Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Nieistniejący wiersz

Wczoraj uciekł mi jeden wiersz.

Tak zwyczajnie, po prostu

wybiegł z kartki,

wdrapał się na parapet otwartego okna

i wyskoczył.

Poszedł sobie, nawet się nie obejrzał.


Zabrał ze sobą wszystkie litery,

przecinki, wielokropki

i znaczenia słów.


I już go nigdy nie napiszę,

nie opowiem tej historii,

która może była

lub być mogła.

A nie będzie. Nie dam jej

szansy nawet na spróbowanie,

na niepewność,

na drżenie oczekiwania.

Niewiadomej bycia.

/12. 04. 2024; B. Pacak-Gamalski/

Tak, jak ten dzisiejszy spacer przez most z Dartmouth do Halifaksu i dalej uliczkami tego specyficznego miasta. Uliczkami tego żywego Halifaksu, Halifaksu jego mieszkańców a nie turystów, z dala od Waterfront i zabytkowego Centrum. Halifaksu zamkniętego granicami ulic North, Quinpool, Agricola i Oxford, a więc odsuniętego też trochę od zupełnie innej charakterystyki świata studentów i pracowników rozległego terenu Uniwersytetu Dalhousie.

Znam te uliczki doskonale, na pamięć, mimo to ciągle zauraczają specyficznym, staroświeckim czarem uśpionej prowincjonalności. Lublin, Przemyśl lub Rzeszów przychodzą na myśl. Często tu przyjeżdżałem w dni wolne od pracy by spotkać się z Tobą na twojej godzinie lunchu i przerwie. Ja przyjeżdżałem godzinkę-dwie wcześniej żeby właśnie po tych uliczkach łazić bezmyślnie, gapić się. Potem wracałem pod Berkeley, gdzie pracowałeś i czekałem aż wyjdziesz tym bocznym wyjściem na tyły budynku, gdzie była ścieżka w dół i trochę miłej, zielonej trawy. I szliśmy czasem na lunch obok do kawiarenki lub po prostu na papieroska. W tym miejscu kończyłem dziś i mój spacer. Poczekałem chwilę, popatrzyłem na te boczne drzwi czy może jednak wyjdziesz. Naturalnie, że wiem, że żadnych drzwi już nie otwierasz, przez żadne nie wychodzisz nigdzie. Ale przyzwyczajenie pozostało.

Ty – mój wiersz niedokończony. I spacer po moim mieście. Nigdy przedtem tak o Halifaksie nie myślałem. A teraz stał się moim. Tak jakoś niezauważalnie, mimochodem, niepostrzeżenie. Obok, Warszawy, może Londynu, oczywisci obok Calgary a nawet obok naszego cudownego, nieporównywalnego nawet do Warszawy – Vancouveru (naturalnie pisząc ‘Vancouver’ mam na myśli wszystkie miasta tej wielkiej aglomeracji, a już zwłaszcza Surrey) – miasta ze wszystkich mi drogich – najdroższego, najbliższego. Miasta, które było naszym domem.

Ale wracając do mojej, może ostatniej już wycieczki z kamerą do mojego Halifaksu.

Niezakończone rozmowy z Tobą – Our Talks non-ending

Niezakończone rozmowy z Tobą – Our Talks non-ending

Pojechałem dziś do ciebie. Nie wiem nawet, nie pamiętam czy pierwszy raz w tym roku? Kartki z kalendarza pogubiłem już dawno. Nie wiem nawet gdzie,  czy na plaży jakiejś, do których uciekałem cały rok szukając cię? Może w tym forcie  w Lower East Chezzetcook, forcie który z uporem budowałem odgradzając go kamieniami od fal i odgrodzonym małą zatoką z silnymi prądami wody od głównej plaży. Nikt tam prawie nie docierał nigdy, bo przypływ nagły mógł powrót uczynić bardzo karkołomnym. Więc była to jakby moja pustelnia, moje królestwo, gdzie spędzałem godziny. Czasem mogłem wrócić idąc, czasem musiałem wracać płynąc, jedną ręką trzymając w górze plecak z kamerą i zeszytem w którym spisywałem nasze rozmowy.

Straciłem dom, straciłem przystań, zgubiłem kotwicę. Moja łódź błąka się rzucana w różne strony świata falami dwóch oceanów: Wielkiego, zwanego ironicznie ‘Spokojnym’ i zimnego Północnego Atlantyku. Szukam wyspy, którą mógłbym nazwać ‘Nasza’. Nasza Wyspa nie jest wielka, raczej mała. Jak ta z przygód Robinsona Cruzoe i Piętaszka ma tylko dwóch mieszkańców. Wieczorami spotykam cię siedzącego na skałach ze wzrokiem zanurzonym w głębinach oceanu. Podchodzę i kładę rękę na twoim ramieniu. Odwracasz powoli swoją twarz ku mojej. Masz w oczach i na ustach spokojny, słodki uśmiech zadowolenia. Podaje ci rękę i pomagam zejść z kamieni. Kładziemy się na ciepłym piasku dzikiej plaży i patrzymy w niebo. Leżymy tak długo, aż nadejdzie noc i niebo zapala nad nami lampy gwiazd. Wskazujesz palcem najjaśniejszą i pytasz: Widzisz? To nasz gwiazda. Nazywa się Miłość. I zawsze będzie nam świecić, do końca wszystkich dni, do czasu gdy wyparujemy atomami kosmicznego pyłu i popędzimy obracać się po jej orbicie. Czy to nie piękne?

Biorę w swoją dłoń twoją i całuję ją długo. Odpowiadam: tak, to jest piękne. I odpływam w sen czekając na ten moment. Moment odlotu z Naszej Wyspy do Naszej Gwiazdy. Do domu.

Comes the day next. It is almost as if it was yesterday, yesteryear, forever. Our stars, our Cosmos came home to the dancing light of the sun in the waters of our ocean, right at the doorway of our home. And I walk to My Rocks on the shores and see them: the light of the dark sky of night, and the stars diving to the bottom of the sea with the dawn of day.

Seating on Our Rocks, on the edge of the water, I can see them sending shots of light from the dark bottom to the surface. They are there, singing our song with the sirens. They are tending to the Gardens of Coral, of swarms of dancing little fish, of translucent figurines of ancient sea creatures: the squids, the funny shrimps, and seahorses. All following the long pathway of Eurydice and Orpheus.

Our star, our island is there, too. The sky and the ocean are the same: the stardust of nebulas.

And suddenly I know it all. I’m certain that if I get up from My Rocks now and go home – you will be there as always: sitting on the sofa. You will look at me opening the door and you will say: finally you are back from your silly stars and ocean’s bottom. Sit here, next to me, and I will make us a cup of good coffee. We will watch that movie you wanted us to see.

I’m sure that’s what will happen when I go back home. I’m certain of it but also frozen in fear that I might be wrong. That you might not be there. But I will. I will go, open the door, sit on the sofa, and wait for the cup of good coffee. No one makes such a perfect cup of coffee, as you do.  

Wąsik, Kamiński i … Sempoliński

Ludwik Sempoliński

Oglądam posiedzenia Sejmu, a już zwłaszcza (ostatnio) posiedzenia Sejmowej Komisji Śledczej, która okazuje się lepsza od wielu tanich kryminałów.

Ale nad to wszystko najbardziej lubiłem zamieszanie wobec dwóch średniego wieku kryminalistów. Światek przestępczy z ‘wyższej półki’. Czasem lepszy nawet niż ten ze starego Bródna na warszawskiej Pradze. Otóż tych dwóch kryminalistów, mimo legalnego wyroku sądowego za czasów poprzedniej ekipy nie siedziało w ogóle. Nawet w areszcie. Pan Prezydent bardzo ich sobie polubił. Co trochę jest niesmaczne, bo i pan Prezydent jest żonaty i żonaci są ci rzezimieszkowi urzędnicy służb wywiadowczych. Trochę taka nadwiślańska wersja Agenta 07. Tyle, że agenciarze nadwiślańscy nie bronili państwa a je trochę tak jakby rozwalali od środka. Po zakończeniu pracy w tych agencjach wewnętrznego wywiadu (współczesna forma UB z lat znanych starszym) agencików wybrano staraniem opiekuńczej partii sprawiedliwości i ziobrystów do Sejmu. Tu ich nikt nie ruszy. A gdy ruszyć się starano poprzez Sądy – to pan Prezydent natychmiast ułaskawił. Okazało się bezprawnie, bo aktu łaski nie można stosować wobec wyroku, który jeszcze nie zakończył swej drogi i nie uzyskał stempelka prawomocności. Przeoczenie. Mógł pan Prezydent naprawić i łaski udzielić ponownie, gdy wyrok był już prawomocny. Ale się uwziął –  jestem Prezydentem Polski i nie będę dwa razy tego samego robił, prawomocny-smoczny, guzik mnie to obchodzi: jak ułaskawiam to ułaskawiam i dupy mi więcej tym nie zawracajcie! Mocny chłop, z jajami (co dla wielu było zaskoczeniem). Ale czasy się trochę zmieniły. Nowa władza do tej władzy doszła i chciała jednak agencików do ciupy wsadzić.  

Więc prezydent, facio sprytny zawołał Wąsika i Kamińskiego do Pałacu Prezydenckiego. Tu wam kochanieńcy nic nie grozi. Do własnej piersi przytulę i od kul uchronię.  A tak ich ściskał, tak obejmował, że aż łzy się zbierały ale i nieco jednak niewygodne zażenowanie mną wstrząsnęło. Ja wiem, słyszałem te legendy o pewnej erotycznej stronie cel więziennych – ale żeby tak publicznie, w Sali pałacu prezydenckiego, przed kamerami?!

I tu mi ten zapomniany a wspaniały, dawno temu zmarły Ludwik Sempoliński się przypomniał. Nienagannie zawsze we fraczku, ze swoimi szmoncesami. Jakże to on pięknie ujął, tą przyjaźń, to oczarowanie, pewien wręcz erotyzm uścisku i opiekuńczości mężczyzny wobec mężczyzny:

„… ten wąsik, ach ten wąsik, ten gest, ten ruch, ten pląsik! Titina, ach Titina – to cała piosnka ma! tralalala la, tralalal la …”  

Już słyszę, jak z płyty starej Pan Prezydent puszczał ten szlagier w Pałacu, emocjonując się sytuacją. I trochę jednak mi żal biednej Pani Prezydentowej … Bo ona wąsika wszak nie ma …

Od Sprawozdawcy sejmowego w styczniu roku 24

uwaga: w ostatnich dwóch dniach oglądałem obrady Sejmu Polskiego. Coś chciałem z tego … hmm, bajzlu(?) zrozumieć. Informuję, że sprawozdanie dziennikarskie było pracą niemożliwą lub ponad moje nadwątlone zdrowie i kondycję nerwową. Więc napisałem to w formie literackiej, a nie dziennikarskiej. Łatwiej mi było, bo to daje licencję i do aforystyki i do przenośni wielkich, omal cywilizacyjnych. Tyle celem wyjaśnienia. Koniec wstępu.

O Polsce raz jeszcze. O tej nowej, lub odrodzonej. O tej poczętej październikiem pamiętnego roku 2023, a faktycznie posiedzeniami Sejmu Walnego na Wiejskiej (a jakże – na Wiejskiej, bo Polska to kraj bogobojnych włościan przecież, więc nie na Miejskiej pełnej rynsztoków) w styczniu 2024. A jakże o Polsce bez jej przymiotu najważniejszego, najwartościowszego pisać? Jakież to przymioty? Naturalnie literatura! Wielka, wieszcząca, krwią i potem oblana (nie tylko potem, przedtem też). Słowem – ojczyźniana. Jak łan zboża i dzięcielina biała.

Wiec jakże, jak nie od tej Wielkiej i Pięknej literatury zacząć sejmowe sprawozdanie cytując najsłodszego pieściciela polskiego słowa, samego Juliana Tuwima w przepięknym poemacie, gdy każe się wpierw całować przez brać własną, żydowską, by w ostatniej części zwrócić się czule do braci słowiańskich, polskich:

Izraelitcy doktorkowie,

Wiednia, żydowskiej Mekki, flance,

Co w Bochni, Stryju i Krakowie

Szerzycie kulturalną francę;

Którzy chlipiecie z „Naje Fraje”

Swą intelektualną zupę,

Mądrale, oczytane faje,

Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Item ględziarze i bajdury,

Ciągnący z nieba grubą rentę,

 O, łapiduchy z Jasnej Góry,

Z Góry Kalwarii parchy święte,

I ty, księżuniu, co kutasa

Zawiązanego masz na supeł,

Żeby ci czasem nie pohasał,

Całujcie mnie wszyscy w dupę.

Czas jednak na sale sejmowe, czas na sprawozdanie obrad. Najpierw o atmosferze, o ubiorach i zachowaniach Posłów i Posłanek Najjaśniejszej Rzplitej. Raz jeszcze głos oddam sprawozdawcy sejmowemu, też zresztą Julkowi i Tuwimowi z kwiatami polskimi w butonierce:

Krawacik musną, klapy obciągną

I godnym krokiem z mieszkań – na ziemię,

Taką wiadomą, taką okrągłą.

I oto idą, zapięci szczelnie,

Patrzą na prawo, patrzą na lewo.

A patrząc – widzą wszystko oddzielnie,

Że dom… że Stasiek… że koń… że drzewo…

Jak ciasto biorą gazety w palce

I żują, żują na papkę pulchną,

Aż papierowym wzdęte zakalcem,

Wypchane głowy grubo im puchną.

I znowu mówią, że Ford… że kino…

Że Bóg… że Rosja… radio, sport, wojna…

Warstwami rośnie brednia potworna,

I w dżungli zdarzeń widmami płyną.

Głowę rozdętą i coraz cięższą

Ku wieczorowi ślepo zwieszają.

(oba utwory Julka w wybranych przeze mnie fragmentach)

No tak. Nie wypada wszak tak zupełnie, bez własnej pracy intelektualnej, wysługiwać się tylko wielkim  poetą. Coś od siebie wypada dodać, myśl jakąś, może aforyzm, zwieńczenie oratoryjnego koncertu posłów i posłanek kochanej, patriotycznej Prawicy Polskiej. Szczególnie jedna, wzorem Rejtana niezapomnianego: do szlochu omal mnie nie przywiodła sama Wielka Kępa, czasem Kempą zwana, jeszcze przez innych Tępą. Jak ona broniła innych posłów (dwóch szczególnie) za ich prace i poświęcenie Ojczyźnie! Z jaką perorą płonącą wystąpiła w oku, niczym senator rzymski, w pewnym kroku na Ołtarz poświęcenia wiodła. Co dalej się w tym kroku działo – przyznaję, nie wiem a domyślać się nie śmiem. Osamotnione dwie, wygłodzone biedne niewiasty pokazała za balustradą ustawione. Te żony, a wdowy prawie-już tych posłów dwóch, których okrutny prokurator do lochów ciemnych zamknął. Białogłowy wychudzone, w szarych mundurkach, prosto pewnie z fabryk niemieckich fabrykantów, gdzie dla dzieci wygłodzonych na strawę harowały. O, Matko-Polko, co w Ostrej płaczesz Bramie, zmiłuj się nad nimi!

Słów wprost brakuje mnie, a te co się na papier pchają zbyt może są dosadne, zbyt często w mowie polskiej używane (w każde wkładane prawie zdanie), by nimi moment ten opisać. A serce łka, o …a.

Cóż wobec tych dramatów ludzkich znaczyć mogą mowy o czyichś gdzieś zarobkach? Jakież znaczenie może mieć, że sklepikarka, która jest prezesem jakiejś firmy – miliony w niej zarabia, a dziennikarka zwykła z telewizji setki tysięcy złotych? Że jakiś syn lub znajoma ciotki kogoś dostała pracę, gdzieś w zarządzie spółki wczoraj utworzonej? Jakieś obiadki w Pałacu Namiestnikowskim, u Namiestnika z udziałem sędzin i skazanych? Nic to, betka zwykła. Aż się Pegasus wzniósł na Wiejską i skrzydłem wielkim koło zrobił kierując się na Saską Kępę, która Wielka nie jest.

I wyszło Szydło z worka. Tym innym posłom, tym niecnotom bez serc i dusz – w dupie to jest i już! Im tylko forsa w głowach, nie dramat ludź (specjalnie dwóch ludziów). Ale na szczęście Namiestnik grzmi – liberum veto! Ja i Wielki Mały w dupie mamy wybory kasty waszej i się nie damy.

A tak już było dobrze przecie na tym polskim świecie. Kościelne kasy pełne, zadowolony dobry bóg i jeden ojciec Święty, który ogrzewa mieszczan zabiedzonych w mieście wielkiego Kopernika. Nie, nie ten gdzieś z Rzymu przewrotnego, o którym Wieszcz nasz wielki pisał: Polsko, Twoja zguba w Rzymie!’ – ten  nasz, bohater pieśni narodowej „Rudy, rudy, rudy rydz-yk lepszy niż maślaczek”. I Instytut Pamięci Narodowej zbudowano, by dziatwa miała, gdzie i co pamiętać (i za co), i Świątynię Opatrzności Bożej  prawem Wielkiego Sejmu Czteroletniego i króla Stasia zatwierdzoną w 1791. Tyle lat budowa trwała, nie od razu Warszawę zbudowano – ale idee wielkie nie giną! A wy tylko w tym nowym Sejmie o pieniądzach – gdzie, kto i za ile. Aż serce łka, o …a!

Kiedy giną poeci …

Wojna na Ukrainie nie ustaje, nie milkną działa ni syk rakiet wystrzeliwanych przez rosyjskiego napastnika. Nowy rok niczego tam nie zmienił. Step płonie nie zachodami słońca a pożarami domów ostrzelanych przez wroga.

W Równem, pięknym starym mieście starej Rzeczypospolitej Obojga Narodów urodził się w 1990 roku Maksym Krywcow. Ukraiński poeta i żołnierz wolnej, suwerennej Ukrainy.

Gdy czytałem o jego śmierci, przesuwały się mi przed oczyma cienie innych młodych poetów, z wielkiej wojny sprzed blisko dziewięćdziesięciu laty: Baczyńskiego o pięknych oczach daleko widzących, Gajcego, Kowalczyka … . O śmierci Krywcowa dowiedziałem się z zapisu Anety Kamińskiej, tłumaczki jego wierszy na jezyk polski. Właśnie mial ukazać się tomik jego wierszy w jej przekładzie. Ukaże się w wydawnictwie “Pogranicze’. Ale już nie ukaże się inny, następny. Nie będzie nowych wierszy. Kamińska, sama będąc poetką, pisała o wojnie, o Maksymie swoje wiersze. Jeden, bardzo znamienny tu przytoczę:

rosja wysyła na wojnę bandytów

wyciągniętych z więzień

a ukraina poetów

historyków muzyków

komentuje zbigniew

a ja jestem mu głęboko wdzięczna

że to nie ja muszę napisać

te słowa

Warszawa, 7 stycznia 2024

i fragment jeden jeszcze, który wyjątkowo jedną metaforą mnie uderzył:

widzę jak artur

zamieszcza na facebooku

ostatni wiersz maksyma

o tym jak to zakwitnie na wiosnę fiołkami

Kiedyś, pewnie będą tym poległym chłopcom-poetom stawiać pomniki lub tablice pamiątkowe. Ale to nic nie pomoże. Nowych wierszy już nie napiszą.

Maksymie Krywcowie- nie wiem czy drogi nasze by się kiedykolwiek skrzyżowały. Czy kiedykolwiek bym czytał Twoje wiersze. Czy Ty byś czytał moje. Znaczenia to nie ma zresztą. Ktoś czyta i czytać bedzie Twoje, ktoś zdaje się czyta moje. Dlatego ci bandyci rosyjscy niech będą przeklęci na zawsze. Bo rozstrzelać człowieka to rzecz podła – ale rozstrzelać nowe wiersze, które już nigdy nie będą czytane przez nikogo, to rzecz najpodlejsza, barbarzyńska.

W ostatnich godzinach życia napisał wiersz ostatni. Kończył życzeniem:

żeby już szybciej była wiosna

żeby wreszcie

zakwitnąć

fiołkami  (tł. A.K)

Tobie więc ten ofiaruję dziś, napisany po wiadomości o Twojej śmierci. I chyba naturalne mam uczucie, że wolałbym tego wiersza nie napisać. By go nikt nigdy nie czytał. Byś Ty mógł dalej pisać wiersze. Byś kwitł nimi, jak fiołkami.

Brzemię

pamięci poety Maksyma Kruwcowa, który poległ na Ukrainie

Brzemienna jest ziemia

falująca zagonami złotych zbóż,

warkoczami chabrów

w modrych czapeczkach, kolczykach, koralach.

Zroszona kroplami

krwi czerwonej od stepowych maków.

Okrutna jest ziemia

dudniąca zagonem gąsienic czołgów,

nocą oświetlana

warkoczem rakietowych meteorów.

Step pełen kurhanów

tulących szkieleciki martwych fiołków.

Czy bogowie jeszcze płaczą,

gdy ginie poeta?

(B. Pacak-Gamalski, 08.01.2024)