Kobiety, ach kobiety …

Nie każdego dnia oglądasz bogatą w tradycję ceremonię przekazania władzy, insygniów i dowodzenia Siłami Zbrojnymi państwa. Prowadzącym tą ceremonię, nadającym stopnie i uprawnienia i tzw. Patent Letters (oficjalne dokumenty potwierdzające to) jest formalny Główny Wódz (Wódż Naczelny lub Marszałek Wojsk, jako najbliższe odpowiedniki w polskiej nomenklaturze). W praktyce militarnej Naczelny Wódz to funkcja głownie honorowa w Kanadzie i wielu innych krajach nie będących w stanie wojny. Dowodzeniem wojska, planami dla całości wojsk zawiaduje Sztab Generalny pod dowództwem swojego Szefa. Tak jest też Kanadzie.  Poniżej są oczywiście generałowie-dowódcy wojsk lądowych (Armie), morskich (Navy).

Tak, wiem – tego typu ‘zmiany warty’ odbywają się regularnie w większości krajów świata. Na ogół skutkiem wyborów parlamentarnych, a co się tym wiąże i rządu.

Tylko tu, w Kanadzie  w 2024 mieliśmy sytuację wyjątkowo specjalną:  Naczelnym Wodzem od 2021 jest kobieta, Mary Simon. Też rzecz w Kanadzie nie niezwykła, po 2 wojnie światowej mieliśmy wiele kobiet Generał Gubernatorów (Generał Gubernator jest konstytucyjnie Naczelnym Wodzem). Ale Mary Simon, nasz Naczelny Wódz wręczał te nowe Patent Letters i mianował pełnym generałem nowego Szefa Sztabu Generalnego … kobietę. Jennie Carignan dowodziła wieloma jednostkami wojskowymi od kompanii poczynając, po pełną dywizję, była dowódcą jednostek kanadyjskich w Afganistanie, w Iraku, brała udział w walkach w Bośni-Herzegowinie. W ostatnich czasach miała stopień generała brygady. Ale dziś pełnego generała.  W Kanadzie nie ma tych dodatkowych stopni generalskich (brygady, dywizji i armii) poza wstępnym generała brygady  – potem już tyko pełny generał, bez przyrostków. Ciekawe jak by tu się miały feminitywy (odmiany nazw stopni, tytułów, zawodów na forme żeńską): generałka? pułkowniczka? kapitanka, majorka? Generałową by być nie mogła, bo to  nazwa żony generała.

Abstrahując od tych pytań-żartów lingwistycznych – generał Jennie Carignan jest pierwszą w G7 i G20 kobietą głównodowodzącą narodowymi Siłami Zbrojnymi. I pierwszą w NATO.

Tak więc kobieta Naczelny Wódz wręczała kobiecie nominację generalską i czyniła ją Szefem Sztabu Generalnego Kanady. Imponujące. Faceci mogli przemawiać dopiero później, po tych dwóch paniach (premier Kanady Justin Trudeau i Minister Obrony). Politycznie naturalnie, że Premier był tym, który to zainicjował i chwała mu za to. Ale z formalnego punktu widzenia to właśnie Gubernator Simon musiała to zatwierdzić i tylko ona mogła tą ceremonie przeprowadzić. Panowie politycy byli gośćmi honorowymi.

W wojnie o niepodległość USA jednym z ważniejszych bohaterów-dowódców był też – generał kawalerii Kazimierz Pułaski, jakby wówczas powiedziano – hermafrodyta. Ale nie wiedziano, więc nie powiedziano. A dziś wiemy, że był/a osobą transpłciową, gender-queer. Był/a drobny, porywczy i od kobiet stronił. Rysy miał zdecydowanie kobiece. Kawalerzystą świetnym i w fechtunku doskonały. I był/a dobrym sztabowcem i organizatorem wojsk. Tak więc i my Polacy nie gorsi. Nie tylko jednej i drugiej płci dowódców mieliśmy (Emilia Plater na przykład), ale poszliśmy dalej – wysokiego rangą dowódcę, który obie płcie reprezentował. I czemu nie?

Sunshine and Fog – Laughter and tears … Między Nadzieją i Zwątpieniem

Sunshine and Fog – Laughter and tears … Między Nadzieją i Zwątpieniem

Synopsis in English: My travels trough Nova Scotia’s Eastern Shore brought me so much joy through last year. I should say: OUR travels, mine and John, as that what it really was. Traveling through OUR places, OUR spots. Re-visiting them. Celebrating OUR time.

On surface it might have appeared as simply photographic chronicle of the gems this Province has to offer for a traveler. Of course, in a way it was, and I’m happy if it enticed someone to visit the wonders of our beaches. As wonderous they are, indeed. But this year, in the last few months, it has become harder for me to feel only the joy, the childish almost happiness in playing in waves of Atlantic. Muscular, powerful waves, that can caress you like if you were a child – if you trust them, if you respect them. Or can hurt you if you arrogantly pretend that you can outsmart them.

This year I started loosing John’s presence on this journeys. As if he become bored with the pretense of staging reality. Him becoming a shadow, but a shadow seldom willing to be an active part in these beach plays. Back in our days in BC, there used to be a Theater Festival in Vancouver called Bard on The Beach. There was a circus-like huge tent next to gray building of Vancouver Music Conservatory and Shakespeare was performed there.

My Bard lost interest in my festival of Love. So I thought. That is how my written chronicle of these visits with Atlantic had to turn to literary word, to prose and poetry. And now He is back with me again. Helping me again to find my spot on the map. My new place for OUR love, Our time.

And I can post again happy pictures of children frolicking in the water, of couples walking on shore holding hands.

In the Polish text below I write of my search of familiar places, of my past mountain peaks, about fog and mist that obscures the vistas from my memory. But I sense their presence. I will not translate it, it is pointless. But you, dear reader, will understand why I write what I write. With poetic prose, with poetry you escape the boredom of repetitions of the same images and stories. Even if they are small parts of one large story. In a sense – Epiphany of Love.

Ogarnia mnie dziwny niepokój, rosnący każdego dnia.

Stoję na wąskiej granicy oddzielającym skrawek plaży od nadbiegającej grzywy wielkiej fali. Galopuje w pianie opadającej jej z pyska białymi płatami, jak Wielki Koń Czasu. Tratuje kopytami plażę, wyrzuca wysoko w górę ciężkie kamienie wyrwane ziemi w odległych zatokach. Bawi się nimi, jak piłeczkami ping ponga. Przynosi zapach glonów, małż i wielkich ryb łypiących okrągłymi oczami bez wyrazu.

Oddalam się od tego pola walki. Idę w przeciwną stronę – do siniejących szczytów Wielkich Gór po drugiej stronie kontynentu.

Z dna zielonych dolin kieruję się w głębokie żleby skał. Wspinam się na grań przełęczy. Wokół gołoborza szarych skał, w dole ciemnozielone ramiona sosen. Szczyt nad przełęczą ma jedna stronę płonącą w promieniach słońca, drugą otuloną chustą mgły.

Szukam zagubionej ścieżki, zarośniętego szlaku, który ma mnie zaprowadzić do zapomnianego schroniska, chatki z kamieni i omszałych pni, która ma dawać schronienie zagubionemu nocą wędrowcy.

Zza tej mgły wyłaniają się nagle znajome szczyty Gór Świata: Świnica, Rysy i Zawrat tatrzańskie; kruszące się w spiekocie stare włoskie Apeniny; groźne śnieżne olbrzymy na granicy Patagonii i Chile; Mount Temple i Castel Mountain w kanadyjskich Kordylierach, majestatyczna strażniczka Gór Skalistych – Mount Assiniboine, górująca nad nimi z oddali Mount Robson; wyrastające z wiecznych lodowców szczyty Gór św. Eliasza na Jukonie; samotny szczyt Mount Cook w Nowej Zelandii; Dwa Lwy nad Vancouverem.

Kuszą spoza tej mgły, wołają cichym gwizdem świstaków: chodź raz jeszcze z dolin do nas! Opowiemy ci nowe stare legendy. I już bym czekan chwycił, już buty silne założył … i nagle budzę się w składanym krześle na plaży atlantyckiej, która mnie uśpiła monotonną kołysanką fal. Pod nogami leży w piasku notes z jakimiś historiami o jakichś szczytach w różnych częściach świata. Od morza nadchodzi znowu mgła, robi się zimno. Czas się zbierać do domu.

Long Beach and Cathedral Forest on Vancouver Island, BC

There was a lot of photographs here of the beauty and wilderness of Nova Scotia beaches on Atlantic shores.

But how could I forget about the other absolute gem on the opposite side of this, Canadian continent? The magic of Long Beach on Vancouver Island and – at times – the hair rising drive from Port Alberni pass the Kennedy Lake, to Ucluelet and Tofino.

Just before you reach the town of Alberni – one more amazing natural reserve: The Cathedral Forest. It is indeed a ‘cathedral’ – a sacred please saved from annihilation of forest logging companies by people protesting and risking being arrested. Sacred because there is very few places where you can see such undisturbed big forest of hundreds years old giants remembering times immemorial. The Canadian Sitka trees, Douglass fir, Red Cedar. It is an entire cosmos of it’s own ecosystem, everything supporting everything: from the dense brush, grass and plants on the forest floor, to trees that often you can’t see their top because their are so tall and the canopy so dense.

But first the awe inspiring shore of the Pacific from the town of Ucluelet to the town of Tofino. The simple fact is that you can actually walk the entire length of the shore from outskirts of Ucluelet all the way to the edges of Tofino on the beach. Through a bit but colorful rocky formations, passing amazing forest on the hills above, where you will find embankments for huge guns that were there during 2 world war searching for expected Japanese naval invasion. If I remember correctly they did notice one Japanese small vessel far on the horizon and fired few rounds. The shells landed in the waters far from the ship but it was enough to make it turn around and disappear.

The edges of the beaches in Nova Scotia Atlantic are full of oval clam shells and reddish tops of dead crabs; the Pacific beaches are covered with dark bluish mussels and rocky crevices with gardens of amazing anemones.

Long Beach, BC but first the road from Alberni to Ucluelet

… and few picture of first town – Ucluelet

finally – Long Beach

Cathedral Forest

Clam Bay Beach – north of Jedorre – na Wschodnim Wybrzeżu Nowej Szkocji

Clam Bay Beach – north of Jedorre – na Wschodnim Wybrzeżu Nowej Szkocji

Dziś trochę dalej samochodem szosą nr.7, z Halifaksu aż za Martinique Beach – w kierunku rzeki Tangier. Kiedyś już wspominałem, że tych nazw prawie tropikalnych tu sporo. Co latem nie dziwi. Tylko latem, naturalnie.

Ale dziś do plaży, na której nigdy nie byłem – a wydawałoby się, że byłem tu na każdej przez te sześć lat. Ta jednak z bardzo długim i skomplikowanym dojazdem bocznymi drogami. Jeśli już mijałem Musquoboit Harbour – to po prostu prałem dalej, do końca prawie, na ukochaną plażę Taylors Head Beach tuż za Spry Bay.

Więc tym razem zdecydowałem tą jednak poznać. Głównie dlatego, że mimo tych wielokilometrowych wąskich nitek szos w dół, do oceanu – to i tak o ponad połowę bliżej niż Taylors Head.

Jak ją opisać? Po prostu, prawdziwie. To Północna Polinezja. Te dwa słowa wydają mi się oddawać najlepiej charakter tej mało znanej plaży. Te dwa, lub może nawet tylko jedno: bajka.

Już końcowy dojazd wąską, krętą drogą wśród lasów i rozsianych rzadko malowniczych gospodarstw, nadaje tej wycieczce charakter bukoliczny.  

Plaża z cudownym szerokim i wielokilometrowym pasem drobnego, jak mąka piasku przypomina nieco właśnie tą w Taylor Park. Tylko przez fakt, że jest bardzo szeroką zatoką i całkowicie otwartą na ocean – ma duże fale nieustannie podpływające na brzeg. Co mnie naturalnie od razu ucieszyło. Pływanie w falach raduje mnie najbardziej. W przeciwieństwie do większości plaż, zejście z wody płytkiej do głębokie jest bardzo łagodne i bardzo długie. W zasadzie jest to sam w sobie niezły spacer i daje czas ciału na oswojenie się z szokiem temperatury (o ciele to jeszcze trochę potem powiem, LOL). Gdy jednak dojdziesz gdzieś do pół-pasa, to jużeś przepadł, już nie uciekniesz. Jeśli nie pierwsza, to na pewno druga fala cię zimnymi ramionami obejmie całego! Wtedy to już lepiej pływać z tymi falami niż być targany nimi w tę i we wtę.

Pierwszy dzień lata kalendarzowego i słonce sprezentowało temperaturę sierpniową. W Europie na takiej plaży byłoby tysiące ludzi. Tu dziś naliczyłem, ok.  … trzydziestu. Pewnie byłem jedynym nie lokalnym. No i ta temperatura iście sierpniowa była na plaży, na lądzie. Królestwo Posejdona ciągle zimne i mroziło stawy nóg. Ciało ludzkie jest jakieś dziwne, a że mężczyzna też czasem bywa człowiekiem, więc i moje jak rozkapryszona kobieta. Najpierw wrzeszczy, gdy zanurzam się po szyję: szaleju się idioto obżarłeś?! Wracaj mi zaraz na plażę z tej lodówki albo nogi zabiorę i razem na plażę uciekniemy, a ciebie niech te fale gdzieś w głębiny pociągną. I nie wiem czy żarty to, czy groźby prawdziwe, więc na wszelki wypadek wracam i siadam w słońcu na składanym krzesełku. Słońce grzeje. Nieźle. To ciało zaraz odwrotną litanie śle: czy ty myślisz, że ja to jakaś krewetka, którą w oleju na tej plażowej patelni będziesz smażył?! Wracaj mi zaraz do wody lub udarem cię draniu zabiję!  No tak – rozkapryszona kobieta, której nie sposób dogodzić. Więc kończę pisać i wracam do fal.

Camera walk from Conrad’s Beach to Stoney Beach in Lawrencetown

Camera walk from Conrad’s Beach to Stoney Beach in Lawrencetown

My favored beach outside of city reach, but very close. Parking could be a problem in summertime. Practically speaking you have to park on the curbside of the road and it could be a long way to walk, but the is no through traffic as the road ends there. The way to the beach is via very long wooden walkway, an it is very picturesque, I have always enjoyed it. Beach is very pleasant with a lot of good sand. For restless souls – a perfect place for nature walks. The sand dunes separate the beach from very interesting narrow walkways through grass and low growth patches of forest alongside the protected lakes-like marches.

I have been there so many times, can’t even remember how many. Swimming is fabulous but not for everyone at this time of the year, as the water is still very cold. But from middle of July to early November – it is a small paradise for swimmers. However – you can try even now. Cold, but manageable. I did.

Enjoyed the walks in that little forest and the sand dunes (there is a few narrow trails and please do use the trails – the ecosystem here is delicate and easily disturbed). The flora and fauna is beautiful. Small and larger birds, occasional deer, flowers, butterflies.

Today I did first time the entire trail, all the way past Conrad’s Beach and Tanner’s Sandy Point to the Stony Beach of Lawrencetown. The Stony Beach is a favored spot for Kitesurfing. Often, when you are on Conrad’s Beach you will see on the horizon to the east colourful kites gliding through the sky – these are the surfers from the Stoney Beach.

The sea has it’s own rules, not everything is manicured and ‘the grass’ is not always cut… . On my way back, by the Tanner’s Sandy Point I have found a relatively fresh dead body of a seal. That point is always very windy and waves are always high and dangerous. She must have been too tired to overcome the waves because otherwise there was no visible signs of any wounds of bites to her body. But to keep things in balance of sad and happy, maybe half an hour earlier, close by, I almost touch a very much alive and startled young deer. I was just walking through a narrow path in the dense forested part and startled suddenly the beautiful creature. She froze for a split second and quickly jumped back to the wood before I had a chance to raise my camera.

Cow Bay Forest in Nova Scotia

Cow Bay Forest in Nova Scotia

A little green gem nestled near Dartmouth, perfect for walking and cycling. It is a typical example of forests in the Eastern shore: with lots of marches, little lakes and streams. The trees are very seldom big and tall due to the impenetrable rocky bed covered with only shallow layer of red soil. Alas the root system is shallow, too, therefore prone to falling during frequent high winds or root rot. The southern end of the forest is located be the entrance to the Halifax peninsula in Cow Bay, the northern by the big marches near Havens Beach, to the west lays Dartmouth – to the east the vast waters of open Atlantic.

An early evening bike ride was a perfect timing as the trail was empty for practical reasons, air was cool, the rain very light and very sporadic.

Martinique Beach in Nova Scotia (part 2)

My second visit in just about as many days. Sometimes an escape to the ocean is the only logical choice when the mundane in the city and at home slowly tightens the noose around your neck. Travels never disappointed me. And that particular beach has many good memories for me: with my husband John, with my family, who visited me from Europe.

It was sunny day, warmer than the last time. But waters still very frigid. No one risked swimming. I did. Took me two tries, though, LOL. The second time the body wasn’t screaming as loudly, ha ha ha. Later I stopped at town center of Musquodoboit Harbour in a little bakery-coffee for a good cup of dark coffee and a sweet snack, relaxed, and drove back home re-charged.