Halifax, Dublin, Ulysses i mewy

Bogumil Pacak-Gamalski

Jest ciepło. No, może nie w tej chwili gdy to pisze. Ale zdecydowanie było ciepło (jak na kwiecień nad Północnym Atlantykiem), gdy działo się to, o czym piszę.

Idę na ‘swoje’ kamienie. Moje kamienie, to takie głazy rozrzucone systematycznie u nabrzeża wąskiej cieśniny odgradzającej stary Halifax kanadyjski od marnego Dartmouth. Ja mieszkam w tymże marnym Dartmouth. W domu nad tą cieśniną, stąd na te głazy regularnie chodzę na spacery, o różnych porach dnia i nocy i roku. Tu, w tej cieśninie wąskiej, tuż obok gdzie chodzę, kiedyś zderzyły się dwa okręty wojenne. Jeden był załadowany prochem i amunicją na front  zachodni I wojny światowej.  Eksplozja była największym wybuchem w historii wojen aż do czasów Hiroszimy i bomby atomowej. W okamgnieniu zniknęły całe dzielnice Halifaksu, tysiące ludzi zginęło.  Gdybym siedział tak wtedy na tych kamieniach – pewnie bym nie siedział długo tylko leciał z fragmentami tych statków, tych pocisków, gdzieś w powietrze. Spory kawał małego działa żeliwnego leży do dziś po mojej strony cieśniny, jakieś kilka kilometrów od mojego domu, koło jeziora Abro, gdzie też lubię chodzić na spacery. Przeleciała sobie tak ta lufa armatnia, jak jaki dmuchawiec pod chmurami.

Ta I wojna , a potem druga, zamieniły tą cieśninę i port w Halifaksie  w jakiś Kanał Sueski w najbardziej ruchliwej dla żeglugi porze dnia i roku. Okręty i statki dostawcze,  łodzie i kutry były tu tak gęsto cumowane i manewrowane, że ponoć na upartego mógłbyś suchą nogą przejść przez cieśninę ode mnie na brzeg Halifaksu. A teraz by trzeba było być dobrym pływakiem i silnym by przepłynąć.  Więc ja jeżdżę przez most. Samochodem. Ale wtedy, no wtedy to było inaczej. Jakby flota Greków płynęła do Troi by zmierzyć się z Priamem.

Na kamieniach mam ulubione miejsce. Głazy tak ułożone, że tworzą obszerną kanapę, niczym w Wersalu. Oparcie na plecy, wałeczek pod stopy, nawet wnęka na wsparcie ramienia. Leżę i gapię się w wodę. Myślę o tej armacie lecącej w powietrzu. A potem myślę o „Ulysessie” Joyce’a.  Widzę obok siebie jego bohatera Dedalusa, Mulligana i Hainesa siedzących przy wieży Martello w Dublinie i spoglądających na  wodę zatoki o kolorze zielonkawego gluta. Mistrz słowa i formy – Joyce – pisze tak silnym dialektem, że ciężko się chwilami połapać o czym oni tam gadają. Nigdy „Ulyssesa” nie lubiłem.  Jest mistrzowsko nudny, jak flaki w oleju. Podziwiać mogę dyscyplinę i warsztat pisarski, chwyt adaptacyjny „Odysei” Homera. Ale, jako czytelnik chce mi się wymiotować. Prosto do tej cieśniny. Może też nabierze koloru tego zielonego gluta, jak chusteczka Hainesa.  

A  lubię literaturę irlandzką. I lubię Joyce’a, jako autentycznego wielkiego modernistę i awangardzistę literatury. Nie lubię tylko  tego akurat dzieła, które uznaje się, jako szczyt jego talentu – „Ulysses’a” właśnie. Dla mnie to tylko ćwiczenia literackie a nie skończone dzieło.

Jakże inaczej pisze współczesny wielki pisarz irlandzki, Callil Toibin. Jego książki kocham.  Czytanie ich to uczta. Ale nie zabrałem ani jednej z nich na ten mój spacer. Szkoda.  Zbieram się więc do domu, zwlekam z tej kamiennej kanapy ( a nie jest to proste z moją niezbyt zdrową kondycja w oczekiwaniu wielomiesięcznym na operację), chwytam mój kijek podręczny, torbę z zeszytem. Spoglądam w niebo. O! Przeleciało coś! A jednak nie, to nie był kawałek armaty. Mewa. Biała z żółtym dziobem. Ciekawe czy mewom, które w wichurach sobie całkiem nieźle radzą (co obserwowałem często nie tylko tu, nad Atlantykiem ale i podczas wielu lat pracy na statkach na zachodnim Pacyfiku), ten wybuch  tego statku z amunicją też szkody przyniósł.

… we fragmentach zamknięte …

… we fragmentach zamknięte …

Bogumił Pacak-Gamalski

We fragmentach publikowanych przeze mnie  na przestrzeni lat i na najróżniejsze tematy (nie związane bezpośrednio z tym) znajduję takie wtrącenia właśnie. Niby nic. Jeden dotyczy wspomnień z pierwszej wizyty w Polsce od czasów emigracji, w pamiętnym roku pierwszych wyborów prezydenckich (Wałęsa contra Tymiński).  I przypadkowego spotkania wieczorem w Warszawie znajomego działacza i polityka polskiego.  Nie, nie 1890, nie 1940 i nawet nie 1967. Rok był 1990.

Drugi to fragment związany z rocznicą zamordowania przez nacjonalistę-narodowca polskiego … pierwszego prezydenta odrodzonej Polski, Gabriela Narutowicza. W ciągu kilku dni nagonki na Narutowicza, z potomka starego polskiego rodu szlacheckiego został … żydem i symbolem spisku międzynarodowego syjonizmu. Efekt znamy – strzał z pistoletu przy otwarciu wystawy na Zachęcie. Rok był 1922.

Frag. 1.

Jednego z tych popołudni, gdy zbierało się na wczesny wieczór szedłem wolnym spacerem z Nowego Światu na Krakowskie. Latarnie uliczne ledwo ćmiły, jakby to były lampy gazowe a nie elektryczne. Z daleka ujrzałem pochodnie. Pod św. Anną stały szeregi harcerzy w mundurach i pochodniach w dłoniach. Patriotyczna scena, jak z ram starych obrazów. Na małą mównicę wchodzi … Wojtek Ziembiński. Chciałem podejść i się przywitać. Ale nie podszedłem. Przypomniało mi się, jak się poznaliśmy i jak mnie od niego odpychało.

Ziembińskiego z Polski nie znałem, choć był działaczem anty-komunistycznym od wielu lat. Był starszy ode mnie sporo lat, prawie w wieku mojego ojca. To ‘prawie’ ma znaczenie, bo pozwala mi umieścić nieco wybujałe fragmenty jego własnej autobiografii w realnym kontekście. Czyli co mogło być realne a co, powiedzmy sobie, z lekka koloryzowane w odcieniach mitomanii. Cofnijmy się więc o dwa-trzy lata. W Calgary mieszkała od czasów powojennych Zofia Skarżyńska de domu hrabianka Zamoyska. Wdowa po Kazimierzu Skarżyńskim. Tym, który z ramienia polskiego PCK przeprowadził pierwsze badania zwłok oficerów polskich w lesie katyńskim. I sporządził pierwszy, niezależny raport z tych badań. Oczywiście do 1989 w Polsce oficjalnie Katyń dalej był robotą Niemców. Oryginał tego raportu Kazimierza Skarżyńskiego pani Zofia przechowywała w domu. W Bibliotece Kongresu USA istnieje oficjalna kopia Raportu, którą przekazał Kongresowi Skarżyński jeszcze w latach 50. podczas oficjalnych przesłuchań w Kongresie w czasie amerykańskiego dochodzenia na ten temat. Z panią Zofią znałem się bardzo dobrze (Kazimierz Skarżyński zmarł na długo przed moim zamieszkaniem w Calgary) choćby z racji tego, że była czynna i lubiana w Polonii ale też z faktu, że łączyły mnie bardzo bliskie stosunki z jej córką, Marią. De facto byłem wówczas prawie domownikiem w domku pani Zofii. Pewnego dnia pojawił się tam właśnie Ziembiński z misją uzyskania Raportu Kazimierza Skarżyńskiego i praw do druku tegoż. Był już co najmniej jeden (było wielu wcześniej) publicysta i pisarz, który o to samo zabiegał, Edward Zyman. Edwarda znałem od jego pierwszych dni na emigracji w Kanadzie. Pani Zofia prosi mnie do siebie na spotkanie-kolacyjkę z Ziembińskim. Maria (jej córka) ma nadzieję, że udzielę jakiejś dobrej (?) rady, która pomoże jej mamie podjąć decyzję. Jak w  starym ziemiańskim domu dyskusji być nie może bez dobrej kolacji (Zofia Skarżyńska gotowała świetnie i sporo tego było z jej własnych polowań – palce lizać) a gość mógł pić ile zechce. Ziembiński momentalnie przybiera pozę zażyłego szlachcica-sąsiada jaśnie pani hrabianki i zaczyna brylować skrapiając animusz suto gorzałką. Ja wówczas też zdecydowanie za kołnierz nie wylewałem i nie krygowałem się niby to wzbraniając się przed kolejną dolewką do kieliszka. Gość szybko proponuje bruderszaft. Mimochodem schodzimy na Piłsudskiego, mówię mu o spotkaniu z Wandą Piłsudską, o przyjaźni z generałem Tadeuszem Tarczyńskim, adiutantem Marszałka od czasów jeszcze Oleandrów. Ziembiński podnieca się tematem, peroruje jakim jest wielkim wielbicielem i ostatnim chyba z żyjących piłsudczyków w Polsce. Zapomina się w podnieceniu i irytuje mnie. Jeszcze chwila a okaże się, że jest legionistą, cholera, myślę.  Zaczynam patrzeć na niego uważniej. On bierze to za zachwycenie publiki i oracje jeszcze większe smali. W pewnej momencie używa zwrotu ‘jako stary żołnierz Marszałka…’. No, nie wytrzymuję i uderzam dłonią w stół: ‘co ty pierdzielisz Wojtek?! Przecież ty do 39 chodziłeś jeszcze w krótkich spodenkach, jesteś młodszy od mojego ojca o kilka lat, a ojciec nie miał nawet skończone 18 lat, gdy go Sowieci aresztowali pod Wilnem w akcji ‘Burza, w 1943. W 35, roku śmierci Marszałka, nosił bardzo krótkie spodnie, więc ty nosiłeś jeszcze krótsze’. Robi się cisza. Słychać chyba było jak nam wóda parowała z czupryn. By ratować niezręczność sytuacji dodaję, jako żart: ‘no, skończmy z Marszałkiem. Pani Zofia pamięta go jak przyjechał na rozmowy z jej ojcem, ordynatem Maurycym Zamoyskim, który był przecież przeciwnikiem Piłsudskiego, więc chyba to temat nie najlepszy na zyskanie jej przychylności’. Wszyscy oddychają z ulgą i śmieją się niby serdecznie. Ale Zofia puszcza mi oko z zadowoleniem. Dość miała też tego perorowania. A cel spotkania jednak bardzo ważny. I dochodzę jednak do wniosku, ze mimo niechęci jaką do niego personalnie odczułem – fakt, że jest antykomunistą jest niezaprzeczalny, że jest działaczem opozycji – też, że jest z Kraju i tam ma być „Raport” katyński opublikowany to argumenty, które przemawiają na jego korzyść. I tak w konsekwencji radzę pani Zofii, nie ukrywając personalnej niechęci do tromtadracyjności suplikanta. Tak też się stało. Raport się ukazał najpierw w ‘drugim obiegu’ w Kraju w 1988, potem w Paryżu nakładem Editions Dembinski w 1990. Zabrakło mi w tym wydaniu rzetelnej przedmowy historyka tamtych czasów, zabrakło solidnego przedstawienia sylwetki Kazimierza Skarżyńskiego. Zrobił to lata później w świetnych opracowaniach historycznych Andrzej Przewoźnik. W wydaniu ‘Raportu” przez Ziembińskiego jest jedynie jego własne posłowie, krótki i dość uproszczony (jak większość rzeczy, które Ziembiński robił) opis historii sowieckich zbrodni  na Kresach w 39. Bardziej do artykułu w gazecie niż do dość jednak historycznej publikacji.

Dość długie to wspomnienie ale jednocześnie dość charakterystyczne dla przemian, które następowały w Polsce po 1989 roku.  W 1981 roku, w dniu 13 grudnia, Polska i Polacy rysowani byli grubą, wyraźną kreską. Granica My-Oni była wyraźna. Na niuanse mało kto zwracał uwagę. Ani na dopatrywanie się, gdzie kreska jest węższa. Dopiero rok 1990 wykazał jak strasznie ważne i niedoceniane były te niuanse i obszary zacieniowane. Wszyscy chcieliśmy wolności. I nikt nie potrafił jasno zapytać: jakiej?

Jest więc rok 1990, stoję przy szeregach harcerzy z pochodniami, na mównicy z megafonem stoi Wojciech Ziembiński i zaczyna rzucać hasła. Niebezpieczne. Dziwne. Jakiś spisek znowu żydowski, jakieś anty-polskie zagrożenia i jak z nich Niepodległą, Wspaniałą, Katolicką Ojczyznę wykuć w głazie marmuru. Harcerze z pochodniami falują w szeregach, oczy im się skrzą. Niby jest nawiązanie do harcerzy lwowskich broniących grodu przed hordą bolszewicką w 1918, niby są cienie Szarych Szeregów Powstania w 1944. Może i ojca mojego bym się dopatrzył, bo przecież formalnie był w grupie harcerskiej a nie żołnierskiej, gdy dostał rozkaz dotarcia z kolegami i bratem do oddziałów AK w lesie pod Wilnem w 1943. Ale nie widzę tych cieni. Widzę młodych ludzi, bardzo młodych, którzy tylko tą mało skomplikowaną historię znają, którym nagle w tempie przyspieszonym dano wykłady i broszurki tylko jednej wersji tej historii, bardzo zbliżonej do wersji Dmowskiego, do radykałów domowego faszyzmu lat 20. i 30. XX wieku. Wersji, która całkiem dobrze przetrwała czasy komuny ale kto wówczas na szczegóły zwracał uwagę? Przecież wszyscy byliśmy po tej samej stronie barykady. Wszyscy? Tej samej? I zastanawiam się, czy gdyby nie było roku 1968, masowej i wymuszonej emigracji resztek Żydów polskich do Izraela i innych krajów Zachodu, gdyby akurat z jakiejś modlitwy w bożnicy lub spotkania towarzyskiego grupka takich Żydów szła teraz np. do kawiarni na Starówce – to czy ci harcerze by ich bili? Rękoma czy po prostu tymi pochodniami płonącymi biało-czerwonymi ognikami? I mam ochotę podejść do mównicy i wrzasnąć na Ziembińskiego: stul mordę, bo ci przy…lę idioto! Ale nie robię tego, bo Ziembiński by mnie i tak w tej ciemności nie poznał a harcerze (lub zebrani obok gapie), by mnie wzięli za komunistę i niezłe mi manto spuścili. Podchodzę jednak tuż do pierwszego szeregu tych zuchów i ze smutkiem mówię bardzo głośno: ‘straszne, co wy robicie, chłopcy’. Patrzą, jak na dziwaka. I odchodzę ze spuszczonym łbem kierując się na Plac Teatralny i Ogród Saski. Czas wracać do domu z tego (nie)tryumfalnego spaceru miasta mojej bujnej młodości.

Frag. 2

Gabriel Narutowicz, ku zdumieniu obozu prawicy polskiej, wygrał pierwsze wybory prezydenckie w Rzeczypospolitej Polskiej w grudniu 1922. Fala nienawiści, jaka wylała się na niego z prasy, wystąpień publicznych działaczy narodowców i faszystów polskich była niesamowita. Od absurdalnych po katastroficzne. W przeciągu kilku dni Narutowicz, potomek starego rodu szlacheckiego z Litwy, stał się Żydem i symbolem spisku żydowskiego. Popularny prawicowy publicysta, ksiądz i poseł Kazimierz  Lutosławski pisał na łamach „Gazety Porannej” 11 grudnia: ‘Co się stało? Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta!’ a kończył tekst wezwaniem do bezpardonowej walki z ‘żydowskim zamachem stanu’ i ratowaniem Polski.


Pewnie było takich fragmentów więcej. Nie mam czasu na czytanie co kilka lat wszystkich swoich tekstów. Niektórych z pewnością nie mam w domu i pojęcia nie mam, gdzie każdy publikowałem. Zdarza się, gdy ma się kilka krzyżyków na karku (choć jeszcze nie pochylonym) i nie jest się, no jak to się dziś nazywa … influencerem ?

Ah, wrócę jeszcze na moment do tej mojej ulubionej książki Agaty Tuszyńskiej, która wybrała się na poszukiwania śladów Isaaka Baszewisa Singera (tak, tegoż noblisty). Na s. 39  wspomina, że jeszcze w Leoncinie (miasteczko-osada założona koło Zakroczymia przez Żydów po tym, jak Rosjanie wypędzili ich z Biłgoraja w czasach wojny 1905) któryś z Żydów lokalnych przeczytał w gazecie o pogromie Żydów w Białymstoku. Tuszyńska pisze: Powtarzano sobie doniesienia o okropnościach, jakie spotkały dzieci i starców, których porąbano siekierami na śmierć, mówiono o ciężarnych kobietach, którym otwierano brzuchy. Rok był 1906.

Popiersie wielkiego myśliciela Gaona z Wilna (na placu, gdzie kiedyś była Wielka Synagoga wileńska – zdjęcie autora)

Te daty wytłuszczałem naturalnie w pewnym celu. Bo to szmat czasu. Można je pewnie wydłużyć, znaleźć przykłady wcześniejsze i bliższe dnia dzisiejszego. Ale te, wyżej wytłuszczone przy kolejnych akapitach-fragmentach, są klamrą dość zasadniczą obejmującą ostatnie sto lat naszej historii. Historii polsko-żydowskiej. W 1910 urodził się mój młodszy dziadek; drugi, starszy, w 1906 był już młodym mężczyzną. Więc jestem już trzecim pokoleniem tej klamry czasowej, za mną są już kolejne dwa pokolenia mojej rodziny. Chciałbym by dalej ta historia już się nie toczyła. By był to czas zamknięty. Jedynym sposobem by tak się stało jest kolejne, raz jeszcze trudne ale niezbędne otworzenie kart tej steranej księgi naszej przeszłości. Każdej karty, każdego świństwa, każdego pogromu, każdej szkody wyrządzonej naszym żydowskim braciom i siostrom. Raz na zawsze zamknąć usta propagandzie, a otworzyć okna dla prawdy historycznej. Tylko wtedy dojrzymy te całe pokłady piękna, braterstwa i wspólnoty ojczyźnianej jaką przez ponad siedemset lat z naszymi żydowskimi współobywatelami tworzyliśmy. Czy to jest możliwe? Oczywiście, że tak. Jest nawet dość proste. To wymaga odwagi politycznej rządów polskich ale i ich zrozumienia niezbędności utrwalania i zachowania prawdy.  Przede wszystkim wymaga jednak naszego zrozumienia tej historii. Mówiąc ‘naszego’ nie myślę już o rządach, politykach. Myślę o nas – ludziach, którzy uznają się i uważają za Polki i Polaków. Jeśli z dumą należną wspominamy jakieś wielkie zwycięski bitwy polskie, jakieś osiągnięcia naukowe, artystyczne, to nie możemy zakrywać oczu i uszu wobec obszarów wstydu narodowego. Jeśli w Dzień Zaduszny zwyczajem naszym chodzimy z momentem zadumy na Powązki, na Rossę wileńska, na Cmentarz Orłów we Lwowie, na niezliczone stare cmentarzyki z prostymi krzyżami żołnierzy, których nie znaliśmy, lub osób wyjątkowo zasłużonych Polsce, to równie naturalnym jest pójść na jakiś stary, zapomniany cmentarzyk żydowski. Oni też ten kraj, tą ziemię budowali, rozwijali. Tu się rodzili, tu się żenili i tu umierali. U siebie. W swoim kraju od pokoleń. Nie ma nic złego pójść na taką cichą cmentarną wizytę z dzieckiem i dwa słowa wytłumaczenia dlaczego ten cmentarzyk zapomniany, zaniedbany.  To może być wartościowsze dla takiego dziecka niż późniejsze suche lekcje historii w szkołach. I tam, na tym cmentarzu, bez fanfar i kamer telewizyjnych cicho szepnijmy: przepraszam.

poprzedni tekst cyklu

Fog, walk, talk and poetry

Bogumil Pacak

Day of fog. Day of walk and talks with You. Perched above the Atlantic in Lawrencetown in Nova Scotia. Unedited, raw poetry in Polish, simultaneously translated in he same raw form to English. Exactly as many our talks, using words of both languages in the same sentence. Our crazy parlance. Day was nineteen of March, in 2023.

Dzień w opończy mgieł. Rozmowy z Tobą. Zawieszony na krawędzi zalesionego wzgórza, z Atlantykiem w dole i dali. Surowa poezja spisywana równocześnie po polsku i angielsku. Jak nasze wspólne rozmowy wymieszane zwrotami, słowami obu języków. Dzień był dziewiętnasty w marcu, 2023.

Cruel are days of emptiness:

shoe shuffling

washing dishes

cooking dinner

cleaning, laundry…

No, it isn’t true

that it will get better.

You were lying,

when you wrote a note:

you will get used to it,

you have so many passions,

will have time to write more,

have time to travel,

time for your books.

Time?

Time is my worst foe,

most cruel and unforgiving.

In its methodical chronology

of days and nights,

weeks and months.

Yes, I do have a bad day

– and please, don’t tell me

banal wisdoms of life.

They do not stop

the comings of bad days.

Days of empty pages

form wall calendar.

Thinking, understanding in silence,

you approached me and softly

placed your hand

on my shoulder:

go to the shore,

to the beach.

There is beautiful fog.

You won’t be able to see

neither the beginning nor the end

of things and thoughts, of edges.

I was getting ready,

when you reproached me:

but don’t go

to big rocks,

to tall stony giants.

Go to hills

covered by forest,

shrubs and grass.

The rocks are treacherous.

Wilderness of dark forces

and strangulators.

They will whisper

bad words to you,

will lure you with

 tight noose under

the guise of peace.

But forest, meadow and grass

will protect you.

You say that you

want me to come back.

I will drive there.

Will come back to our home.

I am at peace, now.

When no one could,

when I was in a duel

with the world and people,

with giants and dwarfs

(the dwarfs are most dangerous)

– only you could

quell the thoughts,

silence the uproar.

I was in the embrace of thick fog

on the trail of meadows

and pine trees

perched high, above

the sharp edge of land.

Listened to song of sea.

I listened to the sound

of your monotonous goodness.

And came back. At peace.

Okrutne są dni pustki:

szuranie kapciami

mycie naczyń

gotowanie obiadu

sprzątanie, pranie …

Nie, nie prawda,

że będzie lepiej.

Kłamałeś, gdy napisałeś

w zostawionej mi nocie:

przyzwyczaisz się,

masz tyle zainteresowań.

Będziesz więcej pisać,

będziesz miał czas

na podróże,

na książki.

Czas?

Czas jest moim wrogiem

najgroźniejszym, okrutnym

i bezwzględnym w swojej

monotonnej chronologii

dni i nocy,

tygodni i miesięcy.

Tak, mam zły dzień.

Nie powtarzaj mi banalnych

mądrości życia.

Banały i truizmy

nie powstrzymują

tych złych dni

pustych kartek

ściennego kalendarza.

Podchodzisz i kładziesz

mi dłoń na ramieniu.

Myślisz , rozumiesz.

Mówisz szeptem:

jedź nad morze.

Piękna opończa mgły.

Nie widać końca ni początku

rzeczy, spraw, brzegu.

Gdy już wychodziłem,

zatrzymałeś mnie:

tylko nie jedź

na wysokie skały.

Jedź na wzgórze

porośnięte lasem,

kosodrzewiną i trawami.

Skały są zimne, zwodne.

To uroczyska złych

wodnic i dusicielek.

Będą ci szeptać słowa złe,

będą kusić kłamstwem

obietnicy spokoju,

który jest pętlą dusiciela.

A las, łąka i trawy

obiecują, że wrócisz

z ich ścieżek.

Tam więc pojadę,

gdzie mówisz. I wrócę

do naszego domu.

Uspokoiłeś mnie,

wyciszyłeś, gdy nikt nie potrafił.

Gdy ścierałem się

ze światem i ludźmi.

Z olbrzymami i karłami

(karły są najgroźniejsze).

Tylko ty potrafiłeś

te walki przerwać,

myśli uspokoić.

Byłem tam, w gęstej mgle,

na szlaku łąk i gajów świerkowych

zawieszonych wysoko

nad morskim urwiskiem.

Słuchałem szumu fal w dole.

Słuchałem twego monotonnie

dobrego głosu. Spokojniejszy.

I wróciłem. Do naszego domu.

Smutne zaułki

Bogumił Pacak-Gamalski

Część III

Temat nie prosty. Nie bardzo nawet wiem od której ‘strony’ do niego podejść. Początkowo miało być o złożonej i niełatwej stronie historii polskiego antysemityzmu, a bardziej jeszcze ściśle, o zaminowanym polu Holocaustu Żydów polskich na terenach polskich w czasie 2 wojny.

Jest też temat poboczny niejako ale uwagi wymagający – temat Wikipedii, jej wiarygodności lub nie, gdyż w tym wypadku Wikipedia ma z tym tematem zasadnicze znaczenie, co dalej wyraźnie wytłumaczę. I od tego zacznę (bo łatwiej i prościej), Z pozoru błahy, w istocie bardzo ważny.

Kto i kiedy ostatnio zaglądał do encyklopedii? Nie przez Googla ale do encyklopedii drukowanej przez jakieś znane i cenione (jakiekolwiek) wydawnictwo naukowe? Cisza? Ano tak – z tych drukowanych nic się w zasadzie nie ustało. Próbowały tu i ówdzie niektóre szacowne instytucje. I wszystkie prawie bez wyjątku poległy ‘na polu chwały’ próbując. Jedyną (z tych znanych i szanowanych na świecie) była Encyklopedia Britanica, która walkę podjęła. Nie, nie walną bitwę, bo przy ostatniej próbie edycji w druku też przegrała. Ale bitwa przegrana nie oznaczała klęski totalnej – Britanica potrafiła przekształcić się w wydanie elektroniczne (online), systematycznie aktualizowane. Upadek popularnych wydawnictw encyklopedycznych nie jest świadectwem zaniku rynku czytelniczego (w każdym razie nie wyłącznie) ile prędkością nowych odkryć, badań i stanu wiedzy, którym charakteryzuje się współczesny świat. Ta prędkość przekracza możliwość aktualizacji tradycyjnych, drukowanych wydań.

W takim nowym świecie zaistniała Wikipedia – bardzo zacny projekt łatwo dostępnej i czytelnej wiedzy na wszelkie możliwe tematy. Ale Wikipedia nie opiera się na tradycyjnym systemie opłacanych autorów, recenzentów i edytorów ze świata akademickiego (co nie oznacza, że naukowcy nie mogą i nie edytują Wikipedii indywidualnie, prywatnie). To Projekt wydawnictwa socjalnego, społecznego, gdzie każdy teoretycznie może nowe artykuły-tematy napisać i opublikować, a inni mogą te artykuły rozbudowywać, poszerzać. Naturalnie pewne zasady są twardymi prawami, których łamać nie wolno: temat (osoba, zagadnienie, wydarzenie, itd.) muszą być same w sobie ‘encyklopedyczne’, tzn. muszą już istnieć w świadomości i przestrzeni świata realnego. Osoba musi istnieć w jakiś opisach, zaznaczeniach istotnych medialnych, naukowych, bibliotecznych. Podobnie z wydarzeniami, produkcjami artystycznymi lub naukowymi. Słowem muszą mieć minimalną obecność publiczną. By stworzyć artykuł pt. ‘Jan Kowalski’ autor musi wykazać, że Jan Kowalski jest osobą, która istnieje w publicznym realu przez zauważoną publicznie lub naukowo działalność. By artykuł mógł być zatwierdzony do publicznej publikacji w Wikipedii musi być stworzony przez autora, który już ma uprawnienia edytorskie lub redaktorskie w Wikipedii (czyli osoby, która wykazała się umiejętnością publikacji takich tematów, szeregiem edycji innych artykułów i znajomością zasad). Nie jest to proces ani taki łatwy ani prosty. I generalnie rzecz ujmując Wikipedia jest w miarę dobrym i w miarę rzetelnym źródłem popularnej wiedzy. Nie jest natomiast źródłem wiedzy opartym na rygorystycznych badaniach akademickich. Fakt, że istnieje olbrzymia ilość językowych/narodowych Wikipedii sprawę komplikuje jeszcze bardziej. Oryginalna Wikipedia jest projektem opartym na języku angielskim. Nie oznacza to bynajmniej, że projekty innych języków są po prostu tłumaczeniami z angielskiej Wikipedii. Nie, każda Wikipedia posiada własną  niezależność edytorską. Co jest też plusem ale i minusem tego projektu. Temat encyklopedyczny w Polsce może nie mieć znamiona encyklopedycznego w świecie anglosaskim lub ogólnie międzynarodowym. Stąd te językowe wersje/projekty wikipedialne często różnią się bardzo i są w dużym stopniu ‘napiętnowane’ specyfiką narodową. W polskiej wersji jest nadmiar lub nadana jest waga najsilniejsza np. tematom związanym z wiarą i Kościołem katolickim; generalnie charakter pewnych artykułów socjalno-filozoficzno-światopoglądowych będzie bardziej nacjonalistyczny, z wyraźnym naciskiem na prawicowo-narodowościowe widzenie świata. Łatwiej jest napisać i opublikować temat  ‘Złoto’ lub ‘Planeta’ bądź ‘Dąb’ niż temat z dziedziny historii (zwłaszcza polskiej), biografie znanej i ważnej osobistości, tematy z dziedziny LGBTQ+. Wojny i spory edytorów, redaktorów i tzw. Administratorów (stosunkowo najwyższa i prawie ostateczna władza w Wikipedii) są w tych tematach ustawiczne, czego dowodem są czasem dziesiątki stron historii edycji, zmian, usuwania zmian, przywracania tych zmian, kolejnych zmian lub wręcz blokad redaktorów lub ostatecznie uniemożliwienie wprowadzenia jakichkolwiek zmian. Lub po prostu usuwania danych artykułów-tematów z przestrzeni publicznej. Najostrzejsze walki edytorskie są naturalnie wobec tematów światopoglądowych, z nauk socjalnych – bywa, że edycji i zmian (usuwanych i przywracanych) jest tysiące i historia edycji to książka sama w sobie o objętości wielokrotnie większej niż sam artykuł encyklopedyczny. Świadczyć to może o rygorystycznych zasadach i znaczeniu obiektywizmu, ale też świadczyć może o zjawisku przeciwnym: uleganiu popularnym tendencjom, spojrzeniu subiektywnym (upolitycznienie tematu, światopogląd edytora, itd.). Oczywiście normalny czytelnik ani tych wojen ani zmienianych wersji nie widzi – widzi jedynie zatwierdzoną na stan obecny oficjalną wersję. Co nie zonaczą, że jutro moga tam nastąpic kolejne zmiany. Czyli ‘gwarancja’ podanych informacji jest tylko na ten moment, gdy artykuł czytamy. Każdy ma też dostęp do hgistorii edycji i zmian i obejrzenie form poprzednich – tyle, że komu się chce godziny na to poświęcać? I słusznie – chyba, że własnie to nas interesuje bardziej niż sam artykuł. W olbrzymiej wiekszości wypadków zmiany i kolejne edycje są w istocie drobne merytorycznie, techniczne i zasadniczego tekstu i podanych informacji nie zmieniają.

Generalnie jest to praca bardzo czasochłonna, gratisowa, często niewdzięczna, anonimowa i mój ukłon w stronę osób, które się tym zajmują. Sam mam pewien stopień uprawnień na Wikipedii ale od lat już nie jestem w niej aktywny (bardzo sporadycznie poprawiam jedynie znalezione przypadkiem ewidentne błędy w artykułach) z powodów i czasowych i braku cierpliwości wobec brania udziału w beznadziejnie długich i często bardzo nie merytorycznych wojenkach .  Ostatecznie ileż razy można być pytanym o udowodnienie, że Ziemia nie jest płaska?

Przy tych wszystkich niedoskonałościach Wikipedii nie zmieniłem zdania, że jest to Projekt bardzo pożyteczny. . Wydaje mi się, że ów szalenie niedoskonały, a przez to szalenie demokratyczny sposób powstawania haseł, jest w dużym stopniu obrazem rzeczywistego poziomu wiedzy ogólnospołecznej. Jest tak niedoskonała, jak sama demokracja.  A te ‘barwy’ narodowo-językowych edycji w pewien sposób są jej charakterystycznym kolorem: skoro Polacy (mimo wszystko) nie są społecznością empatyczną wobec np. tematów LGBTQ+, to taki a nie inny (ubogi dość i daleki od doskonałości) stan rzeczy jest może dobrym zwierciadłem i stanu wiedzy i społecznej akceptacji tego tematu w Polsce.

Podobne opinie można wydać o innych projektach językowo-narodowościowych. Ja opierałem się tu głównie na polskiej i anglojęzycznej, bo te Projekty znam najlepiej i przy nich pracowałem lata temu.

A teraz  wyciągnijmy ‘szydło z worka’ genezy tego artykułu. O co mi chodzi? Bynajmniej nie o Wikipedię. Ona po prostu w temat jest uwikłana.

Więc … ad rem – na swoim personalnym profilu na Facebooku mam ok. 600 znajomych. Naturalnie pewna część z nich nie była ani moimi przyjaciółmi ani nawet znajomymi przed Facebookiem – po prostu ludzie, którzy mnie zaciekawili lub których ja zaciekawiłem. Z tych dwóch kategorii dwie osoby tu wymienię i przepraszam ale bez tego nie byłoby tego artykułu. A post, o jakim tu pisać będę był opublikowany publicznie tzn. jest widzialny i czytelny dla wszystkich, nie tylko znajomych. Nosi więc znamiona artykułu publicznego, funkcjonującego w przestrzeni publicznej na tej samej zasadzie, jak jakikolwiek artykuł opublikowany w jakiejkolwiek gazecie, wydawnictwie prasowym – de facto jest esejem historycznym opublikowanym w znanym wydawnictwie naukowym.   Chodzi mi o Ryszarda Tylmana,  poety i grafika z Vancouveru oraz prof. Jana Grabowskiego, historyka Uniwersytetu Ottawy.  Autorem tekstu, który mnie do tego artykułu skłonił jest prof. Jan Grabowski. Obaj panowie są moimi znajomymi na Facebooku.

Ryszarda znam sprzed wielu lat dobrze z Vancouveru, gdzie miałem z nim liczne kontakty tak profesjonalne (redaktorsko-edytorskie), gdy publikowałem jego twórczość poetycką na łamach rocznika, którego byłem naczelnym, jak i towarzyskie. Gdzieś przy końcu chyba pierwszej dekady XXI wieku kontakt nasz się urwał ze zwykłej przyczyny, że wycofał się z wszelkiej aktywności w środowisku polskim (choć miałem z nim jeszcze bardzo sporadyczne spotkania). W tym samym czasie byłem w bliskiej przyjaźni z jego byłą żoną, filologiem polskim, kobietą o niezwykłej wiedzy i inteligencji, z którą wiedliśmy bardzo długie dyskusje na tematy literackie i sztuki ogólnie. Muszę nadmienić, że w czasach gdy te kontakty mieliśmy oni nie byli już małżeństwem. Ale siłą rzeczy czasem mówiła ze mną też o Ryszardzie. Oboje pochodzili z Krakowa i tam ukończyli UJ. Pochodzili z rodzin zacnych i inteligentnych. Nie przypominam sobie bym kiedykolwiek na tematy żydowskie bezpośrednio z Ryszardem jakieś dyskusje prowadził. Z Anną Tylman – tak. Mieliśmy na ten temat zbliżone opinie i boleliśmy nad tragedią Holokaustu, zwłaszcza Holokaustu Żydów polskich, którzy byli tak nieodłączną częścią naszej wspólnej ojczyzny, że ich brak nawet dla nas, urodzonych już po wojnie, był ciągle boleśnie odczuwalny. Nie znosiliśmy tradycyjnego, niskiego i wulgarnego często antysemityzmu polskiego, z którym i na emigracji się spotykaliśmy. Ale też nie przypominam sobie, by Anna kiedykolwiek mówiła coś o jakimkolwiek antysemityzmie ze strony Ryszarda. Ja sam widziałem go jako człowieka światłego, nowoczesnego, socjalnie zaangażowanego i zakładałem, że miał na te tematy podobne poglądy i stanowisko. Tak do tej pory uważam i nie mam podstaw do zmiany mojej oceny.

Profesora Grabowskiego cenię bardzo jako wyjątkowego znawcę historii (zwłaszcza współczesnej) Żydów polskich. To historyk o znacznym dorobku naukowym a jego badania tego tematu bez wątpienia mają też często charakter pasji i zaangażowania emocjonalnego. Co łatwo zrozumieć, gdyż Jan Grabowski jest właśnie jednym z tych polskich Żydów. Tych, których rodzice i dziadkowie przeszli gehennę tamtego okresu. On sam przeszedł, jako młody chłopak, niechlubnie pamiętny rok 1967. Rok nagonki na jakże nieliczne już środowisko polskich Żydów i ich zmuszenie do opuszczenia Polski – ich ojczyzny od pokoleń. Nie mam i nie miałem z profesorem Grabowskim prywatnych kontaktów towarzyskich. Znam go z jego pracy, publikacji, sesji online.

Co się więc stało? Co ma Grabowski do Tylmana a Tylman do Wikipedii? Otóż inny mój znajomy z Facebooka (cóż my byśmy bez tego potwora fejsbukowego robili?!), socjalnie zaangażowany Kanadyjczyk polskiego pochodzenia w ostatnich dniach lutego wysłał mi z Vancouveru wiadomość: ‘Bogumil, it seems that Grabowski and Tylman are in conflict. It’s a shame that Polonia has such situations. … so much intrigue…’.  Nie zrozumiałem początkowo, pomyliłem nazwisko Gradowski z Grabowski, sądząc, że chodzi o syna prof. Anny Gradowskiej, historyka sztuki z którą wspólnie pracowałem i która miała syna w Vancouverze. Ale wyjaśnił, o co chodzi. Przesłał mi link do artykułu prof. Grabowskiego na ten temat. I przeczytałem. Potem przez wiele dni zastanawiałem się czy powinienem w ogóle w jakikolwiek sposób zareagować. Wydało mi się, że temat jest jednak nader ważny. Warty refleksji. I rozmowy. Sam w sobie, bez zaangażowania emocjonalnego wobec ani Tylmana ani Grabowskiego. Temat bardzo ważny i bardziej chyba jeszcze trudny. Temat polskiego antysemityzmu. Być może jednak też gdzieś, w jakimś podtekście, antypolonizmu? Bo jeżeli Tylman (załóżmy) podświadomie, z racji pochodzenia i miejsca urodzenia zakażony jest trucizną polskiego tradycyjnego antysemityzmu, czy może być, że Grabowski z podobnych przyczyn może być nieświadomie zarażony formą antypolonizmu? Jeżeli Byronowski Giaur powiada, że ‘walka o wolność, gdy raz się zaczyna, ze śmiercią ojca spada na syna’ nie jest li możliwym, że zbrodnia ojca też spada na syna?

Były w Polsce 1918-1939 (a naturalnym i legalnym przedłużeniem historii 1918-1945/47, bo ostatecznie granice Polski uległy formalnym zmianom dopiero po wojnie, choć legalne władze polskie nie miały praktycznego wpływu na to w czasach okupacji rosyjskiej i niemieckiej) jakby dwa światy obywateli: ci, którzy się za Polaków uznawali i to było ich pierwsze samookreślenie i ci, którzy będąc obywatelami Polski widzieli siebie – i tak byli widzeni przez innych – wedle pochodzenia i narodowości innej niż polska. Często taką cezurę wyznaczało wyznanie religijne (chrześcijaństwo ortodoksyjne na wschodnich terenach, luteranizm na pólnocno-zachodnich, a najbardziej skomplikowaną była kwestia Żydów, z których dodatkowo nie wszyscy byli żydami, tj. wyznania juadaistycznego), co było testamentem starej, wielowyznaniowej i wielonarodowej Rzeczypospolitej, a w pewnym wymiarze też spadkiem po 123 latach zaborów, a więc trzech odmiennych nacji imperialnych i trzech odmiennych wyznań tzw. religii panujących: Moskwa i ryt bizantyjski, Wiedeń ryt rzymski i Berlin ryt protestancki.

Od czasu, gdy zacząłem pisać ten tekst, wiele dni temu, napotykałem wiecznie jakieś wewnętrzne hamulce i pytania etyczne: co dalej? jak do tego podejdziesz pisząc nie tylko o trudnym temacie, ale (w mojej intencji) wszak opartym na dwóch konkretnych osobach wobec których masz pewne zaufanie, szacunek?  I zmuszało mnie to do stale głębszego szperania po tekstach innych, po pracach historycznych, zagłębiania się w atmosferę bardzo bolesną tematyki. Zmusiło mnie to, do zaglądania do owych długich strasznie stron historii edycji na angielskiej Wikipedii idąc ścieżkami badań Grabowskiego i Shiry Klein z Wydz. Historii Uniwersytetu Chapman w Kalifornii. Nie jestem historykiem ani akademikiem więc nie sprawdzałem rzetelności ich badań (o jakiej nie wątpię), ale bym mógł własne opinie i refleksje z tych badań wyciagnąć. Wielu powiada, że historia (spisana) opiera się na faktach. Naturalnie jest to i prawda i błąd. Fakty opieraja sie na dowodach archiwalnych. Ale ich osąd już nie. Gdyby było inaczej ileż mniej badań historycznych doczekałoby książkowej formy druku. Dotyczy to zwłaszcza historii współczesnej w stosunku do badacza – powiedzmy w zakresie 100-200 lat. Badania współczesnej historii bliższe są metodom fenomenologii niż zasad kartezjańskich. Z czym – jestem przekonany – wiekszość historyków-akademików się nie zgodzi, a co nie zmienia mojej opinii.

Historycy wychodząc z założenia, że Wikipedia ma duże znaczenie i wpływ na popularne pojęcia antysemityzmu lub ukrywania tegoż antysemityzmu chcieli prześledzić tematy z tym związane na Wikipedii. A ścisłej jeszcze – przejrzeć te artykuły, które mogą mieć związek z polskim antysemityzmem i losem Żydów polskich w okresie tuż przed, w trakcie i po II wojnie światowej. Wynika to ze specjalizacji badań prof. Grabowskiego, który tym się głównie od wielu lat zajmuje. Specyfiką tych badań jest (tak wiele z nich ja rozumiem i oceniam) demistyfikacja roli etnicznych Polaków w próbach ratowania Żydów polskich od zagłady i budowanie bazy naukowej wydarzeń i sytuacji wręcz przeciwnych: szmalcownictwo, donosy do władz niemieckich, grabież dobytku żydowskiego, aż po wypadki mordu, gwałtu i pogromów. Drugim (związanym z tym bezpośrednio) są artykuły na Wikipedii (mówimy w tym wypadku głównie o Projekcie anglojęzycznym) opisujące przykłady antypolskich wystąpień żydowskich w tym samym okresie, głównie na ziemiach wschodnich ówczesnej Rzeczypospolitej. W tym wypadku autorzy dezawuują opis takich wydarzeń, wskazują na brak merytorycznych przypisów, lub podważają (domniemaną przez czytelnika Wikipedii zapewne) wiarygodność  żydowskiego przywództwa lub żydowskiego wpływu na te wydarzenia. Słowem odnosi się wrażenie (często wyraźnie tak przez Jana Grabowskiego nazywane po imieniu), że istnieje wręcz zorganizowana akcja edytorów Wikipedii ukierunkowana  w: 1) wyolbrzymiania roli Polaków (etnicznych) w ratowaniu i pomaganiu Żydom nie tylko przez indywidualne akty bohaterstwa ale też przez aktywną działalność Polski Podziemnej i Rządu Polskiego w Londynie i 2) usiłowania tłumaczenia aktów antysemickich ludności i organów państwa polskiego, wrogimi Polakom etnicznym aktom polskiej ludności żydowskiej. W tym drugim wypadku w dużej mierze mówimy o terenach okupowanych przez władze sowieckie. Miało to się wiązać z pro-sowieckimi i pro-komunistycznymi tendencjami żydowskimi. Stąd osobnym tematem jest pojęcie tzw. ‘Żydokomuny’, dość popularne w Polsce nie tylko w czasie wojny ale i do czasów współczesnych. Do tego tematu powrócę na krótko w kolejnym tekście.

Otóż grupa edytorów, którzy współtworzyli i przez lata zmian, poprawek, dopisków nadali taki a nie inny kształt artykułów z tym tematem związanych na angielskiej Wikipedii była niewątpliwie polskiego pochodzenia. Historycy mówią przede wszystkim o edytorach z pseudonimami: Piotrus, Volunteer Marek i Poeticbent. Ponieważ Poeticbent dokonał  sam objawienia własnego nazwiska, wiemy że był to Ryszard Tylman. Ważne jest zaznaczenie, że nie byli jedynymi edytorami tych haseł. Byli jednymi z wielu. Ale też jednymi z najbardziej i najdłużej aktywnych. I byli Polakami, co wynika dość jasno z ich istnienia i aktywności na pl.Wikipedia. Ale Poeticbent vel Ryszard Tylman nie jest jedynym, którego nazwisko Grabowski i Klein mogli łatwo odcyfrować. Piotrus jest wieloletnim (kilkanaście lat) edytorem i administratorem Wikipedii i jego pełne nazwisko jest na jego stronie edytorskiej. To prof. Piotr Konieczny (Uniwersytet Hanyang w Seulu), doktor nauk socjologicznych (specjalizacja w socjologii internetowej). Jeden z najbardziej dekorowanych (w systemie ‘orderów’ Wikipedii) wikipedystów. Ryszard Tylman nie jest aktywnym edytorem Wikipedii od szeregu lat – co nie zmienia faktu, że w edycji przytaczanych przez tandem Grabowski/Klein artykułów brał czynny udział.

Efektem tych szczegółowych badań merytoryczności artykułów wikipedialnych był zarzut o szerzenie antysemickich postaw. Zarzut ten – ze względów dość oczywistych – zaniepokoił Administratorów Wikipedii, którzy normalnie odpowiedzialni są za rozpatrywanie spraw kontrowersyjnych, sporów między wikipedystami. Ale sam mechanizm takich sporów, jak i trudność jego merytorycznego rozpatrywania zdawał się wykraczać poza kompetencje i zakres tego grona. Fakt, że opinie historyków przytoczono (opublikowano) na ważnym forum szanowanego żurnala akademickiego „Taylor & Francis Online” w sekcji ‘The Journal of Holocaust Research’  (9 luty, 2023) umożliwił też nacisk na środowisko wikipedialne, by sprawę rozważono na najwyższej formie  ‘Sadu Ostatecznego’ (nazwa moja) Fundacji Wikipedii. Sprawy w pierwszym podejściu nie rozwiązano. Kolejna jest w toku i jej wynik oczekiwany jest w końcu maja. W międzyczasie jednak szereg artykułów uzupełniono, poprawiono, edytowano. Istnieje też silna opozycja wśród samych użytkowników, tj. edytorów, administratorów a nawet wewnątrz samej Fundacji Wikipedia wobec uleganiu naciskom z zewnątrz i nie  korzystaniu z istniejących mechanizmów naprawy i rozwijaniu jakiegokolwiek tematu. Sam edytor Piotrus ( którym wspominałem wyżej i którego przytoczyli historycy, jako jednego z promujących antysemityzm) odpowiedział publicznie akademikom felietonem w „Gazecie Wyborczej” (12.03.2020) zarzucając im jednocześnie niechęć w bezpośrednim, zgodnym z regułami Wikipedii, uczestniczeniu w tworzeniu, poprawianiu i edytowaniu artykułów wikipedialnych. W istocie – nic nie stoi na przeszkodzie. Pozwolę sobie przytoczyć sam krótki początek tego felietonu, gdyż jest, zdaniem moim, wiele mówiącym:

Nie istnieje żaden spisek polskich nacjonalistów fałszujących historię w Wikipedii, niezależnie od tego, jak atrakcyjnie taka teza może brzmieć.

Chciałbym odnieść się do tekstu „Wrzuć brednię na Wikipedię. Polscy nacjonaliści wciskają kit zagranicznym czytelnikom” prof. Grabowskiego, zarówno jako wieloletni wikipedysta i osoba wzmiankowana w tym tekście, ale też jako profesor socjologii ze specjalizacją w nowych mediach, który Wikipedii poświęcił znaczną część swojej pracy badawczej i edukacyjnej.

Nie jest moją rolą ani nie podejmuję się wydawać jednoznaczną opinię czy Wikipedia (lub ściślej – polscy wikipedyści)  została użyta dla celów antysyjonistycznej lub antysemickiej nagonki. Czy istniał istotnie zorganizowany ‘spisek’ grupy edytorów w celu fałszowania historii. Ale nie wydaje mi się. To środowisko bardzo zróżnicowane. Jest natomiast możliwe (raczej pewne), że istnieje wielu edytorów polskich (nie tylko) o silnym prawicowo-szowinistycznym nastawieniu. I świadomie czy nawet podświadomie edytują specyficzne teksty pod kątem ich widzenia i rozumienia świata. Na Wikipedii określa się to POV (Point of View) i przestrzega przed tym. Ale w takim zróżnicowanym środowisku edytorów są to zasadzki nie do uniknięcia. Natomiast mam przekonanie, że wielu z nich uważało, że są ‘ekspertami’ z racji bycia Polakiem spraw polskiej historii. Pamiętać należy, że przez szereg lat były środowiska, gdzie ‘polskość’ była widziana pejoratywnie, gdy ci, którzy Polskę zawiedli i w początkach 2 w.ś. i w jej finale zdradzili kompletnie – szerzyli wiele nieusprawiedliwionych lub wręcz historycznie błędnych wątków. Gdzie używanie określenia „Polish concentration camp” traktowano za wymienne  z „hitlerowski obóz koncentracyjny’. I tłumaczono to absurdalnym argumentem, że ‘przecież wszyscy i tak wiedzą, że w tamtym okresie Polska była pod okupacja niemiecką… .  Nie będę tego tematu rozwijał. Znamy zbyt dobrze. Był ohydny.

Czy polski antysemityzm istniał i czy istnieje? Tak. Był i jest obrzydliwy. Ale to będzie temat kolejnego tekstu.

Tu zająłem się jedynie jednym ze sporów.  I robiłem też to  zdając sobie sprawę z narastającej narracji , która budzi we mnie opór i zaniepokojenie. Narracji, która polskiemu antysemityzmowi nadaje wymiar powszechnego, omal etnicznego spisku morderczego pędu wobec wzniecenia ogólnoświatowej, a już bezwzględnie ogólnopolskiej histerii antyżydowskiej.  Nie zgadzam się z tym. Nie w moim środowisku rodzinnym i przyjaciół. Spotykałem się i znałem ludzi o bardzo niechętnej Żydom postawie. W Polsce i później w Kanadzie też (ale dalej mówię tylko o polskim środowisku, mimo, że jak wiemy antysemityzm istnieje tez wśród innych grup etnicznych w Kanadzie – głównie tych ultra prawicowych). W większości wypadków moje jednak środowisko (na szczęście sami wybieramy swoje grono znajomych) nie było tym skażone.  Światopogląd religijno-polityczny jest to na ogół dobrym (choć nie jedynym) drogowskazem i ostrzeżeniem.

Są też środowiska, które w swym zapale zwalczania i potępiania tego antysemityzmu tą nowa narrację wręcz kierują w stawianiu omal znaku równania polskiego antysemityzmem z hitleryzmem. Polacy stają się w niej sojusznikami Hitlera i Himmlera. Biorą bezpośredni udział w piekielnym dziele Zagłady. I z tą narracja zgodzić się nie mogę.

Chylę, jako Polak i jako człowiek, głowę ze wstydem i z wielkim bólem serca, przed pamięcią ofiar zbrodni i pogromów, jakie Polacy w Jedwabnem, w Kielcach, w Krakowie i innych miejscach  popełnili. Wierzyć mi się nie chce, że potrafili tak nisko upaść. Że zapomnieli, że są ludźmi. Nie, nie ma i być nie może na to żadnego wytłumaczenia.

Ale są miejsca, są osoby (nikt już prawie z żyjących), były akcje i działania tych, którzy człowieczeństwo nasze uratowali, unieśli z tej pożogi. I pozwala mi to oddychać. I mieć nadzieję, że autentycznie ‘nigdy więcej’. Że wbrew grupom oszołomów nie zapomnimy i nie pozwolimy.

Tym ludziom, Polakom i polskim Żydom, za ten dar dziękuję.     

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że zapominamy słowa, refleksje, wspomnienia tych, którzy Zagładę przeżyli, przetrwali. Tych, którzy wiedzieli. Którzy rozumieli. I spoglądam na książkę Ireny Tomaszewskiej i Teci Werbowskiej (pierwsza dziecko niewoli sowieckiej, druga – nieco starsza – dziecko czasów Zagłady w Polsce) „Żegota – the Council for Aid to Jews in Occupied Poland 1942-45”. Irena jest Polką etniczną, Tecia była Polką żydowską. Napisały książkę-dokument, książkę-świadectwo. Kolejne pokolenia, urodzone już po wojnie z czasem jakby straciły historyczną perspektywę tamtych okrutnych czasów. Warto o tym pamiętać, gdy się na te tematy pisze, a zwłaszcza ocenia.

link do części 2 https://kanadyjskimonitor.blog/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/: Smutne zaułki

Geneza wiersza

Bogumił Pacak-Gamalski

Skojarzenia, pozornie tylko oderwane od rzeczywistości. Jasna biel pod stopami i ciemne niebo ponad. Też powinno być odwrotnie: czarna ziemia lub zielona łąka na dole i błękitne, jasne niebo ponad. A jednak. Wszystko łączyć się musi z własną pamięcią zmysłów, zdarzeń: zapach kiedyś zapamiętany, dźwięk znajomy, gwiazdy migocące tak samo przecież teraz jak kiedyś. Zwłaszcza gdy spacer nocny, samotny. Gdy nikt inny nie wadzi swoją, inną pamięcią przedwieczną. Bo każdy człowiek, to kosmos własny, sam w sobie zamknięty. Pełen światów podobnych, odmiennych jednak. Musisz sobie zawierzyć, objąć go, przytulić ten kosmos jedyny, niepodważalny i niepowtarzalny. Prawdziwy.

Rachmaninow napisał kiedyś piękną pieśń do wiersza Lermontowa:

głucha noc, nie spotkam tu nikogo. C’kwoś tuman kriemienistyj, put’ bljustit nocz’ ticha … Pragnę tylko ciszy i spokoju, niech beze mnie stąpa świat … .

I słyszę , jak śpiewał to pięknie Bernard Ładysz, jeden z najwspanialszych bas-barytonów, godny dziedzictwa wielkiego Szalapina. I śpiewał ją wiele lat wcześniej rówieśnik Rachmaninowa, Fiodor Szalapin. Zaraz otwiera się szufladka pamięci, mam może piętnaście lat, pewnie mniej: spaceruję z babcią alejką Parku Zdrojowego w Ciechocinku, jesteśmy blisko muszli koncertowej. Przechodzi obok starsza, korpulentna kobieta, babcia odwraca szybko głowę w drugą stronę i szepcze  do mnie: patrz w drugą stronę, jak mnie pozna to będzie nudzić przez godzinę. Za późno, słyszymy: ach, pani Wandzio kochana! Babcia stara się krzywy uśmiech nałożyć na usta: o, co za niespodzianka, dzień dobry pani Wando (były imienniczkami). Korpulentna pani to Wanda Wermińska, wielka polska sopranistka epoki odeszłej. Ja już nigdy jej na scenie nie widziałem.

Babcia miała rację, niby krótkie, niespodziewane spotkanie zamienia się w długą historię i opowieści. Ja pytam stale o coś więcej, mimo ukrytych szturchańców babci. Babcia nie lubiła kobiet starszych, przypominały jej ją samą. No, ta była gwiazda światowych scen kradła jej ważny czas naszego spaceru, gdzie ona, babcia, była centrum mojej uwagi i ona mogła mi długie opowieści wieść. Niestety, babcia przegrywa. Ja chce tych opowieści, chłonę je. Jestem niewdzięcznym wnukiem. Ale babcię mam bardzo często. A Wandę Wermińską po raz pierwszy. I ostatni, bom nigdy więcej już jej nie zobaczył. Chyba, że w telewizji, podczas programu z Bogusiem Kaczyńskim, który stare, zapomniane gwiazdy muzyki pokazywał Polsce. Rozmawiałem po wielu latach o tym spotkaniu z Bogusiem, gdy był u mnie z wizytą z okazji koncertów z solistami Operetki krakowskiej, chyba na przełomie lat 80. i 90. Ale, wracajmy do spotkania w Ciechocinku. Pani Wermińska opowiada mi o jej spotkaniu z wielkim Szalapinem, legendą dawnej epoki opery. O Szalapinie naturalnie wiedziałem bardzo dużo, tak jak o Caruso. Więc słucham – jest początek lat 20. ubiegłego wieku, młodziutka Wermińska jest w Budapeszcie na jakimś konkursie. Jednym z głównych jurorów jest … tak, legendarny Fiodor Szalapin. Wermińska stoi na scenie na którą wchodzi Szalapin, jest struchlała z tremy. Nie może wydobyć głosu. Przecież on śpiewał na prywatnych koncertach dla carów, dla królów!  Szalapin czeka chwile, wreszcie ryczy swoim basem na nią: nu, czego milczysz i stoisz, jak drąg? Ona odpowiada przerażona ale szczerze: patomu szto mienia nogi wrastut w ziemla. Szalapin śmieje się tubalnie. Ale konkurs wygrała. Docenił jej głos (gdy go w końcu odzyskała). Długa to opowieść, prawda? A w czasie mojego spaceru to był tylko momencik, zmysł pamięci przez sekundę-dwie. Takie są prawa pamięci zmysłowej, która istnieć nie może poza własnym, indywidualnym przeżyciem. I tylko wtedy następuje fuzja zamysłu twórczego i autentyzmu. Inaczej to tylko igraszki literackie, muzyczne.  Różnica między literaturą a literackością. Między pisarzem a literatem.

Znaczenie tej opowieści (poza nocnym spacerem, echem wiersza Lermontowa do muzyki Rachmaninowa, który natychmiast w wokalnym wykonaniu Ładysza mi się przypomniał) o Wermińskiej to też zwykły fakt, że urodziła się na Ukrainie, niedaleko Kijowa. I jest to ważne dla natychmiastowego kojarzenia z rzeczywistością obecnej wojny na Ukrainie. Jej okrucieństwami ze strony rosyjskich marzeń wielkoruskich. Marzeń rosyjskich, a ukraińskich koszmarów.

Jest John ze mną na tym spacerze,  pamięć jego najczulsza, zmysłowa; kształtu i dotyku jego dłoni, zapachu jego włosów. Wymieszana z moją pamięcią dumek ukraińskich, opowieści babci i ciotek o porohach na Dniestrze, o Zaleszczykach z wakacjami, o ciotce, młodej sanitariuszce, która opatruje w jakimś eszelonie ukraińskich żołnierzy obok żołnierzy polskich w latach pierwszej wojny. Kto po której stronie tej walki był? Kto bił się o polskie miasteczka a kto o ukraińskie chutory? Krew miała ten sam kolor: czerwony. Ukraińscy chłopcy bili się też miedzy sobą o różne, odmienne Ukrainy. Gdzieś tam byli też Hucułowie, gdzieś Rusini Zakarpaccy. Tych nikt o ich opinie się nie pytał  ani o to za kogo chcieliby swoją czerwień wylewać.  I nie ma to chyba dziś znaczenia praktycznego. Warto jednak pamiętać. Bo pamięć ma znaczenie. Pamięć mówi językiem ludzi, którzy żyli, byli. Politycy żyją jedynie ich współczesnością. A cmentarzyki z zapadniętymi grobkami nocą snują inne opowieści.

Stąd ten mój wiersz. Dziwna fuzja rzeczywistości teraz rzeczywistej, oczywistej przez to, namacalnej, dotykalnej. Z rzeczywistością pamięci zmysłowej, historycznej. Może niedotykalnej ale czy przez to nieistniejącej, nieważnej?

Idę sobie

1.

Śnieg cichy, sypki, lekki,

jak twój łagodny wzrok,

którym obejmowałeś

moją twarz, moje oczy.

Pamiętam spacery po

zaśnieżonym Holland Park,

wysokich brzegach górskich

potoków w Kananaskis.

2.

Cicho wokół. Tylko dźwięk

wody kamiennych progów

Dniestru. I nagle strzały.

Cisza umiera. I ty.

Mój kanadyjski sokole,

moje sny stepowe na

kanadyjskiej prerii – Ty,

mój Wernyhoro. Milczysz.

             

3.

Ale idę dalej cichą

nocą po cichym śniegu

wzdłuż brzegu Atlantyku

na drugim końcu świata.

Twoja dłoń w mojej dłoni

już na zawsze. Idziemy.

Do falujących stepów.

I sokołów nad nimi.

B. Pacak-Gamalski

     

by Bogumil Pacak-Gamalski

Zapach powietrza, kolory wokół już jesienne. Złote, ciemna czerwień, biel puszków gdzie wczoraj kwiecie było, wyschniete liście dywanem się kładą. Ale cieplutko niczym wieczorem sierpniowym od dni już kilku. Na trasę przed zmierzchem się więc z aparatem wybrałem. A co zebrałem w tym aparacie – pokażę. Rzeczy, jakie są, jak je widzimy. Lub rzeczy, jakie być mogą, jak chcemy je widzieć. W wałęsających się lekkich mgłach wszystko jest możliwe. Linie elektryczne – pięciolinią z zawieszonym na niej bemolem samotnym. Stalowe konstrukcje – grafiką trójkątów i kwadratów o nieznanym przeznaczeniu. Na szlaku zachodniego końca Dartmouth.

W szacie smutku i braku

Bogumil Pacak-Gamalski

(Część I)

Nie wiem dokładnie, to było tyle lat temu. Miałem może pięć, może sześć lat.  Na pewno nie siedem, bo wtedy mieszkałem już w okolicach Warszawy i tam zacząłem szkołę podstawową.   Działo się to w starym Toruniu. Świat był tak inny. Wszędzie pachniało jeszcze wojną, która towarzyszyła moim zabawom:  znajdowanie kul i fragmentów pocisków i ciągłe ostrzeżenia rodziców i dziadków, by kamieniami ich nie rozbijać, bo można stracić palce lub całą rękę, co stało się niedawno synkowi ‘pani X’ (zawsze było to ‘niedawno’ i zmieniały się tylko imiona tych znajomych, więc przestaliśmy też  tak zupełnie w to wierzyć, w dodatku jeśli ‘pani Kasia’ miała synka, któremu urwało dwa palce, to dlaczego my nigdy tej pani Kasi na oczy nie widzieliśmy?); wojna towarzyszyła wszystkim podsłuchiwanym rozmowom taty, babci, dziadka, wujka, cioć. Zwłaszcza, gdy zbierali się na wspólny obiad lub kolację. Co prawda mówili srogo: nie słuchaj rozmów dorosłych, zajmij się czymś. Nie słuchaj! Dobre sobie. To były najciekawsze opowiadania!

Mieszkania po wojnie były małe – salonik i pokoje co prawda duże, długie korytarze – ale tych pokoi było mało, bardzo mało, bo aż dwa: w jednym babcia z dziadkiem, a  w salonie mama, tata, ja i siostra. A, i wielki fortepian koncertowy. No i wspaniały piec kaflowy. Kuchnia była bardzo duża i miała swój balkonik (w salonie był duży balkon) i spiżarnię. Ale ze spiżarni trudno zrobić pokoik, w dodatku bez okien. Co też nie było prawdą. Nad nami, na ostatnim, czwartym  piętrze było jeszcze jedno mieszkanie, tylko jedne, bo drugie drzwi prowadziły na wielki strych. W tym mieszkaniu mieszkał wujek Wacek, dyrektor MHD w Toruniu. Niby dyrektor, a takie małe mieszkanie! Mieli tylko kuchnię i jeden pokój. A było ich … pięcioro: wujek Wacek-dyrektor; ciocia Irena, jego żona, kuzynka taty; ich córka Ewcia; kochana i pięknie śpiewająca po rosyjsku ciocia Jania, siostra babci i bardzo starsza pani, która była mamą wujka-dyrektora. Więc oni z tej spiżarni właśnie w swojej kuchni usunęli jedną ścianę i tak powstała wnęka z łóżkiem, gdzie na noc spała jedna z teściowych (nie pamiętam czy ciocia Jania czy ta druga bardzo elegancka pani). Ciocia Jania miała przed wojna wielki majątek Komarszczyzna na Mińszczyźnie, z wielkim drewnianym dworem, dwoma młynami, stodołami.  Pamiętam, ze względu na wielki i szczery śmiech całej bez wyjątku rodziny, gdy na jakimś świątecznym, wspólnym obiedzie (więc  robionym w naszym, dużo większym mimo wszystko mieszkaniu), gdy spytałem całkiem poważnie: ‘to  czemu tam nie wrócimy, wszyscy na tym majątku się zmieścimy!’ Strasznie chciałem mieć własny pokój, by siostra mi stale nie przeszkadzała i nie stroiła żartów z moich poważnych planów. Więc ta wojna była jeszcze wszędzie. Choć zakończyła się  ponad 10 lat przed moim przyjściem na świat.

Kilka razy w tygodniu chodziliśmy z naszego mieszkania na Mokrym (na ogół z mamą tylko, zwłaszcza już w tym ostatnim roku mego sześcioletniego życia, gdyż tato wyjechał na stałe do Warszawy ‘robić karierę’) do rodziców mamy na Jakubskim Przedmieściu. Szło się ulicą Batorego, przez Garbaty Mostek i wchodziło w świat dziwów. Po prawej wielki poligon, gdzie czasem strzelali żołnierze, po lewej niekończący się wysoki mur z czerwonej cegły koszar i szkoły wojsk artyleryjskich.  Żołnierze w mundurach wyglądali dzielnie i bojowo, a że mama była piękną kobietą, często wyprężali się i salutowali oferując ponieść siatki z zakupami. Imponowało mi to bardzo. Wtedy zdecydowałem, że zostanę żołnierzem. Nie byłem tylko pewny czy artylerzystą, jak oni czy ułanem, jak dziadek (ojciec mamy). To była decyzja bardzo sumienna. A ponieważ od śmiejących się wujków i cioć wiedziałem, że zjadłem wszystkie rozumy – byłem pewny, że gdy nadejdzie ten czas, to zrobię wybór właściwy.  Po latach okazało się, że wujkowie i ciocie się pomylili albo moje wartości się zmieniły – w wojsku żadnym nigdy w życiu nawet jeden dzień nie służyłem. 

Za koszarami cofaliśmy się gdzieś w przełom wieków XIX i XX. Ulica gen. Pułaskiego (dziś należałoby powiedzieć – generała  Kazimiery Pułaskiej, gdyż wiemy, po otwarciu grobu przez Amerykanów, bez żadnej wątpliwości, że generał mężczyzną być nie mógł a wtedy nawet w Ameryce operacji zmiany płci się nie robiło…): wzdłuż chodnika gazowe latarenki, które co wieczór zapalał pręcikiem pracownik elektrowni, po prawej olbrzymi stary cmentarz św. Jakuba, przylegający od tej strony do tych rozległych poligonów, po lewej gęste krzaki porosłe wysokimi trawami, wijące się wśród nich wąskie ścieżki i jakieś dziwne kamienne tablice. Wiedziałem już, że to groby. Niektóre stojące, inne leżały całe lub pęknięte na ziemi, jakby rozrzucone. Od zawsze miałem przykazanie od mamy i dziadków, że nie wolno tam chodzić. Czasami kręcili się tam jacyś pijaczkowie, podejrzane typy, były nawet resztki rozwalonego murku, który kiedyś widać ten cmentarz okalał. Pytałem o ten cmentarz dziadków, zasięgałem opinii kolegi, który mieszkał w tej samej, co dziadkowie kamienicy. Waldek (ten kolega) też nic nie wiedział i tam nie chodził, bo miał stracha i jego rodzice mu też zabraniali. Powiedziano mi, że tam chodzą tylko bandyci i kryminaliści, zakłócają spokój umarłych a to grzech i porządny chłopiec winien to miejsce uszanować i nigdy tam nie chodzić. Naturalnie, nie chciałem być, jak ci bandyci i nie chciałem też zakłócać spokoju umarłych. Byłem trochę łobuziakiem ale dość dobrym chłopcem mimo wszystko.  Kamienica dziadków stała na ulicy Lampego (dzisiaj Antczaka), tuż przy tym drugim, olbrzymim cmentarzu. Cmentarzu, który dobrze znałem, bo chodziliśmy tam oczyszczać  grobki bliźniaków, braciszków mojej mamy, którzy zmarli kilka dni po urodzeniu w 1945 (wówczas ta ulica Lampego, później Antczaka, nazywała się po prostu Przy Rzeżni. Nie widziałem wówczas, że Polska to taki dziwny kraj, gdzie zmiany nazw ulic, placów a nawet miast są dość popularne i częste …) . Ta moja ‘dobroć’ i poczucie sprawiedliwości były trochę Janosikowe lub Robinhudowe, bo z koleżanką z tej kamienicy często zabieraliśmy część kwiatów z grobów, gdzie były ich pęki i przystrajaliśmy nimi kompletnie zapuszczone i zapomniane groby innych. Znałem już nieźle alfabet i potrafiłem wydukać napisy, zwłaszcza imiona na grobach i daty śmierci. I ta sprawa tego zarośniętego cmentarza-chaszczy, mimo ostrzeżeń, niepokoiła mnie. Wydedukowałem, że musi być strasznie stary i nikt z rodzin już nie żyje i pewnie dlatego zapomniany i zarośnięty. Wpadłem na pomysł, że jeśli nazbieramy kwiatków z podwórka (zanoszenie kwiatów z tego naszego cmentarza na cmentarz inny wydawało mi się nieetyczne, nie mam pojęcia czemu) i pójdziemy na ten zakazany, to nie będzie to grzech i zakłócanie spokoju umarłych, przeciwnie – dobry i pożyteczny cel. Koleżanka nie była przekonana, że to dobry pomysł (jej, zwłaszcza dziewczynce, pod surową karą zakazano tam chodzić, ze względu na te zakazane typy tam myszkujące) ale byłem dość elokwentny i wytłumaczyłem jej, że to zacny uczynek i że nie grzech a przeciwnie – Bozia będzie nam za to wdzięczna. I tak zrobiliśmy. Była to krótka i dziwna wycieczka. Dwoje brzdąców ostrożnie skradających się wąskimi, zarośniętymi ścieżkami do przewróconych tablic grobowych, niektóre groby zapadnięte, inne zniszczone przez czas, pochylone. Serca waliły nam tak, że byliśmy pewni, że ci wszyscy ukryci w chaszczach bandyci nas słyszą.  Na jednym z lepiej zachowanych grobów koleżanka ułożyła szybko bukiecik i powiedziała rezolutnie : ‘starczy. idziemy’.  Ale ja musiałem przeczytać jeszcze choć jedno imię i te starożytne daty!  Napisy były bardzo niewyraźne. Palcem rozcierałem mech aby je lepiej zobaczyć. Były bardzo dziwne, niezrozumiałe inne litery, których nie znałem. Wtedy przypomniałem sobie książki dziadka, wśród których było trochę niemieckich (dziadek niemiecki znał dobrze), przedwojennych. Wśród nich była pięknie ilustrowana powieść „Robin Hood”, którą dziadek mi czytał tłumacząc na polski, a ja pasjami potem przerzucałem jej kartki oglądając te piękne rysunki. Druk tej powieści był w stylu starego gotyckiego niemieckiego i litery były takie dziwne, trudno czytelne. I doznałem olśnienia – to musi być ten niemiecki alfabet, tylko jeszcze dziwniejszy, starszy widocznie! W tym momencie usłyszeliśmy szelest, ktoś szedł przez chaszcze. Koleżanka wrzasnęła i zaczęła uciekać. No to ja za nią. Nie, że się bałem. Skąd!  Biegłem za nią, by w razie czego ją obronić, oczywiście. Ona pobiegła do swojego mieszkania na drugim piętrze, ja do dziadków na trzecim. Jeszcze zdążyła mi przypomnieć obietnice, że nikomu o tym nie powiem. Nie miałem czasu jej nic wytłumaczyć. A to takie proste! To musiał być cmentarz z wojny, żołnierzy niemieckich, którzy takie okrucieństwa nam zadawali, naszych wrogów śmiertelnych. My, jako Polacy nie możemy chodzić i dbać o cmentarz tych, którzy nas chcieli wszystkich zabić! W tym wieku to było takie logiczne. Etyka dziecka jest bardzo prosta, bez niuansów, czarno-biała.

Tego wieczora, po kolacji, zdecydowałem opowiedzieć moją wycieczkę babci, dziadkowi, cioci i wujkowi. Mamy już nie było, bo wróciła z siostrą do domu, a ja zostałem na noc u dziadków. Jak bywało często i co lubiłem. Powiedziałem z dumą: ‘rozumiem dlaczego nie chcecie żebym na ten zarośnięty cmentarz chodził. I nie ma czego ukrywać. Całkowicie się z tym zgadzam, że Polacy tam nie powinni chodzić. Przecież nie będziemy chodzić odwiedzać grobów bandytów, którzy chcieli nas zabić.’

Zapanowała cisza i konsternacja.  Babcia pierwsza odzyskała głos: ‘co ty mówisz dziecko? Kto ci wsadził do głowy takie idee, że to byli bandyci? Jak można tak mówić o zmarłych? ‘.

Była wyraźnie poruszona i zaszokowana. Jej oburzenie zabolało mnie bardzo. Jak babcia może ich bronić, przecież wyrządzili jej i całej rodzinie tyle krzywdy?! W dodatku zarzucić mi, że powiedziałem coś złego, niedobrego? Krzyknąłem: ‘przecież  to cmentarz hitlerowców, babciu!’ I opowiedziałem szybko, jednym wydechem, cała moją wizytę tam. Widziałem na ich twarzach zdumienie. Dziadek spojrzał na mnie poważnie, spokojnie. Długo. I powiedział dobitnie:

to nie jest cmentarz hitlerowski ani niemieckich żołnierzy.  To cmentarz żydowski i w tych grobach leżą ludzie niewinni żadnych zbrodni, leżą ci, którzy wycierpieli więcej nawet niż my w tej wojnie. Żydzi.’

Od tego momentu poznałem te słowo.  Na pewno słyszałem je wcześniej, pewnie w rozmowach, w zwrotach. Ale od tego momentu zamieszkało we mnie emocjonalnie. Nabrało kształtu człowieka. Słowo, które potem odziało się w szatę wielkiego smutku. I braku. Braku, który do dziś nie jest i nigdy już nie będzie wypełniony. Poznałem potem, w dość już długim życiu, wielu Żydów. Polskich też. Innych też. Zagadnienia, komplikacje, pogromy od ponad tysiąca lat, poczynając od portugalskich, pojęcia syjonizmu, anty syjonizmu, komplikacje izraelskie. Przekleństwa religii, szowinizmu, faszyzmu.  W niczym to nie pomaga. Nie wypełnia tego braku. Mieszkałem przez kilka młodych lat szkoły podstawowej w małym, starym miasteczku mazowieckim. Blisko naszego domu były uliczki zabudowane szeregiem parterowych drewniaków, zniszczonych czasem  domków zamieszkałych przez biedotę tego miasteczka. Przed wojną te domki to była dzielnica żydowska, biegały po tych uliczkach żydowskie dzieciaki, ich matki krzyczały na nich po polsku, w jidysz. W czasie wojny pewnego dnia spędzono ich wszystkich na rynek przy kościele, blisko dużego parku. Musieli tam klęczeć przez kilka dni na bruku. Kto się wywrócił – zastrzelono na miejscu. Nikt z nich do tych domków nigdy nie wrócił.

Z własnej pamięci i wiedzy przypominam tylko dwóch, z miasteczka, które liczyło wtedy ok. 25 tysięcy mieszkańców. Może było więcej, nie wiedziałem. Jeden to był starszy, wyprostowany i elegancko ubrany mężczyzna, który spacerował główną ulicą miasta; drugą była kobieta nazywana ‘wariatką’.  Nie bez przyczyny. Znałem ją, bo pracowała, jako kontrolerka biletowa dwóch kin w miasteczku, „Wrzos” i „Bałtyk”. Była w średnim wieku, mała, szczupła. Ubierała się w dziwnie, nieco wojskowe w kroju czarne spódnice i bluzy, chodziła szybkim krokiem, truchtem w zasadzie i w kinach trzymała w ręku grubą gumową rurkę i goniła między rzędami chłopaków, którzy weszli na seans ‘na gapę’. Waląc ich tą pydą po ramionach i głowie. Kiedyś opowiadałem o niej ojcu i użyłem tego określenia ‘wariatka’.  Ojciec powiedział:  to ja cię z nią poznam , zaprowadzę do jej mieszkania. Tylko nie zadawaj żadnych pytań na temat dużych zdjęć, jakie w jej pokoju zobaczysz.

Tata krótko pracował wówczas, jako plastyk, w największym zakładzie przemysłowym w tym miasteczku. Na terenie tego zakładu było kino „Wrzos”, nad tym kinem tata miał olbrzymią pracownię, a blisko tej pracowni miała maleńkie mieszkanko służbowe właśnie ta dziwna kobieta. Poszliśmy. Prowadzili bardzo ożywioną i ciekawą rozmowę na wiele tematów. Byłem zdumiony jej oczytaniem i dość szeroką wiedzą. Ale czasami jej tok myśli jakby się przerywał, zatykał i mówiła przez moment trochę bez sensu. Mimo to byłem oszołomiony jej … normalnością.  Tak, te fotografie widziałem. I starałem się nie zauważać, jak słonia w składzie porcelany. Na stołem wisiały dwa duże portrety: Hitlera i Himmlera. Wtedy jeszcze chyba Kafki nie czytałem, ale atmosfera wizyty miała właśnie taki charakter. Po wyjściu miałem naturalnie masę pytań. Tata opowiedział mi jej historię. Była więźniarką Ravenscbruck. Nie miała piersi, obcięto je jej (nie dwie jednocześnie, a po jednej, w odstępach czasowych) w eksperymentach ‘medycznych’.  Po wyzwoleniu obozu wróciła do Polski, do tego miasteczka, gdzie miała liczną rodzinę i masę znajomych, przyjaciół. Przed wojną Żydzi stanowili tam większość ludności. Ona przeżyła, więc była pewna, że przeżyli choć niektórzy z bliskich, z przyjaciół. Nie mogła być sama. Ale została sama, nikt nie przeżył. Może jednostki, jak ten starszy, elegancki pan. Ale nikt, kogo znała. Nikt. Miała częste napady lęku, silny (jakbyśmy dziś nazwali) postraumatic disorder. A te portrety? Proste. W jej świecie, świat stary, który w takiej czy innej formie trwał przez stulecia – istnieć przestał. Węc to, co trwało było nietrwałe. Mogło się zmienić w każdej chwili. Kiedy tata pierwszy raz był u niej w mieszkaniu, z rozbrajającą szczerością wyznała: czy pan myśli, że oni nie wrócą? Oczywiście, że wrócą. Drugi raz obozu przeżyć nie mogę. Wiec ich zaproszę do siebie i udowodnię, że jestem największą zwolenniczką Wielkiej Rzeszy w całym mieście. I będę główną kapo kobiecego na całe miasto.

Starałem się potem kolegom wytłumaczyć aby nie krzyczeli za nią: wariatka.

To miasteczko  w dwudziestoleciu po kolejnym odzyskaniu suwerenności rozbudowano i odbudowano z rozmachem. Odwiedziłem je w 2018, po raz pierwszy od lat 70. Nie do poznania. Piękne, czyste, nowoczesne. Śladu po domkach po-żydowskich. W ich miejsce zbudowano nowe bogate posesje, pawilony handlowe.  Nie mam pojęcia czy mieszkają tam jacyś Żydzi. Może tak. Dziesięciu? Stu? Nie mam pojęcia. I jest to bez znaczenia. W tym miasteczku na zawsze też został brak. I smutek. Czy ktoś pamięta o klęczących na bruku, w palącym słońcu, Żydach polskich? Sąsiadach.

(poniżej link/łącze do cz.2 cyklu)

https://kanadyjskimonitor.wordpress.com/2022/10/07/smutek-i-brak-cisza-ktora-trzeba-wypelnic-prawda/

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. Czy o jej wyniku zadecydują tylko czołgi i rakiety?

Sześć miesięcy wojny na Ukrainie. I jednocześnie święto Niepodległości Ukrainy. Wielka ofensywa rosyjska w zasadzie na całej linii frontu na południu (na inne fronty Armii rosyjskiej już nie stać) weszła w fazę wojny pozycyjnej o wgórze, o wioskę, o przejście na rzece. Putin stracił sporo zębów. Tak, ma jednak ciągle olbrzymią armię.

Ale w wojnie, w której olbrzymie znaczenie ma nowoczesna i skomplikowana broń niezbędny jest twardy i dobrze wyszkolony żołnierz zawodowy a nie ‘urrra! za rodinu, za Stalinu, za mateczku Rasiju!’. I nie czasy wielkich, decydujacych bitew. Ukraina takiej bitwy nie przyjmie. Nie wyglądają na samobójców, kozackich kamikadze. Nie będzie Kurska ani Stalingradu.

Wołodymyr Zelensky mówi, że Ukraina nie oczekuje pokoju, że oczekuje zwycięstwa. Sugeruje w ten sposób nie pertraktracje pokojowe a przyjęcie aktu kapitulacji. Życzyłbym im tego. Ale to raczej mało realne.

Rosja nie tylko Putina ale i w mentalności bardzo wielu Rosjan jest imperium. I chce być, jako imperium uznana. Nie oczekuje sympatii i polubienia. Domaga się uznania jej imperialnej roli. Nie jestem nawet pewny czy zbrojne (zamach stanu, morderstwo itp) usunięcie Putina by to zmieniło. Tak, Putin to autokrata – wszak całkowitym autokratą był każdy car rosyjski – mieli to nawet w oficjalnym tytule: Samodzierżawca. I tak władcę widzi przeciętny Rosjanin.

Zamach w Moskwie na popularną rosyjską dziennikarkę, która gloryfikowała Rosję i była tubą ultranacjonalistycznej, szowinistycznej i wielkorosyjskiej ideologii, Darię Duginową był bardzo wyraźnym przykładem, jakie znaczenie ma ta ideologia. Pewne jest zresztą, że głównym celem zamachu był jej ojciec, Aleksander Dugin – popularny od lat faszysta rosyjski znany nie tylko w prasie ale w życiu akademickim. Ceniony niemiecki znawca Wschodniej Europy, Andreas Umland w wywiadzie dla szwajcarskiego wydawnictwa medialnego SRF pisze wprost o Duginie: “To jest rosyjska wersja faszyzmu. Dugin zapożycza z Zachodnich myślicieli faszystowskich we Włoszech i Niemczech i buduje swoją własną wersję neo-faszystowskiej ideologii, nazywając ją czasami Czwartą Teorią, czasami neo-euroazjanizmem lub po prostu tradycjonalizmem. Jest autentycznym rosyjskim faszystą.” Jest szanowanym w Rosji i jej kręgach akademickich. I bardzo popularnym w szerokich kręgach społecznych. Stąd jego wpływ na Kreml i Putina – jest to jednak wpływ pośredni, wpływ jego teorii wielkorosyjskich i popularności w społeczeństwie. Sam do polityki bezpośrednio się nie pcha i w pewnym stopniu politykami pogardza, jako jedynie narzędziami a nie twórcami. Niektórzy porównują go do roli i postaci Rasputina w Rosji carskiej.

Czemu piszę o ojcu i córce Duginach? Bo to jest najwieksze niebezpieczeństwo dla Europy, a nie były, niezbyt wysokiego stopnia, oficer KGB – Putin. Putina można wieloma sposobami usunąć ze sceny. Duszy rosyjskiej – nie sposób. Nie zapominajmy, że wielki, pisarz i myśliciel, noblista Aleksander Szołżenicyn, kategorycznie nie uznawał niepodległej i suwerennej Ukrainy i Białorusi. Uważał te dwa kraje i narody, jako integralną część wielkiej Rosji. I to jest ‘dusza rosyjska’ dużo silniejsza niż jakikolwiek przywódca polityczny.

Ten sposób myślenia, taka wizja kulturowa państwa-imperium w węzłach faszystowsko-etniczno-religijnych jest największym zagrożeniem europejskiego modelu, który oparty jest na pewnej stałej płynności ideii, metodologii i społeczeństwa. Płynności, w której centrum od kilku już stuleci jawił się Człowiek indywidualny i Człowiek-obywatel, jako potężny wariant niezależności wobec wschechwładzy państwa- wodza. Państwa-wodza, które urzyczywistnia właśnie Samodzierżawca. Nie był to proces ani łatwy ani krótki. Jest to też proces trwający in perpetuum mobile, to zaś zakłada też pewien chaos, niestałość i niepewność. Ale własnie ten chaos, ta niestałość struktur i mechanizmów umożliwia korekty, zmiany, dostosowywanie się.

Herb Wielkiego Księstwa Ruskiego z krótkiego okresu Rzeczypospolitej Trojga Narodów

Każde duże państwo europejskie u swych zaranii kształtowało się przez setki lat. Nie polega to tylko na podboju silniejszego szczepu, ale na długotrwałej budowie nowego organizmu wielo lub panetnicznego, nadrzędnej wspólnej rzeczy (rzeczy pospolitej, res publica).

W samych Niemczech ten proces trwał prawie do lat 20. ubiegłego wieku! Od czasów Świętago Cearstwa Rzymskiego Nartodu Niemieckiego. Polska nie jest dziś (jak za wczesnych Piastów) państwem Polan. Nie możemy powiedzieć (i nie mówimy), że Pomorze, Warmia, Podlasie lub Rzeszowszczyzna są polskie, bo to tereny Polan. Bo nie były. To ziemie szczepów słowiańskich, ale żaden z tych szczepów nie był Polanami. Mieli swoją odbrębna świadomość. Spokrewnioną – ale odrębną. Rosjanie zaś tego nie rozumieją. Dla nich te wszystkie wczesne i osobne, często wojujące ze sobą szczepy i grupy Słowian Wschodnich to nagle jacyś jedyni i niepodzielni Rusowie. Całe szczęście (w perspektywie historii), że plemiona białoruskie, a na południe od nich plemiona rusińskie przez setki lat (różne tereny w różnych okresach i przedziałach czasu) były pod silnymi wpływami i panowaniem Królestwa Polskiego z jednej strony, a Wielkiego Ksiestwa Litewskiego z drugiej. Od późnego średniowiecza były to już wspólne tereny jednej wielkiej Rzyczypospolitej Obojga Narodów. Szczcie nie dlatego, że ten ‘pan’ polski lub litewski był aż tak dobry i sprawiedliwy. Nie – dlatego, że w silny sposób zakorzeniły w tej I Rzeczypospolitej mimo wszystko zachodnio-europejskie idee i sposoby myślenia kulturowego i politycznego. I że król Polski (na dobre i na złe) nie był i być nie mógł Samodzierżawcą.

Nie sądziłem jeszcze dziesięć lat temu, że te ziarno tak silnie na Białorusi i Ukrainie zakiełkuje. Wśród nich samych. Białoruś jest rosyjskim klientem tylko na zasadzie pełnych więzień politycznych i terroru Łukaszenki. Dyktatora na glinianych nogach. Z ciekawych i zaskaujących względów i z diametralnie przeciwnych powodów do fali anty-rosyjskości nikt tak się współcześnie nie zasłużył na Ukrainie i w Białorusi, jak jej dwaj prezydenci.

Dlatego tak niezbędnym jest kontunuowanie pomocy dla Ukrainy aż do czasu uzyskania najbardziej korzystnego z możliwych rozwiazań. To jest wyzwanie naszych czasów wobec Historii. To jest wojna europejska o europejskie wartości. Jako, że Ameryka Północna i Autralia z Nową Zelandią (to bardzo ogólnikowa i tylko przykładowa lista cywilizacji europejskich) są dziećmi tej cywilizacji (ze wszystkimi pro i contra) – sa w tą wojnę zaangażowane. Bo jest to walka o ich wartości. Leży w naszym, świata zachodniego, interesie istnienie dużej, suwerennej Ukrainy byśmy z Putinem czy innym Putinowiczem rosyjskim graniczyć nie musieli. Tak długo, jak nie ulegnie zmianie, uleczeniu ‘rosyjska dusza’. A to proces bardzo długi i skomplikowany.

I pamietajmy, że to nie wojna ważna lub istotna dla całej wielkiej reszty świata. Afryka, a zwłaszcza Azja tego tak nie widzą. To ich politcznie-kulturowo nie dotyczy. Gotowi są na układy z każdą ze stron. Ktokolwiek wyjdzie z tego zwycięsko. Układy zresztą dalej z Rosją mają i zakładaja ciągle nowe.

Więc cieżar tego wysiłku wsparcia Ukrainy spada (i słusznie) głównie na nas: państwa NATO (z pominieciem Turcji, która w NATO jest z własnych, osobnych interesów i ambicji). A cena tego wsparcia może być tej zimy wyjatkowo trudna ekonomicznie. Brak wsparcia lub osłabnięcie naszej woli – może być katastrofalny. Z biegiem miesięcy spada emocjonalne zaangazowanie wielu indywidualnych osób. Najbardziej oddanym społecznikom i ratownikom Ukraińców zaczynaja tez opadać ręce i skrzydła. Są tym ciężarem uchodźców przygniecieni i nie wszystkie państwa ten ciężar równomiernie dźwigają i równomiernie wspomagają. Sankcje ekonomiczne, kontrakcje rosyjskie spowodowały wielki kryzys energetyczny i olbrzymi wzrost kosztów energii. Naciskajmy jednak na nasze rządy, gdy możemy wspierajmy sami akcje i zbiórki pro-ukraińskie. Rosja tą wojnę musi przegrać. Nie musi być upokorzona jakąś wielką kapitulacją. Ale nie może z niej wyjść zwycięska.

Pytania i książki. Ścieżki poszukiwań literackich li tylko?

Ostatnimi tygodniami kilka publikacji, do których po latach wróciłem. Polskie wszystkie (co cześciej mi się teraz zdarza – oznaka starzenia się i bliska temu sentymentalność ckliwa? 😅) i polskich autorów. Gdzieś od kilku lat ostatnich częściej po polskie książki sięgam. Jeszcze sześć-siedem lat temu było zdecydowanie odwrotnie (rzadko na moich rękach, niech ręka moja wystęka, jawi się druk Smętka 🤣), wiekszość była obcojęzyczna. Choć zwrot ‘obcojęzyczność’ brzmi kuriozalnie, gdy używa go ktoś, kto spędził trzykrotnie więcej życia poza macierzą domową… . Ale wynika to (te czytanie polskich książek teraz) z prostej przyczyny: szukanie pewnych odpowiedzi, pewnych dróg umożliwiajacych zrozumienie czegoś, co mnie akurat absorbuje. Bardzo generalizując i uproszczając te pytanie-zagadnienie brzmi: kim do cholery tak naprawdę jesteśmy? My – Polacy. Nie, niech kochani Ślązacy i Kaszubi najmilsi nie protestują. Nie trzeba. Nie chodzi o ścisłe więzy krwi , genetyki i antropologie kulturowe. Chdzi o to, że gdzieś mieszkaliśmy, pewne normy, drogowskazy kulturowo-historyczne mieliśmy i je wchłoneliśmy z ‘matczynej piersi’ (lub z butelki ze smoczkiem). Sam mam w sobie całe cysterny krwi nie tylko nie plemiennej, to jeszcze nawet (pssst) nie słowiańskiej w małej części (zdaje się, jakaś niemiecka niższego rzędu arystokratka była moją praprababką, zaś dalej jeszce w kolejności pra-pra sięgają ślady luksembursko-belgijskie, inny prapradziad był Madziarem, jedna z prababć i prapradziad z Czech – wiecej grzechów nie pamietam, LOL). Ale ni do Niemiec, ni do Wielkiego Księstwa Luksemburskiego lub niziny panońskiej ani pretensji nie mam ani związany z nimi się nie czuje – choć lubię – z małym wyjatkiem: w Pradze czuję się, jak w domu i kocham to miasto. A do Polski i owszem pretensje wszelkie mam i związany jestem z nią na dobre i złe. Kanada zaś to zupełnie inny orzech. Zgryziony, strawiony świadomie i z wyboru. Tu żadnych czarów-marów nie było ani genetyczno-kulturowej zaprawy do fundamentów. Więc te fundamenty moje w 100% polskie (cokolwiek pod tym rozumiemy) i męczą czasem w rozumieniu, w rozsupływaniu tego tobołka ponad 1000-letniego.

Stąd te kilka tytułow ostanio przeglądanych. Bardzo różnych i z bardzo różnych czasów. A na różne pytania pomagają szukać odpowiedzi. Znanych wielkich i bardzo mało lub w ogóle nie znanych (wielka sława to żart, książę błazna jest wart – tak, tak panie baronie cygański), którzy w pewnych pytaniach coś mi podpowiadali.

Stanisław Kowalczyk, młody bardzo poeta, który ginie tragicznie bardzo wcześnie. Zostaje więc tylko okrzyk młodości (i to w okropnym otoczeniu wojny i zniszczenia) szczery, jeszcze nie zmanierowany możliwymi laurami wieku dojrzałego, może starości nawet. Co zostawił, co mi wytłumaczył? Młodość właśnie, zapis uczuć i przeżyć poetyckich in statu nascendi. By ich nie zapomnieć, nawet gdy formą lekko młodopolską szfankują – bo te wczesne są ważniejsze od wszystkich traktatów mędrców wieku późnego. Pamietaj więc siebie wieku młodego – to byłeś ty. To nauka bardzo trudna do – wbrew pozorom – do zapamietania. (“Osty kwitnace”, wyd. I, Pruszków, 1943- przedruk całkowity z oryginału w 2005 w Pruszkowskiej Książnicy)

Mikołaj Rej we wspaniałym I wydaniu “Człowieka poczciwego” (Zakład Ossolińskich, 1956) z doskonałym, 60-stronicowym wstępem (sam Wstęp taki to wszak prawie osobna praca naukowo-krytyczna) kochanego Juliana Krzyżanowskiego. Co za gratka czytać Reja nie jako obowiazkową lekturę a człowieka polskiego Odrodzenia par excellance – budzenie Polski z długiego snu średniowiecznego, przywracanie korzeni przed-chrześcijańskich (klasyki greko-rzymskiej), budowanie na nowo rodziny europejskiej. Ale wszystko zakotwiczone bardzo silnie w tej chrześcijańskiej, rzymsko-chrześcijańskiej sielankowości Polski Rejtana. Jeśli czytane z tym kluczem Krzyżanowskiego – jakże na nowo odkrywcze. Tu sporo żem był sobie przypomniał, może na nowo odkrył lub zauważyłem czegom wcześniej niekoniecznie zauważył. To pomogło.

Poeta polsko-kanadyjski Ryszard Tylman i jego wydany wiele lat temu w Krakowie tomik “Koty marcowe”. Z prozaicznej przyczyny: podobne losy, czasy i miejsca. Zwłaszcza, że przypomniał mi w wierszach z ich pobytu we Włoszech (był tam z małżonką, z którą później w Vancouverze łączyła mnie serdeczna przyjaźń, a z nim współpracowałem, jako redaktor), jako polscy uchodźcy. To były te same miejsca, ulice i czasy, gdy ja tam byłem z identycznej przyczyny. W krótkich stosunkowo odstępach czasu tam byliśmy. Ja zajęty byłem pracą doraźnego aktywisty życia obozowego i jeśli sięgałem po pióro to raczej pisząc publicystykę i memoriały polityczne niż wiersze. A wiersze są prawdziwszym zapisem momentu. Momentu kolosalnie ważnego, przełomowego. Decyzja opuszczenia ojczyzny jest nie porównywalna do zmiany zamieszkania, emigracji do innego kraju. To dwa różne, kompletnie do siebie nie podobne zwierzęta-smoki. Zwłaszcza z emocjonalnego punktu widzenia. Więc czytałem te jego wiersze (cz.I pt. ‘W drogę’) i pamietałem, przypominałem. Nie, chyba nie porównywałem, bo to bezsensowne – Ryszard to on, a ja jestem Bogumił, też dwa różne zwierzaki. Ale proces emocjonalno-twórczy musiał i był podobny, zbliżony. Więc te wiersze mi przypomniały ten moment właśnie, nie w refleksji historycznej a ulotności chwili właśnie. Tamtej chwili w jej trwaniu, a nie pamięci tej chwili. Zamknąć czas chwili potrafi tylko poezja (lub rzetelne Dzienniki). To różnica kolosalna.

Wielki dla polskiej myśli niepodległościowej i dla przetrwania niezależności polskiej literatury był naturalnie przez cały okres mazi PRLowskiej Jerzy Giedroyc. Sam pisał bardzo mało. Literatem nie był. Był Redaktorem-Organizatorem. Szarą Eminencją. Ta jego “Autobiografia na cztery ręce” (wyd. Czytelnika, 1996) jest tego potwierdzeniem w pełnej mierze. Ale nie szukałem tego potwierdzenia. Nie szukałem też śladów moich prywatnych z nim kontaktów ani jego klucza do rozumienia wagi literatury emigracyjnej. Chodziło mi o dość rzecz prozaiczną czasowo a związaną z wojną na Ukrainie. Tą wojną teraz, nie tamtymi w latach 1918-20. W końcówce Miedzywojnia Giedroyc już był własnie taką szarą eminencją, takim organizatorem, który zapalał pewne iskry pomysłów politycznych. Dużym problemem w II Rzeczypospolitej była naturalnie kwestia mniejszości narodowych w Polsce. I pomógł mi jaśniej to zobaczyć, bez sentymentu rodzinnego i literacko-poetyckiego. Więc wygladało to słabo. W zasadzie nie wygladała w ogóle. Z winy – może lepiej by było napisać: z zaniedbania? – Polaków i polskich władz. Pojedyńcze osoby starały się coś w terenie zrobić ale skutecznej polityki zabrakło. Można nawet zaryzykować, że (bez ujęcia jej w ramy systematyczne) polityka, która istniała i działała była szowinistyczna i przeciwna temu. A wielka szkoda. Podejście Polski było paternalistyczne a nie partnerskie. Niestety (dla Polski) wiek był XX a nie XVIII.

Czy coś to tłumaczy (np. Rzeź Wołyńską)? Tak. Zresztą nie chodzi o tłumaczenie (zbrodni wytłumaczyć nie sposób) a o zrozumienie pełniejsze. Widzenie dalej niż krawędź własnego nosa. Pespektywę historyczną zajść, zachowań.

Czytanie się więc przydaje ciągle. I to by było na tyle.