Czy powroty są możliwe?

Dualizm języka miłości w pękniętym na dwoje naczyniu

Kastor i Polluks (rzeźba Josepha Nollekens w Victoria and Albert Museum)

Każdy dzień przynosi inne emocje. Mijają miesiące po kolejnych miesiącach, odkąd nie ma cię i ciągle nie potrafię w tym innym świecie się odnaleźć. Te emocje rzucają mną, jak pingpongową piłeczką od ściany do ściany szklanego, niewidocznego pokoju, w którym jestem zamknięty. Poniekąd stałem się dzbanem na te emocje. Kiedy wydaje mi się, że jestem już pełny, otwiera się w nim drugie dno. Może jestem dzbanem bez dna?

Dziś znalazłem zdjęcie naszego ostatniego mieszkania, w którym mieszkaliśmy w Surrey, ten niski murek, za nim mój dziki ogród, z niego wejście do długiego salonu z kominkiem, potem pobiegłem po schodach do naszej sypialni, z sypialni do mojej biblioteki – ale nic, pusto. Nie było cię tam. Potem było zdjęcie z naszego pierwszego domku w Guildford, trzypiętrowego townhouse. Biegałem po schodach w dół i górę kilka razy, ale też pusto.

Nie było cię tam, nie ma tutaj. Ale nie ma też mnie. Gdzieś się w tych kilkudziesięciu latach zgubiłem. Ja przestałem być, bo byliśmy my. Przesiąkliśmy sobą, przenikaliśmy siebie. I nagle tej drugiej części zabrakło. I nie potrafię powiedzieć tak normalnego zdania: kochałem cię. Brzmi po prostu absurdalnie i kompletnie fałszywie. Jak kto – kochałem? Przecież ja ciebie kocham. Nic takiego się nie wydarzyło, żebym mógł powiedzieć: przykro mi, ale od dziś przestałem cię kochać.  

To było już tak dawno temu, że nie wiem czy potrafię siebie własnego jeszcze odszukać, czy mogą sobą być i kim ten ‘ja’ niby jestem, gdzie? Naturalnie, że pamiętam tamtego młodego mężczyznę i nawet chłopca, którym kiedyś byłem. Ale ja już nie jestem tym chłopcem, nie ma już świata, w którym tamten chłopieć był, funkcjonował.
Można się nauczyć – choć na pewno trudno – funkcjonować bez jednej ręki. Jak jednak funkcjonować z połową duszy?

Chcę wrócić do świata, który opuściłem dziesięciolecia temu. Do kraju mojej młodości i dzieciństwa. Do mojej Warszawy, która była mi tak bliska. Jest jeszcze piękniejsza niż była wtedy. W zasadzie to teraz jest prawdziwie piękna, bo wtedy miała piękne miejsca, a jako całość była szara i nawet brzydka. Piękna była moją młodością, romansami, teatrami, koncertami. Mam tam ciągle całą gromadę bardzo mi bliskich i kochanych osób. Chciałbym jeszcze dać im z siebie bardzo dużo, odpłacić za lata nieobecności, w tylu ich ważnych dniach, wydarzeniach. Zwłaszcza tym najmłodszym. Opowiedzieć im o tamtej Warszawie, której nie znali, o Kresach, które takie miały dla naszej rodziny znaczenie, o starych grobach, które mają tyle opowieści, o jakiejś wierzbie w starym parku, starych aktorach, którzy zamieniali literaturę i poezję w życie. I życie, które na przekór tej szarości było poezją.

Ale, jak to zrobić z połową tylko duszy?

Język jest też złamany na dwoje. Nie, nie chodzi o wymienność, płynność, znajomość ortografii, gramatyki. To rzeczy drugorzędne, rzekłbym maszynowe, których można się nauczyć. Gdyby poeta pisał wiersz pilnując bezwzględnie, gdzie ma być biernik, gdzie celownik i mianownik, gdzie orzeczenie, a gdzie podmiot z dopełnieniem – moglibyśmy oddać poezję w ‘ręce’ AI (sztuczna inteligencja).

Gramatykę należy nie tylko przyswoić, należy ją oswoić. Tak jak konia, który jest zwierzęciem o wyjątkowo wysokiej inteligencji emocjonalnej. Naturalnym sposobem jego lokomocji jest step, trucht, kłus i galop. A przecież wszyscy widzieliśmy konie tańczące, robiące ruchy z pozoru kompletnie nienaturalne. Czy przestawały być wówczas końmi? Oczywiście, że nie! To samo jest u piszącego z gramatyką – nie może być jej niewolnikiem, musi stać się jej panem.

Gdy więc mówię, że mój język jest złamany na dwoje, to mam co innego na myśli niż formalną poprawność. Zwłaszcza w literaturze to pękniecie lub ten dualizm jest wyjątkowo zauważalny. Przyznaję, że słownikowo, zasobowo moja polszczyzna jest chyba mimo wszystko bogatsza niż angielszczyzna. Co jest chyba naturalne, bo mówić nauczyłem się w Polsce a nauka języka mówionego, jest badaj czymś tak naturalnym dla dziecka, jak nauka chodzenia, mycia się, ubierania i ze szkolnym sposobem nauczania niewiele ma wspólnego. To ta podświadoma potrzeba oswojenia świata, komunikowania się z tym światem zewnętrznym.

Gdy przyjechałem do Kanady byłem bardzo młodym człowiekiem. Ale byłem już człowiekiem dorosłym. Świat tej immanentnej chłonności dziecka był już dawno dla mnie zamknięty. Więc i te wchłanianie języka angielskiego było czymś sztucznym poniekąd, obarczonym skazami szkolnej ławy, słowników, leksykonów. Ta emocjonalna fuzja przyszła później i była pod każdym względem złączona z Johnem i naszą miłością. Miłość musi mieć swój język opisu, wyrażania uczuć i namiętności. To jest sine qua non. To może być język ‘na migi’, na cokolwiek. Ale musi być czytelny i zrozumiały dla obu kochanków.

W naszym wypadku naturalnie tym językiem był kanadyjski angielski. I odtąd stał się moim językiem. Jakkolwiek niedoskonałym – ale moim. Nie słownika, nie nauczyciela – mój własny. I wtedy, gdy się stał mogłem pisać wiersze po angielsku. Nie dlatego, że chciałem napisać wiersz ‘po angielsku’, ale dlatego, że ten wiersz rodził się po angielsku, nie po polsku. Od pierwszej frazy. Zanim napiszesz pierwszą literę w notesie lub na komputerze. Tu nie ma żadnego wyboru intelektualnego. To jest nakaz emocjonalny, wobec którego jesteś bezbronny. Mój język złamał się w ten sposób na dwoje. Tak, jak Polluks i Kastor. Niby osobno w dwóch ciałach i z dwóch ojców, a w jednej matce, jednym życiu i śmierci.

Czy potrafię więc w tym powrocie do miejsca i czasu, które nie istnieją – zaistnieć? I z tą dualnością językową funkcjonować w miarę normalnie. Bo ‘mój’ kanadyjski angielski nie jest dobrze opanowanym językiem obcym. On jest moim językiem. Językiem, którym myślę, czuję, tworzę gorsze lub lepsze wiersze. Tak, jak myślę i czuję ciągle w języku polskim. Tyle, że to dwa połączone, ale wszak samodzielne i osobne procesy emocjonalne.  A nad tym wszystkim cień olbrzymi złamanej na dwoje duszy.

Może nie mam już miejsca nigdzie? Może nie ma znaczenia czy będzie to Kanada, Polska czy Ekwador.

Kiedyś dawno, dawno temu jeździłem po wyspach polinezyjskich rozrzuconych na olbrzymiej przestrzeni Południowego Pacyfiku od Hawajów po Nową Zelandię. Jedna z tych podróży zawiodła mnie na zagubiony w tej przestrzeni maleńki atol Aitutaki. Wszyscy tam się znali, Był jeden duży sklep kolonialny, poczta i mały szpitalik przy maleńkim naturalnym porcie, gdzie raz na trzy miesiące zawijał statek z głównej wyspy Rarotongi z zaopatrzeniem w wiktuały niedostępne lokalnie. Ja miałem lokum w domku na palach z kotarami zamiast ścian na plaży, do brzegu mieliśmy może 20-30 metrów. Do tego portu i centrum handlowego atolu było spacerem może 10-15 minut i ta osada/miasteczko nazywała się Arutanga. Świat zewnętrzny wydawał się nie istnieć, a Aitutaki było centrum Kosmosu.  No i drobiazg – Internet dostępny dla prywatnego użytkownika nie powstał jeszcze kilka lat przed moim tam pobytem, a o czymś takim, jak Iphone nikt jeszcze na całej planecie nie wiedział. Tam teraz czułbym się najlepiej. Gdyby tylko nie to, że Internet i Iphone już na Aitutaki są … .   

The Chain Lakes bike trail in Halifax, NS

The southern end of Halifax offers very different bike trails – city trail that meanders as an elegant path for city dwellers. It is not necessarily my type of cake but yesterday was the day of my sweet tooth call. I have answered and voila: The Chain of Lakes Trail.

It passes so many industrial and commerce sites, crosses so many highway so many highways, that you would think that is a typical big city bike trail that has nothing to do with actual nature. That it is a manicured trail that gives a city folk the theatrical gimmicks of feeling that he is in wild nature. Which – of course – is not true, it is just orchestrated effort to mee that desire.

To my happy surprise, it truly is not the case with this particular trail. Yes, it is without any doubt a city trail. You will find there many walkers, bikers and families that you would not normally find in a forest, on the shores of wild lakes or a totally wild ocean. But it is also a trail that very quickly you forget about it. That you just immerse yourself in the astonishing beauty of passing little streams, meadows and an array of wildlife. Did I mention the lakes that give it its name?  Yes – the amazing Chain Lakes (there is two of them, hence the name ‘chain’).

I started it from a little small park off the St. Margaret Bay Road via Crown Drive. It takes you pass the First and Second Chain Lakes, after double crossing of two streets with special lights and stop signs for bikers and walkers, it follows you through more industrial neighborhood, yet again – if you don’t rise your head too high, you might not even notice as you are biking alongside the lakes Bayers and Lovett.

I meant to bike it many years ago, when we came with John to Nova Scotia. Never did. The time has come to fulfill that promise. I did and I’m glad.

Somehow, it felt that he is biking right beside me. That he kept glancing at me and smiling. But that is entirely different story to write.

This particular image (part of the industrial site close to the Lovett Lake) for some reason took me right away back to the 1980′ in Southern Alberta: there was a time when I was travelling often to the University of Lethbridge. Just before you see the city of Lethbridge – you see the old train trestle bridges that used to connect Alberta and the States on one end, and the Okanagan Valley on the other end. This structure is just a metal box that will eventually become some sort of warehouse. But that was the very first impression I had, when I noticed it. Funny how visual memory works independently in you brain. Of course that is not a valid argument that one has a brain. But a hope, nonetheless.

Camera walk from Conrad’s Beach to Stoney Beach in Lawrencetown

Camera walk from Conrad’s Beach to Stoney Beach in Lawrencetown

My favored beach outside of city reach, but very close. Parking could be a problem in summertime. Practically speaking you have to park on the curbside of the road and it could be a long way to walk, but the is no through traffic as the road ends there. The way to the beach is via very long wooden walkway, an it is very picturesque, I have always enjoyed it. Beach is very pleasant with a lot of good sand. For restless souls – a perfect place for nature walks. The sand dunes separate the beach from very interesting narrow walkways through grass and low growth patches of forest alongside the protected lakes-like marches.

I have been there so many times, can’t even remember how many. Swimming is fabulous but not for everyone at this time of the year, as the water is still very cold. But from middle of July to early November – it is a small paradise for swimmers. However – you can try even now. Cold, but manageable. I did.

Enjoyed the walks in that little forest and the sand dunes (there is a few narrow trails and please do use the trails – the ecosystem here is delicate and easily disturbed). The flora and fauna is beautiful. Small and larger birds, occasional deer, flowers, butterflies.

Today I did first time the entire trail, all the way past Conrad’s Beach and Tanner’s Sandy Point to the Stony Beach of Lawrencetown. The Stony Beach is a favored spot for Kitesurfing. Often, when you are on Conrad’s Beach you will see on the horizon to the east colourful kites gliding through the sky – these are the surfers from the Stoney Beach.

The sea has it’s own rules, not everything is manicured and ‘the grass’ is not always cut… . On my way back, by the Tanner’s Sandy Point I have found a relatively fresh dead body of a seal. That point is always very windy and waves are always high and dangerous. She must have been too tired to overcome the waves because otherwise there was no visible signs of any wounds of bites to her body. But to keep things in balance of sad and happy, maybe half an hour earlier, close by, I almost touch a very much alive and startled young deer. I was just walking through a narrow path in the dense forested part and startled suddenly the beautiful creature. She froze for a split second and quickly jumped back to the wood before I had a chance to raise my camera.

Ach, te czerwone wiśnie ust …

Niefrasobliwe słówka o młodości, wiośnie i wspomnieniach. I snach, które ciągle się śnią. Bo poeta to (wbrew pozorom) też człowiek.

Czereśnie

A dziś Pont Neuf
skąpany we mgle.
Czy to Sekwany
brzeg czy Wisły,
czy ktoś to wie?


Zanika w nim
fin de siè·cle
kapelusza z
szerokim rondem,
panem z monoklem.

Na bulwarach
w jakimś mieście
na ławce siądzie
młodzieniec, powie:
adieu czereśnie.

Letnie czereśnie,
czerwone usta,
na nic: za wcześnie!
Szklanka nie pusta!


@B. Pacak-Gamalski, 06.2024@B. Pacak-Gamalski, 06.2024

@B. Pacak-Gamalski, 06.2024

Canada’s Ocean Playground … and some

Canada’s Ocean Playground … and some

Since Canada does actually have coastlines of three oceans: Pacific, Arctic and Atlantic it could be easily said that the entire country in an ocean’s playground. But there is actually a lovely beach in Nova Scotia that claims that name. I did not research why this particular one claims that title. Yes it is large, it is right off the highway (but without any large enough parking spaces) and it is nice … but it not the best by any means and it is off not very travelled highway. But it does claim that name.

I definitely suggest visiting it in the summertime. The ocean’s water is splendid, and those who also like a little hike – there is an amazing trek right of the side of enormous red rocky wal stretching a good few miles to the east. Very picturesque and with huge view of other bays close by and far away at the same time (including one of two best beaches on this coast: the Martinique Beach and Taylor Head Provincial Park beach). On the map and from the shore all of these bays and beaches seems to be next to each other, walking distance. But only if you can walk on water. Getting to most of them by car requires driving long distances. And precisely because of the abundance of these huge bays, many lakes in-between – the highway is a long journey.

Telling the truth I didn’t even planned to go there today. Been there first and last time during winter six years ago. Because it was winter, I didn’t pay much attention to the beach and didn’t swim in it’s water’s. It was just a way of visiting the old Acadian (French) settlements of Nova Scotia. The very first wintery drive back in December 2018 I took together with my late husband and this year’s journey had therefore a special sentimental, emotional aspect.

My original plan today was different. I wanted to visit a small outpost called Fisherman Beach which offered a beach and an outpost for small harbors for fisherman’s boats and houses at the end of Causeway Road. To get there you continue past Lawrencetwon on #207, which becomes Marine Drive. The fishermen’s tiny outpost is an absolute a gem. Unfortunately not so the beach just before it. Yes, the shore is lovely, very sandy, the bay is very secluded and sheltered from waves … but shallow as a tiny pond in the middle of a meadow. Maybe good for toddlers – I couldn’t swim in something like that.

I checked the map and noticed that ‘Ocean’s Playground’ is not far away. Drove back to Marine Drive and continued for few miles. Soon, right next to the highway, a gorgeous wide open bay appeared with lovely long beach ending with very high embankment of red soil and rocks. There isn’t really much of parking anywhere there, just for few cars. But you could easily park on the side off the highway. I didn’t have a problem, the fact that it was weekday and the water is still very cold – there was nobody on the beach. Sadly, because the weather was fantastic. There were nice waves, but not a huge ones. Water was cold, but not freezing. Swimming was very refreshing, although in short distances and intervals. Certainly in a month or two the water will be fantastic. After the swimming, I took my camera and went for a long trek alongside that red wall od rocks and soil. The views are fantastic. You have to pay attention to your feet – the roks are large, hardly any trail between them. Despite these warnings – I strongly suggest to do it anyway, it offers one of the best views of many far away huge bays and beaches beaches – all of them I recognized and visited many times before.

After returning form that very interesting trail, I drove up the #207 through the picturesque and old Acadian settlements of West Chezzetcook. Strongly suggest to do it. A lot of history and a lot of different cultural and historical colours – including the ever present tri-colors of French Acadians.

From West Chezzetcook I took left turn to highway #7 and continued on a very picturesque drive through communities of Porter Lake and Lake Echo settled like a dream on many bays and coves of enormous Porter Lake. Through them I drove back to Dartmouth via Main Street.

Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Ostatnie dni jeździłem rowerami po leśnych trasach atlantyckiej części Canada Trail. Te dni były dość zimne, wietrzne. Zawiodły mnie do miejsc trudnych emocjonalnie, choć nie planowałem tego świadomie. Miejsc naszej, mojej i Johna, ostatniej wycieczki nad ocean. Jego pożegnania z oceanem. Do Rainbow Haven Beach.

Tu zaczynałem pierwszą trasę rowerową kilka dni temu w kierunku Cow Bay. Tu – następnego dnia – kończyłem drugą. On już wiedział, że to nasza ostatnia wycieczka za miasto. Zrobił ja dla mnie, dał mi jeszcze jeden dzień radości, jeszcze jedną wycieczkę uśmiechów i szczęścia. Ja jeszcze nie wiedziałem, to nie była ostatnia dla mnie, jeszcze tej myśli nie dopuszczałem, że to już tak mało nam tego czasu zostało. Jeszcze liczyłem na miesiące, łudziłem się kilkoma nawet latami. A mieliśmy mniej niż dwa tygodnie. Fizycznie był bardzo osłabiony, cień samego siebie. Teraz widzę go tamtego dnia jako giganta, obelisk marmurowy, wysmukły, nieskazitelny.

Pamiętałem też nasz spacer w Hyde Park w Nowym Jorku. Tego dnia było też słonecznie. Stał na schodach schodzących do tego wspaniałego, błyszczącego w idealnej czerni uskrzydlonego Anioła.

Wcześniej jeszcze, wiele lat temu, napisałem wiersz p.t. ‘Uriel’ o Aniele Śmierci. Ten nowojorski do tego mojego Uriela ze starego wiersza bardzo pasował. Był jakby jego fotografią.


Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Bliski, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek, ze wszystkich,  których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pośpiesznym serce i myśli

 skołatane, gdzieś ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartej. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj  członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią kroplę pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgłą gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w  bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach  silnych ramion.

W poezji tak łatwo w krótkich zwrotkach zmieścić całe długie psychologiczne opowiadania, skomplikowane eseje. Pewnie dlatego, że mimo wszystko poezja jest przede wszystkim emocją, a emocja jest chyba najbardziej zrozumiałym językiem. A notes z ołówkiem nigdy z mojej torby lub plecaka nie wychodzi. I siadając przy ławce na końcu tej drugiej trasy rowerowej miałem właśnie widok na drugi brzeg tego słonego zalewiska-jeziora, widziałem go na tamtym brzegu wyraźnie. W tym samym miejscu. Stał, jak dumny, wyprostowany obelisk i swoimi pięknymi, pełnymi dobroci szarymi oczami patrzył się na mnie. Nie kruchy, słaby, schorowany a silny, młody – piękny. Nagle rozwinął skrzydła, pomachał jednym do mnie maleńkiego na drugim brzegu i odfrunął, poszybował. Tak, jak mają zwyczaj to robić aniołowie.

Obelisk

Czy widzę cię stojącego tam,

nad brzegiem rozległych rozlewisk?

Nad brzegiem, gdzie staliśmy razem,

niczym obeliski prastarej legendy z Uruk.

Mitu Przedwiecznego Sumeru Wszechczasów:

Gilgamesza i Enkidu

Romea i Juliana

Aleksandra i Hefajstosa

Ciebie i mnie

Od oceanu nadszedł zimny wiatr,

nadbiegły chmury ciężkie.

Obelisk rozwinął skrzydła

Pięknego Czarnego Anioła

z lekkością pióra Księcia Poetów

i uleciał w ten

świat chmur

pędzących nad nami.

Zostałem sam.

West Lawrencetown Forest

Yesterday I biked the trail leading from Rainbow Haven’s Beach to Cow Bay near Dartmouth. The area opposite that trail ends with enormous salt marches-lake. All across that long lake there is a well constructed trail connecting it with the beginning (or end) of another section of this part of Canadian Trail. Last fall I have taken that trail (that part of the Canada Trail is named aptly “Atlantic View Trail”) from West Lawrence Road all the way to Lawrencetown Beach Provincial Park which is about 30 kilometers forth and back. Today I started at the same point, but went the other direction – toward the Rainbow Haven huge lake. It is shorter, about 12-13 kilometers back and forth. At times it was very windy but the trail did not disappointed. In my life time I was lucky enough to hike/bike both extreme ends of the Canada Trail: on Vancouver Island in BC (it is just insanely beautiful there) and on the Atlantic coast in Nova Scotia.

June Lady Slipper is very familiar (but does not grow in abundance and is a very delicate and solitary creature) flower in this part of Nova Scotia in the spring. The formal name has a more distinct and elegant tone: cirypedium acaule. It likes very much the acidy soil. I guess, as any elegant lady it likes a glass of acidy wine now and then, LOL. I adore them – both species, LOL.

Cow Bay Forest in Nova Scotia

Cow Bay Forest in Nova Scotia

A little green gem nestled near Dartmouth, perfect for walking and cycling. It is a typical example of forests in the Eastern shore: with lots of marches, little lakes and streams. The trees are very seldom big and tall due to the impenetrable rocky bed covered with only shallow layer of red soil. Alas the root system is shallow, too, therefore prone to falling during frequent high winds or root rot. The southern end of the forest is located be the entrance to the Halifax peninsula in Cow Bay, the northern by the big marches near Havens Beach, to the west lays Dartmouth – to the east the vast waters of open Atlantic.

An early evening bike ride was a perfect timing as the trail was empty for practical reasons, air was cool, the rain very light and very sporadic.