A very recent young immigrant to Canada, a handsome fellow from Ivory Coast in Africa. And striking exotic beauty. Met him and told him a bit of the history of Black people in Nova Scotia going back all the way to the first settlements in Nova Scotia, both French (New France Acadia) and the British fort of Halifax soon after that. I researched a very important part of that history a few years ago and wrote about it on this blog in a series of articles. Like most young people settling from abroad in Halifax and facing the shockingly high cost of renting he doesn’t own a car and his Nova Scotian experience is somewhat limited to Halifax proper.
The day was nice, sunny, although cold, and I took him for a ride and ‘beachcombing’ on the Eastern Shore. The most magical place in this province to meet the ocean. The same ocean (just opposite shore) he faced in his home country. A sweet accent of it was his recent visit to … my hometown – Warsaw in Poland. I was just about his age when I left Warsaw. He was also surprisingly glamorous and a’la mode in his attire. That was such a photogenic contrast with the wild surroundings of our trek.
Therefore let me introduce the exotic features and alluring beauty of Ismael, voila!
The photographer was there, too (LOL). The entire session was done on Conrad Beach and on the high cliffs by the coffee shop near Lawrencetown.
Moje plaże. Moje plaże to zawsze byłeś Ty. Albo jeździłem tam z Tobą, albo po tym Czasie Okrutnym jeździłem tam szukać ukojenia. Była ta jedna specjalna, nazwana Fortem Naszej Miłości, który zbudowałem z kamieni dla Ciebie, gdy Cię zabrakło. Pisałem kilka dni temu o tym ostatnim tam wyjeździe, ostatnich odwiedzinach po okresie zimy. Pojechałem, Fort odbudowałem i pożegnałem się. Niech fale go odwiedzają, niech głębiny o nim śpiewają. Mój zamknąłem w sercu. Będzie tam gdziekolwiek się znajdę.
Na tej plaży nigdy ze mną nie byłeś. Jest dość ukryta i z dala od szlaków turystycznych. Sam odkryłem ja dopiero po tym Czasie Okrutnym. Była dla mnie idealna. Prawie nikt inny nigdy tam spokoju mi nie zakłócał i nie przerywał moich rozmów w z Tobą. Stamtąd, z tej piaszczystej łachy półwyspu-pół mierzei widziałem w oddali, po drugiej stronie szerokiej zatoki cypel kolejnej pięknej plaży – Martinique Beach. Może gdybym był dwadzieścia lat młodszy mógłbym tam przepłynąć z naszego Fortu. Może. Piechotą dojść nie można – wybrzeża morskie to nigdy nie jest prosta linia. Z dziesięciu kilometrów robi się nagle trzydzieści, pięćdziesiąt nawet. Szczególnie tu, we wschodniej Nowej Szkocji, gdzie olbrzymie, głęboko się w ląd wrzynające zatoki, wielkie jeziora i słone rozlewiska-moczary zmuszają by szosa wiła się, jak wąż w wysokiej trawie.
Martinique Beach jest jedną z najpiękniejszych i najdłuższych plaż w tej prowincji. Prowadzi do niej 12 kilometrowa wąska szosa z miasteczka Musquodoboit Harbour do East Petpeswick. Lubiłeś tu ze mną przyjeżdżać. Na tej plaży ciągnącej się kilometrami mogliśmy znaleźć ciche miejsce. Ty czytałeś książkę, ja pływałem. Czasem trochę i Ty popływałeś. Umiałeś – i nie namawiany, nie zmuszany sam czasem to robiłeś. Tacy byliśmy inni nawet w tym, LOL. Ty lubiłeś basen, ja basenów nie znoszę a kocham dzikie plaże. Tymi ‘innościami’ się uzupełnialiśmy, wzbogacaliśmy.
Obiecałem żegnając się z tym Fortem i z tą dziką plażą, że nie ze smutkiem już a z radością zabiorę Cię w końcu do Paryża. Będę Cię na Montmartre i na bulwarach nad Sekwaną całować. Gdzieś między Pont Neuf i Pont Mirabeau, o którym pisał Apollinaire:
Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana I nie jedna miłość Czy nie dość wspominana Po bólu zawsze radość niespodziana
Zegar niech dzwoni noc niech nastaje Dni ulatują ja pozostaję
Z twarzą do twarzy połączmy ramiona Nieruchomi kiedy Pod mostem ramion kona Fala odwiecznych spojrzeń umęczona
Zegar niech dzwoni noc niech nastaje Dni ulatują ja pozostaję
Miłość jak woda bieżąca odpływa I odpływa życie Woda jakże leniwa Nadzieja nasza jakże natarczywa
Zegar niech dzwoni noc niech nastaje Dni ulatują ja pozostaję
Niech dni się toczą jak rzeka wezbrana Ni czas nie zawraca Ni miłość pożegnana Pod mostem Mirabeau płynie Sekwana
Zegar niech dzwoni noc niech nastaje Dni ulatują ja pozostaję[i]
Więc o tych mostach paryskich, tym Pont Neuf i Mirabeau, o tych pocałunkach wyśpiewanych przez Yves Montanda dla pięknej Romy Schneider myślałem na tej plaży w kanadyjskim, nie karaibskim, Martinique.
Falo
Jakie mosty łączą naszą przestrzeń?
Przestrzeń między nami.
Między tymi dwoma światami
Bytu i Niebytu.
Czy scala je jakiś królewski pierścień?
Pierścień z kruszcu drogiego, niczym diadem
Królewicza i Księcia
po nocy poślubnej, przed Wieczerzą
Ostatnią, pożegnalną.
Czy pęka pierścień skruszony młotem?
Powiedz mi falo, powiedz wodo,
która dałaś schronienie
z szaleństwa rozpaczy niepojętej,
z ognia pragnienia,
która wniosłaś mnie z powrotem na brzeg.
Mam ci dziękować, czy mam przeklinać?
Uratowałaś mnie,
czy skazałaś na lata tułaczki
po pustej plaży mew
i muszli szumiących largo trenów?
Żegnam cię falo
lub przeklinam cię.
(Bogumił Pacak-Gamalski)
I masz ci los. Poeta winien w końcu wiedzieć. Jest wieszczem, jest wyrocznią! Augurem wśród mędrców i dziejopisów. A tu nic. Siedzi na rozdrożu na kamieniu i błaga przechodzących o wskazanie kierunku. A idźże w końcu do tego Paryża, gdziekolwiek on jest. Idź i całuj się z nim. Może wtedy zrozumiesz.
[i] „Apollinaire”, wyd. PIW, Warszawa, 1968, s.33 (przek. A. Ważyk)
I have been reading again the verses of my very liked American poet Paul Monette. Yes, of course, his “West of Yesterday, East of Summer”[i]. Thought many times to translate this terrifying and yet so lyrical and beautiful book of poetry. His homage to his lover, his friends, his times. To people, who died of AIDS. As did he.
I asked myself why didn’t I? It was by the end of this modern Black Death when I was a very young man discovering the powerful world of erotica and sex. Of desires and pleasures that shaped human history so much, almost as powerful as hunger for power. Indeed, in many instances, these two forces were intertwined. They still are. It was also a time when gay stable relationships were not seen, maybe not even desirable as a norm or even something to look for. With causal relationships, you avoid the risk of being outed, beaten, maybe murdered, and certainly ostracized. You could easily lose your job for that reason and it was a legally valid reason. Strange times.
On page 10, Monette writes beautifully about Nureyev in his poem
Nureyev doesn’t have AIDS
or so they say but the season’s still off
at least in Paris and all her colonies
as to what to do after dance the gun-
runner Rimbaud is the paradigm post-
art position a little border war
khaki and goat kebabs no mail till the fin
de siècle is safely passed if the feet die
first you must sit out the millennium
(….)
There are so many allusions here to so many things of the gay history in art. Casual readers might not notice the insertion in these lines of a young tragic French poet Arthur Rimbaud – the femme fatale of much older Paul Verlaine.
Four days ago I posted on my Facebook profile a short biography of another American poet, who lived in even earlier times – Richard Bruce Nugent. In 1925 he published a poem “Shadow” in “Opportunity”[ii]. It is an example of early poetry in the USA with searching for its own homosexual identity. I found it powerful, almost painful in how it evokes and stirs my own youth memories. Memories from much later time (almost three generations later), but still pervasive. Fragment of this poem:
Silhouette
On the face of the moon
Am I.
A dark shadow in the light.
A silhouette am I
On the face of the moon
Lacking color
Or vivid brightness
But defined all the clearer
Because
I am dark,
(….)
Then, suddenly I realized that I was not spared that terrifying moment of losing your Love, your soulmate. A different disease by name and origin, nothing to do with viral infection. But the process of slowly dying month by month, and suddenly a very fast process for the last few weeks that makes you an invalid, depending on others in simple tasks. Losing your air, and oxygen. And you panicking, trying to be a nurse but still a lover, partner. Giving him every minute of your life. Battling, battling every day, not accepting. Still, still not accepting. Refusing to accept the inevitable. To the very last moment, when he dies in your arms. And your soul dies with him.
It was as if Time asked for that price that I didn’t pay during the AIDS pandemic. It waited patiently forty long years and said with terrible glee in its voice: you did not escape, it is time to pay your dues. What a perversity to spare your life just to make you suffer even the worst fate: to take from your arms the one you love the most, more than life itself.
The other night I watched some old Paris songs from years ago. I always wanted to take him to Paris. To show him the magic of Montmartre. The lovers sipping coffee in open cafes, the “Pigalle” of my Edith Piaf, the walkways by the Seine toward Eifel Tower, with Yves Montand serenading of lovers kisses and embraces on rue de Faubourg de Saint-Martin.
And I wrote a song for you. Not really a poem but aptly a song to be sung, not to be read in silence. A song to be screamed to the Fates.
But your eyes –
they won’t go away!
They still let me see,
they look through mine.
Your eyes –
they are still in me.
But your arms –
they won’t go away!
They still touch me,
they embrace my body.
Your arms –
they still feel me.
But your lips –
they won’t go away!
They are warm, they tremble
when they touch mine.
Your lips –
they whisper: we remember.
I am blind without your eyes,
I can’t feel without your arms,
can’t breathe without your lips.
Without you my soul is void,
without you my heart is longing.
(B. Pacak-Gamalski, April 2024)
Yesterday I went to our Fort of Love in Lower East Chezzetcook. Took my folding chair, and my camera and crossed the narrow channel of fast-moving water separating the meager and rocky beach from the very secluded sandy outlet by a point called Miseners Head. Must have been low tide time as the icy cold water didn’t even reach my chest. Even during late summer last year, it was a desolate spot, seldom anyone ventured there. More or less it was my own private beach nestled between the ocean and a deep massive lake called appropriately … Big Lake. As I emerged from the water on the rocky edge of the dunes, two eagles startled by the visitor circled above my head. They must have been scouring the dunes for big crabs, which are plentiful there, or for lonely seabirds.
Went straight to the same spot as last year. The dead tree was still there, but winter storms took all the stones off my sign. Or the ocean covered them with sand brought from the deep bottoms. And it knows now our story. The bottoms of the ocean know the story, a Story of Love, Despair and Loss. The crossing whales sing the story and carry it back to the shores. To desolate inlets, rocky outposts, and small islands. When the sun sets down behind the horizon, the sirens sing the song to the passing wind and the stars, and the stars shoot beam of light across the Celestial Meadows of Space. Story of Love Stronger Than Life.
I see it, I hear it. And I want, I need your eyes, your arms, your lips. Give them to me across the river separating Life and Death. Our Love has overcome the space between the Worlds.
I feel your touch again, I feel the trembling, the impatience.
They are here now, knocking on my doors, on the Gates of Timid and Fearful. Gates of those, who are afraid, nonbelievers. But the Gates will fall, as the Gates of Jericho did. None can withstand the source of the Song of Love. The only Song that binds the separate solitudes.
Come and fill my soul and heart! Come my Lover, I have waited long enough.
Maybe, just maybe, when I leave Nova Scotia, when I say goodbye to our beaches, especially that one secluded, and removed from tourists, wild beach with the Fort of Our Love – maybe then, I will take you to that Paris of Montmarte. Of lovers kisses and embraces. … and I will kiss your trembling lips, and I won’t let go.
This letter will be my last from the series of ‘Rozmowy z Johnem’ or ‘our talks’. I have re-build that fort with much larger stone and rocks, arranged a strong wall of rocks in front of it to protect it from waves. It may last longer than a year. Maybe a lonely visitor will find it pleasant. I wont go there anymore. Now John will walk with me the way we used to – everywhere together. And I will take him one day to Paris, we will go to Montmarte and at dusk I will kiss him.
Tak, jak ten dzisiejszy spacer przez most z Dartmouth do Halifaksu i dalej uliczkami tego specyficznego miasta. Uliczkami tego żywego Halifaksu, Halifaksu jego mieszkańców a nie turystów, z dala od Waterfront i zabytkowego Centrum. Halifaksu zamkniętego granicami ulic North, Quinpool, Agricola i Oxford, a więc odsuniętego też trochę od zupełnie innej charakterystyki świata studentów i pracowników rozległego terenu Uniwersytetu Dalhousie.
Znam te uliczki doskonale, na pamięć, mimo to ciągle zauraczają specyficznym, staroświeckim czarem uśpionej prowincjonalności. Lublin, Przemyśl lub Rzeszów przychodzą na myśl. Często tu przyjeżdżałem w dni wolne od pracy by spotkać się z Tobą na twojej godzinie lunchu i przerwie. Ja przyjeżdżałem godzinkę-dwie wcześniej żeby właśnie po tych uliczkach łazić bezmyślnie, gapić się. Potem wracałem pod Berkeley, gdzie pracowałeś i czekałem aż wyjdziesz tym bocznym wyjściem na tyły budynku, gdzie była ścieżka w dół i trochę miłej, zielonej trawy. I szliśmy czasem na lunch obok do kawiarenki lub po prostu na papieroska. W tym miejscu kończyłem dziś i mój spacer. Poczekałem chwilę, popatrzyłem na te boczne drzwi czy może jednak wyjdziesz. Naturalnie, że wiem, że żadnych drzwi już nie otwierasz, przez żadne nie wychodzisz nigdzie. Ale przyzwyczajenie pozostało.
Ty – mój wiersz niedokończony. I spacer po moim mieście. Nigdy przedtem tak o Halifaksie nie myślałem. A teraz stał się moim. Tak jakoś niezauważalnie, mimochodem, niepostrzeżenie. Obok, Warszawy, może Londynu, oczywisci obok Calgary a nawet obok naszego cudownego, nieporównywalnego nawet do Warszawy – Vancouveru (naturalnie pisząc ‘Vancouver’ mam na myśli wszystkie miasta tej wielkiej aglomeracji, a już zwłaszcza Surrey) – miasta ze wszystkich mi drogich – najdroższego, najbliższego. Miasta, które było naszym domem.
Ale wracając do mojej, może ostatniej już wycieczki z kamerą do mojego Halifaksu.
the text is both:in English and Polish. But it is not a translation – both texts are different and independent of each other part of one story. It is often that I write my ‘talks with John’ in either of languages: Enlish or Polish. Sometime in one story, as it is this case. And I don’t want to translate either parts. It just has to be as it is.
Pojechałem dziś do ciebie. Nie wiem nawet, nie pamiętam czy pierwszy raz w tym roku? Kartki z kalendarza pogubiłem już dawno. Nie wiem nawet gdzie, czy na plaży jakiejś, do których uciekałem cały rok szukając cię? Może w tym forcie w Lower East Chezzetcook, forcie który z uporem budowałem odgradzając go kamieniami od fal i odgrodzonym małą zatoką z silnymi prądami wody od głównej plaży. Nikt tam prawie nie docierał nigdy, bo przypływ nagły mógł powrót uczynić bardzo karkołomnym. Więc była to jakby moja pustelnia, moje królestwo, gdzie spędzałem godziny. Czasem mogłem wrócić idąc, czasem musiałem wracać płynąc, jedną ręką trzymając w górze plecak z kamerą i zeszytem w którym spisywałem nasze rozmowy.
Straciłem dom, straciłem przystań, zgubiłem kotwicę. Moja łódź błąka się rzucana w różne strony świata falami dwóch oceanów: Wielkiego, zwanego ironicznie ‘Spokojnym’ i zimnego Północnego Atlantyku. Szukam wyspy, którą mógłbym nazwać ‘Nasza’. Nasza Wyspa nie jest wielka, raczej mała. Jak ta z przygód Robinsona Cruzoe i Piętaszka ma tylko dwóch mieszkańców. Wieczorami spotykam cię siedzącego na skałach ze wzrokiem zanurzonym w głębinach oceanu. Podchodzę i kładę rękę na twoim ramieniu. Odwracasz powoli swoją twarz ku mojej. Masz w oczach i na ustach spokojny, słodki uśmiech zadowolenia. Podaje ci rękę i pomagam zejść z kamieni. Kładziemy się na ciepłym piasku dzikiej plaży i patrzymy w niebo. Leżymy tak długo, aż nadejdzie noc i niebo zapala nad nami lampy gwiazd. Wskazujesz palcem najjaśniejszą i pytasz: Widzisz? To nasz gwiazda. Nazywa się Miłość. I zawsze będzie nam świecić, do końca wszystkich dni, do czasu gdy wyparujemy atomami kosmicznego pyłu i popędzimy obracać się po jej orbicie. Czy to nie piękne?
Biorę w swoją dłoń twoją i całuję ją długo. Odpowiadam: tak, to jest piękne. I odpływam w sen czekając na ten moment. Moment odlotu z Naszej Wyspy do Naszej Gwiazdy. Do domu.
Comes the day next. It is almost as if it was yesterday, yesteryear, forever. Our stars, our Cosmos came home to the dancing light of the sun in the waters of our ocean, right at the doorway of our home. And I walk to My Rocks on the shores and see them: the light of the dark sky of night, and the stars diving to the bottom of the sea with the dawn of day.
Seating on Our Rocks, on the edge of the water, I can see them sending shots of light from the dark bottom to the surface. They are there, singing our song with the sirens. They are tending to the Gardens of Coral, of swarms of dancing little fish, of translucent figurines of ancient sea creatures: the squids, the funny shrimps, and seahorses. All following the long pathway of Eurydice and Orpheus.
Our star, our island is there, too. The sky and the ocean are the same: the stardust of nebulas.
And suddenly I know it all. I’m certain that if I get up from My Rocks now and go home – you will be there as always: sitting on the sofa. You will look at me opening the door and you will say: finally you are back from your silly stars and ocean’s bottom. Sit here, next to me, and I will make us a cup of good coffee. We will watch that movie you wanted us to see.
I’m sure that’s what will happen when I go back home. I’m certain of it but also frozen in fear that I might be wrong. That you might not be there. But I will. I will go, open the door, sit on the sofa, and wait for the cup of good coffee. No one makes such a perfect cup of coffee, as you do.
I have watched two movies recently. Very different and very powerful on a very personal level. Stirring emotions, and memories. The Spanish “Society of the Snow” produced by Netflix and directed by J. A. Bayona, and the Canadian production of “Good Grief” directed, produced, and written by Dan Levy. Dan Levy also played the main character, Marc.
The “Society of the snow” – let me take you on a journey in time. At the time of the catastrophe, I was 14 years old. A year later a book by British writer Clay Blair “Survive” appeared. A well-known Polish writer or essayist wrote in a Polish literary weekly “Literatura” a piece about it. It might have been Jerzy Andrzejewski, an excellent writer whose weekly column I have always read – but truly I can’t recall now. Yet the story and especially the dilemma of cannibalism versus survival made me write a short piece about it. By that, I was fifteen and of course, as any fifteen-year-old ‘writer’ had a lot to say about the issues of life and death. I sent it off to the editorial desk of Jerzy Putrament, a Polish writer, who was the editor-in-chief of the weekly ‘Literatura”, a major literary and art publication. And he published it. As it was my second publication in a major Polish magazine (the first one was in “Perspektywy”) it cemented my ‘fame and prestige’ among my teachers in my school, but not as much among my classmates, LOL.
I don’t recall if I have read the book by Clay Blair. Not sure if it was translated into Polish. Most likely I never did. But I have seen years later the first movie about it based on that novel. And I wasn’t impressed. Yet the Spanish “Society of the Snow” impressed me very much. The screen-writers (Bayona, Vilaplana, and Marques), the director, and the actors were superb in their austerity of dramatization. Everything was left to the minimum: air, food, movement, and words. Years later, while visiting Mendoza in Patagonia (the ill-fated plane took off from Mendoza on its last tragic leg of the flight to Chile), I took a special bus tour to the Andes and was able to do some hiking at the base of Aconcagua (almost 7000 meters, one of the titans of the world). The outmost desolation of that place there is amazing and overpowering. As far as you can see is a frozen horizon of white peaks and valleys. Can’t imagine surviving there with hardly any provisions for longer than a few days. I felt that the movie captured that feeling very well.
“Good Grief” by Dan Levy. Who doesn’t remember and didn’t love that sweet, funny, and almost useless in practical skills young gay guy in the now iconic CBC series “Schitt’s Creek”, with his father, great Canadian actor Eugene Levy, and fantastic Catherine O’Hara? But Dan Levy playing a grief-strickened, middle-age man in serious drama, tragedy actually? Can he carry it? He did.
I shouldn’t have watch it. But I did. I had to. As I watched his grief, as I travelled with him in his yearly journey of that grief of losing the love of his life – I went through mine. Every silent moment. Every object in his and mine apartment, photographs, furniture. At times I didn’t know if it was Dan Levy or me on that screen. If it was a movie or my memories of last year. No, I didn’t go to Paris and there was no surprise in finding ‘the other lover’. But these are just details, unimportant almost didaskalia of the drama. The differences between the lives of me and John and that of Mark and Luke are just a different shade of the same colour.
As I watched that movie sitting on my (on our) sofa I felt John taking my hand into his and squeezing it gently. I heard him saying I’m sorry, and I wanted to grab his hand, to cover it with kisses. But I didn’t, I knew the hand, his voice would dissipate into the air. So I just sat quietly, didn’t even turn my head, and continued watching the movie. With him undisturbed sitting next to me. As he always did. It felt good. Sad but good. The next morning I went for a drive to a little town called Fall River. I took him there in 2019 to a little Provincial Park, with a forest, by a long, wonderful lake. This time it was wintertime, windy and cold. The gate to the park was closed for the season. I left my car and walked the long trail on foot. The sky was splendid with clouds and sun in crispy air. It was my trip ‘to Paris’. Thank you, Dan Levy, for letting me submerge myself in that grief again. Grief is hard, is sad. But it also is beautiful, because the seed of grief is love.
After I couldn’t sleep.
Didn’t know how to
console You.
How to tell You –
it’s all right, Babycake.
I have survived.
No, it wasn’t Your
fault.
You tried,
You tried so hard.
Do I lie, when I say:
‘it’s all right’?
Yes, I do.
It was
so fucking hard.
I knew it would be
if and when,
but had no clue
how hard it is.
Didn’t know
that grief
could be like
hot lead
slowly injected
into your veins.
Like the disappearing
bubbles of air
you have tried
to squeeze into your lungs
nailed to the heavy
cross of impossibility.
As I watched with terror.
So what was
really the weight
of my grief
compared to that?
How do you compare
the pain of life
to pain of death?
How do you?
What’s the balance ratio
of life in grief
in one hand,
and no life
in the other?
Does a man know?
Does God?
Nota od Redaktora blogu: Bart Staszewski jest działaczem środowisk LGBTQ+, działaczem środowisk demokratycznych i współzałożycielem Fundacji Basta w Polsce działającej na rzecz równoprawności osób o innej tozszamości psychoseksulanej i płciowej; działalności na rzecz osób niepełnospeawnych, równouprawnienia kobiet i meżczyzn oraz innych zagadnien związanych z prawami człowieka i równości wobec prawa. Tekst poniższy powstał w związku z obchodami Dnia Niepodległości w Polsce w listopadzie 2023 roku.
fot. by B. Pacak-Gamalski
“Polska to nasz dom” – mówi wiele osób. A dom, jak to dom, kojarzy się zazwyczaj z bezpieczeństwem, rodziną i dobrymi wspomnieniami. Z czym tobie kojarzy się Polska? Dla mnie to jest trudne pytanie. Zamiast prostej odpowiedzi (czy taka istnieje?) opowiem ci moją historię.
Urodziłem się w Malmo w Szwecji, w domu polskich emigrantów. Gdy miałem siedem lat wróciłem z moją mamą do Lublina. Nie był to łatwy dla nas czas. Mama dawała radę na tyle, na ile mogła – jak wiele innych samotnie wychowujących dzieci w Polsce. Mijały kolejne lata, kolejne wigilie i urodziny, pierwsza komunia i inne rodzinne spotkania – przy każdej okazji byłem wypytywany przez wujków i ciotki o to, gdzie wolałbym mieszkać – w Polsce czy w Szwecji? W Polsce! – odpowiadałem, stając na baczność, i bez chwili zastanowienia. Rzeczywistość zrewidowała moje poglądy, gdy w wieku 16 lat postanowiłem wrócić do ojca, do Szwecji.
Dzisiaj patrzę na ten okres z uśmiechem. Coś co wykluło się z młodzieńczego buntu, przetworzyło się na doświadczenie emigranta, który musiał odnaleźć się w zupełnie innym, zróżnicowanym kulturowo Malmo. To nie jest czas, abym rozwijał setki opowieści i wspaniałych osób z różnych zakątków świata, które tam poznałem. Wiem jednak, że ten okres pozostawił we mnie otwartość na “inność”. Razem z innymi imigrantami trzymałem się w paczce, chodziłem z nimi na wagary, śmiałem się, płakałem, zakochiwałem się. A swoją “inność” odkryłem dopiero po powrocie do Polski.
Ale wróćmy do teraźniejszości – ostatnie 8 lat rządów PiSu było dla mnie kolejny testem. Mogłem znowu wyemigrować, zostawić to wszystko, żyć gdziekolwiek i jakkolwiek. Ale nie chciałem gdziekolwiek i jakkolwiek. Widać mój wewnętrzny bunt jeszcze się we mnie tli, mimo iż mam już 33 lata. Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie jestem zadziorny – oczywiście, że jestem zadziorny, pewny siebie, czasami głupio coś powiem i zdecydowanie za mało czytam. Ale te moje wado-zalety pozwoliły mi jakoś przetrwać najgorsze czasy i działać, kiedy tylko było to możliwe. Pozwalały mi wyjść ze swojej strefy komfortu.
Poprowadziłem pierwszy marsz równości w Lublinie. Pamiętam to jakby to było wczoraj. Rok 2018, Plac Litewski, olbrzymi stres. Wokół mnie mnóstwo policji i jeszcze więcej kontr manifestujących. Obok nas nagle wybucha granat dymny. Myślę, że już po wszystkim. Ale nie poddajemy się. Włączamy Abbę i idziemy przed siebie. Przeszliśmy, przeżyliśmy. W kroplach pary po policyjnych armatkach wodnych pojawiła się wspaniała, wielka tęcza. Razem znowu udało nam się przeżyć kolejny dzień w tym kraju i nawet zrobić coś dobrego dla innych. Tego dnia Lublin był mój..
Równo dwa lata temu, w Dzień Niepodległości byłem z Grupą ‘Granica’ w lesie przy polsko-białoruskiej granicy. Trwał kryzys uchodźczy. Pojechałem tam, aby nagrać film, który miał się ukazać w mediach społecznościowych aktywistów. W środku nocy budzi mnie telefon: Bartek, jest akcja, wstawaj, jedziemy. Okropna mgła, policyjne kontrole, potem. wchodzimy w las, powoli przesuwamy się do przodu. Raz, drugi, trzeci dostaję gałęzią po twarzy. Nogi grzęzną mi w błocie. Weszliśmy na pole, czyli nas widać, więc trzeba uciekać. Wracamy w krzaki. Zapalamy czerwone światełka – bo te ponoć są trudniej zauważalne przez mundurowych. I nagle… jest, cała rodzina! Przy nich już inni wolontariusze – medycy, którzy udzielają im pomocy, jakieś osoby z kocami. Jest niewyobrażalnie ciemno. Trzęsę się z zimna a jednocześnie jestem przepocony, trudno mi się doliczyć, ile jest tam osób. Matka, ojciec, kilkoro dzieci. Wszyscy bez rękawiczek, szalika, czegokolwiek ciepłego. Help, help! – mówi do mnie jedna z kobiet. Opuszczam kamerę, i próbuję rozmawiać. Aktywiści dzięki pomocy telefonicznego-tłumacza dogadują się z uchodźcami. To Kurdowie, uciekają z Syrii. ISIS zabija takich jak oni. Wypełniamy wnioski azylowe, żegnamy się. To wszystko co możemy zrobić. Zimne uściski dłoń, szybkie przerażone spojrzenia, znikamy w lesie. Wychodzimy z krzaków, wchodzimy na drogę. Jest nam już wszystko jedno. Mijamy ciepłe, zadbane domy, duży, ładny kościół. Dochodzimy do naszego hotelu. Rano dostaję ataku kolki nerkowej i ląduję w szpitalu. Zwijam się, płaczę z bólu i wyję. Dostaje lek, które zaczynają powoli działać. Wiem, że ta wizyta to przywilej. Rozmawiam z pielęgniarkami o tym, co się dzieje w lesie kilka kilometrów dalej. Potem, w ciepłym domu zaczynają dopadać mnie wyrzuty sumienia – mogłem im zostawić swoją czapkę, rękawiczki, cokolwiek. Nie dałem nic. Nie pomyślałem.
Następnego dnia wracamy do Warszawy, do domu. Na niektórych budynkach powiewają jeszcze biało-czerwonych flagi. Po drodze duży ledowy ekran pokazuje datę “12.11” i miga na zmianę z “temp. 8 st.C”. Zimno. Wiem, że przy takiej temperaturze ludzie będą umierać w lesie. W Warszawie powiedziałem sobie, że już tam nie wrócę. W moim systemie wartości nie godzi się, aby kogokolwiek zostawiać na mrozie na śmierć. Zostawiłem raz, drugi raz bym nie umiał. W następnych dniach wolontariusze wrócili z dobrymi nowinami do lasu, gdzie 11.11 spotkaliśmy zmarzniętą rodzinę. Ale po rodzinie została tylko zbita kulka ze złotych, ratunkowych kocy pośród drzew. Zostali wypchnięci za drut kolczasty, na białoruską stronę.
Ty, ja, każdy z nas ma jakąś swoją historię. Czasem piszecie do mnie wiadomości, dzieląc się ze mną swoimi, często trudnymi, życiowymi doświadczeniami. Razem dzielimy samotność, poczucie wyobcowania, bycia poza systemem. Jakby świat o nas zapomniał.
Mimo to czasami decydujemy się na jakieś bezinteresowny akt troski o innych, nie oczekując niczego w zamian – albo sami ich doświadczamy. To jest właśnie moja definicja patriotyzmu. Dzielę się z Tobą kilkoma moimi historiami, które stały się dla mnie ważne. Pomagają mi zrozumieć, jakiej chcę Polski. Chcę Polski będącej domem, fajnym, ciepłym miejscem do życia dla Ciebie, dla mnie, dla sąsiada PiSowca, koleżanki weganki czy Ibrahima z sąsiedniej ulicy. Tak długo jak chcemy razem budować ten dom, mając w pamięci naszych braci i siostry, tak długo jest dla nas jako Polek i Polaków szansa. Patrzymy w przyszłość, razem budując teraźniejszość i wyciągając wnioski z przeszłości. Tego i Tobie życzę w Święto Niepodległości.
Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a. Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.
Plac Zbawiciela, Warszawa
To po prostu
kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z
cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu
‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu
zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej
prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory
artystycznych i kulturowych prądów sztuki).
Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).
Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku – wszyscy żółci. Pisząc to i widząc te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości – zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić. W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy. Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci. Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.
A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką. Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).
Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie. Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).
Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu. Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.
Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości). Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety. Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy. Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem, geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą. Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką) postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości. Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.
A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako: żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)
W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!
Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna, emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku … bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas. Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości. Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki: osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.
Co powyżej, mimo
że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy
używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie
jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany
blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo.
Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich.
Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’. Jak i procesów zmian socjalnych i
politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To
ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika. I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość,
wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma
nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z
uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a
zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż
szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia i długich cieni pokoleń wcześniejszych.
Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich
samych.
post scriptum – tekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.