Wielkie podróże życia

Sa podróże epokowe w życiu człowieka. I prawdziwie epokowe są przeprowadzki-podróże przez wielkie puszcze, nad wielkimi jeziorami, przez wysokie góry i przez płaskie prerie. Od oceanu do oceanu. Kłopot człowieka, który zamieszkał w takim kraju, który ma aż trzy oceany i część najdłuższego pasma gór: Kordylierów. Ba, jedna z pasji mojego życia to podróżowanie, więc – voila! Drugim nieodłącznym elementem wielkich podróży są pożegnania. Te mogą być bolesne. I w tym pomaga wiek i doświadczenie, które łagodzą te wstrząsy. Te też, niestety, już mam.

Pisałem bardzo niedawno na tych łamach o książce. Naturalnie o książce literackiej lub szerzej nieco, o książce ze świata kultury i wiedzy. Literatura bez wiedzy by istnieć nie mogła, ale jest też sprzężenie zwrotne: po cóż wiedza, jeśli do świata kultury (wiec literatury, sztuki ogólnie) nie prowadzi? Te dwie córy umysłu ludzkiego są poniekąd bliźniaczkami syjamskimi.

Więc związane z moją życiowa przeprowadzką przez epoki i kontynenty problemy pakowania i eliminowanie są okrutne. Ofiary jakieś być musiały. Pierwszymi były książki współczesnej literatury dużych nazwisk literatury polskiej. Ale znowu jest pewna cezura, dziś już zarzucona (i słusznie) literatury krajowej i emigracyjnej. Tu jest wiele niebezpieczeństw i zaskoczeń dla niektórych. W kraju czytelnik (i wydawnictwa) pamiętał tylko o tych, których znał z lat do (powiedzmy umownie) 1945. Tych którzy przed tym 45 już zaistnieli. A kurtyna komunistyczna była mimo wszystko dość szczelna i zawisła na kilka dziesięcioleci. Masa wspaniałych poetów i pisarzy polskich dorosła do ‘bycia’ poetą i pisarzem już poza granicami PRL. Tych nigdy na nowo przywrócić literaturze krajowej nie potrafiono. Może było to niemożliwe. Próbowano niektórych – głównie w sferach akademickich, badawczych. Aby żyć w świadomości czytelnika trzeba pisać, tworzyć i żyć ‘po sąsiedzku’, na następnej ulicy, przy kawiarnianym stoliku obok. Prowadzić aktualną rozmowę z tym czytelnikiem na temat pogody na ulicy, na temat miłości, wiary, patriotyzmu i ceny bochenka chleba w sklepie.  Tak – były „Zeszyty Literackie” Barbary Toruńczyk, ale dla wielu już za późno, dla innych trochę zbyt oddalone rożnymi progami. A i w Polsce „Zeszyty Literackie” nie były „Życiem Literackim”[i] i większość ich trwania była wydawana poza Polską. Podobnie miało się z moim Rocznikiem Artystycznym „Strumień” wydawanym w Kanadzie w latach 1999-2012 – istniał w bibliotekach uniwersyteckich w Polsce, w archiwach literackich, ale nie ‘na ulicy’ miast polskich, gdzie spacerował krajowy czytelnik[ii]. Gorzej jeszcze było z wydawnictwami i autorami mniej znanymi a rozsianymi w różnych ośrodkach polonijno-emigracyjnych po całym Zachodnim świecie. Prawie każdy polski tygodnik wydawany w Londynie, Toronto czy Nowym Jorku prowadził też własne wydawnictwa poetów i pisarzy w tych krajach mieszkających. Mało kto z żyjących pamięta te wydawnictwa i tych autorów.

Więc tych zapomnianych i te zapomniane tytuły biorę. Ocalić od zapomnienia …

Dużo więcej będzie tytułów angielskich, które wyjątkowe dla mnie mają znaczenie literackie lub literaturoznawcze. Wśród z nich wyjątkowe ma gigant literatury Colm Toibin. Moim zdaniem jeden z najlepszych pisarzy kultury Zachodniej końca XX i początku XXI wieku. Genialny i jako pisarz i jako literaturoznawca.

I (bo koszula ciału bliższa i wiedzę na ten temat mam dobrą) biblioteczkę badań literacko-kulturowych społeczności LGBTQ+.

To książki tylko. A co z dugą pasją, z muzyką?! Nigdy w życiu nie myślałem, że dyskietki i DVD’s tyle ważą! Taka jedna płytka, to piórko. Dwadzieścia już waży – a 50 waży ho,ho. Jaką selekcję robić? Jakbym się ośmielił wyrzucić Callas czy Pavarottiego, Mozarta lub Beethovena, Madonnę (tu kłamstwo – akurat wielkim fanem Madonny nie byłem i nie jestem) lub Piaf, Ewę Demarczyk czy Marka Grechutę? A wyrzuciłem, całą masę. Odwrotnie od książek – współczesne systemy odbioru muzyki internetowo-elektronicznie są wielokroć lepsze niż te z dawnych CD. Więc tak długo, jak będę miał dostęp do Internetu i jakiś laptop – nie muszę mieć na licznych stojakach stojących pod ścianą z setkami tych dyskietek. Z nielicznymi wyjątkami: zachowam te od tych muzyków, którzy sami mi podarowali ze specjalna dedykacją. A szczęście miałem współpracować, czasem się przyjaźnić, z wieloma wspaniałymi muzykami. Czort wie czemu głównie z arystokracją muzyków-wykonawców: pianistami, LOL. Nie, no wiem przecież, bo jak tu porównać sceniczną widoczność pianisty ze swoim instrumencikiem a skrzypka ze skrzypeczkami?! Size matters, LOL.

Prócz tych wezmę specjalne edycje zrobione na wielu dyskietkach z okazji jakiejś wyjątkowej, niepowtarzalne i artystycznie – majstersztyk.

Nie zostaje nic innego, jak wyrzucić kolejne kilka worków własnych ubrań. Bo mimo wszystko książka jest przecież ważniejsza od gaci i spodni. A samochód, którym przez kontynent to będę wiózł – choć spory – za nic się nie rozciągnie. Przyczep żadnych przez puszcze i góry ciągnąć za sobą nie będę. Karawan ciągnąłem jadąc ponad sześć lat temu w tą stronę: od Pacyfiku do Atlantyku. Ale wtedy jechało nas dwóch: ja i mój John. Teraz wracam sam i pora roku dużo późniejsza. Dalej, z Zachodniego Wybrzeża, za kilka dobrych miesięcy powiezie to już statek. Po co ciągnąć to do Vancouveru, skoro z Halifaksu tyle bliżej, przez jedno tylko duże jezioro? Ano, to już inna para kaloszy, inna historia. Inny wiersz i powieść inna. Vancouver to mój Dom. Moja miłość i najpiękniejszy okres mojego życia, który już nie ma szans się powtórzyć. Jakbym mógłbym nie pojechać, uściskać go i podziękować za to, co mi dał? Z jednego miasta, które kochałem – Warszawę – wyjechałem blisko pół wieku temu nie żegnając się, bo nie przypuszczałem, że nie wrócę. Tym razem tego powtórzyć nie mogę, bo teraz wiem.


[i] Zeszyty Literackie – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia

Arabesca o Andre Ochodlo

Gdzieś w laskach pod Sopotem, sosnowych laskach na piaszczystej ziemi. Może koło Opery Leśnej, tańczę z uroczym Andre Ochodno. Tańczymy do żydowskiej melodii starej piosenki o sztetlu żydowskim w Bełzcu. Andre nuci z rozwianymi bujnymi włosami w jidysz: meine szetele Belz. Śpiewa i płacze. I ja płaczę scałowując jego łzy. Bo też mi żal strasznie i jego i tych sztetli w małych miasteczkach, tego harmideru na uliczkach z drewnianymi domkami, sklepikami, warsztatami krawców, szewców, rymarzy, sklepikami z mydłem i powidłem. Że nie ma synagog.

A może to nie było pod Sopotem, niedaleko teatru „Atelier”? Może to było nocą na uliczkach i w barach Vancouveru, gdzie go poznałem? Był młodziutki, delikatny. A ja byłem draniem. Romantycznym – ale draniem. I zamiast Andre wyciągnąłem Marka Rychtera, świetnego aktora charakterystycznego, który z Andre przyjechał na koncerty do Vancouveru.  Łaziliśmy od speluny do speluny przez całą noc, zabrałem go do świetnego baru w Royal Hotel na Granville, wówczas popularnego baru gejowskiego, gdzie były świetne koncerty wysokiej klasy queer queens parodiujących Lizę Minnelli, Marlenę Dietrich, Barbarę Streisand. Marek był zachwycony ich wysoka profesjonalnością i aktorstwem. Ktoś się do niego przystawiał, chciał kupować drinki. Śmiał się i nagle zwrócił się do mnie – dlaczego nie wziąłeś zamiast mnie Andre, mielibyście świetny czas, bo Andre jak ty jest też gejem. Spojrzałem z wyrzutem na niego: Andre jest za delikatny na takie chlanie od baru do baru. On jest subtelny, jego trzeba chronić przed łajdactwem.

A może powinienem, może Marek miał rację. Przecież nie musieliśmy łazić po barach. Zabrałbym go na długi spacer wzdłuż Zatoki Angielskiej i potem brzegami stawu na skraju Stanley Park. Może poszlibyśmy i do Parku w Alejkę Zakochanych. Może tam byśmy właśnie tańczyli smutne żydowskie tańce pod koronami tysiącletnich cedrów?  Czochrałbym palcami jego gęste włosy, opowiadał o żywej Krochmalnej w Warszawie, o uliczkach w Mińsku Mazowieckim pełnym sklepikarzy z brodami i pejsami, poprowadził ulicami dzielnicy żydowskiej w Wilnie prosto do domku mędrca Gaona. Kłamałbym, że to wszystko jest, albo wyczarowałbym, że by było naprawdę,

I o szarym świcie wracalibyśmy do domu pijani marzeniami. Objąłbym go czule ramieniem, otarł raz jeszcze smutne łzy. Ust bym nie całował, choć jakże nęciły. Może łajdakiem-zawadyjakiem byłem, ale byłem łajdakiem subtelnym, czułym. Nic prócz chwili dać mu nie mogłem, bo sam byłem zakochany po uszy w moim Chłopcu. A Andre romantyczny, smutny zasłużył na więcej niż przygodę. Więc byłem dobry, byłem spolegliwy a nie natrętny.

Sen-zjawa, spacer, którego nie było. Ale Marek miał rację. Powinienem go na ten spacer senno-nocny, magiczny zabrać. Na spacer uliczkami nieistniejącego świata, świata utraconego na zawsze. Może go jeszcze w Polsce zabiorę. Światy istniejące w wyobraźni, w marzeniach są zawsze, nie umierają, nie znikają. Warto je odwiedzać.   


post scriptum autora: tekst powyższy ma charakter specyficznej literackiej fikcji opartej w części na wydarzeniach faktycznych. Nie jest jakakolwiek próba outingu aktora Andre Ochodlo. Jest możliwe, że mi się tylko wydawało, że jest gejem, nie przypominam sobie bym go o to po prostu spytał. Jest też możliwe, że tak mogło się wydawać aktorowi Markowi Rychterowi. W moich późniejszych, po wielu latach rozmowach z Markiem Rychterem, dla którego miałem przygotować monolog (w konsekwencji tej obietnicy nie dokończyłem ze względów niezależnych ani ode mnie ani od Marka Rychtera) nigdy do tamtego spotkania ani tematu nie wracaliśmy.

Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Summer, summer … it’s time to slowly close the season of fun on the Eastern Coast of Nova Scotia

Everything good must come to an end. Summer is receding from the trails and beaches of Nova Scotia. So is my presence in that province of Canada. Time to pack my beach chair … and pack my belongings after six years. For a small province that’s a long time to travel to places known and places less travelled. By now, my Dear Reader you probably know much more about this land from where the entire hemisphere sprang to life under new overlord – the Europeans. But people come and go – the land remains. And the old inhabitants from ancien time remain too – the Lnu People, of which novascotian native Mi’kmaq people are part.

My last hot and sunny day playing among the waves of North Atlantic was on Lawrencetown beach. Place I have visited over the years more than I can remember. After that I went for one more quick swim at Canada’s Ocean Playground beach by Gaetz Lake. And lovely walk to a Wildlife Sanctuary that shows tremendous affection to all kind of native creatures, who suffered some serious problems and can’t survived on it’s own. Such a tranquil place.
In a few days time I will be driving through the entire continent, traversing the same route and highways me and my John took six years ago. Back to where we begun that journey – to British Columbia. Although He can’t be with me physically – His love and spirit will. We will have lots of time to reminiscence the almost forty years of an amazing life journey. The most beautiful Journey of my life.

Next pictures from Canada’s Ocean Playground and Wildlife Sanctuary.

Clam Bay Beach (cz.2)

Clam Bay Beach (cz.2)

Około dwa miesiące temu[i] opisywałem tu wspaniałą plażę na wschodnim wybrzeżu Nowej Szkocji. Plaża Zatoki Muszli. Zwłaszcza dwóch charakterystycznych rodzajów: popularnej omułki i rogowca. Omułka to naturalnie małż, a rogowiec to właśnie muszla clam. Omułki są podłużne, wewnątrz perłowo-niebieskie, mieniące się, zaś clam bardziej okrągły, w odcieniach szaro-białych.

Woda wówczas była lodowato zimna i bajecznie piękna, szeroka piaskowa plaża świeciła pustkami.  Prócz mnie żywy duch się na kąpiel nie odważył. Myślałem, że nie tyle temperatura wody (bo dzień był jednak słoneczny i ciepły) ile odległość plaży od większych miast i dość skomplikowany i długi dojazd bocznymi drogami odbijającymi w dół od głównej szosy był tą przyczyną pustki.

Kilka dni temu pojechałem tam ponownie sierpniową porą. A w sierpniu wody Atlantyku przy Nowej Szkocji są cieple przez silne prądy po-huraganowe na Karaibach. I jednak widać ta temperartura wody chyba zadecydowała. No i szkolne wakacje. Na szerokim polu parkingowym ledwie miejsce znaleźć mogłem. A na plaży – ludzi jak mrówków, LOL. Ale plaża kilometrowa, bez końca. Miejsca i na piasku i wodzie nie zabrakło.

I jedno jeszcze spostrzeżenie bardzo miłe: naturalnie jestem teraz sam i moje wycieczki od dwóch lat są też wycieczkami samotnymi. Zabieram zawsze plecak, składane krzesło plażowe i drogą kamerę z dużym stojakiem. Jedyne co zostawiam w samochodzie to dokumenty. Nie wiem czemu z przyzwyczajenia biorę ze sobą też swój Iphone. Pływać z plecakiem i kamerą trudno (z telephonem też). Więc wszystko tak zostaje na tym krześle, a oparte o nie stoi ta kamera na trójnogu. Czasem te pływanie jest długie, bo uwielbiam targać się z tymi grzywaczami wodnymi.  Nie wiem, czasu nie liczę, ale też nigdy się nie śpieszę. I nigdy się mi nie zdarzyło ani na plaży zapełnionej ani pustawej, by mi cokolwiek zginęło. Nie tylko tej, na wszystkich plażach. Ot, taka sympatyczna ciekawostka tutejszych plaż.

A teraz kilka zdjęć z tej właśnie Clam Bay Beach późnym latem. Już nie pustej.


[i] Clam Bay Beach – north of Jedorre – na Wschodnim Wybrzeżu Nowej Szkocji – Pogwarki (kanadyjskimonitor.blog)

Kibol

Paulino Menezes, CC BY 3.0 https://creativecommons.org/licenses/by/3.0, via Wikimedia Comm

Oglądaliśmy niedawno dziwne widowisko na ulicach angielskich miast. Wielu miast. Policja była kompletnie do tego typu igrzysk rozwydrzenia nieprzygotowana pierwszego dnia. Tłumy dyszących nienawiścią rasistów demolowały domy, całe ulice miast angielskich. Wyglądało to, jak jakiś surrealistyczny film Felliniego.

Czy to była prawdziwa Anglia? Nie i tak, niestety. To rzeki tej głośnej, groźnej i wojowniczej fali populizmu, która zalała Europę i Północna Amerykę. Popłuczyny faszyzmu, anty-elitaryzmu zawsze istniejącego w środowiskach nieudaczników, niewykształconych arogantów i ignorantów własnej historii. To jest też efekt pierwszej prezydentury Donalda Trumpa i jego obecnej kampanii wyborczej. Na samym końcu – to efekt bardzo sprawnej kampanii propagandowej, fejkniusów i zwykłego ordynarnego kłamstwa rosyjskiej kadry politycznej. Ale nie można tego po prostu wytłumaczyć ideologią, nawet ideologią zła. To jest też zwykła ordynarna łobuzerka rozwydrzonego kibola. Tak – kibola. Tego wrzeszczącego na współczesnych widowiskach rzymskiego Colosseum kibola, wyrywającego deski z ławek stadionowych, który chce piwska i rzuca potem butelkami po tym piwsku w kierunku zawodników przeciwnej drużyny. To widok zwykłego chama, który korzystając z wolności liberalnej demokracji – okłada tą demokrację pięściami i kopniakami. Na meczach w Krakowie, w Warszawie i na meczach w Nottingham.

Znam tego kibola. Widziałem tych chamów i ich zachowanie. Nad ranem zachlanych, zaszczanych, zarzyganych i zasranych. Widziałem ich przewracających się i tarzających w tej swojej śmierdzącej kloace, w posoce.

Nie w tym roku, kilka lat wcześniej. Był 2018, moja ostatnia podróż z Kanady do Polski. Specjalnie tak ułożyłem loty by mieć cały dzień, wieczór i noc w moim ulubionym Amsterdamie, który kocham i odwiedzałem wielokrotnie. Uwielbiam łazić tymi wąskimi uliczkami zaczynającymi się zaraz za pierwszą pętlą tramwajową koło Dworca Głównego. I tak było tym razem: wzdłuż tych okien Muzeum z dziełami sztuki flamandzkiej, gdzie czekałem czy aby któryś z tych mieszczan nie wylezie w swoim berecie z ram obrazów Rembrandta, potem spacer na kanałem obok, w tej dziwnej mini-dzielnicy żywych wystaw ‘pań rozkoszy’, zaraz dwa kroki od kamienicy, w której pisała swoje pamiętniki Ann Frank.

Nie chciałem tracić nocy w hotelu, bo odlot miałem wcześnie rano, więc przełaziłem i noc. Późnym wieczorem zaszedłem do znajomej restauracji-klubu. Właściciel był nadzwyczaj sympatyczny, rozgadaliśmy się i on poszedł do kuchni zamówić jakiś specjalnie dla mnie posiłek. Dowiedziawszy się, że rano mam odlot … zaproponował spędzenie krótkiej nocy nie w tym klubie a u niego. Nietrudno było się domyśleć, że noc pewnie miała być bezsenna i tak, LOL. Najgorsze, że był mężczyzną przystojnym, atrakcyjnym – niestety. I co tu dużo gadać, połechtało to moją próżność. Skłamałem, że na chwilę muszę obok gdzieś wyskoczyć – i zwiałem, jak tchórz. Mężczyźnie w moim wieku nie przystoi zachowywać się, jak sztubak. Niestety, tak się zachowałem i zamiast po prostu podziękować i odmówić – zwiałem. Idąc wąskimi uliczkami, które w środku nocy wyglądają jednak inaczej – straciłem orientację i gdzie nie skręciłem widziałem, że idę w rewiry mi obce i dalsze od dworca. Zawróciłem i chyba we właściwą stronę, bo znowu sporo było nocnych barów z bardzo głośną klientelą młodych ludzi wrzeszczących na całe gardło z charakterystycznym brytyjskim akcentem. W zasadzie te wrzaski-rozmowy ograniczały się do tych samych regularnie 3-5 słów. W niczym bogactwa literatury angielskiej nie zawierających. Kilka razy ‘zwracano się’ do mnie. Czasem zapraszająco, czasem czymś w rodzaju polskiego ‘co się gapisz głupi h-u’ lub podobnie. Bezsensowne podejmowanie rozmowy lub rozbicie łba jakimś wolnym krzesełkiem nie byłoby dobrym pomysłem, bo jednak byłem sam a oni w grupie. Pomijając fakt, że wiekowo mogli być moimi synami. Nie ma nic gorszego niż na trzeźwo mijać co krok pijanych pętaków zaczepiających cię, bez znaczenia czy wrogo, czy koleżeńsko. Znałem Amsterdam, znałem jego nocne życie, ale tak głośno, wulgarnie nie wewnątrz klubu a na ulicy nie pamiętałem. Coś się zmieniło. Postanowiłem przejść spokojniejszymi uliczkami w kierunku dużego charakterystycznego hotelu Krasnapolsky do znajomych okolic, zajść na szklaneczkę piwa w znajomym klubie i iść na dworzec wcześnie rano by podjechać do lotniska. Zobaczyłem z daleka starszego pana w eleganckim wieczorowym garniturze, z laseczką (nie, to nie było moje odbicie w szybie wystawowej, LOL). Podszedłem i spytałem po angielsku, jak najłatwiej dojść do hotelu Krasnapolsky. Spojrzał na mnie z niesmakiem i powiedział: tak, przyjeżdżacie tu z Londynu tylko żeby pić i robić awantury, a potem do hotelu i rano z powrotem na wyspę. A żeby choć spytać, gdzie jest nasz Pałac Królewski, aby choć zobaczyć, jak pięknie wygląda i gdzie nasza królowa mieszka. Nie – tylko gdzie hotel lub bar. Byłem zaskoczony jego zdenerwowaniem i obcesowością. Odpowiedziałem tylko, że nie jestem z Londynu, a z Kanady i po prostu trochę się zagubiłem. Pan natychmiast się zmienił i przeprosił za zdenerwowanie, zaoferował, że kawałek podprowadzi. Wyjaśnił też, że są już (mieszkańcy Amsterdamu) zmęczeni tymi najazdami hord młodych Brytyjczyków każdego weekendu, burdami, wrzaskami i awanturami. A już nie daj Boże mecz piłki nożnej, bo to dzień sądny. I przeklina ten tunel pod kanałem La Manche, bo samolotami tylu by ich nie zjeżdżało tu. Podprowadził mnie pod sam hotel i pożegnał się życząc dobrej nocy. Poszedłem do tego znajomego baru, wypiłem piwko i skierowałem się do dworca. Już na schodach od ulicy siedziały grupki pijanych brytyjskich kiboli. Niektórym towarzyszyły równie zalane dziewczyny, ale głównie chłopcy. O mało się nie wywróciłem wdeptując na zalany wymiotami stopień schodów. Na peronach było gorzej, wymiotowali i sikali, gdzie stali. Tyle, że już nie byli tak głośni. Byli zmęczeni i powoli zaczynał dokuczać chyba kac. Ale wyglądało to jak scena z jakiejś remizy strażackiej czterdzieści lat temu w jakiejś zabitej dechami wiosce w Peerelu tyle, że wyolbrzymiona karykaturalnie, a nie z dworca w centrum dużego miasta europejskiego. Cuchnęło strasznie. W pewnym momencie zobaczyłem kogoś, kto wyglądał na pracownika dworca. Podszedłem i spytałem, dlaczego nie zawiadomią policji. Wzruszył ramionami i powiedział – nasza policja nie ma tylu cel, a te co ma już są zapełnione ich kolegami. Po pierwszym pociągu zmyją perony maszynami i ulicę przed dworcem. Był zrezygnowany i niechętny na rozmowę. Odetchnąłem z ulgą, jak wysiadłem na lotnisku.

Tak, nazywajcie ich jak w danej chwili wygodniej lub pasuje. Ja ich nazywam wszystkich kibolami. Są w każdym kraju, choć Anglia dochowała się wyjątkowo wielu. Jak jest wygodniej politycznie nazywa się ich rasistami, faszystami, populistami. Bzdura – to zwykłe chamy szukające okazji do rozróby. Naturalnie, że nienawidzą (w Europie i Ameryce Południowej) kolorowych emigrantów. Bo ci emigranci pracują, kupują tanie domki i je remontują, są dużo lepiej wykształceni niż ci kibole, są grzeczni. Ci, którzy są uchodźcami to biedacy bez niczego, z krajów wojny lub przerażającej nędzy. Ci nie są wykształceni i dostają rządową skromną zapomogę, ale są grzeczni, trochę wystraszeni. Podejmę każdą pracę i za uciułane pieniądze wykształcą swoje dzieci na doktorów, inżynierów, bankierów, biznesmenów. Aby nigdy nie musiały przechodzić takich upokorzeń, jak ich rodzice. ‘Kibole’ ich za to właśnie nienawidzą. Za to, że nie chlają jak oni w pubach, że mogą swoje nieudacznictwo i niższość usprawiedliwiać właśnie tymi emigrantami, którzy żyją z ich podatków (mimo, że ‘kibole’ podatków płacą bardzo mało, bo nigdy żadnym sukcesem profesjonalnym nie mogą się pochwalić). Jeśli potem jakaś ładna Polka czy Angielka zakocha się i wyjdzie za mąż za przystojnego kolorowego lekarza lub prawnika zamiast za takiego kibola po szkole średniej – to naturalnie podstawa do oskarżenia, że kradną im ich dziewczyny. Mimo, że te dziewczyny nigdy by za takiego prostaka kibola i tak nie wyszły.

Faszyści, narodowcy? Tak, oni lubią, jak ich się tak nazywa. To daje im pewnej politycznej powagi, znaczenia. A ile pism twórcy polskiego ruchu narodowościowego przeczytali? Które z dzieł prof. Ledóchowskiego (nota bene autentycznego obrzydliwego faszysty)? Żadnego, nic. Zilch. Może co niektórzy znają kilka haseł obracających się stale gdzieś na fejsbuku, w telewizji – ale to wszystko. Ich dziewiczego mózgu nie zepsuł gram myślenia krytycznego, niezależnego. Wszystko dziewice orleańskie, psiakość.

Pamiętacie bardzo niedawne, za czasów władzy Karła z Nowogrodzkiej, Marsze Niepodległości Mostem Poniatowskiego w Warszawie? Te szturmówki biało-czerwone w dymach petard, te dzikie wrzaski? I tą bezradną policję. Jeśli gdzieś ta policja usiłowała się im przeciwstawić to właśnie te szturmówki zamieniały się błyskawicznie w groźne narzędzia walk ulicznych. Pamiętacie polowania tych bojówkarzy na młodych chłopaków, którzy ośmielili się Niepodległość świętować wolnością osobistą, zróżnicowaniem postaw, orientacji, kolorów skóry? Pamiętacie, jak spalono piękną tęcze na Placu Zbawiciela? Czuli się zresztą wówczas autentycznie bezkarni. Prokuratura Ziobry ich ścigać nie miała zamiaru – przeciwnie, wspierać, gdzie mogła. W imię ‘wolności zgromadzeń’. Zresztą ten pochód nienawiści prawie prowadził w czołówce sam pan Prezydent Najjaśniejszej ze świtą, Duda niejaki.

Pamiętacie groźne szeregi bojówkarzy Młodzieży Wszechpolskiej w mundurach, z wielkimi flagami maszerujące zdyscyplinowanym szeregiem wprost do głównej nawy kościelnej w Częstochowie? Takie same szeregi, które biły oficjalnie kijami na ulicy w Białymstoku skromny Marsz Równości. Wyglądali zachowywali się, jak Komando Hitlerjungen. Potem, na progu Katedry w Białymstoku, wracających wprost z tej ciężkiej roboty bicia i kopania dziewczyn i chłopaków z tego Marszu Równości – witał ich błogosławieństwem i zapraszał na mszę gospodarz tej katedry. Ci zorganizowani bojówkarze, umundurowani to raczej bardziej świadomi swego celu autentycznie faszyści. W dużej części wywodzący się z tych ordynarnych środowisk kibolskich. Zdecydowanie to nie członkowie jakiejś Wszechpolskiej korporacji studenckiej. Ich uniwersytety to knajpy i burdy.

Łatwo zapominamy. Bo tak wygodniej chodzić na spacery po ulicach w mieście, przechodzić obok tych świątyń, mijać sąsiadów, których dzieci w tych bojówkach brały udział.

To ci sami mentalnie, którzy dokonali takich szokujących awantur ledwie kilka dni temu w Wielkiej Brytanii. Ci sami, którzy sikali i rzygali na peronach dworca w Amsterdamie.

Następnym razem, gdy pan Braun będzie wam banialuki prawił o wonności osobistej (przy pełnym zakazie aborcji, tępieniu ‘różowej zarazy’ i oficjalnym ogłoszeniu Jezusa Królem Polski) – pomyślcie o tym wszystkim. Bo to z tej samej beczki dziegciu się wylewa. Też tej, z której popija pan Bosak starając się wywiadach telewizyjnych i prasowych pokazać twarz umiarkowanego prawicowca europejskiego. Gdyby jednak zastanowić się głębiej, to ten obsrany kibol brytyjski i polski na Poniatowszczaku i ci wybrani do parlamentów politycy ultraprawicowi tworzą tą samą dużą rodzinę, coś w rodzaju rozgałęzionego rodu. Jedni to nieucy, chamy i rozrabiacze uliczni, a drudzy wykształceni na uczelniach, wybierani przez wyborców do parlamentów. Ale są wszyscy kuzynami, spokrewnieni jednymi i tymi samymi genami. Mogą się nie spotykać na rodzinnych obiadach niedzielnych, ale wspierają się. Parafianie tego samego księdza proboszcza.

Crystal Crescent Provincial Park in Nova Scotia

Crystal Crescent Provincial Park in Nova Scotia

Children are amazing people! Throngs of beachgoers are squeezed next to ech other on the sandy beach – but a child knows better: what could be more magic than playing in a mud in little stream rushing toward the ocean? Child imagination dwarfs imagination of an adult.

On the way to the rocky trail, pass the beaches and people I had a small secret meadow full of wild strawberries and blueberries. If it was in season I would go there and John would wait on the trail till I come back with both fists full the sweetness of the berries and empty them into his mouth. He pretended to be offended by it … but ate them, LOL. We had to make sure that there was no one approaching on the trail. Heaven’s forbid someone would see him eating fresh fruits and from someone’s hands! He like it, though. Maybe not as much the fruits (John wasn’t really an aficionado of fresh fruits) as the fact that he can make me smile and be happy. Our little idiosyncrasies. Next on the trail was a tiny nudist beach. No, I knew better – didn’t even ask him to stop and go for swim before the hike. Naked in public, beach or no beach?! That would be the end of the walk and the trail, no question asked. I knew what I can ask him of, and what I should not. Idiosyncrasies is one thing and disrespect is another. The true trail started right past that beach. Narrow and easily lost, covered with rocks and roots, often very wet and muddy from numerous tiny creeks rushing toward the ocean. Eventually you got to walkable huge slabs of rock and the amazing view of the majesty and power of the Atlantic. It truly is something to behold. We never went that far, as I venture sometimes, but far enough to absorb the atmosphere, the enormity of nature. And there, on these rocks, far enough from typical tourist or beachgoer, I would find a spot invisible to anyone, secluded … and have my way with the wild strawberries and blueberries off his lips!

Below, pictures from yesterday – poniżej zdjęcia z wczorajszej wędrówki

Widoczna na zdjęciu latarnia morska na wyspie Sambro, która jest ‘bramą’ to wejścia do portu Halifax jest najstarsza latarnią morską w Północnej Ameryce i do dziś operującą.

Pictures of the Sambro Island and the lighthouse remind us that it is the first lighthouse built in North Americas and it is still operational.

Tańczy mną jeszcze …

Tańczy mną jeszcze …

Ostatnie tematy były trudne, czasem podniosłe, czasem po prostu bolesne. Dużo o takiej poezji pisałem, czasem sam taką pisałem. Bo o sprawach wielkich, często ostatecznych trudno pisać lekko. Zwłaszcza, gdy ta lekkość nie mieszka już w tobie. A przecież jest życie wokół. Słońce wstaje i zachodzi potem. Ludzie dalej tańczą i się całują. Widzisz ich i zaskoczony sobą myślisz : przecież i ja jeszcze żyję. Więc wierszyk napisałem. Nie wiersz a wierszyk właśnie. Bez metafizycznych zmagań i patosu. Piosenkę w zasadzie, melodyjkę słowami a nie nutami ułożoną.

***

Ucieka świt,

przychodzi zmierzch

– a jeszcze chce się

kwaśne jabłka jeść.

Jeszcze śpiewać się chce,

tańczyć na parkiecie

dni, które nie gasną,

które nie chcą zasnąć.

Słowa, ważne księgi

zasłaniają, skrywają

widoki gwiazd hen tam,

apetyt i głód warg.

A tu podpływa łódź

i żagiel jeszcze drży,

jeszcze wiatr pachnie

morzem, ustami, winem!

Jeszcze może popłynę?

bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit

Gombro – rozmowy o literaturze

Jakiś czas temu publikowałem tu cykl artykułów o poezji polskiej powstającej poza granicami kraju. Ostatnie z tego cyklu dwa artykuły tyczyły poezji polskiej w latach już po ‘naturalnej śmierci’ podziału tej literatury na krajową i emigracyjną.

Przypomniała mi ten cykl i zagadnienia niedawna rozmowa moja z dr. Piotrem Sadzikiem, młodym a szalenie zdolnym docencie Uniwersytetu Warszawskiego, badaczem właśnie literatury. Zaczęliśmy mówiąc o mojej nowej ‘wersji’ średniowiecznego słynnego hymnu Des irae, sięgającego tradycją do wczesnych Ksiąg żydowskiej Tory. Mój (też tercyną spisany,LOL) hymn był jednak nie hymnem strasznej apokaliptycznej śmierci (zaraz Dostojewski na myśl przychodzi ze „Zbrodnią i karą”), a przeciwnie – wyzwoleniem i złączeniem przez Miłość. Ale jakoś tak mimowolnie zeszliśmy na temat dwóch postaci – za sprawą jakiejś analogii Piotra Sadzika – ze współczesnej epoki literatury: Konstantego Jeleńskiego i Witolda Gombrowicza. Więc ten Konstanty (Kot) Jeleński z Paryża i Witold Gombrowicz z Buenos Aires.   Nie powtarzajcie tego głośno, ale Gombrowicz to po prostu idée fixe Sadzika. Mówiąc po polsku: jest nim zafiksowany lub ma na jego punkcie bzika. Nie wypada o naukowcu tak mówić?  OK, to powiem bardziej elegancko – jest pod olbrzymim wpływem twórczości Gombrowicza (w zasadzie w rozmowie używa formy ‘Gombro’, co mi się podoba, LOL, bo tym samym usuwa te nawały brązu, narzucone na tego wspaniałego pisarza) i kopalnią wiedzy o nim. A Jeleński?  No cóż, odpowiem tak: jak można w ogóle mówić o Gombrowiczu nie wspominając Jeleńskiego?

Jeleński był ambasadorem kultury polskiej par excellence w Europie. A w Paryżu bezwzględnie, eurydytą pierwszej kategorii. W czasach szarzyzny i ugoru PRL.  A biedny Gombrowicz siedzący daleko za Atlantykiem miał wielkie problemy ze zrozumieniem w środowisku emigracyjnym, zwłaszcza z jego centrum w Londynie (u Grydzewskiego z jego „Wiadomościami’ niestety też) – bo cała Emigracja żyła tylko walką, patriotyzmem i wojną z komuną. A tu ten cholerny Gombrowicz, pisarz i dramatopisarz przecież dobry ze świetności Międzywojennej – upiera się z tym dziwnym ‘Transatlantykiem’. Jakieś aluzję, jakieś ironie, szyderstwa może nawet! Kto ma czas na takie zabawy literackie? Teraz, gdy trzeba szablę w dłoń i bolszewika goń, goń, goń! No, ale to był Polski Londyn, a Polski Paryż to już nie to samo. Polski Paryż, panie dzieju, to właśnie i Kot Jeleński, i wysoki do nieba Czapski i ta cała ich „Kultura” z Giedroyciem.

w Paryżu, widok na Sorbonę, 1986

Jako że byłem we wczesnych latach 80. w gościnie u Kota Jeleńskiego w Paryżu – to na te tematy nam się zeszło mimochodem. Bezpośrednio z tego Des irae, LOL. Nie pytajcie o logikę, nie mam czasu tak długo tłumaczyć.

Dlaczego o tym wspominam? Otóż mam po cichu własną teorię pewnych wyczuleń, pewnego rozumienia ludzi i ich aury. Kot Jeleński i Witold Gombrowicz, a i wspomniany Józef Czapski byli biseksualni lub po prostu gejami. Czy to ma znaczenie? Zdaniem moim ma. Następuje pewna nić porozumienia się, nawet bez słów. Nie, niekoniecznie oczekiwanie romansu lub przygody. Tu chodzi o emanowanie empatii, o mówienie zachowaniem: ja wiem i rozumiem. Jest to też rozumienie głodu miłości.  Miłości, która ciągle, jak za czasów Wilde’a, nie miała imienia. To okres lat 40tych, 50tych i 60tych (Gombrowicz zmarł w 1969). To był inny świat i inny sposób funkcjonowania w świecie zewnętrznym. Nie ma znaczenia, że kogoś własne, prywatne środowisko było bardziej otwarte, tolerancyjne. Świat nie był. I panował właśnie ten głód miłości. Ten głód spaceru ulicami trzymając się za rękę, pocałunku na ławce w parku. Nie rozumieją tego nawet młodsi gejowie, urodzeni powiedzmy już w późnych latach 70 lub 80. Ich świat nie jest światem Gombrowicza czy Kota Jeleńskiego. Nie jest nawet moim światem.

Czy jest możliwe, że Jeleński czuł pewną wewnętrzna chęć wsparcie Gombrowicza abstrahując nawet od uznania jego talentu pisarskiego?  Jest, absolutnie. Jeleński był szalenie inteligentnym człowiekiem. Rzekłbym – błyskotliwie inteligentnym  Ale jego pochodzenie i pewna klasa środowiska, z którego się wywodził nigdy mu tej inteligencji nie pozwalała używać w sposób arogancki lub nonszalancki. Gombrowicza talent mógł ocenić chłodno, bez emocjonalnego kolorytu. Ale z czysto człowieczego punktu widzenia jest bardzo możliwe, że miał wobec niego taką właśnie ciepłą potrzebę wsparcia, pomożenia, otworzenia drzwi.

To moje na ten temat dygresje, dysertacji robić nie będę. Ale badacze biografii i twórczości winni ten delikatny szczegół brać pod uwagę, jeśli chcą sedna pewnych zachowań lub wydarzeń dotknąć. Gombrowicz miał talent nie dlatego, że był bi czy gejem. Ale dlatego, że był pewne rzeczy widział w innym trochę świetle. Dostrzegał cienie tam, gdzie inni tylko światło oślepiające lub tylko nieprzenikalną czerń.

Ot, czasem niespodziewane refleksje po kulturalnej rozmowie z kimś sympatycznym nachodzą nas z wieczora i (też czasem, nie zawsze) warto je potem spisać.