Dni temu kilka wstecz na Moje Kamienie poszedłem w porze przedwieczornej. Już się niosło ku wiośnie, już w powietrzu, mimo chłodu, dał się jej smak wyczuć. Krzewiny jeszcze nagie, jeszcze bezlistne a już się na święto Primavery szykowały. Deszczyk drobny mżył, a gałązki chwytały je warkoczami i obwiązywały się tymi tymi kropelkami niczym sznurami brylancików, perłami srebrnymi. I tak, w tych perlistych gałęziach, wiersz się był napisał. O młodości i chęciach. Taka primaverka niechcąca … a chcąca pomimo.
od Redakcji: tekst niniejszy jest fragmentem szerszej pracy naukowej prof. B. Szałasty-Rogowskiej: Szałasta‑Rogowska Bożena (2017). Antologie poezji polskiejw Kanadzie (z perspektywy antologisty). W: M. Kokoszka, B. Szałasta‑Rogowska (red.), “Antologia literacka : przemiany, ekspansja i perspektywy gatunku : seria pierwsza” (S. 186-200). Katowice : Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego.
Do kraju, o którym Zofia Bohdanowiczowa, nestorka polskiej poezji w fiedlerowskim „imperium” pachnącym żywicą, pisała:
Kanada blaskiem rozsypana,
Na dwóch lecąca oceanach,
Nie słyszy mnie i nie dostrzega
Źdźbła wiszącego na jej brzegach”,
przybyło po II wojnie światowej, bo ten okres interesuje mnie najbardziej, wielu polskich pisarzy, którzy osiedlili się głównie w Toronto (na przykład Wacław Iwaniuk, Jadwiga i Adam Tomaszewscy, Florian Śmieja, Eva Stachniak, Aleksander Rybczyński, Roman Chojnacki, Edward Zyman, Marek Kusiba), Vancouver (na przykład Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza, Grażyna Zambrzycka, Roman Sabo) i Calgary (na przykład Tomasz Wójtowicz, Antoni Wolak). Zapewne niskie poczucie własnej wartości imigrantów, ich poczucie alienacji, a także miałkości i błahości trudnej egzystencji w ogromnej wielokulturowej Kanadzie, pseudonimowane w wierszu Bohdanowiczowej ulotną florystyczną metaforą „źdźbła wiszącego na jej [Kanaday – B.S.R.] brzegach”, towarzyszyło długo niejednemu z tych twórców. Od początku jednak starali się oni zaznaczyć niejako dwutorowo (w języku polskim, a niektórzy również w angielskim swą obecność na arenie literackiej zarówno w Polsce, jak i w Kanadzie. I choć żaden z polskich poetów tworzących w Kraju Klonowego Liścia nie odniósł spektakularnego sukcesu mierzonego milionami czytelników, dolarów czy złotówek, to godne odnotowania (poza tomikami indywidualnymi, których w tym miejscu nie biorę pod uwagę) są cztery antologie poetyckie, w których pojawiły się wiersze Polaków – anglojęzyczne: Contemporary Poetry of British Columbia, opracowana przez Michaela J. Yatesa, wydana przez Sono Nis Press w Vancouver w 1970 roku, i Volvox, Poetry from the Unofficial Languages of Canada in English Translation, opracowana przez tego samego antologistę i wydana przez tę samą oficynę w Port Saint Clements rok później, oraz – najistotniejsza jak dotąd dla recepcji poezji polskiej w Kanadzie – dwujęzyczna polsko‑angielska antologia Seven Polish Canadian Poets pod redakcją Wacława Iwaniuka i Floriana Śmiei, wydana w 1984 rokuw Toronto przez Polski Fundusz Wydawniczy. Czwartą, którą moim zdaniem warto w tym miejscu odnotować, jest antologia Wiatry. Wybór wierszy w opracowaniu Bogumiła Pacak‑Gamalskiego,wydana w Surrey w 2015 roku.
Dwie pierwsze z wymienionych przeze mnie publikacji nie są oczywiście antologiami sensu stricto poezji polskiej w Kanadzie. Contemporary Poetry of British Columbia jest swoistą anglojęzyczną antologią „regionalną” czy „topoantologią”, odnotowującą wybrane wiersze poetów zamieszkujących w Kolumbii Brytyjskiej lub, jak czytamy w króciutkiej przedmowie, tych, którzy byli związani wówczas z tą prowincją Kanady. Skomponowana została przez Michaela J. Yatesa – kanadyjskiego poetę i dramaturga. Antologista spośród poetów mających jakiekolwiek związki z polskością (bo ci mnie w tym miejscu interesują) wybrał do swojej książki Bogdana Czaykowskiego (wiersze: Garden – przekład Adam Czerniawski; Didactic Verse – przekład Adam Czerniawski; Evening Scene – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; The Hourglass – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock; Ars Poetica – przekład Andrzej Busza i Michael Bullock), Andrzeja Buszę (Black – przekład polskiego oryginału Łabędzie Jagna Boraks i Michael Bullock); Tiger – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Woman with Cello and Foxes – przekład Jagna Boraks i Michael Bullock; Astrologer in the Undeground –przekład Jagna Boraks i Michael Bullock) i autora o polskich korzeniach, piszącego tylko po angielsku Mieszka Jana Skapskiego, którego jedna z recenzentek jego twórczości określiła jako „A fisher man mystic philosopher” („Rybaka, mistyka, filozofa”). Michael J. Yates zapowiadał kolejne tomy antologii poezji Kolumbii Brytyjskiej, planów tych jednak nigdy nie zrealizował.
Swoistym, aczkolwiek zakrojonym na mniejszą skalę, projektem będącym kontynuacją konceptu Yatesa zdaje się antologia, która ukazała się w 2015 roku w Surrey w kręgu współpracowników rocznika „Strumień”. Wybór wierszy, opublikowanych – z jednym wyjątkiem – wyłącznie w języku polskim, współczesnych poetów polskiego pochodzenia zamieszkałych na Zachodnim Wybrzeżu, zarówno w USA, jak i Kanadzie, czyli Andrzeja Buszy (Vancouver), Leszka Chudzińskiego (Seattle), Bogumiła Pacak‑Gamalskiego (Vancouver), Karoliny Piotrowskiej (Vancouver) i Grażyny Zambrzyckiej (Vancouver), nosi tytuł Wiatry. Redaktor antologii – Bogumił Pacak‑Gamalski – uzasadnia dobór autorów zaprezentowanych w książce w sposób następujący:
Kierowałem się raczej odmiennością poetyki, wpływów różnych szkół estetycznych i rozpiętością generacyjną niż jakąkolwiek arogancką oceną talentu czy „ważności” autorów.
W sposób poetycki tłumaczy też w Słowie wstępnym tytułową metaforę antologii:
Oto i wiatry znad Pacyfiku, wiatry wolności i szczęścia wolnej twórczości. Są w nich pokłady „wtórne” (a więc wiatry obrzękłe obrazami z przeszłości, obrazami osób i miejsc, bo poeta – mimo prób syzyfowych –od przeszłości czasoprzestrzennej uciec nie może) i pokłady obrazów, refleksji wybiegających ku nowym brzegom. Jest zapis duszy i intelektu autora. Zapis pewnej pasji, potrzeby nazwania czegoś, bez którycho jakiejkolwiek twórczości mówić nie można. Jeżeli poezja sama wiatrem nie jest (choć z metafory wietrznej korzysta wielokroć), jest śladem tego wiatru dziejów i człowieka, jest odciskiem wiatru na fali, na nadbrzeżnym piasku plaży, w koronach drzew. Śladu nas.
Antologia ma zatem prezentować dorobek polskich poetów związanych z Zachodnim Wybrzeżem, tak się jednak składa, że większość (Andrzej Busza, Bogumił Pacak‑Gamalski, Karolina Piotrowska, Grażyna Zambrzycka) z przedstawionych autorów zamieszkałych w kanadyjskiej Kolumbii Brytyjskiej stała się wizytówką tego właśnie regionu. Książka wydana w Kanadzie jest skierowana do czytelnika polskojęzycznego, ma więc przede wszystkim propagować twórczość w języku polskim wśród Polonii kanadyjskiej, ale też dotrzeć do odbiorcy w kraju.
Antologię otwiera zbiór wierszy Andrzeja Buszy zatytułowany Wyrosło nade mną niebo, złożony z utworów nowych w tłumaczeniu Romana Sabo (na przykład Wiosna, Buciki), ale też tych, które powstały już dość dawno oryginalnie po polsku (na przykład Omnia mea mecumporto czy Powrót). Wybór wierszy, celowo chyba ignorujący chronologię ich powstawania, odkrywa ciekawą i wcześniej niezaakcentowaną nigdzie aż tak mocno stronę poezji Andrzeja Buszy. Podkreśla jej dwubiegunowość, balansującą między subtelnym zachwytem nad urodą życia i świata a, będącym cechą „dystynktywną” tej twórczości, wanitatywnym spojrzeniem melancholika, które najlepiej opisują słowa wiersza tytułowego:
kiedy staję na palcach
by zanurzyć dłoń
w jasnym powietrzu
spod stóp ucieka mi ziemia
jak wahadło
zawieszone
na iglicy zenitu.
Następnie prezentowani są kolejni poeci Zachodniego Wybrzeża, wśród nich Leszek Chudziński, którego twórczość ze względów geograficznych tu pomijam, Bogumił Pacak‑Gamalski – poeta melancholijnych, dość fabulacyjnych wierszy o upływającym czasie, Karolina Piotrowska – autorka wierszy zaskakujących świeżością metafory, somatycznych i metafizycznych jednocześnie, budująca intensywne obrazy poetyckie, oraz Grażyna Zambrzycka – jedna z najciekawszych współczesnych poetek polskich, potrafiąca ożywić przeszłość, aby wytłumaczyć teraźniejszość.
addendum
tłumaczka wierszy A. Buszy (i innych wierszy polskich poetów w Kanadzie) Jagna Boraks – to znana dziś pod małżeńskim nazwiskiem Lillian Boraks Nemetz; wiersze Karoliny Piotrowskiej były napisane w języku angielskim i tłumaczone przez Bogumiła Pacak-Gamalskiego
Zainteresowanych nabyciem nielicznych już egzemplarzy “Wiatrów” proszę o kontakt mailowy przez strumien.rocznik@gmail.com
Onegdaj publikowałem tu cykl o poetach mojej młodości więc sięgało to do poetów i poezji lat sprzed 1939, którzy jeszcze w latach 60., 70., a nawet 80. mieli znaczenie, żyli w świadomości młodego czytelnika. Znalazło się tam też kilku poetów polskich z mojego pierwszego emigracyjnego doświadczenia[i] i dwoje z Kanady – Wacław Iwaniuk i Barbara Czaplicka. Wspomniałem też o dwóch wybitnych poetach emigracyjnych: Bogdanie Czaykowskim i Andrzeju Buszy, z którymi miałem przyjemności mieć bliską znajomość i współpracowałem z nimi w Vancouverze. Ale wymieniłem ich tylko z nazwiska, nic o ich twórczości nie pisząc, bo kiedy z nimi pracowałem nie byłem już ‘człowiekiem młodości’ i w temacie się to nie mieściło.
Dziś odnalazłem kilka brulionów poetyckich mniej znanych, a bardzo ciekawych poetów z Kolumbii Brytyjskiej. W większości dziś zapomnianych, ze szkodą dla literatury polskiej. Ich twórczość przypadała na lata przed połączeniem polskiej poezji i literatury z polska twórczością emigracyjną.
1.
Zacznę ten tekst od Anny Galon. Była jedną z najstarszych poetek i tłumaczką literatury, z którą współpracowałem. Córka znanego oficera piłsudczyka pułkownika Zbigniewa Brochwicz-Lewińskiego. Jej życiorys był dość skomplikowany i trudny. Dzieciństwo i bardzo wczesna młodość w Polsce przerwane wojną, ucieczka przez Rumunię z rodziną, znalazła się potem we Francji, gdzie zaczęła szkołę średnią. Kapitulacja Francji i wyjazd z ojcem z wojskiem polskim do Szkocji, gdzie studiowała po wojnie. Za namową męża (muzyka-pianisty) wrócili do nowej Polski. Po wielu latach i różnymi drogami znalazła się w Ottawie w 1984, a w 1998 przeniosła się do Victorii. Mimo różnicy całego pokolenia byłem więc sam ‘emigracyjnym seniorem’ wobec niej. Prowadziliśmy liczne rozmowy na tematy literackie i imponowała erudycją w tym temacie. Na moją prośbę przetłumaczyła bardzo dobrze szereg wierszy znanej poetki kanadyjskiej P. K. Page, których część opublikowałem w roczniku „Strumień”. Była bardzo aktywna (mimo poważnych schorzeń, które ograniczały jej mobilność) w kanadyjskim świecie muzyczno-literackim w Victorii. Zmarła w Victorii w 2013.
Z łam „Strumienia” przytoczę dwa jej dość charakterystyczne wiersze:
W 2004 wydała własnym nakładem tłumaczenia swoich wierszy na język angielski w skromnym tomiku “Stashing for a rainy day”. Niestety, nie był asygnowany jakimkolwiek krajowym lub międzynarodowym oznaczeniem katalogowym.
2.
Ciekawym młodym poetą, którego też publikowałem w ‘Strumieniu’[iv] jest Bolko Rawicz. Poeta do którego raczej nie można dodać przymiotnika ‘polski’ ze względu na język, w którym tworzył. Kanadyjczyk polskiego pochodzenia, wyjechał z Polski z rodziną w wieku 10 lat, którego wierszy nigdy bym pewnie nie poznał, gdyby nie jego dziadek, który zwrócił mi na poezje ukochanego wnuka uwagę. Tworzy w języku angielskim. Wnuk jak i dziadek byli matematykami, specjalistami tej całej magii matematyczno-komputerowej. A tu poezja. I dobra. Pisze do dziś i publikuje, uczestnicząc w Vancouver ‘s Poetry Slam od tamtych lat do obecnych. Z moich badań wynika, że wydał dwa tomiki poezji : ‘A voice regained”[v] i „Something to believe in” [vi]. To spotkanie z inną, bardzo współczesną i zdecydowanie pobawioną wszelkich parnasistowskich ciągotek poezją. Czasami jest to wręcz poetycka publicystyka społeczno-polityczna, komentarz socjalny, społecznościowy napisany wierszem. I taki wiersz na ważne tematy socjalne przeczytać pewnie wygodniej i łatwiej innemu zaangażowanemu młodemu Kanadyjczykowi niż długie wywody nudnych dziennikarzy. Tu – w poezji – w jednym słowie można zamknąć cały skomplikowany wywód.
Choroba dotknęła go stałą szkodą ciała, co z wiekiem, dojrzewaniem zaprowadziło go do wierszy innych, refleksyjnych, introwersyjnych. W wieku młodym tego typu schorzenia mogą kłaść się wielkim cieniem na człowieka. Przytoczę więc przykład właśnie tych dwóch, odmiennych poetyk. W tym drugim, refleksyjnym i głębokim, następuje też pewna metamorfoza wyzwolenia przez akceptację miłości – Feniks wzlatujący w przestworza. Ten wiersz mnie zawsze wzruszał, budząc nadzieję, że uczucie wielkie niezmiennie wyzwala.
Wiersz pierwszy ze stron „Strumienia” w 2011.
Whale song
You were just sitting
on the sandy beach,
when suddenly appeared
a whale who made speech
‘we had to break the silence,
to talk about the violence
to the land and to the sea,
and to blow our cover
we had to all agree.
and we waited long to see
if humanity would be
wiser before we
told of our technology
for some different energy,
but we did begin to see
more of you the light to see
and you would understand
our philosophy,
but we are running out of time
and we’ve got to end the rime,
because we can’t resist
fearing soon we won’t exist
if we let this destruction persist,
but we are coming to you in peace
and want you to decrease
the use of gasoline
and ask you to police
the oilmen in the three-piece
suits not to exceed
in all their greed,
and with the whalers plead
to not make us so bleed.” (Rocznik “Strumień” , Nr.7, 2011, s. 17)
From a-dark brightly
A time faraway of past
love had left me
bitter and afraid
my spirit darkening,
and descending,
into a realm betwixt
wakefulness and sleep,
like a sunken flower
once touched
by a glimpse of sun,
long since un-searching
of light.
Many of years hence,
like a bird forsaking
the shelter of its tree
to seek the world without,
alas only
to stumble and fall,
its wings having forgotten
the memory of flight,
my spirit stirred
with the yearning
to be free,
but unaccustomed to the bright,
returned again imprisoned
as it once more was struck
by the blinding light of love.
But this very soul,
the luminance she bestowed
proved eminently more kind,
attuning her strength
of energy to heal,
awakening my spirit
to inspire it to rise,
on its way to soar.
Nonce friendship has led me
onto a better path. (z tomiku “a voice regained”, s.18)
Zawsze fascynowała mnie jego swoboda używania języka, tak charakterystyczna dla poezji mówionych improwizacji. I bez wątpienia miała na to wpływ tradycja owych Poetry slams w Vancouverze.
3.
Jedną jeszcze, dziś zapomnianą a wartą przypomnienia, poetkę musze przypomnieć – Halinę Gur-Jazłowiecką z Victorii w Kolumbii Brytyjskiej. Przykład – w jej wypadku par excellence – poetki emigracyjnej. I biograficznie i w używanej poetyce, stylu. Dziś zdaje się kompletnie zapomniana. Urodzona w Warszawie w 1923, w latach okupacji studiowała na tajnych kompletach w Wyższej Szkole Dziennikarskiej. Żołnierka Służby Kobiet AK w Powstaniu Warszawskim. Później więzień obozów jenieckich w Fallingbostel, Bergen, Oberlagen i Niderladen, gdzie poznała męża. Po wojnie znalazła się w Anglii, skąd wyemigrowała do Kanady i zamieszkała w Victorii. Publikowała w prasie emigracyjnej kanadyjskiej, amerykańskiej i francuskiej. Nie mam jednak żadnych śladów kiedy, gdzie i co dokładnie. Były to lata, gdy wydawnictwa powstawały i upadały później na długo przed cyfryzacją zbiorów, a wszelkie archiwa były też bardzo nietrwałe. Nie mam też informacji kiedy i gdzie zmarła. W rodzaju poetyki i losach ‘niepamięci archiwalnej’ przypomina bardzo Barbarę Czaplicką, o której pisałem we wspomnianym już tu eseju „Poeci mojej młodości”. Jako iż życie i losy nasze indywidualne są właśnie nietrwałe, a sam jestem w takim punkcie ‘nietrwałości’ i wielkiej burzy zmian – nie mogę być pewny czy wszystkie moje dokumenty prywatnego archiwum te moje burze przetrwają i dotrą ze mną tam, gdzie na końcu tej drogi się znajdę. Spieszę więc spisać te nazwiska, które bez najmniejszej wątpliwości powinny przetrwać. Naszego polskiego wędrownictwa po 1939 – aż do czasów emigracji doby „Solidarności’. Im bliżej tego roku 1980 – tym więcej wiedzy, trwałego zapisu archiwalnego mamy. W dekadach wcześniejszych różnie z tym bywało.
Bodaj najbardziej charakterystycznym wierszem Gur-Jazłowieckiej był uroczy, z dużym cieniem goryczy, napisany w Edmonton w Kanadzie:
Tym więc zapisem składam im swój ukłon i podziękowanie za jakże często gorzką pracę na łanie ukochanej polszczyzny.
Rzeczywistość epoki emigracyjnej od lat 40. poczynając aż prawie do lat 80. była zupełnie inna od epoki Międzywojnia z jednej strony a epoki post-solidarnościowej z drugiej. Ci, którzy publikowali i byli trochę znani przed 1945 mieli szanse dużo wieksze na przetrwanie i na kontynuacje twórczości. Celowo piszę ‘przed 1945’ a nie ‘przed 1939’ jak się stosuje najczęściej i jest to poważnym błędem historii literatury polskiej. W tym wypadku cezura 1939 jest mylna, bo aż do 1945 istniały instytucje Państwa Polskiego w Londynie i jego przedstawicielstwa poza Anglią i istniały fundusze i wydawnictwa i środki finansowe Państwa Polskiego, które mogły i były używane na cele wydawnictw literackich, kulturowych. Więc w zakresie literatury i kultury polskiej istniała pewna ciągłość, mecenat i nawet skupiony rynek czytelniczy z państwem, tradycją i możliwościami Państwa sprzed 1 września 1939. Poza – naturalnie – terytorium tego państwa. Ta rzeczywistość i pewien mecenat quasi-państwowy uległy bardzo szybko zanikowi, ale w okresie przejściowym był niezwykle ważny. Pozostały pewne ośrodki centralne, które dzięki temu kapitałowi oryginalnemu potrafiły kontynuować wydawnictwa i namiastkę życia literackiego. Niezbędne było też posiadania odpowiedniego licznego zaplecza czytelników lokalnych. Londyn, Edynburg, Paryż i kilka jeszcze mniejszych ale silnych wystarczająco miast w Europie; Nowy Jork w USA, Toronto i Montreal w Kanadzie. Wszystko inne to była … prowincja i pustynia czytelnicza. To nie były czasy social networks, social media, czy nawet czegoś tak archaicznego, jak poczta elektroniczna.
Stąd ci, którzy tą kulturę polską rozwijali, pisali i wydawali poza tymi kulturowymi centrami – istnieli głównie tylko lokalnie. Tak, były nawet lokalne polskie gazetki, były spotkania w jakichś klubach, salkach parafialnych. Można było na maszynie do pisania i powielaczu, ręcznej drukarce wydać nawet mały tomik dla 30, 50, może nawet 100 sób – i to wszystko. Ta pierwsza fala emigracyjna i chyba większość aż do lat 70. zrobiła też jeden kardynalny błąd – nie potrafiła i nie umiała przekazać tego bakcyla polskości i wyższej kultury polskiej pokoleniu swoim tu urodzonych dzieciom i wnukom. Widziałem to wszędzie i każdy mi to mówił. Co najmniej jedno pokolenie tu urodzonych, wychowanych i wykształconych Kanadyjczyków polskiego pochodzenia utracono na amen. Jednostki nieliczne, które z tej reguły potrafiły się wyłamać były tym właśnie – jednostkami a nie regułą. W takiej atmosferze, bezwzględnie przygnębiającej dla lokalnego twórcy polskiego, niektórzy zmagali się i dalej pisali, lokalnie publikowali. Aż odeszli. Mam na myśli te faktyczne, biologiczne odejście. Odeszli przed zrozumieniem wagi ich pracy, przed powstaniem możliwości cyfryzacyjnych. Czyli w świat niebytu. Znikały nawet tu i ówdzie zakładane małe ale jednak archiwa. Ktoś umierał i ktoś następny wyrzucał archiwum na śmieci. Można ironicznie ale i dość rzetelnie powiedzieć, że o szansie przetrwania w pamięci historycznej decydował nie zawsze tylko talent – decydowało też miejsce zamieszkania. Adres.
Inne czasy, mili moi. Tak, były kiedyś takie. I to wcale nie w dobie dinozaurów ani księcia Popiela na wyspie goplańskiej.
Every day starts with waking, and getting up from bed. Doesn’t matter if it is noon or 5 in the morning. Time is a very subjective thing. On days I don’t have to go to work (most of the time, since I officially stopped working for any company more than six years ago) and don’t have any appointments – I don’t look at watches or clocks. I do things when it is time to do these things, without assigning any number to that time.
Besides, time has stopped for me in November 2022. On the first night (was it night?) I fell asleep after You were gone. I wish I had not woken up. Waking up after that very first sleep is a daily routine of terror. The few seconds before you are certain that it is reality, that you are awake. When I am forced again to know that You are gone. Not to the kitchen to make us a fresh morning coffee, which you did every morning religiously for more than three decades. No – You are GONE. I have to go through that terror every single day while getting up. For 467 days, as of today.
Sometimes, just before I finally drift off to sleep, I wish, I pray, that it is the last time. That I don’t have to wake up again.
When I sleep I often meet You and talk to You. I think, sometimes I make love to You. That we are watching TV or go for a drive in the countryside.
You are my Eurydice, for whom I went to Hades to plead, to argue with the God of the Underworld, that he made a mistake. I beg him, I threaten him. I offer him love and hatred, devotion and disdain. To no avail – he is unmoved. In my dream, I write a poem to You in Italian. When I get up from my sleep I remember that poem and copy it, surprised that I retained more of my old Italian than I thought.
Dove sei, Euridice?
Dove sei, Amore mio?
Mostrati e parlami d’amore.
Ricordare! Non fermata
e non guardare indietro.
Ricorda, mio caro …
ricorda, ricor… , ri…
e piango, perché so
che ti volterai.
Ogni volta.
Today I stopped in a little park De Volf in Bedford. We used to go there many times and both liked it. It is a small park but there is something sweet and romantic about it. It offers a nice view of Halifax, our bridges, and Dartmouth. Next to it is a big building of the company that you worked for – The Berkeley. You didn’t even have that much time to work for them, yet You did leave a special mark on the senior residents of that building and all the staff. Your innate goodness emanated from you as everywhere you worked before. I will never forget and still am moved to tears how they organized a special memory meeting for the residents and staff in their main hall. It was full of people. Wonderful people, who came to share their memories, and their sorrow and offer their support to me and Your siblings, who came for Your final journey.
It was a cold but amazingly sunny day. I really enjoyed the walk and reminiscing about our strolls there. For a short while You – my Eurydice – walked with me. You didn’t turn back, didn’t look back. You walked with me. Maybe I even felt Your hand in my hand.
I know that the terror of getting up will come back tomorrow. Then again, and again for the rest of my days. But the walk today was good. Thank You, Babcycake. Gracie, mia Euridice.
The first panel of marble triptych by Hildreth Meiere representing The Pillars of Herakles (Centre for Hellenic Studies in Washington, DC)
Love is a strange thing, and the price you pay for it is enormous. But you pay. For a dream that is priceless. The higher is the heaven, the bliss of it – the higher is the cost. Have you known – would you have asked for it?
Let me tell you a story. There was a young man, who wandered the world from the high peaks to the deep valleys, and even deeper than the valleys. He went to the abyss of the underworld, the dark caves full of desires, hunger, and thirst. Long hands and longing eyes followed him there in the caves. The caves were like a labyrinth, one leading to the other. There, he saw a silhouette of a boy crying for love not found, for a dream not fulfilled yet. That silhouette, the shadow was – he knew it instantly – his own dream. A dream that did not want to be a dream anymore. It wanted to be born. To live. The young man heard the plea of this boy and the plea of his dream. He ran after the boy, grabbed his arm, and didn’t let go. It is a long story re-told many a time. It was said that they lived happily ever after for a long time.
Like any long story, sometimes they are too long. People heard of the ending from others and never bothered to read it to the end themselves. But re-told stories change, and people soon forget where or from whom they heard it. They stopped reading it altogether, relying on the version they had heard from others. As the others relied on those, who told them. Over time the story changed, becoming a different one.
No one truly knew what happened to the young man, when he was not young anymore or what happened to the boy rescued from the cave.
I will tell you the story of the old man, who used to be that young man.
He doesn’t go to the caves, deep valleys, or mountaintops anymore.
The boy became his. He has answered his dream and the dream of the boy. They built a house on a treetop and watched the mountains weaving long shawls of rainbows flowing slowly to the valleys. Sometimes they would climb down from the treehouse and wander in the meadows below, drinking from streams, and singing with birds.
One day, after many years of happiness, the boy went further exploring the valley. The man followed him. They came upon a place where the stream enters a big river. The boy – a man by now himself – said: I will go for a swim in this river and jumped into it. He disappeared under the water and was not coming back to the surface. The man – an old man by now – jumped after him. He has found him ensnared in the long roots of the nenufars. He frantically ripped the snarls and brought the lifeless body to the surface. He tried for a very long time to push the boy’s life back into his lungs, and he screamed to the birds to help him. They came and tried with their wings and beaks to revive the boy. But, as the old man, they couldn’t. The boy was no longer.
From then on, the old man left the valley and wandered for eternity the earth. Looking for the boy, hoping that he appears somewhere. If, by miracle, he has found himself in the caves, why wouldn’t it be possible that he will find him again? His anguish was unbearable. Even the birds couldn’t sing when they flew by him. He came to the Edge of the World and asked the Big Water: why? The Big Water thought for a while and answered him with its own question: your sorrow has moved me, old man. I am Everything, the Past, and the Future. The Present has engulfed you in anguish beyond your strength. If the price of your past is too high to carry, I can grant you a gift seldom given to anyone.
The old man raised his eyes and trembling with timid hope, asked: O, Big Water, would you return my boy to me?
The Big Water answered: there is no return from not being. But I can change the Past, I can change the event that led you to the meeting of the boy. Ever. Thus the cause of the anguish will be gone. You can’t grieve something you have never had or known. That is the price.
The old man looked in horror and screamed at the Big Water: Would you, Everything, ever accept a deal to become Nothing? Your price is too high to pay. I will keep my sorrow and will walk with it till the end of my journey.
I saw the old man when he turned away from Everything and started walking along the shores of The Edge of The World. With time he slowed down, yet he kept going. At a certain junction, the Edge of The World separated from the Big Water and became the Edge of Non-ending Abyss. There, the cliffs of the Edge were vertical like the Pillars of Heracles. He knew that he reached the end of his journey. The old man sat and rested a bit looking down the massive cliffs where below a thick cover of white clouds was the invisible Abyss. His arms raised a bit with a sight and he slowly got up making a step toward the Edge. Then he froze for a moment, turned his head, and looked. He saw, far from the Edge, mountain peaks towering above deep green valleys and a forest with tall trees. He thought that he could hear the song of birds flying in the forest. A happy tear rolled down his cheek and a broad smile appeared on his face. And the old man was sure that for a moment he saw a boy waving toward him from one of the tree tops. The boy was singing the song of the birds and smiling at him. He called to the old man: don’t be afraid, come to me, I’ll wait for you!
Did the old man jump the cliffs, you asked? I do not know. But he anguished no more.
Czemu wołasz mnie Syriuszu, lampo nocnego nieboskłonu? Czemu żądasz: pisz o mnie Pieśń Pochwalną?
Ja już pisać nie potrafię, a ty nie masz prawa wymagać ode mnie peanów na cześć twej świetności i świetlności pozaziemskiej. Lubię cię oglądać na zimowym nieboskłonie, gdy mija cię Księżyc popędzany batem rydwanu Wielkiej Niedźwiedzicy. Ale nie, nie jestem twoim oblubieńcem ani ty moim. Lubić spoglądać a kochać – to nie to samo miły, choć nieco zadufany w sobie Syriuszu. Ale, aby przyjemność ci zrobić, pomyślałem, że jeśli nie pean, to chociaż fotograficzny portret ci wymaluję nocą.
Ubrałem się koło północy w ciepłą kurtkę, buty z cholewami na głęboki śnieg i zszedłem nad wodę. Woda, sama zazdrosna, zgotowała pokaz bardziej kolorowy, świetlisty niż nieba ponad nią. Odbijała światła portów, mostów, latarń. Tak, jakby jakiś francuski impresjonista sam ją malował. Powiedzmy Bal w Le Moulin de la Galette pana Renoir’a. Lub coś w tym rodzaju. Ale to wodne odbicia, naturalne i lokalno-ziemskie. Jasno było, bo te światła i od wody i śnieg wokół bialutki. Już trójnóg kamery ustawiałem i spojrzałem w niebo. A tu ic. Zaciągnęło grubą kotarę nisko nad horyzontem. Śladu nieba i gwiazd jakiegokolwiek.
Więc zadrwiłeś sobie ze mnie drogi Syriuszu. Niech ci będzie. Nie będę się dąsał. Ale pieśni ci nie napiszę i tak, ani peanu z wersetami, ustrojonymi niczym falbanki halek moich babek i prababek. Nie dąsaj się i ty, nie do twarzy ci z grymasami. A twarz masz piękną, świetlistą. I będziesz wiecznie, nie jak ja. Ponoć masz jeszcze ponad 190 tysięcy lat. Nie, nawet nie ziemskich ale kosmicznych, a kosmiczne lata są tysiące dłuższe niż nasze. Nie będzie już Wenus, którą o świcie czasem podglądam. Pewnie i Ziemi też. Po mnie już śladu najmniejszego, nawet mikroskopijnej cząstki promieniowania węgla lub wodoru, które są moim budulcem zasadniczym.
Rozpływam się zresztą już teraz w czasie ziemskim, praktycznym. Jest mnie mniej każdego dnia. Więc kurczy się też moje pisanie. Wszak nie wypada stale pisać o przeszłości. A przyszłość przede mną nikła zaiste. Nawet ziemskim czasem odmierzana. Uśmiecham się jeszcze do gwiazd i gwiazdeczek ale już skromnie i bez głodu. Nie będę pił w kryształowym pucharze ambrozji gwiazd zmieszanych z winem leżakowanym latami doświadczenia. Nic nie mam do zaoferowania: ani sonetu, ani sonaty. Epos? Jeśli, to nie epiczny i bardzo prozaiczny.
ODBICIE Patrzę w lustro dotykam dłonią zimnej płaszczyzny która odbija moją twarz jej rysy rozpływają się w falującej wodzie szkła z każdym dniem jest mnie mniej staje się niewyraźny nie podobny do siebie
Nadejdzie moment gdy nie poznam tej twarzy patrzącej na mnie z lustra nie będę wiedział która z nich będzie mną ta odbita w lustrze czy ta patrzące w nie
There are bad days. They come. I didn’t know that my emotional construction was still so fragile. Someone said something or wrote something to me, possibly in good intention – and everything fell down as a house of old rocks tumbling down in a cloud of dust. Cloud of dust and insecurities, despair. Everything I tried so hard to put together on my ocean beaches last summer – was taken away by a wave that came and washed it to the bottom of that ocean.
One of the very first lines I wrote after You were gone, after I tried to find traces of You, of us, on some trail we used to walk together – and I couldn’t find You anymore – felt like that exactly: insecurity, lost. Maybe even angry – why am I here if you are not?
I have simply called these short lines: ‘Woods’. The woods I ventured in and got lost. Couldn’t find my way back. Last night and today it felt like that – to be back in these woods.
The Woods
I’m in the woods, surrounded by trees. The sun filters through the leaves, creating a dance of light and shadow. The breeze caresses the branches, making them sway gently. The air is fresh and warm, but not too hot. It’s a perfect day for a walk.
But I’m not here to enjoy the scenery. I’m here to find you. You ran away from me, and I don’t know why. You didn’t say a word, just took off into the forest. I followed you as fast as I could, but you were always ahead of me. I called your name, but you didn’t answer. You didn’t even look back.
The terrain is rough and uneven. The ground is covered with dead wood, roots, and rocks. I’m not as agile as I used to be. I’m not a young buck anymore, confident in my strength and speed. I stumble and fall, scraping my hands and knees. I get up and keep going, hoping to catch a glimpse of you.
But you are nowhere to be seen. You are hiding from me, or you have already gone too far. You are out of my sight and out of my reach. I don’t know where you are, or if you are safe. I don’t know what you are thinking, or what you are feeling. I don’t know if you still love me, or if you ever did.
Maybe it wasn’t even an actual walk in the woods? Can’t remember anymore. Maybe it was a written record of one of my many nightmares, being half awake and half-asleep? Don’t know – there are days from these early times that are gone from my memory altogether, weeks like that. I know that they were, that I was there, too. Remember every detail, every second of You collapsing in my arms, the ambulances rushing to our home, every day and night in the hospital – and not much more after that. Just pieces of existence like a broken string of pearls rolling on the floor.
That’s that dark place I crumbled to last night and this morning. And You were not lost and gone, not hiding from me. You were right here and You guided me to a memory. The memory of a trip we took in 2016 to Alberta, our last trip to Alberta (apart from the huge trip across the continent to the shores of the Atlantic). We took a different route, a longer one, the one leading up North toward Valemount and through Highway 16 toward Jasper. But first, before reaching Jasper, one has to drive with the view of the massive, majestic Mount Robson. The highest mountain in the Canadian Rockies. Many, many years earlier I did a little climbing on this giant. Never reached the top, nor did I attempt to. Just wanted to do a bit of climbing on it and remember reaching some shelf-ledge on its steep wall, sitting on that ledge, and be amazed by the panoramic view in front. In 2016 we reversed the roles, we were the ones at the bottom in some valley, and the huge giant was looking at us from high above. It was amazing, the day was sunny, and practically there was no traffic. Remember embracing John and we both just admired the view. It felt good. We both liked going back on many visits to Alberta, especially John. After all, it was his home, where he grew up, where he went to school, his adolescence … and us at the end. We met there, and fell in love. That memory of that trip lifted me from that awful pit I fell into again.
In the late XVIII century, following the French Jean-Jacques Rousseau’s turn to feelings and emotions – the Germans introduced us to Sturm und Drang. Of course, only the Germans and German language can come up with such a militaristic-sounding term for literature and paintings reflecting deep emotions, love, romance, and tragedy, LOL. That is exactly how I felt on the North Atlantic shore for the past few days – a non-ending storm with heavy snow and a constantly overcast sky. Not even a wink from the Sun. Nada, zilch.
Skutkiem francuskiej – naturalnie – perwersji uczuciowości Rousseau, Niemcy obdarzyły nas czasami Burzy i Naporu (Sturm und Drang) Romantyzmu. Tylko język niemiecki i niemiecka mentalność tak potrafi nazwać okres rodzenia się sztuki poświęconej miłości, romansowi, legendzie i tragedii, LOL. Napór i sztorm brzmi bardziej jak rozkaz niż, jak wyznanie. Jakże biedny Werter nie mógł nie cierpieć, jeśli takimi rozkazami wyznawał swą miłość dla Lotty?!
Tak się właśnie czułem ostatnie kilka dni na brzegach Północnego Atlantyku w czasie niekończących się wichur i śnieżnych nawałnic. Ni źbła choćby słoneczka na moment. Zero.
Więc gdy dzień pięknym, różowym wschodem dziś się ukazał, a karminem zachodził z wieczora – z kamerą poleciałem go gonić po Moich Kamieniach. Naturalnie, że przesadzam. Nie goniłem a potykałem się w zaspach powyżej kolan, wspomagając się swoim kosturkiem. A ten śnieg bieluśki, ta woda i stalowa, i srebrna, i różowa do zdjęć, jakby pozowały.
Świat stał się czymś spoza, jakby zaistniał obok. Widzę go przez okno, czasem wychodzę do niego jakieś sprawy załatwić, coś zrobić, pojechać na jakąś plażę, pójść na koncert lub wystawę. Gdy wracam do domu gdzie on nie istnieje, zostawiam go za drzwiami i za oknem. Nie potrzebny mi do niczego. Tylko przeszkadza swoim tłokiem, gadatliwością i kompletną powierzchownością. Jakby tym całym i stałym ślinotokiem słów usiłował nadać pozory ich głębokości, ważkości. A w sumie to kompletna płycizna ledwie stopy łechtająca.
Jest bardzo prawdopodobne, że ciągle są ciekawe indywidualne światy innych ludzi, ich prywatne kosmosy. Ciągle poeci publikują wiersze, malarza pracują przy sztalugach, filozofowie – tak mało tych prawdziwych się ostało – szukają sensu bytu i dotknięcia jego paradoksu, kompozytorzy komponują. To mnie trochę zajmuje jeszcze, ciekawi czasem. Bardziej z ciekawości niż autentycznej potrzeby. Dla mnie już wystarczy tych kilka tysięcy lat poprzednich badań badaczy i twórczości twórców. Kolejne niewiele nowego i odkrywczego prawdziwie już mi nie zaoferują. Po oswojeniu się w wiekach XIX i XX z myślą, że jednak wszystko jest możliwe, a nic definitywnie określonego początkiem, kształtem, formą i końcem nie ma – filozofia umarła, a sztuka jest wszystkim i niczym jednocześnie.
Pozostali jeszcze bogowie i wierzenia. Ale z tymi zerwałem wszelki kontakt już dawno. Zbyt wiele świństw zrobili lub pozwolili na zrobienie w swoim imieniu, bym jakąkolwiek na nich uwagę zwracał. Zakładam zresztą, że ich nie ma. A jeśli są – niech się kiszą we własnym sosie samozachwytu.
Po prawdzie nie jestem zadowolony kompletnie z faktu, że żyję jeszcze. Tak, jak z tymi nowymi badaniami i nowa twórczością – do niczego mi już to niepotrzebne. Pewnie jest jakaś doza lęku egzystencjalnego. W końcu życie to najstarsze chyba tabu tego zwierzęcia zwanego homo sapiensem. Ale przede wszystkim niechęć zrobienia przykrości wielu osobom bardzo bliskim, a zwłaszcza tym, którzy w jakiś sposób fizyczno-prawny musieliby konsekwencjami się zajmować. Byłoby to poniekąd świństwo z mojej strony, taki trochę nihilizm moralny wobec nich.
Nie. John mi nie zrobił świństwa. On sobie tego nie zaplanował, przeciwnie – żal mu strasznie było odchodzić, nie chciał. Jeszcze chciał byśmy doszli dokąd nie doszliśmy, by był pewien przedsmak dokończenia, epilogu.
Może więc zbuduję świat alternatywny. Nie ten sam który był, a już go nie ma bezpowrotnie. Ten, który mógłby być. Będzie tylko wewnątrz naszych czterech ścian. Będę wychodził po zakupy i gazetę i po powrocie będę ci opowiadał, co nowego się za oknem zdarzyło. A wieczorami będziemy robić długie podróże do miejsc, w których kiedyś byliśmy.
Kto wie, może uda mi się cię namówić na nowe dalekie trasy. Pojedziemy do Paryża. Kocham Paryż! Oprowadzę cię po znajomych uliczkach, posiedzimy na schodach pod Sacré-Cœur i wytłumaczę ci całą panoramę w dole. Potem oczywiście na Montmartre, w kafejki, w sprzedawców obrazów, w ramiona gawroszy. Wieczorem pójdziemy na nocny długi spacer bulwarami sekwańskimi. Od Île de la Cité aż pod Łuk Triumfalny. Tylko się nie wyrywaj i nie śmiej się – będę musiał cię całować. Bez całowanie się nie ma najmniejszego sensu iść nocą tymi bulwarami. A inni? Daj spokój. Czy naprawdę nie zrozumiałeś jeszcze, że tylko my ich będziemy widzieć, a oni nas nie będą mogli? To takie proste, Babycake!