Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Wiersz musi być rozmową, musi opowiadać

Ostatnie dni jeździłem rowerami po leśnych trasach atlantyckiej części Canada Trail. Te dni były dość zimne, wietrzne. Zawiodły mnie do miejsc trudnych emocjonalnie, choć nie planowałem tego świadomie. Miejsc naszej, mojej i Johna, ostatniej wycieczki nad ocean. Jego pożegnania z oceanem. Do Rainbow Haven Beach.

Tu zaczynałem pierwszą trasę rowerową kilka dni temu w kierunku Cow Bay. Tu – następnego dnia – kończyłem drugą. On już wiedział, że to nasza ostatnia wycieczka za miasto. Zrobił ja dla mnie, dał mi jeszcze jeden dzień radości, jeszcze jedną wycieczkę uśmiechów i szczęścia. Ja jeszcze nie wiedziałem, to nie była ostatnia dla mnie, jeszcze tej myśli nie dopuszczałem, że to już tak mało nam tego czasu zostało. Jeszcze liczyłem na miesiące, łudziłem się kilkoma nawet latami. A mieliśmy mniej niż dwa tygodnie. Fizycznie był bardzo osłabiony, cień samego siebie. Teraz widzę go tamtego dnia jako giganta, obelisk marmurowy, wysmukły, nieskazitelny.

Pamiętałem też nasz spacer w Hyde Park w Nowym Jorku. Tego dnia było też słonecznie. Stał na schodach schodzących do tego wspaniałego, błyszczącego w idealnej czerni uskrzydlonego Anioła.

Wcześniej jeszcze, wiele lat temu, napisałem wiersz p.t. ‘Uriel’ o Aniele Śmierci. Ten nowojorski do tego mojego Uriela ze starego wiersza bardzo pasował. Był jakby jego fotografią.


Zjawiasz się znowu, dawno zapomniany,

nie pamiętam imienia. Twarz, jak we mgle.

Tylko kolor skrzydeł, stalowy blask piór,

dotyk zimny a czuły jednocześnie.

Bliski, mimo że tak często, tak długo

nieobecny. Mój Anioł Śmierci. Piękny.

Najczulszy kochanek, ze wszystkich,  których

miałem. Z uściskiem bezsłownym, tak słodkim,

powstrzymującym dech w piersiach, pędzące

w galopie pośpiesznym serce i myśli

 skołatane, gdzieś ku krawędzi stromej

nad Doliną Ciszy i Spokoju w

dole rozpostartej. Witaj Urielu,

smak ust przenajsłodszych zwiastował cię.

Drżałem, a tyś mnie uspokoił.

Szarpałem się skłócony z bogiem i ludźmi,

a tyś mnie wyciszył, spory załagodził.

Nie opuszczaj już, proszę. Pieszczoty

nie odmawiaj  członkom znużonym.

Nieskazitelnym alabastrem skóry

twoich rąk dotknij mojej, zniszczonej

piętnem czasu, pokrytej bliznami

miłości zwycięskich i miłości przegranych.

Ostatnią kroplę pasji niedopełnionej spij.

I zamknij nieba nade mną, pokryj mgłą gęstą

szczyty odległe, horyzonty mórz i nurty rzek.

Daj usnąć wtulonemu w  bezpieczną muskulaturę

twojej klatki piersiowej, w objęciach  silnych ramion.

W poezji tak łatwo w krótkich zwrotkach zmieścić całe długie psychologiczne opowiadania, skomplikowane eseje. Pewnie dlatego, że mimo wszystko poezja jest przede wszystkim emocją, a emocja jest chyba najbardziej zrozumiałym językiem. A notes z ołówkiem nigdy z mojej torby lub plecaka nie wychodzi. I siadając przy ławce na końcu tej drugiej trasy rowerowej miałem właśnie widok na drugi brzeg tego słonego zalewiska-jeziora, widziałem go na tamtym brzegu wyraźnie. W tym samym miejscu. Stał, jak dumny, wyprostowany obelisk i swoimi pięknymi, pełnymi dobroci szarymi oczami patrzył się na mnie. Nie kruchy, słaby, schorowany a silny, młody – piękny. Nagle rozwinął skrzydła, pomachał jednym do mnie maleńkiego na drugim brzegu i odfrunął, poszybował. Tak, jak mają zwyczaj to robić aniołowie.

Obelisk

Czy widzę cię stojącego tam,

nad brzegiem rozległych rozlewisk?

Nad brzegiem, gdzie staliśmy razem,

niczym obeliski prastarej legendy z Uruk.

Mitu Przedwiecznego Sumeru Wszechczasów:

Gilgamesza i Enkidu

Romea i Juliana

Aleksandra i Hefajstosa

Ciebie i mnie

Od oceanu nadszedł zimny wiatr,

nadbiegły chmury ciężkie.

Obelisk rozwinął skrzydła

Pięknego Czarnego Anioła

z lekkością pióra Księcia Poetów

i uleciał w ten

świat chmur

pędzących nad nami.

Zostałem sam.

Eliot w Halifaksie

Rano poszedłem na Moje Kamienie by znowu czytać Eliota. Książek wiekszość spakowana w pudłach już, one i ja nie wiemy gdzie i kiedy wylądujemy. Kto wie – może czas na śmietnik histori? Ale ciagle potrzebuję wiersz jakiś przeczytać, by być pewnym, że jeszcze nie, że jeszcze jestem. Wiersze dają mi życie i nigdy chyba poezja aż tak ważna dla mnie nie była, jak jest teraz. Więc kilka różnych tomików znanych i mniej znanych poetów na ogołoconych półkach leży. Cholerny Eliot też. Najbardziej chyba widoczny, bo w takiej silnej niebiekiej oprawie. Chce od innych się odróżniać. Zarozumialec. Ale ma powody, przyznaję niechętnie. A potem zechciało się z nim porozmawiać, powierszować jakby. Czy to wszystko ma jeszcze sens? Pojechałem na spacer do Halifaksu w ciszę rozległych uliczek studenckiego miasteczka Dalhousie. Ciszę, bo niedziela, w dodatku słoneczna i cała dziatwa studencka uciekła gdzieś w ulice centrum miasta. Przed wielkim gmachem Wydziału Prawa mam takie ulubione duże drewniane fotele, gdzie czasem przychodzę patrzeć, myśleć, czytać, pisać. Wyciagnąłem kajet i podjałem z nim tą rozmowę. Trochę polemiczną. Bo czy to wszystko ma rzeczywiście sens? I te pisanie, i te czytanie, cały ten rozgardiasz zwany życiem.

Pustynny Eliot

Sięgnąłem ręką znowu po

                                wiersze Eliota.

I nie zadrżała moja ręka,

nie zatrzymała się w półsłowie.

Tu pustka, cisza nędzna szlocha

                                i zamyślona gdzieś tęsknota.

Gdzie indziej bóg się chowa

zlękniony swoich gestów,

                                swego Słowa.

Jutrznia po nocy wstaje,

jak łąka kwietna, strojna i gotowa.

                                Łzy kamienieją

jak piasek morski, który

wypełnił nasze krtanie

i Pieśń umiera niedokończona,

                zostaje cienia pamiętanie

                niedoskonałe, potargane.

                Czy Twoim jest Królestwo Słowa?

Czy pył szary rozwiał wiatr

pustyni beduińskiej?

I gnał litery, znaki

skamieniałe jak płatki

                                Róży Pustyni

w Królestwie Słowa Milczącego,

gdzie płaczą tylko martwe ptaki.

/B. Pacak-Gamalski, 2024/

Mosty, Martynika, Ocean i ona – Miłość (i jeszcze Poeta, niestety)

Mosty, Martynika, Ocean i ona – Miłość (i jeszcze Poeta, niestety)

Moje plaże. Moje plaże to zawsze byłeś Ty. Albo jeździłem tam z Tobą, albo po tym Czasie Okrutnym jeździłem tam szukać ukojenia. Była ta jedna specjalna, nazwana Fortem Naszej Miłości, który zbudowałem z kamieni dla Ciebie, gdy Cię zabrakło. Pisałem kilka dni temu o tym ostatnim tam wyjeździe, ostatnich odwiedzinach po okresie zimy. Pojechałem, Fort odbudowałem i pożegnałem się. Niech fale go odwiedzają, niech głębiny o nim śpiewają.  Mój zamknąłem w sercu. Będzie tam gdziekolwiek się znajdę.

Na tej plaży nigdy ze mną nie byłeś. Jest dość ukryta i z dala od szlaków turystycznych.  Sam odkryłem ja dopiero po tym Czasie Okrutnym. Była dla mnie idealna. Prawie nikt inny nigdy tam spokoju mi nie zakłócał i nie przerywał moich rozmów w z Tobą. Stamtąd, z tej piaszczystej łachy półwyspu-pół mierzei widziałem w oddali, po drugiej stronie szerokiej zatoki cypel kolejnej pięknej plaży – Martinique Beach. Może gdybym był dwadzieścia lat młodszy mógłbym tam przepłynąć z naszego Fortu. Może. Piechotą dojść nie można – wybrzeża morskie to nigdy nie jest prosta linia. Z dziesięciu kilometrów robi się nagle trzydzieści, pięćdziesiąt nawet. Szczególnie tu, we wschodniej Nowej Szkocji, gdzie olbrzymie, głęboko się w ląd wrzynające zatoki,  wielkie jeziora i słone rozlewiska-moczary zmuszają by szosa wiła się, jak wąż w wysokiej trawie.

Martinique Beach jest jedną z najpiękniejszych i najdłuższych plaż w tej prowincji. Prowadzi do niej 12 kilometrowa wąska szosa z miasteczka Musquodoboit Harbour do East Petpeswick. Lubiłeś tu ze mną przyjeżdżać. Na tej  plaży ciągnącej się kilometrami mogliśmy znaleźć ciche miejsce. Ty czytałeś książkę, ja pływałem.  Czasem trochę i Ty popływałeś. Umiałeś – i nie namawiany, nie zmuszany sam czasem to robiłeś.  Tacy byliśmy inni nawet w tym, LOL. Ty lubiłeś basen, ja basenów nie znoszę a kocham dzikie plaże. Tymi ‘innościami’ się uzupełnialiśmy, wzbogacaliśmy.

Obiecałem żegnając się z tym Fortem i z tą dziką plażą, że nie ze smutkiem już a z radością zabiorę Cię w końcu do Paryża. Będę Cię na Montmartre i na bulwarach nad Sekwaną całować. Gdzieś między Pont Neuf  i Pont Mirabeau, o którym pisał Apollinaire:

Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana
I nie jedna miłość
Czy nie dość wspominana
Po bólu zawsze radość niespodziana

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Z twarzą do twarzy połączmy ramiona
Nieruchomi kiedy
Pod mostem ramion kona
Fala odwiecznych spojrzeń umęczona

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Miłość jak woda bieżąca odpływa
I odpływa życie
Woda jakże leniwa
Nadzieja nasza jakże natarczywa

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję

Niech dni się toczą jak rzeka wezbrana
Ni czas nie zawraca
Ni miłość pożegnana
Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana

Zegar niech dzwoni noc niech nastaje
Dni ulatują ja pozostaję[i]

Więc o tych mostach paryskich, tym Pont Neuf i Mirabeau, o tych pocałunkach wyśpiewanych przez Yves Montanda dla pięknej Romy Schneider myślałem na tej plaży w kanadyjskim, nie karaibskim, Martinique.

Falo

Jakie mosty łączą naszą przestrzeń?

Przestrzeń między nami.

Między tymi dwoma światami

Bytu i Niebytu.

Czy scala je jakiś królewski pierścień?

Pierścień z kruszcu drogiego, niczym diadem

Królewicza i Księcia

po nocy poślubnej, przed Wieczerzą

Ostatnią, pożegnalną.

Czy pęka pierścień skruszony młotem?

Powiedz mi falo, powiedz wodo,

która dałaś schronienie

z szaleństwa rozpaczy niepojętej,

z ognia pragnienia,

która wniosłaś mnie z powrotem na brzeg.

Mam ci dziękować, czy mam przeklinać?

Uratowałaś mnie,

czy skazałaś na lata tułaczki

po pustej plaży mew

i muszli szumiących largo trenów?

Żegnam cię falo

lub przeklinam cię.

(Bogumił Pacak-Gamalski)

I masz ci los. Poeta winien w końcu wiedzieć. Jest wieszczem, jest wyrocznią! Augurem wśród mędrców i dziejopisów. A tu nic. Siedzi na rozdrożu na kamieniu i błaga przechodzących o wskazanie kierunku.  A idźże w końcu do tego Paryża, gdziekolwiek on jest.  Idź i całuj się z nim. Może wtedy zrozumiesz.


[i] „Apollinaire”, wyd. PIW, Warszawa, 1968, s.33 (przek. A. Ważyk)

List do Przyjaciela

List do Przyjaciela

List do Ciebie

Za grzbietem gór i szczytów niedostępnych z chmur jest taka przełęcz daleko stąd. Z niej, jak w kinie jakiś piękny film, otwiera okno się na morza łąk. Pojechać jeszcze miałem tam nim zapadnie mrok, odpłynie mój czas, zaśnie mój las.

Miałem przyjechać  i pokazać ci, jak piękny jednak jest ten świat. W nim, na kępach traw rosną sny, pachnie słodkim odurzeniem kwiat paproci, młodości gwiazd i chmur. Tam, tuż za grzbietem tych sinych gór – słodkim dniem, drżącym snem.

Ale ten czas, ten mój czas, kurczył się jak cień. Aż znikł prawie. Przyszedł zmierzch, nastała noc. Potykałem się o grań śliską nocy wilgocią. Odeszła gdzieś moja moc i młodość, która miała trwać oceanem sił, milionem chwil.

Jeszcze się w ognisku żagiew tlił, jeszcze ciepło od popiołów biło.  Ale tliło – nie gorzało już. Ognisko dogasało. I ramię drżało z lęku, gdy ci go użyczałem byś niepewnym krokiem nie potknął się o żerdź przerzuconą nad wartką roztoką.

Przełęcz ‘Krzyżnem’ zwana przez zbiegające się tam szlaki niebiańskie i turystyczne niech cię woła, niech wabi, niech czaruje śpiewem Tatr. Opowieściami muzycznymi Szymanowskiego, Karłowicza, niech mówi prawdy i kłamstwa o Witkacym, nuci Asnykiem. Niech szepcze do ucha o pocałunkach chłopców zakochanych w swoich odbiciach w źródlanej wodzie, o dziewczynach z warkoczami grubymi jak ramię, czarnymi jak noc w tatrzańskiej puszczy. Musisz tam pójść byś mógł to miejsce przez całe życie pamiętać.

Nie zgubisz się, nie lękaj się – będę z tobą nawet gdy mnie nie będzie.  A jest mnie coraz mniej, zasypia mój las i moje trasy mrok pokrywa coraz to gęstszą mgłą. Ale przyjdę. Może nie poznasz, nie zauważysz w tej mgle – ale będę. Gdy się potkniesz – podniosę. Gdy pośliźniesz się na grani – za rękaw podtrzymam.  Wiesz, że będę, gdy mnie nie będzie.  Będę drżał z lęku byś ty go nie odczuwał, bo mnie lęk nie straszy. Stracił swoją moc. Więc nie czekaj aż przyjadę i razem tam pójdziemy.  Może na pociąg, na samolot nie zdążę.  A wówczas będę czekał tam. Na jakimiś kamieniu sobie siądę, pod jakimś świerkiem, nad strumieniem jakimś. I będę gwizdał do ptaków, do gór i świstaków. Aż przyjdziesz. Bo przecież kiedyś będziesz chciał.

Z Krzyżnego wzrok zatoczysz, Morskie Oko puści ci oko, o Wołoszyn oprzesz się plecami i w dolinę zwrócisz wzrok. Tam, w oddali, otworzy ci ramiona Twoja młodość – z gwiazd i chmur. Chwyć ją pewnie, w plecak włóż. I to wszystko, i to już. Możesz wracać już spokojnie ku dolinom, ku ulicom miast dudniących, rozbieganych, zagonionych. Lecz Krzyżnego nie zapomnisz i młodości nie zagubisz. Może nawet kiedyś moją wspomnisz.

Ot, i noc w me okno puka, wiec już kończę, nie przedłużam (okno nocy, gdy w nie puka, nie otworzyć nie wypada) – ściskam cię serdecznie więc,

Twój przyjaciel, ja.


Karkonoska akwarela z przełomu lat 40. i 50. ubiegłego wieku autorstwa ojca autora, Milo Pacaka seniora

Let us go From the Fort of Our Love to Paris

Let us go From the Fort of Our Love to Paris

I have been reading again the verses of my very liked American poet Paul Monette. Yes, of course, his “West of Yesterday, East of Summer”[i]. Thought many times to translate this terrifying and yet so lyrical and beautiful book of poetry. His homage to his lover, his friends, his times. To people, who died of AIDS. As did he.

I asked myself why didn’t I? It was by the end of this modern Black Death when I was a very young man discovering the powerful world of erotica and sex.  Of desires and pleasures that shaped human history so much, almost as powerful as hunger for power. Indeed, in many instances, these two forces were intertwined.  They still are. It was also a time when gay stable relationships were not seen, maybe not even desirable as a norm or even something to look for. With causal relationships, you avoid the risk of being outed, beaten, maybe murdered, and certainly ostracized. You could easily lose your job for that reason and it was a legally valid reason. Strange times.

On page 10, Monette writes beautifully about Nureyev in his poem

Nureyev doesn’t have AIDS

or so they say but the season’s still off

at least in Paris and all her colonies

as to what to do after dance the gun-

runner Rimbaud is the paradigm post-

art position a little border war

khaki and goat kebabs no mail till the fin

de siècle is safely passed if the feet die

first you must sit out the millennium

(….)

                There are so many allusions here to so many things of the gay history in art. Casual readers might not notice the insertion in these lines of a young tragic French poet Arthur Rimbaud – the femme fatale of much older Paul Verlaine.

Four days ago I posted on my Facebook profile a short biography of another American poet, who lived in even earlier times – Richard Bruce Nugent. In 1925 he published a poem “Shadow” in “Opportunity”[ii]. It is an example of early poetry in the USA with searching for its own homosexual identity. I found it powerful, almost painful in how it evokes and stirs my own youth memories. Memories from much later time (almost three generations later), but still pervasive.  Fragment of this poem:

Silhouette

On the face of the moon

Am I.

A dark shadow in the light.

A silhouette am I

On the face of the moon

Lacking color

Or vivid brightness

But defined all the clearer

Because

I am dark,

(….)

                Then, suddenly I realized that I was not spared that terrifying moment of losing your Love, your soulmate. A different disease by name and origin, nothing to do with viral infection. But the process of slowly dying month by month, and suddenly a very fast process for the last few weeks that makes you an invalid, depending on others in simple tasks. Losing your air, and oxygen.  And you panicking, trying to be a nurse but still a lover, partner. Giving him every minute of your life. Battling, battling every day, not accepting. Still, still not accepting. Refusing to accept the inevitable. To the very last moment, when he dies in your arms. And your soul dies with him.

It was as if Time asked for that price that I didn’t pay during the AIDS pandemic. It waited patiently forty long years and said with terrible glee in its voice: you did not escape, it is time to pay your dues. What a perversity to spare your life just to make you suffer even the worst fate: to take from your arms the one you love the most, more than life itself.

The other night I watched some old Paris songs from years ago. I always wanted to take him to Paris. To show him the magic of Montmartre. The lovers sipping coffee in open cafes, the “Pigalle” of my Edith Piaf, the walkways by the Seine toward Eifel Tower, with Yves Montand serenading of lovers kisses and embraces on rue de Faubourg de Saint-Martin.

And I wrote a song for you. Not really a poem but aptly a song to be sung, not to be read in silence.  A song to be screamed to the Fates.

But your eyes –

they won’t go away!

They still let me see,

they look through mine.

Your eyes –

they are still in me.


But your arms –

they won’t go away!

They still touch me,

they embrace my body.

Your arms –

they still feel me.


But your lips –

they won’t go away!

They are warm, they tremble

when they touch mine.

Your lips –

they whisper: we remember.


                I am blind without your eyes,

                I can’t feel without your arms,

                can’t breathe without your lips.


                Without you my soul is void,

                without you my heart is longing.

(B. Pacak-Gamalski, April 2024)

Yesterday I went to our Fort of Love in Lower East Chezzetcook. Took my folding chair, and my camera and crossed the narrow channel of fast-moving water separating the meager and rocky beach from the very secluded sandy outlet by a point called Miseners Head.  Must have been low tide time as the icy cold water didn’t even reach my chest.  Even during late summer last year, it was a desolate spot, seldom anyone ventured there. More or less it was my own private beach nestled between the ocean and a deep massive lake called appropriately … Big Lake. As I emerged from the water on the rocky edge of the dunes, two eagles startled by the visitor circled above my head.  They must have been scouring the dunes for big crabs, which are plentiful there, or for lonely seabirds.

Went straight to the same spot as last year. The dead tree was still there, but winter storms took all the stones off my sign. Or the ocean covered them with sand brought from the deep bottoms.  And it knows now our story. The bottoms of the ocean know the story, a Story of Love,  Despair and Loss. The crossing whales sing the story and carry it back to the shores. To desolate inlets, rocky outposts, and small islands.  When the sun sets down behind the horizon, the sirens sing the song to the passing wind and the stars, and the stars shoot beam of light across the Celestial Meadows of Space. Story of Love Stronger Than Life.

I see it, I hear it. And I want, I need your eyes, your arms, your lips. Give them to me across the river separating Life and Death.  Our Love has overcome the space between the Worlds.

I feel your touch again, I feel the trembling, the impatience.

They are here now, knocking on my doors, on the Gates of Timid and Fearful. Gates of those, who are afraid, nonbelievers.  But the Gates will fall, as the Gates of Jericho did. None can withstand the source of the Song of Love. The only Song that binds the separate solitudes.  

Come and fill my soul and heart! Come my Lover, I have waited long enough.

Maybe, just maybe, when I leave Nova Scotia, when I say goodbye to our beaches, especially that one secluded, and removed from tourists, wild beach with the Fort of Our Love – maybe then,  I will take you to that Paris of Montmarte. Of lovers kisses and embraces. … and I will kiss your trembling lips, and I won’t let go.


[i] https://kanadyjskimonitor.blog/2023/10/04/esej-o-milosci-jej-nazwaniu-i-trwaniu/

[ii]  Journal of Negro Life, publication of National Urban League in the 1920ties.

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Jesteś moim wierszem niedokończonym …

Nieistniejący wiersz

Wczoraj uciekł mi jeden wiersz.

Tak zwyczajnie, po prostu

wybiegł z kartki,

wdrapał się na parapet otwartego okna

i wyskoczył.

Poszedł sobie, nawet się nie obejrzał.


Zabrał ze sobą wszystkie litery,

przecinki, wielokropki

i znaczenia słów.


I już go nigdy nie napiszę,

nie opowiem tej historii,

która może była

lub być mogła.

A nie będzie. Nie dam jej

szansy nawet na spróbowanie,

na niepewność,

na drżenie oczekiwania.

Niewiadomej bycia.

/12. 04. 2024; B. Pacak-Gamalski/

Tak, jak ten dzisiejszy spacer przez most z Dartmouth do Halifaksu i dalej uliczkami tego specyficznego miasta. Uliczkami tego żywego Halifaksu, Halifaksu jego mieszkańców a nie turystów, z dala od Waterfront i zabytkowego Centrum. Halifaksu zamkniętego granicami ulic North, Quinpool, Agricola i Oxford, a więc odsuniętego też trochę od zupełnie innej charakterystyki świata studentów i pracowników rozległego terenu Uniwersytetu Dalhousie.

Znam te uliczki doskonale, na pamięć, mimo to ciągle zauraczają specyficznym, staroświeckim czarem uśpionej prowincjonalności. Lublin, Przemyśl lub Rzeszów przychodzą na myśl. Często tu przyjeżdżałem w dni wolne od pracy by spotkać się z Tobą na twojej godzinie lunchu i przerwie. Ja przyjeżdżałem godzinkę-dwie wcześniej żeby właśnie po tych uliczkach łazić bezmyślnie, gapić się. Potem wracałem pod Berkeley, gdzie pracowałeś i czekałem aż wyjdziesz tym bocznym wyjściem na tyły budynku, gdzie była ścieżka w dół i trochę miłej, zielonej trawy. I szliśmy czasem na lunch obok do kawiarenki lub po prostu na papieroska. W tym miejscu kończyłem dziś i mój spacer. Poczekałem chwilę, popatrzyłem na te boczne drzwi czy może jednak wyjdziesz. Naturalnie, że wiem, że żadnych drzwi już nie otwierasz, przez żadne nie wychodzisz nigdzie. Ale przyzwyczajenie pozostało.

Ty – mój wiersz niedokończony. I spacer po moim mieście. Nigdy przedtem tak o Halifaksie nie myślałem. A teraz stał się moim. Tak jakoś niezauważalnie, mimochodem, niepostrzeżenie. Obok, Warszawy, może Londynu, oczywisci obok Calgary a nawet obok naszego cudownego, nieporównywalnego nawet do Warszawy – Vancouveru (naturalnie pisząc ‘Vancouver’ mam na myśli wszystkie miasta tej wielkiej aglomeracji, a już zwłaszcza Surrey) – miasta ze wszystkich mi drogich – najdroższego, najbliższego. Miasta, które było naszym domem.

Ale wracając do mojej, może ostatniej już wycieczki z kamerą do mojego Halifaksu.

Dreams could be huge – even if you are small

Seagull

A seagull said once

sitting on a rock:

I am an albatross –

an eagle of the North.

I fly from the peaks of

icebergs to the Sun

in the Sky, and bring light

to ocean and land.


Later, after a fatty

morsel of yellow

flesh of mussel,

she felt lazy and

sloppy in her dreams.

She announced:

I am a duck,

a loon diving

as an arrow deep

to the bottom

of Mariana Trench

and singing my tremolo

on La Scala stage.


That was a dream

of a common seagull,

which has heard

long stories of

old mariners shared

on long crossings,

between shallow

harbors separated

by deep waters.


The seagull never heard

the singers of La Scala

and mistakenly thought

that it’s short shrieks

are that of bell canto

of opera’s divas.

It didn’t know,

that it would be flattened

as a dead leaf if it ever

reach the bottomless

Mariana  Trench –

the floor of Earth.


But the seagull

knew how to dream.

Bogumil Pacak-Gamalski, 03.04.2024

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Ewangeline and Gabriel – the price of Love / Ewangelina i Gabriel – cena Miłości

Sometime during the seven years (1755-62) of mass deportation of all Acadians from Nova Scotia to Louisiana, a girl called Evangeline was deported, too. Whether her existence was a historical fact or a result of a mythical romantic story of love and death – we will never know.  But we know that many ‘Evangelines’ must have faced that tragic fate.  A story as old in the annals of literature as any tragic love story going back to times immemorial.  When young lovers are torn apart by powerful forces of kings, gods, and generals unmoved by any cries or tears.

I have written here more extensively about the story and its background years ago.  Have traveled almost the entire length of Evangeline Trail – a route she took on her way back from her exile in the marshes of Louisiana in search of her beloved. Almost the entire Trail. Yet, there was one, pivotal one, I have not visited. We planned to go there many times with my late husband but kept postponing it for various and absolutely mundane reasons.  And a time came when my story become also a story of love lost and constant searches of memories of that love…

The other day, on a cold, wet, and windy Easter Saturday I went to the last spot, the pivotal spot, where Evangeline’s story began – to the little old town of French Acadian settlement of Grand Pré in Annapolis Royal Valley, close to quaint little town of Windsor.

The story was immortalized by no one other but the supposedly great American romantic era poet Henry Longfellow, who published “Evangeline. The tale of Acadie” in 1847. Never was an admirer of Longfellow’s style of writing and his literary testament. On the contrary, I see him rather as a mediocre talent.  But the story achieved great popularity in the late XIX and the first half of the XX century. At a time of no television and relative seclusion of small towns in Main, USA and Maritime Canadian provinces of New Brunswick, Nova Scotia, and Prince Edward Island. It was read by many generations. And thus literature became a fact and a legend was born. Like in ancient Greece.

I first became aware of the story more than 30 years ago, sitting in the foothills of Kananaskis Country, in my in-law’s home in Priddis, Alberta. Thousands of kilometers from the Atlantic. A wonderful great aunt Theresa Cormier was just visiting, a dame of different epoch, sister of my mother-in-law’s mom – Mimi  McDonald de domo Cormier. Mimi and her sister Theresa came to Pictou in Nova Scotia from a French-speaking Isle de Madelaine on the St. Lawrence Waterway in Quebec.  In her youth, she loved the story of Evangeline and read it many times. We talked about the romantic-era poets and as a result, I got from her the Longfellow poem and an old print of a small album of black and white photography of places and the journey of Acadians and Evangeline’s exodus. A little old printed album called “Evangeline Land”  containing no text, but a lot of very old photographs of the entire western shore on Nova Scotia associated with the history of the Great Exodus – the military expulsion of Acadians (French-speaking and mostly loyal to their French king) from their settlements in Nova Scotia. What you would call today – an ethnic and political cleansing.

The day was not pleasant. Windy, and very wet. Nonending drizzle of snow and rain. I thought it was very appropriate for the occasion – somber, sad, cold. That’s how it must have felt for the Acadians when they were first beaten down in a surprise attack of the English. And how it must felt when ‘Evangelines’, their families were being expelled by ships from their homes.

Of course, it has a truly epic ending – tragic and glorious in Evangeline’s finding of her beloved Gabriel only to give him to the Death itself.  But – to the defense of Longfellow and so many other authors of tragic love stories – love could be a bit perverted. Especially truly great love. The death of one of the lovers is followed by years, if no lifetime, of unspeakable despair and suffering. As if gods would whisper with irony – I will answer your prayer and give you great love, but be aware that the price for it is very high …

Dawno, dawno temu, za górami, za lasami (i tu należy dodać: za oceanami), żyła biedna wiejska dziewczyna, Akadyjka o imieniu Ewangelina. Akadyjczykami nazwano kolonistów francuskich  w części Nowej Francji (marzenie króla Ludwika), którą właśnie tak nazwano: Akadia. Ewangelina mówiła naturalnie tylko po francusku. I zakochała się w młodym chłopaku, też Akadyjczyku, Gabrielu.

Ale zaraz po Francuzach w Akadii znaleźli się żołnierze brytyjscy. Ich król też marzył – tyle, że nie o Nowej Francji a o Wielkim Imperium, brytyjskim naturalnie. I zaczęli wzajemnie się przepędzać, strzelać do siebie. No i Anglicy nie chcieli nazywać Akadii ‘Akadią’ a nazwali Nową Szkocją. Nowa Francja, Nowa Szkocja. Strach pomyśleć, gdyby jakiś niemiecki Wiluś zapragnął też kawałka tego Nowego Świata, bo jakby on to by nazwał? Nową Germanią? Może Walkirią? Aż strach się bać, LOL. Ale było, jak było. Więc ci brytyjscy wojacy jednak przeważyli militarnie. W dużej mierze de facto nie potęgą brytyjskiego garnizonu, co wojnami w Europie (między innymi pod Sewastopolem, tak tym krymskim).  Nic lub bardzo pewnie niewiele o tym wszystkim wiedzieć mogli młodzi kochankowie, Ewangelina i Gabriel. 

Najpierw ich osadę w Grand Pré w Annapolis Valley zaatakował oddział żołnierzy brytyjskich i wybił wielu mieszkańców. W krótkim czasie lokalny rząd Nowej Szkocji zdecydował pozbyć się kłopotu z Akadyjczykami i podjął decyzje ich deportacji  do odległej, obcej Luizjany, tysiące kilometrów na południu kontynentu. Taki los spotkał Ewangelinę i właśnie z Grand Pré ta masowa deportacja statkami się odbyła. Gabrielowi cudem jakimś deportacji udało się ominąć. Ale Ewangelina nigdy o wielkiej miłości nie zapomniała. Po latach i zapewne po heroicznej i strasznej wędrówce – wróciła do Nowej Szkocji.  Z miejsca, gdzie wyladowała odbyła bardzo długą drogę pieszo lub przygodnie spotkanymi furmankami ze wschodniego wybrzeża Nowej Szkocji na zachodnie. Dotarła w końcu do Grand Pré.  Jej ukochany dalej tam mieszkał. Ale radość była krótkotrwała. Gabriel był już ciężko chory, na śmiertelnym łożu. Miała jeszcze czas by złożyć na jego ustach gorący pocałunek.  

Czy tą historię stworzył z własnej weny artystycznej Henry Wadsworth Longfellow, czy też spisał zasłyszane od innych wydarzenia, jakie faktycznie miały miejsce – któż dziś wiedzieć może na pewno? I czy to ma znaczenie? Nie, nie ma. Fakt jest faktem, że w przeciągu kilku krótkich generacji poemat Logfellowa zyskał olbrzymią popularność. Były to czasy wszak przed telewizją, radiem nawet i masowymi gazetami. O Facebooku nie wspomnę. Ludzie długimi wieczorami czytali książki. A w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku naturalnie czytano to bodaj jak Biblię. Wszak to ich historia, ta Ewangelina i Gabriel to ich dzieci, z ich osad i miasteczek! W dodatku napisana przez takiego wielkiego i znanego poetę, jak amerykański Longfellow!

Ja trochę zawsze na przekór – historia piękna zaiste, romantyczna. Longellow był bezwzględnie znanym poetą – nigdy bym go do grona wielkich romantyków nie dodał jednak. Ponoć był pod dużym wrażeniem twórczości Adama Mickiewicza  – ale Mickiewiczem ani amerykańskim ani kanadyjskim nie był w jakimkolwiek względzie. Tak, znał warsztat wersyfikacyjny dość porządnie. Więc bez wątpienia był dobrym rzemieślnikiem. Dość na ten temat.

Ja jego poemat i historię Ewangeliny znam od blisko 40 lat. Mieszkałem wówczas w Albercie, pod Calgary. Na farmie wynajmowanej przez rodziców mego męża, u podnóża pasma Kananaskis w Górach Skalistych. Siedzieliśmy bodaj na werandzie tej farmy i prowadziłem ożywioną rozmowę z uroczą damą poprzedniej epoki – ciotką Teresą. Ciotka Teresą Cormier była siostrą mamy mojej teściowej, Mimi  MacDonald de domo Cormier.  Obie siostry pochodziły z francuskojęzycznej wyspy Madelaine na rzece św. Wawrzyńca. I obie już tam, nim osiedliły się w Nowej Szkocji, rozczytywały się w poemacie o Ewangelinie. Ciotka Teresa była absolutnie zdeterminowana, że prześle mi poemat Longfellowa i że musze go przeczytać. Co zrobiła po powrocie do Nowej Szkocji. A kiedy widziałem ją po raz ostatni, podczas ciężkiej wizyty w Nowej Szkocji w roku 2000 ( ostanie tygodnie życia jej siostrzenicy, a mojej kochanej teściowej, Leony) obdarowała mnie jeszcze swoistym ‘białym krukiem’ – wydanym przez fotografa A. L. Hardego z Kenville w Nowej Szkocji, małym, czarno-białym albumem fotografii miejsc związanych z przypuszczalnymi miejscami w Nowej Szkocji i Nowym Brunszwiku, związanymi z Akadyjczykami i Ewangeliną z Gabrielem[i].  

I ten właśnie skromny album zdjęć, w dość podniszczonej okładce, towarzyszył mi ostatniej soboty w drodze do miejsca, gdzie Ewangelina spotkała się ostatni raz ze swoim ukochanym. Sobota była dniem podłej pogody. Wietrznie, padał gesty drobny śnieg z deszczem. Wszystko było szare, smutne. Mieliśmy do tego miejsca przyjechać razem, ja i mój ‘Gabriel’ – John. Objechaliśmy razem całą Trasę Ewangeliny (Evangeline Trail). Planowaliśmy pojechać naturalnie i tam, do tego Grand Pré. I zawsze jakaś rzecz zwyczajna wypadała, że odkładaliśmy na dzień następny. Aż nadszedł czas, że już tego dnia zabrakło. Już pojechać razem nie mogliśmy. Tak, jak mimo wszystko w tych romantycznych lub antycznych historiach wielkiej miłości.  Kończą się zawsze tragicznie. Im większa, im głębsza – tym ból i strata niewyobrażalne. Jakby bogowie faktycznie zazdrościli nam tego owocu, jakby szeptali uśmiechając się ironicznie:  nie proś o rzeczy wielkie, bo może cię nimi obdarujemy ale za wielką cenę, która może być zbyt dla ciebie – człowieka – wygórowana …

Więc byłem w tą zimną, mokrą sobotę tam. I było mi dobrze, że taka podła pogoda, że żywej duszy w parku przy tym kościółku nie spotkałem. Był tylko duży pomnik Evangeliny wypatrującej w dal. Za znajomym brzegiem? Za Gabrielem? 

I był obok, w drugim małym parku, wiele mówiący inny pomnik: kamienna grupa, rodzina – wypędzeni ze swych domostw Akadyjczycy pospieszani do wejścia na statek, którym miał ich wywieźć w jakiś ląd odległy, nieznany …  Ostatnia w grupie była mała dziewczynka, bez zastanowienia się dlaczego i po co podszedłem i położyłem rękę na jej małej kamiennej główce.  Chciałem powiedzieć: nie martw się, wszystko będzie dobrze, poznasz tam inne fajne dzieci. Naturalnie, że kłamałem. Zawsze w takich sytuacjach kłamiemy, bo nie wiemy co powiedzieć.  A królom i prezydentom jest to kompletnie obojętne – przecież mają cały świat na głowie, więc gdzież mieliby czas by zająć się jakąś jedną małą dziewczynką?!


[i] Hardy A.L., „The Ewangeline land made famous by the expulsion of the Acadian farmers by the British Government on account of their fidelity to their French King, and afterward immortalized by Longfellow, an American poet.; oocihm.64903 (numeracja ‘oocihm’ stosowana zanim wprowadzono system ISBN), r. ok 1899; s. 76

Out of Despair – a story of a wintery trip to a snowy beach

Out of Despair – a story of a wintery trip to a snowy beach

The story is written in poetic verse, which is perhaps the easiest way to express emotions that are too intense to convey in normal language. I’m going through a difficult time as I prepare to make a monumental move, and I have to discard or abandon a lot of my belongings. Our belongings. This process has forced me to go through them all in detail, it has opened a Pandora’s box of memories. These are not just my memories: these are our memories.

Last summer and autumn, I often escaped to the beaches for days at a time to get away from reality. But now, with the sorting of our things, that heavy feeling of despair has returned. Despite the cold wind, light snow, and rain I had to return to the beaches. I had to try to find you again for a moment, if for a moment only. It seemed that by doing that I wanted to overcome the feeling of drowning. On this trip I kept imagining a theater stage and Shakespeare’s Richard III. Richard III with his desperate plea for a horse, his bargain with the Fates.

The phantoms of despair are everywhere. 

Six, I think that I slayed. But not the one I needed.

A horse, a horse! My kingdom for a horse! I yelled, I begged!

as in a story said by English bard long time ago,

per chance, of dying Plantagenet with a blow to his head.   

My kingdom for a horse! I yelled in powerless furry

 at the ice-cold waves of roaring sea on Eastern shores.

I screamed, I raised my fists, and stomped my feet.

And words were taken by a wind

and silenced by another wall of deep.  

I cried out in pain falling to my knees,

beaten down, with no sword, no horse.

and no shield – ‘just once’ – I whispered

with no sound leaving my lips – ‘for a moment

let me see his face again, let me tell him

without words that I do and always will’.

And then, resigned I turned away from the sea

and saw in front, in a fair distance,

on the crest of the sand dunes – human shape,

familiar form, protected by warm, thick cape.

I wanted to run toward him – but couldn’t move;

wanted to scream – but no sound left my lips.

And yet – I heard his words as clear as daylight:

I know you do and I do love you, too.

I have no kingdom and no need for a horse anymore.

No need for heavy swords and glory in the battles.

That chilly day on a windy and snowy beach,

with cold stabbing your bones as battleaxes –

that instance becomes as warm as paradise.

I went back home with a smile and a head held high.

(by B. Pacak-Gamalski)