My Canada – A Tribute

My Canada – A Tribute

VANCOUVER

My Canada from ocean to an ocean, from the shores of Atlantic to the shores of Pacific, from Halifax to Vancouver. My Canada intrinsically tied to my John, our Love; his gift to me. Through our meeting and romantic story straight form the pages of Petrarka ‘Beatrice”, from the ancient lovers of Greeks and Macedonians, of Mesopotamians, of Sumerians.

Would I have loved thee if I never met John? Likely, for what there is not to love about thee, Canada? But it would have never consumed me as much, would have never made me such a fervent and ardent lover of this country. My personal private love of John’s Canada for ever etched in my soul and mind.

Halifax Atlantic Fleet

Let’s start with were it all begin in earnest, from our first own home belonging only to us. We met and fell in love almost on the slopes of towering peaks of Rocky Mountain. But it wasn’t till 1994 when we came here, to Greater Vancouver to start a new life in our first own apartment – our Home. On Capitol Hill in North Burnaby. But truly – for us here it is just one big Vancouver. A galery past and recent pictures of that amazing city on the shores of Pacific.

I just noticed that most of the pictures are of people much more than places … . But it is true – it is the people dear or important to you that makes a place – Home. A true home. Where you ar not a tourist, you belo g there, you are IT. My family, dear friends from work and my art promotor activities with poets, actors, musicians from Canada and Poland.

and Atlantic with Halifax – where it all begun for Canada, for entire North America de facto.

Thus end my own journey across the continent, from West to East, and back to West. My Journey of Love, love gifted to me by my own personal love, John. He was, still is in some way, my love to Canada, love of Canada. It begun some odd forty years ago. It didn’t change, it grew stronger perhaps. In a world of growing tensions, being ripped apart, sold to the highest bidder by two megalomaniacs, one from New York and Florida, other from murderous shadows of Kremlin – this country remained true to it’s Canadian core: polite, smiling, carrying. My Canada – a gift that I received from John. Gift of love to good, country, good people. Caring – as he was.

When Drag Queens Celebrate – they do so in style

When Drag Queens Celebrate – they do so in style

Few days ago in an old mining town of Squamish was a very unusual concert/happening. On the 14 of June Entire group of drag queens descended on that little town. Pandemonium! Out of all the places they choose … an abandoned, old ore mine that used to be the back bone of the community way back when. And it was glorious idea – spooky, very acoustic, with entire walls, where the ore was actually excavated, surrounded us on all sites. I am talking few stores high above the gathering platform for guests and artists. Strategically placed lights shown the intricate colours of the rocks – from most abundant copper, to nickel and even gold. As years gone by, resources dwindled and the mine was closed. Most of you know the town by the characteristic vertical massive mountain-rock used by hiking adeventure-seekers. Most would pass the the town on the way to Whistler. I used to do some hiking in this neighborhood toward the mouth of How Sound.

Definitely I was not wearing high heels during these hikes, LOL. Would have fort hat concert – but my injured leg would not allow me. Found a fun way to stress the drag tradition, LOL. Nothing like an old red Chinese woman dress. I am sure I will find some use for it later, too.

Here is some pictures and some short videos from my YouTube channel.

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Nowe sylwetki w życiu polonijnym Brytyjskiej Kolumbii

Pokolenia, wojny lokalne, wojny światowe, skomplikowane życiorysy, przeszłość, która osobom wrażliwym kładzie się cieniem nad teraźniejszością. Tak zaczynać mógłby się wstęp do każdej opowieści polskiej między końcem istnienia I Rzeczypospolitej od XVIII, do prawie końca XX wieku. Marsze, zbieranie tobołków, gubienie połowy tych tobołków w drodze, przesiedlenia wymuszone zmianami granic, nowymi gospodarzami ziem praojców, ratowanie mienia i życia. Bodaj najgorzej i najdotkliwiej dotknęło to mieszkańców dawnych Kresów: od Wileńszczyzny, Grodzieńszczyzny, Polesia, Mińszczyzny, Wołyń, Podole, hen aż po Pokucie. Dotykało to ich kilkakrotnie w życiu jednego tylko pokolenia między 1914 a 1945. Dochodziły też lokalne mordy, walki z sąsiadami, którzy skutkiem podżegania etnicznego lub chęcią zwykłej grabieży chwytali za siekiery, karabiny lub organizowali lokalne oddziały paramilitarne.  

                Trochę z tych cieni, pewne pokłosie tej traumy przesiedleńczo-wygnaniowej spada na nowe pokolenie. Pokolenie, które urodziło się i wychowało już w zupełnie innej krainie, hen, tysiące kilometrów od jakichkolwiek ziem polskich w jakimkolwiek okresie historycznym. Mówię o dzieciach i wnukach polskich emigrantów do Kanady, USA, Australii, Ameryki Południowej.

Jak zawsze w życiu jest, każdy nieco inaczej funkcjonuje i traktuje swoje własne rodzinne ‘bagaże’ emigracyjne.  Jedni urodzeni już i wychowani na nowej ziemi, w nowym kraju adaptują się bardzo łatwo.  Inni maja kłopoty, które często są pokłosiem kłopotów ich rodziców.

Znałem w Kanadzie bardzo dobrze polską emigrację czasów II wojny światowej. Nikt z nich de facto nie ‘wyemigrował’  do Kanady. Nie obudzili się pewnego ranka gdzieś w Warszawie, we Lwowie lub Stanisławowie i nie pomyśleli: o, pojadę sobie zamieszkać w Albercie, lub w Ontario kanadyjskim. Nie, tą decyzję podjęła za nich bezwzględna Historia i trzech panów o nazwiskach Churchill, Roosevelt i Stalin w pięknym hotelu w Jałcie, na pięknym Krymie. Oni byli po prostu żołnierzami polskiej armii, która z dala od ziem polskich biła się o tą Polskę, w której do tej armii wstąpili. I nagle ta „Polska’ przestała istnieć.

Morze atramentu na te tematy wylano w ostatnich 80 latach. Nic nowego tu nie dodam. Ale ciągle spotykam się z pokłosiem tamtych wydarzeń.

               Wstęp ten zarysowuje tło historyczne pierwszej i drugiej generacji Kanadyjczyków polskiego pochodzenia tu urodzonych[i]. Pokoleń generalnie straconych dla aktywności i działalności w ośrodkach i organizacjach polonijnych. Ich rodzice i dziadkowie, którzy tu przybyli w dużej mierze nolens volens – żyli we własnym świecie grajdołku polonijnego. W Kanadzie, ale obok Kanady. Ich dzieci i wnukowie już tu urodzeni i wykształceni nie mieli po prostu z nimi wspólnego języka.

               Wszystkiego tego byłem świadom i pamiętałem od tym przed moim spotkaniem z ‘elektronicznym’ znajomym( i przyjacielem chyba),  Chrystianem Stanleyem Ciesielskim. Chrystian pojawił się na polskiej scenie w Vancouverze już po moim stąd wyjeździe w 2018 roku. Czytając moje wpisy na mediach społecznościowych, moją konsekwentną działalność w organizacjach i grupach pro-demokratycznych (zwłaszcza po ataku PiS na polskie prawa obywatelskie, niezależne sądownictwo) – nawiązał ze mną kontakt elektroniczny. Przez szereg lat prowadziliśmy długie i niełatwe rozmowy, wymianę myśli i poglądów.

W uroczej Galerii ‘George’[ii], gdzie miał właśnie wystawę swoich fotografii, spotkaliśmy się w końcu fizycznie.

Przed tym spotkaniem wybrałem się jednak we własną, prywatną wycieczką wspomnień wzdłuż ulicy Pender, zaczynając od Granville, aż do ulicy Abbott, gdzie zaczyna sią zaczarowany świat starego Chinatown. Szlakiem obok, ale niezbyt często wybieranym przez turystów. A szkoda, bo ten fragment starego Vancouveru w okolicach Cenotaphu, to architektura niezapomniana początków kamiennego, murowanego Vancouveru. Miasta, które rozwijało się od Water Street i starego portu.

Tutaj, obok skrzyżowania z ulicą Richard był kiedyś w piwnicy jeden z pierwszych klubów/kawiarń LGB (to był wtedy o wiele krótszy skrótowiec, LOL), nieco dalej, już przy Abbott otworzono chyba dwa ostatnie, już za moich czasów, kluby LGBTQ (wtedy już funkcjonował ten skrótowiec) – faktycznie były to dwa kluby obok siebie:  jeden dla dziewczyn, drugi dla chłopców. Lubiliśmy tu z moim Johnem przychodzić. Dziś zamknięte okna świecą pustką. Straszne to, jak łatwo my sami pozbywamy się swojej historii. O, jest tam duża plakietka o ‘LGBTQ+ Heritage site’ – tak jak wystawia się plakietki historyczne o ludziach i zdarzeniach sprzed stu lat… .  Zapominają moi młodsi przyjaciele, że ‘łaska Pańska na pstrym koniu jeździ’, niestety.  Napisy i plakietki, wystawy w muzeach, że było kiedyś coś takiego, jak społeczność LGBTQ plus cokolwiek. Społeczność, nie pojedyncze jednostki – a to nie to samo. To temat wszak osobny, do którego tu jeszcze kiedyś powrócę.

Wracajmy do galerii ‘George’. Urocze miejsce, zapraszające. I jak wspaniale, że nie na Robson, nie na Granville Street. Tam, na East Hasting i całym jej sąsiedztwie istnieje duża, barwna społeczność lokalna. Starsi, młodzi, dzieci. Jest żywo, gwarno. Tak, są też narkotyki i ludzie chorzy, biedni, bezdomni. W przeciwieństwie do moich wcześniejszych tu czasów – oni są teraz wszędzie. Kto ostatni raz przespacerował całą ‘wizytówkową’ ulicę Vancouveru – Granville?  Prawda, że wizytówka mało atrakcyjna?

W tym sympatycznym pomieszczeniu galerii George spotykam przemiłą żonę Chrystiana i panią prowadzącą galerię. W dwu salkach są eksponaty metaloplastyki, rzeźby i malarstwa (głównie w temperze – czy nikt już dziś nie maluje w oleju?) . W drugiej sali, na ścianie seria fotografii nocnego nieba robiona przez Chrystiana. Widać od razu jego fascynację tematem nocnego nieba, gwiazdozbiorów. Skądś mi znajomą, hmmm. Ach, no tak sam nocą wybiegałem nad Atlantyk łapać tych kosmicznych gości, LOL. Zalety Wenus do Jowisza,  in flagranti.

Po chwili zjawia się Chrystian. Oprowadza, tłumaczy. Są świeże jeżyny, jest i lampka wina. Francja –elegancja, mówię wam.

To była bardzo miła wizyta i pod względem wrażeń estetycznych, ale i etycznych, moralnych.  Tą drugą część etyczną, poszerzoną o uwagi i porównania filozoficzne kontynuujemy już pod moim domem w New Westminster. Przyznaję, że miło mnie zaskoczył dość dobrą ogólną wiedzą filozoficzną, a to świadczy o ciekawości poznania człowieka i siebie w świecie.

Pomyślałem też, jak wielkim atutem dla Polonii w Vancouverze byłoby mieć takiego reprezentanta w organizacjach polonijnych.  Naturalnie wiem, że Dom Polski nigdy w zasadzie Polonii generalnie ani służył ani ją rozwijał. Zajmował się po prostu biznesem. Robieniem pieniędzy. Rozumiem, że budynek wymaga opłat, ma koszty utrzymania.  Ale jeśli tylko po to jest, to ciśnie się pytanie: po co nam kolejny polonijny biznes, w dodatku ubrany w piórka ‘reprezentanta’ społeczności polskiej? Zapewne panom i paniom działającym tam wydaje się, że … działają, coś i kogoś reprezentują. To miłe mieć takie wyobrażenie. I pewnie czasem coś nawet zrobią, jeśli w kalendarzu imprez biznesowych akurat pojawi się wolne okienko. Tylko praktycznie nikomu i niczemu to nie służy.

Może właśnie funkcja koordynatora aktywności ściśle polonijnej i Polonii wyłącznie służącej bardzo by w takim ośrodku się przydała?  I czyż nie byłoby idealnie by kimś takim nie był emigrant z Polski, a Kanadyjczyk, który sam polskość wybrał z własnej woli?  Bo nowe wielkie fale emigracyjne się nie szykują na przyjazd. A dla tu urodzonych dzieci tych poprzednich fal, w tym grajdołku miejsca nie ma. Dla nich ‘siusiu, paciorek i spać’ nic nie daje i nic im nie ofiarowuje.

Dla działaczy, decydentów tego ledwie dyszącego światka polonijnego mam więc krótki apel, od faceta, który zęby zjadł na pracy dla Polonii i z Polonią: pomyślcie o tym. Inaczej nadejdzie czas już niedługo, że jedyne wydarzenia, jakie będziecie organizować, to będą … pogrzeby waszych kolegów i koleżanek. Biologia ma swoje prawa, niestety. A nieliczni nowi emigranci profesjonalni z Polski będą się prywatnie może organizować, bezwzględnie z dala od istniejących ośrodków, które pachną naftaliną na kilometr.

Ludzie tacy, jak Chrystian Stanley Ciesielski mogą ten proces przesadzić na zdrowe tory. Nie zniechęcajcie ich, bo robicie sobie niedźwiedzią przysługę. Być może kiedyś, dawno wydawało się nam, że przyjechaliśmy tu na chwilę, że jak się zmieni ‘tam’, to zaraz wrócimy. I budowaliśmy tu taką namiastkę drugiej Polski. Aż do form satyryczno-absurdalnych prawie. W Kanadzie ale obok Kanady. A zmieniło się w Polsce i my nie powróciliśmy. Normalne życie, zapuszcza się korzenie. Jedyne, co pozostało skostniałe, nie zmieniło się, nie adaptowało do nowych potrzeb i nowej rzeczywistości – to są właśnie skanseny organizacji polonijnych. Tyle, że skansen to muzeum a nie żywa rzeczywistość. Może czas to zmienić, uwspółcześnić, dostosować do życia, które przepływa mimo obok?

By to zrobić tacy ludzie, jak Chrystian Stanley Ciesielski będą nam bardzo potrzebni.


[i] wcześniejsze fale emigracji polskiej do Kanady między latami końca XIX i XX wieku przed wybuchem  2 wojny, to temat zupełnie osobny. Interesujący zwłaszcza w na tle konfliktu polsko-ukraińskiego emigrantów z Galicji Wschodniej.  Konfliktu, który w Albercie i Saskatchewanie zwłaszcza przybierał nie raz charakter napadów na osiedla, walki zbrojnej. Ówczesną bardzo nieliczna RCMP stroniła od interwencji w te konflikty i rzadko interweniowała.

[ii] Home | The Gallery George

ne me quitte pas …

ne me quitte pas …

 Ne me quitte pas,  ne me quitte pas śpiewa Simon[i]. Stara piosenka Brela otwiera świeże rany, otwiera wielkie, okrągłe oczy smutku. Nie odchodź … . Te dni okrutne, gdy odszedłeś. Jakże samolubnie ty sam, beze mnie. Dlaczego? Przecież mogłem być czulszy, słodszy, wierniejszy. Powinieneś, mimo tych wszystkich moich braków i ułomności, docenić naszą wspólną miłość, naszą a nie tylko Twoją lub moją i zabrać mnie w tą inną, nową drogę.

Tutaj, teraz bez Ciebie? Myślałem, że tu, w naszym najdłuższym pobycie i najsłodszym domu w Vancouverze znajdę smutno-sentymentalny uśmiech, odpoczynek, czas na refleksję. Początkowo nawet wydawało mi się, że tak jest. Nawet ciepło było i serdecznie na wycieczkach wspólnych z serdecznym przyjacielem. Rozmowy o życiu, o muzyce, troska o jego młodość by znalazł to, co w życiu najważniejsze, co mu nadaje sens najgłębszy. Miłość romantyczną.

Ale jestem już tylko skorupą i echem słów dawno wypowiedzianych, historii dawno przeżytych i ścieżek, gdzie trawa zarosła moje ślady. Tak, jak ślady nagich stóp moje i tego przyjaciela na piasku plaży, gdzie chodziliśmy. Zabrała je fala przypływu.

A rady? Rady dawane tym, co żyją mogą męczyć i nudzić po jakimś czasie. Nudzić adresatów. Wszak oni żyją teraz i tu, a ja mówię głosem z przeszłości.

Laisse-moi devenir

L’ombre de ton ombre

L’ombre de ta main

L’ombre de ton chie [ii]


ne me quitte pas

nie opuszczaj mnie

nie teraz jeszcze

miłość ciągle trwa

nie zostawiaj mnie

w tych lasach zieleni

szmaragdowym morzu

gdy kwitnie nasze życie

nie będę szlochać więcej

ni przeklinać dni i nocy

świeże kwiaty przyniosę

kochać będę miękcej

co jesień nam da

przyjmiemy jak dar

minut kilka jeszcze

ne me quitte pas

(B. Pacak-Gamalski, 03.05.25, New Westminster)


Mówiłeś do mnie, że ja jestem Twoim domem. Kłamałeś? To, dlaczego wyszedłeś i dom opuściłeś? Cóż dom zresztą? Deski tylko i meble. Nawet książki moje cóż? Są we mnie i tak, nowych stron już nikt nie dopisze. Obrazy? Tych kształt, odcienie i barwy też na pamięć znam. Więc, gdzie poszedłeś lekko by się razem szło, bez ciężarów, bez bagaży.

Podaj mi rękę, niech będzie jak most przez zatokę, ja po nim przejdę na Twój brzeg. Ta rzeka pod oknem moim teraz, rzeka, za którą jest nasz stary dom, jest tak szeroka, jak ta zatoka dzieląca Halifax od Dartmouth. Chcę na ten drugi brzeg do Ciebie przejść. Mówisz, tłumaczysz smutno, że tam jest pusto i nie ma nic. Nie prawda. Tam jest nasza miłość. Podaj mi dłoń i pomóż przejść na tamten brzeg i pusto nigdy już nie będzie nam. Zbudujemy tam wiszące Ogrody Semiramidy, gdzie ptaki będą śpiewać o miłości. I już nigdy nie będę sam.

Kamienne forty budowałem na dzikiej plaży nad Atlantykiem – nieme pomniki naszej miłości w Lower East Chezzetcook. Miesiącami toczyłem głazy, kamienie i kłody przez fale naniesione. Czy sztormy przetrwały? Nie wiem. Ale miłość nie może być samotna. Miłość musi mieć partnera. Więc wróć, podaj mi ramię i pozwól na Twój brzeg tutaj przejść. Ne me quitte pas.


[i] Ne Me Quitte Pas (Audio) – YouTube Music

[ii] frag. ostatniej zwrotki piosenki we francuskim oryginale

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

w zwariowanych czasach poszeptajmy o miłości

‘List’ dedykowany serdecznemu Przyjacielowi, W.

Mam pisać do ciebie.

Nie, źle mówię –

mam z tobą rozmawiać.

O czym? 

O życiu, naturalnie.

Nie, dosyć rozmów o śmierci.

O odchodzeniu,

o wiecznym bólu,

stracie i pustce.

To znamy, przeszliśmy

te drogi w lasach, na skałach,

łąkach i plażach Atlantyku.

Forty Miłości budowane

z kamieni i głazów w dzikich

mierzejach, piaszczystych

łachach pełnych muszli

żywych i martwych.

Oddaliśmy śmierci,

co było jej

i do niej należne.

Ale nie wszystko było jej,

o nie!

Miłość była nasza.

Tylko nasza – ani

życia ani śmierci,

żadnego z żywiołów.

Powiem inaczej – miłość

była naszym własnym żywiołem,

żadnym darem od żadnych bogów.

Może pierwsze zauroczenie,

może skrzyżowanie dróg –

ale nie Dom,

jaki z niej zbudowaliśmy.

Z balkonami, z tarasami

na świat i Kosmos

i na maleńki skrawek,

gdzie kradliśmy pocałunki

i szczęście, które bogom jest obce.

Więc chodź, siądź obok i porozmawiajmy o życiu. O ludziach, o naszych przyjaciołach i bliskich. O wrogach mówić nie będziemy, bo po co tracić czas na zajęcia bezużyteczne?

Obejmiemy ich ramieniem, przytulimy serdecznie. Niech wiedzą, że są ważni, są specjalni, wyjątkowi, niepowtarzalni w swoim pięknie i wartości. Przyjaźń nie musi być romantyczna i erotyczna by była piękna i pełna szczerej miłości do przyjaciela. Ale nie krępuj się im wmawiać uparcie by nie przestawali wierzyć, że jest gdzieś jeszcze – może za rogiem następnej ulicy? – ten, kto im tą drugą też chce podarować, tą z pocałunkiem gorącym, niecierpliwym, jak dłoń wędrująca szlakami zagłębień i wybrzuszeń ciała. Miłość szczera do przyjaciela daje ci prawo mówić o takich intymnościach.  Czyż nie pragnąłbyś by był szczęśliwy?

To nie są skomplikowane wywody o psychologii, socjologii interakcji między ludźmi – to rzecz zwykła w rozmowie serc i dusz. Oduczyliśmy się dawać im głos i nasłuchiwać ich głosu w harmiderze zajęć i oczekiwań współczesnego świata pośpiechu.

Złap go za ramię i pociągnij ku jakiejś ławce pod zielonym drzewem w parkowej alejce. Spytaj, co słyszy. Chcąc być miły odpowie pewnie: no tak, słyszę piękne świergotanie ptaków. Powiedz, że ptaszki tak, i owszem. Ale niech posłucha pieśni własnej duszy, muzyki, która w niej gra. To muzyka tęsknoty. Naucz go dróg szukania jej, znajdowania, otwierania ramion i serc na jej widok. I że przyjaźń nigdy nie będzie zazdrosna o czas, który tamta wielka miłość może jej zabrać. To nie będzie strata zaiste! To będzie wielki zysk szczęśliwego przyjaciela, który naturalna kolejnością rzeczy, pełnią swego szczęścia – szczęścia i tobie użyczy. Opromienieje nim własne otoczenie. Bo miłość nigdy nie jest zazdrosna, choć nie ma gwarancji, że będzie trwała. Cóż, młodość i atrakcyjność też mijają z czasem – czyż to jest powód, by młodością wzgardzić lub ją poniżać?

Węc nie pisałem

listu pisanego patykiem

na piasku plaży,

którego fale zanosiły

do głębin oceanu.

Ten czas też

już minął, choć był

bardzo wówczas potrzebny.

Napisałem list

do Przyjaciela

z zielonych wód

starego morza Salish.

O miłości naszej

i miłości, która

czeka niecierpliwie

na niego. Nie wiem

gdzie dokładnie,

nie znam jej adresu.

Ale wiem, że czeka.

Niech popływa,

niech pochodzi

alejkami, uliczkami

i niech ma oczy,

serce i duszę otwarte

na szept miłości

przechodzącej obok.

Chalice

I have missed you still

I have missed you by

empty night and by

colorless daytime

I have missed you

yesterday on my walk

I have missed you today

when I got up from bed

I have missed you last year

and I’m missing you

this year the same

I have missed you

three years ago

the day you were

gone

I do get up in the morning; get dressed, have breakfast; clean the dishes afterwards and watch some news. I don’t go to concerts anymore or much less than I did in Halifax. It was terrible there, where every street, every park, every store reminded me of us being there together.  It is terrible here, where everywhere I go, I remember when younger us walked together. You are everywhere, and yet I know that you are nowhere. You are gone. Forever.

It was going to be easier they said, and I thought it would. It is not, or it is by the virtue that you can get used to even chronic pain. But the pain is not lesser and it is tiring all the same. After a while you are just tired of that chronic pain. You have had enough and you want to be gone, too. What is the point of maintaining that, which will never ease, never go away?

Oh, I know that mine is not special or rare and distinct. But suffering of others does not ease your pain. That would be a sick perversion. I know that you are no longer have any worries, unhappy days or sadness. You can’t ‘cause you are gone, nonexistent anymore. But it is the memory of you that pains me so much. I am the only holder, only chalice where you exist. For as long as I live, I will be that chalice containing you, and the pain.

Right now I am in the process or refurbishing my life again. Moving to place where we used have our happiest days, decades actually. No, not some sort idyllic frolicking in flowery meadow. A life with its bad days, but live full of love, nonetheless. It did exited me, when I got that idea, and I got struck with realization that I will be walking these trails, street, places as alone, as every day I did since you were gone. Yet, I’m looking forward to it. Strange. Somehow, can’t explain logically how it works, that chalice full of pain will not be as heavy? Or I will understand perhaps better why it is so heavy. Understanding a process might make it easier to go through it.

Yes, there is also that element of egoistic pleasure of ‘coming back home’. Sort of making it the full circle. Of course big part of that circle would be reconnecting with my old friends. Very dear people: older, younger, my age. Somehow our life and love did not preclude both of us from pursuing our own interests and social circles.  Much more on my part perhaps, not by design though or special privileges. I just did.

It will not make me happy in a conventional meaning of the world. It will however (or not?) allow me to live again, smile at times. Smile honestly, not politely.  

I will miss you

tomorrow again

I will miss you

as I did yesterday

I will miss you

till there is no longer

either night or day

in places we have lived

and places we have

never together been

until the chalice will

be broken and the wine

of life will be spilled

Place of Recpice

Place of Recpice

Place of respice

No. I don’t know anymore

where is that place.

Have travelled many

decades now, across

oceans and land masses.

I’ve met and loved people,

have been in love with Him.

From airport to airport,

from train station to another

far away, in different city.

Gathered things and lost

all of it somewhere.

I have met friends, who

offered shelter and whom

I have helped, when help

was needed on a bad day.

But where is that place

of respice, of wisdom

learnt from this world,

from travels, loves

and friendships dear?

10.02.25

Nothing, nothing has changed since THAT year. A year when everything stopped for me. I have tried, have searched, got engaged in other things, re-connected with some friends. Yes, there were good days, maybe even weeks. There were jolts of enthusiasm, new plans. It never lasted for long. Not for lack of trying or lack of wanting. It is just, just that the weight of that year, of these days watching him slipping through my fingers, arms, my love, always finds me and whispers: you have not tried hard enough. It is not that I don’t know, that he would want me be alive and enjoying the surroundings, the places, faces and smiles. Especially these places here,  where we truly had our home. And gosh, we were happy.

Would he, if we changed places and roles? I think a bit more than me. I think he wouldn’t have carried such a heavy rock on his shoulders. He would have enjoy more his friends and places perhaps. It was me, who wants more of people, who needs them to be beautiful and good, with no broken souls, light and accepting of fates. He didn’t need anything of anyone. He just wanted them to be. He had such a beautiful soul.

And now I am tired. I need to find that place of respice, of understanding, of accepting. I am ready to say ‘hi’ to the world as it is. Have no strength left to carry my luggage anymore.

Szkice z tamtego brzegu. cz.2

Nota edytorska: wstęp drukowany mniejsza czcionką jest powtórzeniem wstępu do cz. 1 szkicu, poświęconej powieści Douglasa Couplanda “Hey Nostradamus!”. Czytelnik, który czytał tamten szkic, będzie więc z tym wstępem zaznajomiony i nie musi czytać ponownie.

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale później wytłumaczę dlaczego jego jednak wymieniam.

            Zaczniemy od Sedarisa Let’s Explore Diabetes with Owls.[i]Powieść? Reportaż literacki? Zapiski z podróży?

Powieść jednak. Ale pisana chwilami, jak reportaż z podóży. Czy jak u Kapuścińskiego, mistrza reportażu literackiego? Niezupełnie. Sedaris to jednak fikcja literacka. Wsparta bardzo silnie elementem fotoreporterskim, ale powieść mimo wszystko. Są nawet duże fragmenty, które by można określić, jako zapiski z podróży autora i jego męża, a wiec też elementy pamiętnikarskie, biograficzne. To po prostu pisarz uciekający od ustalonych szablonów, w jakie w XIX wieku powieść wciśnięto. Myślę, że XXI wiek dał w końcu pisarzom carte blanche, jak chcą swój talent używać.

Od razu, bez pretensjonalności i skomplikowanych śrubokrętów myślowych, ale i bez jakiejkolwiek zarozumiałości (typu: Jestem gejem i noszę na sobie ciężar setek lat prześladowania przez społeczeństwa heteroseksualne!) robi rzecz widoczną sytuacyjnie i bez cienia wątpliwości, że opisuje podróże i perypetie typowe dla podróżujących lub mieszkających czasowo w innych krajach, a tymi podróżującymi jest para: on, David Sedaris i jego życiowy partner, Hugh.

Jest przezabawne (lub strasznie smutne) jak ‘powieści’ tego quasi reporterskiego stylu potrafią odzwierciedlać rzeczywistość ich czasów w kontekście rzeczywistości bieżącej czytelnika. Jak niemal groteskowo tą rzeczywistość faktyczną szkicują. Niczym profesor Zin węglem na tablicy (żyją jeszcze mam nadzieje ludzie, którzy pamiętają telewizyjne programy krakowskiego sympatycznego historyka-rysownika). Ot tak, bez moralizowania. Lub moralizując z tej strony niespodziewanej, przeciwnej widzeniu świata przez racjonalnych i etycznych ludzi.

Czytając ‘Think Differenter[ii] nagle znajdujemy się w republice MAGA dzisiejszego pana Trumpa (przecież jest to wszak prezydent żywcem wycięty z popularnych niegdyś komiksów horroru, powiedzmy z Gotham City – Trump to Black Mask wypisz-wymaluj) doby obecnej. Mężczyzna życiowo przegrany kompletnie i nienawidzący nowego, otaczającego go świata empatii i zrozumienia – swoimi niepowodzeniami obarcza kobiety (zwłaszcza swoje byłe żony, które porzucił), tych nowych ‘niby mężczyzn’, wszystkich wokół. Tylko nie siebie. I nagle przenosi się do stanu amerykańskiego (nie wymienia nazwy tego stanu, by broń Boże ‘ci nowi’ nie pozmieniali wszystkiego na nowa modę), gdzie stare zasady ciągle są norma. Zacytuję obszerny fragment końcowy tego rozdziału:

Nie powiem wam, gdzie to jest, bo chce by pozostało to niezepsute. Po prostu jeden z nielicznych stanów, gdzie chorzy psychicznie mają prawo nosić broń. Kiedyś to odnosiło się tylko do muszkietów, teraz mogą nawet ją nosić i mogą ją ukrywać pod kurtką lub płaszczem, jak każdy inny normalny mężczyzna. Jeżeli uważasz, że pacjent szpitala psychiatrycznego nie ma prawa przynieść dwururki z obciętymi krócej lufami do kościoła, gdzie jego była dziewczyna właśnie wychodzi za mąż, to ty jesteś częścią tego problemu. Prawda jest taka, że wariaci – którzy są faktycznie normalnymi ludźmi ale bardziej nierozumianymi – mają tyle samo praw do własnej obrony, jak my.  Żyj wolnością, a twoja imaginacja poszybuje wysoko. (….) tł. wł

Czy rzeczywiście nie przypomina ci to pewnych wystąpień, pewnej kampanii prezydenckiej kilka ledwie tygodni temu? Literatura to takie dziwne zwierze – snuje dzieje z przeszłości, a maluje tymi słowami teraźniejszość.

Wracając do jego powieści, tych elementów reportażu literackiego, polecam zabawny rozdział ‘Easy, Tiger’[iii]. Perypetie autora i jego partnera Hugha w poruszaniu się i porozumiewaniu używając popularnych wówczas kieszonkowych słowniczków. Pamiętam tą modę i te ‘bedekery’ doskonale. A opisują to na przykładzie Niemiec właśnie i Japonii. Przezabawne, ale i interesujące bardzo ich uwagi na temat wymowy i gramatyki niemieckiej. Jak ta twardość jezyka, jego pewna słuchowa interpretacja przypomina  … stukot butów niemieckiego żołnierza krzyczącego ‘Heil Hitler’. I ja w pierwszych wizytach w Hamburgu i Frankfurcie takie wrażenia miałem. Póki z językiem się nie osłuchałem. Na szczęście moje wizyty w Berlinie, który uwielbiam, bywały już po tym ‘osłuchaniu się’.

Z Berlina przenoszą nas w świat Dalekiego Wschodu – do Japonii. Dalej z tym słowniczkiem w kieszeni. Tam słowniczek bierze pod uwagę specyfikę Japonii dla turystów. I w zasadzie zaraz przenosi cię w świat gejsz, masaży i ewentualnego seksu. Naturalnie heteroseksualnego (to były jeszcze czasy, kiedy bez względu na prawa bardziej czy mniej postępowe – generalnie znały tylko jedną orientację: heteroseksualną naturalnie). Ale cały rozdział jest przezabawny. I jakże przestrzegający przed tymi kieszonkowymi słowniczkami. Zaprawdę dużo łatwiej jest po prostu spytać: czy pan/pani rozumie po angielsku. Łatwiej uniknąć niefortunnych nieporozumień. Przyznają w końcu, że te słowniczki to trochę typowy przykład zarozumiałości i infantylizmu turysty amerykańskiego.

Przenieśmy się w czasie i przestrzeni – jest okres lat 2012-2013. USA zezwala na związki cywilne, jednocześnie uznaje zawarte poza USA związki małżeńskie osób tej samej płci (pełna równość małżeńska nastąpiła w 2015 2w USA, już po napisaniu i wydaniu tej powieści-reportażu) a Sedaris z Hughiem przenieśli się z powrotem do USA.

Gdzieś, w jakimś ‘God’s fearing’ stanie wiele osób nie może tego pojąc. Sodoma i Gomora! Ich świat się wali, a bramy piekieł stoją otworem. Można znieść zniewieściałego fryzjera lub barmana w drogim klubie – ale małżeństwa?! To znaczy, że całe życie tego bogobojnego Amerykanina straciło jakąkolwiek wartość! A przecież nie było łatwe – nie rozwiódł się, znosił swoją gadatliwą i stale wydającą jego ciężko zarobione pieniądze żonę. Nie, nie dlatego, że ją kochał. Nienawidził jej. Ale była jego żoną, w kościele brali ślub i świat tak był ułożony. Albo jego córka- nieudacznicka, po latach i dwóch rozwodach wróciła do domu. Wstrętne, niewdzięczne stworzenie.  Ale jest znowu szansa, że wyjdzie za mąż ponownie i wyniesie się znowu z jego domu. A tu słyszy w telewizji, że ci zwyrodnialcy mogą teraz zawierać związki cywilne, mają prawie takie same prawa jak on! On! Bo ‘ich miłość jest równie ważna jak miłość między mężczyzną a kobietą’. Jaka miłość, co za miłość ma cokolwiek wspólnego z małżeństwem? Małżeństwo, to po prostu obowiązek. Pan Bóg tak przykazał, że trzeba mieć babę i płodzić dzieci. Więc siedzi w fotelu i patrzy, jak ten jego, jego przodków świat się wali. Bo każdy ma prawo do wyboru, wolności i szczęścia. Więc nie musi się więcej męczyć, nie musi patrzeć na tą podstarzała babę, która stale marnuje jego ciężko zarobione pieniądze, nie musi modlić się do Boga, by ta głupia córka znalazła jakiegoś kolejnego frajera i wyniosła się w końcu z jego domu, nie musi codziennie słuchać narzekania tej starej głupiej teściowej, która od niedawna zamieszkała w zamienionym z garażu pokoju. I rodzi się w nim postanowienie, że on z tej wolności skorzysta. Z tego ich ‘prawa do szczęścia’.

Przetłumaczę fragment i tej części, z rozdziału ‘I break for traditional marriage’:[iv]

‘Bonita,’ zawołałem ‘chodź tu’.

To leniwy babsztyl, moja córka, i w czasie zanim podniosła się w końcu z sofy i wdrapała po tych siedmiu schodach do kuchni, byłem już zupełnie gotowy.

‘Do cholery, tato, właśnie zaczynałam …’ i zanim skończyła, przestrzeliłem jej głowę. Ci ważniacy w Nowy Jorku zrobili śmieć z mojego małżeństwa, więc logicznie owoc tego małżeństwa był śmieciem też. To była przynajmniej jedna dobra strona tej ich decyzji.

Hałas wystrzału ściągnął z sypialni moja żonę. ‘Jezus Maria, co zrobiłeś naszej córce?’ spytała. I strzeliłem w jej głowę też tak, jak chciałem każdego dnia przez ostatnie trzydzieści dziewięć lat.

To może brzmieć niewytłumaczalnie, ale jeśli homoseksualizm nie jest więcej grzechem, to kto może powiedzieć, że nie jest nim morderstwo? Jeśli to daje ci przyjemność – rób to – ci legislatorzy, to zdają się mówić. Kogo może obchodzić, co myślą porządni ludzie?

Po zastrzeleniu żony i córki, wziąłem nóż do rąbania lodu i poszedłem w kierunku garażu. /…./

 Tegoż garażu, gdzie mieszkała jego schorowana teściowa. Naturalnie, że ją nienawidził. Tak, użył tego noża, a ciało teściowej wyciągnął na tyły posesji. Sedaris absolutnie nie narzuca tu jakiejkolwiek narracji autorskiej. Opisuje po reportersku reakcje wielu ‘bogobojnych’ ludzi. Czy akurat ten jeden przypadek miał gdzieś faktycznie miejsce? Nie mam pojęcia i nie chce mi się robić dokładnych poszukiwań. To bez znaczenia. Doskonale wiemy ile było w dziesięcioleciach powolnej emancypacji gejów i lesbijek morderstw, okrutnych pobić, tortur, gwałtów. Pamiętamy ‘bogobojną’ Anitę Bryant z Kalifornii i jej nawoływania, formowania omal szturmowych oddziałów przeciw ‘zarazie zboczeńców’.[v]

W kolejnych rozdziałach wraca do pamiętnikarsko-reportażowego opisu jego życia prywatnego z Hugho. To fragmenty ciepłe, urocze. Jego zażyłość z siostrą, jego starzejącym się ojcem.

Czytając tą reporterską, autobiograficzną powieść – bo powieścią jednak jest –  czytelnik darzy autentyczna sympatia bohaterów tej opowieści. Ich losy SA takie ludzkie, maja słabości i zalety. Ale w sumie są mądrzy i bardzo ludzcy. Chcielibyśmy mieć takich kolegów lub sąsiadów. Spotkać się z nimi na kawie i uciąć pogawędkę.

Formalnie, sam Sedaris nazwał to zbiorem esejów, a nie powieścią. Ale ponieważ ma to dość systematyczny i ściśle powiązany temat opowieści biograficzno-reporterskiej, z wyraźnymi fragmentami fikcji literackiej – powieścią jednak jest. Po prostu jej bohaterami jest autor i jego partner, siostra, ojciec. Powieść oparta na autobiografii? Można i tak. Ja wole to nazwać powieścia reporterską. Bohaterowie mogliby bez najmniejszej szkody nazywać się Joe i Bill.

Całośc kończy uroczym wierszykiem troche w stylu ‘zwyczajnej’ poezji Szymborskiej. Ot, takie taki tam zapis dnia lub życia. Na przykładzie piesków i ich właścicieli. Nader sympatyczny.

Bardzo polecam lekturę.


[i] “Let’s Explore Diabetes with Owls”, D. Sedaris, wyd. Little, Brown and Company, Nowy Jork, 2013; s. 275; ISBN 978 0 316 15469 7

[ii] ibid, s.21

[iii] ibid, s.77

[iv] ibid, s.167-173

[v] Save Our Children – Wikipedia

Szkice z tamtego brzegu

Powiedzmy sobie, że jest rano. Czytasz gazetę (o ile czytanie gazety dziś nie wydaje się aktem anachronicznym lub wręcz formą jakiegoś protestu intelektualnego) na szpaltach ostatnich stron. Coś, co kiedyś określano, jako kroniki towarzyskie: kogo z kim i w jakiej kawiarni widziano, kto z toastu zrobił manifest polityczny lub improwizację poetycką, kto się wstawił na przyjęciu, a kto w kogo objęciach tańczył na parkiecie w popularnym klubie. Takie tam ploteczki.

Powiedzmy teraz, ze autorem takich ‘kronik’ nie jest zwykły reporter na dole skali talentu literackiego, a ktoś, kto jest bardzo dobrym pisarzem, obserwatorem życia. Efekt opisu tych samych zdarzeń diametralnie inny od zwykłej ploteczki towarzyskiej.

Na przełomie lat 80. i 90. pojawili się pisarze bardzo przeze mnie i mojego męża lubiani (głównie przez mojego męża namówiony byłem do ich czytania, bo naturalnie moje apetyty literackie był z wyższej intelektualnie półki, LOL). Znaczenie bezwzględnie miał fakt, że byli to pisarze nieomijający, (choć nieskupiający się usilnie tylko na tej tematyce) tematów otwartej seksualności. Seksualności homo.

Nie, nie mówię o książkach erotycznych czy pornograficznych, które wówczas w środowisku LGB (ten skrótowiec miał wtedy tylko trzy litery) były masowe i wydawane masowo przez dziesiątki wydawnictw tej tematyce poświęcone. Były to wszak ciągle czasy przed wszelkimi aplikacjami telefonicznymi, przez monstrualnym Pornhubem, erotyką i pornografią wszechobecną w telefonach, komputerach, czatach i innych licznych aplikacjach.

Mam namyśli głównie Augustena Borroughsa, Davida Sedarisa i Douglasa Couplanda. Wiem, że Coupland może tu trochę nie pasuje, ale wytłumaczę dlaczego jego wymieniam. i od niego jednak zacznę, gdyż z formalnego punktu widzenia istotnie tematyką LGB w omawianej książce się nie zajmował. Poza tym – trudno szukać innych intelektualnych kombinacji usprawiedliwiających ten wybór – z prostego faktu, że jestem wankuwerianinem (wankuwerczykiem?). To w tym mieście spędziłem najdłuższy i najbardziej aktywny okres mojego życia. I najszczęśliwszy.

  • Hey Nostradamus! Coupland wydał w 2003 roku[i] Cała rzecz dzieje się na przestrzeni lat 1980-2000. W okolicach obu brzegów Iron Workers Memorial Bridge, który spina Północny Vancouver ze Wschodnim Vancouverem w przemysłowych okolicach Portu Zbożowego.

Tu właśnie wylądowaliśmy z Johnem (moim mężem) w styczniu 1994, na odległość ‘rzutu kamieniem’ od tych miejsc, na Capitol Hill przy Hasting Street.  Mówić, że znaliśmy te miejsca, uliczki i biznesy, jak własną kieszeń nie jest absolutnie przesadą. Nie tylko miejsca, ale i ówczesną atmosferę tych uliczek. Dość wtedy podłą. A jednocześnie … swojską. Nie pretensjonalną? Vancouver lat 80 i 90 niewiele miał wspólnego z Vancouverem lat XXI wieku. Szczególnie te dzielnice Vancouveru.

Cała, nietypowo skomponowana, powieść jest de facto peanem wielkiej miłości i wielkiej straty. Czegoś, co bardzo silnie do mnie przemawia. Nie, nie ma w niej stricte sensu wątku gejowskiego, lesbijskiego, ani niczego, co można by nazwać homo. Ale Vancouver tamtych lat to miasto wyzwolone, miasto wrzące od zbudzonych praw i akceptacji środowisk LGB. A miłość, romans i ich pragnienie leżały u podstaw tego przebudzenia. To właśnie kilka uliczek tylko wyżej od akcji powieści (po drugiej stronie Hastings Street) był już wówczas cały świat lesbijskiej emancypacji – Commercial Drive pełen ,męskich’ typów butch woman. To tutaj, w tymże Vancouverze, ja z Johnem oficjalnie byliśmy parą. Tutaj, jako common law para, a nie dla wygody dwóch razem mieszkających kolegów, zaczęliśmy istnieć legalnie: jako parę zatrudniono nas w dużej kompanii żeglugowej, jako para płaciliśmy wspólnie podatki federalne i prowincjonalne. Więc lata 90 w Vancouverze były prawie pełną emancypacją praw LBG i niejako legalnym zatwierdzeniem równoległości tych praw z prawami większości heteroseksualnej. Powiedzeniem – wasza miłość jest równie ważna, jak nasza. A to jest kwintesencja bytu. I stąd Hey Nostradamus! Couplanda jest też książką o nas. Książką o miłości.

Jest jednocześnie wielkim reportażem literackim wkomponowanym w kanwę literackiej fikcji. Szczegółowość detalu opisu domów, mieszkań, ulic, okolic całej Doliny Fraser River jest wręcz zadziwiająca. Co kilka stron ten opis był tak realistyczny, że natychmiast sam w nim się odnajdywałem. Każdy fragment nie tylko miasta, ale i kompletnie dzikich i odległych od tego miasta okolic był mi znany. Fragmenty rzeki Chilliwack, oślizłe kamienie na tym dopływie rzeki Fraser, krzaki, dzicz i religijny fanatyzm okolic Agassiz. Gdy autor opisuje potężne czarne lasy, gdzie głębokie mchy kryły równie głębokie nory, w które zapadało się po kolana a i wyżej – to były lasy, po których chodziłem. Dokładnie wiem, w którym miejscu to było (Coupland opisuje tu tylko sytuację, a nie podaje dokładnie położenia tego miejsca, być może nie znał go z osobistych wędrówek – ja mogę to miejsce ‘palcem’ na szczegółowej mapie wskazać – tuż przed zakładem karnym, nieco powyżej pędzącej Chilliwack River, około 6-10 kilometrów od jej początku: emeraldowego Chilliwack Lake), z kart powieści przenosiłem się w fotograficzną pamięć moich tam wędrówek.

Więc ta powieść Couplanda z jego fikcyjnymi, pasjonującymi charakterami jest jednocześnie literackim reportażem miejsc akcji. Ten opis miejsca nie jest tylko realistycznym, naturalistycznym tłem – sam w sobie jest esencją tego miasta i okolic, jest – w pewnym sensie – kanwą powieści, równoległą do historii bohaterów powieści. Fascynująca lektura.  Mógłbym sugerować, że Douglas Coupland w Hey Nostradamus! był literackim odpowiednikiem Bolesława Prusa i jego Lalki – portrecistą swego kochanego miasta.

W tym szkicu interesuje mnie u tego autora właśnie ten w tle ukazany reporterski portret miasta. Ale gwoli sprawiedliwości należy krótkie synopsis treści podać.

Zasadniczo mamy do czynienie z dwoma głównymi bohaterami: Jasonem i Heather. Drugoplanowe, ale bardzo ważne postacie to: ojciec Jasona, Reg i krótko ukazana, ale bardzo ważna postać Cheryl. Jest szereg innych postaci, dobrze zarysowanych i z ważnymi rolami, ale to już w tle tylko.

Cheryl jest tu młodą uczennicą szkoły średniej (faktycznie taka szkoła w tym miejscu istniała). Chodzi do ostatniej klasy. Jason jest tam też uczniem. Oboje ulęgają wpływom i naturalnym w tym wieku rodzącym się pasjom. Ale Jason ma silne, wyniesione z domu nakazy religijne, ma je też – być może silniejsze niż sam Jason – Cheryl, która ma związki ze szkolną quasi fanatyczną grupa religijną. Seks tylko w związku małżeńskim. Młoda para wyjeżdża w tajemnicy przed wszystkimi do Vegas i tam biorą ślub w jednym z popularnych wówczas kapliczek ‘drive through’. gdzie nikt o nic nie pyta, prócz tego czy nie są w innym związku małżeńskim.  Nikogo nie interesuje też czy mają legalne, niepodrobione dokumenty. O paszport w ogóle nikt nie pytał, co było wówczas naturalne. Sam do Seattle jeździłem z prawem jazdy, jako jedynym dokumentem tożsamości. Inne były czasy przed nine-eleven (zamach w Nowym Jorku).

Cheryl ginie w niespodziewanej, niesamowitej masakrze wywołanej przez chłopców z tej grupy religijnej w stołówce szkolnej. Jason zdążył ją tylko konającą uchwycić w swoje ramiona zanim oderwą go od niej policjanci i sanitariusze.  Po kilku latach ożeni się ze starsza od niego Heather. Ale cień Cheryl nigdy ich nie opuści. W pewnym momencie znika Jason, rozpływa się, jak we mgle. Heather, kochająca go bezgranicznie rozpoczyna własne postukiwania Jasona. W trakcie tych poszukiwań, poszukiwań nie tylko fizycznego Jasona, ale chociażby jakiegos powodu, jakiejś przyczyny jego zniknięcia następuje jej ponowne zbliżenie z mitem CXheryl, z rodzina Cheryl i bratem Jasona, jego dziećmi. Zbliżenie ze skomplikowaną, w zasadzie odpychającą, postacią Reginalda (Reg) – ojca Jasona. W pewnym momencie staje się ofiarą oszustki, podającej się za łącznika –medium ze światem umarłych.

Czasami czytelnik wie już rzeczy , o których ona jeszcze pojęcia nie ma lub jest ledwie u skraju odkrycia pewnych fragmentów jego przeszłości. Struktura poszczególnych części jest chwilami męcząca i wymaga koncentracji przez wtrącanie nowych wątków lub nowych spojrzeń na znane już (lub właśnie znanych niewłaściwie) na ocenę kogoś lub czegoś. Gdy to zauważymy … jesteśmy już zbyt zaangażowani w całą powieść, by książkę odrzucić. A to dowód talentu pisarza. Trochę to przypomina wspinaczkę na jakiś szczyt: gdzieś, na którejś półce skalnej lub załomie skalnej ściany mamy w zasadzie dosyć. Wspinamy się już długi czas twarzą zwróceni do tego samego zbocza, a szczyt z obiecaną wizją horyzontu ciągle wydaje się tak daleko, wysoko. To się chyba nigdy nie skończy! Ale zainwestowaliśmy już zbyt wiele wysiłku w tą wspinaczkę, by się poddać i wracać z uczuciem pokonania i klęski. Tak, jak w tej powieści. Już chcemy odłożyć zmęczeni, że na kolejnej stronie nie ma oczekiwanego rozwiania wątpliwości, bo ileż razy można bez przerwy iść dwa kroki do przodu i trzy do tyłu? A nie odkładamy, bo chcemy jednak wiedzieć, zbyt się w ta historie i losy jej bohaterów zaangażowaliśmy emocjonalnie. To dowód talentu pisarza i świadomości, jak konstruuje powieść.

Wszystko to ma silne elementy świetnie napisanego kryminału o wielu wątkach. Ale kryminałem nie jest, jest powieścią o wiele głębszej wymowie, tkance. I jest – abstrahując od tkanki literacko-prozatorskiej – analogicznie pisanym świetnym reportażem tamtego miasta. Vancouveru i mojej młodości. Polecam serdecznie wszystkim, którzy kiedykolwiek w tym mieści lub okolicach mieszkali, zwłaszcza w tamtych czasach.

post scriptum:

reporterska potrzeba opisania rzeczywistości, jak ją się faktycznie postrzega naturalnie nie musi iść w parze z artystyczną wizją pisarza. Wydarzenie (masakra w szkole), które było genezą powieści – nigdy w Vancouverze nie miało miejsca. Coupland posłużył się tu straszną masakrą w szkole amerykańskiej w Columbine w Colorado, USA w 1999.


[i] „Hey Nostradamus”, Douglas Coupland; wyd. Vintage Canada (Random House), Toronto.Kanada; s.244