Kelowna the Queen of Okanagan Valley – Kelowna – Królowa Doliny Okanagan

Bogumił Pacak-Gamalski

(po polsku)

W zasadzie nie cała Kelowna, która (jak wiele kanadyjskich i amerykańskich miast) jest bardzo rozciągnięta olbrzymimi przedmieściami ciągnącymi się przez wiele kilometrów ale jej historyczne centrum – Downtown.

Historycznie ziemie te zasiedlone były narodami Silix lub inaczej Okinagan od blisko 10 000 lat. Europejscy osadnicy pokazali się tu bardzo późno, bo dopiero w drugiej połowie XIX wieku, a miasto inkorporowane ledwie w 1905 z 600 mieszkańcami. Współczesna Kelowna liczy ponad 140 tysięcy mieszkańców, a jej naturalne granice tworzą od północy jezioro Okanagan, od południa wzgórze Toovie i pasmo Black Mountains a od wschodu historyczne miasteczko Vernon, od zachodu rozległe farmy winorośli, jabłek i brzoskwiń.

Byłem tu wielokrotnie poczynając od połowy lat 80. ub. wieku, kiedy przyleciałem tu samolotem z Calgary na narty do resortu Black Mountain. Od l994 dość regularnie dojeżdżałem tu z Vancouveru. Obecna wizyta jest pierwsza od 2018 i zmiany są olbrzymie. Poza bardzo nielicznymi miejscami w Centrum – miasto uległo olbrzymim przeobrażeniom: w Centrum i bliskich dzielnicach gęstość zaludnienia, wieżowce kompletnie zmieniły jego charakter i widok. Musiałem się na nowo uczyć po tym centrum chodzić, bo poza ścisłym Nadbrzeżem – wszystko uległo zmianie. Zdjęcia poniżej właśnie z tego miejsca, a te powyżej to widok ze Wzgórz Toovie.

(in English)

In fact pictures here (except for the top showing showing entire city, as seen from Toovie Hills) are only from Downtown, historic center of Kelowna. It was established as a city in 1905 with 600 hundred inhabitants. Prior to that this land was inhabited for close to 10 000 years the the nations of Silix people (called also Okinagan people). Today’s Kelowna has undergone a major expansion and architectural face-lift in the last ten years. It hardly resembles a city I used to visit often a decade ago or so. High-rises and multitude of hotels, restaurants, vibrant cultural zone – changed the Downton core definitively. Here are some of the vistas.

Ckliwość i tkliwość to nie to samo

 Sentymentalna piosenka …

Gdy słyszymy dźwięki starej (na ogół) sentymentalnej piosenki, uśmiechamy się nieco ironicznie. Naturalnie znamy tą melodie, słyszeliśmy nasze mamy i bacie jak je nuciły z łezką, niczym koronkowy baldachim pod ich powieką.

W rozmowach między sobą z tą ironią mówiliśmy słuchając stare przeboje: to takie śmieszne i ckliwe. Aż dnia pewnego obudziliśmy się z rana, poszliśmy do łazienki i spojrzeliśmy w lustro. I krzyk: Boże kochany, toż ja wyglądam starzej od babci! I faktycznie nie tylko ‘wyglądamy’, ale jesteśmy starsi, bo babcia zmarła już wiele lat temu i umierając była młodsza od nas obecnych. Co się zdarza.

Tak samo podśmiewają się z nas nasze dzieci i wnuki obserwując jak słuchamy i sami podśpiewujemy piosenki Niemena, Borysa, Sobczyk, Krajewskiego, German czy wiecznie żywej Rodowicz. I falujemy niezbyt falująco niezbyt gibkimi biodrami. Oczywiście pociechą jest to, że doskonale wiemy (i nie mylimy się w tym), że ich ten sam los i ironiczne spojrzenia młodszych też czekają.

Aliści, nie ma herbaty bez liści. Ja veto zakładam. Nie starzeniu się ani mało elastycznym biodrom, ale nazwie, terminologii stosowanych do tych piosenek. Dużo bardzo starych szlagierów ani ckliwymi ani śmiesznymi nie jest.

Ot, szedłem wczoraj spacerem po krętej uliczce na wzgórzu nad miastem w Brytyjskiej Kolumbii. Jesień była iście z żurnala: złota i brązy, fiolety, ciemne karminy, chmury bajkowe ponad mną pozaczepiane rogami o szczyty wzgórz tej doliny pode mną. Chodziłem tą uliczką zdaje się ledwie dni kilka temu z Tobą…. W czasie ostatniej mojej tu, przed tegoroczną, wizyty. Oczywiście byliśmy razem. Prawie wszędzie jeździliśmy razem. I wspomnienie tego otworzyło nagle jakąś straszną pustkę, tak przeraźliwie smutną, mimo tego piękna wokół. Niespodziewanie, nie zastanawiając się, nie szukając nic w pamięci, mimowolnie omal najpierw powiedziałem na głos: już nigdy … a potem popłynęły słowa całego refrenu – nie usłyszę kochanych twych słów … do swych ust nie przytulę cię znów… na zawsze pozostaną dni smutku, dni mąk, nie oplecie pieszczotą mnie w krąg płomień twych rąk, już nigdy…Już nigdy! Jаk okrutnie dwa słowa te brzmią!

I nie było w tym nic ckliwego, nie czułem się jakoś sentymentalnie ani melodramatycznie. Tkliwość? Tak. Naturalnie, że tkliwość. Jakże by mogło być inaczej. Za miesiąc ledwie minie dwa lata, gdy moje życie w zasadzie straciło wszelki sens. Gdy w brutalnej walce przegrałem pojedynek ze Śmiercią, która wyrwała Cię z moich ramion. Okres mojej walki z rzeczywistością, krzyku i odrzucania tej rzeczywistości też minął. Po prawdzie rzeczywistość, jako-taka mało mnie dziś interesuje. Jest wokół, wiem. I co z tego, że jest? Niech sobie będzie, niewiele mamy sobie do zaoferowania.

A ten refren? Ten refren i ta piosenka mają. Mówi mi: ja wiem, nic ci nie tłumaczę, – ale wiem. Potwierdzam, że tak jest. A te słowa pan Włast, popularny wówczas tekściarz, napisał dla kompozytora pana Petersburskiego w 1930. Nuciły je moje babcie też w tamtym czasie, czyli kiedy były młodymi kobietami a nie babciami.

Ckliwości i mazgajstwa nie znoszę. Irytuje mnie. Ale nie tkliwość – tą szanuję i cenię. Jeśli zna się i rozumie inny styl opisu uczuć, z innej epoki, która była i nieco egzaltowana i nieco przerysowana – to tekst tego tanga brzmi całkiem współcześnie prawie. Zresztą, wszyscy używamy języka, który jest adekwatny do naszego stanu emocjonalnego. Wtedy jest autentyczny i szczery. Zaś prawdziwa tkliwość i czułość jest przymiotem, a nie wadą.

Ze spaceru wróciłem, odpaliłem kompa i z YouTube słuchałem mistrzowskie wykonanie Edyty Geppert starego tanga ‘Już nigdy’ … . [i]Szalik ciepłego, serdecznego smutku otulił mnie swym czułym, tkliwym ciepłem. Tkliwym, nie ckliwym.   


[i] Edyta Geppert – Już nigdy

Garść poezji …

Mama moja odchodziła od nas bardzo długo. Nie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu ale rok po roku. Straszna choroba tracenia pamięci, która w okresie późnym zabiera też pamięć poruszania się, swobodnego mówienia jest i dla chorego i dla bliskich okrutnym doświadczeniem. W 2017 Mama była już w tym późniejszym stadium choroby ale jeszcze były dni lepsze. Nie mogła już chodzić samodzielnie, spacery dłuższe, nawet w wózku inwalidzkim, uciekły nam w przeszłość. A chodziliśmy na te spacery po łąkach i parkach codziennie bodaj. I gdy Mama zbliżała się do końca tej największej wędrówki jaką jest nasze życie – wybrałem się z Nią na jeden jeszcze spacer: wyimaginowany ale jakże naturalny jednocześnie. Spacer poetycki. Bardzo mi pomógł.

Więc idziemy trzymając się za ręce.

Most jest strasznie długi,

pełen zakrętów, jak rozłożony

między jaskiniami płaski ogon smoka.

Po obu stronach płoną złotem i brązami

jesienne gałęzie ubrane w barwne

 rękawy brokatowej bluzki z czereśni.

Gdzieniegdzie lśnią karminem

ciężkie korale jesionów i dębów,

gdzie indziej – złote girlandy brzóz.

Mama mówi: ach, jak tu pięknie.

Nie idź za szybko, zwolnij i patrz.

Odpowiadam: mamo, most bardzo długi,

jest jeszcze daleko, noc zapadnie,

będzie zimno, możemy się zgubić.

A ona odpowiada: nie bój się,

nie zgubimy się. Popatrz, tam na skałce

kamień płaski cały obrośnięty mchem,

jak poduszka, obok kępki borówek czerwonych

i fioletowy wrzos pachnie tak uroczo.

Położymy się, odpoczniemy, niebo

będzie gwiazd pełne. Kołysankę ci zanucę.

I rankiem dalej pójdziemy.


I kilka z tygodni/dni ostatnich.

Szeregami idą żółte drzewa

nad nimi chmury zielonego nieba

z niej tasiemkami spływa rzeka

nad nią papierowa tęcza z mleka

W tym świecie z papier-mâché

w kapeluszach z wycinanek

chodzą ludzie ulicami miast

i wiosek konstelacji Origami

Tam ptaszki czarne i białe

bardzo wielkie i całkiem małe

wesoło podskakują jak gumki

śpiewając arie Verdiego i dumki

Miły bardzo jest ten świat Origami

chętnie bym zamieszkał tam

gdybym do bram jego klucz miał

igły klej i nożyczki spakowane już

Uśmiech tylko wyszminkować

oczy trochę podmalować

i rumieńce zazielenić jak trawa

jakaż będzie radość i zabawa

Ognisko z wolna dogasa. Strzelają jeszcze

bierwiona językami pomarańczowego ognia,

żar bije ze złotych brył utleniających się

fragmentów kosmicznych meteorów.

Jestem, ciągle jeszcze jestem.

Nie prosiłem o to – ale stało się.

Może tak być miało, więc jestem.

O czym mam świadczyć,

czy mam jakąś misję,

której celu mi nie ujawniono?

Nie wiem, ale wiem, że jestem

choć wolałbym już nie być.

Ciemne korony potężnych świerków

odbijają się w srebrno-zielonkawej

wodzie jeziora Dee, gdzieś w górach

nad doliną Okanagan w Kanadzie.

Jest zimno mimo słońca.

Żółtymi piórami wioseł

chłostam zielonkawo-szarą wodę.

Więc jestem.

Ogień w ognisku,

kajak w wodzie,

słońce w górze,

– więc jestem.

Każdy wiersz ma swoje ograniczenia formy, nawet wiersz wolny, któremu te ramki autor sam majstruje. Gdy nijak przyciąć do foremki go nie można – w sukurs przychodzi proza poetycka.

Kayaking on chain of lakes in wilderness above Okanagan Valley – kajakiem przez jeziora w puszczy wysoko ponad doliną Okanagan

Kayaking on chain of lakes in wilderness above Okanagan Valley – kajakiem przez jeziora w puszczy wysoko ponad doliną Okanagan

Ze wschodniego końca Kelowny wyjeżdżamy w utwardzoną szosę Beaver Lake. Jadąc bez przerwy w górę mijamy malownicze pastwiska dla ranczerów dla ich bydła. Krówki i byczki spacerują leniwie lub po prostu leżą w słońcu. W dole rozległy widok na miasto i jezioro Okanagan. Kolory jesieni przepyszne. Co jakiś czas droga przecięta jest tzw. Texas Gate, czy li metalowymi rurami, które mają uniemożliwiać bydlęciu przechodzeniu na inne pastwiska lub w lasy. Nie zawsze się to widac udaje, bo wjeżdżając w te lasy spotkaliśmy kilka krówek spacerujących po obrzeżach kręcącej sie drogi. Teraz już tylko lasami do ośrodka nad jeziorem Dee, gdzie wynajmujemy drewniana daczę i odnosimy kajaki na brzeg. Od Dee naturalne wodne kanały łącza nas do kolejnych jezior: jeziora Island (faktycznie ma wyspę na środku), następnie Deer Lake, Crooked Lake – przy Crooked Lake robimy pełny lunch na naturalnej tamie-grobli, która oddziela go od jeziora Bobra (Beaver Lake). Zbieramy też troche maślaków które rosną na obrzeżach puszczy. Po lunchu powrót tymi samymi jeziorami do jeziora Dee i naszego noclegu. Inny świat wokół – rozległe puszcze, pełna cisza, ryby skaczące przy brzegu. Wielogodzinne wiosłowanie przy takiej pogodzie to przyjemność ogromna.

Zdjęcia poniżej własne i mojej kuzynki Luli (która w naszej daczy z tych maślaczków zrobiła świetne danie, a potem smażyliśmy kiełbaski na patykach nad ogniskiem).

Góry Skaliste w Kanadzie – Rocky Mountains

Góry Skaliste w Kanadzie – Rocky Mountains

Wyjeżdżając w kierunku zachodnim z Calgary w prowincji Alberta otwiera się natychmiast widok na jedne z najpiękniejszych na świecie pasm górskich – Rocky Mountains, lub po polsku Góry Skaliste. Potęga, masywność tego pasma jest oszałamiająca.

Od pierwszego mojego spotkania z tymi górami zimą 1982 roku byłem pod ich wielkim wrażeniem. Pamiętam jak dziś spacer doliną rzeki Pipestone pod Lake Louise i pierwsze widziane w życiu ślady potężnych łap niedźwiedzia – widać miał kłopoty ze spaniem, bo śniegu było sporo i winien już chrapać w swojej norze, LOL.

Wspinaczki trudne i łatwe, dziesiątki długich szlaków turystycznych – bardzo polecam fantastyczną trasę od brzegów Lake Louise do brzegów jeziora Moraine prowadzącą przez Dolinę Rajską (Paradise Valley) i nie bez kozery – to trasa raju górskiego dla kochających góry – a zimą białe szaleństwo narciarskie. Wszystko to zaczyna się ariergardą Gór Skalistych – pasmem Kananaskis z wielkimi jeziorami i niesamowicie malowniczą trasą. W samym Kananaskis jest obecnie bodaj trzy ośrodki narciarskie i niezliczone trasy dla miłośników narciarstwa biegowego. A nieco dalej, we właściwych Górach Skalistych, resorty narciarskie zaczynają się już u wjazdu do nich, u podnóża kanadyjskiego Zakopanego – miasteczka Banff. A za nim oszałamiające trasy i widoki w ośrodku Sunshine Village, niecałą godzinkę dalej rozległe tereny ośrodka Lake Louise. Każde z nich oferuje dziesiątki tras zjazdowych: od bardzo łagodnych do najbardziej skomplikowanych. Mogą bez problemu konkurować o palmę pierwszeństwa z najlepszymi ośrodkami świata.

Przejeżdżałem tą całą trasę wzdłuż tych szczytów i dolin dziesiątki razy w ostatnich kilkudziesięciu latach i za każdym razem widoki po obu stronach szosy nr. 1 (Trans-Canada Highway) – podobnie było w tym miesiącu: zachwyt, jak za pierwszym razem. Natura w swym dzikim pięknie jest oszałamiająca.

Walk through time

A tear runs

through your

cheeks like

a stream of

clear pearls.

A flicker of sad

smile dances

in your eyes.

I kiss and

and wipe them

with a touch

of my fingertip.

No sadness please,

I plead with you.

Cry with happiness,

not with sorrow today.

Rejoice with that

memory, with that

journey in time.

Moment of coming

back to that town,

that place, that night.

Your flesh is warm

tonight, your eyes

are dreaming again,

your lips are trembling

and waiting for a kiss.

Tonight is our time

again, our gods

are giving us the gift

of Love, of promise

eternal to keep.

It won’t be broken

and it won’t be buried.

Just as you are real

tonight, sitting in a flesh

next to me, sending

quivers of anticipation

down my spine

and making me

sing again psalms

of thanks for

passion known

to young hearts

and old souls.

Be with me.

I had so many

long nights

of despair and

emptiness of

that vast bed

left only to

my body getting

smaller by the day,

by the night,

 by the hour.

It was vast indeed,

that empty space

of our bed,

that turned into

the desert of Gobi,

 the desert of Rumi’s

lover wandering

days on end

and nights under

stars flickering

above – for whom?

 I have built

a fort of our Love

on forgotten,

lost and wild

beach of North Atlantic.

Because I couldn’t

look at the vast

empty bed of ours.

Even that was

not enough.

Not even the friendly

powerful waves

I swam in.

Although, they did

took pity in my sorrow

and offered graciously

the peace of cold

vastness of their depths

far from the shores

and noise of human

plights and pitfalls.

 I run from them, too.

 I run nonstop

for hundreds and

for thousands of miles.

I run the way we came

to these northern shores.

But I run opposite way,

I run back to our home,

and back to the beginning

of our time,

our Love

 its birthplace –

where we emerged

from the cool and fast

waters of Elbow and Bow

Rivers, from the singing

mermaids of Fish Creek

at the foot of snowy peaks.

And I found you

wondering aimlessly,

blindly where all the waters meet

to become one.

And I grabbed you,

I hold you,

And I kissed you.

I won’t let go.

We will go again

to the other ocean,

to our home,

our waves,

our lovemaking.

Maybe we will go

On Capitol Hill there,

And walk to the small

trail down to

the inlet and find

the rock we liked

to seat on while

watching passing ships.

And we will plant

our souls there,

by that rock, under

that sky and moon.

Our souls will stay

there forever,

nothing will disturb them

separate them.

They will wave at

the shadows

of our bodies,

and will smile saying:

thank you. We will stay here.

And now you can go free.

Do you see now, My Boy,

why I did all of it?

The searching?

The running?

The travelling to

the beginning of time,

to the birthplace of Love

and Lovebearing?

Now you can’t

be sad anymore.

I can’t despair, either.

We were just vessels

for our souls

and our souls are

together again

till the end of times.

Our mission is done.

Let the sadness

be happy, fulfilled.

And smile at me once more.

I will kiss your

happy tear, too.

Thus, the saga ends.  A saga of Love I had, a saga of Love I shared with My Boy. Or Love he had and shared with me.

I have written about it, that Love we shared, many times on these pages. At times it was a scream of pain and despair; at times pleading with Fates to turn time back, before that tragic day when My Boy died in my arms; at times it was rejoicing the time we had; or proclaiming urbi et orbi that he is alive in me, is part of me. None of that was a lie or imagination. We search for words and ask our imagination to name things we can’t truly comprehend or fully accept.

But the simple and honest answer is that my life have changed few times irrevocably: I was a different person before I met my Lover and become a different one after that meeting, absolutely and instantly understanding that I just can’t exist anymore without his presence in my life; the day My Boy ceased existing in a material world – I become once more a different person. I remembered, I resembled that previous versions of me, shared our common life – but I wasn’t IT anymore. And I know that it never will. Wish that it wasn’t like that – but accept that it is. Mostly – I’m filled with awe that I found my soulmate, soulsharer. A gift so rare and precious it escapes a name. But you do know and recognize IT the moment it appears.

One of the greatest poet of Romanticism,  Adam Mickiewicz , wrote in his major drama “Dziady” famous sentence ‘Gustavus obitt – hic natus Conradus’[i] that begins the spiritual transformation of the main character of his long poem. But that transformation starts and continues for a very different reason  and goals. The hero (Gustav) has a vision and proceeds to become a different person. I did not have any visions, nor did I planned to become someone else. Indeed – I never had become someone else. Emotional events have made major changes in and of my life. It changed me very much so, but it did not erased my past. I still carry it with me, the good and the bad.  A gift of great love – if you receive one, and it is a rare occurrence – carries great peaks of pleasure and happiness … but it also could carry an immensely deep pits of darkness and sorrow. So dark and so deep it could swallow you whole. Am I advising you not to seek such love, not to try? No. But if I can be bold, I will say that walking up and down pleasant hills is not the same as climbing Mt. Everest. And many who did neither reach the peak nor returned. My climb or rather descent is only two years old. And I am still not sure if I will return to safe shelter.


[i] (translation from Latin) Gustav dies – Conrad is born

Pożegnanie z Księżycem

Pożegnanie z Księżycem

KSIĘŻYC

Grudko skalna zawieszona

na sznurku z pyłu gwiezdnego –

świecisz jak ogarek Oriona

w kurzu Gościńca Mlecznego.

Ten sam a inny każdej nocy.

Raz w nowiu, raz w pełni – czego?

Bezsilny czy pełny mocy?

Kandelabru smutku czystego.

Możeś inny w każdym niebie:

tu pochlipiesz, tam się cieszysz –

i uciekasz, kiedy dnieje.

Tutaj wolno, tam się śpieszysz.

Którym będziesz dla mnie jutro,

gdy pod innym będę niebem?

Z twarzą zimną, hardą, butną,

czy też ciepłym, świeżym chlebem?

(B. Pacak-Gamalski, 13.09.24)

Fort Needham – a tribute

Bell Tower on the hill

Fort Needham

It sits upon a hill.

Peacefully, pleasantly

offering a nice view

of Bedford Basin to the left,

and the Narrows to the right.

Time is dangerous –

First world war raging somewhere in

mud of France and Belgium.

Canadian boys are gassed

to death as they jump

from their trenches

in an effort to gain

few feet of that foreign soil.

If the gas is not used,

they are cut in half by

Mauser machine guns.

Time is prosperous In Halifax:

The Harbour bustling with

sea and train traffic from

all over North America.

Shops are full of local

and foreign sailors,

merchants and buyers,

fishermen sale their

daily fresh catch straight

from their wooden boats.

Powerful artillery guns

protect the entrance

to Halifax Harbour

from any attempt by

Emperor Wilhelm Imperial Navy

to conquer the entrance

to entire North America.

The Fortress of Halifax

safeguards Boston and

the rest of United States.

It is not a bad day

in the Harbour

on December 6, 1917.

The Norwegian ship ‘Elmo’

filled with fresh relief supplies

for the war-torn Belgians in Europe

slowly begins its voyage

from Bedford Basin, enters

the tight waters of the Narrows.

But the war in Europe needs

more than bread and flower.

It needs also munitions, gun powder,

chemicals to make bombs.

Comes another vessel,

the French war supply ship,

– ‘Mont-Blanc’.  

Like the snow-covered

peak in the French Alps.

It is sailing from Halifax

to Bedford Basin.

People gather on the Richmond Hill,

on the slopes of Fort Needham

to watch the passing foreign ships.

Fathers hold their children

by hand and explain to them

the colours of the flags,

the foreign ensigns.

Boys are particularly exited.

Scared, but excited even more

when the two ships collide.

As boys all over the world do,

when they see an accident happening.

The ‘Mont-Blanc’ burned for half an hour.

Then the world collapsed.

Upon the ships,

upon the boys on hill

and boys playing in their homes,

in their backyards,

seating on their grandmas laps.

It collapsed on the grandmas

 and grandpas, too.

It collapsed on their city.

It is late summer, 2024.

I walk the slope of Port Needham

to it’s flat top.

In the middle seats a large structure

of modern bell tower.

I see the Tower from my window

on the other side of the Narrows.

It’s 2 o’clock.

Time for the Bells to sing,

to cry and to remember.

Every day and every boy,

who perished than.

Every girl and uncle,

and mum an pop.

Even the lonely

older chap, whose name

no one knew and no one will.

All one thousand

nine hundred

forty six.

The largest explosion

Prior to Hiroshima

and Nagasaki.

A poet remembers, too.

(Bogumil Pacak-Gamalski, 09.09. 2024)

Wielkie podróże życia

Sa podróże epokowe w życiu człowieka. I prawdziwie epokowe są przeprowadzki-podróże przez wielkie puszcze, nad wielkimi jeziorami, przez wysokie góry i przez płaskie prerie. Od oceanu do oceanu. Kłopot człowieka, który zamieszkał w takim kraju, który ma aż trzy oceany i część najdłuższego pasma gór: Kordylierów. Ba, jedna z pasji mojego życia to podróżowanie, więc – voila! Drugim nieodłącznym elementem wielkich podróży są pożegnania. Te mogą być bolesne. I w tym pomaga wiek i doświadczenie, które łagodzą te wstrząsy. Te też, niestety, już mam.

Pisałem bardzo niedawno na tych łamach o książce. Naturalnie o książce literackiej lub szerzej nieco, o książce ze świata kultury i wiedzy. Literatura bez wiedzy by istnieć nie mogła, ale jest też sprzężenie zwrotne: po cóż wiedza, jeśli do świata kultury (wiec literatury, sztuki ogólnie) nie prowadzi? Te dwie córy umysłu ludzkiego są poniekąd bliźniaczkami syjamskimi.

Więc związane z moją życiowa przeprowadzką przez epoki i kontynenty problemy pakowania i eliminowanie są okrutne. Ofiary jakieś być musiały. Pierwszymi były książki współczesnej literatury dużych nazwisk literatury polskiej. Ale znowu jest pewna cezura, dziś już zarzucona (i słusznie) literatury krajowej i emigracyjnej. Tu jest wiele niebezpieczeństw i zaskoczeń dla niektórych. W kraju czytelnik (i wydawnictwa) pamiętał tylko o tych, których znał z lat do (powiedzmy umownie) 1945. Tych którzy przed tym 45 już zaistnieli. A kurtyna komunistyczna była mimo wszystko dość szczelna i zawisła na kilka dziesięcioleci. Masa wspaniałych poetów i pisarzy polskich dorosła do ‘bycia’ poetą i pisarzem już poza granicami PRL. Tych nigdy na nowo przywrócić literaturze krajowej nie potrafiono. Może było to niemożliwe. Próbowano niektórych – głównie w sferach akademickich, badawczych. Aby żyć w świadomości czytelnika trzeba pisać, tworzyć i żyć ‘po sąsiedzku’, na następnej ulicy, przy kawiarnianym stoliku obok. Prowadzić aktualną rozmowę z tym czytelnikiem na temat pogody na ulicy, na temat miłości, wiary, patriotyzmu i ceny bochenka chleba w sklepie.  Tak – były „Zeszyty Literackie” Barbary Toruńczyk, ale dla wielu już za późno, dla innych trochę zbyt oddalone rożnymi progami. A i w Polsce „Zeszyty Literackie” nie były „Życiem Literackim”[i] i większość ich trwania była wydawana poza Polską. Podobnie miało się z moim Rocznikiem Artystycznym „Strumień” wydawanym w Kanadzie w latach 1999-2012 – istniał w bibliotekach uniwersyteckich w Polsce, w archiwach literackich, ale nie ‘na ulicy’ miast polskich, gdzie spacerował krajowy czytelnik[ii]. Gorzej jeszcze było z wydawnictwami i autorami mniej znanymi a rozsianymi w różnych ośrodkach polonijno-emigracyjnych po całym Zachodnim świecie. Prawie każdy polski tygodnik wydawany w Londynie, Toronto czy Nowym Jorku prowadził też własne wydawnictwa poetów i pisarzy w tych krajach mieszkających. Mało kto z żyjących pamięta te wydawnictwa i tych autorów.

Więc tych zapomnianych i te zapomniane tytuły biorę. Ocalić od zapomnienia …

Dużo więcej będzie tytułów angielskich, które wyjątkowe dla mnie mają znaczenie literackie lub literaturoznawcze. Wśród z nich wyjątkowe ma gigant literatury Colm Toibin. Moim zdaniem jeden z najlepszych pisarzy kultury Zachodniej końca XX i początku XXI wieku. Genialny i jako pisarz i jako literaturoznawca.

I (bo koszula ciału bliższa i wiedzę na ten temat mam dobrą) biblioteczkę badań literacko-kulturowych społeczności LGBTQ+.

To książki tylko. A co z dugą pasją, z muzyką?! Nigdy w życiu nie myślałem, że dyskietki i DVD’s tyle ważą! Taka jedna płytka, to piórko. Dwadzieścia już waży – a 50 waży ho,ho. Jaką selekcję robić? Jakbym się ośmielił wyrzucić Callas czy Pavarottiego, Mozarta lub Beethovena, Madonnę (tu kłamstwo – akurat wielkim fanem Madonny nie byłem i nie jestem) lub Piaf, Ewę Demarczyk czy Marka Grechutę? A wyrzuciłem, całą masę. Odwrotnie od książek – współczesne systemy odbioru muzyki internetowo-elektronicznie są wielokroć lepsze niż te z dawnych CD. Więc tak długo, jak będę miał dostęp do Internetu i jakiś laptop – nie muszę mieć na licznych stojakach stojących pod ścianą z setkami tych dyskietek. Z nielicznymi wyjątkami: zachowam te od tych muzyków, którzy sami mi podarowali ze specjalna dedykacją. A szczęście miałem współpracować, czasem się przyjaźnić, z wieloma wspaniałymi muzykami. Czort wie czemu głównie z arystokracją muzyków-wykonawców: pianistami, LOL. Nie, no wiem przecież, bo jak tu porównać sceniczną widoczność pianisty ze swoim instrumencikiem a skrzypka ze skrzypeczkami?! Size matters, LOL.

Prócz tych wezmę specjalne edycje zrobione na wielu dyskietkach z okazji jakiejś wyjątkowej, niepowtarzalne i artystycznie – majstersztyk.

Nie zostaje nic innego, jak wyrzucić kolejne kilka worków własnych ubrań. Bo mimo wszystko książka jest przecież ważniejsza od gaci i spodni. A samochód, którym przez kontynent to będę wiózł – choć spory – za nic się nie rozciągnie. Przyczep żadnych przez puszcze i góry ciągnąć za sobą nie będę. Karawan ciągnąłem jadąc ponad sześć lat temu w tą stronę: od Pacyfiku do Atlantyku. Ale wtedy jechało nas dwóch: ja i mój John. Teraz wracam sam i pora roku dużo późniejsza. Dalej, z Zachodniego Wybrzeża, za kilka dobrych miesięcy powiezie to już statek. Po co ciągnąć to do Vancouveru, skoro z Halifaksu tyle bliżej, przez jedno tylko duże jezioro? Ano, to już inna para kaloszy, inna historia. Inny wiersz i powieść inna. Vancouver to mój Dom. Moja miłość i najpiękniejszy okres mojego życia, który już nie ma szans się powtórzyć. Jakbym mógłbym nie pojechać, uściskać go i podziękować za to, co mi dał? Z jednego miasta, które kochałem – Warszawę – wyjechałem blisko pół wieku temu nie żegnając się, bo nie przypuszczałem, że nie wrócę. Tym razem tego powtórzyć nie mogę, bo teraz wiem.


[i] Zeszyty Literackie – Wikipedia, wolna encyklopedia

[ii] Strumień Rocznik Twórczości Polskiej – Wikipedia, wolna encyklopedia