Tańczy mną jeszcze …

Tańczy mną jeszcze …

Ostatnie tematy były trudne, czasem podniosłe, czasem po prostu bolesne. Dużo o takiej poezji pisałem, czasem sam taką pisałem. Bo o sprawach wielkich, często ostatecznych trudno pisać lekko. Zwłaszcza, gdy ta lekkość nie mieszka już w tobie. A przecież jest życie wokół. Słońce wstaje i zachodzi potem. Ludzie dalej tańczą i się całują. Widzisz ich i zaskoczony sobą myślisz : przecież i ja jeszcze żyję. Więc wierszyk napisałem. Nie wiersz a wierszyk właśnie. Bez metafizycznych zmagań i patosu. Piosenkę w zasadzie, melodyjkę słowami a nie nutami ułożoną.

***

Ucieka świt,

przychodzi zmierzch

– a jeszcze chce się

kwaśne jabłka jeść.

Jeszcze śpiewać się chce,

tańczyć na parkiecie

dni, które nie gasną,

które nie chcą zasnąć.

Słowa, ważne księgi

zasłaniają, skrywają

widoki gwiazd hen tam,

apetyt i głód warg.

A tu podpływa łódź

i żagiel jeszcze drży,

jeszcze wiatr pachnie

morzem, ustami, winem!

Jeszcze może popłynę?

bill bisset i Tomasz Michalak – jak tłumaczyć nieskodyfikowane języki?

Ostatni tekst wiązał się bezpośrednio z literaturą. Literaturą przez duże L, bom pisał był o Gombrowiczu i Jeleńskim. Jednocześnie przypominałem mój cykl o literaturze tzw. emigracyjnej lat PRL-u.

W cyklu tym pominąłem jednego poetę i tłumacza poezji, z którym we wczesnych latach 90. nawiązałem kontakt, Tomasza Michalaka.  Opublikowałem w numerze drugim Rocznika Twórczości ‘Strumień’ kilka wierszy Michalaka, a że kontakt nam się w jakiś sposób potem urwał (nie sądzę by były ku temu jakiekolwiek ważne przyczyny, raczej zwykłe i prozaiczne towarzyskie – w tamtym okresie moje życie było ponad miarę wypełnione zajęciami, które pochłaniały więcej czasu niż oferowała go doba). Spotkałem go chyba w Simon Fraser University w Burnaby, gdzie wówczas studiował. Dziś zdaje się dalej tam jest, naturalnie jako wykładowca tym razem.

Opublikowałem wtedy pięć jego wierszy[i]. I wszystkie mi się podobały, podobał mi się sposób w jaki używał języka gramatyki.

Słowo ‘podobały’ nie jest określeniem używanym w krytyce literackiej – a przecież jest to najistotniejsza część łączności z czytelnikiem. Krytyk, badacz musi czytać wiersze, by je oceniać, recenzować.  Czytelnik nie musi i nie potrzebuje. Czytelnik czyta te, które lubi, które mu się podobają.

Gramatyczna kolejność i funkcyjność tej kolejności części mowy. Jeśli poeta trzyma się jej zbyt uparcie i sztywno – wiersz staje się klepanką, ogłoszeniem i traci wyraz poetycki. Nie będę wyliczał poetów, którzy to robią, bo zbyt długi ten tekst by być musiał. Im bardziej kodyfikujemy język, im bardziej sztywny gorset na niego nakładamy – tym bardziej staje się on językiem urzędowego obwieszczenia. W wierszu Michalaka „Rzeczy które wydarzyły się komuś” druga linijka brzmi tak: ze śmiechem kartki przewracają się papieru – naturalnie poprawnie brzmieć to winno: kartki papieru przewracają się ze śmiechu, tyle, że traci wtedy to zupełnie muzyczność frazy, staje się banalnym stwierdzeniem faktu. A przecież nie o to w poezji chodzi. Fakt jako taki jest w swej zasadzie kamieniem u szyi poety. Oczywistość oczywistości to jej śmierć.

Co tu chcę, w znanej mi spuściźnie Michalaka, przypomnieć, to jego praca tłumacza poezji anglojęzycznej. Mówię konkretnie o poezji billa bissetta (oficjalnie to Bill Bissett, forma której poeta w zasadzie nie używa, odrzucając, jak w swej poezji, wiele zastanych norm gramatyczno-ortograficznych). Jeden z najbardziej trwałych i tragicznych elementów kanadyjskiej poezji ostatnich siedemdziesięciu lat. Od dekad prześladowań rządowo-policyjnych, po międzynarodowe i krajowe akolady, nagrody, ordery. Od cel aresztów policyjnych, po salony Sztuki i ordery państwowe[ii].

Tomasz Michalak podjął się trudnego zadania przetłumaczenia tomiku wierszy Bissetta „żeczy ń pojęte”[iii]

Tłumaczenie poezji pisanej w dużej mierze w formie fonetycznej, języka mówionego, a nie pisanego, musi nakładać na tłumacza dodatkowy problem, gdzie sama znajomość języka oryginału i języka tłumaczenia to za mało. Trzeba poniekąd wgryźć się w sposób mówienia i dźwięku słowa.  W skodyfikowanym języku można to porównać do czytania nut. Proszę sobie wyobrazić koncert, gdzie nie ma żadnego muzyka ani instrumentu, miast tego jest lektor. Staje przed widownią i czyta utwór z kartki: tempo presto – crescendo, dwa bemole, 3 szesnastki na trzeciej linii, dwie połówki na czwartej, trzy półnuty w oktawie wyżej …. Ciekawym bym był, ile osób by na takie koncerty chodziło …

Trudno bardzo ocenić poziom tłumaczenia tego typu poezji i nie mam zamiaru tego tu robić. Zupełnie prywatnie musze powiedzieć, że Michalak bardzo przybliżył mi poezje bissetta, a sam bisset autoryzował te tłumaczenie. Co też trudno ocenić, gdyż bissett języka polskiego nie zna. Ale to są już dywagacje mało znaczące. Z punktu widzenia językowego jest to praca dobra i warto by było, gdyby jakieś wydawnictwo w Kraju to opublikowało. Może ktoś kiedyś to zrobił, nie mam pojęcia, bo badań jakichkolwiek nie robiłem w tej mierze.  

Tłumaczenie Michalaka przypomina mi bardzo formę walki futurystycznej z kodyfikacją języka prowadzoną przez Bruno Jasieńskiego i poetycką prozą Brunona Schulza – inność. Inność używania języka, jako formy, która ma służyć twórcy a nie kajdan, które mają go ograniczać. Do takiego ‘braku szacunku’ wobec formalnej kodyfikacji ortograficzno-gramatycznej nawiązywała też współcześnie Olga Tokarczuk podczas spotkania na 70-lecie Wydawnictwa Literackiego w Krakowie. Podkreślała, jak język ma być narzędziem giętkim w ręku pisarza a nie kajdanami sztywnej formy.

Więc wracając do tłumaczenia Michalaka wierszy bissetta przytoczę pierwszy z tego zeszytu poetyckiego. Bardzo zresztą oddający – abstrahując od sposobu zapisania – charakter poezji bissetta.

Czy fszystko jest dla sfiń

ona myśli ż jej gufno

               Jest sesłota swysacanego

rubinami

               on myśli ż jego jest perłostanem

i przeczystością łabęciej kfakfaducji

               co masz  im

mufić

                wiekuf owijają jh sny

               i pryfatne opinie

                              f befełnę

                              praciatofych

                              kultuf

               gufno

               jest gufnem

               ale ja

               fo tego

gufna

               dobiorę ś

               wam

               jeszcze[iv]

Ot, ciekawostka poetycka. Jedynej rzeczy, której sensu pojąć nie potrafię to właśnie tego niby-konstruktywizmem pachnącego układu graficznego strof i wersów. Chyba, że założeniem był jednak chaos. Tutaj tłumacz jest jednak bezbronny, ten układ stroficzny jest dokładnie taki w oryginale. Co w niczym mi w rozumieniu tegoż nie pomaga.  Naturalnie – chaos zrozumiany być nie może i z tym się zgadzam.

I tyleż na dziś.

  


[i] Rocznik Twórczy „Strumień”, nr 2; s. 31; Surrey, Kanada; rok 2000; ISSN 1488 8513

[ii] Bill Bissett – Wikipedia

[iii] Bill bissett; „żeczy ń pojęte”, wyd. Talon Books, Burnaby BC, Kanada, 1998

[iv] ibit

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Nie wyjeżdżamy w pełni, w całości – coś zostawiamy, czegoś nam ubywa. Potem lepimy przez lata siebie na nowo. Rodzi się nowa całość. Nie inna, zlepek wczoraj i dziś. Czasem żal nam po latach tamtego siebie, chcielibyśmy może do niego wrócić. To bywa jeszcze trudniejsze. Bo to teraz i tutaj jest jednak bliższe, jest swojsze. Ja – jestem ja. Szczególnie wtedy, gdy ‘ja’ zamieniło się w ‘my’. Zostają tu i tam zlepy form, jakieś może hieroglify dziś już nieodczytywalne, jakieś drzewo zawieszone nad przepaścią.

I dzika fala wyszarpująca ląd spod stóp …

Cień

Chciałbym już być, gdzie jeszcze mnie nie ma,

bo być gdzieś powinienem już przecież.

Lecz gdy tam przybędę – to czy będę,

jeśli nie ma mnie teraz, gdzie jestem?

Czy znajdę dom, który już spłonął raz?

Czy wiatr rozwiał zgliszcza i wspomnienia

i jestem tylko na fotografiach,

jak w ruinie, której fundamenty

tylko pozostały, okna bez szyb?

Stare pałace arystokratów,

które rewolucja zamieniła

w kurniki, chlewy i magazyny.

Ich właścicieli wyprowadzono

w zakrwawionych kalesonach, boso,

do zarośniętych ogrodów, nad staw,

gdzie jeden strzał w potylicę tworzył

nową historię, zamykał starą.

Widziałem takie puste pałace

w dzieciństwie, widziałem cienie ludzi,

którzy kiedyś w nich żyli, tańczyli.

Gdy tam pojadę, gdy wrócę do

tych miejsc – czy będę takim cieniem

w pustej ramie okna patrzącego

na zarośnięty ogród ze stawem?  

/B. Pacak-Gamalski, 07.2024/

Dies irae – bez Piekła i bez potępienia

Dies irae jest jednym z najstarszych i najbardziej znanych tekstów chrześcijańskich Średniowiecza. Trudno określić z pewnością historyczną autora i dokładna datę jego powstania. Na ogół przyjmuje się okres między XII a XIII wiekiem. Są tradycje mówiące o okresie kilkuset lat starszym. Jeśli byłby to św. Grzegorz Wielki to początek wieku VI, jeśli opat Bernard z Clairvaux, to przełom X i XI. Są jeszcze inni ewentualni autorzy. Generalnie zamyka się to jednak w tej klamrze początków i połowy okresu Średniowiecznego.

Cały długi utwór zapisany jest w idealnej łacińskiej tercynie ośmiozgłoskowej i ma dziewiętnaście zwrotek. Zgodnie z panującą wówczas wszechobecną eschatologią Kościoła, ma wątek grzechu i słabości moralnej człowieka, które tkwią w jego naturze i dziedzictwie grzechu pierworodnego. Człowiek jest skazany na potępienie, a Stwórca jest surowym sędzią nie uznającym skruchy lub tłumaczeń. Niewątpliwie pochodną des irae jest ówczesna moda na pokutę i pokutnicze sekty okaleczające grzeszne ciało najróżniejszymi narzędziami tortur. Samobiczowanie do krwi było traktowane jako coś szlachetnego i pobożnego.  Eschatologiczna wizja zakładała wieczne potępienie w Piekle i finalny koniec świata. Bezpośrednio zaczerpnięto z tradycji żydowskiej element straszliwego Sądu Ostatecznego i paruzję, gdy cała ludzkość przed unicestwieniem świata poddana będzie bezwzględnej selekcji: albo strącenie w czeluści Piekła po kres czasów, albo wniebowstąpienie. Pojęcie Czyśćca w zasadzie przestaje tu funkcjonować. Ma to dotyczyć całej ludzkości od początków świata i Adama i Ewy – a więc ów Sąd będzie i nad żywymi i nad zmarłymi. W domyśle można więc przypuszczać, że wszelkie darowania win, uzyskane na łożach śmierci lub przy spowiedziach, ulegają unieważnieniu i kasacji. Bóg jest sędzia okrutnym i bezwzględnym a Sąd Najwyższy nie będzie zwracał uwagi na wyroki sądów niższych instancji.   

Przez ponad tysiąc lat Kościół stawiał ten hymn jako nieodłączny element swej regularnej mszy, a już kategorycznie mszy za zmarłych. Do czasów II Soboru Watykańskiego. Ale do dziś wolno dies irae używać we Mszy Trydenckiej (tzw. stary obrządek). Fragmenty używane też są w rycie posoborowym w okresie Święta Zmarłych (Zaduszki) a bywają dozwolone w regularnych mszach żałobnych.  

Otóż mnie się wydaje, że nastąpiło wielkie nieporozumienie. Dies irae dla mnie istnieje tylko w kategorii powrotu do Miłości. Ponownego złączenia się z ukochanymi. Śmierć jako wyzwolenie, ‘zwolnienie’ poniekąd z więzienia samotności, gdy jeden z kochanków odchodzi przedwcześnie.  Oficjalne tłumaczenie kościelne już w drugiej, bardzo ważnej zwrotce, w pierwszej linii tłumaczy z łaciny słowo ‘tremor’ na ‘płacz i łkanie’. Podczas gdy oczywiście winno być ‘drżenie’. Naturalnie, że drżymy na myśl o możliwości ponownego złączenia z kochankiem. Drżenie jest oczekiwaniem, jest niecierpliwością, a nie paniką, lękiem, przerażeniem.  I z takiego czytania dies irae wzięło się moje użycie starej tercyny ośmiozgłoskowej. Nie aż tak sztywnie w ilości zgłosek i bez zabawy w rymy. Przede wszystkim szczerość zapisu, która musi iść przed formą, co zawsze podkreślam. Koszula dla ciała a nie odwrotnie.

No i tylko czternaście zwrotek. Bo kiedy skończysz mówić coś powiedzieć miał, to sensu przedłużania gadaniny nie ma. Trzeba gdzieś kropkę postawić. I nad ‘i’ i na końcu ostatniego zdania.

Dies irae

W sali marmurowej, wielkiej

sali balowej, diamentowe

kandelabry zawieszone

pod plafonem sufitu

z błękitniejącego nieba,

z kryształowymi lustrami

w złotych ramach na ścianach –

będziemy tańczyć do taktów

modrego walca Dunaju.

Melodię fin de siècle,

muzykę końca

zmierzchu epoki przepychu

i nadmiaru pocałunków,

wpatrzeń, zauroczeń słów

pasją drżących, niczym płatki

opadającego złota ze ścian.

Będziesz wirować w moich

ramionach i moich oczach.

Cherubinki całe białe

spłyną z chmurek plafonu

na skrzydłach i grać będą na

srebrnych trąbkach Hymn Miłości –

Lacrimosa końca światów.

Nic więcej Nieba i Ziemie

oferować nam nie mogły.

I nic więcej nie chcieliśmy.

Stało się oto spełnienie

doskonałe i skończone.

Quantus tremor est futurus

Quando judex est venturus –

tak, będzie drżenie, lecz nie

z lęku a oczekiwania.

Drżenie ust i palców głodnych.

Potem spłynie szmerem czarnych

skrzydeł wielki Anioł Pański.

Wtuli nas serdecznie w pióra,

miękkie, ciepłe i najczulsze,

 opowłóczy szarym mrokiem,

gdy będziemy siebie szukać

w zagajnikach, łąkach, rzekach,

w pocałunkach i pieszczotach.

Jak być miało tak się stało.

/B. Pacak-Gamalski, lipiec 2024/

post scriptum: fragment ‘Quantus tremor est futurus. /Quando judex est venturus w moim łumaczniu brzmi: jaki lęk i drżenie będzie /gdy żyć naszych sędzia stanie

A chat with the Moon at night

A chat with the Moon at night

On My Rocks perched just above the ocean’s channel a night could be a magic place. Summer time especially. The city is still alive till wee hours with happy revelers, some are dancing and singing onboard small tourists boats. The lights of the city dance on the surface of the water and above it is one huge reflector of the stage – full Moon. It slowly sweeps the stage from one end to the other. And behind you, on the shore, in the shrubs and wild flowers comes the other song, the song of old time – the cicada.

Moons and Sycamore tree

One step, check the stones carefully!

They might be slippery in peach black night

and the water below is not the best for swimming.

But is it water indeed down there?

It looks strange with all the lights shining

on the surface, dancing like crazy lady

listening to an old country song from Tennessee.

The moon comes and looks down at the water.

It’s as surprised, as I am, seeing so many of it’s

faces mirrored in it. Two moons, four, six…

It screams at the water:  that’s enough!

You make me dizzy with your witchery!

No one plays banjo anymore, only the one-note

song of the cicadas: I’m here, come, give me a kiss!

Oh, I have seen many moons on summery nights,

six and twelve at once, when I was drunk with love.

I have sung the songs of night birds and early birds,

when sunrise came with another kiss again.

Now no more I sit under the Sycamore tree,

the night breeze sways in long grass,

Savanah sings its sweet longing song.

Crying song, the Moon above is cold.

/B. Pacak-Gamalski, 20.07.2024/

Ecce homo – to jest ten człowiek, rzekł Piłat

Wojny, zagrożenia, a przede wszystkim olbrzymia zmiana klimatu Ziemi i wielkie przeludnienie zachwiały kilkutysięczny relatywny spokój rozwoju ludzkości. Nawet niewyobrażalne dziś wstrząsy 2 i 1 wojen światowych, krwawego pochodu osiemset lat temu z mongolskich stepów wielkich armii Gingis-hana, jego synów i wnuków nie zagroziły ludzkości tak, jak współczesne niebezpieczeństwa. Bo jak porównać możliwość prawdziwej hekatomby ogniem i mieczem wobec możliwości setek głowic nuklearnych, atomowych zmagazynowanych przez co raz większą ilość państw?

Wszystko to nie nastraja optymistycznie. Być może do zmian klimatycznych, których odwrócić nie jesteśmy w stanie – bylibyśmy jednak zdolni się dostosować. Nasz gatunek wykazał niesamowitą inteligencję i umiejętności przetrwania, dostosowania się w ciągu ostatnich 300 tysięcy lat. Jak wyjdzie jednak z potrzasku przeludnienia? Głodu? Tak, wiem – przemysłowa produkcja żywności, fabryki mięsa hodujące dziwne stworzenia, które nigdy w życiu nie widziały łąki, lasu, rzeki, morza… Ale nie wszędzie i nie dla wszystkich. Przeludnienie jest prekursorem wyjałowienia terenów agrarnych, spustoszenia naturalnych zasobów mórz i wielkich rzek. Efektem jest głód. A głód naturalnie w naszej historii powoduje wędrówkę ludów. Za jedzeniem, za szansą przeżycia. Ten lebensraum. Tym razem dosłowny – przestrzeń do życia. Jest nas po prostu niebezpiecznie za dużo. A wszyscy prawie przywódcy państw i narodów ciągle krzyczą o niskim przyroście naturalnym. Jak ten przyrost może być niski, jeśli jest nas każdego roku nieustannie więcej? Jakaś nowa arytmetyka. Dla przetrwania ludzkości, człowieka, nie ma znaczenia jakim językiem on mówi ani jaki ma odcień skóry. Nie ma podgatunku człowieka o nazwie ‘Polak’, ‘Amerykanin’, ‘Rosjanin’, ‘Niemiec’ czy ‘Hindus’. Nawet ‘Chińczyk’ nie istnieje w tej kategoryzacji gatunkowej. To są wszystko konstrukty kulturowe. Miłe, przyjemne, wygodne. Ale do przeżycia człowieka potrzebny jest chleb a nie „Pan Tadeusz” czy „Hamlet”. Gdy nas wszystkich szlag trafi, kto je będzie czytał? Szczury i karaluchy (one ponoć wszystko przetrwają, LOL)?

Więc byśmy mogli dalej poematy o miłości, powieści o losach człowieka pisać, malować słoneczniki i pejzaże, rzeźbić Dawida i komponować Eroiki -musimy wpierwej zadbać by człowiek przetrwał. Jako gatunek biologiczny, a nie szczegół etniczny. Nie mordować się z takim zawzięciem, nie budować wszędzie zasieków i murów chińskich.

Tak mało zostało czasu. Ta smutna myśl, co spotkać może moich kochanych najbliższych i najmłodszych w Polsce, moich kochanych przyjaciół w Kanadzie, wiele nocy i godzin za dnia mi pochłania. I ten lęk ogólny, egzystencjalny. Tyle wspaniałych mimo wszystko rzeczy stworzyliśmy przez te tysiące lat, tyle siódmych cudów świata. Dajmy sobie szansę.

Kiedyś, w latach 90. ubiegłego wieku ulegając prośbom znajomych czytelników wydałem w maleńkim nakładzie autorskim zeszyt poetycki zatytułowany „I nie zapomnisz swojego Czasu’. Składał się z cyklu historiozoficznych Rozmów (4) i ośmiu wierszy. Nie rejestrowałem tego w jakimkolwiek systemie archiwizacyjnym, po prostu dla tej grupki czytelników miłych. Nie pamiętam nawet ile było tych egzemplarzy. Jeden zachował się u mnie w różnych szpargałach. Całość jest właśnie takim świadectwem tego leku egzystencjalnego. I smutku. Dwa tu (bez jakichkolwiek późniejszych edycji) przytoczę.

●●●

Stoimy na skraju –

Za nami kurzawa rydwanów Azji,

Przed nami krań otchłani zapomnienia.

Tak dobiega kresu nasz

zwycięski marsz piękna i pożogi.

Od kolumn doryckich do Ameryki.

Oto przychodzi czas

Robienia rachunków za przeszłość

I decyzji ostatecznej na dzisiaj.

Przyszłości już nie ma –

Nie z tarczą a na tarczy nasza droga

Gościńcem z gazonami róż i gruzu.

Piękno i pożogi,

Róże i gruz –

Historii wóz

Dobiegł kresu drogi.

 Epilog

Na oszalałych rumakach wojny

Pędzą gościńcem dziejów zwycięzcy.

Kopyta wzbijają tumany kurzu

Zmieszanego z grudami tratowanej ziemi,

Z pysków i boków lecą płachy piany,

Na tarczach dumne: ‘Bóg z nami’

A proporce łopocą: ‘Allach jest wielki’.

Szyszaki skrzą się w blasku chwały

Objawionej Prawdy i Słuszności.

Łopoczą białe płaszcze z czarnym krzyżem

I lśnią złote kordelasy w kształcie półksiężyca.

Oto gna stukołowy wóz chodnikiem historii,

Obity złotą blachą dyszel skrzy się

W blasku księżyca niczym białe śniegi Alp,

Gdy deptały je potężne jak dębowe pnie

Nogi armii Hannibala.

Dojechał już do bram Rzymu,

Już mija opłotki Zatybrza i nie zwalniając

Biegu przeprawia się przez rzekę

Na wprost Warowni Świętego Anioła.

Od stukołowego huku pękają szyby

I wala się z łoskotem na bruk Imperium.

Za odłamkami szkła lecą porozrywane

Wory z juchtowej skóry pełne

Mamony złożonej w ofierze odkupienia.

‘Panie zmiłuj się’ i ‘odpuść nam

Jako i my (nie)odpuszczamy.

Ze szczytów ziguratów zawodzą kapłani

W szatach z krwawej purpury.

            A darowane będzie tylko tym, co za myśl złą

            W dwójnasób opłacili bezinteresownym darem,

            W trójnasób miłowali oblubieńca, który nim nie był,

             A w sześciokroć opłacili złe czyny.

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

Mgły, Horacy i nieśmiertelność

O mgle mokrej jeszcze,

póki nie porwą ją deszcze,

która jak Afrodyta

pianą morską zmyta,

obłóczy się półsnem.

Lecz gdy Horacy ją zoczy,

Gdy mgła się napatoczy –

Ha! Non omnis moriar,

i dumnie zwinie foliał.

Sen? Mnie nieśmiertelność!

Horacy był cichaczem z wiarą nie przebraną w swoją wielkość.  Cóż mu legendy powtarzane za Homerem, za Telemachem. Pisał bardzo dużo i lekkość miał w tym pisaniu niczym kiplingowski Mowgli w skakaniu po lianach w dżungli. Gdy inni znani – o gruntowniejszym wykształceniu i ogładzie utytułowanych obywateli Rzymu, bogatych wielkich właścicieli ziemskich – z dumą czytali swe pieśni zebranym zawsze licznie słuchaczom, gdy publikowali w kopiach opasłych swe treny, tragedie i komedie greckie, on Pieśni swe pisał dla nieśmiertelności. Tej ponad Czeluścią Wielką, za i ponad mgłą Historię i Przyszłość skrywającą.

Czy mu się udało? Jeśli wierzyć w niezaprzeczalny fakt, że ja sam Horacego czytałem – to chyba tak. Zaliści skłamałbym, żem nie czytał Homera, Arystotela i Plato (a za Plato – Sokrata). Ba! Glinianych tabliczek Sumeru odczytać sam nie potrafię – czytałem wszak ich o kilka tysięcy lat późniejsze tłumaczenia na ludzki bardziej język. Więc i ten Gilgamesz non omnis moriar.  

Horacego samego przetłumaczył pięknie bardzo lubiany przeze mnie poeta Stefan Gołębiowski. Jakże on tegoż Horacego kochać musiał! Wstęp Gołębiowskiego i wprowadzenie do tegoż tłumaczenia jest cudowny, bajeczny i urzekający. Poetycko wspanialszy niż całe te ‘Dzieła’ Horacego[i]. Nigdym się nie spodziewał, że Gołębiowski do takich uniesień jest zdolny. Leśmian może – tak, ale Gołębiowski zawsze jawił mi się jako osoba stateczna, w garniturze. A tu nagle tańczy, szlocha, wzdycha, jakby spotkał tą Afrodytę właśnie, Venus peloponeską. W rzeczy samej archaiczną wszechpotężną Isztar – niedoszłą kochankę Gilgamesza z Ur, który odrzucił jej zaloty na rzecz swego ukochanego dzikusa Enkidu. Którego z bezsilnej wściekłości Isztar naturalnie zabija. Nie ma nic gorszego niż wściekłość, zazdrość i zemsta bogów i bogiń. Od zawsze do dzisiaj, bez wyjątku.  

Horacy – trochę nudny przyznaję, trochę w tej mgle wydobywającej się z Czeluści krańca Czasu. Może to wina i łaciny samej, która mimo wszystko (i wbrew rozbudowanej w nieskończoność deklinacji, LOL) jest językiem nad wyraz sztywnym. Kto to wie? Może gdybym był żył w czasach Republiki i Cesarstwa taka sztywna, jak truposzek na desce płaskiej, by się nie zdała. Nigdy zresztą płynnie kompletnie jej nie opanowałem. Czytać jeszcze potrafię (choć niektóre słowa tylko z kontekstu wyłuskuję), ale mówić lub pisać już nie. Znajomość porzekadeł i sentencji nie jest wszak znajomością języka.

Czas wrócić z praczasów, z mgły gęstej niczym smoła do Horacego nieśmiertelnego. O nieśmiertelność swą dbał bardzo. Jak to robić, pytasz? Prócz własnej wiary głębokiej w swój geniusz (to musi być poety porządnego niezbywalne sine qua non) trzeba zadbać o PR (Public Relations), a jakże lepiej niż podkopując kolegów po piórze. Bo na szczyty wspinamy się po trupach. Więc Horacy w poetyckim geniuszu dołki kopie pod mu współczesnymi poetami co niemiara. Tu ironią, tam prosto mówiąc, że niemota i miernota. Nic od tamtych czasów rzymskich mili moi się nie zmieniło lub mało bardzo. Im bardziej kurczy się rynek czytelniczy – tym więcej i głębszych dołków się kopie wobec ewentualnej konkurencji. Ostatecznie, dlaczego świat literacki miałby różnić się od Bazaru Różyckiego czy Hali Mirowskiej? Delikatna konfiturka porzeczkowa, jak poemat proszę pana szanownego!  Lub tak: Ach ten liryk, niczym świeża poziomka uwodzi i wyobraźnię rozpala!

Ale Horacy, Horacy do diaska, więc wracam. Ot, choćby w Pieśni IV, (Eupulis atque Cratinus) nie oszczędza Lucyljusza, Kryspina chwali z zadąsem i ironią Faniusza.[ii]  ‘Satyry’ jego zdały się być niezłą lekcją setki długie lat później dla naszego biskupa Krasickiego. Nie przepuścił nikomu. Samemu sobie – trochę. Pisze: Wzniosłem pomnik trwały, trwalszy od spiżu // czołem wyższy od królewskich piramid: // Akwilony przezwyciężę, żarłoczny // deszcz, lat niezliczony szereg. Szczytami // wieków umknę Libytynie. Nie wszystek // umrę.”[iii]

Zaiste – cztam teraz wszak te wersy, dwa tysiące lat później. Patrzę w dal, przez gęstą, jak mleko mgłę wydaje się, że dostrzegam zarys linii horyzontu. Nad Czeluścią. I uśmiecham się do siebie: czy ktoś moje wersy będzie czytać dziesięć lat po tym, gdy będę już za tą linią? I po prawdzie nie przejmuję się tym zupełnie. Może będę stał na Wielkim Moście Tęczy oparty o balustradę i czekał na to jedno spotkanie z Nim. W końcu. Po dwuletnim oczekiwaniu, marzeniu. Tęsknocie.

Czy Horacy przeżył, czy sięgnął nieśmiertelności? W wąskim bardzo kręgu. Tak, inni poeci go czytają dziś. Czytają historycy literatury.  Gdy ktoś spoza kręgu miłośników legend i mitów rzymsko-greckich nie znuży się tymi imionami, tymi nazwami bogów i władców, senatorów i budynków tamecznego Rzymu? Nie. Minęła też epoka, gdy kultura łacińska i przywiązanie do rymu i rytmiki samej łaciny cokolwiek by dziś znaczyło.

Tak, jak przyszedł moment, kiedy szalony chłopiec Dżungli, Mowgli, przestał rozumieć Czas Nowej Gwary, język Czarnej Pantery Bagheery, która była tak długo jego najbliższym powiernikiem[iv] Mgła unosiła się z wysokich trwa i gęstych krzewów dżungli. Wszystko się w niej rozpływało, traciło kontury.

Co zostało z Horacego? Non omnis moriar – nie wszystek umrę. To właśnie, te trzy słowa tylko. Nic więcej.

Non omnis moriar. Ach,

zakwili morski ptak,

zaszumi pianą fala –

a łódź już się oddala,

już mgła łagodzi czas.

Z wydm ostre szable traw

strzegą wysokich naw

katedr z piasku plaży.

Czy coś się ma zdarzyć

na Tęczowym Moście?


[i] Horacy. Dzieła; LSW, Warszawa 1986; tł. St. Gołębiowski; s. 267

[ii] ibid; s. 145

[iii] Ibid; s. 99

[iv] Druga Księga Dżungli; R. Kipling; wyd. KiW, Warszawa 1988; cytat ze s. 188

Link do części 1

The world of screams

Scream. The mind brings the memory of a vision of that famous painting by Munk. That contorted with terror face. But it is not my scream. There is no terror in my memory. Maybe when you were still sick, weakening every week? But not really. I was too busy with soaking in every second of your presence, of the smell of your skin, the sound of your voice.

Silent scream in that isolated room in the hospital, with all these probes and machines attached to your body? No. There was no time to scream. It was a time of savoring every second, every precious moment of being with you. Was there a dim hope? I suppose there was a faint longing for it. But not for a scream. The entire very dedicated team of doctors and nurses knew early on – but they did not give up. As long if that faint hope remained.

Till I will say it, when I will arrive at that moment on my own time. When I had that long talk with the two specialists (a neurologist and a doctor, whose only role seemed to be to give me support, a psychologist perhaps?) I did not feel like screaming. I knew. God knows how I didn’t want to be the truth – but it was, and I knew.

I would not scream because every second to the very last one I needed to be with you. Not with fear, not with loss. With you wholly. My last talk with you, a long one, was about our love. The beauty of her. Telling the long story of it, from the very first day. Long story. Reminding you and myself of it. And how immensely grateful and happy I was. At that time, too. Even after I did say the word, after they removed the tubes and disconnected the machine – your body still had a heartbeat for short while. Tere was no time to scream, when they asked if I want to spend some moments with you until the hearts stopped its labor. Of course, I went and caressed your face, held your hand. It wasn’t time to scream. There was time to console you, to be grateful you are no longer in those terrible throws of that terrible disease.

Later we spent so much time on my traveling with memory of you to our places, our journeys. There was no time to scream.

But, as time passed, moments of silent screams came. I didn’t want them; I ran from them.

Now? Yes, I do. I have to slowly dismantle piece by piece our last apartment. Must squeeze everything that is ours in a few suitcases, traveling bags. Most of the material items we bought and gathered over the decades – has to be given away or disposed of. I must transfer myself, my body, to different spaces, lands, countries. And I do feel like screaming at times. But I also had to stretch myself, and pack myself inside for the things not material: every day, every year, every hour of our love and life. I didn’t know I could hold so much, that I had so much space inside me. But I do. Not a single minute will be left and forgotten.

Scream

When I scream your name in pain
will you come to me?
When I cry in vain for our days and nights
will you come with touch?
When I forget my keys, my wallet and life
will you find them for me?
If I hear your scream from the abyss, 
I will run and find you.
If I hear your crying over song or poem,
I will find the music and words.
When I will know you are lonely and sad
I will reach and touch you.
I screamed your name and enormous
shadow of an Angel appeared in front.
He brought our lost Love.
And silenced the scream.

/B. P-G 07.2024/

Link to previous post that relates to these conversations

Arabesca o Szopenie, o muzyce. O czułości.

Słuchałem od kilku dni często Chopina. W wykonaniu wielu wielkich i mniej znanych pianistów. Zacząłem bodaj od Horowitza i dlatego nie chciałem słuchać Rubinsteina, bo znając siebie wiem, że mimowolnie szukałbym różnic i podobieństw, bo ich dziesięciolecia trwający pojedynek o pierwszą palmę szopenisty byłby zbytecznie obudził się i we mnie. A ja chciałem po prostu słuchać Szopena. Obaj legendarni pianiści też od wielu lat nie żyją ( nota bene  – jak z biegiem własnych lat powiększa się człowiekowi ten już nie gabinet, a cały stadion cieni …).

Chopina naturalnie zawsze kochałem, ale jak w każdej prawdziwej miłości bywały czasy, że nie mogłem go więcej słuchać. Kiedy bardzo aktywnie uczestniczyłem w życiu muzycznym, to zbyt wiele i zbyt często go słuchałem. A nawet najwykwintniejszy tort może się przejeść. Teraz słucham go dalej często, ale już nie zbyt często.

I dostrzegłem nowe wrażenie słuchając jego muzyki – czułość. Nie jest to termin zadomowiony w literaturze muzycznej. Elegancki, wykwintny właśnie, subtelny, emocjonalny, filozoficzny, brawurowy, patriotyczny (nalepka wyjątkowo uparcie przyklejona Chopinowi) – to barwy uczuć najczęściej spotykane w krytykach i opisach muzycznych. Teraz właśnie jednak tą czułość czuję, gdy słyszę w jaki sposób budował frazę muzyczną. Naturalnie nie w każdym utworze – ale w bardzo wielu tą barwę słyszę. Posłuchajcie Nokturnu Nr1.

Porównanie znajduję najsilniejsze z czasów wczesnych romantyków niemieckich: Shuberta i Felixa Mendelssohna. Nie tak wyraźnie, jak u Fryderyka, ale uroczo.

Ta czułość szopenowska jest smutna, chwilami melancholijna, ale jakże – wydaje się – szczera. Taka wieczorową porą, o zmierzchu. Taka no, nokturnalna?

Nie wszystkie tak wyraźnie ową czułością są przepełnione. Uroczy Nokturn H-dur już nie lub dużo mniej, zwłaszcza w części środkowej, gdzie szybsze pasaże dalej mają nastrój wspomnieniowo-melancholijny, ale już ginie gdzieś ta czułość. Bo czułości ani wykrzyczeć ani głośno wypowiedzieć nie można. Najlepiej cichym słowem, półszeptem westchnieniem może.

Słuchałem też bardzo popularnego czelistę-romantyka lat współczesnych, Hausera. Grał uroczy wczesny nokturn Fryderyka skomponowany w Wiedniu w 1830. Nokturn Cis moll. Przyznaję, że wiolonczela cudownie oddaje właśnie tą czułość zapisaną muzycznie. Czasem lepiej niż piano, łagodniej. Jeden z moich ulubionych instrumentów, złoty środek między skrzypcami i kontrabasem.

Wiec ta czułość wyrażona dźwiękiem ujęła mnie natychmiast. Czy świadomie Chopin i inni kompozytorzy chwilami specyficznie tą czułość chcieli zapisać, czy też była naturalnym efektem splotu wielu uczuć o szerszym opisie? Nie wiem. Ale jest dotykalna, słyszalna, jeśli chcesz ją usłyszeć, jeśli przyłożysz ucho do dźwięków nadpływających. Wśród wielu wyraźniejszych, głośniejszych.

Tak, jak w życiu. Gdyśmy zakochani chcemy i chętnie szczęściem się dzielimy z bliskimi, nawet z obcymi. Idąc objęci prze park, ulicę, wśród znajomych całusy sobie oddając, wyznając miłość w gronie kameralnym, a nawet publicznie. Ale czułość specyficznie jest dla nas tylko zarezerwowana. Czasem inni ukradkiem dojrzą, ale nie robimy tego dla tych innych. Jest naszym skrytym kodem nam tylko potrzebnym, dla nas mającym wartość wyjątkową. To może być tylko muśniecie, dotyk sekundowy dłoni, potarganie włosów mimochodne wręcz, nieplanowane. W swej czystej, in statu nascendi formie pozbawione jest chyba nawet elementu erotycznego. Ale jest przyjemne, miłe, dobre. Troskliwe? Pewnie tak, jest czułość pewną formą troskliwości, ale nie nachalnej (tak, troskliwość bywa męcząca), nie oczekującej czegoś w zamian, jakieś reakcji, jakiejś ‘nagrody’. To by były zaloty a nie skromna czułość. Być może najintymniejsze z odruchów, potrzeb emocjonalnych. Najskromniejsze.

Stąd wydaje mi się, że czułość można okazywać również osobom bliskim, które nie są naszymi partnerami, mężami, żonami. Słowem, że nie jest zarezerwowana wyłącznie dla kochanków. Choć tych domeną jest zdecydowanie. Czułością jakbyśmy po prostu mówili: chcę ci powiedzieć, że cieszę się, że jesteś. Nic więcej.

Gdy wiatr nadbiegł nagle zdyszany,

dotknął mojej twarzy i włosów,

był znajomy, oczekiwany.

przyniósł zapachy łąk i wrzosów.

Szepnął tylko z uśmiechem: lecę

dalej, śpieszę się. I poleciał.

I byłem wdzięczny za tą czułość.

/B. P-G, 07.2024/