The seed of grief is love

I have watched two movies recently. Very different and very powerful on a very personal level. Stirring emotions, and memories. The Spanish “Society of the Snow” produced by Netflix and directed by J. A. Bayona, and the Canadian production of “Good Grief” directed, produced, and written by Dan Levy. Dan Levy also played the main character, Marc.

The “Society of the snow” – let me take you on a journey in time. At the time of the catastrophe, I was 14 years old. A year later a book by British writer Clay Blair “Survive” appeared. A well-known Polish writer or essayist wrote in a Polish literary weekly “Literatura” a piece about it. It might have been Jerzy Andrzejewski, an excellent writer whose weekly column I have always read – but truly I can’t recall now. Yet the story and especially the dilemma of cannibalism versus survival made me write a short piece about it. By that, I was fifteen and of course, as any fifteen-year-old ‘writer’ had a lot to say about the issues of life and death. I sent it off to the editorial desk of Jerzy Putrament, a Polish writer, who was the editor-in-chief of the weekly ‘Literatura”, a major literary and art publication. And he published it. As it was my second publication in a major Polish magazine (the first one was in “Perspektywy”) it cemented my ‘fame and prestige’ among my teachers in my school, but not as much among my classmates, LOL.

I don’t recall if I have read the book by Clay Blair. Not sure if it was translated into Polish. Most likely I never did. But I have seen years later the first movie about it based on that novel. And I wasn’t impressed. Yet the Spanish “Society of the Snow” impressed me very much. The screen-writers (Bayona, Vilaplana, and Marques), the director, and the actors were superb in their austerity of dramatization. Everything was left to the minimum: air, food, movement, and words. Years later, while visiting Mendoza in Patagonia (the ill-fated plane took off from Mendoza on its last tragic leg of the flight to Chile), I took a special bus tour to the Andes and was able to do some hiking at the base of Aconcagua (almost 7000 meters, one of the titans of the world). The outmost desolation of that place there is amazing and overpowering. As far as you can see is a frozen horizon of white peaks and valleys. Can’t imagine surviving there with hardly any provisions for longer than a few days. I felt that the movie captured that feeling very well.

“Good Grief” by Dan Levy. Who doesn’t remember and didn’t love that sweet, funny, and almost useless in practical skills young gay guy in the now iconic CBC series “Schitt’s Creek”, with his father, great Canadian actor Eugene Levy, and fantastic Catherine O’Hara? But Dan Levy playing a grief-strickened, middle-age man in serious drama, tragedy actually? Can he carry it? He did.

I shouldn’t have watch it. But I did. I had to. As I watched his grief, as I travelled with him in his yearly journey of that grief of losing the love of his life – I went through mine. Every silent moment. Every object in his and mine apartment, photographs, furniture. At times I didn’t know if it was Dan Levy or me on that screen. If it was a movie or my memories of last year. No, I didn’t go to Paris and there was no surprise in finding ‘the other lover’. But these are just details, unimportant almost didaskalia of the drama. The differences between the lives of me and John and that of Mark and Luke are just a different shade of the same colour.

As I watched that movie sitting on my (on our) sofa I felt John taking my hand into his and squeezing it gently. I heard him saying I’m sorry, and I wanted to grab his hand, to cover it with kisses. But I didn’t, I knew the hand, his voice would dissipate into the air. So I just sat quietly, didn’t even turn my head, and continued watching the movie. With him undisturbed sitting next to me. As he always did. It felt good. Sad but good. The next morning I went for a drive to a little town called Fall River. I took him there in 2019 to a little Provincial Park, with a forest, by a long, wonderful lake. This time it was wintertime, windy and cold. The gate to the park was closed for the season. I left my car and walked the long trail on foot. The sky was splendid with clouds and sun in crispy air. It was my trip ‘to Paris’. Thank you, Dan Levy, for letting me submerge myself in that grief again.  Grief is hard, is sad. But it also is beautiful, because the seed of grief is love.

After

I couldn’t sleep.
Didn’t know how to
console You.
How to tell You –
it’s all right, Babycake.
I have survived.
No, it wasn’t Your
fault.
You tried,
You tried so hard.

Do I lie, when I say:
‘it’s all right’?
Yes, I do.
It was
so fucking hard.
I knew it would be
if and when,
but had no clue
how hard it is.
Didn’t know
that grief
could be like
hot lead
slowly injected
into your veins.
Like the disappearing
bubbles of air
you have tried
to squeeze into your lungs
nailed to the heavy
cross of impossibility.
As I watched with terror.
So what was
really the weight
of my grief
compared to that?
How do you compare
the pain of life
to pain of death?
How do you?
What’s the balance ratio
of life in grief
in one hand,
and no life
in the other?
Does a man know?
Does God?

Ostatni – trudny – spacer z Tobą tego roku

Ostatni – trudny – spacer z Tobą tego roku

Plaża Tęczowego Schroniska

przyjechałem tu

szukać ciebie

w dzień ostatni

tego roku

roku przekleństwa

modlitwą o zapomnienie

że był

pierwszego roku kiedy

przestałeś być

pierwszego w którym cię

nie było

nigdzie nie siedziałeś

obok mnie

nie kładłem się w łóżku

obok ciebie

nie nalewałeś mi pierwszej

rannej kawy

nie jechałeś ze mną

na plażę

tą na którą przyjechałem

teraz

szukać ciebie za kolejnym głazem

za wydmą porośniętą trawą ostrą

i nie było cię w żadnej

kryjówce

w żadnym zakamarku

wyłem jak wilk głodny

a nie odpowiedziałeś

rzucałem wściekle

mokrymi kamieniami

w drzewa zawieszone

nad urwiskiem

a milczałeś

 nie byłeś

roku potworny

czasie okrutny

roku bogów

obojętnych i głuchych

 na prośby

na plaży Tęczowego Schroniska

która była dziś lochem bez dna

 więzieniem bez kluczy

bądźcie przeklęci

na wieczność

okrutni bogowie

czasie – bądź zapomniany

że byłeś

niech fala porwie z brzegów

wasze świątynie

i wierze kościelne z zegarem

by czas się w niwecz obrócił

jak piasek rozsypał w głębiach

zimnego oceanu

(Rainbow Havens Beach, 31.12.2023)

Co to znaczy: dom?

fot. by B. Pacak-Gamalski

“Polska to nasz dom” – mówi wiele osób. A dom, jak to dom, kojarzy się zazwyczaj z bezpieczeństwem, rodziną i dobrymi wspomnieniami. Z czym tobie kojarzy się Polska? Dla mnie to jest trudne pytanie. Zamiast prostej odpowiedzi  (czy taka istnieje?) opowiem ci moją historię.

Urodziłem się w  Malmo w Szwecji, w domu polskich emigrantów. Gdy miałem siedem lat wróciłem z moją mamą do Lublina. Nie był to łatwy dla nas czas. Mama dawała radę na tyle, na ile mogła – jak wiele innych samotnie wychowujących dzieci w Polsce. Mijały kolejne lata, kolejne wigilie i urodziny, pierwsza komunia i inne rodzinne spotkania – przy każdej okazji byłem wypytywany przez wujków i ciotki o to, gdzie wolałbym mieszkać – w Polsce czy w Szwecji? W Polsce! – odpowiadałem, stając na baczność, i bez chwili zastanowienia. Rzeczywistość zrewidowała moje poglądy, gdy w wieku 16 lat postanowiłem wrócić do ojca, do Szwecji.

Dzisiaj patrzę na ten okres z uśmiechem. Coś co wykluło się z młodzieńczego buntu, przetworzyło się na doświadczenie emigranta, który musiał odnaleźć się w zupełnie innym, zróżnicowanym kulturowo Malmo. To nie jest czas, abym rozwijał setki opowieści i wspaniałych osób z różnych zakątków świata, które tam poznałem. Wiem jednak, że ten okres pozostawił we mnie otwartość na “inność”. Razem z innymi imigrantami trzymałem się w paczce, chodziłem z nimi na wagary, śmiałem się, płakałem, zakochiwałem się. A swoją “inność” odkryłem dopiero po powrocie do Polski. 

Ale wróćmy do teraźniejszości – ostatnie 8 lat rządów PiSu było dla mnie kolejny testem. Mogłem znowu wyemigrować, zostawić to wszystko, żyć gdziekolwiek i jakkolwiek. Ale nie chciałem gdziekolwiek i jakkolwiek. Widać mój wewnętrzny bunt jeszcze się we mnie tli, mimo iż mam już 33 lata. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem zadziorny – oczywiście, że jestem zadziorny, pewny siebie, czasami głupio coś powiem i zdecydowanie za mało czytam. Ale te moje wado-zalety pozwoliły mi jakoś przetrwać najgorsze czasy i działać, kiedy tylko było to możliwe. Pozwalały mi wyjść ze swojej strefy komfortu.

Poprowadziłem pierwszy marsz równości w Lublinie. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Rok 2018, Plac Litewski, olbrzymi stres. Wokół mnie mnóstwo policji i jeszcze więcej kontr manifestujących. Obok nas nagle wybucha granat dymny. Myślę, że już po wszystkim. Ale nie poddajemy się. Włączamy Abbę i idziemy przed siebie. Przeszliśmy, przeżyliśmy. W kroplach pary po policyjnych armatkach wodnych pojawiła się wspaniała, wielka tęcza. Razem znowu udało nam się przeżyć kolejny dzień w tym kraju i nawet zrobić coś dobrego dla innych. Tego dnia Lublin był mój..

Równo dwa lata temu, w Dzień Niepodległości byłem z Grupą ‘Granica’ w lesie przy polsko-białoruskiej granicy. Trwał kryzys uchodźczy. Pojechałem tam, aby nagrać film, który miał się ukazać w mediach społecznościowych aktywistów. W środku nocy budzi mnie telefon: Bartek, jest akcja, wstawaj, jedziemy. Okropna mgła, policyjne kontrole, potem. wchodzimy w las, powoli przesuwamy się do przodu. Raz, drugi, trzeci dostaję gałęzią po twarzy. Nogi grzęzną mi w błocie. Weszliśmy na pole, czyli nas widać, więc trzeba uciekać. Wracamy w krzaki. Zapalamy czerwone światełka – bo te ponoć są trudniej zauważalne przez mundurowych. I nagle… jest, cała rodzina! Przy nich już inni wolontariusze – medycy, którzy udzielają im pomocy, jakieś osoby z kocami. Jest niewyobrażalnie ciemno. Trzęsę się z zimna a jednocześnie jestem przepocony, trudno mi się doliczyć, ile jest tam osób. Matka, ojciec, kilkoro dzieci. Wszyscy bez rękawiczek, szalika, czegokolwiek ciepłego. Help, help! – mówi do mnie jedna z kobiet. Opuszczam kamerę, i próbuję rozmawiać. Aktywiści dzięki pomocy telefonicznego-tłumacza dogadują się z uchodźcami. To Kurdowie, uciekają z Syrii. ISIS zabija takich jak oni. Wypełniamy wnioski azylowe, żegnamy się. To wszystko co możemy zrobić. Zimne uściski dłoń, szybkie przerażone spojrzenia, znikamy w lesie. Wychodzimy z krzaków, wchodzimy na drogę. Jest nam już wszystko jedno. Mijamy ciepłe, zadbane domy, duży, ładny kościół. Dochodzimy do naszego hotelu. Rano dostaję ataku kolki nerkowej i ląduję w szpitalu. Zwijam się, płaczę z bólu i wyję. Dostaje lek, które zaczynają powoli działać. Wiem, że ta wizyta to przywilej. Rozmawiam z pielęgniarkami o tym, co się dzieje w lesie kilka kilometrów dalej. Potem, w ciepłym domu zaczynają dopadać mnie wyrzuty sumienia – mogłem im zostawić swoją czapkę, rękawiczki, cokolwiek. Nie dałem nic. Nie pomyślałem.

Następnego dnia wracamy do Warszawy, do domu. Na niektórych budynkach powiewają jeszcze biało-czerwonych flagi. Po drodze duży ledowy ekran pokazuje datę “12.11” i miga na zmianę z “temp. 8 st.C”. Zimno. Wiem, że przy takiej temperaturze ludzie będą umierać w lesie. W Warszawie powiedziałem sobie, że już tam nie wrócę. W moim systemie wartości nie godzi się, aby kogokolwiek zostawiać na mrozie na śmierć. Zostawiłem raz, drugi raz bym nie umiał. W następnych dniach wolontariusze wrócili z dobrymi nowinami do lasu, gdzie 11.11 spotkaliśmy zmarzniętą rodzinę. Ale po rodzinie została tylko zbita kulka ze złotych, ratunkowych kocy pośród drzew. Zostali wypchnięci za drut kolczasty, na białoruską stronę.

Ty, ja, każdy z nas ma jakąś swoją historię. Czasem piszecie do mnie wiadomości, dzieląc się ze mną swoimi, często trudnymi, życiowymi doświadczeniami. Razem dzielimy samotność, poczucie wyobcowania, bycia poza systemem. Jakby świat o nas zapomniał.

Mimo to czasami decydujemy się na jakieś bezinteresowny akt troski o innych, nie oczekując niczego w zamian – albo sami ich doświadczamy. To jest właśnie moja definicja patriotyzmu. Dzielę się z Tobą kilkoma moimi historiami, które stały się dla mnie ważne. Pomagają mi zrozumieć, jakiej chcę Polski. Chcę Polski będącej domem, fajnym, ciepłym miejscem do życia dla Ciebie, dla mnie, dla sąsiada PiSowca, koleżanki weganki czy Ibrahima z sąsiedniej ulicy. Tak długo jak chcemy razem budować ten dom, mając w pamięci naszych braci i siostry, tak długo jest dla nas jako Polek i Polaków szansa. Patrzymy w przyszłość, razem budując teraźniejszość i wyciągając wnioski z przeszłości. Tego i Tobie życzę w Święto Niepodległości.

Fundacja BASTA

LG, LGB, LGBT, LGBTQ, LBTQ2+ …

by Bogumil Pacak-Gamalski

Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a.  Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.

Plac Zbawiciela, Warszawa

To po prostu kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu ‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory artystycznych i kulturowych prądów sztuki).

Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).

Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku –  wszyscy żółci. Pisząc to i widząc  te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości –  zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić.  W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy.  Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci.  Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.

A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką.  Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).

Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie.  Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).

Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu.  Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.

Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości).  Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety.  Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego  poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy.  Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem,  geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą.  Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką)  postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo  nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości.  Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.

A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako:  żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)

W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!

Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna,  emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku …  bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas.  Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości.  Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki:  osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji  wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.

Co powyżej, mimo że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo. Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich. Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’.  Jak i procesów zmian socjalnych i politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika.  I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość, wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia  i długich cieni pokoleń wcześniejszych. Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich samych.

post scriptumtekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.