Garść poezji …

Mama moja odchodziła od nas bardzo długo. Nie dzień po dniu, miesiąc po miesiącu ale rok po roku. Straszna choroba tracenia pamięci, która w okresie późnym zabiera też pamięć poruszania się, swobodnego mówienia jest i dla chorego i dla bliskich okrutnym doświadczeniem. W 2017 Mama była już w tym późniejszym stadium choroby ale jeszcze były dni lepsze. Nie mogła już chodzić samodzielnie, spacery dłuższe, nawet w wózku inwalidzkim, uciekły nam w przeszłość. A chodziliśmy na te spacery po łąkach i parkach codziennie bodaj. I gdy Mama zbliżała się do końca tej największej wędrówki jaką jest nasze życie – wybrałem się z Nią na jeden jeszcze spacer: wyimaginowany ale jakże naturalny jednocześnie. Spacer poetycki. Bardzo mi pomógł.

Więc idziemy trzymając się za ręce.

Most jest strasznie długi,

pełen zakrętów, jak rozłożony

między jaskiniami płaski ogon smoka.

Po obu stronach płoną złotem i brązami

jesienne gałęzie ubrane w barwne

 rękawy brokatowej bluzki z czereśni.

Gdzieniegdzie lśnią karminem

ciężkie korale jesionów i dębów,

gdzie indziej – złote girlandy brzóz.

Mama mówi: ach, jak tu pięknie.

Nie idź za szybko, zwolnij i patrz.

Odpowiadam: mamo, most bardzo długi,

jest jeszcze daleko, noc zapadnie,

będzie zimno, możemy się zgubić.

A ona odpowiada: nie bój się,

nie zgubimy się. Popatrz, tam na skałce

kamień płaski cały obrośnięty mchem,

jak poduszka, obok kępki borówek czerwonych

i fioletowy wrzos pachnie tak uroczo.

Położymy się, odpoczniemy, niebo

będzie gwiazd pełne. Kołysankę ci zanucę.

I rankiem dalej pójdziemy.


I kilka z tygodni/dni ostatnich.

Szeregami idą żółte drzewa

nad nimi chmury zielonego nieba

z niej tasiemkami spływa rzeka

nad nią papierowa tęcza z mleka

W tym świecie z papier-mâché

w kapeluszach z wycinanek

chodzą ludzie ulicami miast

i wiosek konstelacji Origami

Tam ptaszki czarne i białe

bardzo wielkie i całkiem małe

wesoło podskakują jak gumki

śpiewając arie Verdiego i dumki

Miły bardzo jest ten świat Origami

chętnie bym zamieszkał tam

gdybym do bram jego klucz miał

igły klej i nożyczki spakowane już

Uśmiech tylko wyszminkować

oczy trochę podmalować

i rumieńce zazielenić jak trawa

jakaż będzie radość i zabawa

Ognisko z wolna dogasa. Strzelają jeszcze

bierwiona językami pomarańczowego ognia,

żar bije ze złotych brył utleniających się

fragmentów kosmicznych meteorów.

Jestem, ciągle jeszcze jestem.

Nie prosiłem o to – ale stało się.

Może tak być miało, więc jestem.

O czym mam świadczyć,

czy mam jakąś misję,

której celu mi nie ujawniono?

Nie wiem, ale wiem, że jestem

choć wolałbym już nie być.

Ciemne korony potężnych świerków

odbijają się w srebrno-zielonkawej

wodzie jeziora Dee, gdzieś w górach

nad doliną Okanagan w Kanadzie.

Jest zimno mimo słońca.

Żółtymi piórami wioseł

chłostam zielonkawo-szarą wodę.

Więc jestem.

Ogień w ognisku,

kajak w wodzie,

słońce w górze,

– więc jestem.

Każdy wiersz ma swoje ograniczenia formy, nawet wiersz wolny, któremu te ramki autor sam majstruje. Gdy nijak przyciąć do foremki go nie można – w sukurs przychodzi proza poetycka.

Miejsca. Places.

(in Polish)

Miejsca. Miejsca … to taka specjalna przestrzeń geograficzna i emocjonalna. To tam, gdzie kiedyś ludzie kładli kamienie, budowali kapliczki lub kopce. By odnaleźć potem samemu lub zostawić ślad, drogowskaz dla następnych. Drogowskazy, że tędy droga.

Moje pożegnania z naszym ostatnim domem w Nowej Szkocji od miesięcy wielu do takich miejsc zawsze prowadzą. I zawsze jakiś kamyk tam kładę, jakieś wspomnienie zapisane w notesie, jakiś wiersz. Te literki i słowa to moje kamyki – byliśmy.

Dziś na plaży Conrada, ostatnie chyba moje pożegnanie, ostatnia kąpiel w falach grzywiastych w tej prowincji. Ostatni nasz spacer tam.

Fala

I cóż falo
ostatnia na tej plaży?
Mojej wizyty
też po raz ostatni.
Czy zmyłaś
ze zmarszczek dni klęski
i dni zwycięstw?
Pocałunki i łzy,
czułe westchnienia
i przekleństwo bezsilności?

Pieścisz mnie jeszcze
białą pianą pasji
niespełnionych do końca,
a potem odpływasz
w swe głębie
znudzona romansem
nie zaczętym,
nie skończonym.

(Conrad Beach, 01.09.24)

(po angielsku)

Places. Places are special geographical and emotional spaces. It is where people, lovers, parents with children left stones on the hills, build mounds, erected structures or symbols of their gods in their marches through millennia. So others can follow or so they would find their way back.

My goodbyes with our last home in Nova Scotia took me a long time. Time to trace them back, find my way. But I did it. I have found them for the last time. I have left my ‘stones’ on the shores an on the white pages of my notebook. The ‘stones’ are my letters and sentences written down on the white pages of my notebook.

Today was probably the last one. I went to Conrad Beach for last swim in foamy waves of Atlantic. Our last walk there.

Time of snuggle

Come to the crescent of my arm,

I will place my hand on your shoulder

and we will walk on the shore.

On that line separating

land and water,

the sky and the mountains,

the Moon and the stars,

death and life.

Come. It’s time.

The time stolen from us –

I have found it.

Come, it’s time.

(Conrad Beach, 01.09.24)

Potęga książki

Książki. Nie, nie będę pisał o konkretnej jakiejś książce, o ważnej powieści, nowelce, o tomiku konkretnego poety lub antologii jakiegoś okresu, jakiejś szkoły poetyckiej. Padną tu pewnie nazwy, tytuły, nazwiska autorów – ale tylko w aurze tematu większego. Tematu książki. Tego dziwnego przedmiotu, który jest szkatułą ludzkich losów. Bez książek większość naszego eposu byłaby pokryta nieczytelną mgłą, patyną zapomnienia.

Mój wielki sentyment do tego papierowego przedmiotu (należę do tej staroświeckiej kategorii czytelnika, dla którego ibuki i pidiefy, nigdy trzymanej w ręku obwoluty nie zastąpią) uderzył mnie swą mocą w tygodniach ostatnich, gdy czeka mnie kolejna już wielka przeprowadzka. Tym razem chyba największa, najtrudniejsza, najbardziej brzemienna. Moje książki na półkach! Co ja z nimi zrobię?! Przetrwały tyle moich przeprowadzek! Ale przetrwały. Przy każdej kolejnej więcej ich było, nigdy mniej. Nie było żadnej podróży, wycieczki bym bez nowych nie powracał do domu.

Jak to się zaczęło? Nie mam pojęcia. Książka była zawsze. Brzechwa i Szancer, pożółkłe karty wielkiego foliału „Żywotów Świętych”, które przetrwały nawałę prusacką na Wielkopolsce w latach Bismarcka, a które wyjechały z moimi pradziadkami po kądzieli do Westfalii, z której zaraz wrócili do Polski w 1918, tym razem do Bydgoszczy. Z tymi ‘Żywotami’. Potem ukrywane skrzętnie (w osobnych fragmentach) przy terrorze hitlerowskim w Bydgoszczy w latach 40. I przetrwały. Z nich, złożonych skrupulatnie w skoroszycie z zapięciem sznurkowym, 6-7 letni czytałem wspaniałe heroiczne dzieje Teresy z Akwinu, św. Bartłomieja, Ignacego, wszystkich męczenników Kościoła – jakie to było pasjonujące, porywające wręcz! Heroiczne, dramatyczne, czasem trochę i kryminalne. Przygoda! W tym samym czasie, może ciut później – też luźne karty, szpargały (ale w oryginalnej pięknej czerwonej płóciennej obwolucie) „Dzieła wszystkie”  Adama Mickiewicza. Mama była bardzo zadowolona, że tak się ‘Świtezianką’ zakochałem, bo sama bodaj najbardziej ją kochała. Romantyczka niepoprawna, ha ha ha. Ta była zniszczona, bo wywieziona z Wilna przed zalewem bolszewickim w 45. I też podzielona na części, by przetrwała. Bo wszak on pisał tam bezczelnie „Litwo, ojczyzno moja!”.  I dzięki temu została ta Litwa (jeśli nie cała, to Wileńszczyzna i Nowogrodczyzna bezapelacyjnie) moją ojczyzną. Kochałem Wilno na długo zanim je mogłem pierwszy raz zobaczyć. Przez książkę. Owszem – tradycje babci (po mieczu tym razem), ojca, cioć i wujków. Ale tak po prawdzie to winien był Mickiewicz najbardziej. Ta zniszczona księga w czerwonej obwolucie.

Potem szybko pojawił się stary pan z brodą, Ignacy Kraszewski. Chodziłem już na pewno do szkoły. Chyba do drugiej, może nawet trzeciej klasy. Stara Baśń” przez kilka dni zabierała mi kompletnie sen i dzięki niej zrozumiałem czemu jesteśmy tak heroicznym i patriotycznym narodem. A potem, potem to już się potoczyło. I już nie tak bezkrytycznie. I zacząłem czytać książki historyków, nie pisarzy. Ale literatura szybko powaliła swoja potęgą naukę. Za sprawa pani Marii Dąbrowskiej. Wróciła mnie na Kresy. Nie do Wilna, na Grodzieńszczyznę, nad błękitny Niemen. Noce i dnie nad nim. Do dziś (a starowaty już się robię i żyję oceany za Niemnem) łapię się czasem nucącym: ‘ty pójdziesz górą, ty pójdziesz górą, a ja doliną. Ty zakwitniesz różą, ty zakwitniesz różą, a ja kaliną…’ . Kiedy mając 19 lat pierwszy raz jechałem pociągiem do Wilna i zatrzymał się na dworcu w Grodnie – wyskoczyłem z niego jak szalony, by choć wciągnąć powietrze z zapachem Niemna … . Przez panią Dąbrowską.  

Potem oczywiście już Stendhal i inni współcześni (bardziej współcześni, powiedzmy). Powieści trudniejsze, poezje piękniejsze, bo operujące często moim językiem. I książek przybywało. I nie tylko w polskim języku. W końcu angielski stał się, obok polskiego, też moim językiem, w którym piszę wiersze, eseje. Ba! Napisałem raz lub dwa coś po włosku.

Książka była najtrwalszym towarzyszem mojego życia i peregrynacji po świecie. Książka i jej autorzy byli często zaczynem serdecznych znajomości, przyjaźni. Zmęczyła mnie z biegiem lat powieść jako taka. No bo ile razy czytać można tą samą historię tylko trochę inaczej napisaną? Więc na ogół czytam tylko fragmenty. Ale dalej je kupuję i bez nich żyć bym nie potrafił.  

I teraz, w tej najtrudniejszej podróży mojego życia powyrzucałem, porozdawałem prawie wszystkie meble, jakie miałem, urządzenia, telewizory, górę ubrań. Chciałem zrobić remanent półek z książkami. I ni siak nie potrafię. Owszem, kilka bez sensu spraw bardzo prozaicznych tyczących – wyrzuciłem. Nawet kilka tradycyjnych polskich, które zawsze i wszędzie będę mógł kupić (przyznaje, że usunąłem Sienkiewicza dzieła, bo mnie męczą nawet widokiem tytułów, już tą literaturę sobie daruję chyba na zawsze).

I ten remanent książkowy, mimo szczerej chęci – przegrałem z książkami. Godzinne przeglądanie, przekładanie i mniej niż jedna torba płócienna, którą wyniosłem z domu. Reszta została, wygrała swój pojedynek ze mną.   

Czemu, psiakość, książki tyle ważą? Bo rzeczy ważne mają właśnie swoją wagę.

Dekady temu, w trudnych latach stanu wojennego w Polsce, wielkie znaczenie miała dla mnie książka Adama Michnika „Z dziejów honoru w Polsce”.  To nie była beletrystyka, ale nie tylko powieści są ważne – dokumenty czasu też. Jeżeli on pisząc ją w czasie internowania – pisał nie o ‘polskiej hańbie’ a o polskim honorze – jak mógłbym ja o tym nie pamiętać? A byłem w tym samym właśnie czasie w obozie uchodźców we Włoszech. Mądry Giedroyć z Paryża przysyłał mi paczki do obozu z książkami z prośbą bym Polakom je rozdawał. Bo był naturalnie świadom wielkiej niewiedzy Polaków urodzonych lata po wojnie, o prawdziwej historii Polski i Polaków By jechali na Zachód ze znajomością autentycznej prawdy, a nie kłamstw jakich uczono ich w szkołach. Wiedział, że to ważniejsze niż jakieś daniny finansowe. Książka to wiedza. A wiedza to i bogactwo, i potęga. To godność nade wszystko.

Mimo wszystko moment wyboru przyszedł i kilka musiałem zlikwidować z mojej biblioteki. Raz jeszcze na półki okiem rzuciłem. Wzrok padł na dwie książki. Kiedy je zamówiłem i czytałem w tym samym czasie – były dla mnie bardzo ważne. Dwóch wielkich przywódców religijnych i moralnych z dwóch odmiennych bardzo tradycji, kultur i diametralnie odmiennych systemów religijnych. Dalai Lama i Jan Paweł II. “A call for Revolution A Vision For the Future” by Dalai Lama (Harper Collins Pub.; 2017; New York, ISBN 978-0-06-286645-5) i “Crossing the Treshold of Hope”, wywiad-rzeka Vittorio Messori z Janem Pawłem II (wyd. Random House, New York; 1994; ISBN 0-679-76561-1).

Ksiązka Dalai Lamy była świetna, otwarta dla świata i ludzi. Zwłaszcza ludzi młodych. Krzyczała: bierzcie ten ster w swoje ręce, nie bójcie się zmieniać kursu żeglugi, nie bójcie się ostrzeżeń i zakazów poprzednich wędrowników. Waszą busolą niech będzie nadzieja na odkrycie lądów szczęśliwszych, piękniejszych. Podnosiła na duchu.

Wywiad z Janem Pawłem II (a było to jeszcze długo przed odkrywaniem i poznawaniem ciemnej strony jego papiestwa, jego Kościoła i Kościoła polskiego, którego był wychowankiem i współtwórcą). Ciągle żyła we mnie pamięć i szczere wzruszenie (którego się nie wstydzę i uważam za naturalne i słuszne nie tylko wówczas ale i dziś) dostając zaproszenie od naszego obozowego kapelana ks. Burniaka (byłem wtedy uchodźcą w dość podłym obozie dla uchodźców w Latinie we Włoszech) na zamkniętą audiencję dla stu osób z całego świata w Małej Sali Audiencyjnej w Watykanie. Pierwsza większa audiencja po wyjściu z Kliniki Gemelli po próbie zamachu na jego życie. Był słaby, wychudzony, kolor jego cery prawie zlewał się z nieskazitelnie białą tuniką. I coś wydawało się nam emanowało z niego, z jego słów, przekazu. Więc kiedy ponad dziesięć lat później brałem do ręki tą książkę “Przekraczanie progu Nadziei” – tego oczekiwałem. Wyjścia poza doktrynę, szerokiego horyzontu. I się kompletnie rozczarowałem. Była właśnie doktryną, była typowym papieskim ex cathedra. Więcej zakazów i zamykania okien niż ich otwierania. Czułem się duszno w atmosferze tej książki.

Raz jeszcze rzuciłem okiem na te dwa tytuły na półce. Westchnąłem lekko i wziąłem wywiad z Janem Pawłem (piękna złocona obwoluta) i bez żalu wrzuciłem ją do worka z tymi kilkoma książkami, które w dalszą podróż mojego życia nie pojadą. A książka Dalai Lamy pojedzie.

Jedna jeszcze książka-bidulka wpadła mi w oku w tym remanencie bibliotecznym. Bidulka, bo tak biednie wydana skromnie w 1947. A i pisarz, eseista dziś już chyba zapomniany (a polecam pamięci) – Jan Bielatowicz (“Passeggiata – szkice włoskie”; Jan Bielatowicz; Instytut Literacki w Rzymie; 1947 – wówczas jeszcze nie istniał międzynarodowy system inwentaryzacyjny ISBN). Pisał te szkice w czasie wojny jeszcze, właśnie jako żołnierz 2 Korpusu. Jeszcze mu latały pod nogami pociski artylerii niemieckiej w Apeninach, w drodze przez Bramę na Rzym. I robił sobie ucieczkę przed tymi pociskami, przed realnością – ucieczkę w inne, antyczne drogi przez Italię. Opisał z czułością wielką i dużym znawstwem historii starego Rzymu Cesarskiego i Republikańskiego. Passeggiata po włosku to takie zdrobnienie oznaczające spacerek, nie wielka podróż a spokojny spacer przez gaje oliwne i ruiny świątyń greckich i rzymskich. Nie będę opisywał treści. Ale warto i dziś przeczytać przed podróżą do Itali. Ocean wiedzy i uroczej wizji. Napisany piękną polszczyzną, językiem nieukrywanej poezji miłosnej. Poezji miłosnej, której adresatem nie jest Laura, Marysia czy Janek, ale kraina o nazwie Italia. Z jakąż przyjemnością, w tym bardzo dla mnie trudnym czasie, włożyłem Bielatowiczowi rękę pod ramię i razem z nim robiliśmy te passeggiata na via Appia i kilku innych starożytnych szlakach od Florencji do Brindisi.

Crystal Crescent Provincial Park in Nova Scotia

Crystal Crescent Provincial Park in Nova Scotia

Children are amazing people! Throngs of beachgoers are squeezed next to ech other on the sandy beach – but a child knows better: what could be more magic than playing in a mud in little stream rushing toward the ocean? Child imagination dwarfs imagination of an adult.

On the way to the rocky trail, pass the beaches and people I had a small secret meadow full of wild strawberries and blueberries. If it was in season I would go there and John would wait on the trail till I come back with both fists full the sweetness of the berries and empty them into his mouth. He pretended to be offended by it … but ate them, LOL. We had to make sure that there was no one approaching on the trail. Heaven’s forbid someone would see him eating fresh fruits and from someone’s hands! He like it, though. Maybe not as much the fruits (John wasn’t really an aficionado of fresh fruits) as the fact that he can make me smile and be happy. Our little idiosyncrasies. Next on the trail was a tiny nudist beach. No, I knew better – didn’t even ask him to stop and go for swim before the hike. Naked in public, beach or no beach?! That would be the end of the walk and the trail, no question asked. I knew what I can ask him of, and what I should not. Idiosyncrasies is one thing and disrespect is another. The true trail started right past that beach. Narrow and easily lost, covered with rocks and roots, often very wet and muddy from numerous tiny creeks rushing toward the ocean. Eventually you got to walkable huge slabs of rock and the amazing view of the majesty and power of the Atlantic. It truly is something to behold. We never went that far, as I venture sometimes, but far enough to absorb the atmosphere, the enormity of nature. And there, on these rocks, far enough from typical tourist or beachgoer, I would find a spot invisible to anyone, secluded … and have my way with the wild strawberries and blueberries off his lips!

Below, pictures from yesterday – poniżej zdjęcia z wczorajszej wędrówki

Widoczna na zdjęciu latarnia morska na wyspie Sambro, która jest ‘bramą’ to wejścia do portu Halifax jest najstarsza latarnią morską w Północnej Ameryce i do dziś operującą.

Pictures of the Sambro Island and the lighthouse remind us that it is the first lighthouse built in North Americas and it is still operational.

Tańczy mną jeszcze …

Tańczy mną jeszcze …

Ostatnie tematy były trudne, czasem podniosłe, czasem po prostu bolesne. Dużo o takiej poezji pisałem, czasem sam taką pisałem. Bo o sprawach wielkich, często ostatecznych trudno pisać lekko. Zwłaszcza, gdy ta lekkość nie mieszka już w tobie. A przecież jest życie wokół. Słońce wstaje i zachodzi potem. Ludzie dalej tańczą i się całują. Widzisz ich i zaskoczony sobą myślisz : przecież i ja jeszcze żyję. Więc wierszyk napisałem. Nie wiersz a wierszyk właśnie. Bez metafizycznych zmagań i patosu. Piosenkę w zasadzie, melodyjkę słowami a nie nutami ułożoną.

***

Ucieka świt,

przychodzi zmierzch

– a jeszcze chce się

kwaśne jabłka jeść.

Jeszcze śpiewać się chce,

tańczyć na parkiecie

dni, które nie gasną,

które nie chcą zasnąć.

Słowa, ważne księgi

zasłaniają, skrywają

widoki gwiazd hen tam,

apetyt i głód warg.

A tu podpływa łódź

i żagiel jeszcze drży,

jeszcze wiatr pachnie

morzem, ustami, winem!

Jeszcze może popłynę?

The unsung Hero of Warsaw Uprising of 1944

August 1, 2024 – one of European capital cities stands still. At the prescribed hour (in that city called “The Hour W”) the sirens gave loud signal, and everything stopped: the cars, the transit, people on the streets, even in stores. The letter “W” contains two words: Warsaw and Fight (Warszawa and Walka). Yest, that city is Warsaw, capital of Poland. Happens to be also my city, the city of my most formative years – my youth.

What happened? Why? Did Warsaw pick up arms and went to war? No, of course it did not. Warsaw remembered. The entire country remembered. All major capitals of Europe remembered, too. The President of Germany came to Warsaw to remember, and to offered sincere apology and asked for forgiveness. The entire Diplomatic Corp in Warsaw took part in that event. I assumed the Canadian Embassy, also did. It is hard to say because not a single major newspaper or major TV Network in Canada did even mention it during their news. Really? This was not a news for Canadian CBC or CTV?  While giving us typical news of the day, little stories of this and that. But nothing of major event in major capital of Europe? Shame on CBC and on CTV, shame on ‘Globe and Mail”, ‘Toronto Star’ ‘Winnipeg Press”, ‘Montreal Gazette’ and others.

August 1, 1944. Eighty years ago.

After five long years of bloody terror of Nazi occupation, young men and women of Warsaw area hoped to take revenge on the occupiers, to exact a price for their daily executions, for the annihilation of Jewish ghetto, for years of indignity and suffering.

On the Eastern Front the Soviet Army was marching and bringing new form of occupation and territorial Anschluss of entire Eastern Poland. On the Western and Southern front, the US, the Brits and Polish armies with major help from Canadian divisions were liberating Italy, France, Belgium and Holland.  But the progress on the Western Front was slower than the advances of the Soviets. Originally the main puch of the armies of the West was going to be through the Balkans – making it a faster and better route. But Stalin demanded that their aim should concentrate of the Western, not southern advance. Through Normandy. He wanted to secure Poland as the future satellite of Soviet empire. Stalin knew that if these armies with Polish soldiers under the command of general Anders and Sosnkowski would enter Poland – the entire nation would stood with them and fight the Soviets. Churchill and Roosevelt capitulated and gave Stalin what he wanted.

Polish Government in London and the Polish Underground Home Army (AK) in Poland were hoping – against visible signs that it will not happen – that it will be able to use massive air bombardments of German forces in Poland, even sent to Warsaw Polish Airborne Brigade1 and aid the Warsaw fighters. Therefore, plans have been prepared for the underground forces in Warsaw to plan for the Uprising.

When it become clear that none of the help would come – it was too late to stop the young men and women, that preparation went too far, the original victorious propaganda worked and people believed that victory and revenge was possible. At the end – the Polish Commander-in-Chief in London gave the underground commanders in Warsaw advice that they must make that decision themselves. To try to postpone the” W” hour, if possible, but otherwise it would be their decision. But things were too advanced, young people were ready and eager. A noticeable movement of people, armaments in days prior to the uprising did not go unnoticed by the German army intelligence and the SS. They started making preventive arrests, searches for arms and people.   In the meantime, the Soviet armies were gathering right outside of Warsaw and Poles did not want to change the Nazi occupation to Soviet occupation. Young people of Warsaw believed it was now or never. They wanted to establish rightful representatives of legal Polish Government and welcome the Soviets not to occupied Warsaw, but free democratic Warsaw with legal local governments and councils under the auspices of the legal Government and Polish Constitution.

On August 1. 1944, it started at 5 PM. It lasted two months. Lack of arms was the decisive factor in their inability to overcome massive German garrison in Warsaw, heavy bombardment by air, artillery. The unheard-of heroism of the freedom fighters and entire population couldn’t change the reality. The result was the total and meticulously planned full and complete destruction of the entire city. Street by street, district by district.  Whoever survived in the ruins were marched in columns out of the city.

Each one of the people who survived went through hell and deserves undying respect for their heroism. Now, eighty years later there are only a handful of them still alive.

I remember from my childhood, youth and early adulthood many of them. Back in Poland and those I met later in the Polish diaspora in England, Italy and Canada. They were my dear friends and I miss them a lot. Our talks, their stories. Remember by heart their poems of that time, sung their songs. My every visit in Poland includes my solitary (or with the youngest family) visits to special places on Warsaw streets, with special monuments (mostly the familiar little plaques or cement tableaus on buildings of people, who died there: poets, high ranking commanders, places od famous street battles or name of battalions and formations).

In the Wola District there are three places I’m thinking of right now: the Museum of the Warsaw Uprising; a little cemetery of Reformed Evangelical Church, and small two bedroom apartment on Szpitalna Street 1 in the center of Warsaw.  It is all connected to one very special person, very special to my heart. A small but always very fast-moving frame of an older woman. My aunt. Professor of Pediatrics (or, as she called herself ‘children’s doctor) Zofia Lejmbach. My Hero of the Uprising. True unsung hero.

Here is my story of that small-framed woman.

Must go back to the beginning of 1970ies: I am just entering my early teens, still before my high school. Don’t remember where exactly I met her the first time, at what family gathering. But I remember the years when I started visiting her on my own. Usually it had to do with either evening concert in the Warsaw Philharmonic (a short walking distance to Szpitalna Street) or theater performance in Atheneum Theater, or Polski Theater or Dramatyczny – all close to that apartment. At that time I lived with my parent in a small town about an hour’s drive by train from Warsaw. Neithe they nor myself wanted to travel on that train by night. Could stay with my grandma, who lived lived in Mokotów District. My excuse was that Mokotów is o far away from the center of Warsaw. So, Aunt Zofia volunteered that I should come and stay overnight with her anytime I want to. And I did. I loved it.

She always made sure I had a nice supper and breakfast in the morning but no fuss whatsoever. Supper and breakfast were when we talked. Otherwise, she was busy writing, studying books that were lying everywhere: on her desk, on shelves, on the floor.  Often there would be visits from some young doctors from the clinic asking for some advice or tutoring.  Once a week there was an elderly elegant woman, Auntie welcomed her cordially, asked me not to disturb them and that women would go to Auntie study and door would be closed. Once I asked her about the visits and she told me that she is an older French language teacher on a very meager pension and under the pretext that Auntie needs conversational lessons in French – she helps her to maintain financial stability and dignity. Soon, I started to suspect that they were simply old lovers, and the French lessons was just an excuse. Zofia spoke perfect French; I heard her many times over the phone using it.  Maybe I was wrong, but maybe not. But she was after all a single woman. Was her entire life. Both of her sisters married, had children and grandchildren. She never did. She gave me once some feeble romantic story from Kiev just before the Bolshevik revolution where she fell in love and her lover drowned in the ‘porohy of Dniepr’ (a fast running water with natural steps-falls in the bed of the river creating deep pools of whirling water). Maybe. It was a bit too bookish for me, at that time it was already over sixty years old story. But also – maybe down deep Aunt was very romantic. After all, she was from the old times, when stories like that were not out of sort. And she didn’t need a man to secure her material existence – she was well paid and renowned doctor.  On the other hand, Zofia’s demeanor was sort of of … manly? As we would say today  – lesbianish, LOL? I think so.  As I grew older I think she suspected that I was from the ‘other Parish’, too. But it was different time – no one talked about things like that. Not in family gatherings with the youngsters being present, Heavens forbid! 

My mind takes me back to that room I often occupied on Szpitalna 1. I was left to myself in that guest room, where I had an entire library full of amazing books. No idle talks.  If I went to grandma’s, I would have to devote all my time to her and we would talk all the time, nonstop. Sometimes it was OK – sometimes I just wanted to scream. With Aunt Zofia none of that applied. If I had a question about some of the books (there were a lot of non-literary titles) – I would ask her, and she would almost always reply: I am too busy right now but please come back in two- or three-days’ time and we will talk about it. Sure enough – at that time when I did, she had another two or three books that she suggested I should use as a reference and had her own short talk that explained the subject to me in a language more to my age and knowledge. Some of the books I started reading were seriously above my level. But never ever have I heard her saying the famous and dismissive: my dear, you are too young to understand it, it is not a book for you. I was a young adult, not a child. At least that was how she related to me. That was my Aunt I remembered personally and fondly.

But there was another Zofia Lejmbach I have learnt about later, from other family members and mostly from books and documents much later. She never talked about herself unless absolutely forced.

Zofia Lejmbach was born in 1901 in Minsk in Belarus (at that time all these territories of Lithuania, Belarus and Western Ukraine were part of an old Polish Commonwealth). My grandma’s mom and Zofia’s mom were sisters. In her early youth she was a member of Polish independence movement POW (Polish Military Organization) leading to the I world war. The front of that war found her in Kiev, where she was taking some nursing courses and tended to wounded soldiers coming from the battles. After the war she went to Warsaw and graduated from the Medical Faculty of Warsaw University. Later she worked in hospitals in Warsaw, Poznan, Paris, Rome and Strasbourg.   When she came back to Warsaw she decided to specialize in pediatrics and work closely in the famous Hospital Karola and Marii in Wola District under the tutelage of famous pediatrician, professor Władysław Szenajch – father of Polish pediatrics. She remained with that hospital her entire long life.  Including the years of German occupation and Warsaw Uprising. But of that later.

Part of the hospital became later (after the 2 world war) Działdowska Street Clinic for Sick Children, where for decades she was a Clinical Director. She was professor and pro-rector of the Warsaw Medical Academy in the 1960ties.

During the 2 world war she stayed in Warsaw with her hospital in Wola. Of course, early on she joined the Polish underground network of the Home Army (AK). Having not only high medical credentials but also military career during I world war, the Headquarters made her a Chief Sanitary Inspector for the District of Warsaw (that involved towns and villages near the capital) and during the Uprising – the Chief Sanitary Inspector of Warsaw proper. The Wola District was in a way the last stronghold of the Uprising and some of the bloodiest street battles took place there (of course apart from the worst and most gruesome fighting in the Old Town and the underground canals of Center Warsaw).

Prior to the start of the Uprising, she organized through Warsaw a string of small hospitals devoted to expected wounded fighters and the civilian population. She herself remained through the Uprising in the Wola District in the Hospital Karola and Marii. They were overwhelmed with heavy casualties, run out of medical supplies. The hospital itself was used as a target of German shelling and machinegun fire. Zofia Lejmbach was wounded herself but refused to step down from her position and tended to the wounded.  After receiving information that the Germans were executing wounded fighters found in other hospitals, she decided to evacuate the hospital and all the patients. But it was 1944 in Warsaw, not at the front lines of opposing armies with transportation and order. There was no available cars or anything. She scoured the neighborhood and commandeered a single horse drawn carriage and loaded it to the brim with all her wounded patients. All the streets were in flames and Zofia was wounded herself in her arm. She had a plan. Her father, also a medical doctor, had a manor in Skorosie, not far away from Wola and Warsaw. She knew the local roads.  Through the hellish streets of Warsaw, she led the carriage to the manor and saved all her patients. Not even one was killed. Later she learnt about the massacres the German and their allied right-wing Kamniski RONA Brigade2 perpetrated. The sheer barbarity and cruelty of the RONA soldiers shocked even the German SS Waffen. RONA Brigade consisted of Russian fascists.

And my mind takes again to that small room on Szpitalna Street no. 1. I am, let’s say 13 years old.  Just finished reading famous book by Bronislaw Malinowski3, whose voyages to Australia and Oceania and Micronesia in the early XX century gave birth to modern anthropology, understanding of sexuality; he was doctor honoris causa of Harvard and professor at Yale University. His books – at that time – caused shock and havoc among scientists and among educated classes.   Well, they did that time in my head – I was a 13-year-old boy! And it was 1970ties, not 2017, LOL. It was a different world. Aunt Zofia knock on the door to the room, I invite her, she smiles politely and says matter-of-fact: I noticed you are reading Malinowski’s book. Excellent choice.  My face becomes instantly red and I mumble something, putting that book away. She pays no attention to my discomfort and adds: good, it is a very important book. If you don’t mind, I can find you something more modern and maybe clearer on these subjects. But do continue reading him, he was such an excellent writer. Do you want me to make you a lemon tea? She closes the door quietly and goes to the kitchen. Wasn’t she a wonderful aunt for a young fellow like me? Again – I was a young adult, not a child. How I appreciated that. And how upset and revolted my old dear grandma would have been with her cousin, LOL.  

Zofia Lejmbach died in September 1995 in Warsaw. She was 94 years old. Her last few years were difficult as she fell down a ladder getting some books from a shelf and broke her hip.  She lived alone all her life after the war. But managed to crawl to the phone on the wall and call for help.  I left Poland in 1981 but kept in touch with her by way of letters. After the collapse of the Soviet system in Poland – things were very bad materially. Poland was broken by economic disaster of the system. Shelves were empty, no supplies of anything. That included medical institutions and the health system. With my friend I organized in Calgary some basic medical supplies, specifically for surgeries and for children’s health from the 3M Corporation. We packed everything in two large parcels and sent it off to Aunt Zofia. She was very thankful and told me how happy her working colleagues were at the clinic. Well, they all were her ‘children’.  

In the red brick building on Obozowa Street in Warsaw Wola there is a huge Museum of the Warsaw Uprising. As you go from the Main Floor exhibition, using a large iron staircase there is a huge picture of young women running through the street during the Uprising. They all have the armbands of the Uprising. Zofia Lejmbach, their comandante, is the second from the front.

A little bit further, toward the Gdanski Train Station, on Żytnia Street is a small cemetery of the Protestant Reformed Church in Poland. Zofia Lejmbach and her family came from that old, historical  branch of the Protestant religion in the eastern borderlands (Kresy) of old Polish Commonwealth. Doesn’t matter of fact she was the very first woman in Poland that rosed to the top rank in that Church – the President of the General Consistory.  And that’s were, on that tiny cemetery, she was buried, in the same grave as her father, and her sister Natalia Wiśnicka. Her other sister, Irena Zakrzewska is buried ‘next door’, on much larger Protestant Augsburg Cemetery on Mlynarska Street.

Both of her sisters – Irena Zakrzewska (very distinguished and elegant older lady, who lived on Madaliński Street in a small bachelor connected to larger apartment of her son, Polish painter Leszek Zakrzewski, his wife and daughter) and Natalia Wiśnicka (lived on Krasicki Street in Żoliborz District) were also serving in Women Service battalions during the Uprising of 1944.

This is my story of a true hero of Warsaw Uprising. My Aunt Zofia Lejmbach. Freedom and independence fighter.


  1. https://en.wikipedia.org/wiki/1st_Independent_Parachute_Brigade_(Poland)
  2. https://en.wikipedia.org/wiki/Kaminski_Brigade
  3. https://en.wikipedia.org/wiki/Bronis%C5%82aw_Malinowski

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Odjazdy i powroty są trudne. Może nie są możliwe …

Nie wyjeżdżamy w pełni, w całości – coś zostawiamy, czegoś nam ubywa. Potem lepimy przez lata siebie na nowo. Rodzi się nowa całość. Nie inna, zlepek wczoraj i dziś. Czasem żal nam po latach tamtego siebie, chcielibyśmy może do niego wrócić. To bywa jeszcze trudniejsze. Bo to teraz i tutaj jest jednak bliższe, jest swojsze. Ja – jestem ja. Szczególnie wtedy, gdy ‘ja’ zamieniło się w ‘my’. Zostają tu i tam zlepy form, jakieś może hieroglify dziś już nieodczytywalne, jakieś drzewo zawieszone nad przepaścią.

I dzika fala wyszarpująca ląd spod stóp …

Cień

Chciałbym już być, gdzie jeszcze mnie nie ma,

bo być gdzieś powinienem już przecież.

Lecz gdy tam przybędę – to czy będę,

jeśli nie ma mnie teraz, gdzie jestem?

Czy znajdę dom, który już spłonął raz?

Czy wiatr rozwiał zgliszcza i wspomnienia

i jestem tylko na fotografiach,

jak w ruinie, której fundamenty

tylko pozostały, okna bez szyb?

Stare pałace arystokratów,

które rewolucja zamieniła

w kurniki, chlewy i magazyny.

Ich właścicieli wyprowadzono

w zakrwawionych kalesonach, boso,

do zarośniętych ogrodów, nad staw,

gdzie jeden strzał w potylicę tworzył

nową historię, zamykał starą.

Widziałem takie puste pałace

w dzieciństwie, widziałem cienie ludzi,

którzy kiedyś w nich żyli, tańczyli.

Gdy tam pojadę, gdy wrócę do

tych miejsc – czy będę takim cieniem

w pustej ramie okna patrzącego

na zarośnięty ogród ze stawem?  

/B. Pacak-Gamalski, 07.2024/

Kąpiel na plaży we Wschodnim Berlinie. Swimming in the ocean on East Berlin Beach.

Kąpiel na plaży we Wschodnim Berlinie. Swimming in the ocean on East Berlin Beach.

My travels through Nova Scotia most of the time takes me to Eastern Shore or to the north. It is my magic place – the wilderness, certain sense of rustic and old adds charm to it. Of course, the other attraction is my craziness about beaches – Eastern Shore is one big beach! Every turn of the highway there is one. Some small, other vast and long. And huge, massive ocean bays make it a long drive and always offers new experiences.

Halifax is the hub of the entire peninsula. The world to the east is different from the world to the west and south.

The shore is different, the beaches are different. Even the towns and cities are different.

I think that huge St. Margarets Bay is in a way a symbolic point where the shore and the communities change: to the east of it – the rustic and a bit culturally different character but with one of the best beaches in the world; to the west the charm is more subtle, more refined, communities seem to be more affluent. Shall I say – more continental? But the beaches are nowhere near the beauty of Eastern shore. I guess, there must be balance, LOL.

Moje podróże po Nowej Szkocji w tym roku są jednocześnie moimi pożegnaniami z tą prowincją. Pożegnaniami miejsc znanych i wielokroć odwiedzanych. Ot, choćby ulubione plaże wielkich zatok wzdłuż Wschodniego Wybrzeża. Z szalejącymi wielkimi falami Atlantyku, z wijącą się, jak wąż w trawach wydm, czarną nitką szosy nr 207 i 107 – po jednej stronie błękitna stal Atlantyku, z drugiej gęste, ale niskopienne i rachityczne lasy. Uwielbiam te plaże i grzywacze, na grzbietach których daję się nieść niczym drobny liść.

Zachodnie wybrzeże jest inne. Ta inność zauważalna jest od olbrzymiej St. Margarets Bay: na północny-wschód owa rachityczność lasów i rachityczne też, zapomniane niekiedy miejscowości i osady; na południowy zachód lasy bardzo gęste, rosłe i potężne, a miejscowości zadbane, kolorowe. Odnosi się wrażenie, że zamożniejsze. Bez wątpienia (znając już tą prowincję dobrze) widać pewne różnice kulturowe. I faktycznie tak jest. Północo-wschodnia Nowa Szkocja zamieszkana jest tradycyjnie przez ludność pochodzenia szkockiego, więcej – ludność tzw. Scottish Highlands. Byli to najbardziej (do dziś są w pewnym stopniu) ubodzy i najmniej wykształceni Szkoci. Odcięci od świata i mieszkający w odległych i ubogich kresach oraz na Hybrydach i Orkadach. Południowo-zachodnia Nowa Szkocja to w dużej mierze osadnictwo kontynentalnej Europy i Anglosasi środkowej i dolnej części wysp brytyjskich.

So far, I have never travelled past Mahone Bay and Lunenberg. My late husband did in 2018 with his two brothers and niece, while I was for few months in Europe. The beautiful highway 103 makes the travel very pleasurable and fast. I did stop in these two most picturesque cities in the entire province. One famous for very ‘artistic’ entrance – the moment you come out of wooded highway the panorama across the bay shows you a view like a massive painting of a magic town: colorful, with yachts, and three tall steeples of three magical churches (all different Christian denomination) standing next to each other. Little bit further in the bay a famous Oak Island, where people still dig to find a legendary heist of  Spanish gold taken from the Spanish galleon by pirates and hiding it supposedly thousands of miles from Caribbean seas on that island. A short drive from Mahone Bay lays on massive hill Lunenberg – home to famous schooner ‘Bluenose’. Famous for mercilessly beating the Yankees in yearly regattas a hundred years ago. I stopped in these towns mainly to re-visit them, say goodbye and walk the steps full of sentiment and memories of times we walked there together. John and me. Memories of our happy days. But it wasn’t the planned purpose, the aim of my drive. The aim was to drive to the very end, the southern most tip of the province.

To say it shortly and precisely: to go to West Berlin and East Berlin. Why not. Been to Berlin many times, like the city a lot, its vibrancy, its rich history. Walked in western part of it and eastern part of it. Usually, I would take a flight there, didn’t know that I could just drive there! LOL.

Szeroka i w dużej części czteropasmowa szosa 103 prowadzi do południowo-zachodniej granicy półwyspu. Stamtąd już tylko skok przez wodę i Ameryka. Ale po drodze są dwa najbardziej urocze miasta Nowej Szkocji: Mahone Bay i Lunenburg. Malownicze, jakby z ram obrazów romantycznych pejzażystów. Do miasteczek można jechać przepiękną boczną drogą (szosa nr 333 od Halifaksu, potem nr 3) nad samym wybrzeżem – ale to wydłuża jazdę kilkakrotnie i bez noclegu o osiągnięciu celu mowy być nie może. Zatrzymałem się w tych miasteczkach-perełkach ze względu na sentyment głównie, moje liczne wspomnienia ze wspólnych wycieczek tam z Johnem. Potem, po wyniszczającej chorobie, która go mi zabrała, byłem tam jeszcze z rodziną z Europy: z siostrzeńcem z Warszawy, który przejechał do mnie po pogrzebie Johna i siostrzenicą z Hamburga, która przyjechała z rodziną latem tamtego smutnego roku.  Tym razem już sam i chyba ostatni raz.

Ale cel wyprawy był inny. Zdecydowałem tego dnia wykapać się na plaży w Berlinie. Konkretnie we Wschodnim Berlinie. No to wsiadłem w samochód i pojechałem do Berlina. Jak można samochodem z Nowej Szkocji pojechać do Berlina? Bardzo prosto – jechać tak daleko, aż dalej nie można. Do końca świata. Tego nowoszkockiego świata, gdzie ląd się kończy i zaczyna Atlantyk a w oddali widać brzegi stanu Maine.

Najpierw jedzie się szosą 103 do rzeki Medwey i zaraz po jej przejechaniu skręcić w lewo w Port Medwey Road, dojechać do krzyżówki z Eastern Shore Road i skręcić w nią w prawo (od zjazdu z szosy 103 droga prowadzi prawie bez przerwy przez lasy i nie ma tam w zasadzie osad jakichkolwiek). W pewnym momencie, blisko kilku dobrze zagospodarowanych domów, po lewej stronie drogi jest mały cmentarzyk Zachodniego Berlina.

Close to the end of our destination, off the small Eastern Shore Road begins the sparsely populated community of West Berlin. There is a local cemetery with the date of first burial being 1959. Therefore it is clear that the community begun either after the 2 world war or shortly before or during the war. There is nowhere any other close by settlement where people could be buried. The road ends at intersection with East Berlin Road, turn left here into it. From here the asphalt road end and the rest is gravel. After a very short distance there is a smal West Berlin Road to the right leading to small fishermen Warf. It is a very short detour but worth visiting as that is exactly where you can see the coast of USA.

From there you cant get lost. Just continue to end of the East Berlin Road until you can’t go any further. The sandy beach is on your left side. Long, beautiful and likely empty.

Na końcu dojeżdża się do bitej drogi East Berlin Road, która zaprowadzi nas na sama plaże. Nie miniesz plaży, bo droga przy niej się kończy. Czemu droga bita i z dużymi dziurami, a nie asfaltowa? No, proszę państwa – ostatecznie jesteśmy już teraz we Wschodnim Berlinie. A we Wschodnim za moich czasów to się nie przelewało.

A plaża? Ponad kilometrowa, z bajecznym białym piaskiem, zejście do oceanu łagodne i stopniowe. I ani żywej duszy. Może czasem jakiś jeden lub dwóch lokalnych mieszkańców tu i zajdzie, ale turysta tu żaden nie trafi. A plaż łatwo dostępnych w Nowej Szkocji nie brakuje.

Kobiety, ach kobiety …

Nie każdego dnia oglądasz bogatą w tradycję ceremonię przekazania władzy, insygniów i dowodzenia Siłami Zbrojnymi państwa. Prowadzącym tą ceremonię, nadającym stopnie i uprawnienia i tzw. Patent Letters (oficjalne dokumenty potwierdzające to) jest formalny Główny Wódz (Wódż Naczelny lub Marszałek Wojsk, jako najbliższe odpowiedniki w polskiej nomenklaturze). W praktyce militarnej Naczelny Wódz to funkcja głownie honorowa w Kanadzie i wielu innych krajach nie będących w stanie wojny. Dowodzeniem wojska, planami dla całości wojsk zawiaduje Sztab Generalny pod dowództwem swojego Szefa. Tak jest też Kanadzie.  Poniżej są oczywiście generałowie-dowódcy wojsk lądowych (Armie), morskich (Navy).

Tak, wiem – tego typu ‘zmiany warty’ odbywają się regularnie w większości krajów świata. Na ogół skutkiem wyborów parlamentarnych, a co się tym wiąże i rządu.

Tylko tu, w Kanadzie  w 2024 mieliśmy sytuację wyjątkowo specjalną:  Naczelnym Wodzem od 2021 jest kobieta, Mary Simon. Też rzecz w Kanadzie nie niezwykła, po 2 wojnie światowej mieliśmy wiele kobiet Generał Gubernatorów (Generał Gubernator jest konstytucyjnie Naczelnym Wodzem). Ale Mary Simon, nasz Naczelny Wódz wręczał te nowe Patent Letters i mianował pełnym generałem nowego Szefa Sztabu Generalnego … kobietę. Jennie Carignan dowodziła wieloma jednostkami wojskowymi od kompanii poczynając, po pełną dywizję, była dowódcą jednostek kanadyjskich w Afganistanie, w Iraku, brała udział w walkach w Bośni-Herzegowinie. W ostatnich czasach miała stopień generała brygady. Ale dziś pełnego generała.  W Kanadzie nie ma tych dodatkowych stopni generalskich (brygady, dywizji i armii) poza wstępnym generała brygady  – potem już tyko pełny generał, bez przyrostków. Ciekawe jak by tu się miały feminitywy (odmiany nazw stopni, tytułów, zawodów na forme żeńską): generałka? pułkowniczka? kapitanka, majorka? Generałową by być nie mogła, bo to  nazwa żony generała.

Abstrahując od tych pytań-żartów lingwistycznych – generał Jennie Carignan jest pierwszą w G7 i G20 kobietą głównodowodzącą narodowymi Siłami Zbrojnymi. I pierwszą w NATO.

Tak więc kobieta Naczelny Wódz wręczała kobiecie nominację generalską i czyniła ją Szefem Sztabu Generalnego Kanady. Imponujące. Faceci mogli przemawiać dopiero później, po tych dwóch paniach (premier Kanady Justin Trudeau i Minister Obrony). Politycznie naturalnie, że Premier był tym, który to zainicjował i chwała mu za to. Ale z formalnego punktu widzenia to właśnie Gubernator Simon musiała to zatwierdzić i tylko ona mogła tą ceremonie przeprowadzić. Panowie politycy byli gośćmi honorowymi.

W wojnie o niepodległość USA jednym z ważniejszych bohaterów-dowódców był też – generał kawalerii Kazimierz Pułaski, jakby wówczas powiedziano – hermafrodyta. Ale nie wiedziano, więc nie powiedziano. A dziś wiemy, że był/a osobą transpłciową, gender-queer. Był/a drobny, porywczy i od kobiet stronił. Rysy miał zdecydowanie kobiece. Kawalerzystą świetnym i w fechtunku doskonały. I był/a dobrym sztabowcem i organizatorem wojsk. Tak więc i my Polacy nie gorsi. Nie tylko jednej i drugiej płci dowódców mieliśmy (Emilia Plater na przykład), ale poszliśmy dalej – wysokiego rangą dowódcę, który obie płcie reprezentował. I czemu nie?