historia. Inny wiersz i powieść inna. Vancouver to mój Dom. Moja miłość i najpiękniejszy okres mojego życia, który już nie ma szans się powtórzyć. Jakbym mógłbym nie pojechać, uściskać go i podziękować za to, co mi dał? Z jednego miasta, które kochałem – Warszawę – wyjechałem blisko pół wieku temu nie żegnając się, bo nie przypuszczałem, że nie wrócę. Tym razem tego powtórzyć nie mogę, bo teraz wiem.


[i] Zeszyty Literackie – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

Arabesca o Andre Ochodlo

Gdzieś w laskach pod Sopotem, sosnowych laskach na piaszczystej ziemi. Może koło Opery Leśnej, tańczę z uroczym Andre Ochodno. Tańczymy do żydowskiej melodii starej piosenki o sztetlu żydowskim w Bełzcu. Andre nuci z rozwianymi bujnymi włosami w jidysz: meine szetele Belz. Śpiewa i płacze. I ja płaczę scałowując jego łzy. Bo też mi żal strasznie i jego i tych sztetli w małych miasteczkach, tego harmideru na uliczkach z drewnianymi domkami, sklepikami, warsztatami krawców, szewców, rymarzy, sklepikami z mydłem i powidłem. Że nie ma synagog.

A może to nie było pod Sopotem, niedaleko teatru „Atelier”? Może to było nocą na uliczkach i w barach Vancouveru, gdzie go poznałem? Był młodziutki, delikatny. A ja byłem draniem. Romantycznym – ale draniem. I zamiast Andre wyciągnąłem Marka Rychtera, świetnego aktora charakterystycznego, który z Andre przyjechał na koncerty do Vancouveru.  Łaziliśmy od speluny do speluny przez całą noc, zabrałem go do świetnego baru w Royal Hotel na Granville, wówczas popularnego baru gejowskiego, gdzie były świetne koncerty wysokiej klasy queer queens parodiujących Lizę Minnelli, Marlenę Dietrich, Barbarę Streisand. Marek był zachwycony ich wysoka profesjonalnością i aktorstwem. Ktoś się do niego przystawiał, chciał kupować drinki. Śmiał się i nagle zwrócił się do mnie – dlaczego nie wziąłeś zamiast mnie Andre, mielibyście świetny czas, bo Andre jak ty jest też gejem. Spojrzałem z wyrzutem na niego: Andre jest za delikatny na takie chlanie od baru do baru. On jest subtelny, jego trzeba chronić przed łajdactwem.

A może powinienem, może Marek miał rację. Przecież nie musieliśmy łazić po barach. Zabrałbym go na długi spacer wzdłuż Zatoki Angielskiej i potem brzegami stawu na skraju Stanley Park. Może poszlibyśmy i do Parku w Alejkę Zakochanych. Może tam byśmy właśnie tańczyli smutne żydowskie tańce pod koronami tysiącletnich cedrów?  Czochrałbym palcami jego gęste włosy, opowiadał o żywej Krochmalnej w Warszawie, o uliczkach w Mińsku Mazowieckim pełnym sklepikarzy z brodami i pejsami, poprowadził ulicami dzielnicy żydowskiej w Wilnie prosto do domku mędrca Gaona. Kłamałbym, że to wszystko jest, albo wyczarowałbym, że by było naprawdę,

I o szarym świcie wracalibyśmy do domu pijani marzeniami. Objąłbym go czule ramieniem, otarł raz jeszcze smutne łzy. Ust bym nie całował, choć jakże nęciły. Może łajdakiem-zawadyjakiem byłem, ale byłem łajdakiem subtelnym, czułym. Nic prócz chwili dać mu nie mogłem, bo sam byłem zakochany po uszy w moim Chłopcu. A Andre romantyczny, smutny zasłużył na więcej niż przygodę. Więc byłem dobry, byłem spolegliwy a nie natrętny.

Sen-zjawa, spacer, którego nie było. Ale Marek miał rację. Powinienem go na ten spacer senno-nocny, magiczny zabrać. Na spacer uliczkami nieistniejącego świata, świata utraconego na zawsze. Może go jeszcze w Polsce zabiorę. Światy istniejące w wyobraźni, w marzeniach są zawsze, nie umierają, nie znikają. Warto je odwiedzać.   


post scriptum autora: tekst powyższy ma charakter specyficznej literackiej fikcji opartej w części na wydarzeniach faktycznych. Nie jest jakakolwiek próba outingu aktora Andre Ochodlo. Jest możliwe, że mi się tylko wydawało, że jest gejem, nie przypominam sobie bym go o to po prostu spytał. Jest też możliwe, że tak mogło się wydawać aktorowi Markowi Rychterowi. W moich późniejszych, po wielu latach rozmowach z Markiem Rychterem, dla którego miałem przygotować monolog (w konsekwencji tej obietnicy nie dokończyłem ze względów niezależnych ani ode mnie ani od Marka Rychtera) nigdy do tamtego spotkania ani tematu nie wracaliśmy.

Miejsca. Places.

(in Polish)

Miejsca. Miejsca … to taka specjalna przestrzeń geograficzna i emocjonalna. To tam, gdzie kiedyś ludzie kładli kamienie, budowali kapliczki lub kopce. By odnaleźć potem samemu lub zostawić ślad, drogowskaz dla następnych. Drogowskazy, że tędy droga.

Moje pożegnania z naszym ostatnim domem w Nowej Szkocji od miesięcy wielu do takich miejsc zawsze prowadzą. I zawsze jakiś kamyk tam kładę, jakieś wspomnienie zapisane w notesie, jakiś wiersz. Te literki i słowa to moje kamyki – byliśmy.

Dziś na plaży Conrada, ostatnie chyba moje pożegnanie, ostatnia kąpiel w falach grzywiastych w tej prowincji. Ostatni nasz spacer tam.

Fala

I cóż falo
ostatnia na tej plaży?
Mojej wizyty
też po raz ostatni.
Czy zmyłaś
ze zmarszczek dni klęski
i dni zwycięstw?
Pocałunki i łzy,
czułe westchnienia
i przekleństwo bezsilności?

Pieścisz mnie jeszcze
białą pianą pasji
niespełnionych do końca,
a potem odpływasz
w swe głębie
znudzona romansem
nie zaczętym,
nie skończonym.

(Conrad Beach, 01.09.24)

(po angielsku)

Places. Places are special geographical and emotional spaces. It is where people, lovers, parents with children left stones on the hills, build mounds, erected structures or symbols of their gods in their marches through millennia. So others can follow or so they would find their way back.

My goodbyes with our last home in Nova Scotia took me a long time. Time to trace them back, find my way. But I did it. I have found them for the last time. I have left my ‘stones’ on the shores an on the white pages of my notebook. The ‘stones’ are my letters and sentences written down on the white pages of my notebook.

Today was probably the last one. I went to Conrad Beach for last swim in foamy waves of Atlantic. Our last walk there.

Time of snuggle

Come to the crescent of my arm,

I will place my hand on your shoulder

and we will walk on the shore.

On that line separating

land and water,

the sky and the mountains,

the Moon and the stars,

death and life.

Come. It’s time.

The time stolen from us –

I have found it.

Come, it’s time.

(Conrad Beach, 01.09.24)

Potęga książki

Książki. Nie, nie będę pisał o konkretnej jakiejś książce, o ważnej powieści, nowelce, o tomiku konkretnego poety lub antologii jakiegoś okresu, jakiejś szkoły poetyckiej. Padną tu pewnie nazwy, tytuły, nazwiska autorów – ale tylko w aurze tematu większego. Tematu książki. Tego dziwnego przedmiotu, który jest szkatułą ludzkich losów. Bez książek większość naszego eposu byłaby pokryta nieczytelną mgłą, patyną zapomnienia.

Mój wielki sentyment do tego papierowego przedmiotu (należę do tej staroświeckiej kategorii czytelnika, dla którego ibuki i pidiefy, nigdy trzymanej w ręku obwoluty nie zastąpią) uderzył mnie swą mocą w tygodniach ostatnich, gdy czeka mnie kolejna już wielka przeprowadzka. Tym razem chyba największa, najtrudniejsza, najbardziej brzemienna. Moje książki na półkach! Co ja z nimi zrobię?! Przetrwały tyle moich przeprowadzek! Ale przetrwały. Przy każdej kolejnej więcej ich było, nigdy mniej. Nie było żadnej podróży, wycieczki bym bez nowych nie powracał do domu.

Jak to się zaczęło? Nie mam pojęcia. Książka była zawsze. Brzechwa i Szancer, pożółkłe karty wielkiego foliału „Żywotów Świętych”, które przetrwały nawałę prusacką na Wielkopolsce w latach Bismarcka, a które wyjechały z moimi pradziadkami po kądzieli do Westfalii, z której zaraz wrócili do Polski w 1918, tym razem do Bydgoszczy. Z tymi ‘Żywotami’. Potem ukrywane skrzętnie (w osobnych fragmentach) przy terrorze hitlerowskim w Bydgoszczy w latach 40. I przetrwały. Z nich, złożonych skrupulatnie w skoroszycie z zapięciem sznurkowym, 6-7 letni czytałem wspaniałe heroiczne dzieje Teresy z Akwinu, św. Bartłomieja, Ignacego, wszystkich męczenników Kościoła – jakie to było pasjonujące, porywające wręcz! Heroiczne, dramatyczne, czasem trochę i kryminalne. Przygoda! W tym samym czasie, może ciut później – też luźne karty, szpargały (ale w oryginalnej pięknej czerwonej płóciennej obwolucie) „Dzieła wszystkie”  Adama Mickiewicza. Mama była bardzo zadowolona, że tak się ‘Świtezianką’ zakochałem, bo sama bodaj najbardziej ją kochała. Romantyczka niepoprawna, ha ha ha. Ta była zniszczona, bo wywieziona z Wilna przed zalewem bolszewickim w 45. I też podzielona na części, by przetrwała. Bo wszak on pisał tam bezczelnie „Litwo, ojczyzno moja!”.  I dzięki temu została ta Litwa (jeśli nie cała, to Wileńszczyzna i Nowogrodczyzna bezapelacyjnie) moją ojczyzną. Kochałem Wilno na długo zanim je mogłem pierwszy raz zobaczyć. Przez książkę. Owszem – tradycje babci (po mieczu tym razem), ojca, cioć i wujków. Ale tak po prawdzie to winien był Mickiewicz najbardziej. Ta zniszczona księga w czerwonej obwolucie.

Potem szybko pojawił się stary pan z brodą, Ignacy Kraszewski. Chodziłem już na pewno do szkoły. Chyba do drugiej, może nawet trzeciej klasy. Stara Baśń” przez kilka dni zabierała mi kompletnie sen i dzięki niej zrozumiałem czemu jesteśmy tak heroicznym i patriotycznym narodem. A potem, potem to już się potoczyło. I już nie tak bezkrytycznie. I zacząłem czytać książki historyków, nie pisarzy. Ale literatura szybko powaliła swoja potęgą naukę. Za sprawa pani Marii Dąbrowskiej. Wróciła mnie na Kresy. Nie do Wilna, na Grodzieńszczyznę, nad błękitny Niemen. Noce i dnie nad nim. Do dziś (a starowaty już się robię i żyję oceany za Niemnem) łapię się czasem nucącym: ‘ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, a ja doliną. Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą, a ja kaliną…’ . Kiedy mając 19 lat pierwszy raz jechałem pociągiem do Wilna i zatrzymał się na dworcu w Grodnie – wyskoczyłem z niego jak szalony, by choć wciągnąć powietrze z zapachem Niemna … . Przez panią Dąbrowską.  

Potem oczywiście już Stendhal i inni współcześni (bardziej współcześni, powiedzmy). Powieści trudniejsze, poezje piękniejsze, bo operujące często moim językiem. I książek przybywało. I nie tylko w polskim języku. W końcu angielski stał się, obok polskiego, też moim językiem, w którym piszę wiersze, eseje. Ba! Napisałem raz lub dwa coś po włosku.

Książka była najtrwalszym towarzyszem mojego życia i peregrynacji po świecie. Książka i jej autorzy byli często zaczynem serdecznych znajomości, przyjaźni. Zmęczyła mnie z biegiem lat powieść jako taka. No bo ile razy czytać można tą samą historię tylko trochę inaczej napisaną? Więc na ogół czytam tylko fragmenty. Ale dalej je kupuję i bez nich żyć bym nie potrafił.  

I teraz, w tej najtrudniejszej podróży mojego życia powyrzucałem, porozdawałem prawie wszystkie meble, jakie miałem, urządzenia, telewizory, górę ubrań. Chciałem zrobić remanent półek z książkami. I ni siak nie potrafię. Owszem, kilka bez sensu spraw bardzo prozaicznych tyczących – wyrzuciłem. Nawet kilka tradycyjnych polskich, które zawsze i wszędzie będę mógł kupić (przyznaje, że usunąłem Sienkiewicza dzieła, bo mnie męczą nawet widokiem tytułów, już tą literaturę sobie daruję chyba na zawsze).

I ten remanent książkowy, mimo szczerej chęci – przegrałem z książkami. Godzinne przeglądanie, przekładanie i mniej niż jedna torba płócienna, którą wyniosłem z domu. Reszta została, wygrała swój pojedynek ze mną.   

Czemu, psiakość, książki tyle ważą? Bo rzeczy ważne mają właśnie swoją wagę.

Dekady temu, w trudnych latach stanu wojennego w Polsce, wielkie znaczenie miała dla mnie książka Adama Michnika „Z dziejów honoru w Polsce”.  To nie była beletrystyka, ale nie tylko powieści są ważne – dokumenty czasu też. Jeżeli on pisząc ją w czasie internowania – pisał nie o ‘polskiej hańbie’ a o polskim honorze – jak mógłbym ja o tym nie pamiętać? A byłem w tym samym właśnie czasie w obozie uchodźców we Włoszech. Mądry Giedroyć z Paryża przysyłał mi paczki do obozu z książkami z prośbą bym Polakom je rozdawał. Bo był naturalnie świadom wielkiej niewiedzy Polaków urodzonych lata po wojnie, o prawdziwej historii Polski i Polaków By jechali na Zachód ze znajomością autentycznej prawdy, a nie kłamstw jakich uczono ich w szkołach. Wiedział, że to ważniejsze niż jakieś daniny finansowe. Książka to wiedza. A wiedza to i bogactwo, i potęga. To godność nade wszystko.

Mimo wszystko moment wyboru przyszedł i kilka musiałem zlikwidować z mojej biblioteki. Raz jeszcze na półki okiem rzuciłem. Wzrok padł na dwie książki. Kiedy je zamówiłem i czytałem w tym samym czasie – były dla mnie bardzo ważne. Dwóch wielkich przywódców religijnych i moralnych z dwóch odmiennych bardzo tradycji, kultur i diametralnie odmiennych systemów religijnych. Dalai Lama i Jan Paweł II. “A call for Revolution A Vision For the Future” by Dalai Lama (Harper Collins Pub.; 2017; New York, ISBN 978-0-06-286645-5) i “Crossing the Treshold of Hope”, wywiad-rzeka Vittorio Messori z Janem Pawłem II (wyd. Random House, New York; 1994; ISBN 0-679-76561-1).

Ksiązka Dalai Lamy była świetna, otwarta dla świata i ludzi. Zwłaszcza ludzi młodych. Krzyczała: bierzcie ten ster w swoje ręce, nie bójcie się zmieniać kursu żeglugi, nie bójcie się ostrzeżeń i zakazów poprzednich wędrowników. Waszą busolą niech będzie nadzieja na odkrycie lądów szczęśliwszych, piękniejszych. Podnosiła na duchu.

Wywiad z Janem Pawłem II (a było to jeszcze długo przed odkrywaniem i poznawaniem ciemnej strony jego papiestwa, jego Kościoła i Kościoła polskiego, którego był wychowankiem i współtwórcą). Ciągle żyła we mnie pamięć i szczere wzruszenie (którego się nie wstydzę i uważam za naturalne i słuszne nie tylko wówczas ale i dziś) dostając zaproszenie od naszego obozowego kapelana ks. Burniaka (byłem wtedy uchodźcą w dość podłym obozie dla uchodźców w Latinie we Włoszech) na zamkniętą audiencję dla stu osób z całego świata w Małej Sali Audiencyjnej w Watykanie. Pierwsza większa audiencja po wyjściu z Kliniki Gemelli po próbie zamachu na jego życie. Był słaby, wychudzony, kolor jego cery prawie zlewał się z nieskazitelnie białą tuniką. I coś wydawało się nam emanowało z niego, z jego słów, przekazu. Więc kiedy ponad dziesięć lat później brałem do ręki tą książkę “Przekraczanie progu Nadziei” – tego oczekiwałem. Wyjścia poza doktrynę, szerokiego horyzontu. I się kompletnie rozczarowałem. Była właśnie doktryną, była typowym papieskim ex cathedra. Więcej zakazów i zamykania okien niż ich otwierania. Czułem się duszno w atmosferze tej książki.

Raz jeszcze rzuciłem okiem na te dwa tytuły na półce. Westchnąłem lekko i wziąłem wywiad z Janem Pawłem (piękna złocona obwoluta) i bez żalu wrzuciłem ją do worka z tymi kilkoma książkami, które w dalszą podróż mojego życia nie pojadą. A książka Dalai Lamy pojedzie.

Jedna jeszcze książka-bidulka wpadła mi w oku w tym remanencie bibliotecznym. Bidulka, bo tak biednie wydana skromnie w 1947. A i pisarz, eseista dziś już chyba zapomniany (a polecam pamięci) – Jan Bielatowicz (“Passeggiata – szkice włoskie”; Jan Bielatowicz; Instytut Literacki w Rzymie; 1947 – wówczas jeszcze nie istniał międzynarodowy system inwentaryzacyjny ISBN). Pisał te szkice w czasie wojny jeszcze, właśnie jako żołnierz 2 Korpusu. Jeszcze mu latały pod nogami pociski artylerii niemieckiej w Apeninach, w drodze przez Bramę na Rzym. I robił sobie ucieczkę przed tymi pociskami, przed realnością – ucieczkę w inne, antyczne drogi przez Italię. Opisał z czułością wielką i dużym znawstwem historii starego Rzymu Cesarskiego i Republikańskiego. Passeggiata po włosku to takie zdrobnienie oznaczające spacerek, nie wielka podróż a spokojny spacer przez gaje oliwne i ruiny świątyń greckich i rzymskich. Nie będę opisywał treści. Ale warto i dziś przeczytać przed podróżą do Itali. Ocean wiedzy i uroczej wizji. Napisany piękną polszczyzną, językiem nieukrywanej poezji miłosnej. Poezji miłosnej, której adresatem nie jest Laura, Marysia czy Janek, ale kraina o nazwie Italia. Z jakąż przyjemnością, w tym bardzo dla mnie trudnym czasie, włożyłem Bielatowiczowi rękę pod ramię i razem z nim robiliśmy te passeggiata na via Appia i kilku innych starożytnych szlakach od Florencji do Brindisi.

Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Everything good must come to an end. Summer is receding from the trails and beaches of Nova Scotia. So is my presence in that province of Canada. Time to pack my beach chair … and pack my belongings after six years. For a small province that’s a long time to travel to places known and places less travelled. By now, my Dear Reader you probably know much more about this land from where the entire hemisphere sprang to life under new overlord – the Europeans. But people come and go – the land remains. And the old inhabitants from ancien time remain too – the Lnu People, of which novascotian native Mi’kmaq people are part.

My last hot and sunny day playing among the waves of North Atlantic was on Lawrencetown beach. Place I have visited over the years more than I can remember. After that I went for one more quick swim at Canada’s Ocean Playground beach by Gaetz Lake. And lovely walk to a Wildlife Sanctuary that shows tremendous affection to all kind of native creatures, who suffered some serious problems and can’t survived on it’s own. Such a tranquil place.
In a few days time I will be driving through the entire continent, traversing the same route and highways me and my John took six years ago. Back to where we begun that journey – to British Columbia. Although He can’t be with me physically – His love and spirit will. We will have lots of time to reminiscence the almost forty years of an amazing life journey. The most beautiful Journey of my life.

Next pictures from Canada’s Ocean Playground and Wildlife Sanctuary.

Imiona Rozłąki i poezja Oczekiwania

T.S. Eliot pisze w ‘Oczach które ostatnio ujrzałem w łzach”[i]:

Oczy które ostatnio ujrzałem w łzach

Przez rozłąkę

Tutaj w śmierci sennym królestwie

Złota wizja powraca

Widzę oczy i nie widzę łez

I to cierpienie moje

I to cierpienie moje

Że już nie ujrzę oczu

Oczu rozstrzygnięcia

Oczu których nie ujrzę aż

W drzwiach śmierci innego królestwa

Gdzie jak w tym

Oczy trwają mgnienie

Mgnienie trwają łzy

I wystawiają nas na szyderstwo.

Sugeruje, że wszystko więc jest nietrwałe. Nie ma nie tylko powrotu, ale i marzenie do ostatecznego, ponownego złączenia się w tym ‘innym świecie’ jest tylko szyderstwem, bajką dla dzieci. Że śmierć nie jest sprawiedliwym złączeniem kochanków jeśli w niej trwa też chwilę tylko, okamgnienie. Sugeruje poniekąd koniec światów, śmierć śmierci, a więc i nadziei. Owe ‘wystawienie na szyderstwo’ tylko, zakpienie z tej ostatniej nadziei.

Apollinaire w wierszu ‘Miłość umarła w twych ramionach’ pisze o takim właśnie oczekiwaniu powrotu miłości, o tym, że tylko szczere pragnienie wystarczy na złączenie się ponowne:

Wiosna minęła jeszcze jedna

Tyle mi dała czułych wspomnień

Zamierająca poro żegnaj

Jak dawniej czuła wrócisz do mnie[ii]

I jakkolwiek wiersz Apollinaire’a nie dotyczy rozstania ostatecznego (śmierci) a jest bardziej typowym, trochę może prozaicznym efektem rozstania – śmierci miłości a nie kochanki – wszak nadzieja na jej odżycie jest tym samym powodowana: żalem, tęsknotą, oczekiwaniem Feniksa zmartwychwstania.

W rzeczy samej pojęcie straty jest nierozłącznie związane z pojęciem pragnienia miłości, spotkania. Gdzieś musi być początek, by mógł być epilog.

W literaturze amerykańskiej pierwowzorem jest sam Walt Whitman, który nie czekając na pół-słowa i aluzje skryte za kotarą słów proklamuje wcześnie:

Proklamuję zespolenie – mówię, że winno być nieograniczone,

               Nierozdzielne,

Mówię, że znajdziesz jeszcze przyjaciela, którego wypatrywałeś.[iii]

Whitman ogłasza materialistycznej, ale bardzo tradycyjnej w normach Ameryce, że czas dozgonnej, serdecznej i cennej miłości między mężczyznami nastąpi, przybędzie.

W poezji nowożytnej archetypami Straty i Pragnienia są naturalnie „Romeo i Julia” Szekspira, „Boska Komedia” Dantego i ”Sonety do Laury” Petrarki. Nie będę tego rozwijał, bo pisałem już wcześniej tutaj rozważając znaczenie mitu wędrówki w Zaświaty w próbie odszukania oblubienicy/oblubieńca.

Zresztą czasy Petrarki i Dantego ciągle są połączone żywą poniekąd pępowiną z antykiem, a antyk wiadomo – to niekończące się wizyty, wtargnięcia w różnej nazwy Hadesy kochanków, królów, herosów i bogów. Na ogół w próbie odzyskania ukochanej, czasem władzy, powrotu na niebiańskie trony, uwolnienia porwanych za życia w ciemności nocy wiecznej. To, jakkolwiek wenie poetyckiej służy – w prawdziwej Stracie człowieka współczesnego potrafi być mitomanią irytującą.

Wiemy, że miłości są różne, więc i z różnych przyczyn Strata wytwarza inne poczucie pustki, tęsknoty. Anka Broniewska, córka poety, popełnia samobójstwo z powodu zdrady ukochanego (zdrady tym okrutniejszej, że zadanej romansem z jej matką, byłą żoną Broniewskiego), wieć to miłość romantyczna. Ale powstałe w wyniku tego wiersze Władysława Broniewskiego (porównywalne do Trenów Kochanowskiego po utracie Urszulki) są efektem miłości rodzicielskiej. Jeśli natężeniem, intensywnością dwie jakieś miłości porównać można, to właśnie miłość romantyczną i miłość rodzicielską. Być może blisko tego można też usadowić rzadkie przypadki miłości przyjacielskiej (mam tu jednak podejrzenia bardzo istotne czy prawdziwa miłość przyjacielska nie jest skrywanym pod inną nazwą uczuciem romantycznym, które z najróżniejszych przyczyn i hamulców moralno-etycznych nie ma szans na rozwinięcie skrzydeł). Broniewski lamentuje:

A ja myślę i myślę o tobie
po przebudzeniu, przed snem…
Może ja jestem coś winien tobie? –
bo ja wiem.

Na Powązkach ośnieżona mogiła,
brzozy coś mówią szelestem…
Powiedz, czyś ty naprawdę była,
bo ja jestem…[iv]

Poeta w rozpaczy po śmierci córki (wiersz pisany był ponad trzy lata po tym fakcie) wręcz przeczy rzeczywistości. Wszak niemożliwym, by Anka faktycznie zmarła – łatwiej być może śmierc upokorzyć przez sugestię, że Anki może nigdy nie było fizycznie, istniała tylko w wyobraźni ojcowskiej miłości. Jeśli tam była tylko, to jest ciągle! Śmieć zostaje upokorzona, pozbawiona swej mocy okrutnej.

Tysiące jest dróg, ścieżek wijących się, jak wąż kuszący kochanków w Edenie, które wieść mogą do starcia ze Stratą i wyzwania rzuconego śmierci. Granica między śmiercią a życiem jest podobna do linii brzegu między lądem a oceanem. Dwa światy. Ta linia może być magnesem, czymś co śpiewa cicho, zaprasza. Przecież tam jest też życie, morza nie są martwe. Trzeba tylko pójść wystarczająco daleko, wystarczająco głęboko. Przyjdzie ta chwila. Lub siąść na brzegu  … i czekać.

Waiting

once more

come back to me

I will wait for you

sitting on the yellow

sand of long beach

you will appear

from the depth

of the roaring sea

from the foam

of cascading waves

with garlands

of golden chains

weaved with seaweed

flowing down your

soft arms and your

smiles sweeter

of all other smiles

your smiles of

kissing lips and

touching hands

will come to me

on that beach

If you can

come by day

or by night

I will seat on

that beach under

sun or nightly sky

I will wait for my time

(B. Pacak-Gamalski)


[i] „Thomas Stearns Eliot. Poezje”; Wyd. Lit. Kraków, 1978, s. 127 (przek. M. Sprusiński)

[ii] tł Julia Hartwig

[iii] ‘In Walt We Trust” by John Marsh; wyd. Monthly Review Press, Nowy Jork, 2015; s.167, tł. własne

[iv] Władysław Broniewski; Wiersze i poematy, Łódź 1980, s. 350.

Tańczy mną jeszcze …

Tańczy mną jeszcze …

Ostatnie tematy były trudne, czasem podniosłe, czasem po prostu bolesne. Dużo o takiej poezji pisałem, czasem sam taką pisałem. Bo o sprawach wielkich, często ostatecznych trudno pisać lekko. Zwłaszcza, gdy ta lekkość nie mieszka już w tobie. A przecież jest życie wokół. Słońce wstaje i zachodzi potem. Ludzie dalej tańczą i się całują. Widzisz ich i zaskoczony sobą myślisz : przecież i ja jeszcze żyję. Więc wierszyk napisałem. Nie wiersz a wierszyk właśnie. Bez metafizycznych zmagań i patosu. Piosenkę w zasadzie, melodyjkę słowami a nie nutami ułożoną.

***

Ucieka świt,

przychodzi zmierzch

– a jeszcze chce się

kwaśne jabłka jeść.

Jeszcze śpiewać się chce,

tańczyć na parkiecie

dni, które nie gasną,

które nie chcą zasnąć.

Słowa, ważne księgi

zasłaniają, skrywają

widoki gwiazd hen tam,

apetyt i głód warg.

A tu podpływa łódź

i żagiel jeszcze drży,

jeszcze wiatr pachnie

morzem, ustami, winem!

Jeszcze może popłynę?

My Fort of Love, our Fort

My Fort of Love, our Fort

August 07, 24

I went there again. Maybe the last time? My time here is shrinking, time on this land perched over Atlantic, our land. Maybe in a month or so I won’t be here? Hence, I came today. To our Fort of Love, our love, our castle built on sand with solid rocks, boulders.

Yes, it still is here on this wild beach, far away from any venturing tourists. My hidden sanctuary of talking pebbles, tubal music of waves, clouds of black and white sandpipers flying in unison formations as a single body; ever present individual seagulls, pretending to be busy looking for crabs and dead clams, but observing you all the time. When I am there, I am part of that all, not a visitor but rather a feature belonging there. The flora there is very sparce and in constant struggle to survive. The dead ones are giving all their content as nourishment to the new ones. The sea and sand don’t offer much to land creatures. Occasional dead tree from far away bay or island. Not much but nothing is wasted in that austere environment. Meadows and patches of short forest on the land are separated from that spot by a big and deep saltwater lake. Sometimes, when I am tired of playing with the ocean waves, I go for a longer swim in that lake, its surface is always still like a glass. It must be incredibly deep. There is maybe three or five meters of very easy shallow water and than suddenly it just drops like from windows ledge to a dark deep water. I’m always surprised how dark and impregnable to light that water is.

The shore, where the local road ends, has a small, rocky beach. Almost always, if the weather is OK, there is a small group of locals. Three, sometimes a ‘crowd’ of ten even. They don’t come as far as where I am with my Fort. I have seen once or twice one person or a couple venturing there. You need to cross a fast-moving sea ‘river’ (natural canal connecting the lake and the open ocean) to get to my monastic desert.

But they – the locals – know that the Fort is there. It is the only man-made structure. By now they must also know me, recognize me, when I come with the same red folding chair, a stick in hand and a backpack, as I traverse the water like a hermit coming back to his cell. They see me from far away, sometimes wave to me while I gather more rocks to fix the Fort. It did survive fall, winter and spring. Many storms and big waves. But a good monk always fixes his dwelling for the glory of god – and my god is Love.

Do the locals call it a sanctuary? Maybe. Sanctuary of Love. I like it. Our love, anyone’s love. I am not at all jealous of that love. Love doesn’t belong to me. I just tend to it. She is sacred.

Maybe Venus comes here by sunrise and dances naked by the Fort? Maybe all of them, these crazy Greek gods, come: Venus, Apollo, Narcissus, Orpheus. Maybe even Helen of Troi dances with them? With whom Helen would dance? With handsome Prince of Troi or with Menelaus, her husband?  Sappho of Lesbos later explained that choice in her poem, when she argued:

Some say a host of horsemen, others of infantry and others

   of ships, is the most beautiful thing on the dark earth

   but I say, it is what you love

and few thousand years later, I agree with her wholeheartedly. But it doesn’t matter with whom they dance. Let them dance with whom they want. Let them lit the mighty sky with pyres hot of flames of passion.

August 08, 24

Hey! Yes, you Narcissus. Come here and sit by me. Don’t cry, don’t drown in unanswered selflove. Go to disco tonight. They have one in the club called Elysium. Go there, dance and let go off sorrows. Kiss someone, make love to someone, anyone for Heaven’s sake! They will appreciate you youth, vigor and looks. Me?  No, my dear boy. I have loved hundreds of times, thousands perhaps, for a day, for an hour.  Until I was confiscated, possessed, taken by Love itself. By that one special Boy. One, who become the air I breath, my blood, my waking up and falling asleep. My song and my poem.

But be aware – Love is immortal, but you are not. When The Boy (or Girl) will go (as everything temporal does) you will be broken in half. Shattered like pebbles on the beach, that are constantly thrown by huge waves until only scream remains, only cry to Heaven. But Heaven will have its gates locked by Death.

Love, dear boy, is not for timid souls. Love is only for brave or insane souls. It is Love that holds the saved obol in your outstretched hand, while pounding with your other fist at this gate. The Gates of time, of mourning, of grief. Demanding, pleading for them to be opened. With that obol as a magic key. Hoping but not knowing what is on the other side: reunion or emptiness, nothingness. Yet knowing now, when you are at these Gates, that even nothingness is better than half-living.

Love is for brave or insane souls.    

bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit