Szkice z tamtego brzegu

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety dziś nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale wytłumaczę dlaczego jego wymieniam. i od niego jednak zacznę, gdyż z formalnego punktu widzenia istotnie tematyką LGB w omawianej książce się nie zajmował. Poza tym – trudno szukać innych intelektualnych kombinacji usprawiedliwiających ten wybór – z prostego faktu, że jestem wankuwerianinem (wankuwerczykiem?). To w tym mieście spędziłem najdłuższy i najbardziej aktywny okres mojego życia. I najszczęśliwszy.

  • Hey Nostradamus! Coupland wydał w 2003 roku[i] Cała rzecz dzieje się na przestrzeni lat 1980-2000. W okolicach obu brzegów Iron Workers Memorial Bridge, który spina Północny Vancouver ze Wschodnim Vancouverem w przemysłowych okolicach Portu Zbożowego.

Tu właśnie wylądowaliśmy z Johnem (moim mężem) w styczniu 1994, na odległość ‘rzutu kamieniem’ od tych miejsc, na Capitol Hill przy Hasting Street.  Mówić, że znaliśmy te miejsca, uliczki i biznesy, jak własną kieszeń nie jest absolutnie przesadą. Nie tylko miejsca, ale i ówczesną atmosferę tych uliczek. Dość wtedy podłą. A jednocześnie … swojską. Nie pretensjonalną? Vancouver lat 80 i 90 niewiele miał wspólnego z Vancouverem lat XXI wieku. Szczególnie te dzielnice Vancouveru.

Cała, nietypowo skomponowana, powieść jest de facto peanem wielkiej miłości i wielkiej straty. Czegoś, co bardzo silnie do mnie przemawia. Nie, nie ma w niej stricte sensu wątku gejowskiego, lesbijskiego, ani niczego, co można by nazwać homo. Ale Vancouver tamtych lat to miasto wyzwolone, miasto wrzące od zbudzonych praw i akceptacji środowisk LGB. A miłość, romans i ich pragnienie leżały u podstaw tego przebudzenia. To właśnie kilka uliczek tylko wyżej od akcji powieści (po drugiej stronie Hastings Street) był już wówczas cały świat lesbijskiej emancypacji – Commercial Drive pełen ,męskich’ typów butch woman. To tutaj, w tymże Vancouverze, ja z Johnem oficjalnie byliśmy parą. Tutaj, jako common law para, a nie dla wygody dwóch razem mieszkających kolegów, zaczęliśmy istnieć legalnie: jako parę zatrudniono nas w dużej kompanii żeglugowej, jako para płaciliśmy wspólnie podatki federalne i prowincjonalne. Więc lata 90 w Vancouverze były prawie pełną emancypacją praw LBG i niejako legalnym zatwierdzeniem równoległości tych praw z prawami większości heteroseksualnej. Powiedzeniem – wasza miłość jest równie ważna, jak nasza. A to jest kwintesencja bytu. I stąd Hey Nostradamus! Couplanda jest też książką o nas. Książką o miłości.

Jest jednocześnie wielkim reportażem literackim wkomponowanym w kanwę literackiej fikcji. Szczegółowość detalu opisu domów, mieszkań, ulic, okolic całej Doliny Fraser River jest wręcz zadziwiająca. Co kilka stron ten opis był tak realistyczny, że natychmiast sam w nim się odnajdywałem. Każdy fragment nie tylko miasta, ale i kompletnie dzikich i odległych od tego miasta okolic był mi znany. Fragmenty rzeki Chilliwack, oślizłe kamienie na tym dopływie rzeki Fraser, krzaki, dzicz i religijny fanatyzm okolic Agassiz. Gdy autor opisuje potężne czarne lasy, gdzie głębokie mchy kryły równie głębokie nory, w które zapadało się po kolana a i wyżej – to były lasy, po których chodziłem. Dokładnie wiem, w którym miejscu to było (Coupland opisuje tu tylko sytuację, a nie podaje dokładnie położenia tego miejsca, być może nie znał go z osobistych wędrówek – ja mogę to miejsce ‘palcem’ na szczegółowej mapie wskazać – tuż przed zakładem karnym, nieco powyżej pędzącej Chilliwack River, około 6-10 kilometrów od jej początku: emeraldowego Chilliwack Lake), z kart powieści przenosiłem się w fotograficzną pamięć moich tam wędrówek.

Więc ta powieść Couplanda z jego fikcyjnymi, pasjonującymi charakterami jest jednocześnie literackim reportażem miejsc akcji. Ten opis miejsca nie jest tylko realistycznym, naturalistycznym tłem – sam w sobie jest esencją tego miasta i okolic, jest – w pewnym sensie – kanwą powieści, równoległą do historii bohaterów powieści. Fascynująca lektura.  Mógłbym sugerować, że Douglas Coupland w Hey Nostradamus! był literackim odpowiednikiem Bolesława Prusa i jego Lalki – portrecistą swego kochanego miasta.

W tym szkicu interesuje mnie u tego autora właśnie ten w tle ukazany reporterski portret miasta. Ale gwoli sprawiedliwości należy krótkie synopsis treści podać.

Zasadniczo mamy do czynienie z dwoma głównymi bohaterami: Jasonem i Heather. Drugoplanowe, ale bardzo ważne postacie to: ojciec Jasona, Reg i krótko ukazana, ale bardzo ważna postać Cheryl. Jest szereg innych postaci, dobrze zarysowanych i z ważnymi rolami, ale to już w tle tylko.

Cheryl jest tu młodą uczennicą szkoły średniej (faktycznie taka szkoła w tym miejscu istniała). Chodzi do ostatniej klasy. Jason jest tam też uczniem. Oboje ulęgają wpływom i naturalnym w tym wieku rodzącym się pasjom. Ale Jason ma silne, wyniesione z domu nakazy religijne, ma je też – być może silniejsze niż sam Jason – Cheryl, która ma związki ze szkolną quasi fanatyczną grupa religijną. Seks tylko w związku małżeńskim. Młoda para wyjeżdża w tajemnicy przed wszystkimi do Vegas i tam biorą ślub w jednym z popularnych wówczas kapliczek ‘drive through’. gdzie nikt o nic nie pyta, prócz tego czy nie są w innym związku małżeńskim.  Nikogo nie interesuje też czy mają legalne, niepodrobione dokumenty. O paszport w ogóle nikt nie pytał, co było wówczas naturalne. Sam do Seattle jeździłem z prawem jazdy, jako jedynym dokumentem tożsamości. Inne były czasy przed nine-eleven (zamach w Nowym Jorku).

Cheryl ginie w niespodziewanej, niesamowitej masakrze wywołanej przez chłopców z tej grupy religijnej w stołówce szkolnej. Jason zdążył ją tylko konającą uchwycić w swoje ramiona zanim oderwą go od niej policjanci i sanitariusze.  Po kilku latach ożeni się ze starsza od niego Heather. Ale cień Cheryl nigdy ich nie opuści. W pewnym momencie znika Jason, rozpływa się, jak we mgle. Heather, kochająca go bezgranicznie rozpoczyna własne postukiwania Jasona. W trakcie tych poszukiwań, poszukiwań nie tylko fizycznego Jasona, ale chociażby jakiegos powodu, jakiejś przyczyny jego zniknięcia następuje jej ponowne zbliżenie z mitem CXheryl, z rodzina Cheryl i bratem Jasona, jego dziećmi. Zbliżenie ze skomplikowaną, w zasadzie odpychającą, postacią Reginalda (Reg) – ojca Jasona. W pewnym momencie staje się ofiarą oszustki, podającej się za łącznika –medium ze światem umarłych.

Czasami czytelnik wie już rzeczy , o których ona jeszcze pojęcia nie ma lub jest ledwie u skraju odkrycia pewnych fragmentów jego przeszłości. Struktura poszczególnych części jest chwilami męcząca i wymaga koncentracji przez wtrącanie nowych wątków lub nowych spojrzeń na znane już (lub właśnie znanych niewłaściwie) na ocenę kogoś lub czegoś. Gdy to zauważymy … jesteśmy już zbyt zaangażowani w całą powieść, by książkę odrzucić. A to dowód talentu pisarza. Trochę to przypomina wspinaczkę na jakiś szczyt: gdzieś, na którejś półce skalnej lub załomie skalnej ściany mamy w zasadzie dosyć. Wspinamy się już długi czas twarzą zwróceni do tego samego zbocza, a szczyt z obiecaną wizją horyzontu ciągle wydaje się tak daleko, wysoko. To się chyba nigdy nie skończy! Ale zainwestowaliśmy już zbyt wiele wysiłku w tą wspinaczkę, by się poddać i wracać z uczuciem pokonania i klęski. Tak, jak w tej powieści. Już chcemy odłożyć zmęczeni, że na kolejnej stronie nie ma oczekiwanego rozwiania wątpliwości, bo ileż razy można bez przerwy iść dwa kroki do przodu i trzy do tyłu? A nie odkładamy, bo chcemy jednak wiedzieć, zbyt się w ta historie i losy jej bohaterów zaangażowaliśmy emocjonalnie. To dowód talentu pisarza i świadomości, jak konstruuje powieść.

Wszystko to ma silne elementy świetnie napisanego kryminału o wielu wątkach. Ale kryminałem nie jest, jest powieścią o wiele głębszej wymowie, tkance. I jest – abstrahując od tkanki literacko-prozatorskiej – analogicznie pisanym świetnym reportażem tamtego miasta. Vancouveru i mojej młodości. Polecam serdecznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w tym mieści lub okolicach mieszkali, zwłaszcza w tamtych czasach.

post scriptum:

reporterska potrzeba opisania rzeczywistości, jak ją się faktycznie postrzega naturalnie nie musi iść w parze z artystyczną wizją pisarza. Wydarzenie (masakra w szkole), które było genezą powieści – nigdy w Vancouverze nie miało miejsca. Coupland posłużył się tu straszną masakrą w szkole amerykańskiej w Columbine w Colorado, USA w 1999.


[i] „Hey Nostradamus”, Douglas Coupland; wyd. Vintage Canada (Random House), Toronto.Kanada; s.244

Epistemologia Smutku

Epistemologia smutku

Epistemologia zajmuje się filozoficznym wymiarem wiedzy na temat pewnych procesów. Pojęcie ‘smutku’ jakkolwiek niewymierne, jest bardzo silną emocją istniejącą ponad wszelką wątpliwość. Skąd się bierze, co jest jego przyczyną, jakie jest jego natężenie – to pytania dość racjonalne, nawet, jeśli podłoża jakiegoś konkretnego ‘smutku’ są irracjonalne. Irracjonalność pewnego zachowania lub emocji nie przekreśla faktu ich istnienia. A co istnieje można starać się zbadać, wytłumaczyć.

            Więc rozważanie smutku, jako efektu straty jest rozważaniem epistemologicznym, pomagającym znaleźć odpowiedź bez oceny przydatności lub zbędności takiegoż.

Jako że smutek jest od dwóch lat pewnym constans mojej egzystencji – czemu miałbym się nie zająć jego rozumieniem inaczej trochę niż zwykłą opisowością moich emocji?

I.

Gombrowicz nie dla zabawy samej, dla wygody zwykłej pisarskiej, używał w większości wypadków pierwszej osoby, jako narratora. Nie przez czystą zarozumiałość (której mu naturalnie nigdy nie brakowało), a przez umiejętność własnej wiwisekcji, poznanie świata przez poznanie siebie. Rozumienie świata zewnętrznego poprzez własne intelektualne i cielesne doświadczania go pozwala nam zrozumieć lepiej samego siebie. Robił to błyskotliwie w swoich „Dziennikach”, jak i dzienniku prywatnym, w „Kronosie”[i].  Zresztą zamiarem jego było opublikowanie tej ‘obrazobórczej’  auto-wiwisekcji. Jest genialna i jest nużąco-nudna chwilami, jak flaki w oleju. Trudno doprawdy oceniać jej wartość literacką. Ze względu na nazwisko autora uzyskała od razu status bliski genialności. Zupełnie zdaniem moim niezasłużenie. Ale może być genialnym studium samego Gombrowicza-człowieka. Niekoniecznie Gombrowicza-pisarza. Czasami te osobowości (twórcza i prywatna) się zazębiają, łączą – ale generalnie nie powinno się nigdy ich kompletnie scalać. Jedna jest kreacją, druga jest po prostu byciem, życiem.

Czemu od Gombrowicza zacząłem? Jedną część wyjaśniłem (mam nadzieję) powyżej. Ale jest jeden jeszcze, bezpośrednio z tytułem złączony element – „Kronos” właśnie, który jest też autoportretem strachu, lęku kulminującego się przed starzeniem się cielesnym, przed utratą nie żądzy a kurczącymi się możliwościami jej zaspokojenia. I poprzez kurczenie się własnej atrakcyjności cielesnej i przez kurczenie się własnych możliwości fizyczno-erotycznych. Fakt homoseksualności Gombrowicza uwielokrotnił ten lęk. To taki emocjonalny odpowiednik okresu przekwitania. Zresztą sama ta terminologia ‘przekwitanie’ jest idealnym obrazem tego procesu u mężczyzn – zwłaszcza mężczyzn homo i biseksualnych. Szczególnie, gdy mówimy o czasach, gdy orientacje seksualne inne od tej typowej były bardzo skomplikowane i otoczone kokonem tajemnicy szeptanej po cichu w rogu salonów kawiarnianych.

U osób nieco neurastenicznych, a jednocześnie przekonanych o swojej wyjątkowości pisarskiej, ale i zwykłej życiowej (ładny, jako młodzieniec; przystojny, jako dorosły mężczyzna), jak u Gombrowicza, istnieje w jego pisarstwie pewien pociąg do intelektualnego ekshibicjonizmu swojej osobowości prywatnej. „Kronos” tego ekshibicjonizmu jest idealnym przykładem. Z biegiem lat, z zauważalnym przez niego samego procesem zmniejszania się aktywności i atrakcyjności fizycznych – opanował go pewien egzystencjalny smutek, lęk nawet. I tutaj ‘epistemologia smutku’ wydaje się być świetnym narzędziem do głębszego poznania Gombrowicza prywatnego. Zwłaszcza, że z momentem publikacji „Kronosa’’– prywatnym być przestał.

Kiedy zmarł (nota bene śmierć przyszła do niego uroczo, ciepło), był w moim wieku. Zabawne skojarzenie i niepokojące dla piszącego te słowa. Ileż razy w ostatnich dwóch latach wołałem ją by już przyszła, że jestem zmęczony zasypianiem w łóżku z Panią Śmiertką siedzącą cicho na brzegu tego łóżka. Ileż razy nakłaniałem ją, namawiałem by się w końcu położyła obok i przytuliła do mnie? Do dziś nie jestem przekonany, że postąpiła słusznie nie ulegając moim prośbom. Ale ten temat pomińmy w tym momencie, bo to zupełnie inna ścieżka rozważań.

II.

Jest koniec 2024, ostatnie tygodnie. Przejechałem kontynent, by szukać naszych (moich i mojego Johna) śladów. W prowincji i mieście, gdzie się poznaliśmy i zakochaliśmy bez pamięci tego dnia, gdy pierwszy raz się spotkaliśmy; i dalej jeszcze, na kraniec kontynentu: do Vancouveru, który był naszym najpiękniejszym i niezapomnianym domem przez długie lata. Chodziłem pod te adresy, jak na jakiejś pielgrzymce, którą musiałem odbyć. Taka droga pątnicza?  Pisałem już bodaj w swoim blogu, iż wydawało mi się nawet, że go znalazłem, że szedł obok mnie, trzymał mnie za rękę. Było to bardzo miłe wrażenie, ucieszyło mnie. Ale smutek, strata są zazdrosne. Nie uznają takich nostalgicznych spotkań, takich wyimaginowanych spacerów. I w pewnym momencie, gdy już bardzo miło mi się moim Johnem chodziło spacerując po Stanley Parku, po uliczkach centrum w Vancouverze – ten smutek chwycił mnie silnie za gardło i rzucił na bruk. Tak po prostu, jakby mówił: czas się obudzić i spojrzeć rzeczywistości w twarz. Co jest też pewnym oszustwem, bo jeśli coś odczuwamy naprawdę to – choć nie jest to rzeczywistość materialna – wszak jest rzeczywistością emocjonalną.  Niestety, strata nie ma jakichkolwiek inklinacji do wdawania się w dyskusje lub targi uczuciowe. Moja odpowiedź na ten gwałt zadany mi była prosta, zwięzłą, jak spowiedź. Słowa wyszły same szeregiem krótkim, nielicznym. Były silne do tego stopnia, że siadłem na pobliskiej ławce i zapisałem je w notesie bez zastanowienia się, bez jakiejkolwiek formy. Bez literatury, choć literatura umożliwiła to i bez wątpienia w jakiś sposób miała wpływ na ich kształt, ilość i dźwięk.

.

Tak mi ciebie brak

i tak brak mi słów

by to opisać

nazwać dotknąć

pozostał tylko krzyk

dziurawiący ciemność

rozpostartej nocy

sięgający ostrzem noża

w zakamarki zmarłej duszy

uparcie żyjącego ciała

po co?

            Naturalnie, że żyję. Przejechałem przecież ponownie cały kontynent, by to życie życiu przywrócić. Odnaleźć nasze ślady. Ślady naszej miłości. Ślady Ciebie, twojego uśmiechu, twojej dobroci. Chciałbym napić się z Twoich ust tej dobroci, takiej zwykłej, bezceremonialnej, takiej po prostu. Spić z Twoich ust pełną czarę mojego szczęścia jeszcze niedopitą, jeszcze niewypróżnioną do dna. Nawet w dni niepogody wiedziałem, że jest słonecznie, w dni zimowej zawieruchy, że jest ciepło.

Teraz wszystko, co robię pozostaje niedokończone. Trwała jest tylko pustka. Przeraźliwa, obezwładniająca. Wszyscy wokół są mili i dobrzy, ale mówią nieznaną gwarą, niezrozumiałymi metaforami. Monette[1] mi to przypomniał.

III.

Od kilku lat nosiłem się z zamiarem przetłumaczenia trudnego tomiku wierszy Monette’a na język polski. Kilka pojedynczych zrobiłem, ale nigdy wystarczającej ilości czasu, ciszy i skupienia znaleźć nie mogłem. Dodatkowym problem jest forma, jakiej używa bardzo rygorystycznie i bez uwzględnienia (dość zasadniczej zdaniem moim) innej reguły: naturalnej płynności toku myśli i budowy zdania. Łamanie zdania w pól i we czworo tyko po to, by utrzymać format dziesięciozgłoskowca moim zdaniem jest gwałtem na poezji. I pewnie efektem zbyt długich i rygorystycznych studiów filologicznych. Po napisaniu tego, co wyżej rodzi się pytanie: dlaczego Monette ma być wybrany przeze mnie, jako idealny przykład poezji Bólu i Straty?  Zwyczajnie – bo był świetnym poetą, który jak nikt potrafił w poezji swojej pokazać pełną panoramę tych uczuć, emocji i refleksji. Bez ubierania togi tragika greckiego.  Jak te dwie sprzeczne z pozoru opinie pogodzić?  Nie mam zamiaru tego robić. Bywali i bywają poeci, którzy formie kłaniali się jeszcze niżej, ale sam ten tylko fakt głębi ich poezji nie umniejszał.

Wróćmy do tematu jednak, do poezji bólu. W pewnym czasie, okresie nie tak odległym i bardzo dobrze przez mnie pamiętanym, miliony młodych głównie mężczyzn poddano okrutnej próbie przetrwania mimo masowego żniwa śmierci. Triumwirat Zła ‘Reagan-Thatcher-Jan Paweł II”, przy pełnej zmowie milczącego przyzwolenia większości społeczeństw zdecydował, że nowa plaga była naturalną formą selekcji osobników. Że tak długo jak ,zdrowa’ większość (czyt. heteroseksualna) nie jest zagrożona – po co obciążać budżet badaniami i szukaniem antidotum?  Niech umierają. I umierali. Masowo. Na oczach wszystkich i wszędzie: w mieszkaniach, w szpitalach (w okrutnej izolacji), na ławkach w parkach, na ulicy.

To były czasy dżumy Camusa[ii] – z tą różnica, że ta ‘dżuma gejowska’ opanowała cały prawie glob. W przypadku Paula Monette’a ten glob, to było jego mieszkanie, ulice i miasto. Nie musiał, jak Camus’, uciekać się do absurdalności, do wyolbrzymień. Sytuacji bardziej absurdalno-tragicznej niż ta, która go autentycznie otaczała wyobrazić sobie nie można. Tak, to był wiek poprzedni, ale to był już jego schyłek, u progu obecnego. Świat był bardzo podobny do dzisiejszego.

Wiara Galileusza była przeciwna

Boskiej karzącą za mówienie prawdy

współwięźniom.  W Itali nie ma światka

gejowskiego, wszyscy chcą wyjechać

do Nowego Jorku, nie wiedząc jeszcze,

że już go tam nie ma. /…/

/…/    …….               w 1348 zaraza

pochłonęła trzecią część Florencji,

aż czterech z pięciu w Sienie i

nie było łaźni do zamykania.[iii]

(B.P-G, tł. własne, fragmenty)

IV.

            Doszliśmy do zasadniczej części tej epistemologii Smutku i Straty. Do „Last Watch of the Night” Paula Monette’a[iv]. Zbioru autobiograficznych esejów dekady AIDSA w USA. Dekady niewyobrażalnej dzisiaj, a przecież z równym okrucieństwem zmowy milczenia powtórzonej w Domach i Ośrodkach Starości  na początku ostatniej ‘dżumy’ – Covida. Wystarczy dotkniętych ‘dżumą’ zidentyfikować, jak grupę. Grupę do której nie należy większość. Żydzi, Czarni, Gejowie, bardzo starzy… Ktokolwiek, tylko nie większość. Nie ‘my’. Okazuje się, że dużo łatwiej wtedy manipulować społeczeństwem. Może nawet sugerować, mimochodem wskazywać, że np. pewne miejsca odosobnienia, izolacji nie są nieetyczne. Nie, broń boże obozy! To straszne słowo i koncepcja! Przecież my – społeczeństwo- po prostu chcemy zapobiec masowym infekcjom, nowych transformacji bakterii czy wirusa. Nic w tym złego nie ma, prawda? No, a poza tym każda choroba musi przejść swój kurs.

W latach 80. zidentyfikowano taką grupę. Zwłaszcza w ośrodkach, centrach, gdzie było ich wielu, gdzie zyskiwali sympatię i trochę cywilnych praw (choćby mieszkaniowe). Nowy Jork, Paryż, San Francisco, Los Angeles. Niezbyt dużo równouprawnienia faktycznego, nie – ale zmiany społeczne w tym kierunku podążały. A tu AIDS. Jak manna z nieba prosto w fartuszki religijnych maniaków, hochsztaplerów, siewców nienawiści z ambon telewizyjnych, prasowych i kościelnych. Krzyczeli: a nie mówiliśmy wam! To kara boska, że pozwalamy na takie zezwierzęcenie!

Dość jednak przypominania. Jedynie krótko to wspomnam dla tych, którym łatwo było zapomnieć ‘takie drobiazgi’. Większość ludzi niezbyt lubi rozpamiętywać sprawy i sytuacje przykre. To ludzkie i naturalne.

            Paul Monette nie mógł. On tym żył, w tym żył, na to umarł. Ale zanim umarł, chodził stale do szpitali, odwiedzać tam umierających kolegów i znajomych. Przede wszystkim opiekował się do ostatnich chwil umierającym przyjacielem i kochankiem. Potem drugim. Też do chwil ostatnich, do pogrzebu. Ale zanim był pogrzeb trzeba było ich myć, karmić, do ostatnich fizycznie możliwych chwil wyprowadzać na spacer, Trzeba było ich podmywać, zmieniać pieluchy, pościel. Wiedząc (choć ciągle mając promil nadziei, że ktoś coś odkryje, jakieś antidotum, ratunek), że ratunek nie przyjdzie.

Monette pisze o sobie. Podaje czyste, nieadornowane fakty, szczegóły, momenty codziennej rutyny dbania przez miesiące o kogoś, kto umiera. I w końcu tej śmierci. Kogoś, kto dziś byłby pewnie jego mężem, na pewno wieloletnim partnerem. Najbliższą z możliwych osób. Kiedy brat jego partnera (Rogera), który przyjechał z wizytą narzeka, że legowisko ich psa (Pucka) jest brudne i śmierdzi, Monette przypomina sobie ten moment i dodaje: Nie, tam faktycznie cuchnęło jak śmierć, gdy nazwiesz rzeczy po imieniu. Cały dom. I po prawdzie tylko Puck mógł z tym smrodem żyć, ze smrodem pola bitwy z płytkimi nieznanymi grobami. Ci, którzy sugerowali nową tapicerkę, jako sposób na trzymanie śmierci z daleka odwiedzali nas coraz rzadziej. I chwała Bogu.[2]

Kiedy przytacza ostatnie dni i godziny Rogera – pies jest bardzo ważna postacią w tej epopei przerażenia. Wiedzy, rozumienia – a jednak przerażenia bezsilnością i nieuniknionością. Pies swoja obecnością pomógł mu uciekać momentami od obezwładniającego smutku. Pies i … pisanie. Wspomina:

Przetrwałem ten niemożliwy do przetrwania pierwszy rok żałoby zmuszając się do zejścia z łóżka, bo ktoś musiał tego psa wyprowadzić; pisząc  aby nie myśleć.[3]

I zaraz wraca przed moje (piszącego te słowa) oczy obraz mojego pierwszego roku. Moim ratunkiem nie był pies, były wielogodzinne wałęsanie się po plażach, morskich bezludziach i notes, pisanie. Wymuszane, bolesne – a niezbędne, jak woda do przetrwania.

Monnette rozdział po rozdziale, przeprowadza właśnie takie studium, taką pracę epistemologiczną  Bólu Straty. Nie robił tego z potrzeb filozoficznych, badawczych. Nie. To wiwisekcja siebie. Próba zrozumienia, jak można było to przeżyć. Co pomagało, co hamowało przed nieobliczalnymi skutkami. Ale robiąc to pomagał nie tylko sobie, pomagał innym. Bo wymiar bólu, ciężar straty jest dla każdego trochę inny.

Monette przeszedł kawalkadę śmierci na AIDSA (Steve był jego kolejnym partnerem, który tak odszedł w szpitalu) łącznie z własną, nadchodząca powoli, ale nieuchronnie. Oczywiści nie zostawił zapisów ostatnich godzin i chwil. Mimo, że był świetnym pisarzem – nie był bogiem. Trudno nam samym opisywać własną śmierć po fakcie.

Ciekawym bardzo jest rozdział, gdy pisze o Kościele Katolickim i o sytuacji przyjaciół i znajomych, którzy z tym mieli wielki związek będąc czynnymi lub byłymi księżmi, zakonnikami. W tamtych czasach, w latach 80. O tym jak Ratzinger (późniejszy następca Wojtyły na tronie watykańskim) nakazywał biskupom i przeorom amerykańskim, by tępili i torpedowali wszelkie zamiary udzielania jakichkolwiek praw cywilnych homoseksualistom w USA. W Kościele pełnym nie tylko pedofilów, ale przede wszystkim homoseksualistów.[4]  Ten wątek w epistemologii Straty i Bólu mało ma do wniesienia, więc rozwijać go tu nie będę.

Głęboki ból utraty kogoś najbliższego, zwłaszcza gdy poprzedzony długim okresem spodziewania się jej (nieuleczalna choroba) i długim trwaniem opiekowania się tą osobą, aż do momentu zgonu, jest doświadczeniem nieporównywalnym. Zmienia tą osobę, która pozostaje przy życiu. Często ktoś taki próbuje różnych sposobów zewnętrznych i wewnętrznych (terapie), aby to zrozumieć. Ale terapia jest powiązana ściśle z leczeniem, leczy się zaś sprawy i ciała chore. Nie sadzę by żałoba była chorobą. Właściwszym jest rozumienie tego bólu, nie negowanie go lub reperowanie plastrem i pigułką. Być może właśnie badanie filozoficzne jest najbardziej właściwym dla zrozumienie tego procesu. Właśnie podejście epistemologiczne. I zagłębianie się w opisy innych, w sytuacjach zbliżonych. Oswoić ból Straty. Warto.

Paul Monette najpierw swoją poezją, potem tym pamiętnikiem-dziennikiem pomógł mi niezmiernie.


[1]Paul Monette | LGBTQ+ Activist, Poet, Biographer | Britannica

[2] ibid. s12

[3] ibid. s 14

[4] rozdział ‘My Priets’ zaczynający się na str. 54


[i]“Kronos” w pigułce, czyli wszystko, czego nie wiesz o Gombrowiczu | #literatura | Culture.pl

[ii] Albert Camus, „Dżuma”; napisana w 1947 opisuje lata pandemii dżumy w Oranie, w Algerii.

[iii] P. Monette, „West of Yesterday. East of Summer”, s. 19, frag. wiersza ‘Do GB z Tuskanii’ (wyd. z 1994)

[iv] Paul Monette, „Last watch of the night”; wyd. HarcourtBrace&Company; 1994, s.310

Spacer cienia – Walk of a shadow

Spacer cienia – Walk of a shadow

Chodzę moimi ulicami, zaglądam do moich kawiarenek. Do Naszych Miejsc. Uśmiecham się do mijanych ludzi, rozmawiam nawet z nimi.

Nagle spostrzegam, że jestem cieniem. Spoza ich świata, poza nimi, obok. Nie, nie umykam chyłkiem, jak złodziejaszek kieszonkowy, jak przemytnik. Ale przenikam między nimi jak cień właśnie. Taki nie całkiem materialny.

Siedzę teraz w jednym z pokoików naszego Queer Community Centre[i] na rogu Davie and Bute. Lubiłem tu przychodzić. Sam, z Johnem. Taki dom poza domem. To tu był pierwszy w historii nowożytnych olimpiad oficjalny Gay Olympic Pawilon (Pride House)[ii]. Po tamtej Olimpiadzie takie Pawilony stały się normą sankcjonowaną przez MKO (Międzynarodowy Komitet Olimpijski). Uroczy recepcjonista wita mnie z uśmiechem i pyta czy ma mnie oprowadzić. Uśmiecham się, znam tu przecież każdy pokoik i zakamarek; przesuwam się bezszelestnie (cienie robią to świetnie) korytarzykami do jednego ze znajomych pokoi, siadam przy stoliku, otwieram notatnik i piszę właśnie te słowa.  

Nałkowska używała w swoich Dziennikach często ten zwrot przy kolejnych wpisach: i znów zaszła zmiana w polu mojego widzenia. Ale tu teraz to nie pasuje. To ja – patrzący – przeszedłem zmianę.  Stałem się przeźroczystym cieniem.

Ile jest takich cieni spacerujących ulicami?  Czy mijam ich sam na skrzyżowaniach nie zauważając nawet? Może moja transformacja jest jeszcze za świeża, jeszcze nie zadomowiła się w mojej świadomości? Niełatwo, bo jeszcze słyszę stuk mojej laseczki i uderzenia cholewek na krawężniku trotuaru.

(English version)

It has been so peaceful and pleasant for the first few days here. Here – back to Our Home, Vancouver. You walked with me; you held my hand. At times – it seemed – you placed a kiss on my cheek.

But it changed abruptly. I noticed it on my second trip to Downtown Vancouver. I was alone. You were nowhere to be seen, to be touched. You were gone. As I know that you are.

Today I ventured closer to our first home on Capitol Hill in Burnaby, as I went to Commercial Drive in East Van.

Commercial is a lovely stretch of space between Hasting and Boadway, that contains people, their laughter, neighborly shopping in plentiful little shops, cafes. It is also a perfect mix of rich and poorer, accountants, architects and artists and artisans. Went to the Cultch Theater – the last play I have seen there years ago was a very good adaptation of “Waiting for Godot”, we went there to see it together, with You.

Stopped by Your favored shop on the corner of Commercial and Venables. Later I had sweets and excellent coffee in one of the cafes.

I looked everywhere. In vain. It came to me in a physical, sharp pain. As if something heavy and cold penetrated my heart. Something that screamed at me angrily: he is not here! He is gone! Oh, I so wanted to pick up a street fight with that screaming ugly IT, have even raised my walking stick a bit, was ready to shout back at IT: you are a liar! He is here, with me!

But there was no one around to scream at. The Screamer was not material, was invisible. But it was loud and clear.

You attempt to re-fight battles that you have had already lost is always futile.


[i] qmunity.ca

[ii] 2010 Olympic + Paralympic Games, Vancouver + Whistler, Canada | Pride House International

A walk with a notebook

Circle of Life

You walk through

the green and brown

maze of moss,

moisture hanging

in the air like

heavy breath

of decaying youth,

skin and yellowed

fingernails and eyes.

Walkways with names

of those, who can’t

walk anymore but

left a sign that they

were here, lurking

in the shadows

of moonlight,

made love at evening

between the fallen

giants of dense forest.

Who danced with

the Seven Sisters by

the Lovers pathway

to temporary heaven

of passion, sweat

and desire to live,

if only for a day.

Did they die

like the fireflies

of night pretending

to be butterflies?

Or did they whitter

to be old like

crumbled leaf of life

to remember those,

who died in a flash

of wondrous thunder?

Old lovers carrying

brown carton boxes

with the ashes

of their young lovers

to spread them

under the heavy

branches of the

sleeping giants

of Stanley Park.

Dec.01.2024, Vancouver

Powrót do domu – do Ciebie, do nas

Powrót do domu – do Ciebie, do nas
Crescent Beach, South Surrey

Podróż powrotna

Czarne sosny

w żlebach, na stokach

zwieńczone białymi szczytami.

Znałem wasze imiona,

znałem strumienie, które

z hukiem spływają w dół.

Ostatni raz jechałem tą szosą siedem lat temu. W przeciwną stronę, na drugi brzeg tego kontynentu.

Szukaliśmy portu przyjaznego.

W dolinkach i w zatokach

drugiego oceanu,

gdzie lasy rachityczne,

gleba czerwona,

fale wspaniale muskularne.

Szukaliśmy nowego życia.

Nie znaleźliśmy.

Zgubiliśmy Twoje.

A przecież to tu, nad tym oceanem opartym o potężne, wysokie jedlice Douglasa w wilgotnych puszczach – tu był nasz dom. I tam jadę tą szosą z powrotem. Sam, bez Ciebie. Szukać Twoich śladów.

Górskie mgły, niczym

firanki nieba,

wałęsają się między

koronami drzew,

opadają jak woalki

na skalne ściany.

Zaraz dojadę do Hope. Do Hope, do Nadziei – małego, starego miasteczka, które otwiera bramę do wielkiej doliny rzeki Fraser prowadzącej do Vancouveru.

Spinam ostatnią klamrę naszej epopei. Nagle, właśnie nad tym Hope ukazuje się mała pochodnia słońca. Rozchyliła kotary chmur i uśmiechnęła się do wracającego tułacza. Syna marnotrawnego, czy męża owdowiałego? Wierszoklety, któremu poza słowami nie pozostało już nic.

Jestem w domu bezdomny.

Przyjechałem do nas,

A nas nie ma.

Mimo to jestem,

dotykam naszych drzwi,

patrzę na nasze krajobrazy,

pukam w okna naszych mieszkań.

I nagle, niespodziewanie bierzesz w swoją dłoń moją rękę. Uśmiechasz się. Po prostu zwyczajnie idziemy razem naszymi ulicami trzymając się za ręce. Jak gdyby nic się nie zmieniło, nic się nie stało. Jakby nie było odjazdów i powrotów. Jakbyś żył.

Więc nie wydawało się, nie był to wybryk zmęczonej wyobraźni, splątany kłębek bólu, smutku, majaków. Nie – jesteś ze mną faktycznie. Może nikt inny Cię nie widzi, ale to jest bez znaczenia. Ważne, że my się widzimy, poznajemy.

Pójdziemy naszą ścieżką

przez Stanley Park,

od laguny do mostu.

Ogrody Różane nie

kwitną o tej porze,

ale my je zakwiecimy,

rozlejemy opary słodkich

zapachów różanych

i siądziemy na ławeczce

obok, trzymając się za ręce.

Będziemy. Ja i TY.

Spacer ścieżką pamięci przy naszych domach i mieszkaniach w Surrey, ranny spacer w Sapperton w New West, ścieżkami Stanley Park w Vancouverze.

Genealogia Krzyku

ECHA KRZYKU

Po schodach wierszy

idę do Ciebie

każdego dnia

i każdej nocy.

Spotykam na nich

słowa siedzące

na stopniach – samotne,

milczące. Smutne.

Bezdomni przechodnie.

Tylko okrzyk się wyrywa

z piersi, z lędźwi, z serca:

Wróć!

B. P-G, 10.2024


Czas nie jest łaskawy, jest okrutny w tej wspinaczce po krętych schodach. Poręcz pogięta, nierówna, spękana. Zadzieram głowę patrząc w górę i widzę niekończący się tunel, jak szyb w głębokiej kopalni. W półmroku migocą żółte żarówki ze zbitych abażurów. Idę. Które to już piętro? Zamknięte szare drzwi na klatkach schodowych nie mają numerów ani nazwisk. Tracę orientację czy to dopiero trzecie, czy już dziesiąte? Ile jeszcze pozostało, by dojść do ostatniego?

Szyb wydaje się teraz bardzo wysoki, bardzo głęboki. Wystarczy bardziej pochylić się przez tą kruchą balustradę, by skończyć tą wędrówkę do nikąd.


Halina Poświatowska pyta w wierszu:

czy świat umrze trochę

kiedy ja umrę

i odpowiada z charakterystyczną dla jej poezji pozytywnością:

a jednak

miło jest pomyśleć

że świat umrze trochę

kiedy ja umrę[i]

Nie podzielam jej optymizmu. Świat to jest wszystko, więc śmierć jest jego naturalną częścią. Jak liście,  które opadają jesienią, by wiosną nowe mogły się wykluć.

Może świat się cieszy na myśl, że nowe jasną zielenią się ukażą? Może patrzy z niechęcią na te stare listopadowe, podkurczone, zwiędłe ruloniki o brudnym, szaro-brunatnym kolorze? Może te płonące jeszcze złotem późnego września były urocze – ale te w listopadzie już świat znużyły. I szybko opadały szeleszcząc suchymi westchnieniami pod kopytkami saren i butami człowieka.


Kazimierz Wierzyński w wierszu „Okna”[ii] pisze:

Ciągną ich okna.

Skaczą.

(….)

Dlaczego nie pochwyciliśmy ich w locie,

Dlaczego nie rozpięliśmy w dole prześcieradła,

(,,,,)

Nie słuchają.

Stają na parapecie.

Skaczą.

Puste, otwarte okno

Przerażenia.

Puste mieszkanie

Otwarte na przestrzał.

Trwoga istnienia.

Bez wątpienia Wierzyńskim targało uczucie bezsiły, może nawet wstydu, że nie potrafili tego ‘prześcieradła’ pod spadającym z górnego piętra Lechoniem rozłożyć? Ale skoczył. Z lęku? Z mocy? Z rozczarowania?

Czy po prostu cały ten świat przestał być już jego światem … Nie wiem.  I nie wiem czy bym potrafił i czy bym chciał dać mu lepszą radę. Czy istnieje lepsza rada? Był słaby? A może był mocny? Świat, jako taki był obojętny, że jeszcze jeden liść spadł. A wy, którzy go opłakiwaliście? Przecież nikt inny, tylko wy stworzyliście tą człowieczą wersję świata, który wpędził go w neurastenię, w kompletne odizolowanie, życie pod dwoma osobami.  Świat nie jest okrutny. Świat, jako taki jest po prostu okrutnie obojętny. Tylko ludzie bywają okrutni.


Nadspodziewanie inne zupełnie, nieco zabarwione cieniem dekadentyzmu, a nawet Przybyszewszczyzny, i paradoksalnie żywiołowej tężyzny są wiersze wyjątkowej poetyki Paavo J. Haavikko[iii] – poety fińskiego, dziecka europejskiego modernizmu, już skażonego podmuchem postmodernizmu: ambiwalencji, pewnej ironii wobec surowych i trwałych elementów tradycji i kontynentalnej i rosyjskiej (kultura fińska targała się między tymi dwoma molochami światopoglądowymi, omal metafizycznymi). Jest ‘fińska’ w swej surowości, oszczędności. A przecież pobudzona duchem Sibeliusa i jego artystycznym wywodem muzycznym z wyraźnym elementem lokalnego patriotyzmu. Ma więc  paradoksalnie elementy późno-romantyczne, więc oparte na innych strukturach zapisu (muzycznego, słownego, malarskiego, generalnie: narzędzi twórczości artystycznej jakiejkolwiek).  W jego przypadku przymiotnik ‘fiński’ ma kolosalne znaczenie. Jest zakorzeniony po szyję w geografii i surowym klimacie Finlandii. Jest wręcz fińskim naturalistą i niemalże otoczony mgłą skandynawskiego pesymizmu. Przestrzega przed wspominaniem.

Nie wspominaj

Umarli

wspominają umarłe,

kwiaty jesieni

wspominają ośnieżone

kwiaty wiosny[iv]

Oskarżenie? Przestroga? Normalna kolejność pór życia. Mimo to mówi: nie patrz wstecz.  Prawie to Asnykowskie: trzeba z żywymi naprzód iść[v], tyle, że w surowej topografii fińskiej. U Havvikko znajdowałem zawsze konsekwentną egzotykę zimy i jednocześnie witalizmu męskiego. Jakby krzyczał: trzeba płodzić żeby rodzić! I jest bardzo – jakbyśmy dziś powiedzieli – mizoginistyczny. Dzisiejsza wrażliwa empatia aż się wzdryga przed takim, mechanicznym omal, postrzeganiem kobiet. Nasienie jest pierwsze, a jajo to tylko wygodny transport Życia, przetrwanie. Autobus lub pociąg, do którego się wsiada by dojechać od A do B.

Ten aspekt jego poezji nie podoba mi się dziś, w XXI wieku.  Ale – poeta to nie filozof, to nie psycholog.  Nie pisze po to by się podobać, ale dlatego, że ma coś do powiedzenia. Coś nadzwyczaj intymnego. Jeśli pisze, by się podobać – powinien zająć się czymś praktyczniejszym.  To zupełnie poboczne jednak uwagi. Nie interesuje mnie w tym tekście ‘sympatyczność’ poetów. Interesuje mnie ich poezja w opisie Straty, Krzyku, śmierci sensu życia.


Nie wiem czym jest mój nieustanny, nieprzerwany krzyk. Głuchy. Ale powoli rozrywający membrany moich uszu. Żyję by pamiętać – pamiętam, bo żyję. Dnie i noce na brzegach: morza, jeziora, śmierci i życia.

Każdego dnia, jak w tych dniach ostatnich, wywożę cię na spacer. Choćby tylko po to, by wysiąść z samochodu i przejść kilka metrów. Byś żył, widział, oddychał, patrzył na kwiaty, na ocean. Nie chce cię zamknąć, jak w sarkofagu, w naszym mieszkaniu.

Wyrywałem cię Śmierci każdy dzień, który mógł być ostatnim. Potem każdą godzinę. Przy minucie, gdy nadeszła – przegrałem. Śmierć, wydaje mi się, była też zmęczona tą szarpaniną i powiedziała: dosyć. I zrobiła, jak powiedziała.

Mimo to, zdążyłem raz jeszcze ją oszukać na moment. Może po prostu machnęła ręką znużona moim uporem. A ja wyszeptałem ci wtedy, na tym metalowym łóżku szpitalnym, które stało się w tym momencie naszym pięknym i ciepłym łóżkiem – wszystkie nasze dni szczęścia, które mieliśmy, każdy kolor mojej miłości do ciebie, każdy smak Naszej miłości.

               I zostałem sam. Bo w smutku, w Stracie musisz być sam. Jak powiedział mój szalenie ważny poeta, bard mojej i wcześniejszej o dekadę tylko generacji, generacji epoki AiDSA,  Paul Monette[vi]:

(…)

ból nie jest kwiatem ból jest korzeniem

jego żywiołem jest ziemia gdzie rozkład

pozbawia kości wszystkich naszych radości

owianych deszczem i nic nie rośnie

 miłość życia wzdycha by kwitnąć ogrodem

przymuszona leżeć jak sekret kwaśnej cebuli

w kopalni  bólu ruda pulsuje nabrzmiałymi żyłami

(tł. własne, B. P-G)

Pamiętam ich umierających, jak kwiaty więdnące nie w sierpniu, a w maju. I ten głuchy krzyk bólu i bezsilnej rozpaczy ich kochanków. Nie mogłem jeszcze wtedy tego zrozumieć, byłem za młody chyba? Śmierć traktowałem w romantycznym wymiarze, dobrego Czarnego Anioła, który otula nas wielkim, puszystym czarnym skrzydłem, odsuwa ból i cierpienie, daje spokój. Widziałem umierających a nie widziałem tych, co pozostawali. Nad nimi żaden anioł nie rozpostarł skrzydła ukojenia i ciszy.  Pozostał im głuchy Krzyk Bólu.

Herbert inne szlachetne wygnanie miał na myśli pisząc w „Potędze smaku”: Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu / książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie”[vii] , ale jakże pasuje do definicji Krzyku Straty – książęta moich zmysłów wybrały wygnanie. Celowo pomijam ‘dumne’. Nie ma w tym nic z zarozumiałej dumy, wyższości ‘uduchowionej osobowości’. Nie. Wewnętrzne wygnanie, stworzenie pewnej cichej bariery od świata zewnętrznego jest jedyną rzeczywistością w jakiej mogę funkcjonować.

Dzięki tej rzeczywistości mam możliwość uśmiechania się, uchylania kapelusza, nawet beztroskiego żartu z rzeczywistościa zewnętrzną.

 


Koło mostku nad Szprewą, w centrum Berlina,

stoi wielka, przygnębiająca czarna Katedra

królów pruskich. 

Na mostku, naprzeciw mnie stoi mały chłopczyk.

Gra na skrzypkach. Chyba Schuberta. Hałas uliczny

samocodów i ludzi.

Nie mogę skupić się na dżwiękach by być pewnym,

czy to Schubert czy Brahms lub Schuman.

Głuchy Beetoven

nie słyszy nic. On słyszy tylko Bacha, ludzki

hałas na mostku i na pruskiej promenadzie

nie interesuje go.

Stukając pantofelkami, z laseczką idzie

do Ogrodów Tiergarten prosto na postument,

siada z Mozartem i Haydnem.

Odgrodzili się od świata ulic i zgiełku

za drzewami parku. Od świata rzeczy zwykłych.

Ptaki robią im koncert.

Wieczorami idą na piwo do bier stube

na Potsdamer Platz. W perukach, pończochach, pudrze.

Nikogo to nie dziwi.

Zwyczajna trójka transdżenderów szukająca

przygód w popularnym na schadzki zakątku parku.

Uciekli rzeczywistości.

Oni też.

(B. P-G, 10.2024)


[i] Antologia „Po schodach wierszy”, wyd. LSW, Warszawa, 1993; s.194

[ii] ibid. s. 272

[iii] „Białe Kamienie”, Paavo J. Haavikko; PIW, Warszawa, 1978

[iv] ibid. s. 27

[v] Adam Asnyk, „Daremne żale”

[vi] „West of Yesterday, East of Summer”, Paul Monette; St. Martin Press, New York, 1994; s. 31

[vii] „The Collected Poems, 1956-1998”, New York, Ecco; 2007; s. 409

Walk through time

A tear runs

through your

cheeks like

a stream of

clear pearls.

A flicker of sad

smile dances

in your eyes.

I kiss and

and wipe them

with a touch

of my fingertip.

No sadness please,

I plead with you.

Cry with happiness,

not with sorrow today.

Rejoice with that

memory, with that

journey in time.

Moment of coming

back to that town,

that place, that night.

Your flesh is warm

tonight, your eyes

are dreaming again,

your lips are trembling

and waiting for a kiss.

Tonight is our time

again, our gods

are giving us the gift

of Love, of promise

eternal to keep.

It won’t be broken

and it won’t be buried.

Just as you are real

tonight, sitting in a flesh

next to me, sending

quivers of anticipation

down my spine

and making me

sing again psalms

of thanks for

passion known

to young hearts

and old souls.

Be with me.

I had so many

long nights

of despair and

emptiness of

that vast bed

left only to

my body getting

smaller by the day,

by the night,

 by the hour.

It was vast indeed,

that empty space

of our bed,

that turned into

the desert of Gobi,

 the desert of Rumi’s

lover wandering

days on end

and nights under

stars flickering

above – for whom?

 I have built

a fort of our Love

on forgotten,

lost and wild

beach of North Atlantic.

Because I couldn’t

look at the vast

empty bed of ours.

Even that was

not enough.

Not even the friendly

powerful waves

I swam in.

Although, they did

took pity in my sorrow

and offered graciously

the peace of cold

vastness of their depths

far from the shores

and noise of human

plights and pitfalls.

 I run from them, too.

 I run nonstop

for hundreds and

for thousands of miles.

I run the way we came

to these northern shores.

But I run opposite way,

I run back to our home,

and back to the beginning

of our time,

our Love

 its birthplace –

where we emerged

from the cool and fast

waters of Elbow and Bow

Rivers, from the singing

mermaids of Fish Creek

at the foot of snowy peaks.

And I found you

wondering aimlessly,

blindly where all the waters meet

to become one.

And I grabbed you,

I hold you,

And I kissed you.

I won’t let go.

We will go again

to the other ocean,

to our home,

our waves,

our lovemaking.

Maybe we will go

On Capitol Hill there,

And walk to the small

trail down to

the inlet and find

the rock we liked

to seat on while

watching passing ships.

And we will plant

our souls there,

by that rock, under

that sky and moon.

Our souls will stay

there forever,

nothing will disturb them

separate them.

They will wave at

the shadows

of our bodies,

and will smile saying:

thank you. We will stay here.

And now you can go free.

Do you see now, My Boy,

why I did all of it?

The searching?

The running?

The travelling to

the beginning of time,

to the birthplace of Love

and Lovebearing?

Now you can’t

be sad anymore.

I can’t despair, either.

We were just vessels

for our souls

and our souls are

together again

till the end of times.

Our mission is done.

Let the sadness

be happy, fulfilled.

And smile at me once more.

I will kiss your

happy tear, too.

Thus, the saga ends.  A saga of Love I had, a saga of Love I shared with My Boy. Or Love he had and shared with me.

I have written about it, that Love we shared, many times on these pages. At times it was a scream of pain and despair; at times pleading with Fates to turn time back, before that tragic day when My Boy died in my arms; at times it was rejoicing the time we had; or proclaiming urbi et orbi that he is alive in me, is part of me. None of that was a lie or imagination. We search for words and ask our imagination to name things we can’t truly comprehend or fully accept.

But the simple and honest answer is that my life have changed few times irrevocably: I was a different person before I met my Lover and become a different one after that meeting, absolutely and instantly understanding that I just can’t exist anymore without his presence in my life; the day My Boy ceased existing in a material world – I become once more a different person. I remembered, I resembled that previous versions of me, shared our common life – but I wasn’t IT anymore. And I know that it never will. Wish that it wasn’t like that – but accept that it is. Mostly – I’m filled with awe that I found my soulmate, soulsharer. A gift so rare and precious it escapes a name. But you do know and recognize IT the moment it appears.

One of the greatest poet of Romanticism,  Adam Mickiewicz , wrote in his major drama “Dziady” famous sentence ‘Gustavus obitt – hic natus Conradus’[i] that begins the spiritual transformation of the main character of his long poem. But that transformation starts and continues for a very different reason  and goals. The hero (Gustav) has a vision and proceeds to become a different person. I did not have any visions, nor did I planned to become someone else. Indeed – I never had become someone else. Emotional events have made major changes in and of my life. It changed me very much so, but it did not erased my past. I still carry it with me, the good and the bad.  A gift of great love – if you receive one, and it is a rare occurrence – carries great peaks of pleasure and happiness … but it also could carry an immensely deep pits of darkness and sorrow. So dark and so deep it could swallow you whole. Am I advising you not to seek such love, not to try? No. But if I can be bold, I will say that walking up and down pleasant hills is not the same as climbing Mt. Everest. And many who did neither reach the peak nor returned. My climb or rather descent is only two years old. And I am still not sure if I will return to safe shelter.


[i] (translation from Latin) Gustav dies – Conrad is born

Miejsca. Places.

(in Polish)

Miejsca. Miejsca … to taka specjalna przestrzeń geograficzna i emocjonalna. To tam, gdzie kiedyś ludzie kładli kamienie, budowali kapliczki lub kopce. By odnaleźć potem samemu lub zostawić ślad, drogowskaz dla następnych. Drogowskazy, że tędy droga.

Moje pożegnania z naszym ostatnim domem w Nowej Szkocji od miesięcy wielu do takich miejsc zawsze prowadzą. I zawsze jakiś kamyk tam kładę, jakieś wspomnienie zapisane w notesie, jakiś wiersz. Te literki i słowa to moje kamyki – byliśmy.

Dziś na plaży Conrada, ostatnie chyba moje pożegnanie, ostatnia kąpiel w falach grzywiastych w tej prowincji. Ostatni nasz spacer tam.

Fala

I cóż falo
ostatnia na tej plaży?
Mojej wizyty
też po raz ostatni.
Czy zmyłaś
ze zmarszczek dni klęski
i dni zwycięstw?
Pocałunki i łzy,
czułe westchnienia
i przekleństwo bezsilności?

Pieścisz mnie jeszcze
białą pianą pasji
niespełnionych do końca,
a potem odpływasz
w swe głębie
znudzona romansem
nie zaczętym,
nie skończonym.

(Conrad Beach, 01.09.24)

(po angielsku)

Places. Places are special geographical and emotional spaces. It is where people, lovers, parents with children left stones on the hills, build mounds, erected structures or symbols of their gods in their marches through millennia. So others can follow or so they would find their way back.

My goodbyes with our last home in Nova Scotia took me a long time. Time to trace them back, find my way. But I did it. I have found them for the last time. I have left my ‘stones’ on the shores an on the white pages of my notebook. The ‘stones’ are my letters and sentences written down on the white pages of my notebook.

Today was probably the last one. I went to Conrad Beach for last swim in foamy waves of Atlantic. Our last walk there.

Time of snuggle

Come to the crescent of my arm,

I will place my hand on your shoulder

and we will walk on the shore.

On that line separating

land and water,

the sky and the mountains,

the Moon and the stars,

death and life.

Come. It’s time.

The time stolen from us –

I have found it.

Come, it’s time.

(Conrad Beach, 01.09.24)

Pride Parade in Ottawa

Pride Parade in Ottawa

Canadian Prime Minister Justin Trudeau has been known to be a friend and ally of LGBTQ+ community in Canada. In general, his personal and to a large extend political stance is in favor of inclusion and full participation in all aspects of private and public life of all segments of society. Long gone are old, somewhat paternalistic attitudes of tolerance. They have been rightfully relegated to history. The LGBTQ+ community does not need to be ‘tolerated’.  We need and are fully equal parts of all spheres of public life. It is those, who hold the disgusting attitude of homophobia that have finally become the true fringes of society in Canada.

But knowing very well our own, very long struggle against ostracism, against hatred and indeed physical violence, we (LGBTQ+ community) often sympathize with those, who face that hatred, scorn and ostracism for who they are. For many different reasons. None is more for the past months than Palestinian people, their children, the elderly being denied the most basic right – a right to their own country, on land they lived from time immemorial.

They are being slaughter right now, they have become a part of insidious and murderous way of shooting game: the Israelis tell them to move from one spot to the other and as they – terrified – try, the Israeli bombs are being dropped on their heads. As of now the number of massacred Palestinians stands at 40 000. They have no homes anymore, no hospitals, no shops to buy food, no schools. The other day an Israeli Jew (not even a military or police – no, private bandit) just came to a Palestinian home (far away from the Gaza executions of Palestinians) and shot dead the Palestinian owner of the home and declared it to be his now.

So there is no surprise that the LGBTQ+ community feels often and by large, as an ally for the Palestinians. They know the suffering, the persecution. That does not make as an ally of Hamas or advocating violence against Jews. But we will stand with the oppressed, the hunted, the ones, who are subject to the terror of state organized genocide.

This is not antisemitism. It is not hatred of Jews. This is pro-life, pro basic human rights, basic political rights. This is against creation of new Cambodian killing fields of Khmer Rouge.  I personally, a Canadian and a Pole, who is still traumatized of the history of Polish Jews during the second world war cannot fathom that their children, grand and great grandchildren, can do toward others the things that – at times – resembled, what was done to their forefathers during 2 world war. Maybe that comparison goes too far, probably it does. But emotions are hard to control, when you watch the news, see the terrified mothers trying to shelter their children, bodies of babies, people lining up to get some scraps of food.  

When I read the article in todays ‘National Post’ about Justin Trudeau and his government refusing to take part in Ottawa’s Pride Parade because the Parade organizers have a message of support for Palestinians in Gaza and that he did it because of pressure from Jewish organizations in Ottawa – it makes me mad as hell.  I don’t want MY prime minister to be an agent of Israel’s lobby. I want MY prime minister to be on the side of empathy, supporting the oppressed, the ones being slaughtered in thousands. The Justin Trudeau I remember and knew. Justin Trudeau the world fell in love with years ago for being such staunch supporter of the weak ones, the oppressed, persecuted.

And no, Prime Minister you have no right to co-organize another Pride Parade somewhere else in Ottawa by Israeli agents. The Pride Parade is organized by the organizers chosen by LGBTQ+ community in Ottawa. One parade. You are welcome as guest to that parade. You don’t have to come. You can even issue a statement why. But don’t dare to be the emperor, who will divide our community.

I will quote Liberal Party statement of that situation: “In light of recent decisions by the Capital Pride board, the Liberal Party has decided not to participate in Capital Pride events this year, and instead will host our own event to celebrate Ottawa’s 2SLGBTQI+ communities,” by Liberal party spokesperson Peter Lund.

Ottawa LGBTQI+ community organizes and hosts Pride event in Ottawa. One, done by us – not by the government and some Jewish activists in Ottawa. Period.