Tańczy mną jeszcze …

Tańczy mną jeszcze …

Ostatnie tematy były trudne, czasem podniosłe, czasem po prostu bolesne. Dużo o takiej poezji pisałem, czasem sam taką pisałem. Bo o sprawach wielkich, często ostatecznych trudno pisać lekko. Zwłaszcza, gdy ta lekkość nie mieszka już w tobie. A przecież jest życie wokół. Słońce wstaje i zachodzi potem. Ludzie dalej tańczą i się całują. Widzisz ich i zaskoczony sobą myślisz : przecież i ja jeszcze żyję. Więc wierszyk napisałem. Nie wiersz a wierszyk właśnie. Bez metafizycznych zmagań i patosu. Piosenkę w zasadzie, melodyjkę słowami a nie nutami ułożoną.

***

Ucieka świt,

przychodzi zmierzch

– a jeszcze chce się

kwaśne jabłka jeść.

Jeszcze śpiewać się chce,

tańczyć na parkiecie

dni, które nie gasną,

które nie chcą zasnąć.

Słowa, ważne księgi

zasłaniają, skrywają

widoki gwiazd hen tam,

apetyt i głód warg.

A tu podpływa łódź

i żagiel jeszcze drży,

jeszcze wiatr pachnie

morzem, ustami, winem!

Jeszcze może popłynę?

My Fort of Love, our Fort

My Fort of Love, our Fort

August 07, 24

I went there again. Maybe the last time? My time here is shrinking, time on this land perched over Atlantic, our land. Maybe in a month or so I won’t be here? Hence, I came today. To our Fort of Love, our love, our castle built on sand with solid rocks, boulders.

Yes, it still is here on this wild beach, far away from any venturing tourists. My hidden sanctuary of talking pebbles, tubal music of waves, clouds of black and white sandpipers flying in unison formations as a single body; ever present individual seagulls, pretending to be busy looking for crabs and dead clams, but observing you all the time. When I am there, I am part of that all, not a visitor but rather a feature belonging there. The flora there is very sparce and in constant struggle to survive. The dead ones are giving all their content as nourishment to the new ones. The sea and sand don’t offer much to land creatures. Occasional dead tree from far away bay or island. Not much but nothing is wasted in that austere environment. Meadows and patches of short forest on the land are separated from that spot by a big and deep saltwater lake. Sometimes, when I am tired of playing with the ocean waves, I go for a longer swim in that lake, its surface is always still like a glass. It must be incredibly deep. There is maybe three or five meters of very easy shallow water and than suddenly it just drops like from windows ledge to a dark deep water. I’m always surprised how dark and impregnable to light that water is.

The shore, where the local road ends, has a small, rocky beach. Almost always, if the weather is OK, there is a small group of locals. Three, sometimes a ‘crowd’ of ten even. They don’t come as far as where I am with my Fort. I have seen once or twice one person or a couple venturing there. You need to cross a fast-moving sea ‘river’ (natural canal connecting the lake and the open ocean) to get to my monastic desert.

But they – the locals – know that the Fort is there. It is the only man-made structure. By now they must also know me, recognize me, when I come with the same red folding chair, a stick in hand and a backpack, as I traverse the water like a hermit coming back to his cell. They see me from far away, sometimes wave to me while I gather more rocks to fix the Fort. It did survive fall, winter and spring. Many storms and big waves. But a good monk always fixes his dwelling for the glory of god – and my god is Love.

Do the locals call it a sanctuary? Maybe. Sanctuary of Love. I like it. Our love, anyone’s love. I am not at all jealous of that love. Love doesn’t belong to me. I just tend to it. She is sacred.

Maybe Venus comes here by sunrise and dances naked by the Fort? Maybe all of them, these crazy Greek gods, come: Venus, Apollo, Narcissus, Orpheus. Maybe even Helen of Troi dances with them? With whom Helen would dance? With handsome Prince of Troi or with Menelaus, her husband?  Sappho of Lesbos later explained that choice in her poem, when she argued:

Some say a host of horsemen, others of infantry and others

   of ships, is the most beautiful thing on the dark earth

   but I say, it is what you love

and few thousand years later, I agree with her wholeheartedly. But it doesn’t matter with whom they dance. Let them dance with whom they want. Let them lit the mighty sky with pyres hot of flames of passion.

August 08, 24

Hey! Yes, you Narcissus. Come here and sit by me. Don’t cry, don’t drown in unanswered selflove. Go to disco tonight. They have one in the club called Elysium. Go there, dance and let go off sorrows. Kiss someone, make love to someone, anyone for Heaven’s sake! They will appreciate you youth, vigor and looks. Me?  No, my dear boy. I have loved hundreds of times, thousands perhaps, for a day, for an hour.  Until I was confiscated, possessed, taken by Love itself. By that one special Boy. One, who become the air I breath, my blood, my waking up and falling asleep. My song and my poem.

But be aware – Love is immortal, but you are not. When The Boy (or Girl) will go (as everything temporal does) you will be broken in half. Shattered like pebbles on the beach, that are constantly thrown by huge waves until only scream remains, only cry to Heaven. But Heaven will have its gates locked by Death.

Love, dear boy, is not for timid souls. Love is only for brave or insane souls. It is Love that holds the saved obol in your outstretched hand, while pounding with your other fist at this gate. The Gates of time, of mourning, of grief. Demanding, pleading for them to be opened. With that obol as a magic key. Hoping but not knowing what is on the other side: reunion or emptiness, nothingness. Yet knowing now, when you are at these Gates, that even nothingness is better than half-living.

Love is for brave or insane souls.    

bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit

Gombro – rozmowy o literaturze

Jakiś czas temu publikowałem tu cykl artykułów o poezji polskiej powstającej poza granicami kraju. Ostatnie z tego cyklu dwa artykuły tyczyły poezji polskiej w latach już po ‘naturalnej śmierci’ podziału tej literatury na krajową i emigracyjną.

Przypomniała mi ten cykl i zagadnienia niedawna rozmowa moja z dr. Piotrem Sadzikiem, młodym a szalenie zdolnym docencie Uniwersytetu Warszawskiego, badaczem właśnie literatury. Zaczęliśmy mówiąc o mojej nowej ‘wersji’ średniowiecznego słynnego hymnu Des irae, sięgającego tradycją do wczesnych Ksiąg żydowskiej Tory. Mój (też tercyną spisany,LOL) hymn był jednak nie hymnem strasznej apokaliptycznej śmierci (zaraz Dostojewski na myśl przychodzi ze „Zbrodnią i karą”), a przeciwnie – wyzwoleniem i złączeniem przez Miłość. Ale jakoś tak mimowolnie zeszliśmy na temat dwóch postaci – za sprawą jakiejś analogii Piotra Sadzika – ze współczesnej epoki literatury: Konstantego Jeleńskiego i Witolda Gombrowicza. Więc ten Konstanty (Kot) Jeleński z Paryża i Witold Gombrowicz z Buenos Aires.   Nie powtarzajcie tego głośno, ale Gombrowicz to po prostu idée fixe Sadzika. Mówiąc po polsku: jest nim zafiksowany lub ma na jego punkcie bzika. Nie wypada o naukowcu tak mówić?  OK, to powiem bardziej elegancko – jest pod olbrzymim wpływem twórczości Gombrowicza (w zasadzie w rozmowie używa formy ‘Gombro’, co mi się podoba, LOL, bo tym samym usuwa te nawały brązu, narzucone na tego wspaniałego pisarza) i kopalnią wiedzy o nim. A Jeleński?  No cóż, odpowiem tak: jak można w ogóle mówić o Gombrowiczu nie wspominając Jeleńskiego?

Jeleński był ambasadorem kultury polskiej par excellence w Europie. A w Paryżu bezwzględnie, eurydytą pierwszej kategorii. W czasach szarzyzny i ugoru PRL.  A biedny Gombrowicz siedzący daleko za Atlantykiem miał wielkie problemy ze zrozumieniem w środowisku emigracyjnym, zwłaszcza z jego centrum w Londynie (u Grydzewskiego z jego „Wiadomościami’ niestety też) – bo cała Emigracja żyła tylko walką, patriotyzmem i wojną z komuną. A tu ten cholerny Gombrowicz, pisarz i dramatopisarz przecież dobry ze świetności Międzywojennej – upiera się z tym dziwnym ‘Transatlantykiem’. Jakieś aluzję, jakieś ironie, szyderstwa może nawet! Kto ma czas na takie zabawy literackie? Teraz, gdy trzeba szablę w dłoń i bolszewika goń, goń, goń! No, ale to był Polski Londyn, a Polski Paryż to już nie to samo. Polski Paryż, panie dzieju, to właśnie i Kot Jeleński, i wysoki do nieba Czapski i ta cała ich „Kultura” z Giedroyciem.

w Paryżu, widok na Sorbonę, 1986

Jako że byłem we wczesnych latach 80. w gościnie u Kota Jeleńskiego w Paryżu – to na te tematy nam się zeszło mimochodem. Bezpośrednio z tego Des irae, LOL. Nie pytajcie o logikę, nie mam czasu tak długo tłumaczyć.

Dlaczego o tym wspominam? Otóż mam po cichu własną teorię pewnych wyczuleń, pewnego rozumienia ludzi i ich aury. Kot Jeleński i Witold Gombrowicz, a i wspomniany Józef Czapski byli biseksualni lub po prostu gejami. Czy to ma znaczenie? Zdaniem moim ma. Następuje pewna nić porozumienia się, nawet bez słów. Nie, niekoniecznie oczekiwanie romansu lub przygody. Tu chodzi o emanowanie empatii, o mówienie zachowaniem: ja wiem i rozumiem. Jest to też rozumienie głodu miłości.  Miłości, która ciągle, jak za czasów Wilde’a, nie miała imienia. To okres lat 40tych, 50tych i 60tych (Gombrowicz zmarł w 1969). To był inny świat i inny sposób funkcjonowania w świecie zewnętrznym. Nie ma znaczenia, że kogoś własne, prywatne środowisko było bardziej otwarte, tolerancyjne. Świat nie był. I panował właśnie ten głód miłości. Ten głód spaceru ulicami trzymając się za rękę, pocałunku na ławce w parku. Nie rozumieją tego nawet młodsi gejowie, urodzeni powiedzmy już w późnych latach 70 lub 80. Ich świat nie jest światem Gombrowicza czy Kota Jeleńskiego. Nie jest nawet moim światem.

Czy jest możliwe, że Jeleński czuł pewną wewnętrzna chęć wsparcie Gombrowicza abstrahując nawet od uznania jego talentu pisarskiego?  Jest, absolutnie. Jeleński był szalenie inteligentnym człowiekiem. Rzekłbym – błyskotliwie inteligentnym  Ale jego pochodzenie i pewna klasa środowiska, z którego się wywodził nigdy mu tej inteligencji nie pozwalała używać w sposób arogancki lub nonszalancki. Gombrowicza talent mógł ocenić chłodno, bez emocjonalnego kolorytu. Ale z czysto człowieczego punktu widzenia jest bardzo możliwe, że miał wobec niego taką właśnie ciepłą potrzebę wsparcia, pomożenia, otworzenia drzwi.

To moje na ten temat dygresje, dysertacji robić nie będę. Ale badacze biografii i twórczości winni ten delikatny szczegół brać pod uwagę, jeśli chcą sedna pewnych zachowań lub wydarzeń dotknąć. Gombrowicz miał talent nie dlatego, że był bi czy gejem. Ale dlatego, że był pewne rzeczy widział w innym trochę świetle. Dostrzegał cienie tam, gdzie inni tylko światło oślepiające lub tylko nieprzenikalną czerń.

Ot, czasem niespodziewane refleksje po kulturalnej rozmowie z kimś sympatycznym nachodzą nas z wieczora i (też czasem, nie zawsze) warto je potem spisać.

   

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Nie wyjeżdżamy w pełni, w całości – coś zostawiamy, czegoś nam ubywa. Potem lepimy przez lata siebie na nowo. Rodzi się nowa całość. Nie inna, zlepek wczoraj i dziś. Czasem żal nam po latach tamtego siebie, chcielibyśmy może do niego wrócić. To bywa jeszcze trudniejsze. Bo to teraz i tutaj jest jednak bliższe, jest swojsze. Ja – jestem ja. Szczególnie wtedy, gdy ‘ja’ zamieniło się w ‘my’. Zostają tu i tam zlepy form, jakieś może hieroglify dziś już nieodczytywalne, jakieś drzewo zawieszone nad przepaścią.

I dzika fala wyszarpująca ląd spod stóp …

Cień

Chciałbym już być, gdzie jeszcze mnie nie ma,

bo być gdzieś powinienem już przecież.

Lecz gdy tam przybędę – to czy będę,

jeśli nie ma mnie teraz, gdzie jestem?

Czy znajdę dom, który już spłonął raz?

Czy wiatr rozwiał zgliszcza i wspomnienia

i jestem tylko na fotografiach,

jak w ruinie, której fundamenty

tylko pozostały, okna bez szyb?

Stare pałace arystokratów,

które rewolucja zamieniła

w kurniki, chlewy i magazyny.

Ich właścicieli wyprowadzono

w zakrwawionych kalesonach, boso,

do zarośniętych ogrodów, nad staw,

gdzie jeden strzał w potylicę tworzył

nową historię, zamykał starą.

Widziałem takie puste pałace

w dzieciństwie, widziałem cienie ludzi,

którzy kiedyś w nich żyli, tańczyli.

Gdy tam pojadę, gdy wrócę do

tych miejsc – czy będę takim cieniem

w pustej ramie okna patrzącego

na zarośnięty ogród ze stawem?  

/B. Pacak-Gamalski, 07.2024/

Dies irae – bez Piekła i bez potępienia

Dies irae jest jednym z najstarszych i najbardziej znanych tekstów chrześcijańskich Średniowiecza. Trudno określić z pewnością historyczną autora i dokładna datę jego powstania. Na ogół przyjmuje się okres między XII a XIII wiekiem. Są tradycje mówiące o okresie kilkuset lat starszym. Jeśli byłby to św. Grzegorz Wielki to początek wieku VI, jeśli opat Bernard z Clairvaux, to przełom X i XI. Są jeszcze inni ewentualni autorzy. Generalnie zamyka się to jednak w tej klamrze początków i połowy okresu Średniowiecznego.

Cały długi utwór zapisany jest w idealnej łacińskiej tercynie ośmiozgłoskowej i ma dziewiętnaście zwrotek. Zgodnie z panującą wówczas wszechobecną eschatologią Kościoła, ma wątek grzechu i słabości moralnej człowieka, które tkwią w jego naturze i dziedzictwie grzechu pierworodnego. Człowiek jest skazany na potępienie, a Stwórca jest surowym sędzią nie uznającym skruchy lub tłumaczeń. Niewątpliwie pochodną des irae jest ówczesna moda na pokutę i pokutnicze sekty okaleczające grzeszne ciało najróżniejszymi narzędziami tortur. Samobiczowanie do krwi było traktowane jako coś szlachetnego i pobożnego.  Eschatologiczna wizja zakładała wieczne potępienie w Piekle i finalny koniec świata. Bezpośrednio zaczerpnięto z tradycji żydowskiej element straszliwego Sądu Ostatecznego i paruzję, gdy cała ludzkość przed unicestwieniem świata poddana będzie bezwzględnej selekcji: albo strącenie w czeluści Piekła po kres czasów, albo wniebowstąpienie. Pojęcie Czyśćca w zasadzie przestaje tu funkcjonować. Ma to dotyczyć całej ludzkości od początków świata i Adama i Ewy – a więc ów Sąd będzie i nad żywymi i nad zmarłymi. W domyśle można więc przypuszczać, że wszelkie darowania win, uzyskane na łożach śmierci lub przy spowiedziach, ulegają unieważnieniu i kasacji. Bóg jest sędzia okrutnym i bezwzględnym a Sąd Najwyższy nie będzie zwracał uwagi na wyroki sądów niższych instancji.   

Przez ponad tysiąc lat Kościół stawiał ten hymn jako nieodłączny element swej regularnej mszy, a już kategorycznie mszy za zmarłych. Do czasów II Soboru Watykańskiego. Ale do dziś wolno dies irae używać we Mszy Trydenckiej (tzw. stary obrządek). Fragmenty używane też są w rycie posoborowym w okresie Święta Zmarłych (Zaduszki) a bywają dozwolone w regularnych mszach żałobnych.  

Otóż mnie się wydaje, że nastąpiło wielkie nieporozumienie. Dies irae dla mnie istnieje tylko w kategorii powrotu do Miłości. Ponownego złączenia się z ukochanymi. Śmierć jako wyzwolenie, ‘zwolnienie’ poniekąd z więzienia samotności, gdy jeden z kochanków odchodzi przedwcześnie.  Oficjalne tłumaczenie kościelne już w drugiej, bardzo ważnej zwrotce, w pierwszej linii tłumaczy z łaciny słowo ‘tremor’ na ‘płacz i łkanie’. Podczas gdy oczywiście winno być ‘drżenie’. Naturalnie, że drżymy na myśl o możliwości ponownego złączenia z kochankiem. Drżenie jest oczekiwaniem, jest niecierpliwością, a nie paniką, lękiem, przerażeniem.  I z takiego czytania dies irae wzięło się moje użycie starej tercyny ośmiozgłoskowej. Nie aż tak sztywnie w ilości zgłosek i bez zabawy w rymy. Przede wszystkim szczerość zapisu, która musi iść przed formą, co zawsze podkreślam. Koszula dla ciała a nie odwrotnie.

No i tylko czternaście zwrotek. Bo kiedy skończysz mówić coś powiedzieć miał, to sensu przedłużania gadaniny nie ma. Trzeba gdzieś kropkę postawić. I nad ‘i’ i na końcu ostatniego zdania.

Dies irae

W sali marmurowej, wielkiej

sali balowej, diamentowe

kandelabry zawieszone

pod plafonem sufitu

z błękitniejącego nieba,

z kryształowymi lustrami

w złotych ramach na ścianach –

będziemy tańczyć do taktów

modrego walca Dunaju.

Melodię fin de siècle,

muzykę końca

zmierzchu epoki przepychu

i nadmiaru pocałunków,

wpatrzeń, zauroczeń słów

pasją drżących, niczym płatki

opadającego złota ze ścian.

Będziesz wirować w moich

ramionach i moich oczach.

Cherubinki całe białe

spłyną z chmurek plafonu

na skrzydłach i grać będą na

srebrnych trąbkach Hymn Miłości –

Lacrimosa końca światów.

Nic więcej Nieba i Ziemie

oferować nam nie mogły.

I nic więcej nie chcieliśmy.

Stało się oto spełnienie

doskonałe i skończone.

Quantus tremor est futurus

Quando judex est venturus –

tak, będzie drżenie, lecz nie

z lęku a oczekiwania.

Drżenie ust i palców głodnych.

Potem spłynie szmerem czarnych

skrzydeł wielki Anioł Pański.

Wtuli nas serdecznie w pióra,

miękkie, ciepłe i najczulsze,

 opowłóczy szarym mrokiem,

gdy będziemy siebie szukać

w zagajnikach, łąkach, rzekach,

w pocałunkach i pieszczotach.

Jak być miało tak się stało.

/B. Pacak-Gamalski, lipiec 2024/

post scriptum: fragment ‘Quantus tremor est futurus. /Quando judex est venturus w moim łumaczniu brzmi: jaki lęk i drżenie będzie /gdy żyć naszych sędzia stanie

Little Prides over the years

Little Prides over the years

Canadian Navy in Halifax Pride 2019

Everybody knows, took part in, watched or heard of the big Pride Marches: Montreal, Toronto, Vancouver in Canada; London in England, of course Amsterdam, Berlin, Sydney in Australia, New York with it’s Stonewall history, San Francisco, Warsaw in Poland. At the very beginning, before human rights prevailed, these Prides were simply a protest marches, a call: we are here and we are not going anywhere.

Hard to believe, but even among advanced democracies in the middle of Europe, there are stil protest marches. Case in point is my own city, Warsaw in Poland. Country that still denies the basic citizen’s rights of living in a state-recognized unions, couples of other than heterosexual orientation. Specially the incomprehensibly denial to raise children, to be legal parents as a couple. In 2024. Shame on the coalition of Donald Tusk governing coalition. Specifically the Polish Peasant Party and their disgusting leader Władysław Kosiniak-Kamysz. The same party that still denies Polish women any abortion rights. Again – in 2024! Mr. Kosinaik-Kamysz – there is no longer any peasants in Poland. It is 21 century, not a year 1921. The girls, who live in villages in Poland today are having abortions, too. These girls are not peasants, either. They just need to go across the border to any European neighbor state. And you Mr. Kosiniak live in a fantasy land, together with Polish catholic bishops.

I remember my first Pride March (although I can’t remember if it already was called ‘Pride March’, I don’t thing so – we still had a way to go for many rights). Must have been 1983 or 1984, in Calgary. It started on 7 Avenue Mall by the old City Hall and (at that time) Central Library. We were going to march through the entire most popular and busy Seventh Mall Avenue almost all the way to the next bridge on the 14 Street. To our surprise, there was a Police blocking further access to the Mall Avenue (most popular and always full of people) and redirecting as via Central Street to the Sixth Avenue, not as busy with onlookers and not very prominent (again – at that time).

How things have changed since, unbelievable. The world have changed and people changed. True – there are still homophobes. But that’s OK. Nature is strange. The cockroaches didn’t change over the millenia, either.

Since than I took part in many big truly Pride Marches. As onlooker and as a participant. Almost all (if not all) Vancouver’s wonderful marches. With my husband John, with my Mom, with friends. The last one I took part in was the 2019 huge Parade in Halifax. It was the first time that there was (from my experience, anyway) such a prominent presence of Canadian Armed Forces (specifically the huge contingent of Canadian Navy. I had a very pleasant and long chat with the Commodore of North Atlantic Fleet.) and very visible presence of, I think, all Christian Churches with their priests and deacons. That was very heartwarming.

But apart from the big cities and big Marches there were the little ones: in Surrey, BC (in Holland Park), in New Westminster along the Columbia Avenue. And in so many towns and smaller cities across our vast country. Here are some from Surrey. To the left with me is one of the leading organizer of Pride Day events in New West, Jeremy Perry.

The Holland Park activities in Surrey were more like a big family festyn then traditional March. A tradition was always to have some concert of singers, dancing groups on a big stage in front of the main waterfall. And definitely a good food choices. Atmosphere was just to be happy. Liked them a lot. Below are some pictures from 2014, 15 and 17.

Last picture is from this year Pride in Halifax. A dancing and singing boat of night revelers of Pride.

A chat with the Moon at night

A chat with the Moon at night

On My Rocks perched just above the ocean’s channel a night could be a magic place. Summer time especially. The city is still alive till wee hours with happy revelers, some are dancing and singing onboard small tourists boats. The lights of the city dance on the surface of the water and above it is one huge reflector of the stage – full Moon. It slowly sweeps the stage from one end to the other. And behind you, on the shore, in the shrubs and wild flowers comes the other song, the song of old time – the cicada.

Moons and Sycamore tree

One step, check the stones carefully!

They might be slippery in peach black night

and the water below is not the best for swimming.

But is it water indeed down there?

It looks strange with all the lights shining

on the surface, dancing like crazy lady

listening to an old country song from Tennessee.

The moon comes and looks down at the water.

It’s as surprised, as I am, seeing so many of it’s

faces mirrored in it. Two moons, four, six…

It screams at the water:  that’s enough!

You make me dizzy with your witchery!

No one plays banjo anymore, only the one-note

song of the cicadas: I’m here, come, give me a kiss!

Oh, I have seen many moons on summery nights,

six and twelve at once, when I was drunk with love.

I have sung the songs of night birds and early birds,

when sunrise came with another kiss again.

Now no more I sit under the Sycamore tree,

the night breeze sways in long grass,

Savanah sings its sweet longing song.

Crying song, the Moon above is cold.

/B. Pacak-Gamalski, 20.07.2024/

Ecce homo – to jest ten człowiek, rzekł Piłat

Wojny, zagrożenia, a przede wszystkim olbrzymia zmiana klimatu Ziemi i wielkie przeludnienie zachwiały kilkutysięczny relatywny spokój rozwoju ludzkości. Nawet niewyobrażalne dziś wstrząsy 2 i 1 wojen światowych, krwawego pochodu osiemset lat temu z mongolskich stepów wielkich armii Gingis-hana, jego synów i wnuków nie zagroziły ludzkości tak, jak współczesne niebezpieczeństwa. Bo jak porównać możliwość prawdziwej hekatomby ogniem i mieczem wobec możliwości setek głowic nuklearnych, atomowych zmagazynowanych przez co raz większą ilość państw?

Wszystko to nie nastraja optymistycznie. Być może do zmian klimatycznych, których odwrócić nie jesteśmy w stanie – bylibyśmy jednak zdolni się dostosować. Nasz gatunek wykazał niesamowitą inteligencję i umiejętności przetrwania, dostosowania się w ciągu ostatnich 300 tysięcy lat. Jak wyjdzie jednak z potrzasku przeludnienia? Głodu? Tak, wiem – przemysłowa produkcja żywności, fabryki mięsa hodujące dziwne stworzenia, które nigdy w życiu nie widziały łąki, lasu, rzeki, morza… Ale nie wszędzie i nie dla wszystkich. Przeludnienie jest prekursorem wyjałowienia terenów agrarnych, spustoszenia naturalnych zasobów mórz i wielkich rzek. Efektem jest głód. A głód naturalnie w naszej historii powoduje wędrówkę ludów. Za jedzeniem, za szansą przeżycia. Ten lebensraum. Tym razem dosłowny – przestrzeń do życia. Jest nas po prostu niebezpiecznie za dużo. A wszyscy prawie przywódcy państw i narodów ciągle krzyczą o niskim przyroście naturalnym. Jak ten przyrost może być niski, jeśli jest nas każdego roku nieustannie więcej? Jakaś nowa arytmetyka. Dla przetrwania ludzkości, człowieka, nie ma znaczenia jakim językiem on mówi ani jaki ma odcień skóry. Nie ma podgatunku człowieka o nazwie ‘Polak’, ‘Amerykanin’, ‘Rosjanin’, ‘Niemiec’ czy ‘Hindus’. Nawet ‘Chińczyk’ nie istnieje w tej kategoryzacji gatunkowej. To są wszystko konstrukty kulturowe. Miłe, przyjemne, wygodne. Ale do przeżycia człowieka potrzebny jest chleb a nie „Pan Tadeusz” czy „Hamlet”. Gdy nas wszystkich szlag trafi, kto je będzie czytał? Szczury i karaluchy (one ponoć wszystko przetrwają, LOL)?

Więc byśmy mogli dalej poematy o miłości, powieści o losach człowieka pisać, malować słoneczniki i pejzaże, rzeźbić Dawida i komponować Eroiki -musimy wpierwej zadbać by człowiek przetrwał. Jako gatunek biologiczny, a nie szczegół etniczny. Nie mordować się z takim zawzięciem, nie budować wszędzie zasieków i murów chińskich.

Tak mało zostało czasu. Ta smutna myśl, co spotkać może moich kochanych najbliższych i najmłodszych w Polsce, moich kochanych przyjaciół w Kanadzie, wiele nocy i godzin za dnia mi pochłania. I ten lęk ogólny, egzystencjalny. Tyle wspaniałych mimo wszystko rzeczy stworzyliśmy przez te tysiące lat, tyle siódmych cudów świata. Dajmy sobie szansę.

Kiedyś, w latach 90. ubiegłego wieku ulegając prośbom znajomych czytelników wydałem w maleńkim nakładzie autorskim zeszyt poetycki zatytułowany „I nie zapomnisz swojego Czasu’. Składał się z cyklu historiozoficznych Rozmów (4) i ośmiu wierszy. Nie rejestrowałem tego w jakimkolwiek systemie archiwizacyjnym, po prostu dla tej grupki czytelników miłych. Nie pamiętam nawet ile było tych egzemplarzy. Jeden zachował się u mnie w różnych szpargałach. Całość jest właśnie takim świadectwem tego leku egzystencjalnego. I smutku. Dwa tu (bez jakichkolwiek późniejszych edycji) przytoczę.

●●●

Stoimy na skraju –

Za nami kurzawa rydwanów Azji,

Przed nami krań otchłani zapomnienia.

Tak dobiega kresu nasz

zwycięski marsz piękna i pożogi.

Od kolumn doryckich do Ameryki.

Oto przychodzi czas

Robienia rachunków za przeszłość

I decyzji ostatecznej na dzisiaj.

Przyszłości już nie ma –

Nie z tarczą a na tarczy nasza droga

Gościńcem z gazonami róż i gruzu.

Piękno i pożogi,

Róże i gruz –

Historii wóz

Dobiegł kresu drogi.

 Epilog

Na oszalałych rumakach wojny

Pędzą gościńcem dziejów zwycięzcy.

Kopyta wzbijają tumany kurzu

Zmieszanego z grudami tratowanej ziemi,

Z pysków i boków lecą płachy piany,

Na tarczach dumne: ‘Bóg z nami’

A proporce łopocą: ‘Allach jest wielki’.

Szyszaki skrzą się w blasku chwały

Objawionej Prawdy i Słuszności.

Łopoczą białe płaszcze z czarnym krzyżem

I lśnią złote kordelasy w kształcie półksiężyca.

Oto gna stukołowy wóz chodnikiem historii,

Obity złotą blachą dyszel skrzy się

W blasku księżyca niczym białe śniegi Alp,

Gdy deptały je potężne jak dębowe pnie

Nogi armii Hannibala.

Dojechał już do bram Rzymu,

Już mija opłotki Zatybrza i nie zwalniając

Biegu przeprawia się przez rzekę

Na wprost Warowni Świętego Anioła.

Od stukołowego huku pękają szyby

I wala się z łoskotem na bruk Imperium.

Za odłamkami szkła lecą porozrywane

Wory z juchtowej skóry pełne

Mamony złożonej w ofierze odkupienia.

‘Panie zmiłuj się’ i ‘odpuść nam

Jako i my (nie)odpuszczamy.

Ze szczytów ziguratów zawodzą kapłani

W szatach z krwawej purpury.

            A darowane będzie tylko tym, co za myśl złą

            W dwójnasób opłacili bezinteresownym darem,

            W trójnasób miłowali oblubieńca, który nim nie był,

             A w sześciokroć opłacili złe czyny.