Przerywnik epistemologiczny

Przerywnik epistemologiczny

Człowiek gubi rzeczy, ludzi, swoją przeszłość. Ot, taki roztargnieniec. 27 maja spisałem kilka słów w jednym z moich licznych notesów. Następne dni działo się wiele rzeczy ważnych i o tej zapisce zapomniałem.  A ‘do szuflady’ tylko pisać nie mam zwyczaju.  Inna sprawa, że mam tych notesów, zeszytów zbyt wiele i trudno spamiętać, który wczoraj do plecaka wrzuciłem. Jak napisałem – roztargnieniec, roztrzepaniec. 

By zabawniejsze było, ten zapis zagubiony  był o … zgubionych dwóch dniach, LOL. A poprzedzał go wpis interesująco pozytywny z 30 kwietnia. Naturalnie pozytywny, bo pisany przy kufelku piwa w sąsiedzkim barze obok domu. W konkluzji tego wpisu pozytywnego z końca kwietnia też błąd zrobiłem, ale był to już błąd czysto emocjonalny. Pisałem o dwóch krajach: Kanadzie i Polsce i wyrażałem moje serdeczne do nich przywiązanie i ich uznanie, jako przykłady dobrych krajów.

Kilka dni później były w Polsce wybory prezydenckie. Z masy kandydatów Polacy wybrali na prezydenta idiotę (to się zdarza) i sutenera (to już nie). Po blisko pół wieku niemieszkania w Polsce na stałe, obliczenia i wyobrażenia o niej rozminęły się z rzeczywistością. Przez ponad tysiąc lat Polska miała wielu króli, władców i prezydentów. Niektórzy może najmądrzejsi nie byli – ale naganiaczem dziwek do tej pory żaden. Do tej pory.

O, pewny jestem i to naturalne, że zawód sutenera miał się w Polsce tak dobrze, jak w we wszystkich chyba krajach. Ale wybrać jednego na prezydenta?  To chyba jednak ewenement. To, dlaczego jedną z jego pracownic nie zrobić, bo ja wiem? Marszałkinią Sejmu? Premierową? Ruch będzie w interesie.

Tym sposobem mój obraz starej ojczyzny i jej mieszkańców uległ poważnym zmianom.  Teraz Sąd Najwyższy ma badać sprawę, bo ponoć doszło do poważnych oszustw w liczeniu głosów. W jaki sposób przy niezależnych Komisjach Wyborczych?  Ale wszystko, jak wiemy, jest możliwe. Zwłaszcza w sprawach niemożliwych.

 Koniec wstępu – wracamy do moich zgubionych zapisków.

               3o kwietnia, 2025

Za barem. Sam z kufelkiem ciemnego ale. Dawno sam nie zaprosiłem siebie na piwko. Jedno wystarczy – i tak mam silne zawroty głowy po wypadku i bez piwa. Wszak to jedno smakuje bardzo, a z baru mam ledwie tyko przejść przez ulicę i jestem pod domem.

Wieczór ciepły. Bywalcy starsi ode mnie próbują swoich sił przy mikrofonie. Z rezultatem podobnym do opery, na jakiej byłem kilka dni temu: jedni świetni, inni zdecydowanie nie, LOL. Ale z zapałem.  Ktoś gra bardzo ładnie na harmonijce. Letni wieczór w popularnym barze. Bywałem tu kilkanaście lat temu, to bywam i teraz.

Rekuperacja po-wypadkowa nie idzie ani do przodu, ani do tyłu. System przestał działać, lub działa na zasadzie przypadku.  Naturalnie ci, którzy mają własnego lekarza domowego są w nieco lepszej sytuacji. Ja nie mam. Zabawne jest , że kilka tygodni temu dostałem pismo z Nowej Szkocji, że zostałem stałym pacjentem lekarza X … rok po mojej wyprowadzce z Nowej Szkocji nad brzeg drugiego oceanu. Może, kak wyjadę do Polski za rok-dwa, to dostanę pismo, że mam stałego lekarza w Vancouverze?

Mimo wszystko to jest piękny kraj. Kocham jego oszałamiającą naturę i jego etniczny wachlarz z całego globu. Mimo zadrażnień, ta mozaika pracuje zgodnie i pogodnie.

W zasadzie mógłbym mieszkać w jakimkolwiek kraju, gdzie panuje demokracja, ale Domy mam tylko dwa: Kanadę i Polskę. Przyznaję, że bardzo różne. To już jednak efekt ich bardzo różnej historii.  Oba są piękne na swój specyficzny sposób.

               27 maja, 2025

Zgubiłem dwa dni. Drobiazg, tylko dwa. Prawda? Taki Przerywnik Epistemologiczny, ale irytujący.  No, bo  czy mam się cofnąć w czasie, czy przeskoczyć czas o czterdzieści osiem godzin? Początkowo się tym nie przejmowałem zbyt: dwa dni! Co to jest dwa dni w miliardach niezliczonych dni Wszechświata?!

Teraz wpadłem jednak w panikę:  całe dwa dni! Jeśli to były właśnie te dwa, w których w odległych galaktykach miała się narodzić nowa supergwiazda dająca początek nowych planet, nowych cywilizacji szczęścia i spokoju?

I teraz, co? Już nigdy? Wpadłem w przerażenie. Pobiegłem do Antykwariatu Rzeczy Zagubionych prowadzonego przez dwóch Siwych Mędrców.

Zacni panowie, ratujcie!

krzyknąłem. I dalej tłumaczę:

Przez zamęt, nieuwagę, roztargnienie własne spowodowałem powstanie Przerywnika Epistemologicznego. To może grozić katastrofą kosmiczną, co robić? Zniszczyłem nieistniejące jeszcze cywilizacje Edenu.

Starzy Mędrcy cicho się naradzili i przynieśli dwie wielkie Księgi Inwentaryzacyjne. Przeglądali strony, szeptali między sobą, a w końcu uśmiechnęli się do mnie:

Proszę się nie martwić. Nie spowodował pan żadnej tragedii, bo zapis i opis wiedzy trwa nieustannie od początków świata. Zaś proces, który trwa nieustannie z natury swej nie może mieć przerwy, pauzy. Pańskie roztargnienie, jakkolwiek nieprzystojące mężczyźnie w dojrzałym wieku, nie ma jakichkolwiek przymiotów tragiczności ani metafizycznej straty.

Powróciłem do domu uspokojony,  sprawdziłem przez okno, że gwiazdy odległe dalej świecą i położyłem się spać. I nagle, trach! Budzę się z przerażeniem: a cóż, jeśli ci Mędrcy są z Czasu już po powstaniu tego Przerywnika i pojęcia nie mają, że był przedtem Czas inny, czas, gdy trwały i żyły w nas marzenia o Edenie i raju szczęśliwości?

Pot zimny mnie oblał. A może zwyczajnie oszalałem? Ostatecznie, to naprawdę tylko dwa dni głupie. Jak rano wstanę to poszperam w kieszeniach i szufladach. Gdzieś pewnie leżą, no bo jak można być aż tak roztargnionym żeby całe nowiutkie, nie używane dni zgubić?

I to tyle na teraz. Ale ostrzegam – nie gwarantuję, że ich gdzieś nie zgubiłem, więc na spacerach patrzcie pod nogi – a nuż leżą sobie na chodniku dwa nowiutkie, niestargane dni. Mogą się przydać.

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

@B. Pacak-Gamalski, 2025

Więc wróciłem. Wróciłem do ciebie, mój Parku Stanleya. Jadę tam teraz kolejką z mojego domu tu. Tak jak było wtedy przez tyle lat, tyle marzeń, pocałunków i westchnień.

Jadę parku najdroższy, tak jak Łazienkowski w Warszawie, podziwiać twoje bordowe kwiaty japońskiego klonu nad twoją laguną.  Wracam, jak syn marnotrawny z wertepów tysięcy kilometrów.. Trochę złamany, trochę poturbowany, może wolniejszy w marszu. Wracam sam, więc tak, jakby tylko moja połowa wróciła. Boleśnie  rozdarty piorunem na dwoje, jak stary wysoki cedr z twoich alejek.

Jeszcze się gałęzie zielenią, jeszcze ptaki w dziuplach gniazda wiją. Wracam z mojej dziupli, z mojego nowego gniazda na tym samym drzewie. Ale to gniazdo na zawsze pozostanie w pół zamieszkane, w pół puste z jednym samotnym ptakiem..

Kaczuchy czyszczą po zimie swoje gniazda w zatoczkach laguny. Gromadki gęsiątek na popasie w trawie, tuż koło tego znajomego mostku prowadzącego do alejek Stanley. Patrzą się na mnie zdziwione pytającym wzrokiem: to ty? wróciłeś? I bez niego, bez twojej mamy i bez Irenki?

Oh, Irenka – jakże mógłbym zapomnieć! To lata jeszcze z Burnaby na Capitol Hill, z polskiego Domu Kopernika na Rosemont Drive, z naszego pierwszego townhouse, który kupiliśmy po wyprowadzeniu się z Capitol Hill. Do Parku Stanleya  z nimi jeździłem często, do ulubionego przez Irenkę Ogrodu Różanego, gdzie dojeżdżał trolejbus z Kingsway blisko od Domu Kopernika,  na końcowy przystanek właśnie przy tym Ogrodzie Różanym.  Irenka kończyła przed wojną Wydział Ogrodnictwa na SGGW w Warszawie i stąd tak lubiła i znała się na ogrodach i kwiatach.  Pochodziła z zamożnej rodziny Maciejewskich i bywała na balach u Prezydentowej Mościckiej. Ta zaś, w ‘spisku’ z mamą Irenki, chciała ją żenić ze swoim synem, młodym Mościckim. Ale jej ani w głowie było małżeństwo wtedy – wolała tańczyć fokstrota na stolikach w „Ziemiańskiej”! Potem wyszła za mąż za pana Pasławskiego, ale nie było to udane małżeństwo. Po wojnie spotkała się ze znajomym panem Kropińskim, który przyjechał do Polski na urlop z Kanady, gdzie osiedlił się po wojnie.  A Kropiński twierdził, że kochał się w niej jeszcze w tej przedwojennej Warszawce, ale dała mu też kosza. Płk. Dyp. Adam Kropiński był przed wojną  oficerem stacjonującym w twierdzy Przemyśl. Jego praprapra, Piotr Kropiński był rotmistrzem Straży Przedniej samego Augusta II Sasa.  Pan Adam w czasie stacjonowania w Anglii pobrał się z arystokratka angielską z tego samego rodu … co Diana, tragiczna Księżniczka Walii. Co za konotacje i ścieżki historii, prawda? Gdy spotkał z naszą Irenką podczas wizyty w Polsce był już wdowcem i się jej oświadczył.  Z Pasławskim wzięła rozwód i … tak wylądowała w Kanadzie, początkowo pod Vernon w Okanagan, potem w Vancouverze.

A potem jeszcze …no łaziliśmy nocami po klubach ciekawych z nią i mamą, za dnia po Stanley Parku, gadaliśmy wiersze i słuchaliśmy dobrej muzyki i wykładów znawców wielu tematów ze sztuką związanych na niezapomnianych wieczorach „Pegaza” u Krystyny Połubińskiej, raz w roku na spotkaniach w Bibliotece przy ukazywaniu się kolejnego rocznika „Strumień’, który tu wydawałem przez ponad 10 lat.

Zaraz, o czym to miało być? A, o Stanley Parku. No widzicie, aż tak się nie zmieniłem – ciągle uciekam w tematy poboczne i gadułą jestem nieznośnym, LOL.

Więc chodzę teraz brzegiem tej Zagubionej Laguny i widzę Johna, widzę Irenkę, widzę moją mamę. I też jestem sam tak, jak one wtedy już obie były.  Kiedyś wszyscy zostajemy sami. Ten drugi ptak z któregoś lotu do dziupli już nie wraca. Kiedyś kaczka druga do gniazda uwitego z tataraku więcej nie podpływa …

Zwalony wykrot olbrzymiego starego cedru szepce:

pamiętaj, że było warto, warto po stokroć, a samotność nie jest ceną wygórowaną nawet za dzień szczęścia.

Kiwam głową:

tak, warto po stokroć. Ból Straty jest, jak eliksir życia – krzyczy, że jeszcze żyjesz, a żyjąc pamiętasz, że kochałeś, że byłeś kochany. Cóż w życiu może być bardziej piękne, bardziej wartościowe niż doświadczenie miłości?

To dzięki temu potrafię chodzic naszymi alejkami nad Zagubioną Laguną, uliczkami w Surrey, New Westminster i Vancouveru. Bez przymusu, serdecznie i szczerze kłaniać się i uśmiechać do mijanych przechodniów. I szeptać im bezgłośnie:

Idźcie na spacer przed zmierzchem do tego Parku w Aleję Zakochanych. Ale przed nocą, nim zmierzch wszystko opończą ciemną otoczy, nim wrócicie do domów i powszedniości. Idźcie tam i całujcie się serdecznie, gorąco, natarczywie. Czy macie lat piętnaście czy osiemdziesiąt jest bez znaczenia, prawdziwa miłość o metrykę nie pyta. Pięćsetletnie tuje i klony ponad wami spojrzą, szturchną się gałęziami i ze śmiechem zaszumią – patrzcie na tych siedemdziesięcioletnich smarkaczy na randce!

I to by było na tyle dzisiaj, tymczasem więc.

Nasza droga przez życie,

nasze życie w tej drodze,

i kochanie w niebycie!

Read more: Ścieżkami przez czas, alejkami wzdłuż Zagubionej Laguny w Parku Stanleya

Kliknij na pierwszą linijkę (Nasza droga przez życie) i otworzysz stronę z pełnym tekstem tego wiersza-piosenki

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną

Arabeska z bulwarów nad Sekwaną
Pomnik Jana Kazimierza Wazy w Paryżu

Halina siedziała przy stoliku w jej ulubionej knajpce Lipp przy Bulwarze Saint-Germain. Patrzyła w zamyśleniu na stary, średniowieczny kościół Opactwa Saint-Germain-de-Prės. Czasy jeszcze Merowingów, pierwszych władców Franków.

Ale nie o nich myślała, nie o wielkiej historii starej matki Europy – Francji. Myślała o pewnym sercu wmurowanym w ścianie przepięknej błękitnej nawy tego kościoła. Sercu króla dalekiej od tego miejsca Polski – Jana Kazimierza Wazy.

Myślała o jego sercu wmurowanym w nawie tej starej świątyni i zastanawiała się, gdzie, w którym kraju rzeczywiście jego serce było za jego życia? Ona nie miała wątpliwości wobec jej serca. Jej zostało w Warszawie.

O, kochała Paryż, jak można go nie kochać? Jest taki uroczy, romantyczny, elegancki. Co tu dużo mówić, jest po prostu pełen joie de vivre . Ma tu wszystko, ma nawet tą swoją wieprzowinę z kapustą w tej właśnie restauracji Lipp. Ale … no nie wszystko jednak.

Tamten był królem z mieszanką genów wszystkich bodaj wielkich domów panującej ówczesnej Europy. Ona była zwykłą dziewczyną. Matka polska żydówka, ojciec Polak z dziada-pradziada. Na tyle na ile ktokolwiek może z pełną pewnością coą takiego w Europie powiedzieć. Geny-szmeny, uśmiechneła się do siebie. Kto wie czy jej mama innych niż żydowskie nie miała? W Europie, gdzie granice i ludy są od długich setek lat w ciągłym ruchu, jak rzeki. Tak, wedle zasad była polską żydówką. Co to jednak za zasady i kto je niby ustalił? Ona uważała się za kompletną Polkę pochodzenia żydowskiego. I to wszystko. Zresztą ani matka ani ojciec nazbyt religijni nie byli. Ojciec chodził do kościoła na Wigilię i Wielkanoc, lub czyjś ślub albo pogrzeb. Matka do Bożnicy trochę częściej, a i tak jej rodziną nazywała ją ‘przechrztą’, z czego się śmiała.

Jan Kazimiez po abdykacji objął bardzo intratną funkcję opata tegoż Saint-Germain-de-Prės. Ale serce mu pękło kilka lat późnie na wieść o upadku Kamieńca Podolskiego w jego dawnym królestwie. Więc jednak za tą Rzeczypospolitą starą tęsknił. Tym dziwnym krajem-pomostem między Europa starej Francji Merowingów i Karolingów a stepami i Azją. Pochowano go na Wawelu, ale serce jednak tu, w Paryżu zostało.

A jej nie jest w Paryżu, który uwielbia; nie jest na pewno w Krakowie, w którym raz tylko z wycieczką szkolną była, bez wątpienia nawet nie w Wilnie czy we Lwowie, gdzie ten król śluby wielkie składał. Dla niej te miasta za obecną granicą są tylko częścią starej historii. Nie miała z nimi sentymentalnej łączności, nie znała ich. Może dlatego, że oboje rodzice nie pochodzili z Kresów, to w zasadzie nigdy prawie się o tych Kresach w jej domu nie rozmawiało. Jej serce zostało gdzie indziej. Na peronie małego dworca kolejowego Warszawa Gdańska. W miesiącach, kiedy tak naprawdę powiedziano jej, że jest Żydówką. Nawet nie żydówką, a konkretnie, etnicznie Żydówką. Choć nikt jej nigdy żadnych genów nie badał. I jakby fakt, że nawet, jeśli wedle jakichś tam norm jest, cokolwiek znaczył, lub znaczył więcej. Że ci Żydzi mieszkali tu, rodzili się i umierali przez ponad sześćset lat. Byli. Sześćset lat! Jezu lub Jahwe – przecież to kompletnie się kupy nie trzyma ta cała logika rasowa czy etniczna. Coście wy im z tych Niebios czy z Góry Synaj naopowiadali? Może się razem zapiliście na tym weselu galilejskim, ot i co.

I nagle w tym 1966, 67 i 68 partyjnym bosom i głupiej masie niewykształconych chłopo-robotników socjalizmu wmówiliście, że bida socjalistyczna to moja, polskiej Żydówki wina. Czego to ja jeszcze byłam winna? A, wojnie arabsko-izraelskiej. Byłabym zapomniała, jaka to wtedy ważna międzynarodowa osoba ze mnie była. I nagle, za decyzją mamy i taty, że tego znieść nie można, znalazłam się z nimi na Dworcu Gdańskim na Stawkach. Pociąg ruszył, ale na peronie zostało moje serce. W dodatku, został tam, w tamtej Warszawie mój chłopak. Boże, jak ja w nim byłam zakochana! Tyle, że ta nasza miłość nieszczęsna i młoda wpadła w tryby wielkiej machiny propagandowej, a te ją zmiażdżyły na proszek. Żadne z jego rodziców nie miało żydowskich genów, więc o paszporcie i wyjeździe nie było mowy. Chłopak nie miał szans.

Popatrzyła jeszcze raz na te stare Opactwo po drugiej stronie szerokiego Bulwaru. Otarła ręka policzek i poczuła, że jest mokry. Uśmiechnęła się smutno. Tyle lat …

Tak, wróciła tam po latach, była na tym dworcu. Ale serca nie znalazła. Pewnie ktoś sprzątnął. Wiedziała, że Tadek – jej chłopak – poznał po kilku latach inną kobietę, pobrali się, mieli dzieci. Zadzwoniła do niego i umówili się na kawę w pobliskim szklanym hotelu, którego tu za jej czasów nie było.

Opowiadał, że po kilku latach nie mógł tej samotności znieść, chciał mieć rodzinę. Ma dobrą żonę, dwoje dzieci. Ucieszyła się. Smutno, ale cieszyła się. I dla niej, tej drugiej kobiety, też się ucieszyła. Tadek to był naprawdę bardzo dobry mężczyzna i pewnie dobry i zacny mąż. Wypytywał o jej życie w Paryżu, czy wyszła za mąż. Nie, nie wyszła. Ale miała wieloletniego partnera, bardzo miłego pana, Francuza. Zmarł niestety dwa lata temu. I nie szuka już nikogo innego. Czy go kochała? Chyba tak, było jej z nim dobrze.

Spytała czy on nigdy nie chciał przyjechać do Paryża, mieliby się gdzie zatrzymać, ma ładne mieszkanie blisko rue de Radziwill, koło Hall, w centrum. Uśmiechnął się:

Halinko najmilsza przecież wiesz, że to niemożliwe. Za trudne dla mnie, dla mojej żony, dzieciom trudno wszystko wytłumaczyć. Za trudne dla ciebie, najmilsza. Co by się stało, gdyby nagle to wszystko wróciło, tamte tak piękne uczucia? Jakież by to było dla nich okrutne. Bo gdyby wróciło, nie wiem czy mógłbym się powstrzymać. I po czasie oboje byśmy byli rozgoryczeni i żałowali. Nie potrafilibyśmy sobie wybaczyć naszego egoizmu szukania powrotu do przeszłości. Ja widziałem cię wtedy, stałam na wiadukcie nad torami. Chciałem skoczyć z tego wiaduktu na ten pociąg, jak powoli odjeżdżał, położyć się płasko na dachu i może nikt by nie zauważył i bym tak z Tobą poza ta granicę na Odrze dojechał. Ale nie mogłem zostawić rodziców i młodszej, niedorosłej jeszcze siostry. Wiesz, że w domu u nas się nie przelewało, była zwykła bida. Musiałem im pomóc, iść do pracy.  

Halinie popłynęły z oczu łzy. Nie wiedziała nawet, że tam był wtedy. Musiał to strasznie przeżywać. Ścisnęła go za ręce, potem zbliżyła je do swojej twarzy i złożyła na nich ciepły pocałunek.

Dziękuję ci za wszystko, dziękuję ci za tą piękną miłość młodości, za to, że tam byłeś na tym dworcu i że całe szczęście głuptasie nie skoczyłeś na ten pociąg. Dziękuję, że jesteś dobrym i porządnym mężem dla tej kobiety i dobrym ojcem dla swoich dzieci. I za to, że jesteś mądry i dlatego nie chcesz przyjechać do Paryża. O jedno mimo to cie proszę – napisz czasem krótki list, co dzieje się z twoimi dziećmi, jakie szkoły, postępy, plany. Może miłości, małżeństwa? Bardzo by mnie cieszyły ich sukcesy. To w końcu dzieci mojego Tadzia. A to bardzo ważne.

Tadeusz obiecał, że to będzie robił, pożegnali się smutno-serdecznie i djechali w swoje, osobne strony.

Halina nigdy więcej Tadeusza nie widziała, ani on jej. Ale regularnie dostawała z Polski listy o jego synach i było to dla niej zawsze wielką radością.

Teraz, po latach wstała zza stolika tej restauracji Lipp i poszła powoli do stacji metra.W metrze wyciągnęła z torebki zgiętą kopertę, wyjechała z niej kartkę zapisaną drobnym pismem i zaczęła czytać z uśmiechem na twarzy.

Do Polski już nigdy więcej nie pojechała. Nie dlatego, że jej się nie podobała, przeciwnie – wypiękniała i unowocześniła się nadzwyczaj!  Cieszyła się z tego nawet. Ale jej dom teraz to Paryż, to jej teraz ulubione miasto, w którym miała i ma dobre życie. Wystarczy na jedno.

Młodość? Została tam, gdzie zostawiła swoje serce. Może dalej tam są na Stawkach?  

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Arabesca z bulwarów nadwiślańskich w Warszawie

Tadeusz siedział przy stoliku na bulwarach nad Wisłą. Popijał zimne piwo i rozglądał się wokół. Przed nim widać było zalesione brzegi praskie i żółte łachy wiślane, za nim czerwone dachy warszawskiej Starówki  płonące w czerwonych promieniach zachodzącego słońca.

Naokoło siedziały pary młodych ludzi. Nikogo tu nie znał i nie spodziewał się zobaczyć znajomej twarzy.  Gdyby nawet jakimś przypadkiem zdarzyło się, że ktoś znajomy by nawet przechodził, wątpliwe by twarz rozpoznał.  Uśmiechnął się do siebie sarkastycznie realizując, że ostatni raz, gdy taką twarz mógł widzieć, byłaby gładka, bez zmarszczek, z czupryną gęstych włosów. Tak, jak on wtedy wyglądał. Oczywiście nie było wówczas tych kamiennych schodków-bulwarów. Był chodnik, szosa za nim, i trawa pokrywająca wały wiślane od Uniwersytetu, aż po Nowe Miasto i dalej. Brzeg praski pozostał bardziej ten sam. Ładniejszy, schludniejszy, ale ten sam.

Naturalnie, że i po tej – kiedyś jego – stronie Wisły nie mógłby się zagubić i wszędzie by trafił. Główna siatka ulic w zasadzie pozostała ta sama. Jakiś gdzieś przekop, dokop, kładka lub tunel nie zmieniały tego. A już zwłaszcza Trakt Królewski od Łazienek, przez Nowy Świat i Krakowskie to już zupełnie takie same, gdy biegał po nich parędziesiąt lat temu. No, niektóre nazwy ulic się zmieniły, ale było to bez znaczenia.

Jakąś młoda dziewczyna krzyknęła: Tadek! Spojrzał się na nią zaskoczony, a ona nawet go nie spostrzegła. Wołała po prostu jakiegoś innego Tadka, na pewno o parę dekad młodszego od niego.

Z głośnika przy barze poleciała nagle stara piosenka Ewy Demarczyk. Bodaj jej najlepsza. Grande Valse Brilliant. Demarczyk pytała tym razem jakby jego właśnie – czy pamiętasz, jak ze mną tańczyłeś walca …. Uśmiechnął się. I zaskakując sam siebie pół-głośno powiedział:

– Pamiętam Ewa, naturalnie. W jakiejś zadymionej piwnicy zdaje się, może „Pod Baranami’? Tego nie jestem pewny. Ale śpiewaliśmy i tańczyliśmy.

Dziewczyna, która przedtem zaskoczyła go wołaniem siedziała teraz z tym młodym Tadkiem przy stoliku obok.  Usłyszała jego mówienie ‘do siebie’ i spytała zaciekawiona:

– Czy naprawdę tańczpan i śpiewał z Ewą Demarczyk tego walca?

Tadeusz zarumienił się lekko, ale szczerze odpowiedział:

– Sto lat temu, ale tak – tańczyłem z nią i śpiewaliśmy razem, tylko nie na scenie. Nie byłem piosenkarzem, byłem jakimś młodym wierszokletą i ona lubiła moje wierszyki. Znaliśmy się.

– Ależ to niesamowite! To była legenda polskiej sceny i Pan się z nią przyjaźnił? Co za zbieg okoliczności!

Tadeusz zaambarasował się nieco tym całym zamieszaniem i swoim gadaniem na głos. Inni już odwracali głowy i patrzyli na niego, jak na jakiś eksponat usadzony w krześle.

Wie pani, nie przesadzajmy. ‘Przyjaciel’ to chyba zbyt wielkie słowo. Znaliśmy się, byłem może jej kolegą, jakich miała wielu, nie mówiąc o rzeszach wielbicieli jej talentu. Gdyby żyła i tu przechodziła teraz pewnie by mnie nawet nie poznała. To już tyle lat …

– Ale tańczył pan z nią Grande Valse Brilliant! To pomnikowe! Czy szurał pan po podłodze podwiniętą podeszwą?!

Roześmiał się szczerze. Zresztą ta młoda dziewczyna nie wydawała się ani odpychająco natrętna, ani jej entuzjazm nie był ironiczny, a sprawiał wrażenie szczerego i naturalnego. Może nawet wzruszyło go to trochę.

 Wie pani, ‘podwiniętą podeszwą’ to raczej nie, ale zelówki na pewno były bardzo starte, ha ha ha … i kto wie? Może i wytężałem pierś cherlawą. Ona już była legendą – Madonną tamtych lat – a ja cherlawym gryzipiórkiem.

Dziewczyna wstała od stolika i stanęła przed nim. Uśmiechnęła się, prawą rękę przyłożyła do brzucha, lewą wyciągnęła w jego kierunku i kłaniając się powiedziała:

– Drogi Panie Wierszokleto, proszę pamiętać o starych zasadach pewnie ważniejszych dla pańskiej generacji niż – niestety – dla mojej: kobiecie się nie odmawia i basta. A ja proszę pana do tańca i koniec, nie ma dyskusji i uników. Jestem piosenkarką. Nie, nie legendą tamtych ani tych czasów, ale umiem śpiewać. I niech świat wpadnie nam w ramiona, jak im wtedy. I błagam, niechże pan mi nie odmawia! Niech i ja za ileś tam lat będą mogła tu przyjść i z wielkim sentymentem wspominać to nasze spotkanie i taniec dziś.

Pierwszym odruchem Tadeusza była chęć kategorycznej odmowy tej absurdalnej propozycji. Nie jest jakąś zabawką dla kogokolwiek zachcianek i kaprysów! Cóż ta młoda siksa sobie wyobraża!

Ale było coś bardzo szczerego w jej głosie i manierze, mimo krotochwilności sytuacji. Coś, co dało mu moment na refleksję. Nie, ona nie chciała zrobić z niego przedstawienia. Tańczyć się nie wstydził, bo tańczył dalej dobrze. Poza tym … nikt go tu nie znał, co mu zależy dziewczynie tą przyjemność zrobić? Będąc w jej wieku też takie zwariowane pomysły miewał. Ha! ciągle je mam – uśmiechnął się do siebie.

Wstał od stolika, lekko się wyprężył, schylił głową, podszedł do niej i podał jej swoje prawe ramię

De rien. Voilà, Mademoiselle

Trzymając ją pod ramię sprężystym krokiem poszedł do barmana tego ‘baru na bulwarach’ i grzecznie ale rozkazująco powiedział :

Młody panie Ober – koniecznie raz jeszcze Grande Valse Brilliant, s’il vous plaît

I położył na ladzie banknot wyjęty z portfela. Barman spojrzał na nich, potem rzucił okiem na wartość banknotu, uśmiechnął się, podszedł do maszyny puszczającej muzykę i nacisnął jakiś klawisz.

Z głośnika na daszku tego baru popłynęły znajome dźwięki. Tadeusz skłonił się dziewczynie raz jeszcze, uniósł lekko prawe ramie, ona uśmiechnięta i szczęśliwa podała mu swoje, zeszli nieco niżej za stoliki i zaczęli tańczyć. Po którymś takcie ona nie przestając tańczyć zamknęła oczy i zaczęła śpiewać wespół z Ewą Demarczyk. Śpiewała faktycznie ładnie, choć zupełnie innym głosem, ale ten dziwny duet wydawał się w tym miejscu bardzo udany. A tańczyli pięknie, lekko. Tadeusz był wybornym wodzirejem i przestał zwracać uwagę na otoczenie. Patrzył na partnerkę, ale jakby nieco poza nią, w dal. Gdzie?  Może zaczął znowu tańczyć z Ewą?  

Ona? Ona była cała w skowronkach naturalnie. I w obłokach. Tańczyła z poetą Ewy Demarczyk i śpiewała z wielką Ewą w duecie. Przechodzący obok spacerowicze zatrzymywali się w grupkach i oglądali ich z satysfakcją. Gdy skończyli wszyscy wybuchli brawami, siedzący przy stolikach wstali i klaskali stojąc.

Tadeusz skłonił się jej lekko, podał swe ramie i odprowadził ją do jej stolika. Skinął głową w kierunku tego jej Tadeusza, odsunął jej krzesełko by siadła. Młody mężczyzna zaklasnął lekko i rzekł:

Ewcia, byliście wspaniali, nie mogłem się napatrzeć i nasłuchać!

Tadeusz wpadł w osłupienie. Ewcia? Naprawdę? Ona spostrzegła jego konsternację, zrozumiała to i odrzekła cicho

 Tak, mam na imię Ewa, ale nie chciałem tego zdradzać, bojąc się, że weźmie to pan za głupi żart i odmówi zdecydowanie, przepraszam.

No cóż, nie spodziewałem się faktycznie, że po tylu latach będę znowu tańczył z Ewą śpiewającą na głos Grande Valse. I cenię, że pani tego, pani Ewo, nie zdradziła, bo tak bym pewnie właśnie zareagował. Dziękuję. Jeszcze jeden wielki sentyment do tego miejsca zabieram ze sobą w moją podróż powrotną  – jak w bajce, ha ha ha – za góry i oceany. Może ostatnią.

– A mnie zostawia pan moje własne wspomnienie na długie lata. Dziękuję, to było piękne. Jak panu na imię?

Tadeusz zaczął się śmiać serdecznie i machnął ręką.

Nie powiem, niech pani nie nalega. To by było już kompletnie nierealne i nikt by w to nie uwierzył. Niech będzie po prostu ‘starszy pan’.

Skłonił się z lekka młodej, sympatycznej parze i poszedł bulwarami dalej. Miał tylko jakiś taki bardziej sprężysty, młodzieńczy krok?

Sum, sic scribo. Jestem, więc piszę.

Sum, sic scribo. Jestem, więc piszę.

Otworzyłem okna przeszłości. Ileż tam tego się nazbierało. Wyłażą ze stron notesów różne twarze, miejsca, uczucia wielkie i małe. Ale miejsca, miejsca są właśnie niesłychanie ważne – to te kamienie milowe ustawione na rozdrożach dróg, które nie pozwalają pobłądzić. Ach, ta ulica na której spotkałem  … itd. itd. itd.

Dzięki pamięci miejsc pamiętasz twarze z tymi miejscami związane. Ba! Wracają uczucia, które tobą wówczas szargały lub otulały ciepłem.

Możesz nawet porównać te miejsca i tamte daty z datami z wczoraj i dostrzegasz nić je łączącą.  Nic nie dziej się bez przyczyny? Nie wiem, czy aż tak można definitywnie to nazwać, ale większość zdarzeń przyczynę ma, nawet, jeśli zapomnianą, oddaloną w przestrzeni czasu i miejsc.

Wczorajsze i przedwczorajsze wędrówki po Surrey i New Westminster, po White Rock wymieszały mi te czasy w jednej torbie przez ramię zarzuconej. Ileż tam tego się pomieściło! Dziesięciolecia prawie. Twarze pokazały się w tym otworze czasu, wrażenia wówczas z czegoś, jakbym to wczoraj widział. Sceny nieistniejących komedii i tragedii w nieistniejącym już fizycznie teatrze. A były. I był teatr, aktorzy, publiczność.

Zaczętą opowiastkę ze zdarzenia połączyć mogę z jej kontynuacją dziś. Choć nie ma tego fortepianu w tym ciągle istniejącym hotelowym barze, pewnie postarzali się chłopcy-bogowie z dżungli Kiplinga, którzy w wówczas w tym barze na wysokich stołkach siedzieli pewni swej nieśmiertelności (a nie wiedzieli, że są chłopcami z kart powieści Kiplinga). Ani, że ja byłem wężem-przyjacielem, nie kusicielem.

(wpis z 26 kwietnia, 2015, Surrey)

Siedzisz wszędzie obok, na dotkniecie palcem, prawie na położenie dłoni na kolanie, na udzie.

Uda masz potężne, jak jakieś wielkie gładkie pnie z opowieści Kiplinga. Indyjskie, więc najsmuklejsze. Bo to jeszcze z czasów przed Nehru, przed Gandhim, przedwieczne.

Mówią, że nie strzyżesz włosów, bo tak nakazuje wiara. Ale brodę i wąsy masz starannie przystrzyżone lub ułożone tak, by podkreślały, uwypuklały mięsistość warg, prowadzących jakimś szlachetnym łukiem współ-praojców ku olbrzymim stawom twoich oczu. Gdyby nie zakrywały ich długie, jak palmowe liście rzęsy – można by skoczyć i pływać w nich godzinami.

Jesteś młodym bogiem, który jeszcze nie wie, że nawet bogowie się starzeją, że nadejdzie ich zmierzch. Że kochankowie słów – poeci, więlokroć krzyczeli z pasją bólu lub pasją radości: zmierzch bogów, śmierć bogów!

Cóż to cię może zresztą obchodzić teraz? Wzruszasz nonszalancko potężnymi i delikatnymi jednocześnie ramionami. Ramionami, które mogą jednako zabić jednym gwałtownym ruchem, jak być źródłem boskiej pieszczoty.

(zapis z 7 lutego, 2025 w Surrey)

            Więc wróciłem drugi raz łyknąć tego powietrza, spić te widoki, jak szklankę słodkiego calvadosu. W lutym, ze śniegiem, z mrozem. A było, jak wiosną pachnącą zbudzonymi przez ptaki łąkami. Zapachami miłości, kiściami winnej latorośli, jantarami wielkich brązowych oczu za zasłoną firanek długich rzęs.

Jak wtedy, w 2015. W tym samym miejscu. Kiplingowe prastare Indie w Kanadzie, między Surrey i Deltą. Miedziana skóra pachnąca ziołami dżungli Edenu. Dwóch młodych chłopców siedzi przy długim blacie hotelowej restauracji. Młody pianista gra na fortepianie melodie, które wie, że znam i lubię.  Uśmiecha się do mnie i szepcze – wiem, że to lubisz, pamiętam. Dawno cię tu nie było.

Chłopcy zamieniają się w gibkie pantery, chodzą powoli między stolikami z ogonami zadartymi sztywno do góry, ślepia utkwione we mnie. Siadają po obu stronach krzesła, na którym siedzę. Wiem, że powinienem być przerażony, ale nie jestem. Jestem zachwycony ich widokiem, drżący w oczekiwaniu. Na co? Nie wiem. Ale te oczekiwanie jest elektryzujące. Będę ich ofiarą czy starzejącym się guru uczącym życia, miłości i śmierci? A wise man of the jungle.

Chłopcy-pantery są naturalnie młodymi bogami i ciągle wierzą w legendy o nieśmiertelności bogów.  Ale ja jestem starym wężem, który widział już wszystko. Widziałem śmierć, trzymałem ją za rękę i za gardło. Widziałem młodych bogów, którzy umierali. Oni są zaślepieni swoją omnipotencją, swym pięknem. Nie widzieli starych bogów, którzy umarli. Sądzą, że przed nimi innych bogów nie było. Ich miedzianozłoty blask pokrył ich źrenice kotarą zasłaniającą im czytanie ze źródła okrutnej prawdy życia. Prawdy jego nietrwałości. Nic nie jest trwałe.

Mimo to, lub na przekór tej prawdy, tej okowy życia … kaskady pasji nie wysychają, nie zamieniają się w pustynny piasek niespełnionego marzenia.  Sny nie zasypiają, są czujne. Nawet czułe czasem.

Podpełznę może do tych nieśmiertelnych śmiertelnych bogów i syknę im ostrzeżenie, zachwieję ich pychę i zarozumiałość.

Nie, nie trzeba. Pewnego dnia, który jest zawsze bliżej niż nam się wydaje, sami to zaczną postrzegać. I pewnie – jak tylu bogów przed nimi – przyjmą to ze stoickim spokojem. Wówczas, w tym momencie zrozumieją nawet oni – bogowie. Zrozumieją nieskończoną trwałość nietrwałości.  Im kruchsza, tym trwalsza.

***

Choć Kartezjuszu kochany, podaj mi ramię. Połazimy uliczkami Amsterdamu. Napijemy się calvadosu. Nie, nie potwierdzaj, dlaczego jesteś ani czemu myślisz. Nie myśl aż tyle. Po prostu bądź. Zachwyć się jeszcze czymkolwiek. Beztrosko. Mimo podejrzeń współczesnych ty upierałeś się, że wierzysz w jednego boga. Rene! Przecież nawet ten twój jedyny bóg miał aż trzy postacie, daj spokój. Wypij jeszcze jedną szklanicę, a co tam. Zaręczam ci szczerze, że nawet, jeśli przestaniesz myśleć na moment, to nie przestaniesz istnieć. Po prostu chwilowo będziesz bezmyślny. Wierz staremu mądremu wężowi, który tyle już widział.

Ale poczekaj, coś jeszcze w szpargałach znalazłem. Z Londynu w 2015. Czekałem tam na kogoś ważnego. Ważnego w moim świecie.

***

(zapis z Londynu, 2015)        

Za chwile już tu wejdziesz, pokażesz się z twoim uśmiechem, twoją młodością pełną beztroski, wzbudzającą zachwyt w tym nierealnym nie zwracaniu uwagi na rzeczywistość. Ale ty nie możesz być inny. Nie wiesz, nie powinieneś wiedzieć więcej. To na razie wystarczy.  Ja też taki byłem. Dzięki temu mogłem marzyć, mogłem sobie pozwolić z rozrzutnością bogacza na nadzieję. Dopiero później, dużo później drzwi i okna szczelnie się zamknęły. I nie na wiele ta ostrożność się zdała po prawdzie. Wystarczyło, że pewnego dnia pojawiłeś się nagle, po raz wtóry w moim życiu. Okna i drzwi wyleciały z hukiem pękających ram i framug. W mieszkaniu stało się na nowo jasno, wiatr wywiał wszystkie trucizny, cykuty z mojej duszy. Zacząłem znowu oddychać. I potem równie nagle wyjechałeś. Wiedziałem, że wyjedziesz, myślałem, że to rozumiem, że jestem silny, że przetrwam. Nie byłem. Pękłem jak stary wazon wypełniony łzami. I teraz pocerowany, dziurawy, zlepiony z nierównych skorupek przyjechałem na drugi koniec świata, by cię spotkać. Do miasta, które zamieniło kiedyś mnie z chłopca w mężczyznę. Mężczyznę, jak ty silnego, wierzącego, pełnego nadziei.  Ale to już było. Żadne miasto nie daje tego daru nikomu dwukrotnie.

Więc jakże cię powitam, mój aniele życia i śmierci? Czy jest niezbędnym w okrutnej szczerości żegnać się na powitanie? A wszak żegnać się przyjechałem. Dotknąć cię jeszcze, pośmiać się razem, upewnić, że masz szansę na życie, na szczęście. Że coś z moich nauk troskliwych, z lekkiego uchylania rąbka tajemnicy bez wyjawianie jej całkowicie zostało. Bo starałem się to tylko robić, gdyś przyjechał z wielkim pytaniem, jak teraz twoje życie będzie wyglądać. A jedną radę tylko dać ci mogłem: ceń siebie. To warto. Dbaj o to dziecko, którym kiedyś byłeś.  I dbaj już teraz o tego mężczyznę, którym będziesz. O co jeszcze? Bo ja wiem? Dbaj też o przetrwanie. Bo jednak przetrwać warto. I biec w międzyczasie, pędzić na złamanie karku. Kochać się, zachłystywać szczęściem. I potem płakać, przeklinać, żałować też warto. Dzięki temu potem można kochać ponownie.

Więc nie będę się z tobą żegnał na tej płycie londyńskiego lotniska. Niech po prostu te dni będą nam jeszcze dane. Niech będą, póki się przed majem same nie zamkną, nie wyjadą gdzieś. Niech będą po raz ostatni i niech ja sam w nie uwierzę. Bo to, że byłem dobrym nauczycielem wcale nie oznacza, że sam lekcję umiałem, rozumiałem do końca. Więc żegnać się nie będę, choć spotkanie ostatnie. Tacy już nigdy razem nie będziemy. Ani nad Wisłą, ani nad Tamizą, ani nad Fraser River.

***

Cóż więcej mogę jeszcze powiedzieć?  Co ze szpargałów stron i notesów przypomnieć? Kim byłem, kim jestem?

Kochankiem? Mądrym wężem? Obojętnym obserwatorem? Dobrze sobie przypomnieć to wszystko, by pamiętać, kim się jest. Tyle tych person przez lata się na siebie nakładało. Wielką cezurą było przejście Wielkiej Straty w 2022. To chyba jedyne, które autentycznie mnie zmieniło w inną personę. Jestem tamten w tej personie, znam wszystkie czucia i uczucia tamtego mnie, ale całość jest już nie ta sama. Tamten i ten obecny ciągle się dopasowują. I wdzięczny jestem tym szpargałom zapisanym literkami składanymi kiedyś, bo pomagają tego złamanego na dwie części człowieka złożyć w jedną, nowa całość.

I widać tego czasu, tego momentu się spodziewałem?  Z innych zupełnie przyczyn, ale już odnajdującego człowieka, który będąc częścią zbiorowości – stoi nieco z boku, poza kręgiem. Oczywiście te króciutkie opowiadanko jest fikcją literacką.  Ale fikcja nie jest kłamstwem. Jest wizją, przeczuciem, przesłaniem może? Może stoję na opustoszałym peronie w Aleksandrowie Kujawskim, skąd kiedyś, osobną pojedynczą linią kolejową jeździły ongiś małe pociągi do Ciechocinka oddalonego ledwie kilkanaście kilometrów od Aleksandrowa?

***

(zapis z lutego, 2014 w Polsce)

            Stał na krótkim peronie stacji kolejowej. Kiedyś były tu świeżo malowane drewniane ławki; przy przejściu przez tory z peronu do budynku dworcowego duży klomb w cementowej podsadzie z czerwonymi pelargoniami. Dziś po klombie została tylko kupka rozsypanego gruzu, a połamane ławki miały charakterystyczny dla kolejowych cmentarzysk kolor rdzy. Pod dachem dworca ciągle widoczny był lekko skrzywiony napis „Miasto”, ale okna i drzwi budynku od lat nie były otwierane.

Mężczyzna chodził po peronie spokojnym, równomiernym krokiem. Ilekroć dochodził do końca peronu zatrzymywał się i spoglądał na zegarek, a po chwili zwracał wzrok w dal, ku zanikającej za zakrętem ciemnej linii toru kolejowego.

Robił to systematycznie, może nawet z pewną dozą rytualnej celebracji. Jednak bez zbędnej teatralności. Mimo wszystko, mimo pewnego dziwactwa, z którym sam się pogodził – nie lubił i nie uznawał nadmiernego ekscentryzmu i celowo wywoływanego zwracania na siebie uwagi innych.  Był, kim był i mało go zaiste interesowało, co inni o tym myślą. Nie zależało mu na ich opinii czy aprobacie. W równej jednak mierze nie miał ochoty konfrontowania ich bezmyślnych zwyczajów, powtarzania obiegowych frazesów i kwadratowej moralności. Od długiego czasu nie miało to dla niego najmniejszego znaczenia. Nie zastanawiał się nawet nad tym więcej. W przypływie wyjątkowej aktywności wzruszał zwyczajnie ramionami. Nie stali się dla niego obcy, wrodzy. Stali się po prostu przybyszami z innej planety. Mówili ciągle tym samym językiem, ale symbolika i znaczenia słów ulegały powolnym zmianom, aż do momentu całkowitej przemiany.

Ich leksykon używał ‘jest’, jego zatrzymywał się na ‘możliwe’.  Pociągi przejeżdżały jeszcze przez stację zwalniając nieco biegu, nie zatrzymywały się jednak więcej. Czasem ktoś pomachał z otwartego okna chusteczką, uchylał wówczas kapelusza w geście ukłonu i pozdrowienia. Lubił nimi jeździć, wsiadać do tych przedziałów, kiedy się jeszcze na tej stacji zatrzymywały.  Słuchał opowieści towarzyszy podróży o miastach, z których jechali i miastach, do których zmierzali. Wracając do domu wyciągał z półek książki i atlasy o tych miastach. Uczył się ich ulic, parków, kawiarni, kościołów i galerii sztuk.

Gdy zasypiał spotykał się na romantycznej randce w jednym z tych parków z piękną kobietą, która nawiązywała z nim uroczy flirt. Potem szedł na ławkę pod znaną galerią obrazów, gdzie czekał na niego serdeczny przyjaciel. Ten brał go pod ramię i szli nadrzecznym bulwarem dyskutując o Spinozie i Kartezjuszu.  Jakież to były wspaniałe rozmowy!

Następnego dnia wstawał wypoczęty, uśmiechnięty, zakładał świeży krawat, szedł do jedynej kawiarenki w rynku tego miasteczka, wypijał kawę, zostawiał pieniążki na blacie i wychodził kłaniając się kelnerce. Ta zwyczajowo pytała: już pan wychodzi?  Tak – odpowiadał – śpieszę się na pociąg.

Drogi Rene de Carte, Kartezjuszku kochany – tym razem to już koniec zapisków, opowieści. I naszego spotkania, naszej pogawędki.  Ot, szklaneczka też pusta się stała. Czym coś ci wyjaśnił, pojęcia nie mam? Ty myślisz, więc jesteś. Ja myślę, więc piszę.  

Ckliwość i tkliwość to nie to samo

 Sentymentalna piosenka …

Gdy słyszymy dźwięki starej (na ogół) sentymentalnej piosenki, uśmiechamy się nieco ironicznie. Naturalnie znamy tą melodie, słyszeliśmy nasze mamy i bacie jak je nuciły z łezką, niczym koronkowy baldachim pod ich powieką.

W rozmowach między sobą z tą ironią mówiliśmy słuchając stare przeboje: to takie śmieszne i ckliwe. Aż dnia pewnego obudziliśmy się z rana, poszliśmy do łazienki i spojrzeliśmy w lustro. I krzyk: Boże kochany, toż ja wyglądam starzej od babci! I faktycznie nie tylko ‘wyglądamy’, ale jesteśmy starsi, bo babcia zmarła już wiele lat temu i umierając była młodsza od nas obecnych. Co się zdarza.

Tak samo podśmiewają się z nas nasze dzieci i wnuki obserwując jak słuchamy i sami podśpiewujemy piosenki Niemena, Borysa, Sobczyk, Krajewskiego, German czy wiecznie żywej Rodowicz. I falujemy niezbyt falująco niezbyt gibkimi biodrami. Oczywiście pociechą jest to, że doskonale wiemy (i nie mylimy się w tym), że ich ten sam los i ironiczne spojrzenia młodszych też czekają.

Aliści, nie ma herbaty bez liści. Ja veto zakładam. Nie starzeniu się ani mało elastycznym biodrom, ale nazwie, terminologii stosowanych do tych piosenek. Dużo bardzo starych szlagierów ani ckliwymi ani śmiesznymi nie jest.

Ot, szedłem wczoraj spacerem po krętej uliczce na wzgórzu nad miastem w Brytyjskiej Kolumbii. Jesień była iście z żurnala: złota i brązy, fiolety, ciemne karminy, chmury bajkowe ponad mną pozaczepiane rogami o szczyty wzgórz tej doliny pode mną. Chodziłem tą uliczką zdaje się ledwie dni kilka temu z Tobą…. W czasie ostatniej mojej tu, przed tegoroczną, wizyty. Oczywiście byliśmy razem. Prawie wszędzie jeździliśmy razem. I wspomnienie tego otworzyło nagle jakąś straszną pustkę, tak przeraźliwie smutną, mimo tego piękna wokół. Niespodziewanie, nie zastanawiając się, nie szukając nic w pamięci, mimowolnie omal najpierw powiedziałem na głos: już nigdy … a potem popłynęły słowa całego refrenu – nie usłyszę kochanych twych słów … do swych ust nie przytulę cię znów… na zawsze pozostaną dni smutku, dni mąk, nie oplecie pieszczotą mnie w krąg płomień twych rąk, już nigdy…Już nigdy! Jаk okrutnie dwa słowa te brzmią!

I nie było w tym nic ckliwego, nie czułem się jakoś sentymentalnie ani melodramatycznie. Tkliwość? Tak. Naturalnie, że tkliwość. Jakże by mogło być inaczej. Za miesiąc ledwie minie dwa lata, gdy moje życie w zasadzie straciło wszelki sens. Gdy w brutalnej walce przegrałem pojedynek ze Śmiercią, która wyrwała Cię z moich ramion. Okres mojej walki z rzeczywistością, krzyku i odrzucania tej rzeczywistości też minął. Po prawdzie rzeczywistość, jako-taka mało mnie dziś interesuje. Jest wokół, wiem. I co z tego, że jest? Niech sobie będzie, niewiele mamy sobie do zaoferowania.

A ten refren? Ten refren i ta piosenka mają. Mówi mi: ja wiem, nic ci nie tłumaczę, – ale wiem. Potwierdzam, że tak jest. A te słowa pan Włast, popularny wówczas tekściarz, napisał dla kompozytora pana Petersburskiego w 1930. Nuciły je moje babcie też w tamtym czasie, czyli kiedy były młodymi kobietami a nie babciami.

Ckliwości i mazgajstwa nie znoszę. Irytuje mnie. Ale nie tkliwość – tą szanuję i cenię. Jeśli zna się i rozumie inny styl opisu uczuć, z innej epoki, która była i nieco egzaltowana i nieco przerysowana – to tekst tego tanga brzmi całkiem współcześnie prawie. Zresztą, wszyscy używamy języka, który jest adekwatny do naszego stanu emocjonalnego. Wtedy jest autentyczny i szczery. Zaś prawdziwa tkliwość i czułość jest przymiotem, a nie wadą.

Ze spaceru wróciłem, odpaliłem kompa i z YouTube słuchałem mistrzowskie wykonanie Edyty Geppert starego tanga ‘Już nigdy’ … . [i]Szalik ciepłego, serdecznego smutku otulił mnie swym czułym, tkliwym ciepłem. Tkliwym, nie ckliwym.   


[i] Edyta Geppert – Już nigdy